Słowacki Raj – najpiękniejsze szlaki

Najpiękniejsze szlaki Słowackiego Raju

W Słowackim Raju zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. To jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek mieliśmy okazję wędrować! Poniżej opisujemy najpiękniejsze – naszym zdaniem – szlaki Słowackiego Raju.

Veĺký Sokol – dzika perła Słowackiego Raju

Suchá Belá – jedna ze sztandarowych atrakcji Słowackiego Raju

Ferrata Kysel w Słowackim Raju

Przełom Hornádu i Tomášovskỳ vỳhĺad

Piecky i Sokolia Dolina

Jeśli będziecie chcieli urozmaicić plan pobytu i odpocząć trochę od wędrówek po szlakach, koniecznie wybierzcie się do Lewoczy. Najwyższy na świecie ołtarz gotycki robi ogromne wrażenie!

Lewocza – oddech dawnego Spisza

Warto też obejrzeć kościoły w nieodległych Hrabušicach (pięknie zachowany romański portal) i Spiskim Czwartku (najpiękniejsza gotycka kaplica na Słowacji) – wizytę w obu tych kościołach opisujemy na koniec relacji z wycieczki do Suchej Beli.

Piecky i Sokolia Dolina

Przez cieśniawę Piecky i Sokolią Dolinę

Piękna, długa wycieczka dwiema ciekawymi dolinami Słowackiego Raju. Cieśniawa Piecky to niezwykle malowniczy skalny wąwóz, w którym szlak prowadzi ciągiem kładek i drabinek. Na trasie zobaczymy kilka wodospadów, skalne progi, baniory na pieniącym się pod nogami potoku. W drugiej – Sokoliej dolinie – będziemy wspinać się na eksponowanym ciągu drabin wzdłuż najwyższego w Słowackim Raju wodospadu – emocje gwarantowane! Każda z dolin może być oczywiście doskonałym celem sama w sobie. Połączenie ich ze sobą daje możliwość spędzenia wydłużenia wycieczki – Spędzimy cały dzień na szlaku, wśród pięknej przyrody, w scenerii zmieniającej się jak w kalejdoskopie. Obie doliny nie do polecenia dla małych dzieci i osób z lękiem wysokości – wymagają pokonywania kilku odcinków w dużej ekspozycji.

Continue reading

Lewocza – oddech dawnego Spisza

Lewocza to jeden z najważniejszych punktów na turystycznej mapie Spisza – w 2009 r cały lewocki zespół staromiejski został wpisany na listę Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niegdyś kwitnące miasto handlowe, dziś senna i niewielka, wtulona w Góry Lewockie, kusi wspaniałymi pamiątkami historii.

Kiedy w Tatrach pada – Lewocza czeka!

18 lipca 2018, środa

Calusieńki dzień to pada, to kropi, to leje…

Gdy usiądziecie w kościele Jakuba i zapatrzycie się na średniowieczne malowidła ścienne i późnogotykie ołtarze Mistrza Pawła, odniesiecie wrażenie, że przenieśliście się o kilka wieków wstecz… Lewoczę warto odwiedzić przy okazji wizyty w Tatrach czy Słowackim Raju, ale oczywiście jest też godna polecenia jako cel sam w sobie – dla wszystkich turystów lubiących szukać pamiątek przeszłości w pamiętających zamierzchłe czasy zespołach staromiejskich.

Od rana budzi nas szumiący za oknem deszcz. Momentami leje tak bardzo, że M. jeszcze w półśnie, po górskich wrażeniach z ostatnich dni ma wrażenie, że budzi ją szum górskiego potoku. No niestety rzeczywistość jest bardziej prozaiczna. Żaden tam potok, tylko ordynarna ulewa. Pogoda nie pozwala na żadne wyjście w góry, nawet do Słowackiego Raju, a co tu dopiero mówić o Tatrach.

W takich okolicznościach przyrody z trybu góry przestawiamy się na plan zwiedzanie. Nie jest to oczywiście zła opcja – pograniczny Spisz obfituje w zabytki wielkiej klasy, a takie turystyczne pokornikowanie zawsze sprawia nam ogromną przyjemność.

Dziś wybieramy jedno z najcenniejszych miast Spisza – Lewoczę. To niewielkie miasteczko, nazywane  „spiską Norymbergą”, kryje w sobie zabytki o co najmniej europejskiej randze. Bez dzieciaków znacznie łatwiej oddać się przyjemności niespiesznego zwiedzania – jedziemy!

Samochód można zaparkować na płatnych miejscach postojowych dookoła rynku. To oczywiście dość wygodne, ale irytuje nas widok samochodów w sercach turystycznych miejsc – takich jak Lewocza. Nawet najstarszy i najpiękniejszy zabytek straci wiele uroku, jeśli otoczony jest wianuszkiem zupełnie współczesnych parkujących aut. No dobra, już nie narzekamy.

Centralne miejsce na rynku zajmuje ratusz z przyciągającymi wzrok arkadami. Budynek sięga korzeniami XV w. (wieża – dzwonnica miejska została dobudowana 200 lat później). Obecnie mieści się w nim oddział Muzeum Spiskiego. Przemykamy się pod arkady, bo deszcz jak na złość przestać padać nie chce. Jak na głowę nie kapie, człowiek ma znacznie większą ochotę, by porozglądać się dookoła.

Ratusz w Lewoczy (XV-XVII w.)

Freski ponad ratuszowymi arkadami.

Tuż przy ratuszu odnajdujemy opisywaną  w przewodnikach klatkę hańby, datowaną na XVI stulecie. Mimo że jako żywo przypomina nam dawne klatki dla …zwierząt, stosowane w ogrodach zoologicznych kilkadziesiąt lat temu (jedną taką, pamiętającą jeszcze lata 50. można oglądać – jako eksponat oczywiście;) – w płockim zoo),  nazwa „klatka hańby” podpowiada, że ta akurat konstrukcja służyła kiedyś do zupełnie czegoś innego. Można było w niej oglądać skazanych opryszków  oraz …kobiety podejrzane o niemoralne prowadzenie się. Dziś na szczęście stała pusta 😉 – co za ulga!

Tuż obok ratusza stoi jeszcze… wielki poradziecki obelisk! Historia obeszła się z nim łaskawie chyba dlatego, że nie stoi na zbyt poczesnym miejscu…

Obok ratusza stoi XVI-wieczna klatka hańby.

Nieopodal ratusza stoi też obelisk na cześć Armii Radzieckiej…

Zapachniało minioną epoką.

Spod ratusza kierujemy się do najcenniejszego zabytku Lewoczy – XIV-wiecznego kościoła św. Jakuba. Niezajrzenie do środka i niezobaczenie gotyckich ołtarzy Mistrza Pawła byłoby turystycznym grzechem ciężkim!

Lewocza

Tuż obok ratusza stoi XIV-wieczny Kościół Św. Jakuba.

Bryła kościoła nie jest czysto gotycka.

Kościół – jak to często na Słowacji się zdarza – zastajemy zamknięty. Z kartki na drzwiach dowiadujemy się jednak, że zwiedzanie możliwe jest co pół godziny – trzeba wcześniej kupić bilet (3 euro/dorosły) w kasie znajdującej się naprzeciwko wejścia do świątyni. Tak też robimy, ciesząc się, że tym razem podróżujemy bez dzieci, bo tu organizacja zwiedzania jest niezbyt wygodna dla rodzin – ale jeśli nie towarzyszy nam energiczny czterolatek z doborowymi braćmi, poczekanie na odpowiednią godzinę czy wysłuchanie półgodzinnej prelekcji pani przewodnik nie stanowi dla nas żadnego problemu 😉

Przez kratę podglądamy wnętrze północnej kruchty…

Gotycki portal z 1380 r. w kruchcie północnej.

Fresk na ścianie kruchty północnej.

O 12.00 wreszcie kościół opuszcza poprzednia grupa turystów i możemy wejść do środka. Zwiedzanie trwa 30 min i odbywa się w grupach z przewodnikiem, który oprowadza w języku słowackim (można też trafić na równoległą grupę angielską).

Pierwsze, co uderza nas po wejściu do świątyni to jej rozmiar – ale w końcu kościół św. Jakuba to druga pod względem wielkości (po katedrze w Koszycach, którą również już mieliśmy okazję oglądać) gotycka świątynia na Słowacji. Po pierwszym wrażeniu przychodzi pora na dokładniejsze przyjrzenie się wnętrzu świątyni.

Z każdą minutą nasz zachwyt rośnie. 11 późnogotyckich ołtarzy, w tym ten główny, największy późnogotycki ołtarz na świecie. Nastawa ołtarzowa autorstwa Mistrza Pawła z Lewoczy wystrzela 18 m w górę. Po zeszłorocznej renowacji lśni subtelnym złotem i wywiera chyba na wszystkich zwiedzających ogromne wrażenie. Figury Madonny oraz świętych Jakuba i Jana są rozmiarem znacznie większe od postaci ludzkiej.

Ołtarz św. Jakuba autorstwa Mistrza Pawła z Lewoczy jest największą zachowaną gotycką nastawą ołtarzową na świecie!

Po lewej stronie ołtarza odnajdujemy kamienne sakramentarium z XV w formie strzelistej wieży na planie gwiazdy – przechowywano tu niegdyś Najświętszy Sakrament. Na ścianie północnej nawy wzrok przyciągają średniowieczne malowidła ścienne, w tym moralizatorski cykl Siedem skutków grzechu i Siedem skutków miłosierdzia.

W nawie głównej dumnie prezentują się przepiękne stalle – pani przewodnik opowiadała, że to właśnie dla nich niektórzy specjalnie odwiedzali tę świątynię. Niestety, nie mamy pełnej fotorelacji ze zwiedzania świątyni – w środku nie można robić zdjęć. Najlepiej zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Po zwiedzeniu kościoła jeszcze chwilę przyglądamy się barwnym kamienicom przy rynku. Lewocza kiedyś kwitła handlem (m.in. handlowano winem z Polską właśnie!), więc wiele rodów kupieckich (np. rodzina Thurzonów) doszło do wielkich majątków. Do dziś zachowało się wiele patrycjuszowskich domów. Nam szczególnie spodobały się dwie kamienice : pokryty pięknymi (choć bardzo zniszczonymi) malowidłami późnogotycki Dom Krupków oraz – po przeciwnej stronie rynku – dom Thurzonów odzobiony attyką i neorenesansowym sgraffitem. Warto też odszukać kamienicę, w której znajdowała się niegdyś pracownia Mistrza Pawła z Lewoczy – średniowiecznego rzeźbiarza, ucznia Wita Stwosza, autora wielu dzieł zdobiących spiskie (i nie tylko spiskie) kościoły.

Późnogotycki Dom Krupków z malowidłami z XVI w.

Wyjątkowe malowidła wymagają odświeżenia…

Podobnie jak arkadowy dziedziniec sąsiedniego domu Máriássych.

Dom Hainów z renesansowym portalem z 1530 r. mieści Muzeum Spiskie.

Renesansowy dom Turzonów we wschodniej pierzei placu Mistrza Pawła.

Dom Mistrza Pawła, obecnie muzeum poświęcone artyście.

W perspektywie jednej z uliczek widać Górę Maryjną.

Nadal pada, więc postanawiamy schować się gdzieś do środka. Tuz przy informacji turystycznej odnajdujemy niewielką pizzerię w klimatycznej dawnej kamienicy. Dość smacznie, w rozsądnej cenie, najedliśmy się, możemy ruszać dalej. Pada? Oczywiście że tak. Pogoda dziś, widać, nie liczy się zupełnie z naszymi planami. No cóż, parasole nad głowę i niech sobie pada, skoro już musi 😉

Wizytę w Lewoczy kończymy spacerem wokół murów miejskich. Do dzisiejszych czasów przetrwały się znaczne fragmenty średniowiecznych murów – idąc wzdłuż nich, można obejść całą starówkę. Niegdyś w murach tkwiło kilkanaście baszt, do dzisiejszych czasów zachowały się tylko trzy. Mieliśmy nieodparte wrażenie, że w ścianach domów – szczególnie tych wybudowanych tuż przy murach – można rozpoznać ten sam budulec, z którego wybudowano baszty i mury… – obyśmy się mylili. O ile ścisłe okolice rynku są zadbane, a elewacje kamienic mienią się kolorami, o tyle tu widać dużo zrujnowanych budynków – nawet tych zabytkowych. Oby udało się uratować choć niektóre z nich…  Kibicujemy gorąco Spiszowi – jak zresztą całej naszej części Europy – aby potrafił wykorzystać te atuty, które ma i dalej rozwijał się turystycznie!

Ulicą Hermana schodzimy do murów miejskich.

Na końcu ulicy zachowana Brama Menhardzka.

Spacer wzdłuż murów uprzykrza nam deszcz.

Zachowane fragmenty murów są imponujące.

Przez Bramę Koszycką wjechaliśmy wcześniej na lewocką starówkę.

Podczas spaceru można zobaczyć takie kwiatki…

Tuż obok placu Mistrza Pawła stoi taki piękny a zaniedbany budynek.

Stary kościół minorytów z XIV w.

Gotycki kościół minorytów mieści się na południowym krańcu ulicy Kláštorskiej

Teren na tyłach murów miejskich w pobliżu dawnych budynków klasztornych były jeszcze niedawno zagospodarowane rekreacyjnie.

Zza murów ciekawie wygląda budynek lowockiego gimnazjum.

Wielkim zabytkom towarzyszą takie zapomniane zaułki.

Lewocza

Bardzo podoba nam się gotycka stylistyka lewockich koszy na śmieci.

Przed ratuszem artysta właśnie rzeźbi w drewnie.

Lewocza

Lewocza niewątpliwie zostanie w naszych wspomnieniach

Wieczorem, już po powrocie z Lewoczy, chcieliśmy jeszcze uciąć sobie mały sentymentalny spacer po Smokowcach (kiedyś, jeszcze bez dzieci, mieszkaliśmy w Dolnym Smokowcu przez tydzień bardzo śnieżnej tatrzańskiej zimy). Deszcz jednak nie odpuszczał. No trudno, ostatni tom Diuny Herberta to godny zastępca spacerowego planu!

Przełom Hornádu i Tomášovskỳ vỳhĺad

Przełom Hornádu i Tomášovskỳ vỳhĺad – must see w Słowackim Raju

Przełom Hornádu (obok wąwozu Suchá Belá) jest niewątpliwie najpopularniejszą atrakcją Słowackiego Raju. Sami sprawdziliśmy dzisiaj, że zupełnie słusznie. Wychodząc wcześnie, uniknęliśmy tłumów, a pogoda utrzymała się mimo niepewnych prognoz, więc wspomnienia mamy wyśmienite.

Niebieski szlak malowniczo wije się wraz z biegiem Hornádu. Ścieżka miejscami prowadzi po słynnych stúpačkach – metalowych platformach . Przejście wymaga pewnej odporności na ekspozycję i uwagi, zwłaszcza gdy metalowe elementy (ale też wyślizgane skały) są mokre po opadach. Przy wszystkich stúpačkach i w większości trudniejszych przepaścistych i śliskich miejsc umieszczono łańcuchy, których można się przytrzymać. Ze szlakiem poradzą sobie starsze dzieci, chociaż potrzebna będzie zdwojona czujność rodziców (kilkulatków i maluszków w nosidłach nie zabieralibyśmy na tę trasę).

Tomášovskỳ vỳhĺad to oczywiście najsłynniekszy punkt widokowy w Słowackim Raju. Wejście na niego i powrót żółtym szlakiem przez pasmo wzniesień wzdłuż przełomu Hornádu pozwalają na dodatkowe ubarwienie wycieczki i uniknięcie dwukrotnego przechodzenia tych samych odcinków trasy.

Continue reading

Ferrata Kysel w Słowackim Raju

Ferrata Kysel i wąwóz Malỳ Kyseĺ

Od sierpnia 2016 r. Horska Zachranna Sluzba udostępniła turystom pierwszą ferratę w Słowackim Raju. Nie jest do szczyt marzeń dla obytych z żelaznymi drogami, ale jak bardzo się tęskni, to dobre i to! Polecamy na ferratowy „pierwszy raz” dla osób oswojonych z ekspozycją (na przykład po przejściu wąwozów w Słowackim Raju). Dla dzieci trasa może być za trudna ze względu na miejsca, które trzeba przejść mocno odchylając się od skały – potrzebna siła rąk – ale nastolatki dadzą radę. Wg nas realne trudności ferraty: B (choć bywa wyceniana na C). A poza wszystkim Kysel to naprawdę piękny, dziki wąwóz i choćby z tego powodu warto go przejść! A jeśli już zdecydujecie się na przejście ferratą, pamiętajcie o sprzęcie autoasekuracyjnym!

Continue reading

Suchá Belá – jedna ze sztandarowych atrakcji Słowackiego Raju

Wąwóz Suchá Belá

Wycieczka przez jeden z najbardziej popularnych wąwozów Słowackiego Raju. Szlak mija pięć pięknych wodospadów. Prowadzi emocjonującymi przejściami przez drabinki, kładki i metalowe stopnie. Na drabinkach przy wodospadach mocno eksponowany – mimo swojej popularności naszym zdaniem nie nadaje się dla dzieci. Fantastyczne formacje skalne wyrzeźbione przez wodę – baniory, skalne okna, wąskie przesmyki skalne. Tu naprawdę można się poczuć jak w raju!

Continue reading

Veĺký Sokol – dzika perła Słowackiego Raju

Veĺký Sokol – najgłębszy i najdłuższy wąwóz Słowackiego Raju

Veĺký Sokol to prawdziwa gratka dla poszukiwaczy ambitniejszych szlaków. Przejścia po kładkach, oślizgłych kłodach, drabinkach i metalowych stopniach, miejscami wymagające odporności na ekspozycję, szczególnie przy pokonywaniu progów wąwozu przy wodospadach. Szlak zachwyca dzikością i bliskością natury, do zachwytu dodając miłą dawkę adrenaliny. Bardzo atrakcyjny, a dużo mniej uczęszczany niż najpopularniejsze wąwozy Słowackiego Raju.

11 lipca 2018, środa

Pochmurno z przebłyskami słońca, po południu burza

To pierwszy dzień naszej rocznicowej randki w Tatrzańskich Zrębach. Niestety, od rana nad Tatrami kłębią się chmury, a prognozy zwiastują deszcz i burze. Na szczęście spojrzenie na południe daje nadzieję – może w Słowackim Raju będzie lepiej? Na pewno chmury nie zasłonią widoków w wąwozach, więc warto spróbować!

Z okolic Smokowca dojazd do Słowackiego Raju zajmuje tylko nieco ponad pół godziny. Warto pamiętać o winietce (teraz już elektronicznej – na 10 dni kosztuje 10 euro, zapobiegliwie załatwiliśmy tę sprawę już wczoraj na stacji benzynowej), albo wybrać nieco dłuższą trasę omijającą autostradę. Mijamy Podlesok – jeden z głównych węzłów szlaków – i zajeżdżamy kilka kilometrów dalej do miejscowości Pila. Na niewielkim parkingu stoi tylko kilkanaście samochodów, co zwiastuje brak tłumów na szlaku – dobra nasza! Jeszcze tylko opłaty – 3 euro za parking i kolejne 3 za dwa bilety wstępu do Słowackiego Raju – to cały koszt dzisiejszych atrakcji.

Punktem wyjścia jest niewielka osada Píla.

Z samej Pili można wejść do wąwozu Piecky (relacja z przejścia przez Piecky i Sokolią Dolinę tutaj), Veĺký Sokol ma swoje ujście nieco dalej. Ten dystans musimy pokonać zielonym szlakiem, prowadzącym wzdłuż potoku Veĺká Bela Voda. Spodziewaliśmy się na tym odcinku nieprzyjemnej bitej drogi, a tymczasem szlak prowadził leśną drożynką, miejscami nawet ścieżką wśród pięknych zarośli i kwiatów.

Najpierw przez 1,5 km idziemy zielonym szlakiem w głąb Píľanskej Doliny.

Po drodze przerwa na pogawędkę na szlaku.

Po ok. 20 minutach docieramy do ujścia wąwozu Veĺký Sokol. Teraz kierujemy się w lewo za żółtymi znakami. Przez kolejne pół godziny delektujemy się ciszą i śliczną roślinnością otaczającą ścieżkę. Później stopniowo pojawiają się kolejne atrakcje. Szlak przestaje być oczywistą ścieżką – wprowadza w koryto potoku i wymaga nieco uwagi, by wybrać najlepsze przejście. Czasem jest to lewy, czasem prawy brzeg potoku, a czasem jego koryto, po wystających kamieniach. Powoli spiętrzają się przed nami ściany wąwozu. Zanim zaczną się prawdziwe emocje, zatrzymujemy się na drugie śniadanie. Chcemy się dzisiaj przede wszystkim delektować przyjemnością górskiego spaceru, a nie ścigać z czasem!

Przed nami wylot wąwozu i zaczynają się pierwsze kładki – na razie nad suchym korytem potoku.

Rozpoczynamy wędrówkę wąwozem Veľky Sokol.

Zanim zaczą się trudności na szlaku przysiadamy na chwilę nad potokiem Sokol

Po kanapkach czas na prawdziwą ucztę dla oczu. Wchodzimy w głęboki kanion Kamenné vráta, wyrzeźbiony przez potok Sokol. Jego ściany pną się miejscami 300 m w górę. Na dnie potoku leżą omszałe kłody, a stoki porasta piękny urwiskowy las. Skały, soczysta zieleń i szumiący potok tworzą mozaikę, której piękno niestety bardzo trudno jest oddać na zdjęciach. To po prostu trzeba zobaczyć! Za każdym zakrętem odsłania się nowy zachwycający widok. Chłoniemy każdy z nich całym sobą!

Ściany doliny z każdym krokiem zwężają się, tworząc wapienny wąwóz.

Ściany cieśniawy mają do 300 m wysokości.

Na początkowym odcinku wąwóz porastają jeszcze drzewa.

Im dalej, tym koryto potoku będzie stawać się bardziej dzikie.

Velky sokol

Szlak prowadzi wśród pięknej dzikiej przyrody.

Powoli pojawiają się też pierwsze trudności. Omszałe kładki, coraz dłuższe drewniane drabinki, niezliczone przejścia po kamieniach przez łożysko potoku.

Pokonanie trudniejszych odcinków ułatwiają drewniane drabinki.

Przejście po śliskich kłodach nad huczącymi wodami potoku Sokol dostarcza niezłej dawki emocji!

Miejscami ściany cieśniawy zbliżają się do siebie na odległość rozciągniętych ramion.

Drewniane drabinki to stały element szlaku przez Veľky Sokol.

Velky sokol

Są niezwykle fotogeniczne, ale miejscami śliskie jak diabli.

Veľky Solol to jeden z najdzikszych wąwozów Słowackiego Raju.

Jakby tego było mało przed nami wyrasta, wbrew nazwie, całkiem duży Malý vodopád. Po jego prawej stronie prowadzi kilkudziesięciometrowa metalowa drabinka. Dla osób z małą odpornością na ekspozycję może to być niezła próba nerwów ;-). Nas na szczęście ekspozycja już tak bardzo nie rusza, więc skupiamy się raczej na pięknych widokach na imponujący wodospad. Jeżeli ktoś woli unikać patrzenia w dół podczas pokonywania drabinki, to na górze może spokojnie stanąć na metalowym mostku i wtedy bezpiecznie docenić, czego dokonał, wchodząc na górę!

Velky sokol

Przed nami jedno z kluczowych miejsc – Malý vodopád na potoku Sokol.

Wspinamy się tuż obok niego po długiej metalowej drabince.

Kolejny wodospad (Veĺký vodopád) pojawia się przed nami już za chwilę. Tym razem pokonujemy go przy użyciu metalowych platform i krótkich drabinek. A na tym nie kończą się dzisiejsze przyjemności!

Velky sokol

Przed nami kolejna siklawa – Veľky vodopád.

Drabinka nad Veľkym vodopádem.

Na tym odcinku szlak właściwie cały czas prowadzi po kłodach, stopniach i drabinkach, a ściany wąwozu chwilami zbliżają się do siebie na odległość wyciągniętych ramion. Trzeba cały czas zachowywać uwagę, bo o pośliźnięcie i przymusową kąpiel w lodowatej wodzie nietrudno.

Kolejne progi na potoku pokonujemy przy pomocy drewnianych drabinek.

Przy suchym drewnie wspinaczka nie sprawia problemów.

Szlak raz po raz przekracza koryto potoku.

Koryto potoku jest zasłane zwalonymi pniami

Przed nami już ostatnia część wąwozu. Nosi ona imię pioniera turystyki w Słowackim Raju, Martina Rotha – Róthowa roklina. To wyjątkowo malowniczy odcinek. Wąskie zaułki, omszałe kłody, drabinki i kładki – wszystko jest w takim nagromadzeniu, że można dostać oczopląsu.

W wyższej części doliny wąwóz staje się coraz węższy.

To szczególnie urokliwy odcinek.

Można dotknąć niemal od ściany do ściany wąwozu – jak tu pięknie!

Przejście górnej części kanionu ułatwia ciąg drewnianych kładek

Zwalone pnie porastają zielone, mięsiste mchy.

Szlak cały czas prowadzi potokiem. Jak teraz – jak uważasz!

Górny odcinek wąwozu.

…to przesmyk Róthova roklina

Miejsce jest bardzo dzikie i niezwykle malownicze.

Nazwa pochodzi od Martina Rótha – jednego z pionierów turystyki w Słowackim Raju.

Jedna z ostatnich kładko-drabinek na naszej dzisiejszej trasie.

Niestety wszystko ma swój koniec. Ściany wreszcie robią się mniej strome i coraz niższe. Jeszcze tylko kilka przejść po stromych stokach wąwozu, żeby ominąć kilka zwalonych niedawno drzew. Na koniec podchodzimy kilkanaście minut leśną ścieżką i meldujemy się przy rozstaju Glacká cesta. Miła ławeczka jakby czekała tu właśnie na nas. Czas na kolejny postój. Herbatka z termosu i pyszne kanapki smakują wyśmienicie!

Taki piękny storczyk czekał na nas u wylotu wąwozu.

Szlak żółty doprowadza do płaskowyżu Glac.

Przez płaskowyż biegnie Glacka cesta – dawna droga handlowa na Spisz.

Szlak przez wąwóz Veĺký Sokol jest oczywiście jednokierunkowy, jak większość tego typu tras w Słowackim Raju. Trzeba więc jakoś zejść do punktu wyjścia. Najszybciej można to zrobić czerwonym szlakiem z żółtym łącznikiem do Pily na końcu. Tak też robimy.

Najpierw szlak prowadzi Glacką cestą. To dawna droga handlowa prowadząca przez Słowacki Raj na Spisz. Pokonujemy nią jeszcze sporą wysokość, ostatecznie znajdując się na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Mijamy kolejne polany i całkiem szybko dochodzimy do rozstaju Malá Polaná. Naszą drogą dalej biegnie niebieski szlak, a nasze czerwone znaki skręcają w lewo (!).

Płaskowyż Glac ma 2 km długości.

Jedna z polan mijanych w drodze powrotnej do Píli.

Wydawać by się mogło, że stąd droga już będzie prowadziła tylko w dół. Nic bardziej mylnego. Szlak to wznosi się, to opada, mijając kolejne wzniesienia i cały czas trzymając się w pobliżu grzbietu. Niepokoi nas tylko coraz ciemniejszy kolor chmur… Niestety, prognozy nie myliły się, chociaż pogoda wytrzymała aż pięć godzin, zanim się rozpadało. I to jak!

Kilkanaście minut prawdziwej ulewy towarzyszącej solidnej burzy przeczekaliśmy, siedząc na całkiem wygodnej kłodzie pod naszymi starymi pelerynami typu poncho. W ten sposób uniknęliśmy zmoczenia butów i ubrań. Warto czasem przeczekać taką główną falę deszczu, a dzisiaj lało naprawdę solidnie.

A na zejściu złapała nas ulewa!

Gdy tylko ulewa ustaje, ruszamy dalej. Nareszcie szlak przestaje się bawić w up and down i zaczyna sprowadzać nas w dół. Na rozstaju Palc opuszczamy czerwony szlak. Za żółtymi znakami w dwadzieścia minut docieramy do zabudowań Pily. I dobrze, bo jesteśmy już nieźle zmęczeni.

Nasza dzisiejsza trasa – na zielono.

Poza wrażeniami estetycznymi, poczuciem prawdziwej bliskości dzikiej natury i odrobiną adrenaliny podczas trudniejszych odcinków wąwóz Veĺký Sokol zapewnił nam dzisiaj coś niesłychanie rzadkiego. Prawdziwe odosobnienie. Na całej trasie w środku sezonu spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Przez całą wędrówkę w wąwozie byliśmy całkowicie poza zasięgiem sieci komórkowej. W zamian cisza przełamana tylko szumem potoku. I niesamowita skalna sceneria. Piękna wycieczka dla każdego miłośnika przyrody!

Trasa w liczbach: 7 godzin,  ok. 16 km i 600m przewyższenia

 

Najpiękniejsze przełęcze słowackich Tatr Wysokich

W słowackich Tatrach Wysokich nie ma zbyt wielu znakowanych szlaków wprowadzających na tatrzańskie szczyty – Jagnięcy, Sławkowski, Mała Wysoka, Rysy, Koprowy, Skrajne Solisko, Krywań – wyczerpują „szlakowe” możliwości. Nie zapominajmy jednak, że mamy do dyspozycji również przepiękne tatrzańskie przełęcze. Widok z nich jest może nieco bardziej ograniczony, ale oprawiony w skalne ramy, nabiera zaskakującej głębi. Proponujemy trzy piękne wycieczki przez trzy przełęcze słowackich Tatr Wysokich – Rohatkę, Lodową Przełęcz i Bystrą Ławkę. Dwie pierwsze pokonaliśmy przy okazji długich, ale niezwykle atrakcyjnych widokowo wycieczek „tranzytowych” w poprzek całego pasma Tatr Wysokich, trzecią – jako znacznie mniej męczącą kilkugodzinną pętelkę. Gorąco polecamy też szlak przez Czerwoną Ławkę z najdłuższym w Tatrach ciągiem sztucznych ułatwień, no i szlak na Polski Grzebień z możliwością wypadu na niezwykle widokowy szczyt Małej Wysokiej.

Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną

 

Przełęcz Lodowa przez Dolinę Pięciu Stawów Spiskich i Dolinę Jaworową

 

Bystra Ławka – pętla ze Szczyrbskiego Jeziora

Bystra Ławka – pętla ze Szczyrbskiego Jeziora

Dolina Młynicka – Bystra Ławka – Dolina Furkotna

Stosunkowo niedługa (jak na graniowe przejście w Tatrach Wysokich) i niemęcząca wycieczka prowadząca przez dwie piękne doliny i wąski skalisty przesmyk w grani – Bystrą Ławkę. Po drodze mijamy jeden z najpiękniejszych tatrzańskich wodospadów – Skok – i piękne wysokogórskie stawy. Trasę można polecić każdemu, kto chce spróbować ambitniejszego przejścia z łańcuchami, skałami i wszystkim tym, czym można się pochwalić w schronisku 😉.

Naszym zdaniem można zabrać tu nawet starsze dzieci (10 plus) zaznajomione z chodzeniem po górskich szlakach. Łańcuchy mamy, ale na krótkim odcinku, niezbyt eksponowane i nietrudne. Widoki z Bystrej Ławki są siłą rzeczy ograniczone, ale rekompensuje to urok przeciśnięcia się przez wąziutką przełączkę skalną – na Bystrej Ławce nie ma miejsca nawet na krótki postój. To jedna z naszych ulubionych wycieczek w okolicy Szczyrbskiego Jeziora. Ruch turystyczny w okolicy jest spory, więc na wycieczkę warto wybrać się wcześnie rano.

15 lipca 2018, sobota

Rano pochmurno i wietrznie, potem ładnie, ale burzowo, do 22 stopni

Dolina Młynicka

Podjeżdżamy do centrum Szczyrbskiego Jeziora i parkujemy nieco powyżej głównego piętrowego parkingu. Idziemy w stronę dolnych stacji wyciągów narciarskich i zostawiamy je po lewej stronie, kierując się prosto do wylotu Doliny Młynickiej. Zadziwiają nas szerokie widoki w tym miejscu, bo pamiętamy jeszcze dorodny las rosnący tu jeszcze kilka lat temu. Niestety padł on ofiarą silnego wiatru w 2014 r.

Po chwili idziemy piękną leśną drogą. Zachwycamy się korzeniami, które pod naszymi nogami oplatają kamienie, tworząc mozaikową nawierzchnię szlaku. Niby dolina jak dolina – las, potem kosodrzewina, potem piękne łąki, ale w Dolinie Młynickiej urok szlaku podkreśla piękna oprawa grani Baszt (po prawej) i Solisk (po lewej).

Wchodzimy w Dolinę Młynicką. Po lewej Solisko, po prawej Patria.

Bardzo podoba się nam plątanina korzeni i kamieni na szlaku.

Przez chwilę szlak zwraca się w stronę grani Baszt.

Już z daleka podziwiamy wodospad Skok.

Po godzinie docieramy w pobliże imponującego pierwszego progu doliny, z którego spada zachwycający wodospad Skok. To nie tylko w naszym odczuciu jeden z najpiękniejszych wodospadów tatrzańskich!

Chętnie odpoczęlibyśmy pod wodospadem, ale wiatr nie daje na to szans.

Skok to jeden z najpiękniejszych wodospadów tatrzańskich.

Szlak wznosi się na próg doliny na lewo od wodospadu.

Chciałoby się usiąść i odpocząć w takim pięknym otoczeniu, ale od dłuższej już chwili doskwierają nam dziś podmuchy coraz silniejszego zimnego wiatru. Odkładamy więc odpoczynek do czasu znalezienia bardziej zacisznego miejsca. Podejście na pierwszy z progów w Dolinie Młynickiej jest najdłuższe, ale silny wiatr nie pozwala nam na zatrzymywanie się, co przyspiesza tempo marszu. Na ogładzeniach spotykamy krótki odcinek ubezpieczony łańcuchem – ułatwienia są przydatne zwłaszcza przy śliskiej skale lub oblodzeniu.

Miejsce na upragniony postój znajdujemy między głazami już za progiem doliny. Po chwili ruszamy dalej i co widzimy? Kolejny próg! Na dodatek jakiś taki podobny do tego pierwszego, tylko pięknego wodospadu nie ma 😉  Okolica staje się za to coraz bardziej dzika. A to jeszcze nie wszystko! Po podejściu na drugi próg czeka nas jeszcze nie jeden, lecz dwa progi! Na szczęście musimy wdrapać się tylko na jeden z nich, ten usytuowany na lewo od dominującego w krajobrazie Szczyrbskiego Szczytu.

Na progu mijamy ładne ogładzenia polodowcowe.

I zostawiamy za sobą dolne piętro Doliny Młynickiej.

Nareszcie zaciszny kącik między głazami – zasłużyliśmy na odpoczynek.

Historia lubi się powtarzać – przed nami kolejny próg do zdobycia.

Staw nad Skokiem też zostaje za nami.

A po chwili na drugim progu żegnamy się z kolejnym piętrem doliny.

Teraz w krajobrazie dominuje Szczyrbski Szczyt.

Jeden z Wołowych Stawków przycupnął pod granią Solisk.

Nad Niżnym Kozim Stawem góruje w pełnej okazałości grań Baszt z Szatanem.

Przed ostatnim progiem zatrzymujemy się przy głazie z tablicą upamiętniającą katastrofę śmigłowca z ratownikami z 1979 r.

Bystra Ławka

Po pokonaniu trzeciego progu podziwiamy największe jak dotąd jezioro na dzisiejszym szlaku – Capi Staw. Skręcamy w lewo i zaczynamy podejście pod przełęcz. Przelotny deszcz zmusza nas do zatrzymania się za głazem, osłaniającym od wiatru. Wiatr wcale nie słabnie, tylko z biegiem dnia dopiero nabiera mocy. Oj, pogoda coś nam dzisiaj nie pomaga… Zaczynamy już myśleć, że przyjdzie nam się wycofać, jeżeli się zupełnie zachmurzy i rozpada… Wykorzystujemy chwilę opadu na krótki odpoczynek i pochłonięcie drugiego śniadania. Na szczęście deszcz ustaje, więc decyzja może być tylko jedna – idziemy dalej!

Mijamy Capi Staw i kierujemy się wprost na przełęcz.

Z góry lepiej doceniamy piękno Capiego Stawu.

Capi Staw i Kolisty Staw pod Szczyrbskim Szczytem.

Zbliżamy się do Bystrej Ławki.

A widok nabiera głębi.

Teraz czeka nas już tylko krótkie podejście pod Bystrą Ławkę. O zmęczeniu pozwalają zapomnieć nabierające głębi z każdym metrem wysokości widoki na Capi Staw i ukazujący się nieco wyżej Kolisty Staw.

Przejście przez przełęcz nie nastręcza wielkich trudności. Jest odrobina kruszyzny, dobrze złapać się łańcucha, ale dla osób obeznanych z Tatrami nie będzie to skomplikowane. W naszej ocenie poradzą sobie nawet starsze dzieci, oczywiście pod czujnym okiem doświadczonych rodziców ;-). Bystra Ławka zostanie w naszej pamięci jako bardzo urocza przełęcz z wyjątkowo wąziutkim przesmykiem między skałami. Spodobała nam się już kilkanaście lat temu gdy szliśmy nią po raz pierwszy.

Ostatni odcinek podejścia na Bystrą Ławkę. Kolisty Staw został daleko w dole.

Meldujemy się po „furkotnej” stronie Bystrej Ławki.

Przełęcz jest wyjątkowo wąska.

Za nami zostaje zamglona Dolina Młynicka

A przed nami Dolina Furkotna, niestety widoku na Krywań dzisiaj nie będzie…

Dolina Furkotna

Od pierwszych chwil po przekroczeniu Bystrej Ławki zachwycamy się widokiem na Wielki Staw Furkotny Wyżni (Vyšné Wahlenbergovo pleso). To zdecydowana dominanta widoku i przez pierwsze kilkadziesiąt minut zejścia Doliną Furkotną nasze oczy będą cały czas kierowały się ku jego toni, dzisiaj niestety mocno pomarszczonej silnymi podmuchami wiatru. W pogodny dzień przepięknie przeglądają się w jego wodach okoliczne szczyty.

Poza stawem wzrok przykuwa grań zamykająca dolinę z zachodniej strony z kulminacją Ostrej (2350 m n.p.m.). Niestety dzisiaj dalszy widok zasłaniają nam chmury, a szkoda, bo zobaczylibyśmy stąd m.in. Krywań! Ale nie narzekajmy, najważniejsze, że nie pada, a wkrótce pojawia się także wyczekiwane od dawna słoneczko. W takich warunkach można urządzić sobie kolejny postój 🙂

Proszę Państwa, w roli głównej Wielki Staw Furkotny Wyżni!

Artystyczna wariacja na temat Wielkiego Stawu Furkotnego Wyżniego.

Zejście z Bystrej Ławki prowadzi przez pola głazów.

Prawdziwa kamienna pustynia.

Nad stawem góruje grań ze szczytem Ostrej.

Dolinę Furkotną zamyka oczywiście Furkot.

Przed zejściem z najwyższego progu Doliny Furkotnej nareszcie zaczyna świecić nam słoneczko.

Czas na ucztę z widokiem.

Tuż pod przełęczą nie ma miejsca na odpoczynek, a im niżej, tym zwykle cieplej. Zatrzymujemy się więc dopiero po kilkunastu minutach marszu kamiennym pustkowiem górnego piętra Doliny Furkotnej. Mamy świetną miejscówę z widokiem na Wielki Staw Furkotny Wyżni! Ogrzewamy się resztą herbaty i kolejnymi kanapkami. Jak one wyśmienicie smakują na szlaku!

Dalsze zejście mija nam na delektowaniu się słońcem i ciepłem. Nie do wiary, jak bardzo zmieniają się warunki wraz z obniżaniem się szlaku w stronę Szczyrbskiego Jeziora. Mijamy nieco mniejszy, ale pięknie skrzący się w promieniach słońca Wielki Staw Furkotny Niżni (Nižne Wahlenbergovo pleso). A potem już – jak to na zejściu – kosodrzewiny – całe łany kosodrzewin, a potem las. Kolana dają znać, że powoli zbliżamy się do tysiąca metrów w zejściu.

Przed nami teraz Wielki Staw Furkotny Niżni.

Przy lepszej pogodzie nawet kolory stawów prezentują się piękniej.

Jak przyjemnie powygrzewać się w słońcu w takim otoczeniu.

Widok pięknie zamyka Siodełko (Sedielkova Kopa).

Jeszcze ostatnie spojrzenie w głąb Doliny Furkotnej, z tej perspektywy widok zamyka szczyt Ostrej.

Między polami kosodrzewiny mijamy polany z pięknymi rdestami.

A w dole pod nami widać zabudowania m.in. Szczyrby.

Ostatni odcinek prowadzi już znakowaną na czerwono magistralą, Droga wiedzie przez tereny wiatrołomów z listopada 2004 r. Malowniczo wije się po morenowych pagórkach, doprowadzając nas w końcu do Szczyrbskiego. Schodzimy nad brzeg Szczyrbskiego Jeziora i stąd ostatni raz zaglądamy w głąb Doliny Młynickiej i Doliny Furkotnej. W ten sposób domykamy pętlę szlaku okrążającego grań Solisk.

Ostatni odcinek prowadzi magistralą do Szczyrbskiego Jeziora.

Szczyrbskie Jezioro w pełnej okazałości.

Trasa w liczbach: niespełna 8 godzin, 15,5 km i 1000 m przewyższenia

Szlak przeszliśmy w ramach jednego z naszych sentymentalnych powrotów w Tatry. Plany w tym roku były bardzo rozbudowane, chcieliśmy wejść jeszcze na Koprowy, Jagnięcy, Zawory i Gładką Przełęcz, a nawet planowaliśmy wejście z przewodnikiem na Gerlach. Niestety pogoda miała swoje plany i przez to (albo dzięki temu ;-)) schodziliśmy wszerz i wzdłuż Słowacki Raj (relacja tutaj).

Na szczęście parę dni wcześniej trafiliśmy na dwa dni okienka pogodowego i udało nam się przejść planowanymi od dwóch lat dwoma szlakami w poprzek Słowackich Tatr Wysokich! Zapraszamy do obejrzenia, bo to według nas jedne z ciekawszych (i najdłuższych…) tras w Tatrach! Relacja z przejścia Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną tutaj. A relacja z trasy Siodełko – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa tutaj.

W poprzek Tatr: Siodełko – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Smokowiec – Dolina Zimnej Wody – Chata Téryego – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Piękne przejście w poprzek pasma Tatr Wysokich. Wycieczka nie dłuży się ani przez chwilę, a widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Piękne ogładzenia polodowcowe w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, ogrom ścian Jaworowych Szczytów oglądanych z Przełęczy Lodowej, soczyste hale w Dolinie Jaworowej, a na deser – piękne widoki na Tatry Bielskie.

Tatrzańskie Zręby – Siodełko (Hrebienok) – 1285 m n.p.m.

Skoro powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B”. „A” powiedzieliśmy wczoraj, zostawiając samochód w Łysej Polanie i przechodząc Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną do Smokowca (przepiękne przejście z północy na południe Tatr, wspaniała wycieczka – relacja tutaj). Dziś musimy powiedzieć „B” – czyli wrócić po samochód. A jak? Oczywiście kolejnym przejściem „tranzytowym” przez grań Tatr. Tym razem wybieramy wejście Doliną Zimnej Wody do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, przejście przez Lodową Przełęcz i powrót Doliną Jaworową.

Poranny rozruch jest trudny. Nie da się jednak nie poczuć wczorajszych 30 km i 1600 m przewyższenia – nogom trudno zrozumieć, że czeka je dziś powtórka z rozrywki 😉

Na szczęście na początek spokojna rozgrzewka – 3-kilometrowy spacer z Tatrzańskich Zrębów do Smokowca. Idziemy ścieżką pieszo-rowerową poprowadzoną wzdłuż szosy pod nasłonecznonymi grzbietami Sławkowskiego Szczytu. W Smokowcu najniezbędniejsze zakupy, czyli bułki na dzisiejszą wycieczkę – wczoraj wracaliśmy tak późno, że wszystkie sklepy były pozamykane, więc musieliśmy powitać poranek z brakiem pieczywa 😉

Ruszamy trasą spacerową z Tatrzanskich Zrębów.

Przechodzimy między pięknymi budynkami Smokowca.

Bez wahania kupujemy bilet na kolejkę na Siodełko (Hrebienok), mimo że cena jest powalająca (wyobrażacie sobie 10 euro za 1 osobę w 1 stronę?!!! – może to i dobrze, że wczoraj wieczorem kolejka już nie kursowała i musieliśmy schodzić z Siodełka na piechotę).

Tym razem uda nam się skorzystać z kolejki na Siodełko.

Siodełko – Chata Zamkovskiego

Idziemy za czerwonymi znakami Magistrali, podobno jednym z najruchliwszych odcinków słowackich Tatr. Dzięki dość wczesnej porze ruch jest jednak nieuciążliwy. Nie możemy nadziwić się, jak bardzo zmienił się krajobraz po wiatrołomach „vel’kej kalamity”. Straty drzewostanów są ogromne, za to widoki poszerzyły się niebotycznie. Jak na dłoni widać Poprad i jego otoczenie.

Szlak zakręca i podprowadza pod 20-metrowy Wyżni Wodospad na potoku Zimna Woda. Obowiązkowe zdjęcia. Potem nie możemy „odkleić się” od ostatnich widoków na Dolinę Staroleśną, którą wędrowaliśmy poprzedniego dnia – zaraz znikną nam za garbem. Szlak przechodzi obok gigantycznych want skalnych – jednych z największych w całych Tatrach.

Przed nami grań Rywocin i Kosciołów. Szczyt Pośredniej Grani jeszcze w chmurach.

Z podejścia do Chaty Zamkowskiego spoglądamy na urocze rozstaje w okolicy Rainerowej Chatki.

Oborovsky Vodopad (na potoku Zimna Woda) ma wysokość 20 m.

Z zakosu szlaku zaglądamy w głąb Doliny Staroleśnej (wczoraj tamtędy schodziliśmy).

Jeden z największych głazów w Tatrach!

Po 3 km dochodzimy do Schroniska Zamkovskiego (1475 m n.p.m.). Przechodziliśmy tędy wielokrotnie, ale nigdy nie siedzieliśmy w schroniskowej jadalni. Co można zamówić na szybko? – śniadanie bez pieczywa dzisiaj mieliśmy marne 😉 – kiełbasę z chlebem! Kiełbasa zamówiona, czekamy. I czekamy. I czekamy. 20 minut, pół godziny. Na kiełbasę? Ile można? Zasadniczo jesteśmy wyluzowani, ale dziś w perspektywie wielka wycieczka, więc trochę nam się spieszy. Podchodzimy do okienka się przypomnieć. Zaraz będzie. A nie ma. R. żartuje, że tragarz musi ją dopiero przynieść. I rzeczywiście, w końcu widzimy przez okno nosicza. A za  3 minuty kiełbaska wjeżdża na stół 😉

Schronisko Zamkovskiego (1475 m n.p.m.)

Jadalnia jest niewielka, ale z prawdziwie schroniskowym klimatem.

Chata Zamkovskiego – Chata  Téryego (2015 m n.p.m.).

Za schroniskiem Zamkovskiego wychodzimy ponad górną granicę lasu. Szukamy Koleby Łomnickiej – bezskutecznie. Widoki na górne piętro doliny są bajkowe. Wzrok przyciąga zwłaszcza spektakularny próg polodowcowy. Ze ściany nachylonej pod kątem 45 m spektakularnie spada w dół doliny siklawa. Próg wydaje się niedostępny, a jednak szlak po przewinięciu się na drugą stronę potoku tak kluczy, tak prowadzi zakosami, że wchodzimy tam bez najmniejszych trudności. Często spotyka się tu tragarzy, którzy zaopatrują chatę Téryego (ale też Zbójnicką, Zamkovskiego i schronisko pod Wagą). Od samego patrzenia na ładunek przytroczony do ich pleców słabo się robi. Podziwiamy.

Otwierają się widoki na Dolinę Zimnej Wody.

Po prawej mijamy żleb spod Łomnickiej Przełęczy, którym wiodła historyczna droga na Łomnicę

Pozostaje jeszcze wspiąć się na próg Doliny Pięciu Stawów Spiskich.

Z podejścia pięknie widać nasz dzisiejszy szlak przez Dolinę Zimnej Wody

Podejście urozmaicają nam widoki wodospadu spływającego z progu doliny.

A z góry spogląda na nas Łomnica.

Po lewej szczyty Żółtej Ściany i Pośredniej Grani.

Dolina Pięciu Stawów Spiskich wita nas imponującymi ogładzeniami polodowcowymi. Czegoś takiego, w takiej skali nie spotykacie w żadnym innym miejscu w Tatrach. Krajobraz egzotyczny, niezwykły, nieziemski, wyrzeźbiony przez bryły lodu.

W okolicach chaty  Téryego zazwyczaj jest bardzo zimno. Dziś jest nie inaczej. Chętnie ogrzewamy się w jadalni schroniska (2015 m). Herbata z rumem i ciacho z makiem działają cuda.

Schronisko Teryego rozsiadło się na przepięknych ogładzeniach polodowcowych.

Przedni Staw Spiski, a za nim w głębi kopuła Łomnicy.

Tutejsze ogładzenia polodowcowe uważane są za najładniejsze w Tatrach.

Chata  Téryego – Przełęcz Lodowa

Po miłym odpoczynku ruszamy dalej, wciąż trzymając się zielonego szlaku, w kierunku Lodowej Przełęczy. Wczoraj spotkaliśmy kozice w Dolinie Staroleśnej, dziś też mamy takie szczęście. Nawet jeszcze większe! Trzy kozice urządzają dla nas przedstawienie na wancie skalnej tuż przy szlaku. W tle skalne otoczenie Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Bajka.

Najeżone szczytami otoczenie Pośredniego Stawu Spiskiego.

Urocza kamienna grobla przez zatoczkę Pośredniego Stawu Spiskiego.

Wielki Staw Spiski pozostaje w dole.

Kozica chyba się nam przygląda.

A może się kamufluje – tu świetnie wtopiła się w krajobraz.

Chyba jednak pozuje…

Albo pilnuje, żebyśmy nie posunęli się za daleko.

Taniec kozic na buli nad Doliną Pieciu Stawów Spiskich.

Szlak przewija się przez garb i wprowadza do niewielkiej Dolinki Lodowej. Krajobraz bardzo surowy, głazy, piargi, płaty śniegu. Mijamy rozstaj szlaków, gdzie oddziela się szlak prowadzący przez Czerwoną Ławkę do Zbójnickiej Chaty, i wspinamy się nad Lodowy Staw – najwyżej położony staw tatrzański (2157 m n.p.m.). Wyżej ścieżka pnie się stożkiem piargowym na przełęcz. Kiedyś perć była obsypująca się i nieuporządkowana, po remoncie zapewnia bezpieczne i w miarę wygodne wejście. Podejście na Lodową Przełęcz nie jest trudne, ale nużące i wymagające uwagi. Końcówka podejścia ubezpieczona łańcuchem, ale wejście nie sprawia trudności.

Wielki Staw Spiski w przepięknym wysokogórskim otoczeniu.

Ostatnie spojrzenie na Dolinę Pieciu Stawów Spiskich.

Przed nami widok na Czerwoną Ławkę.

My jednak zwracamy się w stronę Małego Lodowego.

A konkretnie na szlak na Lodową Przełęcz.

Szlak prowadzi przez wielkie głazowiska.

Tu odłącza się szlak na Czerwoną Ławkę.

Lodowy Staw to najwyżej położony tatrzański stały zbiornik wodny.

Spod Lodowej Przełęczy prezentuje się jeszcze lepiej.

Lodowa Przełęcz

Jeszcze tylko kilkanaście metrów i jesteśmy na Lodowej Przełęczy.

Lodowa Przełęcz

Ostatnie metry podejścia zabezpieczono łańcuchem.

Po 80 min od Chaty Téryego wchodzimy na Lodowa Przełęcz (2372 m n.m.) Podziwiamy niezwykle majestatyczne, urwiste skaliste zbocza Jaworowych Szczytów. Na dłuższy odpoczynek nie ma co liczyć, bo zimno tu jak piorun. Mimo naciągniętych bluz i kurtek dygocemy jak listki na wietrze.

Lodowa Przełęcz – dzisiaj naprawdę zimna, przynajmniej na wietrze!

Lodowa Przełęcz

Na pierwszym planie Ostry, po prawej Jaworowy Szczyt.

Lodowa Przełęcz

Na drugim planie Gerlach (w chmurach), a po prawej Wysoka i Rysy.

Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Na przełęczy próbujemy dodzwonić się do chłopaków, ale z sukcesem połowicznym. Schodzimy w dół, licząc na to, że wiatr ucichnie. Niegdyś były tu niewygodne piarżyste zakosy, po (chyba niedawnym) remoncie szlak jest znacznie wygodniejszy i sprawnie gubimy wysokość. Górne piętro doliny jest bardzo surowe, wrażenie potęguje groźny, czarny mur Jaworowych Szczytów. Jak cudownie mieć poczucie takiego bycia po prostu w górach! Szlak mija Żabi Staw Jaworowy – obowiązkowe fotki. Dalej wieje, więc schodzimy niżej, patrząc łakomym okiem na zalaną słońcem trawę na niższym piętrze doliny. Tam właśnie rozsiadamy się na postój.

Schodzimy sprawnie bardzo wygodnym szlakiem.

My coraz niżej, a Jaworowe Szczyty coraz większe…

Do pełnego widoku brakowało jeszcze Żabiego Stawu Jaworowego, ale już i on przed nami.

Niżej schodzimy na piękne kwieciste hale.

Dziś rozpusta. Wzięliśmy ze sobą liofilizat – spaghetti carbonara z szybką dla 2 osób. 600 ml wrzątku, 10 min i restauracja zaprasza! No, najeść to się tak do końca tym nie najedliśmy, ale po całym dniu wędrówki takie ciepłe jedzenie na postoju smakowało jak ambrozja.

Podczas całego odpoczynku towarzyszy nam przesympatyczna kozica. Przygląda się bardzo ciekawie, podchodzi coraz bliżej. Siedzimy cichutko jak zaczarowani. Gospodyni chyba czekała na pastwisko, które niechcący jej zajęliśmy. Pani kozico, przepraszamy, my tylko na chwilę i nas nie ma!

Po odpoczynku dalej gubimy wysokość. Idziemy wzdłuż Jaworowego Potowu. Wokół feeria kwiatów. Groźne czarne ściany Jaworowych Szczytów zostają za nami. Tu inny świat. Przecinamy niezwykle malowniczy mostek na Jaworowym Potoku. Jak tu ładnie! Nie liczyliśmy, ile R. zrobił tu zdjęć.

Zeszliśmy już do Jaworowego Potoku i oglądamy się za siebie.

A przed nami wychylają się Tatry Bielskie z Muraniem.

Przeuroczy filigranowy mostek na Jaworowym Potoku.

Niżej wchodzimy już w piętro lasów. Tu szlak jest mniej nachylony, widoki są mniej spektakularne, ale idzie się wygodniej. Zatrzymujemy się jeszcze raz na kłodzie przy szlaku. Nie macie pojęcia, jak dobrze może smakować sucha bułka z kabanosem po całym dniu wędrówki.

My schodzimy, z za nami zaczynają się kłębić chmury.

Niżej urozmaiceniem wędrówki są wspaniałe widoki na Tatry Bielskie. Podczas naszej ostatniej wycieczki w Bielskie widoczność była zerowa (za to kozice spotkaliśmy fantastyczne, zobaczcie, fotorelacja tutaj), więc tym chętniej spoglądamy w stronę ich grani.

Po wschodniej stronie Tatry Bielskie w całej okazałości.

Murań sprawia wrażenie, jakby chciał zatarasować nam drogę.

Zmęczenie powoli daje o sobie znać. Cieszymy się, że nie złapał nas deszcz – ogólnie pogoda była dziś znacznie lepsza niż w prognozach. Nasz szlak łączy się z niebieskim szlakiem prowadzącym z Przełęczy pod Kopą. Stąd już tylko pół godziny i stajemy w Jaworzynie.

Most na Jaworowym Potoku na Polanie pod Muraniem. Most został dosłownie zmieciony przez wezbrane wody potoku ledwie kilka dni później, na skutek tragicznych w skutkach opadów w Tatrach…

Samochód zostawiliśmy wczoraj na Łysej Polanie, co oznacza przymusowe przedłużenie naszego spaceru. Idziemy poboczem szosy, rozmawiając po drodze z Grzesiem bawiącym się z Babcią na działce. O dziwo jesteśmy chyba mniej zmęczeni niż po wczorajszej wycieczce, mimo że już drugi dzień z rzędu spędzamy 12 godzin na szlaku. Mniej nie znaczy oczywiście w ogóle. Prześladują nas wizje, że zgubiliśmy kluczyki do samochodu i nie będziemy mieli jak wrócić. Że pan parkingowy zamknął bramę małego parkingu (dla samochodów zostawianych dłużej niż 1 dzień) i nie będziemy mogli wyjechać. Itd. itp. Na szczęście żadna z tych czarnych wizji nie sprawdza się i po chwili z dziką radością pakujemy się do naszej bryki. Nie uwierzycie, ale jak tylko wsiadamy do samochodu, zaczyna padać. Ale mieliśmy dziś szczęście! Wycieczka udała się pierwszorzędnie – była wspaniała.

Nasz czas: 9.00-20.00, ok. 27 km, 1200m w górę i ponad 1400m w dół (nie licząc podjazdu na Siodełko)

W dwa dni prawie 60 km po Tatrach! Dzisiejsza trasa jest limonkowa 😉 (wczorajsza pomarańczowa).

PS. Nie uwierzycie, ale już 6 dni po naszej wędrówce ogromna ulewa i następujące po niej wezbranie górskich potoków zerwało ten wielki most, widoczny na zdjęciu pod koniec wpisu! Uroczy mostek w górnej części Doliny Jaworowej też zapewne nie przetrwał… Ach, te górskie żywioły!