Hulskie, Krywe i Tworylne – zapomniane wsie Bieszczadów

Hulskie, Krywe i Tworylne – spacer do serca zapomnianych Bieszczadów

Niegdyś kwitnące życiem, liczące po kilkuset mieszkańców wsie. Dzisiaj odludne i zapomniane, skłaniające do zadumy nad ludzkim losem. Aby odkryć ich tajemnice, nie wystarczy podjechać samochodem i wyskoczyć „na zdjęcie”. Trzeba przemaszerować kilkanaście kilometrów, z dala od wszelkiej cywilizacji. Zimą łatwiej odnaleźć zarastające ruiny, chociaż w innych porach roku zapewne widoki są ładniejsze. Kto chce odszukać prawdziwego ducha tych ziem, koniecznie musi zajrzeć w ten jeden z dzikszych zakątków Bieszczadów. Całej trasy ze względu na długość i problemy orientacyjne nie polecamy na spacer z dziećmi, ale dla tych nieco starszych można zaproponować odwiedzenie samego Krywego z przejściem łącznie kilkukilometrowej pętli, którą tworzą dwie ścieżki historyczno-przyrodnicze (znakowane odpowiednio kolorem czerwonym i niebieskim).

26 stycznia 2018, piątek

Pochmurno i trochę wietrznie, do 5 st.

O wyprawie do Tworylnego marzyliśmy już od naszego ostatniego wiosennego pobytu w Bieszczadach. Takie miejsca przypominają, że Bieszczady nie są tylko kategorią turystyczną, ale też – a może przede wszystkim – historyczno-kulturową. Bez odwiedzenia dawnych wyludnionych wsi trudno jest tak naprawdę poznać te góry.

Szukając opisu dojścia do Tworylnego, znaleźliśmy wiele wyczerpujących informacji na fantastycznej stronie www.twojebieszczady.net. Znajdziemy tu i część przewodnikową, i bogate opisy poszczególnych dawnych bieszczadzkich wsi. Bardzo dziękujemy autorom portalu! Dzięki Wam zajrzeliśmy także do Hulskiego i Krywego! Trasa naszego spaceru jest też dobrze opisana w przewodniku „Bieszczady z plecakiem” wydawnictwa Bezdroża.

Hulskie

Planujemy rozpocząć wycieczkę od strony Zatwarnicy. Na mapie droga jest zamknięta zaraz za kościołem, tymczasem okazuje się, że w realu zakazu wjazdu nie ma, a liczne ślady opon wiodą w górę – jedziemy więc dalej! Po trzech kilometrach docieramy na teren dawnej wsi Hulskie. Przystajemy, żeby zobaczyć pozostałości cmentarza i cerkwi z dzwonnicą.

Zarówno teren cmentarza, jak i cerkwisko są ogromnie zaniedbane. Można wręcz odnieść wrażenie, że komuś zależy na tym, aby te zabytki nie przetrwały próby czasu. Na cmentarzu nie ocalał w całości żaden krzyż, a z dzwonnicy i cerkwi pozostały resztki murów. Poukładane na sobie prawie bez zaprawy, sprawiają wrażenie, jakby miały za chwilę się rozpaść. Brak jakiejkolwiek tablicy informacyjnej, zabezpieczenia przed dalszymi uszkodzeniami…

Hulskie. Zaczynamy naszą podróż po zapomnianych wsiach.

Ruiny cerkwi pw. św. Parasekwii w Hulskiem.

Świątynia została zbudowana w 1820 r., obecnie zostały z niej tylko niszczejące ruiny.

Ruiny przypominają obecnie kamienie poukładane jeden na drugim. Oby nie zniszczały zupełnie…

Do cerkwi przylega dawny cmentarz.

Już po powrocie z wycieczki, zaintrygowani tym stanem rzeczy, doczytaliśmy, że w okolicy miało miejsce wiele dziwnych wydarzeń. Ktoś niszczył tworzone ścieżki turystyczne, tablice informacyjne, były nawet podpalenia. Nigdy nie znajdowano sprawców. Można się tylko domyślać, komu mogło na tym zależeć – okolicznym mieszkańcom? A może myśliwym, bo w okolicy zwierzyny jest rzeczywiście dużo? Szybko opuszczamy Hulskie, bo czujemy się tu trochę jak intruzi.

Krywe

Jedziemy kolejne dwa kilometry i parkujemy na prowizorycznym parkingu przy odgałęzieniu drogi do Krywego. Dalej i tak obowiązuje zakaz wjazdu, a droga jest tak rozjeżdżona, że przejechać nią mogą chyba tylko prawdziwe terenówki albo traktory. Kilkaset metrów dalej na środku drogi widzimy jakąś dziwną przeszkodę. Okazuje się, że to pozostawiona stara przyczepka z drewnem opałowym. Chyba utknęła tu przy gorszych warunkach drogowych.

Po chwili przed nami odsłania się piękny widok na dolinę u stóp wzgórza Ryli, którą zajmowała przed wojną wieś Krywe. Nasza droga wiedzie przez wzgórze, z którego podziwiamy zarówno krajobraz po dawnej wsi, z górującymi nad nim ruinami cerkwi, jak i stoki Otrytu, Dwernika czy ginące dzisiaj w złowrogich chmurach połoniny.

Z Hulskiego do Krywego. Przed nami wzniesienie Ryli (622 m n.p.m.).

Na drodze niespodzianka – dojechać do Krywego nie zawsze się daje…

Widok z Rylego na tereny dawnej wsi Krywe. Pośrodku wzgórze z ruinami cerkwi.

Na terenie dawnej wsi jest obecnie zamieszkały tylko jeden dom.

Cerkiew została zbudowana w 1842 r. Zajrzymy tu w drodze powrotnej.

Schodzimy na teren dawnej wsi Krywe.

Z Krywego wiodła kiedyś droga do Tworylczyka i Tworylnego.

Mijamy pozostałości po dawnym dworze w Krywem.

Schodzimy do doliny w dolnej części dawnej wsi. Zatrzymujemy się tu na herbatkę w przydrożnym rowie. Po chwili ruszamy dalej, po drodze mijając pozostałości dawnych budynków dworskich w Krywem. Dotąd towarzyszyły nam czerwone znaki ścieżki turystycznej. Dalej idziemy już po prostu leśną drogą, albo raczej tym, co z niej zostało. W zimie nie ma jednak problemu ze znalezieniem dróżki, w lecie pewnie często trzeba w tym miejscu przedzierać się przez bujną roślinność. Dodatkowo ślady ścinki drewna wskazują, że najdalej kilka dni temu leśnicy powycinali i usunęli zagradzające drogę przewrócone drzewa i gałęzie, więc mamy dziś komfortowe przejście.

Tworylne

Idziemy początkowo wzdłuż Sanu, potem ścieżka to wznosi się, to opada. Musimy przejść przez dwa niewielkie potoczki. Trzeci, większy, o mało nas nie zatrzymał! Lód przy dodatniej temperaturze okazał się niebezpieczny, ale udało się przejść (nie bez emocji!) po zaśnieżonej kłodzie. Jeszcze tylko ostatnie podejście na przełączkę Dił i wychodzimy na łąki położone ponad dawnym Tworylnem. Widok jest rzeczywiście niezwykły.

Kładek brak, przejście potoczków ułatwiają kamienie.

Droga zbliża się do Sanu.

Do końca lat 90. istniał most na Sanie w Krywem, teraz nie można się tu dostać zza rzeki.

Droga wiedzie w kierunku dawnego przysiółka Tworylczyk.

Potok Tworylczyk. I duży problem – jak go przejść?

Ćwiczenie równowagi na śliskiej kłodzie przyprawia o szybsze bicie serca.

Droga do nieba. Zaraz osiągniemy wzgórze Dił.

…i otworzy się przed nami piękny widok na dolinę Tworylnego.

Oglądamy pozostałości dwóch cmentarzy. Dalej droga biegnie dawną Aleją Dworską, po której pozostały rzędy starych, regularnie posadzonych drzew. Znajdujemy schodki do niemieckiej strażnicy z czasów II wojny światowej, a potem zbaczamy na prawo do stosunkowo dobrze zachowanej dzwonnicy parawanowej. Obok stała kiedyś drewniana cerkiew z 1876 r.

Wchodząc do Tworylnego od strony Krywego, najpierw zobaczymy dawny cmentarz.

Pozostałości cmentarza chyba każdego skłonią do zadumy.

Na cmentarzu zachowało się kilkanaście nagrobków i krzyży.

Niektóre krzyże są już odłamane.

Można jeszcze wypatrzeć jakiś czytelny napis.

W Tworylnem właściwie są dwa cmentarza – jeden po jednej, a drugi – po drugiej stronie drogi.

Mijamy ruiny dawnej strażnicy niemieckiej.

Najlepiej zachowany zabytek Tworylnego – pozostałości dzwonnicy parawanowej.

Na cerkwisku zachowały się fragmenty podmurówki dawnej cerkwi.

Dawna aleja dworska.

Majestatyczne stare drzewa znaczą przebieg dawnej drogi do dworu.

Dalszą drogę zagradzają nam zarośnięte rozlewiska z wielką tamą zbudowaną przez bobry. Na środku rozlewiska żeremie, wystające niemal dwa metry ponad lustro wody – kolos! Wszystko pięknie, ale jak tu przejść na drugą stronę – do pozostałości dawnych zabudowań dworskich? Próbujemy przejść po bobrowej tamie, ale mróz już odpuścił i miejscami jest tak grząsko, że całe buty toną w błocie. Odpuszczamy… Jest już 14:30. Pora na chwilę odpoczynku i trzeba myśleć o powrocie – za dobrą godzinę zacznie się robić ciemno.

Przez rozlewisko trudno przejść suchą stopą.

Lód, niestety, za cienki, żeby po nim chodzić…

No nic, tędy nie dojdziemy – choć ruiny stajni dworskiej są tuż tuż przed nami.

Siedzimy, siedzmy, i głowimy się, jak by tu obejść mokradła. W końcu wpadamy na pomysł, żeby spróbować  obejść rozlewisko od południa. Robimy porządny użytek z nóg i… udało się! Pozostałości obory i stodoły dworskiej są imponujące, a i widok na teren Tworylnego od tej strony zacny. Cieszymy się, że aż tutaj doszliśmy! Teraz już naprawdę musimy wracać – powrót przez wyludnione wsie w zupełnej ciemności jakoś nam się nie uśmiecha.

Udało się obejść dookoła i są! Ruiny stajni dworskiej w Tworylnem.

Tuż obok znajdziemy pozostałości stodoły dworskiej.

Po dawnej świetności majątku nie pozostał nawet ślad.

Wracamy. Ostatni rzut oka na aleję dworską.

Krywe – ruiny cerkwi pw. św. Paraskewii

Do Krywego idzie nam się całkiem sprawnie (nieco ponad godzinę). Tu zgodnie z wcześniejszym planem postanawiamy nieco zmienić marszrutę.

Przy ruinach zabudowań dworskich skręcamy w prawo za niebieskimi znakami kolejnej ścieżki turystycznej. W zapadającym powoli zmroku prowadzi nas ona grzbietem prosto na szczyt wzgórza Diłok. Znajdziemy tu dawny cmentarz i najlepiej zachowane ruiny cerkwi w Bieszczadach. Trudno też nie zatrzymać się na chwilę zadumy przy jedynym współczesnym grobie. Antonina Majsterek, zmarła ponad dwa lata temu gospodyni jedynego gospodarstwa agroturystycznego w Krywem, pozostała tu na zawsze…

Mury cerkwi pw. św. Paraskewii i sąsiadującej z nią dzwonnicy są naprawdę dobrze zachowane. Doskonale widać dawny układ świątyni, zawieruchę dziejową przetrwały też resztki posadzki. Przez wybite okna do środka wtarga coraz gęstszy mrok, a nam ciarki przechodzą po plecach….

I znów w Krywem. Tym razem przechodzimy tuż obok ruin cerkwi św. Parasekwii.

To najlepiej zachowane ruiny cerkwi w Bieszczadach.

Układ cerkwi zachował się doskonale.

Widać też pozostałości terakotowej posadzki.

Zapada zmrok, a my czujemy ciarki na plecach.

Niestety, czas nas goni i musimy opuścić to niezwykłe miejsce, bo robi się już naprawdę ciemno. Przed nami jeszcze „tylko” podejście na stok Ryli i już będziemy prawie przy samochodzie. Okazuje się, że pokonanie tych ostatnich ponad stu metrów różnicy wzniesień po całym dniu wędrówki idzie nam jakoś wyjątkowo opornie. Mamy w końcu w nogach już 15 kilometrów, a ostatnio odpoczywaliśmy ponad dwie godziny temu. Usprawiedliwia nas fakt, że to dzisiaj największe podejście na naszej trasie 😉. Do samochodu docieramy już w zupełnych ciemnościach.

Nasz czas: 11:00 – 17:20, 16,5 km, łącznie około 300-400 m przewyższenia (nie licząc zajmujących łącznie dwie godziny dojazdów i wizyty w Hulskiem).

Wspaniała trasa, należąca do żelaznego repertuaru bieszczadzkich włóczykijów, skłania do zadumy i na długo zapada w pamięć. Dla wszystkich prawdziwych miłośników Bieszczadów.

Połonina Wetlińska zimą

Połonina Wetlińska – najrozleglejsza połonina w Bieszczadach – jest piękna o każdej porze roku. Jesienią romantyczna, latem przyjazna dla wszystkich, zimą nabiera surowego charakteru. Przy dobrych warunkach pogodowych wycieczka nie będzie trudna, trzeba jednak pamiętać, że to, co latem jest przyjemnym spacerem, w warunkach zimowych wymaga dużo wysiłku i może zmienić się w poważną wyprawę górską. Przy mgle i leżącym śniegu łatwo o pobłądzenia. Wiatr – tak często tu wiejący – w ujemnych temperaturach przeszywa do szpiku kości – mieliśmy dziś całkiem niezłą tego próbkę. Przy pięknej pogodzie zimowe widoki z Wetlińskiej są jednak niezapomniane. Jeśli zawędrujemy na Przełęcz Orłowicza, warto jeszcze wybrać się na nieodległy Smerek – to fantastyczny punkt widokowy.

25 stycznia 2018

Słoneczna zimowa aura, na dole ok zera, na górze ok. -8 stopni i bardzo silny wiatr

Dzień zaczynamy wcześnie. W Bieszczady ruszamy rano z Rzeszowa, gdzie przywieźliśmy dzień wcześniej Sebusia na ostatnie dni ferii u Babci i Dziadka. Udaje nam się wyjechać przed 6:30. O 9:30 stawiamy się już w Brzegach Górnych, skąd rozpoczynamy naszą wycieczkę.

Jeśli zależy Wam na szybkim i wygodnym dostaniu się na Połoninę Wetlińską, lepiej wybrać drogę z Przełęczy Wyżnej – szlak stamtąd jest zdecydowanie bardziej uczęszczany i lepiej przetarty. My tym razem wybieramy czerwono znakowaną ścieżkę z Brzegów Górnych – nigdy nią jeszcze nie szliśmy.

Połonina Wetlińska z Brzegów Górnych

Szlak z Brzegów jest rzadziej wybieranym dojściem na połoninę niż ten z Przełęczy Wyżnej, ale nie znaczy to, że nie jest wykorzystywany w ogóle. Widać wyraźne ślady skitourowców. W ciągu ostatnich dni przed nami szło też tędy kilka osób. Ścieżka jest dość wygodnie i równomiernie nachylona, więc sprawnie zdobywa się wysokość. Przez większość czasu towarzyszą nam piękne widoki na Caryńską.

Ruszamy z Brzegów Górnych.

Za nami wyłania się piękna Połonina Caryńska.

Wyżej las jest już pięknie zaszroniony.

Chwilami podejście przez buczynę jest całkiem strome.

Podczas podejścia raz tylko mamy problemy orientacyjne – nasz dzisiejszy szlak jest, widać, chyba częściej wybierany przez skitourowców niż turystów pieszych – ślady zjazdów są momentami znacznie lepiej widoczne niż wydeptana ścieżka. Jak łatwo się domyślić, staje się w końcu to, co stać się musiało – idziemy esem-floresem narciarzy, a zwykły szlak gdzieś się gubi. Na szczęście dołączamy do znakowanej ścieżki jeszcze przed skałkami podszczytowymi. No, przez chwilę jest może mniej wygodnie, ale przyjemność wędrowania w dziewiczym śniegu przysłania wszystkie niedogodności.

Czujemy się jak w bajce.

Dostojna Caryńska znowu nas śledzi.

I znowu bardziej stromy fragment szlaku.

Grzbiet osiągamy między malowniczo położonymi skałkami.

Jeszcze nie wiemy, jak zaraz będzie wiało.

Wiatr na razie jeszcze nam nie przeszkadza.

Krajobraz przed nami staje się księżycowy.

Nasza wycieczka miała dotąd charakter czysto rekreacyjny. Wszystko zmienia się, gdy tylko wychodzimy poza górną granicę lasu. Dołącza do nas nasz nieodłączny towarzysz dzisiejszej wycieczki. Wiatr. Właściwie powinniśmy powiedzieć „wicher” – porywy są momentami tak silne, że trudno nam utrzymać się w pozycji pionowej. Mimo rękawiczek grabieją ręce, zimno wciska się w każdą szczelinę. Porywy wiatru były zdecydowanie największym utrudnieniem dzisiejszej wycieczki – ale z drugiej strony dzięki nim wędrówka była dla nas takim prawdziwym doświadczeniem surowej przyrody – no a w końcu dla takich prawdziwych przeżyć też idzie się w góry, prawda?

Połonina Wetlińska zimą

Po dojściu do „Chatki Puchatka” przed nami otwierają się nie – jak wiosną – trawiaste przestrzenie, lecz iście księżycowy krajobraz. Wokół śnieg dziwacznie urzeźbiony przez wszechobecny wiatr. Od 2015 r., kiedy Chatkę przejął od PTTK Bieszczadzki Park Narodowy – obiekt zmienił klasyfikację ze schroniska na schron turystyczny. Obecnie nie można już liczyć tu na posiłek, ale można wejść, nieco się ogrzać, przenocować w spartańskich warunkach.

Chatka Puchatka przycupnęła pod samą kulminacją Hasiakowej Skały (1232 m).

Tu nareszcie się rozgrzejemy!

Chatka Puchatka jest dzisiaj polukrowana.

Ostatnie spojrzenie na Schron BdPN i ruszamy dalej.

Jemy kanapki, popijamy herbatą z termosu i ruszamy dalej w kierunku Przełęczy Orłowicza.

Ścieżka biegnąca Połoniną Wetlińską jest długa – ma ok. 8 km długości. Gdyby nie wiatr-siłacz, dzisiejsza wycieczka byłaby samą przyjemnością. Po prawej zostawiamy Roh, bo szlak prowadzi przez kulminację Osadzkiego Wierchu. Za nami pięknie widać Caryńską. W oddali wyłaniają się Rawki. Z boku pyszni się Hnatowe Berdo, przed nami dumnie wyrasta Smerek. A to wszystko w pięknej zimowej scenerii… R. nie może się rozstać z aparatem – wieczorem okazuje się, że zrobiliśmy ponad 300 zdjęć – każdy krok nas zachwycał!

Główne kulminacje Połoniny Wetlińskiej – Osadzki Wierch i Roh – przed nami.

Prawdziwa śnieżna zima kończy się kilka kilometrów na północ od połonin.

Roh (1255 m) zostawiliśmy po prawej, zbliżamy się do Osadzkiego Wierchu.

Osadzki Wierch (1253 m)

Ze zboczy Osadzkiego Wierchu widać, jak już oddaliliśmy się od Hasiakowej Skały i Caryńskiej.

Kulminacja Wetlińskiej – wyżej już tylko słońce!

Ostatnie spojrzenie z Połoniną Caryńską w tle.

Teraz przed nami Hnatowe Berdo (po lewej) i Smerek.

Smerek widać jak z lotu ptaka.

A ku ku!

Grzbiet Hnatowego Berda wygląda bardzo dostojnie.

Smerek powoli się przybliża.

Chmury dzisiaj często ubarwiają nasze widoki.

Kulminacje Wetlińskiej, od lewej – Roh, Osadzki Wierch i Hnatowe Berdo.

Przez chwilę szlak prowadzi zalesionym garbem.

Smerek znowu zaczyna nas mamić swoim urokiem.

Po ok. półtorej godziny marszu stawiamy się na Przełęczy Orłowicza (1078 m n.p.m.). Oj, odpoczęłoby się chwilę, ale jak to zrobić w takich warunkach? Schodzimy kilkanaście metrów poniżej grzbietu i przysiadamy za oszadzionym karłowatym świerkiem. Do siadania w zimie od lat świetnie sprawdza się nam płachta izolacyjna na szybę samochodową  – znacznie mniejsza niż karimata. Wieje trochę mniej, jednak nie na tyle, by postój sprawiał przyjemność.

Wejście na Smerek

Z przełęczy żółtym szlakiem chcemy wrócić do Wetliny. Jest jednak tak pięknie, że postanowiliśmy nieco przedłużyć wycieczkę i zrobić szybki wypad na Smerek (1222  m n.p.m.). To jeden z najpiękniejszych bieszczadzkich szczytów, a przy tym fantastyczny punkt widokowy. 20 min w jedną stronę, chwila na szczycie, 15 min w drugą – i jesteśmy z powrotem.

Niższy wierzchołek Smereka jest udostępniony turystycznie.

Widoki są bardzo rozległe, chociaż dzisiaj nieco ograniczone przez chmury.

Smerek stanowi piękne wykończenie pasma połonin.

Stalowy krzyż upamiętnia śmierć turysty porażonego prądem w 1978 r.

Obniżające się słońce wyostrza rysy Połoninie Wetlińskiej.

Z Przełęczy Orłowicza do Wetliny

Żółty szlak sprowadzający z Przełęczy Orłowicza do Wetliny jest wygodny i bardzo dobrze przedeptany. Jak tylko opuszczamy rejon grzbietowy, przestaje wiać. Co za miła odmiana! Po 15 minutach od przełęczy znajduje się bardzo porządna wiata – świetne miejsce na odpoczynek. I my zatrzymujemy się tu na chwilę, dopijamy herbatę (jest już, niestety tylko letnia – zapomnieliśmy wziąć nakrętki od naszych najlepszych termosów i musimy zadowalać się takimi, które ciepło zamiast zatrzymywać w sobie, oddają na zewnątrz…). Do Wetliny schodzimy znaczniej szybciej niż przewidują to informacje na mapach. Po godzinie (z odpoczynkiem) jesteśmy na dole. Ale mieliśmy piękny spacer!

W kilkanaście minut schodzimy z powrotem na Przełęcz Orłowicza.

Jeszcze nie wiemy, że zaraz przestanie wiać.

Iść, ciągle iść, w stronę słońca…

Buczyna pokryła się bajkową szadzią.

Żółty szlak sprowadza nas do Wetliny przez rozległe pola.

Dobrze, że udało się wrócić na Połoninę Wetlińską – ostatni raz byliśmy tu pewnego pięknego wrześniowego dnia 2011 r. Chłopcy jeszcze byli bardzo mali – Sebuś miał dopiero niecałe dwa lata. Wtedy doszliśmy tylko do Chatki Puchatka, co i tak uznaliśmy za wielkie rodzinne osiągnięcie😊 Ale pogoda również była prześliczna. Relacja tutaj.

W Wetlinie szybko odnajdujemy naszą kwaterę. Nasz gospodarz zgadza się nas podwieźć do Brzegów Górnych, gdzie rano zostawiliśmy samochód. Z radością witamy tę możliwość – hurra, nie będziemy musieli robić sobie dodatkowego spacerku 10 km asfaltem!

Wieczorem wybieramy się jeszcze na obiad do absolutnie godnej polecenia karczmy „Paweł nie całkiem święty” w miejscowości Smerek. Jak dobrze wreszcie zjeść coś ciepłego!

Nasz czas: 9:30-16:30, ok. 16,5 km, 750 m  górę i 850 m w dół.

Tu mieszkamy: Noclegi u Boguszów, Wetlina 136. Niewielki, ale sympatyczny i czyściutki dwuosobowy pokój z aneksikiem kuchennym i niezależnym wejściem. Bardzo dobry jak na nasze potrzeby.

Bieszczady zimą

Choroba bieszczadzka – co robić, gdy dopadnie nas zimą?

Choroba bieszczadzka. Może dopaść każdego i o każdej porze roku, szczególnie groźna dla zapalonych włóczykijów i górołazów. Im dłuższa terapia, tym skuteczniejsza, choć nie zapobiega, niestety, nawrotom choroby. Tym razem testujemy czterodniową zimową terapię. Połonina Wetlińska, Tarnica-Halicz-Rozsypaniec, Tworylne, Krywe i źródła Sanu  – czujecie tęsknotę w sercu? To znak, że niechybnie zaraza Was nie ominęła. Podobnie jak nas. Zapraszamy w zimowe Bieszczady!

[Nadal pracujemy nad tym wpisem – będzie gotowy już wkrótce!]

Dzień 1. Połonina Wetlińska zimą

Dzień 2. Hulskie, Krywe i Tworylne – spacer do serca zapomnianych Bieszczadów

Dzień 3. Tarnica – Halicz – Rozsypaniec

Dzień 4. Doliną Górnego Sanu do grobu Hrabiny, Bukowiec – Sianki

Gmunden i Gmundenberg – gdyby komuś pięknych widoków było jeszcze mało:)

Gmunden i Gmundenberg

To niewielkie miasteczko w Górnej Austrii jest bardzo przyjemnym celem spaceru. Zadowoli zarówno miłośnika pięknych widoków – leży nad niezwykle malowniczym jeziorem Traun, otoczonym górami –  jak i amatorów romantycznych zakątków (kto nie zakocha się w XVI-wiecznym zamku z arkadowym dziedzińcem, położnym na wysepce nad jeziorem i połączonym ze stałym lądem pomostem?) oraz.. rodziców z dziećmi, szukających miejsca do wybiegania swoich pociech – kręte alejki położonego na półwyspie parku Toscana nadają się do tego wprost idealnie. Jeśli będziecie w okolicy Gmunden, koniecznie trzeba podjechać na widokowe wzgórze Gmundenberg – widok na całe otoczenie jeziora Traun jest po prostu bajkowy! My oba miejsca odwiedzamy w drodze powrotnej z Alp Salzburskich do domu.

6 stycznia 2017, sobota

Słoneczny, prawie wiosenny dzień, w porywach do 10 stopni

Ranek w Abtenau upływa nam pod znakiem pakowania, a to zdecydowanie do przyjemności nie należy. Humoru nie poprawia nam perspektywa ponownego rychłego wpadnięcia w wir codziennych obowiązków. Uff, wreszcie ok. 10:00 udaje nam się wyjechać z solennym postanowieniem, że w Alpy Salzburskie przyjedziemy raz jeszcze, tym razem latem.

Pożegnanie z Abtenau, nawet balony stąd dzisiaj odlatują!

Tradycyjnie postanawiamy umilić sobie podróż postojem turystycznym. Dziś mamy właściwie dwa postoje – i to jakie! Widoki, które dziś otwierały się przed nami, wydawały się bardziej fototapetą niż rzeczywistym krajobrazem. Że też istnieją tak piękne miejsca na świecie!

Johannesberg, Traunkirchen

Z Abtenau ruszamy na północny wschód w stronę Gmunden. Mamy okazję nacieszyć się jeszcze przepięknymi zimowymi widokami górskimi – potem z każdym kilometrem będzie mniej i gór, i zimy. Zatrzymujemy się na chwilę na punkcie widokowym na kaplicę Johannesberg (Johannesbergkapelle) w Traunkirchen, pięknie położoną na skalistym cyplu nad jeziorem Traun.

Kaplica Johannesberg góruje nad Traunkirchen, a szczyt Traunstein (1691 m n.p.m.) – nad Traunsee.

Widokowe Gmundenberg

Pięknych widoków na dziś nie koniec – dopiero się zaczyna. Za cel obieramy wzgórze Gmundenberg (833 m n.p.m.), położone 9 km na  południowy zachód od Gmunden i słynące jako pyszny punkt widokowy na otoczenie jeziora Traun (Traunsee) – najgłębszego jeziora Austrii (maksymalna głębokość to ponad 190 m). Na szczyt wzgórza można wjechać samochodem – jest tu spory parking, gasthaus oferujący ciepłe posiłki, punkt widokowo-piknikowy. Gmundenberg przecinają liczne szlaki piesze i rowerowe. Piękne miejsce.

Chłopcy chętnie rozprostowują nogi i biegną trawiastą ścieżką na punkt widokowy z charakterystycznymi ławko-konstrukcjami w kształcie litery „G”. Grześ biega, buja się na ławce-huśtawce i cieszy się słońcem – aura dziś zupełnie wiosenna. My oczy nie możemy oderwać od widoków. Oj, jak ciężko będzie wracać do domu…

Traunsee i góry Salzkammergut z punktu widokowego na Gmundenerberg.

Pod nami oba zamki Ort, znak rozpoznawczy Gmunden.

Chłopcom spodobała się zmyślna konstrukcja litery G.

W oddali wzniesienia Salzkammergut-Berge.

Na chwilę okupujemy ławkę.

I wspólnie…

…lecimy do Gmunden!

Gmunden

Z Gmundenberg zjeżdżamy prosto do miasteczka Gmunden, położonego na północnym krańcu Traunsee. Samochód wygodnie (i bezpłatnie) można zaparkować na parkingu przy Parku Toscana. Zostawiamy auto i ruszamy w kierunku jeziora.  Przede wszystkim zależy nam na zobaczeniu wodnego zamku Ort, połączonego ze stałym lądem groblą-pomostem.

W Gmunden właściwie są dwa zamki Ort – lądowy i wodny. Zamek został ufundowany  pod koniec XI w. W kolejnych latach często zmieniał właścicieli. W 1595 r. jeden z nich sprzedał zamek miastu Gmunden, żyjącego z przeładunku soli, potem Schloss Ort znów zmieniał gospodarzy, aż w 1869 r. został sprzedany wielkiemu księciu Toskanii. Pamiątką po tym okresie jest willa Toscana, zbudowana na półwyspie nad jeziorem.

Villa Toscana (II połowa XIX w.)

Już sam spacer do zamku jest bardzo przyjemny. Wędrujemy nad brzeg jeziora zielonymi alejkami parku Toscana. Już od brzegu wody otwierają się piękne widoki na zamek.

Półwysep obiega promenada z przepięknym widokiem na Traunsee.

Przy dzisiejszym wiosennym słońcu łatwo się zapomnieć, patrząc na pięknie ośnieżone szczyty.

Z zamkiem lądowym (Ort Landschloss) zamek wodny jest połączony tylko pomostem.

Dla tego zamku zmieniliśmy dzisiaj trasę podróży.

Sam Schloss Ort jest niewielki, ale ma niepowtarzalny urok. Zamek wodny jest niezwykle malowniczo położony na wysepce na jeziorze. Sama wysepka jest tak mała, że nie mieści się na niej nic poza zamkiem – jak w kreskówkach! Warto obejść zamek ścieżką dookoła – plenery są przepiękne. Koniecznie trzeba zajrzeć na dziedziniec zamku – są tu piękne arkadowe krużganki z XVI w., przypominające nam nieco te znane z naszego Baranowa Sandomierskiego.

Stąd zamek Ort prezentuje się jeszcze piękniej.

Zamek Ort bywa też nazywany zamkiem wodnym.

Za nami pozostał zamek lądowy.

A cały czas oczy uciekają w kierunku gór.

Trójkątny dziedziniec zamku Ort.

Widzimy poziomy wody podczas powodzi w minionych stuleciach.

Przez bramę w tej wieży weszliśmy na dziedziniec.

Dzięki makiecie możemy sobie wyobrazić widok na zamek z góry.

Podoba nam się!

Spoglądamy na ratusz w Gmunden, dzisiaj tam już nie dotrzemy.

A tu można zakluczyć swój związek…

Ostatnie spojrzenie na Traunsee.

Czas wracać na stały ląd.

Sam zamek i jego otoczenie to fantastyczne miejsce na spacer z dziećmi. Zielono, kameralnie, bez samochodów, no i jak pięknie! Szkoda tylko, że czas tak szybko leci – zwiedzając z dziećmi, tempo jest zazwyczaj bardzo wolne i robi się znacznie mniej, niż się zakładało. Tak jest i tym razem. Tu kamienie do wody, tu w bucie coś uwiera, tu trzeba poszukać toalety i nie wiadomo kiedy z kwadransa robi się godzina, a z godziny dwie. W końcu rezygnujemy z planowanego spaceru na plac ratuszowy (nieco ponad półtora kilometra od zamku) – a szkoda, bo mieliśmy wielką ochotę zobaczyć renesansowy ratusz z ceramicznymi dzwonami wieżowymi. Czeka nas jednak jeszcze kilkugodzinna podróż powrotna.

Podróż powrotna i nocleg w Bohuminie

Po opuszczeniu Gmunden nigdzie już nie zbaczamy – suniemy autostradami, a widoki górskie stopniowo, lecz nieubłagalnie zamieniają się w nizinne.

Na obiad stajemy w przyautostradowej knajpce z sieci Auto Grill – nie jest może najtaniej (bez kupowania napojów da się przeżyć), ale porcje lasagne znikają z talerzy chłopaków w ekspresowym tempie.

Na nocleg – podobnie jak w drodze w tamtą stronę – zatrzymujemy się w czeskim Bohuminie tuż przy granicy z polską. Ponownie stwierdzamy, że apartament „U staré pekárny” to doskonałe miejsce na nocleg – bardzo przestronny i stosunkowo niedrogi.

Późnym wieczorem po zagonieniu do łóżek chłopaków urządzamy sobie małe święto, delektując się oglądaniem i selekcjonowaniem zdjęć. Ale mieliśmy dziś piękny dzień! Gdybyśmy nigdzie się nie zatrzymali, mielibyśmy przed oczami tylko kolejne kilometry autostrady, a tak – widoki były bajkowe!

Na szczęście po każdym wyjeździe pozostają wspomnienia…

Nasz czas: 10:00-11:15 – przejazd w okolice Gmunden.
Na wzgórzu i w zamku spędziliśmy łącznie ok. 2,5 godz.
13:45-19:45 Gmunden-Bohumin. Przez cały dzień ok. 630 km.

 

Dolne Jezioro Gosau – jeden z najbardziej znanych górskich plenerów w Austrii

Dolne Jezioro Gosau (Vorderer Gosausee– bajkowe widoki na pożegnanie Alp Salzburskich

To powinien być żelazny punkt rodzinnego programu turystycznego w Alpach Salzburskich. Jezioro jest niezwykle malowniczo położone, obramowane z trzech stron strzelistymi pasmami górskimi. Widok na Dachstein z jego lodowcem, wyłaniający się zza jeziora sprawi, że trudno Wam będzie wyjąć aparat z ręki – to jeden z najbardziej znanych górskich plenerów w Austrii. Spacer wokół jeziora jest łatwy i dostępny dla każdego – w letnich warunkach zajmuje około godziny i wymaga pokonania ok. 4,5 km. W zimie (i z dziećmi) zapewne nieco więcej, nie zawsze też da się obejść całe jezioro – śnieg z nawisów skalnych czasami zasypuje ścieżkę. Warto jednak przespacerować się chociaż kilkaset metrów i wrócić – wtedy najlepiej zacząć okrążać jezioro z lewej strony – tu widoki są najpiękniejsze.

5 stycznia 2017, piątek

Pogoda zrobiła nam prezent na pożegnalny dzień: piękne słoneczko i kilka stopni na plusie

Od rana urządzamy rodzinną burzę mózgów, czy ostatni dzień pobytu poświęcić na pożegnalne narty, czy na spacer wokół jeziora Gosau. Starsi chłopcy pewnie woleliby jeszcze trochę poszusować, ale na nas perspektywa wędrówki w górskim otoczeniu działa jak lep na muchy. W końcu wybór pada na jezioro. I dobrze! Bo niewybaczalnym grzechem byłoby być tak blisko i nie odwiedzić tego przepięknego miejsca!

Panorama otoczenia jeziora z północnego brzegu Vorderer Gosausee.

Jezioro leży na wysokości 933 m n.p.m. Wycieczka nie jest męcząca, bo prawie na samo miejsce można podjechać samochodem – od parkingu nad brzeg wody jest może ze 200 m. A potem ruszamy przed siebie. Zachwyty czas zacząć!

Parkujemy w pobliżu dolnej stacji kursującej w lecie kolejki gondolowej Gosaukammbahn na Zwiesealm.

W oddali majaczy Hoher Dachstein.

Rodzinka w komplecie, idziemy!

Chwila, moment, tylko tu odśnieżymy!

Vorderer Gosausee to typowe jezioro polodowcowe. Ma niecałe 2 km długości i do 500 m szerokości. Maksymalna głębokość wynosi 82 m. Zbiornik jest zasilany głownie przez podziemne źródła. Jezioro jest bardzo popularne wśród nurków (są dwa wyznaczone miejsca do nurkowania) ze względu na krystalicznie czystą wodę. Skały wokół jeziora przyciągają też amatorów wspinaczki – wytyczono tu niedługie, ale malowniczo poprowadzone ferraty (trudność B-C). Wszyscy inni turyści ściągają tu głownie dla widoków – jezioro Gosau to jeden z pocztówkowych plenerów Austrii. My dziś też nie możemy się napatrzeć, co wymyśliła natura. Przed nami króluje Dachstein. Z lewej imponujące ściany szczytu  Grosser Donnerkogel i masywu Goasukamm. Nad jeziorem unosi się tajemnicza mgiełka. Jest cudnie!

Masyw Dachsteinu w zimowej odsłonie.

Postrzępiona grań pasma Gosaukamm.

Idziemy dalej wschodnim brzegiem jeziora.

Tempo mamy spacerowe.

Donnerkogel ze swoją świtą.

Droga wokół jeziora prowadzi kilkadziesiąt metrów ponad jego taflą.

Planujemy oczywiście obejście całego jeziora. Początkowo trasa wiedzie szeroko odśnieżoną drogą. Potem zamienia się w ścieżkę pieszą – wąsko przedeptaną w zimie, ale wygodną.  Spacer staje się bardziej emocjonujący, gdy dochodzimy do galeryjki wykutej w stromo opadającej skalnej ścianie. W zimie trzeba uważać na lodowe sople, które mogę oderwać się i spaść na dół. Od kilku dni temperatura jest mocno dodatnia, więc zamiast lodowych nawisów z góry spada na nas deszcz kropelek wody.

Ze skał dość intensywnie leje się woda.

Pod pionowymi skałami trasa wiedzie po mostkach.

Grzesiowi bardzo podoba się spacer.

A dwa starsze łobuzy nie wychodzą ze śnieżnych zasp.

Donnerkogel został za nami.

W lecie można spróbować tu swoich sił na krókiej ferracie.

Sople i mgły – woda tworzy nam piękną scenerię.

Starsi chłopcy dawno już zapomnieli o tym, że nie poszli na narty i cieszą się spacerem równie mocno jak my. Tylko pewnie z nieco innych powodów. Oczywiście, przyznają, że jest „bardzo ładnie”, ale z większym zaangażowaniem zajmują się próbami dorzucenia śniegowych kul do tafli wody i przewalaniem śniegu jabłuszkami do zjeżdżania (skoro nie dało się pojeździć, dobre i to😉).

Dalej trasa spaceru wiedzie wykutą w skałach galeryjką.

Cały czas trzeba uważać na dzieci, bo pod kilkadziesiąt metrów pod nami jest zimna toń jeziora.

Dalej już nie idziemy – może innym razem…

Drabinka łączy górną i dolną ferratkę.

Wracamy tą samą drogą.

U starszaków robota wre, aż miło.

Grzesiek na zmianę – raz cały w skowronkach baraszkuje na śniegu, raz narzeka, że coś jest „źle w bucie”. Skarpetki zsuwające się podczas chodzenia w butach zimowych zatruły nam już niejedną wycieczkę😉 Ale przecież nie może być idealnie, nie? Ogólnie rodzinny spacer był przewspaniały – mieliśmy chyba najpiękniejsze z możliwych pożegnanie z Alpami Salzburskimi.

Kto sturla się z zaspy? Byle nie do jeziora!

A teraz kto dalej dorzuci śnieżką?

Niestety, nie udało nam się obejść całego jeziora – mniej więcej w 1/3 trasy, przy końcu galeryjki skalnej, przejście zagrodził śnieg, który usypał się stromo z nawisów skalnych. Ścieżka była, ale wąziutka, a barierka zasypana. Tuż obok urwisko prowadzące do jeziora. Mimo że kluczowy fragment był zapewne krótki – potem ścieżka wchodziła w las i na pewno sami byśmy poszli dalej, dziś rozsądek górą: nie będziemy ciągnąć tu dzieci.

Dla takich widoków warto odpuścić kilka zjazdów na nartach.

Kulminacja masywu Dachstein w zimowej odsłonie.

Chętnie wrócimy nad jezioro Gosau w cieplejszej porze roku, choć zapewne wtedy jest oblegane przez turystów, a dziś mogliśmy się cieszyć przechadzką w samotności. W lecie warto zrobić sobie spacer również nad Górne Jezioro Gosau, jednak jest on znacznie bardziej wymagający – wymaga pokonania sporego przewyższenia.

Po południu (obiad po raz kolejny ‘budżetowo’ pichcimy sami) R. zabiera chłopców do Bischofshofen. Trwają właśnie kwalifikacje do ostatniego z konkursów Czterech Skoczni. M. w tym czasie bawi się w kopciucha i próbuje z lepszym lub gorszym skutkiem ogarnąć pakowanie.

Bischofshofen – kwalifikacje do ostatnich zawodów Turnieju Czterech Skoczni.

Hallstatt – wizytówka Austrii

Hallstatt

Jeśli chcielibyśmy zdefiniować idealną atrakcję turystyczną, to Hallstatt spełniłoby chyba wszystkie kryteria takiej atrakcji. Piękne położenie, ciekawe zabytki, niezwykła i tajemnicza historia, a do tego najstarsza na świecie kopalnia soli. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że najpiękniejsze jest to, co różnorodne, tak jak tutejszy widok – skaliste, teraz ośnieżone góry, wody jeziora, w których przegląda się przeurocze miasteczko przyklejone do stromego nabrzeża, stare zabytki i tajemnice sprzed wieków. Hallstatt to wizytówka Austrii. Cały rejon został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

3 stycznia 2017, środa

Rano pogodnie, od południa leje i pada mokry śnieg, ok. 2 st.

Prognoza przewiduje na dzisiaj parogodzinne okienko pogodowe, więc staramy się wyjechać w miarę wcześnie, mając nadzieję, że pogoda pozwoli nam na zwiedzenie Hallstatt nie w deszczu. To zaledwie pół godziny jazdy od Abtenau, gdzie mieszkamy – grzechem byłoby nie skorzystać z okazji obejrzenia miejsca z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety słońce znika za chmurami jeszcze przed dojazdem na miejsce, co znacząco utrudnia komponowanie pięknych ujęć (a wizyta w Hallstatt to chyba marzenie wielu amatorów fotografii!).

Przepiękne Hallstatt – wizytówka Austrii – dziś wybieramy się tam my! Cały region Hallstatt został wpisany na listę UNESCO.

Parkujemy na głównym podziemnym parkingu (jedynym z wolnymi miejscami), co zmusza nas do nieco dłuższej przechadzki co centrum. Nie żałujemy, bo udając się prosto w stronę brzegu jeziora, trafiamy na piękny widokowy półwysep nad jeziorem Halstättersee. Miejsce jest wykorzystywane w lecie jako plaża i kąpielisko – dzieciaki na pewno byłyby zachwycone i kąpielą w jeziorze, i zabawami na placach zabaw. Półwysep został usypany z materiału skalnego uzyskanego podczas drążenia w latach 60. XX w. tuneli dla dróg dojazdowych pod wzgórzem Hallberg.

Po dojeździe do jeziora Hallstättersee otwierają się pierwsze widoki na Hallstatt.

Na brzegiem stają drewniane budynki rybackie.

500 m powyżej miasteczka znajduje się kopalnia soli, jedna z najstarszych na świecie.

Półwysep widokowy, utworzony z materiału pozyskanego podczasu budowy tunelu dojazdowego przez Hallberg.

Przed zbudowaniem drogi Seestraße do miasta można było dotrzeć tylko łodzią lub ścieżkami konnymi.

Schodzimy na chwilę nad jezioro Hallstättersee.

W lecie dzieciaki mogą szaleć na wodnym i tradycyjnym placu zabaw.

Nabrzeżne uliczki otaczają stare drewniane domki.

Hallstatt to jedno z najpiękniejszych miasteczek Austrii.

Bardzo się cieszymy, że je odwiedziliśmy!

Alexander von Humboldt nazwał Hallstatt najwspanialszym ‚lake village’ na świecie.

Dalej podążamy w stronę centrum miejscowości uliczkami wzdłuż nabrzeża jeziora. Zachwycają nas zarówno same widoki, jak i stara, często drewniana zabudowa Hallstatt. Im bliżej centrum, tym nabrzeże robi się bardziej strome, a domy wyrastają dosłownie jedne nad drugimi. Od zawsze brakowało tutaj miejsca na rozrastanie się miasteczka, ale to właśnie dzięki temu jest ono dzisiaj tak piękne. Uliczki są wąskie, przejścia często prowadzą krętymi schodkami wciśniętymi pomiędzy domy. Miejscowość słynie z tego, że wąskie uliczki uniemożliwiały tradycyjne poprowadzenie procesji w Boże Ciało i konieczne było organizowanie jej łodziami na jeziorze! Tradycja ta jest kultywowana do dziś.

Droga wzdłuż jeziora doprowadza nas do centrum.

Zachwyca nas konstrukcja drewnianych garaży dla łódek.

Miasteczko jest otoczone stromymi zboczami – rozrasta się ‚wzwyż’.

W Muzeum Hallstatt prezentowane są eksponaty z wykopalisk archeologicznych.

Im bliżej centrum, tym węższe uliczki.

uliczki są tak wąskie, że procesja Bożego Ciała odbywa się tradycyjnie na jeziorze.

Nad miastem góruje kościół katolicki (Katholishe Pfarrkirche).

Aby się tam dostać, musimy przejść zadaszonymi schodami.

Dominantę krajobrazu Hallstatt stanowi dość typowa, smukła wieża neogotyckiego kościoła ewangelickiego. Cenniejszym zabytkiem jest jednak położony kilkadziesiąt metrów wyżej na zboczu XV-wieczny kościół katolicki. Gotycka budowla zwieńczona jest skonstruowanym w późniejszych latach dachem, którego kształt przypomina pagodę. Ciekawe jest także dwunawowe wnętrze z cennym wyposażeniem, m.in. wykonanym ok. 1500 r. drewnianym ołtarzem, w którego kształcie i bogactwie zdobień można dopatrzeć się wpływów nadchodzącego renesansu. Wokół kościoła umiejscowiony jest kameralny cmentarz parafialny. To w podziemiach tutejszej kaplicy skrywa się jedna z największych tajemnic miasteczka.

Drugą świątynią Hallstatt jest XIX-wieczny kościół protestancki.

W ścianach są wejścia do budynków mieszkalnych.

Obok drzwi normalny numer ulicy, skrzynka pocztowa…

Kościół katolicki zbudowano w XV w.

Szczególnie cennym elementem wyposażenia jest drewniany ołtarz z 1500 r.

Podwójny chór kościoła był częstym elementem późnogotyckiej architektury tych okolic.

Do kościoła przylega niewielki cmentarz św. Michała.

Z uwagi na brak miejsca, czaszki zmarłych składowano w cmentarnej kaplicy.

Cmentarna kaplica czaszek

W niewielkim pomieszczeniu zgromadzono ponad 1200 czaszek okolicznych mieszkańców. Wszystko z powodu niewielkiej powierzchni cmentarza. Po 10-20 latach od pochówku konieczna była ekshumacja zwłok, aby zrobić miejsce dla ciał kolejnych mieszkańców. Czaszki i zachowane kości zmarłych gromadzono w przycmentarnej kaplicy. Wyjątkowy jest nie tylko sam fakt gromadzenia przez kilkaset lat czaszek, lecz także trwający od 1720 r. zwyczaj ich malowania w kolorowe wzory oraz umieszczania daty śmierci i nazwiska nieboszczyka. Dominuje wzornictwo zaczerpnięte z przyrody, często kolorowe i z bogatą symboliką. Liść laurowy jest znakiem zwycięstwa, bluszcz – życia, róża – miłości, liść dębu – sławy i chwały. Są również węże symbolizujące szatana, a w jednej z czaszek obok krzyża nadal tkwi złoty ząb! Widać ogromny szacunek dla zmarłych i kunszt artystów zdobiących specjalnie oczyszczane czaszki.

Kaplica św. Michała służy mieszkańcom Hallstatt od pocz. XVII w.

Ciała wyjmowano z grobów po 10-20 latach od pochówku i oczyszczano kości.

Charakterystyczne malowidła na czaszkach symbolizowały miłość do zmarłych.

Na czaszkach są zapisane nazwiska zmarłych i daty ich śmierci.

Tradycja malowania czaszek zaczęła się od XVIII w.

Ostatnią czaszkę umieszczono tu w 1995 r. – widać nawet złoty ząb zmarłej.

W kostnicy cmentarnej znajduje się obecnie 1200 czaszek, 610 pomalowanych.

Spod kościoła na zbocze prowadzą dość strome schodki. To tędy wg przewodnika można dostać się w około godzinę do prawdopodobnie najstarszej na świecie kopalni soli Salzwelten. To opcja dla wytrawnych piechurów (R. z Grzesiem nawet dzisiaj próbowali, ale schody były bardzo oblodzone, a ostatecznie spłoszyła nas ulewa 😉). Dla „przeciętniaków” dostępna jest kolejka linowo-terenowa, która podwozi turystów kilkaset metrów w górę w pobliże wylotu tuneli kopalni. W zimie ta atrakcja jednak jest niedostępna, więc będzie powód, aby tu kiedyś wrócić! Ciekawa jest nie tylko sama kopalnia, której początki sięgają nawet 3000 lat p.n.e., a wydobycie soli trwa do dzisiaj. Zachwycający jest podobno także widok z góry na całą okolicę.

R. z Grzesiem wędrują jeszcze ścieżką nad cmentarzem – można nią dotrzeć aż do kopalni w Salzbergu.

Również dla miłośników archeologii Hallstatt ma wiele do zaoferowania. Okoliczne znaleziska świadczą o ogromnym kunszcie miejscowych rzemieślników i górników. Przyjął się nawet termin „kultura halsztacka”, której wpływy obejmowały znaczny obszar Europy. Zabytki dokumentujące ogromny rozwój produkcji rzemieślniczej i obróbki metali, w tym związanej z eksploatacją złóż soli, znajdują się w wielu austriackich muzeach oraz w tutejszym Muzeum Hallstatt. Pochodzą one głównie z wykopalisk, mających swój początek w XIX w. i obejmujących m.in. ponad 2000 grobów. Kultura halsztacka swój rozkwit miała od ok. 800 do 400 r p.n.e.

Przyklejone do górskiego zbocza Hallstatt przypominało nam położony na brzegu Boki Kotorskiej czarnogórski Perast (relacja z przecudnej Czarnogóry tutaj), a przejście schodami przez tunel między domami nasuwało skojarzenia z rumuńską Sighișoarą (o Ruminii piszemy tutaj, zaczarowała nas od pierwszego wejrzenia). Niebywałe, jak wiele ma do zaoferowania turystom to wyjątkowe miasteczko. Trudno więc dziwić się tłumom przybywającym tutaj z całego świata (dzisiaj zwiedzających było naprawdę sporo, szczególnie Azjatów, trudno sobie wyobrazić, ile osób przybywa tu w letnie dni…). Zadziwiła nas informacja, którą znaleźliśmy przypadkiem w sieci, że kilka lat temu Chińczycy… uwaga, uwaga! –  skopiowali u siebie całe miasteczko Hallstatt, oczywiście nie pytając nikogo o zdanie!!! (https://www.news24.com/Travel/Chinese-secretly-copy-Austrian-town-20120604) Myśląc o tym wszystkim, współczuliśmy dzisiaj tutejszym mieszkańcom, szczególnie pamiętającym jeszcze czasy sprzed pół wieku, kiedy nie docierały tu żadne większe drogi… Jakże bardzo zmieniło się ich życie przez ten czas! Na szczęście Hallstatt pozostaje nadal właściwie niezmienione i  mamy nadzieję, że nadal tak zostanie!

Skansen Ziemi Salzburskiej i Hallein – kolebka „Cichej nocy”

Skansen Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum)

Widzieliście kiedyś doskonale zachowane drewniane chałupy z ponad 500-letnią historią? Jeśli nie, koniecznie musicie odwiedzić Skansen Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum). Zobaczenie na własne oczy tak starych drewnianych domów wywarło na nas ogromne wrażenie. Skansen jest położony w Großgmain, na południowy zachód od Salzburga. Na 50 hektarach powierzchni zgromadzono około 100 doskonale zachowanych drewnianych budynków – najstarsze obiekty pochodzą nawet z pierwszej połowy XV wieku! Skansen został podzielony na pięć części, odpowiadających pięciu regionom ziemi salzburskiej: Flachgau, Tennengau, Pongau, Lungau i Pinzgau. W każdej z nich znajdują się budynki charakterystyczne dla architektury wiejskiej danego regionu.  Aby w pełni skorzystać z wszystkich atrakcji skansenu, najlepiej zawitać tu od wiosny do jesieni – w zimie muzeum bywa otwierane tylko okresowo (np. w okresie świąteczno-noworocznym), w dodatku można kupić wtedy tylko bilet spacerowy – wnętrza obiektów pozostają zamknięte (szczegóły i aktualne godziny otwarcia można sprawdzić tutaj www.freilichtmuseum.com). Jednak niezależnie od pory roku to wspaniałe miejsce na wycieczkę dla całej rodziny.

1 stycznia 2018, sobota

Pochmurny i szary dzień, przejaśnia się dopiero po południu, 5 stopni

Prognozy pogody na następny tydzień są niezachęcające, jednak na dziś rysuje się szansa na dzień bez opadów, nawet z przejaśnieniami. Postanawiamy wykorzystać tę okazję i wybrać się na spacer po Skansenie Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum). Dobry plan na powitanie Nowego Roku!

Mimo że wnętrza budynków w zimie są niedostępne dla zwiedzających, sam spacer dostarcza nam fantastycznych wrażeń. Przypatrujemy się z zainteresowaniem architekturze salzburskich domów, tak innych niż te spotykane w naszych skansenach. Właściwie wszystko tu jest inne – i wielkość typowych domostw (w porównaniu z naszymi chatynkami to istne olbrzymy!), i kształt dachów, i zaaranżowanie obejścia.

Skansen zajmuje obszar 50 hektarów.

Przez cały teren skansenu zostały poprowadzone tory kolejki wąskotorowej.

Można też wybrać przejażdżkę bryczką.

My jednak wolimy metodę tradycyjną – spacer.

Przedstawiono zabudowania typowe dla pięciu regionów ziemi salzburskiej.

M. zachwyca się głównie… starym drewnem. To chyba pierwszy skansen, w którym sam budulec tak bardzo przyciągnął naszą uwagę. Im starszy budynek, tym bardziej drewno naznaczone jest zębem czasu, rozwarstwione, sękate i pomarszczone –  jak skóra starego człowieka! Do tego ten zapach! Niesamowity materiał budowlany, taki żywy, oddychający, zmieniający się z czasem, a jednocześnie jak trwały!

Szczególną uwagę zwracamy na zachwycające stare drewno.

…pomarszczone jak skóra starego człowieka

Przepiękne stare drewno.

Chłopców interesuje trochę co innego niż nas. Tymka i Sebka najbardziej zajmują stare lokomobile i ciągniki, stojące przy niektórych zabudowaniach. Grześ natomiast z zapamiętaniem szuka pozostałości śniegu i kałuż, do których można by wrzucać ubłocone kamyczki. Bardzo interesują go też tory kolejki wąskotorowej, biegnące przez cały teren skansenu. Co chwila wskakuje na nie i udaje, że sam jest ciuchcią i ciągnie za sobą wagony. Szkoda, że w zimie kolejka nie chodzi – taka przejażdżka musiałaby być dodatkową atrakcją dla najmłodszych gości. W zimie nie możemy skorzystać też z uroków ciekawie zaaranżowanego drewnianego placu zabaw – jest tu nawet turbina i pompa wodna – już widzimy, jak by się chłopcy ucieszyli. Plac zabaw zorganizowano tuż obok stolików restauracyjnych, podobnie jak w skansenie schwarzwaldzkim  (też arcyciekawym, nasza fotorelacja tutaj)– prawda, jaki to cudowny pomysł? Gdy dzieci się bawią, rodzice mogą spokojnie przełknąć jedzenie.

Zaczynamy od rejonu Flachgau.

Dom pochodzi z połowy XVII w., o czym informują odpowiednie tablice.

Piękne malowane ozdoby na budynku wejściowym.

Przez teren skansenu wiodą wygodnie poprowadzone ścieżki spacerowe.

Piękna filigranowa kapliczka na tle górskich widoków skradła nasze serca.

Dom Hiertlhaus z 1771 r.

Cudne drewniane detale.

W skansenie można znaleźć też lokomobile.

Naszym chłopcom bardzo spodobały się te eksponaty!

Okazały dom z przełomu XVIII i XIX w.

Szczegóły podobają nam się równie mocno jak cała konstrukcja.

Tu wyjątkowo wnętrza są otwarte.

Zasadniczo w zimie można kupić tylko bilet spacerowy.

Kolejna lokomobila.

Czy nie piękna?

Chłopcom spodobała się też maszyna do siewu.

Grześ sprawdza stan techniczny pojazdu.

Idziemy do części Tennengau.

Grześ nie przepuści torom, które mijamy po drodze.

W styczniu takie atrakcje są niedostępne, więc po prostu spacerujemy sobie skansenowymi alejkami, wytyczonymi w bardzo ładnym otoczeniu, wśród drzew, z górskimi widokami w tle. To bardzo przyjemne spędzenie czasu na świeżym powietrzu i całkiem niezła dawka ruchu. W skansenie spokojnie można zrobić ładnych kilka kilometrów; podstawowa trasa bez zbaczania do (ciekawych i wartych zobaczenia) bocznych obiektów ma ok. 2,5 km.

Tennengau.

Drzwi XIX-wiecznego domu z Tennengau.

Kolejne pięknie malowane drzwi.

Tennengau to jedna z pięciu części skansenu

Kolejna część to Pongau. Tu piętrowa szopa z… 1585 r.!

To jeden z najstarszych obiektów skansenu – dom z 1535 r.!

Chętnie zwracamy uwagę na detale.

To budynek z Tennengebirge z 1505 r.!

Chyba najstarszy obiekt – stodoła z Lungau z … 1442 r. Nie do wiary!

Neumannhaus pierwotnie z poł. XV w., potem przebudowywany

Drewno zachwyca nas niezmiennie.

Drzwi do bogatszego domu.

Abrahamhof z przełomu XVIII i XIX w.

AD 1816

Belki XVIII-wiecznej szopy.

A to leśni szałas ze ścianami z kory.

Osada na hali z punktu widokowego.

To na koniec najbardziej zaciekawiło chłopców – dmuchawa śnieżna z Grossglocknera.

Zdecydowanie polecamy Muzeum Ziemi Salzburskiej jako cel rodzinnej wycieczki niezależnie od pory roku (choć dzieciakom na pewno bardziej się będzie podobało tu latem).

Hallein – kolebka „Cichej nocy”

Hallein to niewielkie miasteczko, położone nad rzekami Salzach i Almbach, na południe od Salzburga. To tu przyszedł na świat i zmarł  Franciszek Ksawery (Franz Xaver) Gruber, autor melodii kolędy Cicha noc (Stille Nacht). Przypomina o tym niewielkie Muzeum Cichej Nocy, urządzone w dawnym domu Grubera. Innym ciekawym muzeum w Hallein jest Muzeum Celtyckie (Keltenmuseum) – niegdyś na tych terenach kwitły celtyckie osady. Kto nie przepada za muzeami, może pospacerować urokliwymi uliczkami kameralnej starówki. Warto też odwiedzić pobliską kopalnię soli Salzwelten Salzburg w Bad Durrnberg. Niestety ,nie można tam wejść z dziećmi poniżej 4 lat, więc dla nas wizyta w niej jest niedostępna ☹.

Do Hallein zajeżdżamy w drodze powrotnej, wracając ze Skansenu Ziemi Salzburskiej. Szczerze mówiąc, najbardziej nastawialiśmy się na zwiedzenie Muzeum Cichej Nocy (Stille Nacht Museum) – co może być lepszym pomysłem na powitanie Nowego Roku? Mamy jednak pecha – placówka jest obecnie w trakcie remontu – unowocześnione muzeum ma zostać otwarte w 2018 r., w 200-lecie powstania najsłynniejszej kolędy na świecie. Poprzestajemy więc na obejrzeniu budynku muzeum z zewnątrz. Przed wejściem znajduje się grobowiec Grubera. Z ciekawością doczytujemy, że autor najpopularniejszej kolędy nigdy nie zajmował się  zawodowo komponowaniem – pracował jako nauczyciel i organista, a melodię do Cichej nocy skomponował przypadkiem, i to na gitarze, na prośbę asystenta pastora, który potrzebował muzyki do napisanego dwa lata wcześniej wiersza.

Spacer do muzeum jest dla nas jednocześnie okazją do poznania uroków starówki. Jej dominantą jest nieciekawa betonowa wieża  kościoła . Najbardziej podobają nam się jednak wąskie, pnące się do góry uliczki, obramowane kolorowymi kamienicami.

Hallein – zaczynamy spacer.

Na starówce znajdziemy wiele urokliwych zakątków.

Plac Grubera po tegorocznej rewitalizacji. Dom Grubera ciągle w remoncie.

Tu mieszkał twórca melodii do kolędy ‚Cicha noc’.

Przed domem znajduje się jego grobowiec.

Tablica poświęcona Franzowi Gruberowi.

Tak Muzeum Cichej Nocy wygoądało jeszcze do niedawna.

Pora na dół.

Z boków dochodzą malownicze wąziutkie uliczki.

Chleba naszego powszedniego…

…i szyld piekarzy.

Wracamy na dół.

Długo po Hallein nie myszkujemy, bo po całodziennej wycieczce wszystkim nam zimno, a kiszki z głodu marsza grają. Dobrze, że wczoraj upichciliśmy domowe spaghetti – w Nowy Rok wszystkie knajpy w Hallein zastaliśmy zamknięte.

Ośrodek narciarski Dachstein West

Narty w ośrodku Dachstein West

W skład ośrodka Dachstein West (szczegóły tutaj) wchodzą trzy rejony narciarskie: Gosau, Russbach i Annaberg. Dziś odwiedzamy pierwszy z nich z najdłuższą niebieską trasą – rodzinna nartostrada ma aż 4 km długości i pokonuje na tym dystansie 800 m różnicy wzniesień.

W Dachstein West narciarze mają do dyspozycji łącznie 75 km oznakowanych tras na wysokości od ok. 700 do 1600 m n.p.m. Ośrodek oferuje trasy o różnych stopniach trudności, jednak najwięcej możliwości wyboru będą mieli narciarze średniozaawansowani. Dla nas równie ważne jak warunki narciarskie są jednak walory widokowe, a tego ośrodkowi Dachstein zdecydowanie odmówić nie można. Piękne wysokogórskie otoczenie pasma Tennengebirge, podobnego wysokością do naszych Tatr, i szerokie widoki na masyw Dachstein to zdecydowanie jeden z powodów do odwiedzenia Dachstein West. Szkoda, że trasy nie są wieczorem oświetlane – tryb dzienna wycieczka + wieczorne szusowanie zdecydowanie najbardziej by nam odpowiadał.

30 grudnia 2017, sobota

Ranek ładny i mroźny, z widokami; po południu opady mokrego śniegu

Przyjeżdżamy rano po śniadaniu i od razu kierujemy się do największej gondoli – Panorama Jet Zwieselalm. Trasa zjazdowa jest długa i widokowa, i  – co najważniejsze – stosunkowo łatwa, czyli dostępna dla naszego najmłodszego narciarza – Sebusia.

Ośrodek narciarski Dachstein West

W panoramie wyróżnia się Donnerkogel i inne szczyty Salzburskich Dolomitów.

Jedziemy w górę najdłuższą gondolą Panorama Jet Zwieselalm.

Górna stacja na wysokości 1620 m.

Zakładamy narty i ruszamy – przed nami 4 km zjazdu!

Górny odcinek trasy jest wyjątkowo piękny widokowo.

To idealna trasa na rodzinne szusowanie.

Trzymamy się niebieskiej trasy oznaczonej numerem 9.

Piękna sceneria Salzburskich Dolomitów

Grześ, niestety, jeszcze nie jeździ na nartach, więc – chcąc nie chcąc – musimy  się rozdzielić. R. zostaje z nim na dole, wydeptując śniegowe ścieżki i zajmując się temu podobnymi porywającymi rzeczami, a M. ze starszymi chłopcami wskakują w narty i na górę! Tymo śmiga już sam we własnym tempie, więc macha do nas i zjeżdża na dół, a M. z Sebusiem wolniutko suną na dół. Niebieska trasa niebieską trasą, ale długość zjazdu (4 km!), wysokogórskie otoczenie i przewyższenie do pokonania (800 m) dostarczają naszemu zuchowi sporej dawki adrenaliny. Jesteśmy bardzo dumni z Sebusia, że tak sobie dobrze poradził na prawdziwej alpejskiej trasie! Przez półtorej godziny M. i S. udaje się zjechać z góry raz (potem M. wyskakuje jeszcze raz na samotny szybki przejazd), Tymo w tym czasie zalicza trzy rundki.

W czasie. gdy reszta jeździ na nartach, R. zajmuje się bardziej przyziemnymi rzeczami.

Grześ jest bardzo zadowolony, R. pewnie mniej…

Czasami zdarzają się większe atrakcje – Grześ zaraz pojedzie na wyciągu taśmowym!

Czasem mniejsze… Tym razem Grześ z R. myszkuję w okolicach trasy narciarstwa biegowego.

Chłopakom udało się za to ulepić TAKIEGO WIELKIEGO bałwana!

No dobra, tak naprawdę był taki duży:)

Po szybkim obiedzie w domu (budżetowo pichcimy sobie sami) zmiana zespołów i zadań. Tym razem M. z Sebusiem i śpiącym Grześkiem zostają w domu, a R. z Tymem wybierają się na narty. Pierwotnie chcą jechać gondolą Panorama Jet Zwieselalm, ale pechowo akurat ma awarię zasilania, podjeżdżają więc samochodem na obok położone wyciągi krzesełkowe Hornspitz-Express I oraz II (łącznie niecałe 700 m przewyższenia, ponad 3 km trasy). Trasa przyjemna, czerwona średniozaawansowana, niestety po południu miejscami jest już mocno zmuldzona. Warunki  jazdy utrudnia też padający coraz mocniej mokry śnieg. Mimo to popołudniowy wyjazd na narty chłopaki zaliczają do bardzo udanych – przez cały dzień Tymo przejechał ponad 20 km na nartach!

Popołudniowe narty na trasie Hornspitz-Express

Najprzyjemniejszy jest ostatni zjazd przy zapadającym zmroku.

Trasa zaczyna się z Gosau.

Pod nogami mgły nam płyną jak rzeka.

Na takie chwile warto czekać!

W drodze powrotnej chłopaki zatrzymują się jeszcze na szybkie zakupy uzupełniające w Gosau.

Wieczorem czeka na nas jeszcze jedna atrakcja – psuje nam się światło w łazience. I lampa, i żarówka zdecydowanie mają już swoje lata, więc naprawa idzie opornie. Zawsze to jednak okazja do pointegrowania się z naszą gospodynią (i jej synem😊)

Postalm – największa górska hala w austriackich Alpach

Postalm – piękne miejsce na zimowy górski spacer i wieczorne narty w Gosau

W polskich przewodnikach próżno szukać informacji o Postalm. Jedynie na stronach opisujących ośrodki narciarskie można znaleźć suchą wzmiankę o ilości tutejszych wyciągów. Nic poza tym. A to piękny płaskowyż, na którym wytyczono zimowe szlaki piesze i narciarskie, są tu też trasy zjazdowe i kilka schronisk. Postalm to największa górska hala w austriackich Alpach. Wokół przepiękne górskie krajobrazy. Czego chcieć więcej? Zimowe trasy piesze są łatwe i w sam raz nadają się na rodzinną wycieczkę.

29 grudnia 2017, piątek

Dzisiaj rozpogadza się i mamy piękną mroźną zimę, -8 st.

Piękna pogoda i założone wczoraj łańcuchy na kołach😉 skłaniają nas do wybrania na dzisiejszy cel położonego wysoko w górach Postalm. Sam dojazd do tego miejsca jest wart wysiłku. Dostaniemy się tu płatną (10 Euro) drogą Postalmstrasse, prowadzącą z okolic wioski Voglau w kierunku Strobl i St. Wolfgang. Trasa pokonuje ponad 600 m przewyższenia, po drodze ukazując nam pięknie cały postrzępiony masyw Tennengebirge. Po uiszczeniu opłaty (w automacie, trochę podobnym do parkingowego, z unoszonym szlabanem) wjeżdżamy na spory płaskowyż. Po chwili dojeżdżamy do ogromnego parkingu, na którym zatrzymują się narciarze wybierający trasy zjazdowe (dużo łatwych, rodzinnych wyciągów z dala od cywilizacji). My dziś jedziemy dalej w kierunku Strobl. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo i dojeżdżamy na parking P3 (dalej jechać się nie da). Tutaj jest nieco mniej samochodów, parkują tu głównie narciarze biegowi (w okolicy jest około 20 km tras dla sympatyków tego sportu!).

Przejazd Postalmstrasse dostarcza fantastycznych przeżyć – jest przepięknie.

Droga jest płatna 10 euro za samochód osobowy.

Dotarliśmy do rejonu Postalm. Parkujemy na parkingu P3.

Termometr w samochodzie pokazuje -2 st., ale na zewnątrz pomimo świecącego słońca jest naprawdę chłodno. Sprawnie ruszamy więc trasą spacerową (Wanderweg) w prawo (na północ). Zaskakuje nas spora ilość ludzi (w tym narciarzy biegowych, ich trasy dopiero są przecierane przez ratrak po wczorajszych opadach śniegu). Sama trasa nie jest zbyt wygodna, bo śnieg jeszcze nie został dobrze ujeżdżony przez ratraki i przy każdym kroku „mielimy” biały puch, trochę boksując w miejscu. Ale co to dla nas! Idziemy w górę, podziwiając okoliczne szczyty, raz ukrywające się w cieniu, a raz pięknie oświetlone zimowym słońcem.

Ruszamy przed siebie zimową trasą spacerową.

W okolicy jest też kilka wyciągów oraz trasy dla narciarzy biegowych.

Chłopcy są raczej mało zainteresowani widokami. Bardzo kręci ich natomiast ponadmetrowa pokrywa śnieżna po obu stronach naszej trasy… Ogromne połacie dziewiczego śniegu i troje niewybieganych dzieciaków. Taak, to się musiało tak skończyć. Starsi chłopcy znaczną część drogi brodzą w śniegu po kolana lub po pas, kopiąc zawzięcie jabłuszkami tunele, dziury itp. Są przy tym niebywale zadowoleni. Grześ również najchętniej poszedłby w ich ślady, tylko wtedy nigdzie byśmy nie doszli, więc ograniczamy się do wpuszczania go w zaspy co kilkadziesiąt metrów (przy kolejnych „niebieskich patyczkach”😊). Niesamowicie przydatne okazały się zakupione kilka miesięcy temu stuptuty dla chłopców. Dzięki nim śnieg nie nasypywał im się do butów i mogli bezkarnie hasać do woli w śnieżnych zaspach!

Największą atrakcją dla chłopców jest oczywiście śnieg.

Grzesiowi też bardzo podoba się takie wchodzenie zaspy.

Co może być lepszego niż wspólny zimowy spacer?

Rejon Postalm to płaskowyż otoczony strzelistymi szczytami.

Trasa nie pokonuje dużych przewyższeń, a prowadzi na sporej wysokości.

Cały czas towarzyszą nam wspaniałe widoki – co poniektórzy tylko patrzą się wciąż pod nogi…

Schronisko Wiesler Hütte – droga przechodzi tuż obok niego.

Planowaliśmy zrobić ok. 5-kilometrową pętlę, zaglądając po drodze do schroniska Schafbergblickhütte. Ostatecznie docieramy tylko do Wieslerhütte, bo z takimi rozrywkami tempo mamy beznadziejnie wolne, zaczynamy też trochę marznąć, czekając ciągle na Grzesia i chłopców, kopiących swoje tunele…

Schronisko Wieslerhütte okazuje się sympatyczną bacówką z dwoma niewielkimi izbami. Każda z tych izb mieści po 2-3 stoliki dla gości. Jemy zupę gulaszową z parówkami i coś w rodzaju knedli z pieczonym mięsem, sosem i kapustą. Jedzenie dobre, choć oczywiście niezbyt tanie (prawie 50 euro za dwie sycące zupy i dwa drugie dania oraz 4 herbaty, ale nie mieliśmy alternatywy na obiad…).

Bacówka jest niewielka

…ale przytulna – i można zjeść coś ciepłego!

Schronisko ma nawet własny punkt widokowy.

Zaspy śniegu większe od Grześka.

W powrotnej drodze przyświeca nam jeszcze piękniejsze słoneczko. Z zazdrością patrzymy na śmigających po okolicznych pagórkach narciarzy biegowych i pojedynczych skitourowców zdobywających nieco wyższe wzniesienia. Ale chętnie byśmy się tak intensywniej poruszali! Pomarzyć warto, ale tymczasem brodzimy sobie coraz bardziej rozdeptaną trasą w stronę naszej czerwonej bryki, ćwicząc cierpliwość przy każdej większej zaspie, do której muszą wejść młodsi turyści. W myślach dziękujemy naszej gospodyni, która zachęciła nas do wybrania się właśnie na ten spacer ze względu na piękne, wysokogórskie otoczenie.

Na śniegu żaden ślad nie pozostaje niezauważony.

Okoliczne wzniesienia są idealnym celem dla skitourowców.

Śnieg to, czy piaskowa zaspa?

Wracamy – Wiesler Hütte zostaje za nami

Chłopcy w tym czasie zaliczają własną polarną ekspedycję.

Wszystkie chwyty dozwolone – tym razem próby jabłuszkowe.

Zaspy jak wydmy w Słowińskim Parku Narodowym.

Jak możemy iść szybko, skoro większość wycieczki wybiera alternatywne drogi…?

Gdzie by tu dalej?

Tu! Tu jest pięknie!

Grześkowi pozwalamy wskakiwać w śnieg przy kolejnych niebieskich tyczkach.

Siąść łatwo, ale jak stąd wstać?

Tunele i jabłuszka już były, teraz kolej na sanki.

W dole przycupnęła mała kapliczka Postalm.

Postalm. Cieszymy się, że tutaj zawędrowaliśmy .

Wysokość otaczających szczytów przypomina te znane z Tatr.

Przez cały dzień cieszymy się dziś pięknym zimowym słońcem.

Stąd zaczyna się trasa saneczkowa.

Rejon Postalm – może komuś mapka się przyda.

Wracając do Abtenau, mamy jeszcze chwilowe trudności ze zdjęciem łańcuchów (na drodze coraz częściej prześwituje asfalt), ale po kilkunastu minutach ruszamy już dalej do domku. Drogi są co prawda świetnie utrzymane, pługi jeżdżą regularnie, ale po świeżych opadach śniegu łańcuchy poprawiały nam komfort na najstromszych odcinkach górskich dróg.

Wieczorne narty w ośrodku Gosau

Po podwieczorku decydujemy się jeszcze pojechać na jedyną w okolicy oświetloną trasę narciarską w Gosau w ośrodku Dachstein West.. Mamy niebywałe szczęście, bo na miejscu okazuje się, że wyciąg jest czynny tylko w piątki i został uruchomiony dosłownie kilka minut wcześniej. Dziwimy się, że w Austrii nie ma czegoś takiego jak wieczorna jazda na nartach – oświetlonych tras tu jak na lekarstwo. A dla nas byłyby idealne, bo pozwoliłyby na krajoznawcze wycieczki w ciągu dnia.

No nic, nie narzekamy, ważne, że dziś nam się udało. M z Sebusiem jeżdżą na niebieskiej, ale miejscami całkiem stromej trasie, Tymo zwiedza także drugą, czerwoną. Wyciąg orczykowy ma niespełna 400 m długości, ale pozwala fajnie sobie pośmigać, bo kolejek zupełnie brak. Karnety dla dorosłego są w cenie 7,90, a dla dziecka 5,40 euro za dwugodzinną jazdę (w godzinach 18:30–20:30).

R. w tym czasie namawia Grzesia na pierwszą w jego życiu przejażdżkę na prawdziwych nartach. Nasza najmłodsza pociecha zakłada z radością buty narciarskie, a potem także nartki (spadek po starszakach😊). O świadomej nauce jazdy nie ma oczywiście jeszcze mowy, ale możemy z dumą powiedzieć, że Grześ jako najmłodszy z wszystkich naszych chłopców postawił swoje pierwsze kroki na nartach!

Grześ pierwszy raz na nartach!

Taka okazja nie może obejść się bez zdjęcia!

Zaliczamy nawet pierwszy wspólny przejazd.

Brawo, Grzesiu!

 

 

Salzburg, twierdza Hohensalzburg

Twierdza Hohensalzburg

Jak głosi legenda, w VII w. św. Rupert, uznawany za założyciela miasta, miał uderzyć laską pasterską w salzburskie skały i spowodować wypłynięcie z nich słonej wody, w ten sposób odkrywając bogate złoża solne. Salzburg – miasto soli, pięknie położone na przełomie uroczej alpejskiej rzeki Salzach, jest głównie znany jako miasto Mozarta. Piękno zabytkowego centrum, z wpisaną na listę UNESCO starówką, wabi tu każdego roku tysiące turystów. To jedno z najpiękniejszych miast, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Dokładniej zwiedzaliśmy je podczas wakacji 2017 r. we dwoje (opis i bogata fotorelacja tutaj – zobaczcie, jaki Salzburg jest piękny latem!), dziś – z dziećmi – ograniczyliśmy się od odwiedzenia twierdzy Hohensalzburg. Robi wrażenie!

28 grudnia 2017, czwartek

Od rana pada śnieg, ok. zera stopni

Zwiedzenie twierdzy to świetny pomysł dla wszystkich, którzy dysponują niewielką ilością czasu na wizytę w Salzburgu – to taki „Salzburg w pigułce” – poza odwiedzeniem bardzo ciekawej warowni będziemy mieli też okazję podziwiania zachwycającej panoramy miasta z kilku punktów widokowych. Szczerze polecamy taki plan wszystkim zwiedzającym Salzburg z dziećmi – najmłodsi zazwyczaj nie gustują w oglądaniu kościołów, a w twierdzy atrakcji będzie co niemiara. Wspaniałym zwieńczeniem rodzinnej wizyty w Salzburgu będzie przechadzka promenadą wzdłuż rzeki Salzach i spacer po pięknych ukwieconych ogrodach Mirabell – no, ale one mają urok głownie w ciepłych porach roku.

Twierdza została zbudowana przez książąt-arcybiskupów na dolomitowym szczycie Góry Mniszej (Mönchsberg). Góruje 120 m nad lustrem rzeki Salzach, a widok z góry na miasto jest naprawdę przepiękny. Budowa zaczęła się w XI w, ale w kolejnych stuleciach warownia była rozbudowywana. Wzmacniano jej walory obronne, jednocześnie przekształcając ją w wygodną rezydencję dla arcybiskupów.

Do zamku można dostać się na dwa sposoby – albo podejść pieszo (ok. kilkunastu minut z placu katedralnego), albo wybrać przejażdżkę kolejką linowo-terenową (bilety obejmują również zwiedzanie zamku, 26 euro – bilet rodzinny). Wybraliśmy tę drugą opcję ze względu na jej większą atrakcyjność dla dzieci i mocno niezachęcającą pogodę.

Na górę można dostać się pieszo lub wjechać kolejką (widoczna z prawej strony).

Dziś wybieramy kolejkę linowo-terenową.

Na górze zadziwia nas rozległość całego założenia – przedmurze zamku tworzy niemal całe małe miasteczko. Najeżony flankami zamek o wybitnie obronnym położeniu prezentuje się naprawdę imponująco. Największe wrażenie wywierają na nas jednak przepiękne widoki na stary Salzburg, wtulony między wzgórza i przecięty zakręcającą tu rzeką Salzach. Z góry doskonale widać mnogość zabytkowych kościołów, a jest ich w Salzburgu naprawdę wiele.

Z góry można podziwiać strategiczne położenie warowni.

Przedmurze przypomina małe miasteczko.

Rozmach całości bardzo nas zaskoczył.

Z prześwitów wygląda kaplica św. Grzegorza.

Widok na górny zamek.

Na wysuniętym fragmencie bastionu znajdziemy fantastyczny taras widokowy.

My podziwiamy raczej groźne osadzenie zamku na skale.

Widoki na Salzburg są naprawdę zachwycające. Na pierwszym planie katedra.

Teraz dobrze widać kościół św. Piotra i kościół franciszkański.

Widok zachwyci nawet młodszych turystów.

Sprawdzamy, czy w zamkowej studni mieszka echo.

Pomnik księcia biskupa Leonharda von Keutschach, XVI w.

Kaplica św. Grzegorza

Zaglądamy do wnętrza kaplicy.

Sądząc po monetach, wiele osób chciało tu wrócić w przyszłości:)

Zamek miał pełnić funkcje i obronne, i rezydencyjne.

Kolejka do muzeum zamkowego. Oj, chyba nie będziemy stali…

Stare armaty nadal wycelowane są w stronę miasta.

Dziś pełnią funkcję głównie pleneru turystycznego.

Szczyt sezonu turystycznego robi swoje – zwiedzamy zamek w tłumie innych turystów. Kolejka do wejścia do Muzeum Zamkowego jest tak długa, że w końcu rezygnujemy, poprzestając tylko na spacerze po warowni. Na pewno warto jednak zwiedzić zamkowe komnaty – szczególnie nam szkoda, że nie udało się zobaczyć Złotej Izby ze słynnym gotyckim (!) piecem kaflowym.

Salzburska twierdza nigdy w swojej 900-letniej historii nie została zdobyta.

Herb Salzburga

Bez problemu dostajemy się za to na ekspozycję marionetek, urządzoną w jednej z zamkowych sal – w Salzburgu odbywały się niegdyś słynne przedstawienia kukiełkowe. Chłopcom bardzo się podobało, mogli też spróbować swoich sił w ożywianiu szmacianych aktorów.

Za zamku mieści się muzeum marionetek.

Można tu oglądać zabytkowe lalki z Teatru Marionetek w Salzburgu.

… i samemu spróbować swoich sił w tym fachu – a proste to nie jest!

Scena powrotu Mozarta do Salzburga

Stanowiska interaktywne – kto uwolni biskupa? Mamy już dwóch chętnych.

Poznajemy tajniki pracy lalkarza.

Dawny plakat zapraszający na przedstawienie marionetkowe.

Po odwiedzeniu zamku obieramy kurs na sprawdzoną podczas naszej poprzedniej wizyty w Salzburgu włoską knajpkę Trattoria Domani niedaleko Kajetanerplatz. Nie jest tu może najtaniej, ale objadamy się jak bąki – nie wiemy, czy podczas tego wyjazdu jeszcze pozwolimy sobie na taką rozpustę😊

Ostatni punkt programu to zakup pysznych czekoladek Mozartkugeln – to nadziewane m.in. nadzieniem pistacjowym czekoladowe kulki z charakterystycznym wizerunkiem Mozarta. Ostatnio zagapiliśmy się i nie kupiliśmy ich w Salzburgu, musieliśmy na nie polować w innych miejscach w Austrii. Receptura czekoladek jest niezmienna od 1890 r. Są naprawdę przepyszne – rozkochają w sobie każdego łasucha😊

Spacer po Salzburgu warto zakończyć przechadzką nad rzeką Salzach

Czekoladki Mozartkugeln – najlepsza pamiątka z Salzburga!

Szczególna pochwała należy się dzisiaj Grzesiowi, bo przeszedł na własnych nóżkach ponad cztery kilometry, w ogóle nie narzekając, i z grubsza nie utrudniał nam oglądania salzburskiej twierdzy. Nie wzięliśmy ze sobą nosidła, bo pierwotny plan zakładał wizytę w podsalzburskim skansenie. Po drodze jednak prószący śnieg zamienił się w siąpiący deszcz, wymuszając zmianę planów. Mamy nadzieję, że na skansen trafi nam się lepsza pogoda 😉.

Z biegiem dnia śniezy coraz bardziej…

Przepraszamy się z łańcuchami…

Wieczorne szaleństwa na śniegu

Jeden już znokautowany w bitwie na śnieżki

Jak widać, trup ściele się gęsto:)