Wąskotorówka Piaseczno – Podróże ze Św. Mikołajem

Piaseczyńsko-Grójecka Kolei Wąskotorowa – podróż ze Świętym Mikołajem

Myślicie, że Mikołaj w grudniu podróżuje przez Laponię w saniach z reniferami? Błąd! Święty jeździ wąskotorówką, a można spotkać go w podwarszawskim Piasecznie! Zapraszamy na relację z „Podróży ze Świętym Mikołajem”.

2 grudnia 2017, sobota

Jeśli mieszkacie na Mazowszu i macie dzieci w wieku przedszkolnym, koniecznie musicie wybrać się na grudniową przejażdżkę piaseczyńską wąskotorówką – nie dość, że jazda ciuchcią będzie atrakcją sama w sobie, to jeszcze będziecie mieć okazję posmakować zimowego pikniku w lesie i spotkać samego Świętego z wielkimi workami prezentów!

Historia piaseczyńskiej kolei wąskotorowej (a właściwie Piaseczyńsko-Grójeckiej Kolei Wąskotorowej) sięga końca XIX w. Linia o prześwicie 1000 mm została zbudowana z przeznaczeniem na obsługę ruchu pasażerskiego do Warszawy i transport towarów z okolicznych cegielni. Ruch pasażerski był utrzymywany na tej linii prawie przez 100 lat – w 1991 r. odbył się ostatni regularny kurs. Wąskotorówka ożyła na nowo kilka lat później. Dzięki staraniom Piaseczyńsko-Grójeckiego Towarzystwa Kolei Wąskotorowej jeszcze w latach 90. wznowiono kursowanie kolejki w celach turystycznych. Obecnie wąskotorówka w Piasecznie to jedna z największych kolejowych atrakcji turystycznych na Mazowszu.

Wąskotorówka w Piasecznie dziś służy głownie celom turystycznym.

Przejazdy tematyczne organizowane są zazwyczaj w niedziele na linii Piaseczno – Tarczyn – Piaseczno, najczęściej zaczynają się o 11.00. Turyści jadą na leśną polanę Runów,  zatrzymują się tam na piknik i wracają z powrotem – cała impreza trwa ok. 4-5 godzin. Warto zapolować na organizowane kilka razy w roku przejazdy tematyczne (jesienne „Pieczenie Ziemniaków”, wiosenne „Topienie Marzanny”,  „Święto Kwitnącej Jabłoni”, przejażdżka na Dzień Dziecka, Sylwestra itp.) – aktualny harmonogram można sprawdzić na stronie kolejki (http://www.kolejka-piaseczno.pl/). Jedną z takich planowych imprez są „Podróże ze Świętym Mikołajem”. Już od dawna mieliśmy w planach przejażdżkę wąskotorówką z Piaseczna i do tej pory pamiętamy fantastyczną imprezę urodzinową jednego z naszych Przyjaciół (pozdrawiamy, Jakubie i Emilko!) – cieszymy się, że wreszcie udało się nam tu wybrać całą rodziną.

Czekając na sygnał do odjazdu

„Podróże ze świętym Mikołajem” cieszą się dużą popularnością i organizowane są tylko w jeden weekend w grudniu (zazwyczaj w okolicy Mikołajek) – najlepiej więc zarezerwować bilety odpowiednio wcześniej. W Piasecznie stawiamy się 15 minut przed odjazdem pociągu. To absolutne minimum, bo trzeba odebrać bilety i przekazać obsłudze upominki, które potem Mikołaj wręczy naszym dzieciom (pamiętajcie o podpisaniu prezentów!). Wąskotorówka już czeka na pasażerów. Usadawiamy się w jednym z pięciu wagonów i – ciuch, ciuch! – w drogę!

Stacja Piaseczno – do jazdy gotowi start!

Przejażdżka jest bardzo komfortowa – wagony są ogrzewane (w środku jest naprawdę ciepło), a obsługa – bardzo sympatyczna. Kierownik pociągu jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – zagląda do każdego wagonu, wypytuje żartobliwie dzieciaki o różne rzeczy i częstuje czekoladowymi mikołajami. Zazwyczaj podróż zajmuje ok. pół godziny. Dziś wszystko trwało nieco dłużej ze względu na konieczność usuwania drzew poprzewracanych na tory – efektu ostatnich opadów śniegu. Nie martwicie się, to tylko tak groźnie brzmi – przejażdżka jest zupełnie bezpieczna, kolejka jedzie odpowiednio wolno, a dodatkowe przestoje są nawet swoistą atrakcją.

Z przyjaciółmi przejażdżka smakuje najlepiej:)

Obowiązkowa kontrola biletów.

Dalszy plan przedstawia się następująco: po dotarciu do miejscowości Runów wysiadamy na polanie piknikowej. Tu pasażerowie mają do dyspozycji kilka zadaszonych wiat piknikowych, rozpalane jest duże ognisko, przy którym można usmażyć kiełbaski (kiełbaski trzeba mieć swoje, na miejscu są szpikulce do pieczenia). Kto chce, może skorzystać z oferty cateringowej – na miejscu można kupić kiełbasę, kaszankę, grochówkę, ciepłe napoje itp.

Postój przy polanie piknikowej w Runowie.

Zawody w pieczeniu kiełbasek gratis:)

Po ok. 40 minutach (akurat tyle, ile trzeba, by upiec i zjeść na spokojnie kiełbaskę) pora na gwóźdź programu – nadciąga Mikołaj. I to nie byle jak, tylko oczywiście na torach! Pomocnicy niosą za nim wielkie worki prezentów – nic dziwnego, w końcu z 80 dzieciaków czeka na swój upominek. Święty wręcza wszystkim prezenty, potem można zrobić sobie z nim zdjęcie, dobrze obejrzeć wagony i lokomotywę i pora wracać.

A tymczasem z oddali…

…nadjeżdża Mikołaj!

Mikołaj ze swoją załogą przystępuje do pracy.

A my nie możemy się doczekać…

…na prezenty!

Zniecierpliwionych dzieci jest zresztą więcej.

Dużo więcej:)

Emocje sięgają zenitu:)

I wreszcie! Pora na Sebusia!

Pamiątkowe zdjęcie z kolejowym Mikołajem.

No dobra, jeszcze jedno ujęcie:)

Postój w Runowie trwa ok. dwóch godzin. Dobrze jest zabrać dzieciom nieprzemakalne ubrania – jeśli (tak jak dziś) leży mokry śnieg, dzieciaki będą miały w lesie milion okazji, żeby się przemoczyć.

Czym mogą się fascynować mali chłopcy? Oczywiście lokomotywą!

Podglądamy warsztat pracy Mikołaja.

Kierownik pociągu czuwa nad wszystkim.

Podróż powrotna mija błyskawicznie (ok. 20 min). Przed 15.00 jesteśmy z powrotem na parkingu w Piasecznie.

Pora wsiadać do pociągu.

Maszynista tylko czeka na sygnał do odjazdu.

Dzisiejsza wycieczka była dla nas wyjątkowo miła, bo towarzyszyli nam nasi Przyjaciele – to był naprawdę przyjemnie spędzony czas. Pozdrawiamy, Aniu, Tomku, Mateuszu i Olku, i dziękujemy za wspólny dzień!

Chłopcom przejażdżka oczywiście bardzo się podobała.  Mimo że to atrakcja kierowana głownie do dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, nasz Tymo też był bardzo zadowolony – nieważne, ile się ma lat, człowiek zawsze lubi dostawać prezenty, prawda? No a jak można odbyć wycieczkę w towarzystwie dobrego kumpla z klasy, to już zupełnie da się żyć;) Sebuś (8 lat) jest chyba w najlepszym możliwim wieku na atrakcje turystyczne skierowane do dzieci. Grześ (3 lata) też bardzo cieszył się ciuchcią – jedyną niedogodnością w jego przypadku była pora – nasz najmłodszy turysta bardzo hołubi poobiednie drzemki, a dzisiaj nie miał ku temu okazji.

Wracając, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na rynku w Piasecznie. Warto zwrócić uwagę budynek ratusza – co zobaczymy na dachu? Nie, nie kurka, tylko muzłumański księżyc! To pamiątka po XVIII-wiecznej wizycie posła tureckiego sułtana – Piaseczno zadbało o miły akcent na powitanie dostojnego gościa. Piaseczanie tak bardzo przywiązali się to tej niecodziennej ozdoby ratusza, że umieścili go na dachu nowego ratusza, zbudowanego w pierwszej połowie XIX w. W klasycystycznym budynku obecnie mieści się Urząd Stanu Cywilnego. Będąc na rynku, warto też spojrzeć na późnogotycki kościół św. Anny. W Piasecznie jest też dawna mykwa, ale już jej dzisiaj nie szukaliśmy – Grzesiek był tak zmęczony, że po przejażdżce ciuchcią od razu zasnął w samochodzie:)

Rynek i ratusz w Piasecznie, a nad ratuszem – półksiężyc!

Późnogotycki kościół św. Anny

Podróż ciuchcią ze świętym Mikołajem? Oczywiście, że polecamy! Miła, rodzinna atrakcja. Mikołaja w saniach widział każdy. A takiego podróżującego kolejką wąskotorową?

Jadwisin – w poszukiwaniu pałacu Radziwiłłów

Jadwisin – spacer nad Narwią w poszukiwaniu pałacu Radziwiłłów

Jadwisin to niewielka rekreacyjna miejscowość położona nad brzegiem Jeziora Zegrzyńskiego. Kusi miłymi marinami i urokliwymi ścieżkami spacerowymi wzdłuż Narwi. Przez Jadwisin przechodzą szlaki turystyczne, urozmaicone tablicami dydaktycznymi, można tu znaleźć kilka sympatycznych piaszczystych miejsc do odpoczynku nad wodą. W okolicy znajdują się też dwa cenne rezerwaty przyrodnicze – Rezerwat Jadwisin i Rezerwat Wąwóz Szaniawskiego. Ten pierwszy jest, niestety, aktualnie (XI 2017) niedostępny dla zwiedzających, przez ten drugi można bez przeszkód wędrować – ścieżka wiedzie wąwozem erozyjnym wśród lasu grądowego. Kiedyś mieszkał tu i pracował dramaturg Jerzy Szaniawski. Miłośników architektury parkowo-pałacowej przyciąga do Jadwisina ponadstuletni  pałac Radziwiłłów – niestety, również do niego nie ma obecnie dostępu. Miejmy nadzieję, że zmieni się to w najbliższej przyszłości, a jeśli nie – zawsze można pozostać przy niewątpliwie też przyjemnych spacerach nad wodą.

Kto z mieszkańców Mazowsza chciałby choć na chwilę poczuć się jak na Mazurach, powinien przyjechać nad Zalew Zegrzyński, na przykład do Jadwisina. My zawitaliśmy tutaj w pewne niedzielne późnolistopadowe przedpołudnie. Szczerze mówiąc, największą ochotę mieliśmy na zwiedzenie zespołu pałacowo-parkowego Radziwiłłów. Niestety, teren okazał się niedostępny, co bardzo nas rozczarowało. Całkiem niezłym pocieszeniem okazała się jednak arcymiła przechadzka wzdłuż brzegów Jeziora Zegrzyńskiego – dobre miejsce na spacer dla wszystkich wodniaków odliczających dni do kolejnego wypadu na żagle. W ciepłe miesiące nad wodą musi być nad wyraz przyjemnie. My odwiedziliśmy to miejsce w mglisty listopadowy dzień, za to mogliśmy się cieszyć pięknymi okolicznościami przyrody niemal w zupełnej samotności 🙂

Parkujemy samochód tuż przed wjazdem na teren Yacht Klubu Polskiego. Sympatycznie zaaranżowany porcik jachtowy śpi i czeka na cieplejsze wiatry, dziś żywej duszy dookoła – na pewno to miejsce wygląda zupełnie inaczej w cieplejszych miesiącach. Nie dochodząc do zalewu, skręcamy w prawo za znakami żółtego szlaku, przy drogowskazie na rezerwaty Jadwisin i Wąwóz Szaniawskiego.

Skręcamy w prawo za drogowskazami prowadzącymi do rezerwatów przyrody.

Port Yacht Klubu Polskiego w Jadwisinie.

Tablica informuje o granicy Rezerwatu Jadwisin – szkoda, że tam nie zajrzymy.

Rezerwat Jadwisin i pałac Radziwiłłów są we wszystkich źródłach wymieniane jako główne atrakcje turystyczne miejscowości. Park otaczający rezydencję stanowi pozostałość dawnej puszczy serockiej i jest bardzo cenny przyrodniczo – został objęty ochroną rezerwatową.

Sam pałac został zbudowany pod koniec XIX w. dla rodziny Radziwiłłów. Projekt w stylu renesansu francuskiego wykonał francuski architekt. Budynek pałacu odznacza się lekkością, a mimo braku symetrii bryła sprawia bardzo regularne i lekkie wrażenie. Nie możemy się dziś jednak przekonać o tym na własne oczy – oglądamy tylko zdjęcia zamieszczone na tablicach informacyjnych i w Internecie.

O pięknie dawnego pałacu Radziwiłłów możemy dziś wnioskować tylko na podstawie tablic informacyjnych.

Ani nam przez myśl nie przeszło, że ani rezerwatu, ani pałacu zwykły turysta nie może nawet zobaczyć. Na aktualnej stronie http://www.jezioro.zegrzynskie.pl/pl/pr/Jadwisin czytamy: „Obecnie znajduje się tu [w pałacu w Jadwisinie] ośrodek szkoleniowo- wypoczynkowy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, otwarty jednak dla wszystkich zwiedzających”. Pełni nadziei ruszamy więc za znakami szlaku. Wejście na teren parku i rezerwatu wg mapy powinno znajdować się po ok. 200 m od skrętu. Tymczasem cały czas idziemy wzdłuż ogrodzenia. Po chwili orientujemy się, że dróg prowadzących do zespołu pałacowo-parkowego brak.

Przyczyną obecnego stanu rzeczy są zapewne zawirowania zw. ze sprawami własnościowymi. Po II wojnie światowej pałac został przejęty przez państwo, urządzono tu m.in. ośrodek wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów. Od 2007 o zwrot rodowej posiadłości zaczęła starać się rodzina Radziwiłłów. Po prawie 10 latach obiekt został przekazany Konstantemu Radziwiłłowi, obecnemu ministrowi zdrowia. Po niedługim czasie obiekt znów zmienił właściciela – chodzą słuchy, że prywatny inwestor zamierza urządzić tu ekskluzywny hotel

O ile zawirowania zw. z własnością obiektu można zrozumieć, nijak nie pojmujemy, dlaczego niedostępny dla turystów pozostaje cały obszar cennego przyrodniczo rezerwatu. Przecież to obszar chroniony na mocy przepisów państwowych, a nie prywatnych. Czy wielką szkodą dla właściciela byłoby udostępnienie alei przecinającej rezerwat i pozwalającej spojrzeć – choćby z odległości – na budynek pałacu, mający przecież rangę zabytku? Wrrrrr.

Niesmak pozostał, na szczęście nie złościmy się zbyt długo –  wiele przyjemności daje nam spacer sam w sobie – idziemy ścieżką biegnącą tuż nad wodą, nie do wiary, że gwarna aglomeracja warszawska jest tak blisko. Po kilkunastu minutach spaceru już jesteśmy pewni, że do pałacu tędy nie dojdziemy – robimy w tył zwrot i postanawiamy pocieszyć się samą przechadzką nad brzegiem Narwi. Szmer wody, od czasu do czasu ktoś łowi ryby, w oddali przemykają pojedyncze jachty i motorówki. Taki spacer to prawdziwy odpoczynek dla zmysłów.

Pozostaje nam cieszyć się samą przechadzką nad wodą.

Nazwa Jadwisin pochodzi od Jadwigi Radziwiłł (z Krasińskich)

Jesteśmy w strefie strefie Warszawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu.

Kiedyś te tereny porastała stara Puszcza Serocka.

Przy szlaku można znaleźć tablice informacyjno-dydaktyczne.

Niektóre zostały pomyślane specjalnie o dzieciach.

Idealne miejsce do odpoczynku nad wodą.

W okolicy są też dobre punkty widokowe.

Jadwisin Asana

Ukojenie zmysłów przed powrotem do codziennego kołowrotku.

Na wysokiej skarpie rozsiadły się ośrodki wypoczynkowe. Jedne – jak ten przy Yacht Clubie – podupadające, inne – przejęte przez prywatnych inwestorów i zamienione w hotele. Po drodze mijamy kilka miejsc idealnych do wypoczynku nad wodą – piaszczyste plaże, wiaty turystyczne, pomosty. Warto tu przyjechać choćby dla samego spaceru brzegiem Narwi. Kto ma trochę więcej czasu, powinien dojść aż do Rezerwatu „Wąwóz Szaniawskiego”.

Na dziś czas mocno goni – musimy na 12:00 wrócić po naszych chłopaków, więc dodajemy Wąwóz Szaniawskiego do naszej listy miejsc do odwiedzenia w najbliższym czasie i wracamy do samochodu. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy skraju kompleksu pałacowo-parkowego od północnej strony, jednak i od północy nie udaje nam się przejść. Choć prawdę mówiąc, nie myszkowaliśmy tutaj zbyt długo – od dłuższych wędrówek zniechęciło nas błoto po kostki na leśnej drodze i konieczność powrotu do chłopaków.

Próbujemy dostać się do parku od strony północnej. Niestety, Radziwiłła widzimy tylko ulicę.

Choć informacje o rezerwacie są, oznaczonych ścieżek pieszych brak.

Nasz dzisiejszy spacer.

Niedosyt pozostał – ale to dobrze, będzie nas ciągnęło, żeby zajrzeć w okolice Jadwisina w przyszłości.

Serock

Serock – średniowieczne grodzisko, gotycki kościół, czy spacer po plaży?

Na mapie Mazowsza to tylko niepozorne miasteczko położone przy połączeniu Bugu i Narwi, przyćmione przez pobliski Pułtusk. Jednak nawet poza sezonem (albo szczególnie poza sezonem – zależy, czego kto poszukuje) oferuje możliwość przyjemnego spaceru. W ciepłej porze roku można tu przyjemnie spędzić cały dzień. Z Warszawy można dopłynąć do Serocka statkiem przez Kanał Żerański lub w ok. 40 min przyjechać samochodem. Na miejscu przyjemna plaża, wodny plac zabaw dla dzieci, boiska do siatkówki plażowej, wypożyczalnia sprzętu wodnego. W Serocku znajdą też coś dla siebie miłośnicy architektury i ładnych krajobrazów.  

Samochód zostawiamy na pustawym rynku. Centrum Serocka jest bardzo zadbane. Centralnym punktem rynku jest sympatyczny ratusz – aż trudno uwierzyć, że został otwarty dopiero 20 lat temu! W Serocku są jednak dobrze widoczne też ślady dawnych dziejów. Do naszych czasów dotrwał na przykład średniowieczny układ ulic oraz stary bruk na rynku – kamienie brukowe pochodzą z XIX w.

Ratusz w Serocku otwarto dopiero 20 lat temu

Z rynku kierujemy się do kościoła pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. To jeden z najcenniejszych i najstarszych zabytków sakralnych na Mazowszu. Świątynia została zbudowana na początku XVI w. jeszcze w stylu gotyckim – widać, jak bardzo Mazowsze pozostawało w tyle za modnymi trendami w architekturze. Warto obejść kościół dookoła, bo ze skarpy na jego tyłach bardzo ładnie widać połączenie dwóch rzek – łączące się Bug i Narew tworzą tu pokaźne rozlewisko.

Kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny.

…to jeden z najcenniejszych przykładów architektury sakralnej na Mazowszu

Świątynia została zbudowana w XVI w. w stylu późnogotyckim

Z tarasu na tyłach kościoła pięknie widać połączenie Bugu i Narwi.

Jak my lubimy takie kwiatki!

Izba Pamięci i Tradycji Rybackich mieści się w budynku XIX-wiecznej szkoły.

Spod kościoła idziemy w kierunku drugiej najbardziej znanej atrakcji turystycznej Serocka – średniowiecznego grodziska Barbarka. Od kościoła najlepiej się tędy dostać urokliwym głębokim wąwozem. Przechadzka musi być bardzo przyjemna w upalny dzień. Ściany wąwozu są wysokie, wzdłuż ścieżki płyną strumyczki wpadające potem do Narwi.

Spod kościoła do grodziska najłatwiej dostać się przez urokliwy wąwóz.

Zupełnie jak w górach!

Wzdłuż ścieżki płyną strumyczki wpadające potem do Narwi.

Rzut oka za siebie.

Samo grodzisko Barbarka nie prezentuje się może szczególnie spektakularnie, ale historię ma zacną. Gród w Serocku istniał już w XI wieku. Makieta leżąca u podnóża grodziska pozwala domyślać się, jak wyglądało to miejsce 10 stuleci temu. Położenie na wysokim tarasie Narwi tuż obok połączenia z Bugiem miało oczywiste walory obronne. Ze szczytu grodziska otwiera się rozległy widok na połączenie obu rzek.

Grodzisko Barbarka przed nami.

Barbarka. Gród w Serocku istniał już w XI w.

Makieta pozwala się domyślać, jaki kiedyś wyglądało to miejsce.

Pięknie stąd widać połączenie Bugu i Narwi.

Położenie grodziska miało oczywiste walory obronne.

Spod Barbarki idziemy prosto nad brzeg Narwi. Zapadający zmierzch sprawia, że przechadzka jest bardzo romantyczna – zdecydowanie polecamy to miejsce wszystkim zakochanym 🙂 🙂 🙂  W kilka minut dochodzimy na plażę miejską. Możemy się tylko domyślać, jak zatłoczone (ale i przyjemne) jest to miejsce w sezonie, bo przyjechać tu zdecydowanie jest po co. Na serockiej plaży znajdziemy to, co tylko do szczęścia nad wodą nam potrzebne – przyjemny piasek i leżaki nad brzegiem, zaplecze sanitarne, wodny plac zabaw dla dzieci, boisko do siatkówki i stoły do ping ponga, wypożyczalnie sprzętu wodnego.

Nad brzegiem Narwi urządzono romantyczną promenadę.

Narew. Serock. Listopad.

Spacerując nad brzegiem Narwi, zapominamy, że jesteśmy w mieście.

Molo przy plaży miejskiej.

W oddali majaczy most przez Narew.

O 16.00 już robi się ciemno – idealnie na dobrą kawę w sympatycznej kafejce.

Ukoronowaniem wizyty w Serocku jest przyjemna chwila w Cafe Filiżanka – Cukierni Pychotka tuż przy rynku. W środku bardzo sympatycznie, słodkości cieszą oko i podniebienie, na ścianie całkiem pokaźna kolekcja filiżanek. Warto kupić lokalny specjał – precel serocki. Z dwoma preclami spakowanymi do kieszeni opuszczamy Serock.

…i jest – sympatyczna Cafe Filiżanka przy rynku.

Ratusz wieczorową porą na pożegnanie Serocka.

Nasz spacer po Serocku.

Popołudniowy spacer był bardzo przyjemny. Po raz kolejny przekonujemy się, że warto zajechać również do miejsc spoza listy topowych atrakcji turystycznych. Szczególnie jeśli są tuż na wyciągnięcie ręki.

Ślęża szlakiem z Sobótki

Na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą

Ślęża – najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego − to góra pełna tajemnic. Od czasów starożytnych była ważnym ośrodkiem kultu pogańskiego – prawdopodobnie czczono tu boga słońca i inne bóstwa przyrody. Pamiątką po dawnych czasach są niesamowite kamienne rzeźby kultowe, oznaczone charakterystycznym krzyżem. Ślęża jest też bardzo ciekawa geologicznie i przyrodniczo – jej obszar jest chroniony ochroną rezerwatową. Mimo skromnej wysokości (717 m n.p.m.) dumnie góruje nad okolicą – ma dużą wybitność (ponad 500 m), więc wejście na szczyt na pewno poczujemy w nogach. Prowadzące na nią  szlaki nie są jednak trudne i przy odpowiedniej pogodzie nadają się dla każdego – no, może poza maluszkami w wózkach – dla nich lepiej będzie zabrać nosidło.

Zazdrościmy wrocławianom, że mają w zasięgu półgodzinnego dojazdu taki piękny kawałek gór. Możliwość poczucia prawdziwie górskiego szlaku pod nogami, spędzenia kilku godzin na świeżym powietrzu w pięknym lesie – bezcenne! W piękną listopadową niedzielę przeszliśmy jedną z popularniejszych tras – na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą. Wejście żółtym szlakiem z Sobótki jest dłuższe niż z Tąpadła, ale pozwala odwiedzić wieżę widokową na Wieżycy i zobaczyć trzy pogańskie rzeźby kultowe.

5 listopada 2017, niedziela

Przepiękny jesienny dzień, słoneczko, lekki wiatr na szczycie, do 13 st.

Pięć lat temu wiosną weszliśmy na Ślężę z Przełęczy Tąpadła. To był piękny spacer w wiosennej scenerii (relacja tutaj). Tym razem odwiedzamy Ślężę późną jesienią, przy okazji powrotu z weekendowego wypadu w Masyw Śnieżnika ze starszymi chłopcami.

Rano sprawnie zwijamy się z naszej mety w Siennej. O 8:45 jesteśmy po śniadaniu i kompletnie spakowani ruszamy w drogę. Dojazd do Sobótki zajmuje nam godzinę i 45 minut. Podjeżdżamy na parking w pobliżu Przełęczy pod Wieżycą, przy ul. Armii Krajowej. Poza weekendem można podjechać aż pod punkt wyjścia szlaków przy schronisku. Dzisiaj jest niedziela, więc musimy zostawić samochód na parkingu kilkaset metrów dalej.

Ślęża przed nami! Autostrada do nieba:)

Szlak na Ślężę wychodzi tuż przy Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Pozytywnie zaskakują nas zmiany, jakie zaszły w tym miejscu. Byliśmy tutaj 5 lat temu na obiedzie, jadąc na majówkę w Góry Kamienne. Widzimy, że sam budynek został wyremontowany, zadbano również o uatrakcyjnienie  jego otoczenia. Jest estetycznie, obok ogromny plac zabaw – mini park linowy dla dzieci. Poza tym „dorosły” park linowy i park tyrolkowy.

Dom Turysty PTTK „Pod Wieżycą”

Ruszamy w górę żółtym szlakiem. Ścieżka wiedzie przez piękny las. Jeszcze nie wszystkie liście opadły i pięknie złocą się w jesiennym słońcu. Pod nogami dywan bukowych liści. Podejście na Wieżycę „urozmaicają” nam dziś liczne leżące w poprzek szlaku drzewa, które przewrócił zeszłotygodniowy huraganowy wiatr o wdzięcznym imieniu – nomen omen –  Grzegorz 😉. Niektóre przeskakujemy, pod innymi przechodzimy, a jeszcze inne trzeba obchodzić dookoła.

Ruszamy żółtym szlakiem w kierunku Wieżycy i Ślęży.

Wichura sprzed kilku dni ustawiła nam niezły tor przeszkód.

Raz górą, raz dołem – niezła gimnastyka!

Wejście na szczyt Wieżycy prowadzi całkiem stromymi kamiennymi schodami.

Szlak jest poprowadzony dość stromo, ale dzięki temu szybko zdobywamy wysokość – pół godziny i stawiamy się na szczycie. Wieżyca to niewysoki (415 m n.p.m.) szczyt w północnym ramieniu Ślęży. Atrakcyjności dodaje mu kamienna wieża widokowa. Wysoka na 15 m budowla została zbudowana w 1907 r. Z zainteresowaniem czytamy, że w czasach niemieckich na szczycie zapalano znicz, w którym płonął ogień w noc świętojańską –  na pamiątkę dawnych wierzeń. Wstęp jest płatny (5 zł dorosły, 4 zł dziecko), ale warto, bo z zalesionego wierzchołka niewiele widać, a z wieży otwiera się szeroki widok na Przedgórze Sudeckie i Sudety. Poza sezonem wieża jest otwarta w weekendy, w zimie najczęściej bywa zamknięta. Kto nie chce pokonywać dodatkowego przewyższenia podczas wejścia na Ślężę, może ominąć szczyt Wieżycy, wędrując spod schroniska najpierw czarnym, a potem czerwonym szlakiem

110-letnia wieża widokowa na szczycie Wieżycy (415 m n.p.m.)

Widok z wieży wart jest swojej ceny.

Przez bezpłatną (!) lunetę można np. spojrzeć na szczyt Ślęży.

Jeszcze kawałek drogi przed nami…

Na Wieżycy jemy drugie śniadanie i … rozbieramy się. Wczoraj na Śnieżniku była istna zima, dziś inna pora roku. Kurtki zimowe i czapki to była gruba przesada😊

Przed nami druga część podejścia na Ślężę. Droga cały czas prowadzi bukowym lasem, „ozdobionym” dywanem granitowych głazów. Po drodze koniecznie trzeba zwrócić uwagę na dwie pogańskie rzeźby kultoweniedźwiedzia (podobnego do tego ze szczytu Ślęży) i tzw. Pannę z Rybą. Na niedźwiedziu dobrze widać znak ukośnego krzyża – symbolu solarnego. Kultowa rola Ślęży sięga czasów starożytnych. To wyjątkowe miejsce w polskich górach.

Szlak z Wieżycy sprowadza kilkadziesiąt metrów w dół, potem znów zaczyna się podejście.

Idziemy po dywanie z bukowych liści.

Zbocza Ślęży są usiane granitowymi głazami.

Znakom szlaków na Ślężę towarzyszy charakterystyczna sylwetka niedźwiedzia.

Pogańskie rzeźby kultowe – panna z rybą i niedźwiedź.

Trudno uwierzyć, że rzeźby mają grubo ponad tysiąc lat!

Pięknie zachowany znak solarny na grzbiecie niedźwiedzia.

Rzeźby kultowe są zabezpieczone daszkiem i siatką.

Szlak jest prawdziwie górski.

A aura przypomina wiosnę.

Chłoniemy promienie jesiennego słońca.

Na szczycie stawiamy się po ponad dwóch godzinach od ruszenia z parkingu. To wbrew pozorom całkiem wymagające podejście – na odcinku ok. 5 km pokonujemy ponad 500 m różnicy wysokości. Zmęczeni? I dobrze, tak ma być! Szczyt Ślęży jest arcyciekawy, jednak zanim obejrzymy go dokładniej, zatrzymujemy się na chwilę oddechu w Domu Turysty PTTK na Ślęży. Obecny budynek został zbudowany ponad 100 lat temu i jest dość estetyczny. Malowidła na ścianach nawiązują do symboliki dawnych kultów, na drewnianych ławach widać charakterystyczną sylwetę kamiennego niedźwiedzia. Na dobry obiad nie ma się tu jednak co nastawiać. Można zjeść potrawy z grilla przed schroniskiem, w środku dostaniemy zupę i filet z indyka z chlebem, szarlotkę, ciepłe i zimne napoje. Wszystko podawane w plastiku. Toalety – hmmm – o tym lepiej nie pisać. Te niewygody wynikają – jak nam się wydaje – z braku dostępu do bieżącej wody na szczycie Ślęży. W ciepłej porze roku najprzyjemniej usiąść gdzieś na zewnątrz. Kopuła szczytowa jest rozległa i porośnięta trawą. Turyści dysponują wiatami i miejscami ogniskowymi.

Ślęża – po raz kolejny z chłopcami. Hurra!

Za nami Dom Turysty PTTK,,Na Ślęży”

Zasłużona przerwa obiadowa:)

Będąc na Ślęży, trzeba koniecznie zajrzeć do kamiennego kościółka Nawiedzenia NMP. Świątynia pochodzi z końca XVII w., w poł. XIX w została odbudowana po pożarze. Od końca 2014 r. znowu odprawiane są tu msze (dziś o 14.00).

Ponad 300-letni kościółek Nawiedzenia NMP został niedawno odrestaurowany.

Budynek Domu Turysty PTTK z wieży kościółka prezentuje się najokazalej.

Ostatnie spojrzenie na ślężański kościółek.

Warto wejść na wieżę kościółka (wstęp 5 zł, dzieci za darmo), żeby spojrzeć z lotu ptaka na kopułę szczytową Ślęży. Jeszcze rozleglejsze widoki można podziwiać z wieży widokowej, usytuowanej przy niebieskim szlaku ok. 100 m od kościoła (schody typu drabinowego, realnie dla dzieci od min. ok. 5-6 lat).

Wieża widokowa na Ślęży

Wejście jest dość strome, ale już sześciolatki powinny sobie poradzić.

Wejść warto, zdecydowanie warto!

Widoki ze szczytu wieży są naprawdę rozległe.

Niestety, przejrzystość powietrza nie jest najlepsza.

Często można stąd dostrzec sudeckie pasma i szczyty.

Opuszczamy wieżę, idziemy przywitać się z niedźwiedziem.

Obiektem, który jednak najsilniej kojarzy nam się ze Ślężą, jest niedźwiedź – starożytna pogańska rzeźba kultowa. Nie mogliśmy dzisiaj zrozumieć, dlaczego składuje się tuż przy nim stertę opału na ognisko – ślężański niedźwiedź powinien być przecież pięknie wyeksponowany.

Ślężański niedźwiedź – starożytna rzeźba kultowa – dzisiaj prawie zasypana drewnem na ognisko:/

To jeden z najbardziej znanych symboli Ślęży

Na szczycie Ślęży spędziliśmy prawie dwie godziny – krócej naprawdę się nie dało. To niesamowicie atrakcyjny turystycznie wierzchołek. Zaczynamy schodzić na dół tuż przed 15.00.

Droga powrotna mija nam oczywiście dużo sprawniej i szybciej niż podejście. Przez większość czasu idziemy w towarzystwie innych turystów – piękna pogoda zrobiła swoje😊 Tym razem omijamy Wieżycę – odbijamy z żółtego szlaku na czerwony, a potem na czarny. Jest dużo szybciej. I mniej ludzi. Zejście ze Ślęży zajmuje nam nieco ponad godzinę.

Schodzimy tą samą drogą.

…tylko omijamy czerwonym i czarnym szlakiem szczyt Wieżycy.

Na zakończenie wycieczki wstępujemy jeszcze do Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Jej, tu to dopiero mają jedzenie… – szkoda, że obiad już zjedzony. Pijemy szybką kawę i wskakujemy do samochodu – przed nami dziś jeszcze droga powrotna do Warszawy. A jutro od rana praca i szkoła. Jak dobrze było przenieść się choć na chwilę do innego świata – znów będziemy tęsknić za tymi widokami. I za tym zmęczeniem w nogach😊

Śnieżnik, Kowadło i Ślęża z dziećmi w listopadzie

 

Trzy listopadowe dni, trzy szczyty Korony Gór Polski – Kowadło w Górach Złotych, Śnieżnik i Ślęża. Jak dobrze móc pokazać dzieciom szlaki, po których dotąd chodziliśmy tylko we dwoje! Mimo kapryśnej pogody było pięknie – zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z poszczególnych wycieczek.

Dzień 1. Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Dzień 1. Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Dzień 2. Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Dzień 3. Ślęża szlakiem z Sobótki

Tradycyjnie próbujemy osłodzić sobie najgorszy miesiąc w roku późnojesiennym wypadem w góry. To wspaniale oswaja pogodę i działa jak najlepszy lek przeciwdepresyjny. Zazwyczaj jeździliśmy we dwoje, od zeszłego roku przyczepiły się do nas dwa (czasem trzy😊) rzepy. Tym razem najmłodszy rzepik zostaje z Babcią (dziękujemy!), a z nami jadą dwa starsze. Wypad z nimi to jednak prawdziwa przyjemność. Opłacało się ciągać towarzystwo w góry od małego bajtla. Teraz mamy całkiem dzielnych kompanów, którym niestraszna ani pogoda, ani całodzienna włóczęga po górskich szlakach. Chłopcy spisali się na medal!

Zatrzymujemy się w Siennej – małej wiosce u stóp Czarnej Góry w masywie Śnieżnika. Siedem lat temu spędziliśmy tu dwa tygodnie ferii zimowych (relacja tutaj). Wyjazd bogaty we wrażenia i turystyczne (o atrakcyjności Kotliny Kłodzkiej nikogo oczywiście przekonywać nie trzeba), i narciarskie – Czarna Góra to świetne miejsce na rodzinny narciarski wyjazd – wręcz wymarzone do nauki jazdy na nartach. Chętnie wracamy w miejsce, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień. Podobnie jak wtedy, teraz też zatrzymujemy się w przemiłej Wojciecówce (https://sienna.spanie.pl/ ) – klimat starego sudeckiego domu, sympatyczni gospodarze, pyszne jedzenie. Weekend przedłużamy tylko o jeden dzień, a przenosimy się w inny świat. Wyjeżdżamy w czwartek po pracy ok. godziny 16.00 Jedzie się dość sprawnie, dwa postoje po drodze, przed 22.00 jesteśmy na miejscu. Nie możemy uwierzyć, że czekają nas dwa dni na szlaku – a właściwie nawet trzy – w drodze powrotnej w niedzielę planujemy wejść jeszcze na Ślężę! Cudownie jest móc się tak oderwać.

Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Pętla z Kletna przez Śnieżnik do Siennej (lub odwrotnie) to kilkunastokilometrowa trasa ukazująca piękno Masywu Śnieżnika. Dzięki zapleczu w postaci Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”, gdzie można się ogrzać i zjeść ciepły posiłek, wycieczkę można zrealizować w każdej porze roku. Wjazd wyciągiem na Czarną Górę ograniczyłby do minimum zdobywanie wysokości (przy odwrotnym kierunku marszu), niestety, dzisiaj wyciąg był nieczynny. Może to i dobrze, bo w tym kierunku szlak przeszliśmy niespełna 7 lat temu, chętnie poznamy inną drogę.

4 listopada 2017, sobota

Przebłyski słońca, pułap chmur powyżej 1200 m n.p.m., w partiach szczytowych silny wiatr, ok. 7 st.

Kletno – Śnieżnik – Sienna

Na dzisiaj prognozy pogody są łaskawe, więc decyzja zapadła już wczoraj – atakujemy Śnieżnik! Podjeżdżamy z Siennej 4 kilometry na poznany wczoraj parking na obrzeżach Kletna i ruszamy żółtym szlakiem na Śnieżnik. Pierwsze półtora kilometra trasy prowadzi asfaltową drogą, doprowadzającą pod Jaskinię Niedźwiedzią (zdecydowanie warta odwiedzenia! – zobaczcie sami, relacja tutaj) Dzisiaj wychodzimy kilka minut przed 9:00, więc kręcą się tutaj dopiero pojedynczy turyści.

Dalej szlak prowadzi szutrową, a potem gruntową drogą. Nie wiemy, czy to chłopcy są dzisiaj tacy dzielni, czy to szlak jest tak wygodnie nachylony. Niezależnie od przyczyny, idzie się nam wyjątkowo dobrze i nadzwyczaj łatwo zdobywamy ponad 500 m przewyższenia, dochodząc do Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”. Po drodze robimy krótki postój na wygodnej ławie w połowie drogi. Wyrównanie poziomu cukru i cieplutka herbatka działa cuda.

Szczyt na Śnieżnik rozpoczyna się przy Jaskini Niedźwiedziej.

Szlak wiedzie zwężającą się doliną Kleśnicy, tzw. Gęsią Gardzielą.

Przekraczanie strumyczków to świetna przygoda na szlaku!

Wyżej wędrujemy przez jesienny las mieszany.

Za Przełęczą Śnieżnicką szlak wypłaszcza się.

Docieramy na Halę pod Śnieżnikiem.

W schronisku meldujemy się przed 11:00. Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” im Zbigniewa Fastnachta to jedno z najstarszych schronisk w Polsce. Główną jego część stanowi tzw. szwajcarka, czyli typowe sudeckie schronisko ufundowane przez Mariannę Orańską w 1871 r. Obecny swój kształt zawdzięcza remontom przeprowadzanym od lat osiemdziesiątych przez obecnego patrona, wieloletniego gospodarza, Zbigniewa Fastnachta. W ostatnich latach schronisko nadal pięknieje, od naszej ostatniej wizyty pojawił się bardziej stylowy dach i drewniane okna – z przyjemnością porównujemy zdjęcia dzisiejsze i te sprzed 7 lat (relacja z naszego poprzedniego wejścia na Śnieżnik tutaj).

Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” to jedno z najstarszych polskich schronisk.

Schronisko zostało ufundowane w 1871 r. przez królewnę Mariannę Orańską.

Jeszcze kilkanaście lat temu w budynku nie było elektryczności.

Chwila rozgrzania przed wejściem na Śnieżnik.

Zaskakuje nas duża ilość ludzi zarówno w samym schronisku, jak i na okolicznych szlakach. To chyba zasługa weekendu oraz odbywającego się dzisiaj jakiegoś biegu górskiego, którego uczestnicy licznie przewijają się wśród turystów pieszych. Sprawnie pałaszujemy gulasz i ruszamy na szczyt Śnieżnika.

Na całym podejściu towarzyszy nam mgła (idziemy w chmurach) i bardzo silny wiatr. Chłopcy są arcydzielni i sprawnie wchodzą na szczyt, pomimo naprawdę silnych podmuchów. Obowiązkowe zdjęcia jako dokumentacja wejścia na kolejny szczyt Korony Gór Polski, chwila poplątania się wokół ruin wieży widokowej i wracamy.

Śnieżnik zasługuje na dokładniejsze „oględziny”. Uwagę każdego zwracają ruiny wieży widokowej. Zbudowana pod koniec XIX w. w stylu niemieckiego romantycznego historyzmu, miała charakter okrągłej baszty z niewielkim budynkiem schroniska. Po wojnie polskie władze nie były zainteresowane jej konserwacją. Nie po drodze było im zwłaszcza z patronem wieży, cesarzem Wilhelmem I, uznawanym za wroga Polaków. Wieża niszczała, aż w 1973 r. podjęto decyzję o jej wysadzeniu, jakoby ze względu na zagrożenie, jakie powodowała dla turystów. Runęła jednak dopiero po zastosowaniu podwójnych ładunków wybuchowych…

Poza wieżą w kopule szczytowej można odnaleźć źródła Morawy, jednej z większych czeskich rzek, oraz pobliskie pozostałości po schronisku księcia Liechtensteina. Nieopodal ruin schroniska stoi też kamienna rzeźba słonia. To wszystko jeszcze musimy dokładnie obejrzeć przy następnej wizycie, bo dzisiaj mgła i silny wiatr uniemożliwiły nam dłuższe przebywanie na wierzchołku.

Szlak na Śnieżnik wchodzi w obszar rezerwatu ścisłego.

Las, chmury i szlak przed nami. Bajka.

Las zapewnia chwilową ochronę przed silnymi podmuchami wiatru.

Ostatni odcinek szlaku wiedzie wzdłuż granicy z Czechami.

Jeszcze dwa kroki i będziemy na szczycie. Widoczność zerowa.

Śnieżnik (1425 m n.p.m.)

Dobrze widać pozostałości wysadzonej w 1973 r. wieży widokowej.

Śnieżnik. Wycieczka w komplecie.

Resztki wieży zapewniają nam osłonę przed wiatrem.

Pozostałości wieży to najwyższy punkt na kopule szczytowej Śnieżnika.

Charakterystyczną cechą Masywu Śnieżnika są silnie wypłaszczone wierzchołki.

Wierzchołek Śnieżnika jest bardzo rozległy – we mgle wygląda trochę jak preria.

Śnieżnik leży na dziale wodnym zlewisk Morza Czarnego i Bałtyckiego.

Na szczycie wiatr nie pozwala na dłuższy odpoczynek.

Warunki, w jakich wchodziliśmy na Śnieżnik nie nie były oczywiście wymarzone, wiatr omal głów nam nie pourywał, ale satysfakcja ze wspólnego wejścia – bezcenna: )

Cała „wyprawa szczytowa” zajęła nam nieco ponad godzinę. Po powrocie do schroniska w jadalniach zastajemy jeszcze więcej osób. Po chwili na szczęście zwalniają się miejsca w drugiej sali i możemy po odstaniu w kolejce delektować się pysznym obiadem. Szczególnie polecamy zestawy z gulaszem i szarlotkę z dodatkiem jagód (jest naprawdę przepyszna)!

Najedzeni i wypoczęci, postanawiamy nieco wydłużyć drogę powrotną. Pamiętając z zimowego wejścia przyjemny szlak prowadzący grzbietem łączącym Przełęcz Śnieżnicką i Czarną Górę, decydujemy się na trasę w kierunku Siennej. Na Przełęczy Śnieżnickiej nie skręcamy w prawo za żółtymi znakami do Kletna, tylko za czerwonymi w lewo w stronę Czarnej Góry.

Szlak jest przyjemnie odludny, co jest miłą odmianą po nieźle zatłoczonej trasie na Śnieżnik. Początkowo wprowadza na rozległy szczyt Żmijowca (1153 m n.p.m.), pozwalając po drodze spojrzeć z widokowej wychodni skalnej na otoczenie doliny Kleśnicy. Dalej sprowadza łagodnie na Przełęcz Żmijowa Polana. Tutaj zatrzymujemy się na zasłużony odpoczynek. Minęło już półtorej godziny od wyjścia ze schroniska, przeszliśmy w tym czasie prawie 6 kilometrów. Chłopcy idą dzisiaj praktycznie w naszym tempie – wspaniali kompani nam wyrośli!

Schodzimy w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej.

Za drzewami majaczy Czarna Góra.

Przyszliśmy z prawej strony, z Kletna, teraz skręcimy w lewo, na Sienną.

Wychodnie skalne na spłaszczeniu szczytowym Żmijowca.

Pięknie stąd widać otoczenie Doliny Kleśnicy.

W oddali majaczy Stronie Śląskie.

Idziemy w kierunku Żmijowca.

Rzut oka za siebie. Król Śnieżnik schował się w chmurach.

Lasy zniszczone przez zanieczyszczenia związkami siarki . Obecnie robi się nowe nasadzenia.

Czarna Góra w pełnej krasie. W zimie to świetny ośrodek narciarski.

Zniszczone monokultury świerkowe zastępuje się bukami, modrzewiami i jaworami.

Przełęcz Żmijowa Polana (1049 m n.p.m.)

W całkiem zacisznej wiacie (doceniamy to zwłaszcza przy dzisiejszym wietrze) zjadamy kanapki i popijamy herbatą i kawą. Jest wspaniale, ale pora ruszać do domu, bo za chwilę zrobi się ciemno.

Rezygnujemy z podejścia kolejne 150 m w górę na szczyt Czarnej Góry z wieżą widokową (byliśmy na niej w zimie, widok rzeczywiście jest wspaniały, warto, relacja tutaj). To już byłoby za dużo. Ruszamy w dół wprost do trasy narciarskiej (A). Nie jest to może najwygodniejsze zejście ze względu na spore nachylenie, ale za to dość szybko tracimy wysokość.

Ostatnie kilkaset metrów idziemy letnim torem dla rowerów, a potem mijamy „armię” armatek śnieżnych, które w gotowości czekają na nadchodzący sezon zimowy. Trasy po modernizacji ośrodka wyglądają zachęcająco. Planujemy wrócić tutaj zimą za parę lat, kiedy Grześ będzie zdobywał swoje pierwsze szlify na dwóch deskach.

Skręcamy teraz w kierunku Siennej, wkraczając na tereny narciarskie.

Zimą Czarna Góra zamienia się w raj dla narciarzy.

Wszystko czeka w pełnym pogotowiu.

W Siennej M. z chłopcami schodzi prosto do naszej Wojciecówki. R skręca w prawo na drogę do Kletna, po naszą brykę, która została na tamtejszym parkingu.

Późnobarokowy kościółek św. Michała Archanioła w Siennej.

Nasz czas: 7,5 godziny (z postojami); łącznie 16 km i 800 m przewyższenia.

Nasza dzisiejsza trasa – na czerwono.

Jeszcze raz wielka pochwała dla Tymka i Sebka za dzisiejszą wycieczkę. Dla obu Śnieżnik jest najwyższym szczytem, jaki zdobyli bez podjeżdżania kolejką/wyciągiem. Dla Sebusia dodatkowo był to najdłuższy dystans i przewyższenie, jakie pokonał jednego dnia na własnych nogach. Brawo, chłopaki!

Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Kowadło – atrakcyjny i łatwo dostępny szczyt Korony Gór Polski

Lokalny koniec świata, leśne ścieżki, wychodnia skalna, a do tego jeszcze prawdziwe ametysty pod nogami! To wszystko znaleźliśmy, wchodząc na jeden z najłatwiejszych do zdobycia szczytów Korony Gór Polski – Kowadło. Góry Złote, podobnie jak inne sudeckie pasma świetnie nadają się na rozpoczęcie (lub kontynuację) zdobywania KGP.

3 listopada 2017, piątek

Chociaż nie wszyscy geografowie i kartografowie zgadzają się z dość arbitralnym podziałem na Góry Złote i Bialskie, Klub Zdobywców Korony Gór Polski uznaje pogląd, że Kowadło jest najwyższym szczytem Gór Złotych. Chłopcy jeszcze nie odwiedzili tego miejsca, a od naszej wycieczki minęło już prawie 7 lat – chętnie przypomnimy sobie ten szlak i pokażemy go dzieciom.

Nasz szlak wychodzi z miejscowości Bielice. Z tego samego miejsca można iść też na Rudawiec – najwyższy szczyt Gór Bialskich. Bez problemu można połączyć obie wycieczki, tę na Kowadło i tę na Rudawiec, w jedną; oczywiście trzeba wtedy dysponować ładnymi kilkoma godzinami czasu. My dziś nie zdążymy już odwiedzić Rudawca, ale wycieczka na Kowadło też nam sprawia wiele frajdy – łatwa i krótka, w sam raz na krótkie listopadowe popołudnie.

Samochód można zostawić na wyznaczonym miejscu parkingowym. My przez pomyłkę zostawiamy auto kilkaset metrów wcześniej, ale nie żałujemy dodatkowego spaceru – po obu stronach drogi stoją stare poniemieckie chałupy – jedne ładnie odnowione, inne prezentują całą gamę Stasiukowskich smaczków. Takie miejsca z klimatem bardzo lubimy. R. szybko wraca po samochód i podjeżdża na właściwy parking i wkrótce razem kontynuujemy wędrówkę zielonym szlakiem.

Wieś Bielice – stąd ruszamy na Kowadło.

Bielice to najdalej na wschód wysunięta miejscowość Kotliny Kłodzkiej.

Stasiukowskie klimaty

Tu rozdzielają się szlaki na Rudawiec i na Kowadło.

Nasz szlak skręca pod kątem prostym w lewo.

Najpierw idziemy szeroką bitą drogą, zostawiając za sobą zabudowania Bielic.

Warto patrzeć pod nogi!

Byliśmy przekonani, że największą atrakcją dla chłopców będzie podejście granicznym grzbietem bogato ozdobionym fantazyjnymi formami skalnymi. Tymczasem okazuje się, że najciekawsze leży u naszych stóp. Czy to gencjana się komuś rozlała? Nie, wśród białawych ubłoconych kamieni pokrywających drogę leżą prawdziwe ametysty! Chłopcy przez kolejne kilkaset metrów z wypiekami na twarzy nie odrywają oczu od drogi i znajdują kolejnych kilka ślicznych kamieni. Nie są to oczywiście „jubilerskie” okazy, ale nawet bez pięknych szlifów są naprawdę piękne!

Bogactwo minerałów tych okolic – wystarczy spojrzeć na kolory kamyków pod nogami.

Ametyst znaleziony dziś na szlaku na Kowadło. Magia Sudetów!

Najpierw idziemy drogą jezdną, potem szlak skręca w prawo, by poprowadzić ścieżką w świerkowym tunelu. Po kolejnych kilkuset metrach osiągamy graniczną przecinkę. Idziemy na szczyt żółtym szlakiem – jest może nieco trudniej, ale dużo ciekawiej. Zielone polskie znaki w pewnym momencie zbaczają w lewo i opuszczają przecinkę, by wrócić do niej dopiero na szczycie. Idzie się tamtędy wygodniej, ale opuszcza się interesujące przejście przez podszczytowe skałki.

Mamy dziś do pokonania niecałe 300 m przewyższenia.

Po dotarciu do grzbietu granicznego skręcamy pod kątem prostym w lewo.

Idziemy razem z żółtymi znakami czeskiego szlaku.

To wycieczka do odbycia – przy odpowiednich warunkach – o każdej porze roku.

Z wychodni skalnych otwierają się rozległe widoki na Góry Bialskie.

Aby podwiać takie widoki, lepiej w partii szczytowej iść czeskim żółtym niż polskim zielonym szlakiem.

Unieść głowę też warto…

My nigdzie nie zbaczamy i po chwili nudna przecinka zmienia się w bajkowe skalne otoczenie. Chłopcy cieszą się, że po skałach wchodzi się pod górę jak po schodach. Atrakcji na dziś jednak jeszcze nie koniec. W pewnym momencie Tymo wypatruje parę ciekawych ptaków. Z daleka przypominają trochę samice bażanta. R. udaje się zbliżyć do jednego z nich na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcie. Ptak właśnie korzystał z wodopoju w zagłębieniu skalnej misy. Wieczorem udaje nam się ustalić, że spotkaliśmy prawdziwie rzadki okaz – jarząbka zwyczajnego. Ptaki te zimują w Polsce, ale spotkać je można właściwie tylko w niektórych pasmach górskich.

R. udaje się upolować aparatem rzadkiego jarząbka zwyczajnego.

Jarząbek zimuje w Polsce, można go spotkać na terenach górskich.

Kowadło – samotnie na szczycie

W okolicy wierzchołka najpierw mijamy czeskie oznaczenie szczytu z prawdziwą książką wejść, do której oczywiście się wpisujemy. Postój urządzamy sobie przy „polskim” wierzchołku – więcej tu miejsca na rodzinny popas.  Kanapki, słodycze, kawka, herbatka, zmęczenie w nogach… czegóż chcieć więcej! Niestety, czas szybko płynie i przed 15:30 trzeba zacząć schodzić, żeby zmrok nie zastał nas na szlaku – listopadowy dzień jest krótki.

Kowadło – najwyższy szczyt polskich Gór Złotych (989 m n.p.m.).

Jest i księga wejść, wpisujemy się koniecznie!

Szczyt Kowadła to świetne miejsce na postój.

Szykując się do drogi…

Listopad w górach – jest super, spróbujcie!

Na zejście wybieramy porzucony przedtem zielony szlak. Kilka lat temu ocenialiśmy go jako dość mylny na tym odcinku. Tym razem jednak, pokonując go w odwrotnym kierunku, nie zauważamy takiego problemu. Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej, schodzimy sprawnie i tuż po 16:00 meldujemy się przy samochodzie. To był naprawdę udany dzień!

Szlak zielony to łatwiejszy wariant do schodzenia – omija skałki podszczytowe.

Widok na Dolinę Górnej Białej Lądeckiej i Bielice.

Ścieżka wije się przez bukowy las.

Schodzimy z powrotem do Bielic.

Na wysychającym kamieniu utworzyło się serduszko – to zdjęcie to kwintesencja naszej dzisiejszej wycieczki!

Nasz czas (tempo rodzinne): ponad godzinę w górę i niespełna 40 minut w dół.

Nasza dzisiejsza trasa – na fioletowo.

Opis naszego wcześniejszego, zimowego wejścia na Kowadło tutaj.

Wejście na Kowadło to krótka wycieczka, my odbyliśmy ją po południu – rano tego samego dnia oglądaliśmy Jaskinię Niedźwiedzią – jedną z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Opis tutaj – polecamy!

Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Jaskinia Niedźwiedzia

To najdłuższa jaskinia w Sudetach – długość jej korytarzy sięga aż 4,5 kilometra – i jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Przyozdobiona licznymi formami naciekowymi, jest prawdziwą perłą ziemi kłodzkiej. Jaskinia swa nazwę zawdzięcza znalezionym w jej namuliskach kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Warto wcześniej zamówić bilety, bo ochrona mikroklimatu jaskini pozwala na jednorazowe wejście maksymalnie 15-osobowych grup i w sezonie bywa trudno o wolne miejsca. Zwiedzanie z przewodnikiem zajmuje ok. 45 min.

03.11.2017, piątek

Pochmurno, rano przelotny deszcz, ok. 6 st.

Plan na dzisiaj był zgoła inny – dwa szczyty Korony Gór Polski: Rudawiec i Kowadło. Niestety, po pysznym śniadaniu w Siennej zaczyna siąpić deszcz. Szybka burza mózgów i zmiana planów. Rezerwujemy wejście do Jaskini Niedźwiedziej na 10:40, mając nadzieję, że po południu uda się jeszcze wejść na Kowadło – według prognoz pogoda z biegiem dnia ma się poprawić.

Dojazd do Kletna wąską dróżką z Siennej zajmuje dosłownie kilka minut. „Na pamięć” zajeżdżamy na parking, znany z zimowej wizyty w jaskini. Po chwili jednak zostajemy przegonieni przez tubylca z logo „Przewodnik” na polarze („Znaku zakazu Pan nie widzi?!!!”). Mamy zjechać na położony niżej parking. M. z chłopcami ruszają więc w górę, a R. grzecznie zjeżdża na parking 200 m dalej. No, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze – tu oczywiście musimy zapłacić („jedyne” 15 zł). Beneficjentem okazuje się PTTK, co sprawia, że łatwiej nam przełknąć tę utratę gotówki 😉.

Podejście doliną Kleśnicy

Spacer od parkingu do jaskini spokojnym krokiem zajmuje niespełna pół godziny. Idziemy przez piękny las, pokryty dywanem bukowych liści. W dole szumi kaskadami potok Kleśnica. Można ten dystans podjechać melexem, ale przechadzka naprawdę jest bardzo przyjemna. Chwila moment i stawiamy się pod jaskinią.

Kletno. Nasz cel – Jaskinia Niedźwiedzia.

Od parkingu do jaskini idziemy ok. 30 min przez ładny, bukowy las.

Można też podjechać melexem, ale taki spacer to sama przyjemność.

Listopadowo-bukowy dywan pod nogami.

Pawilon wejściowy jest przestrzenny, szybko przypominamy sobie wszystko, co oglądaliśmy kilka lat temu – rekonstrukcje niedźwiedzia i lwa jaskiniowego oraz szkielet niedźwiedzia jaskiniowego, a nawet… szafeczki na depozyt, którymi siedem lat temu tak bardzo interesował się nasz roczny Sebuś 😉. Jak miło odświeżyć stare wspomnienia! Kupujemy bilety – udaje nam się dostać na jeszcze wcześniejszą godzinę – 10:20.

Wejście do jaskini znajduje się na wysokości 800 m n.p.m.

W pawilonie wystawowym największe wrażenie robi szkielet niedźwiedzia jaskiniowego.

Niedźwiedź jaskiniowy mógł ważyć nawet pół tony.

W pawilonie wystawowym można też oglądać ciekawą interaktywną makietę masywu Śnieżnika.

Dla każdego coś miłego

Trasa turystyczna prowadzi środkowym piętrem jaskini. Zaraz po wejściu spoglądamy w Wielką Szczelinę, która prowadzi do dolnych partii jaskini. Tamtędy prowadzi niedawno udostępniona turystom trasa ekstremalna (link: http://jaskinianiedzwiedzia.pl/trasa-ekstremalna.html). Trzygodzinna przygoda pod okiem speleologów to musi być coś! Nasi chłopcy jednak muszą jeszcze parę lat poczekać – ta przyjemność dostępna jest dla śmiałków od 16 roku życia. Warto dodać, że Jaskinia Niedźwiedzia jest dostępna również dla osób niepełnosprawnych (skrócony wariant trasy turystycznej).

Jaskinia Niedźwiedzia – speleologia w pigułce

Nawet jednak przy wyborze klasycznej trasy zwiedzanie jaskini jest bardzo interesujące. Pierwsze sale i korytarze nie mają szaty naciekowej poza mlekiem wapiennym. Ta część jaskini była zasypana materiałem namuliskowym. Poznajemy szczegóły dotyczące odkrycia jaskini, jej budowę geologiczną, dowiadujemy się, jak przebiegała eksploracja i proces udostępniania korytarzy dla turystów.

Do drugiej części jaskini przechodzimy korytarzem wykutym w pięknym marmurze. Tutaj możemy z bliska nie tylko zobaczyć, lecz także wyjątkowo dotknąć (poza tym przejściem obowiązuje zakaz dotykania ścian jaskini) tej pięknej skały, zwanej Białą Marianną na cześć XIX-wiecznej właścicielki tych terenów – Marianny Orańskiej. Prawdziwa uczta dla oczu zaczyna się dopiero teraz. Podziwiamy bardzo bogatą szatę naciekową. Poza typowymi formami naciekowymi szczególny podziw wzbudza w nas m.in. imponująca kaskada, przypominająca spektakularny lodospad, oraz świetnie zachowane i fantazyjnie ukształtowane misy martwicowe. Jaskinia Niedźwiedzia jest naprawdę bardzo piękna.

Trasa turystyczna wiedzie środkowym piętrem Jaskini Niedźwiedziej.

Podziwiamy piękne misy martwicowe.

Czaszka lwa jaskiniowego.

Jaskinia Niedźwiedzia ma piękną szatę naciekową.

Stalaktyty żyją – u końca każdego wisi kropelka wody.

Dyskretne oświetlenie trasy zwiedzania podkreśla naturalne piękno jaskini.

Jedna z najbardziej znanych form w jaskini – 8-metrowa kaskada.

Kalcytowe cuda natury.

Misy martwicowe niektórym przypominają pola ryżu widziane z lotu ptaka.

Ten oryginalny stalagmimit nosi nazwę ‚lichtarza’ – forma zadziwia regularnością.

Najpiękniejsza część jaskini to Sala Pałacowa i Korytarz Stalaktytowy.

Bogactwo form naciekowych zachwyca przepychem.

Wychodzimy pełni wrażeń i głodni. Dzieci nie darują nam jednak odwiedzin w sklepie z pamiątkami. Do dziś chłopcy hołubią kupione tu kilka lat temu odblaski w kształcie misiów. Dzisiaj kupujemy podobny Grzesiowi – będzie do kompetu. Starszaki kupują śliczną maskotkę-nietoperza i pamiątkową monetę. Wszyscy pijemy gorącą herbatkę z termosu i ruszamy w drogą powrotną. Do samochodu zbiegamy dosłownie w kilkanaście minut.

Po zwiedzeniu jaskini wracamy na parking w Kletnie.

To jeszcze nie koniec na dzisiaj

Po drodze do Bielic, skąd wyruszymy szlakiem na Kowadło szukamy dobrego miejsca, żeby coś przekąsić. Świetnym miejscem okazuje się wypatrzona przez chłopców na reklamie przy parkingu Rukola – restauracja w hotelu Morawa w Starej Morawie. Zajadamy się pysznymi kluchami w wersjach z łososiem i kurczakiem. Sebuś woli konkretny kotlet – dla każdego coś smacznego ;-). Dobrze przyrządzony szpinak z dodatkami smakuje wszystkim. Teraz pora na porcję górskiej wędrówki  – wycieczkę na Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych (opis wycieczki na Kowadło tutaj).

Właściwie powinniśmy podziękować pogodzie, bo tylko dzięki porannym opadom odwiedziliśmy dzisiaj Jaskinię Niedźwiedzią! Cudownie było przypomnieć sobie bogactwo jej form naciekowych i przebieg trasy turystycznej. Ostatnio nie zwróciliśmy uwagi choćby na piękno marmurów, otaczających jaskiniowe sale i korytarze. Jaskinia Niedźwiedzia zostanie na wiele kolejnych lat w naszych wspomnieniach

XLIV Maraton Pieszy po Puszczy Kampinoskiej

Rokrocznie na jesieni w Puszczy Kampinoskiej jest rozgrywany Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego. Można startować na dystansach 50, 75 lub 100 km, na trasach dziennych lub nocnych. W tym roku po raz pierwszy bierzemy w nim udział – ale na pewno nie ostatni. Kampinoski maraton wpisujemy na stałe w nasz kalendarz imprez! Poniżej nasza relacja oraz spis niezbędnego – naszym zdaniem – ekwipunku. Continue reading

Południowy Schwarzwald – Jeziora Schluchsee i Titisee

Ostatniego dnia naszego pobytu w Schwarzwaldzie wracamy do południowej części regionu, jednak tym razem nie podążamy szlakiem najwyższych widokowych szczytów, tylko największych jezior – Schluchsee i Titisee. To pierwsze jest jeziorem zaporowym i stanowi największy schwarzwaldzki zbiornik wodny. To drugie ma pochodzenie polodowcowe i urokliwie chowa się wśród zielonych wzgórz. Położone przy jego brzegu Titisee-Neustadt i Hinterzarten to gwarne i pełne turystów kurorty-uzdrowiska. 

W obu jeziorach można się kąpać, ale brzegi nie wszędzie nadają się do kąpieli (np. nad jeziorem Titisee kąpieliska znajdziemy po północnej stronie) – najlepiej sprawdzić na mapie, gdzie wyznaczono miejsca do kąpieli. Osoby, które chcą uciec od gwaru kurortów, mogą wybrać kąpiel w znacznie mniejszym jeziorze Windgfäll-weiher, położonym nieco na północ od Schluchsee.

17 sierpnia 2017, czwartek

Częściowe zachmurzenie, ok. 23 stopni

Południowy Schwarzwald – jeziora Schluchsee i Titisee 

 

Po raz kolejny wybieramy się na południe Schwarzwaldu i po raz kolejny mamy podobne obserwacje na temat różnic między północą i południem Czarnego Lasu.

Południe słynie z najwyższych widokowych szczytów, z których niezalesionych wierzchołków rozciągają się spektakularne widoki. Są tu najbardziej znane schwarzwaldzkie jeziora. Te atrakcje jak magnes przyciągają turystów, stąd też trudniej tu o samotność na szlakach. Jednocześnie rzeźba terenu jest nieco inna. Mimo wyższej wysokości względnej częściej spotyka się tu szczytowe wypłaszczenia, przypominające nam nieco nasze Góry Izerskie.

Środkowy Schwarzwald nie może się pochwalić najwyższymi szczytami, a wierzchołki wzniesień najczęściej porasta las (na kilku szczytach podziwianie panoram umożliwiają wieże widokowe), jednak też jest tu bardzo malowniczo. To tu – jak nam się wydaje – bije serce Czarnego Lasu. Jadąc wąskimi lokalnymi dróżkami co chwilę spotyka się tradycyjne domy schwarzwaldzkie jakby żywcem wyjęte ze skansenu. Drogi są puste, uroczo wiją się przez leśne wzniesienia – to raj dla rowerzystów.

My dziś jedziemy na południe Schwarzwaldu. Naszym głównym celem są największe jeziora – chłopcy bardzo ucieszyli się perspektywą orzeźwiającej kąpieli. My z kolei liczymy na piękne widoki, urozmaicone taflami niebieskiej wody.

Zaczynamy od odwiedzenia jeziora Schluchsee. Kąpanie zostawiamy na później, teraz celujemy w najlepszy punkt widokowy na okolicę – wieżę widokową Riesenbühl  (1097 m n.p.m.). Wieża znajduje się na południe od miejscowości Schluchsee. Samochód można zostawić na leśnym parkingu. Na szczyt, na którym stoi wieża widokowa, można dojść leśną drogą, a potem – za znakami – ścieżką przyjemnie wijącą się wśród jeżyn i malin. Spacer w górę zajmuje ok. pół godziny i wymaga pokonania ok. 100 m przewyższenia. Wieża jest bardzo solidna. Pięknie stąd widać jezioro Schluchsee i okolicę. I przy wieży, i przy parkingu są przyjemne miejsca odpoczynku. Idealne miejsce na krótki spacer z dziećmi.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu na obrzeżach Schluchsee.

Nieopodal urządzono miłe miejsce odpoczynku.

Cel naszego spaceru wyłania się zza drzew.

Bzzzzzz!

Potem skręcamy w prawo w ścieżkę wprowadzającą na szczyt wzniesienia.

Drzew coraz mniej.

Wokół polne kwiaty, maliny i jeżyny.

Kto zmęczony, siada, kto nie – prosto na górę!

Ze ścieżki otwierają się urokliwe widoki na Schluchsee.

Wieża Riesenbühlturm – jesteśmy!

Konstrukcja zadziwia swoją solidnością.

Wszyscy dzielnie wchodzimy na górę.

…podziwiając coraz szersze widoki

Wieża rozsiadła się na wysokości 1097 m n.p.m.

Pięknie stąd widać Schluchsee.

To największy zbiornik wodny w Schwarzwaldzie.

Ściąga z panoramy – dla tych, którzy nie wiedzą, co widzą.

Na wieży podoba się i tym dużym, i tym małym!

Schwarzwaldzkie widoki chwytają za serce.

U podnóża wieży urządzono zadaszone miejsce odpoczynku.

Z racji pięknej pogody wybraliśmy kamienie.

Oststni rzut oka na wieżę Riesenbühl.

…i pora na dół.

Górna część ścieżki oferuje piękne widoki na jezioro.

Tu widoki się kończą – zaraz wkroczymy w las.

A w lesie – równie pięknie!

Sesja Rodzice by Tymo:)

Trasa naszego spaceru.

Na jezioro Schluchsee patrzyliśmy z góry, więc jezioro Titisee postanawiamy zobaczyć z perspektywy tafli jego wody😊 – wybieramy się na kąpielisko w znanym uzdrowisku Titisee-Neustadt. Na mapie sprawa wydawała się prosta, plaża z kąpieliskiem zaznaczona była na północno-zachodnim brzegu jeziora. Najpierw zajechaliśmy na parking położony obok miasta, ale daleko od jeziora, potem nawigacja zaprowadziła nas na parking dla… autobusów! Na szczęście w końcu zaufaliśmy naszym nosom geografów i przejechaliśmy przez miasto, kierując się w stronę brzegu jeziora. Tuż za parkiem zdrojowym zobaczyliśmy parking z napisem „Badestelle”, co niezmiernie nas ucieszyło!

Plaża w Titisee

Parking płatny 2 euro za pierwszą, kolejne 1 euro za kolejną godzinę płatny z góry w parkomacie. Nie ma zbyt wiele miejsca, ale nam się akurat trafiło i to w cieniu! Plaża jest bardzo przyjemna, zejście po drobnych kamyczkach, dno stopniowo zagłębia się w toń jeziora. Przy nabrzeżu jest obszerny, trawiasty teren do plażowania. Do tego sympatyczne, drewniane przebieralnie, toalety i stoisko z lodami i przekąskami. Obok wypożyczalnia sprzętu wodnego. Część terenu zagrodzona – budowane są jeszcze prysznice, więc będzie pełna kulturka ;-).

My oczywiście zaliczamy pobyt z przygodami. Jeszcze przed dotarciem na plażę Grześ tak się nam wyrywa do jeziora, że w końcu zalicza wywrotkę na betonowy chodnik i ponownie rozbija sobie oba kolana, które właśnie prawie się zagoiły od upadku w Allerheiligen. Jego krzyki słyszy chyba całe Titisee. Potem Sebusia boleśnie żądli osa. I jak tu się zrelaksować w takich okolicznościach przyrody? 😉

Jezioro Titisee – świetne miejsce na kąpiel!

Można brodzić nogami w chłodnej wodzie.

… a można kąpać się na całego!

Najpierw spacer górski, potem kąpiel – wymarzony wakacyjny dzień.

A na deser – oczywiście lody!

Bo strasznie tu fajnie!

Taki okaz grzyba mijamy po drodze do Kienbronn!

W końcu M. wyskoczyła, żeby utrwalić go na zdjęciu.

Jest zjawiskowy!

Sama kąpiel jest jednak bardzo przyjemna i sprawia starszym chłopcom (w tym R.) wiele frajdy. W tym czasie M. brodzi z Grzesiem przy brzegu, wrzucając kamyczki do wody i zajmując się tymi podobnymi maluchowo-jeziornymi atrakcjami. Nie chce nam się opuszczać Titisee, zwłaszcza, że mamy w perspektywie wieczorne pakowanie, skomplikowane przez dwa noclegi po drodze. Czy Wy też tak nie lubicie pakowania przed podróżą powrotną?

A wieczorem – pakujemy się do domu. Żeby tylko nie zapomnieć Grzesia!