Nidzica – zamek na rubieżach

Nidzica – zamek i nie tylko

Do Nidzicy warto zajrzeć nie tylko dla dostojnego, XIV-wiecznego krzyżackiego zamku. Jest tu też średniowieczny kościół z oryginalnym wnętrzem, pozostałości fortyfikacji miejskich i ciekawa kolejowa wieża ciśnień. To niemal idealne miejsce do postoju turystycznego podczas podróży z centrum Polski nad morze – leży niemal w połowie drogi, a zwiedzanie nie jest specjalnie męczące ani czasochłonne. Spacer na wzgórze zamkowe i obejrzenie zamku, stanowiącego niegdyś jeden z najważniejszych punktów w średniowiecznym systemie obronnym państwa krzyżackiego, będzie świetnym turystycznym przystankiem w podróży. Kto planuje zwiedzić wnętrza zamku, musi pamiętać, że turyści wpuszczani są do środka o pełnych godzinach, a sprzedaż biletów zaczyna się 5 minut przed tym czasem.

Continue reading

Czerwińsk nad Wisłą – czerwone wieże i ślady rycerskich mieczy

Czerwińsk nad Wisłą – podróż w czasie tuż za rogiem Warszawy

Kto chce odbyć podróż w czasie, nie musi szukać kapsuły czasu – wystarczy pojechać do Czerwińska. Gdy staniemy przed monumentalną XII-wieczną bazyliką, usłyszymy w wyobraźni szczęk rycerskiego oręża. To w Czerwińsku właśnie wojska Władysława Jagiełły przeprawiały się przez Wisłę przed bitwą pod Grunwaldem – do tej pory widać na kolumnach – jak chce legenda – ślady ostrzenia rycerskich mieczy. Jednocześnie czerwińska bazylika to jeden z najcenniejszych zabytków romańskich w Polsce – zachowały się XII- i XIII-wieczne freski i przepiękny romański portal. Jednak gdy tylko oddalimy się od świątyni, kapsuła czasu wyrzuci nas na początek XX w. Drewniana prowincjonalna parterowa zabudowa wydaje się nie zwracać uwagi na upływ lat. Wiele domów niszczeje – trzeba się spieszyć, bo niedługo znikną na zawsze. Spacer po Czerwińsku koniecznie trzeba zakończyć nad Wisłą. Plenery są przepiękne. My, odwiedzając to miejsce na progu wiosny, dodatkowo zachwycaliśmy się potężnymi wiślanymi krami niesionymi przez wodę – jakby zima na nich właśnie odpływała do morza.

Continue reading

Pętla z Truskawia

Z Truskawia przez Karczmisko, Wiersze i Zaborów Leśny do Truskawia

W planowaniu wycieczek po KPN posiłkujemy się przewodnikiem Lechosława Herza ,,Puszcza Kampinoska”. Poniżej opisujemy trasę wycieczki nr 5. Ta kilkunastokilometrowa pętla przecina wiele narodowych miejsc pamięci zw. z Powstaniem Styczniowym i okresem II wojny światowej, a przy tym oferuje wiele atrakcji dla przyrodników – mamy tu Puszczę Kampinoską w pigułce: trochę mokradeł, trochę terenów wydmowych i piękne naturalne drzewostany w obszarach ochrony ścisłej. Jeżeli chcecie pobyć sami na szlaku, to raczej nie przyjeżdżajcie tutaj w weekendy – bliskość Warszawy sprawia, że spacerowiczów jest sporo. Poniżej opisujemy nasze przejścia tego szlaku w różnych kierunkach i porach roku. Continue reading

Czupel

Czupel – najwyższy szczyt Beskidu Małego

Nazwa pasma wiąże się z jego niewielką powierzchnią. Beskid Mały pokryty jest stosunkowo gęstą siecią szlaków. Na Czupel można dostać się z kilku kierunków. My wybieramy chyba najkrótsze wejście z Przełęczy Przegibek.

Beskid Mały był dla nas jak dotąd przede wszystkim mało… znany! Do tej pory byliśmy tylko niespełna 10 lat temu na górze Żar, ale… kolejką. Chętnie zapoznaliśmy się dzisiaj z grupą Magurki Wilkowickiej – zachodnią częścią Beskidu Małego.

Wycieczka udała nam się niejako przy okazji. Wracamy dzisiaj z trzydniowego wypadu w Tatry ze starszymi chłopcami (relacja tutaj). Piękna zimowa aura pozwala nam zrealizować nieśmiało planowany wypad na ostatni z 28 szczytów Korony Gór Polski!

Realizacji planów trzeba było trochę pomóc – zrujnowaliśmy się dzisiaj, wstając o 5:40. Śniadanie, ogarnianie, pakowanie się na wycieczkę i zgarnianie wszystkich rzeczy z wyjazdu. Uff… Po trzech godzinach ruszamy. Po kolejnych dwóch i pół meldujemy się na Przełęczy Przegibek. Zaskakuje nas widok blisko setki samochodów zaparkowanych na sporym placu parkingowym i na poboczu wzdłuż drogi. Myśleliśmy, że to będzie kameralny spacerek, a tu takie zaskoczenie! Ale w sumie to tylko kilka kilometrów od Bielska-Białej, a pogoda sprzyja dziś weekendowej aktywności.

Czupel z Przełęczy Przegibek przez Magurkę

4 marca 2018, niedziela

Po mroźnej (-15 st.) nocy piękny dzień, ok. -4 st.

Z Przełęczy Przegibek na Magurkę – najkrótsze dojście do schroniska

Ruszamy w stronę Schroniska PTTK na Magurce za niebieskimi znakami. Szlak kilkoma bardziej stromymi odcinkami skraca przydługie serpentyny szerokiej drogi wspinającej się na stoki Magurki Wilkowickiej. Podejście nią jest dobrą alternatywą dla rodzin z małymi dziećmi. Pozwala wygodnie korzystać z wózka czy sanek. Okresowo nasze niebieskie znaki prowadzą też właśnie tą drogą, wówczas nachylenie jest mniejsze.

Ruszamy niebieskim szlakiem z Przełęczy Przegibek.

Początkowo szlak rusza dość stromo w górę.

Później znaki przechodzą na łagodniejszą stokówkę.

Odsłaniają się małobeskidzkie widoki.

Trochę stromiej, ale jak pięknie…

W takim słońcu zima da się lubić!

Szybko zdobywamy wysokość.

A baliśmy się, że nie będzie tu śniegu…

W pobliżu szczytu Magurki sieć szlaków gęstnieje, niebieski szlak to łączy się z innymi, to znowu oddziela, na koniec idziemy trasą oznaczoną aż pięcioma kolorami! Do tego mijamy zakręt trasy narciarstwa biegowego, na której odbywają się właśnie zawody. Ale tu ruch!

Przed szczytem Magurki droga się wypłaszcza.

Dołączają się żółte znaki.

Tu już towarzyszą nam znaki w aż czterech kolorach.

Schronisko PTTK na Magurce.

A to nasz pierwszy cel.

Po godzinie meldujemy się przed naszym pierwszym celem. Schronisko PTTK na Magurce zajmuje budynek dawnego niemieckiego schroniska, postawiony w tym miejscu ponad 100 lat temu, w 1913 r. Udaje nam się zająć właśnie zwalniany stolik na werandzie, gdzie mamy nieco więcej spokoju niż w głównej sali.

Schronisko PTTK na Magurce.

Schronisko PTTK na Magurce.

Schronisko PTTK na Magurce.

Sople przypominają, jaki mróz był dzisiaj w nocy.

Mimo dobrej organizacji pracy kuchni (panie wzywają po posiłki przy użyciu numerków z kasy), trzeba swoje odstać, żeby zamówić jedzonko. Decydujemy się na kluski na parze z malinami, a chłopcy biorą zapiekankę i oscypki z grilla. Czekając na nasze porcje degustujemy tutejsze jagodzianki i ciastka z orzechami. Są świeżutkie i pyszne! A kluski okazują się rzeczywiście strzałem w dziesiątkę (widzieliśmy rekomendacje w Internecie – podpisujemy się pod nimi! Rewelacja!). Kupujemy jeszcze znaczki turystyczne i podbijamy nasze książeczki KGP i ruszamy.

Chyba nie doczekamy się na ten deser!

Warto było czekać!

Z Magurki na Czupel – przyjemnym beskidzkim grzbietem

Dalszy odcinek naszego spaceru prowadzi nadal niebieskim szlakiem. Początkowo idziemy trasami narciarstwa biegowego. Na szczęście dzisiejsze zawody już się skończyły i mijają nas tylko pojedynczy narciarze. W ogóle dla narciarzy biegowych jest tu bardzo fajna infrastruktura, łącznie z wypożyczalnią w specjalnym pawilonie, przed którym właśnie rozdawano nagrody za dzisiejsze zawody.

Na Magurce powstał ośrodek narciarstwa biegowego z prawdziwego zdarzenia.

Mamy nawet okazję zobaczyć ratrak odświeżający ślady dla biegówek.

Idzie się wygodnie, różnice wysokości są niewielkie, na horyzoncie widać już nasz cel. Z tej perspektywy Czupel wznosi się tylko kilkadziesiąt metrów ponad grzbiet, którym idziemy. Po około 45 minutach meldujemy się pod niewielką tabliczką „szczytową” umieszczoną na drzewie. Obok niszczeje dawna kapliczka w pniu spróchniałego drzewa.

Czupel

Po półgodzinnym spacerze przed nami ukazuje się Czupel.

Czupel

Już zaraz będziemy!.

Czupel

Ukoronowanie naszej KGP.

Czupel

Czupel (939 m n.p.m), najwyższy szczyt Beskidu Małego.

Północne stoki Czupla porasta młody las.

Czupel

Pora wracać – jeszcze tylko jeden rzut jabłuszkiem:)

Cieszymy się bardzo, bo udało nam się skompletować wszystkie szczyty Korony Gór Polski! Dzięki tej cudownej inicjatywie poznaliśmy wiele zakątków polskich gór, w które może nigdy byśmy nie dotarli. Nie zamierzamy na tym poprzestać i będziemy nadal odwiedzać wszystkie pasma polskich Karpat i Sudetów, w różnych porach roku. Na szczyty należące do Korony Gór Polski też będziemy zaglądać, bo chłopcom jeszcze pozostało trochę do zaliczenia.

Nie zatrzymujemy się na dłuższy postój, bo przed nami jeszcze kilka godzin jazdy do domu. Wracamy tą samą drogą. Na tym odcinku i na trasie zejściowej spotykamy już nieco mniej osób. Ogólnie okolica bardzo zachęca do aktywnego wypoczynku. Poza narciarzami spotykamy biegaczy, rowerzystów i mnóstwo rodzin z dziećmi z sankami i innym sprzętem zjazdowym. Nasi chłopcy też wracają do swojego ulubionego wycieczkowego zajęcia z tego wyjazdu, czyli do zjazdów na jabłuszkach.

Czy to mała ryjówka?

Z Czupla z powrotem na Magurkę Wilkowicką.

Spacer grzbietem jest dzisiaj samą przyjemnością.

Na południu można doparzeć się szczytu Skrzycznego.

Za schroniskiem trochę mylimy drogę, ale wracamy wspominaną wcześniej drogą jezdną na nasz niebieski szlak i już bez przygód docieramy do samochodu.

Trzy plecaki, pięć kolorów szlaków… od przybytku głowa nie boli!.

Beskidzka kapliczka na stoku Magurki Wilkowickiej.

Wypad na Czupel jest na tyle krótki, że można sobie pozwolić na to wejście nawet po drodze w góry lub z gór. W podobny sposób kilka miesięcy temu odwiedziliśmy Ślężę wracając z Masywu Śnieżnika (relacja tutaj) i polecamy takie rozwiązanie. Dzięki temu dzień powrotu staje się kolejnym dniem przygód!

Nasz czas: 11:15 – 15:45, 11 km, 400 m przewyższenia.

Zimowy Park Rozrywki Snowlandia, Zakopane

Śnieżny Labirynt, Śnieżny Zamek i Pałac Królowej Śniegu – Zimowy Park Rozrywki Snowlandia w Zakopanem

Po powrocie ze szlaku, nacieszeni górskimi panoramami, jesteście w pełni usatysfakcjonowani planem pobytu, ale dzieciaki narzekają na brak atrakcji? Warto zabrać je do Zimowego Parku Rozrywki Snowlandia w Zakopanem. Poszukiwanie wyjścia z największego na świecie labiryntu śnieżnego, zdobywanie śnieżnego zamku i przechadzka po magicznych, rzeźbionych w śniegu i lodzie komnatach Pałacu Królowej Śniegu to zdecydowanie lepszy pomysł dla spragnionych rozrywki niż błąkanie się od kramu do kramu po hałaśliwych Krupówkach. Zajrzeliśmy tam z pewną nieśmiałością, bo zasadniczo nie lubimy atrakcji nastawionych na wyczyszczenie turystom portfeli, ale trzeba przyznać, że wychodzimy usatysfakcjonowani. Szczególnie podobały nam się piękne lodowo-śnieżne rzeźby w najnowszej atrakcji kompleksu – Pałacu Królowej Śniegu.

3 marca 2018, sobota

Snowlandia zadebiutowała w sezonie 2015/2016 r. Pod Wielką Krokwią zbudowano największy na świecie labirynt ze śniegu. Atrakcja zdobyła duże uznanie turystów. Poza poszukiwaniem wyjścia z lodowego labiryntu możemy też zdobyć śnieżny zamek i wspiąć się na jego 16-metrowe baszty, odwiedzić minizoo i poszaleć na torze saneczkowym. W tym roku kompleks wzbogacił się o nową atrakcję – Pałac Królowej Śniegu. O mały włos byśmy tu nie zajrzeli, a byłby to wielki błąd – to wg nas najciekawsza rzecz w całej Snowlandii. W śnieżnych komnatach eksponowane są rzeźby ze śniegu i lodu, wykonane przez artystów z Podhala i Słowacji. Naprawdę warto tam zajrzeć. Szczegóły (ceny biletów, godziny otwarcia itp.) sprawdzicie na stronie http://www.snowlandia.pl/

Chłopakom najbardziej podobał się śnieżny labirynt – znalezienie wyjścia to wcale nie taka łatwa sprawa, a M. – Pałac Królowej Śniegu. Ogólnie świetna rodzinna atrakcja.

Zaczynamy zabawę od zwiedzenia Śnieżnego Zamku.

Śnieżne korytarze prowadzą do śnieżnych komnat.

Znaleźliśmy nawet salę tronową!

Śnieżny zamek jest cały zbudowany… oczywiście ze śniegu!

Kulminacją budowli są 16-metrowe baszty.

Z górnej kondygnacji świetnie widać całość kompleksu wraz ze słynnym labiryntem śnieżnym.

Ściany zamku zdobią śnieżne płaskorzeźby.

Skoro już wdrapaliśmy się na baszty, możemy schodzić na dół.

Przed nami kolejna atrakcja – śnieżny labirynt – największy na świecie!

Śnieżny labirynt pierwszy raz zbudowano w sezonie 2015-2016.

Pierwotnie miał powierzchnię ok. 2500 m kw., obecnie – 3000 m kw.

Jak stąd wyjść? – może na górze znajdzie się jakaś podpowiedź.

Nareszcie znaleźliśmy wyjście, ale zabawa była przednia!

Dwa Minotaury unieszkodliwione.

A na deser – Pałac Królowej Śniegu.

To chyba sala reprezentacyjna. Idealna do przyjmowania gości.

Królowa łaskawie wysłuchała interesantów.

Sebuś szuka wyjścia – drzwi, niestety, zamknięte…

Znaleźliśmy sypialnię królowej.

Co komnata, inna atrakcja.

Te rzeźby podobały nam się chyba najbardziej.

Ze śniegu zbudowano nawet powóz królowej, zaprzężony w konie!

Przed nami magiczne lustro Królowej Śniegu.

Chyba jeden z jego odłamków wpadł do oka Kaja.

Piękne lodowe dekoracje.

Ciekawe, dokąd też prowadzą te drzwi?

Na koniec trafiliśmy do lochów.

Więzione są tam śnieżne potwory.

W czasie gdy my oglądamy śnieżne zamki i labirynty, R. odsiaduje swoje na konferencji.

Wieczorem spotykamy się wszyscy na Krupówkach – pierwotnie mieliśmy zajrzeć do Bąkowej Zohyliny na Piłsudskiego, ale nie było wolnych miejsc, więc poniosło nas do Sabały. Oscypki z żurawiną, borowikowa w chlebku i deser z pysznych naleśników na słodko były naprawdę przepyszne (choć niestety niezbyt tanie:/) – w sam raz na pożegnalną kolację.

Dolina Kościeliska zimą

Dolina Kościeliska – zimowy spacer z dziećmi do schroniska Ornak

Kto był w Tatrach i choć raz nie wędrował Doliną Kościeliską? My też wędrowaliśmy nią niezliczoną ilość razy, najczęściej jednak traktując ją jako „podejściówkę” – rozgrzewkę przed wycieczkami w wyższe partie Tatr Zachodnich, i irytując się na nieprzebrane tłumy turystów, płynące Kościeliską w sezonie. Spróbujcie jednak potraktować spacer Doliną Kościeliską jako cel sam w sobie. Wycieczka z dziećmi może być idealnym do tego pretekstem. Najlepiej przyjechać tu poza sezonem – pusta droga będzie o wiele przyjemniejsza – i w innej porze roku niż zazwyczaj. Najpiękniejsza dolina Tatr Zachodnich ukaże się nam wtedy w zupełnie innej odsłonie – niezależnie od tego, ile razy wcześniej ją przemierzaliśmy.

3 marca 2018, sobota

Słońce, do -10 stopni – piękna zima!

Wycieczka Doliną Kościeliską to żelazny punkt rodzinnego pobytu w Tatrach. Spacer jest bardzo łatwy – dostępny nawet dla terenowych wózków dziecięcych – i niezwykle malowniczy. Schronisko Ornak, w którym można ogrzać się i zjeść coś pysznego – stanowi dodatkowe ułatwienie dla rodziców wędrujących z maluszkami czy osób starszych. Cała wycieczka niespiesznym tempem zajmuje ok. 4 godziny (półtorej godziny w górę, nieco mniej w dół plus postoje fotograficzne i dłuższy odpoczynek w schronisku).

Z parkingu w Kirach ruszamy o 9:30. Idzie się bardzo wygodnie i przyjemnie. Chętnie oglądamy Kościeliską w zimowej odsłonie – byliśmy tu wiele razy w różnych porach roku, ale jakoś do tej pory nie trafiliśmy na słoneczny, mroźny dzień. Zmiana dekoracji sprawia, że nawet miejsca, które doskonale znamy, wydają się nam inne.

Przechodzimy przez Niżnią Bramę.

Prawie jak lodospad.

Chętnie pokazujemy dzieciom wszystkie znane nam miejsca. Niżnia Brama, Wyżnia Kira Miętusia, Stare Kościeliska ze zbójnicką kapliczką, Brama Kraszewskiego, Hala Pisana – odpowiednie fragmenty Nyki same otwierają się w naszej głowie. W słonecznej pogodzie doskonale prezentuje się skalne otoczenie doliny. Jedyna zmiana, jaką zauważamy, to ogromne ubytki w drzewostanach – efekt huraganowych halnych z 2013 i 2014 r. Drzewa leżą na stokach jak zapałki – aż żal patrzeć. No ale trudno, prędzej czy później przyroda zrobi z tym porządek.

Najpierw idziemy przez Wyżnią Kirę Miętusią.

Na horyzoncie majaczy zaśnieżony Błyszcz.

Kapliczka zwana zbójnicką na polanie Stare Kościeliska.

Idąc przez polanę Stare Kościeliska nasycamy oczy promieniami słońca.

W nocy spadła odrobina świeżego śniegu.

A teraz góry spowite są słońćem.

W drodze do góry zatrzymujemy się na chwilę na Hali Pisanej. Nie żebyśmy byli jakoś bardzo zmęczeni, ale miło tak się nie spieszyć i posiedzieć sobie z gorącą herbatką na zaśnieżonych ławach. Po takim odsapnięciu ostatnie pół godziny do schroniska Ornak mijają nie wiadomo kiedy.

Dla takich chwil warto tu przyjechać!.

Postój na Hali Pisanej.

Nawet na postoju słoneczko przyjemnie nas dogrzewa.

Wschodnie otoczenie Hali Pisanej.

Na skale można dopatrzeć się starych napisów – dlatego Hala Pisana!.

W skałach Raptawickiej Turni chłopcy dopatrzyli się ludzkiej twarzy i sfinksa.

Schronisko Ornak (1108 m n.p.m.) to jedno z naszych ulubionych tatrzańskich schronisk. Nie za duże, nie za małe, malowniczo położone na Małej Polance Ornaczańskiej i takie ładne! Siadamy w ciepłej jadalni i zjadamy wczesny obiad, poprawiony szarlotką. Do tej pory byliśmy przekonani, że ta z Ornaku jest najsmaczniejsza w całych Tatrach, ta dzisiejsza jednak nie była najlepsza – ale to jedyne, na co możemy narzekać. Zupa gulaszowa jest wspaniała, słońce mocno przygrzewa przez okna – jak wiosną!

Schronisko Ornak, w tle skały Raptawickiego Muru.

A na południu majaczy Błyszcz.

Wracamy tą samą drogą. Niestety, o tej porze Kościeliską wędruje już dużo więcej turystów niż dwie godziny wcześniej, co trochę psuje wrażenia ze spaceru. Chłopcom jednak to najwyraźniej nie przeszkadza, starają się nawet zjeżdżać na jabłuszku na co stromszych odcinkach szlaku. Jabłuszka w końcu lądują w plecaku – chłopaki testują dziki stromy zjazd na Hali Pisanej, co nie kończy się zbyt dobrze – Tymo zalicza bolesny wjazd z wybiciem do śnieżnego dołka. Obolały, resztę spaceru zalicza na nogach.

Czas schodzić, chociaż ciągnęłoby nas jeszcze gdzieś dalej…

Jabłuszkowe harce skończyły się dzisiaj niegroźnymi potłuczeniami.

W Kirach jesteśmy dość wcześnie – ok. 14.00. Planowaliśmy jeszcze wypad na Stoły, ale w końcu z bólem serca rezygnujemy – R. musi jeszcze po południu stawić się na konferencji. Trudno, pójdziemy innym razem – najchętniej zimą. Wycieczka i tak była bardzo udana – taka nieambicjonalna, rodzinna, słoneczna.

Nasz czas: 9:30-14:00, 12 km w obie strony i tylko 170 m przewyższenia.

Kopieniec i Polana Olczyska

Na Kopieniec i Polanę Olczyską, z Cyrhli do Kuźnic

Łatwa, ale ciekawa wycieczka reglowa. Po drodze urocze polany z zabytkowymi szałasami pasterskimi, jedno z największych w Tatrach wywierzysk, no i oczywiście piękny widok z Kopieńca na cały wachlarz tatrzańskich szczytów. Można spokojnie zabrać tu dzieci o każdej porze roku – z maluchami nie musimy przecież wchodzić na Kopieniec (zejście jest miejscami dość strome), można wybrać wariant przecinający polanę wzdłuż zabytkowych szałasów.

2 marca 2018, piątek

Rano słonecznie, potem pogoda się psuje, od ok. -10 do -5 stopni

 

Toporowa Cyrhla – Kopieniec

Ruszamy z Toporowej Cyrhli. To najwyżej położona dzielnica Zakopanego – leży na wysokości ok. 1000 m. Ciekawie prezentuje się stąd Zakopane, wciśnięte między regle, i pasmo gubałowskie.

Do Cyrhli dojeżdżamy busem. Od przystanku trzeba się cofnąć kilkaset metrów szosą do punktu wyjścia szlaku. Nie bardzo jest tu gdzie na spokojnie zostawić samochód, a przy tym nie będziemy musieli schodzić w to samo miejsce – zejdziemy sobie do Kuźnic.

Ścieżka początkowo mija pojedyncze zabudowania, potem wchodzi w las. Łagodne nachylenie szlaku i piękna zimowa sceneria sprawiają, że spacer to sama przyjemność. Bawimy się w rodzinne układanie absurdalnych historyjek (każdy wymyśla po kawałku, im śmieszniej, tym lepiej;-) i wymyślanie piosenek zawierających słowa na daną literę. Fajnie, że wzięliśmy ze sobą dzieci. Chyba i one cieszą się taką wędrówką przed siebie i byciem razem tak po prostu.

Szlak na Kopieniec opuszcza szosę Oswalda Balzera w Cyrhli.

Początkowo mijamy jeszcze zabudowania gospodarskie.

Niespecjalnie się spieszymy, więc na północnym krańcu Polany pod Kopieńcem stawiamy się dopiero po godzinie od wyjścia. Mamy tu dwie drogi do wyboru: albo łatwy spacer na wprost wzdłuż szałasów pasterskich, albo prawy wariant, wprowadzający na szczyt Kopieńca. Wybieramy tę drugą, bardziej widokową opcję. Chwila postoju na drugie śniadanie i sesję fotograficzną szałasów. Bardzo ładnie zachował się tu dawny układ rzędówki, świetnie widoczny z góry, ze szlaku na Kopieniec.

Droga wspina się coraz stromiej przez pięknie zaśnieżony las.

Na skraju Polany Kopieniec skręcamy w stronę szczytu Kopieńca.

I zasiadamy na popas z pięknym widokiem.

Polana Kopieniec z rzędowo ustawionymi szałasami dawnej wioski pasterskiej.

Na polanie gazduje baca Jan Jasionek.

Warto pomyszkować pomiędzy szałasami.

Jeszcze spojrzenie z górnej strony polany i trzeba wracać do reszty wycieczki.

Polana Kopieniec

A z miejsca postoju widoczek jest bajkowy.

Podejście na szczyt Kopieńca (1328 m n.p.m.) z północnego krańca polany nie jest długie – zajmuje ok. 15-20 minut. Ścieżka jest niemęcząca i przyjemnie nachylona. Szczyt Kopieńca to dobry punkt widokowy – ponoć można tu podziwiać wachlarz tatrzańskich szczytów „od Hawrania po Osobitą”. My, niestety, nigdy do widoku z Kopieńca szczęścia nie mieliśmy. Tradycji widocznie musiało stać się zadość i tym razem – jak tylko wchodzimy na górę, niknie gdzieś bezchmurna pogoda, towarzysząca nam od rana, a niebo zaciąga się mgiełką. Najbardziej uparty jest chyba grzbiet Koszystej, bo on nie chce (ku naszej uciesze) schować się w chmurach – dobre i to!

Wraz z wysokością widok nabiera głębi.

Kopieniec

Szczyt Kopieńca (1328 m n.p.m).

Widoczność się pogarsza, ale Giewont i Nosal jeszcze widać.

Zbocza Nosala i okolice Nosalowej Przełęczy są ogołocone z drzew przez wiatrołomy.

Koszysta artystycznie

Kopieniec – Polana Olczysko

Zejście z Kopieńca na południe jest dużo bardziej strome niż to od północy. W lecie pewnie nie robi to wielkiej różnicy, ale w warunkach zimowych już tak. Raków co prawda nie zakładamy, choć dwa rodzaje tych turystycznych mamy w plecakach, uprawiamy za to kontrolowane zjazdy. My na butach, a chłopaki – hmm – oczywiście na czterech literach. Nie jest przepaściście, nie ma skał, a niech sobie jadą. Gdy szlak się wypłaszcza, dodatkowo wyjmują jabłuszka, przytroczone od rana do plecaków i czekające na właśnie tę okazję. Co tam widoki. Dla chłopaków to właśnie jest atrakcja dnia!

Zaczynamy schodzić (zjeżdżać…) z Kopieńca.

Trasa zjazdu jest całkiem stroma.

Szybko osiągamy górny kraniec Polany Kopieniec.

Zielony szlak skręca na zachód i prowadzi nas prosto do Polany Olczyskiej. Ścieżka wiedzie w dół przez las, okazji do zjazdów na jabłuszkach mnóstwo, droga mija więc nad wyraz sprawnie. Przechodzimy most na Potoku Olczyskim i stajemy na wschodnim krańcu Polany Olczyskiej. Drewniane stoły i ławy czekają chyba specjalnie na nas – czas na mały postój.

I zjeżdżamy dalej w stronę Polany Olczyskiej.

Chłopaki pędzą aż się kurzy!

Prawie jak na torze bobslejowym.

Pył śnieżny pokrył Tyma aż po czubek czapki!

W oddali widać już Nosalową Przełęcz, tamtędy będziemy szli.

Kopieniec

Kopieniec zostaje za nami.

Drugi odpoczynek robimy na ławie przy rozstaju na Polanie Olczyskiej.

Z zaspy jak z drona.

Lubimy wędrować zimą. Wycieczka wymaga oczywiście starannego wyekwipowania i przygotowania, ale to doświadczenie spędzenia całego dnia na powietrzu w zimowej aurze, śniegowych postojów, dorzucania śniegu do kubków z gorącą herbata jest bezcenne. Chłopaki widać też połknęli haczyk, a może endorfiny ich zalały, bo micha śmieje im się od ucha do ucha i żarty się trzymają ich równo.

Polana Olczyska – Nosalowa Przełęcz – Kuźnice

Przecinamy Polanę Olczyską jej południowym skrajem. To miejsce bardzo atrakcyjne dla turysty z powodu (a) dwóch zabytkowych szałasów i (b) wywierzyska – jednego z największych w Tatrach. Nie ma potoku, nie ma potoku i – ta daaam – jest potok! Średnio wypływa stąd 500 l wody na sekundę, a w mokrych okresach roku nawet kilkakrotnie więcej. Zima oczywiście nie jest najlepszym momentem do oglądania wywierzysk. Warto wejść na drewniany pomost, zbudowany w 2005 r. – stąd bardzo dobrze widać głównego bohatera.

Górny skraj Polany Olczyskiej ozdabia uroczy szałas.

Kilkanaście lat temu odpoczywaliśmy na ławce przed nim.

Nieopodal szałasu można podziwiać ze specjalnego tarasu imponujące (szczególnie przy wysokim stanie wód) Wywierzysko Olczyskie.

Z Polany Olczyskiej czeka nas jeszcze niewielkie podejście na Nosalową Przełęcz (1103 m n.p.m.). Szliśmy tym szlakiem kilkanaście lat temu i nie możemy nadziwić się, jak bardzo zmarniał przez ten okres las. Wiatrołomy, korniki – to teraz miejsce nie do poznania. Z jednej strony przykro patrzeć na takie połacie powalonych drzew, z drugiej – widać, że przyroda sama rodzi sobie z problemem. Wszędzie w górę pną się liściaste gatunki – może w końcu monokultura świerkowa zmieni się w mieszany, odporniejszy las. Trzeba też przyznać, że na wiatrołomach szlak zyskał też bardzo pod względem widokowym. Ładnie widać Kopieńce i Nosal, chętnie też patrzymy na Wielką Kopę Królową i szlak przez Boczań.

Kopieniec

Kopieniec (po prawej) został już daleko za nami.

Nieco ponad pół godziny i stajemy na Nosalowej Przełęczy. Nasza ścieżka krzyżuje się tu z nartostradą z Gąsienicowej. My trzymamy się znaków zółtego szlaku i po chwili dochodzimy do niebieskich znaków szlaku przez Boczań. Tam skręcamy w prawo i po chwili stajemy w Kuźnicach.

Nasz czas: 10:00-14:40, 8,5 km, ok. 420 m przewyższenia

W Zajeździe Kuźnickim stajemy na szybki obiad, a potem do busa i do domku!

Po południu R. idzie na konferencję, a M. z chłopcami odrabiają lekcje, ogarniają wszystko itp. Wieczorkiem jeszcze wyrywamy się wspólnie na spacer na Krupówki. Poza sezonem nawet tu jest na swój sposób przyjemnie. Dochodzimy do dolnej stacji kolejki na Gubałówkę i wracamy z powrotem.

Gęsia Szyja i Rusinowa Polana zimą

Gęsia Szyja i Rusinowa Polana – łatwa wycieczka z prawdziwie wysokogórskim widokiem

To świetna zimowa trasa dla całej rodziny. Krótka, ciekawa, bez trudności technicznych i zagrożenia lawinowego. Wysiłek podejścia rekompensuje prawdziwie wysokogórskimi widokami. Dla rodzin z młodszymi lub mniej wytrwałymi dziećmi polecamy spacer tylko na przepiękną Rusinową Polanę. Można także  wybrać dojście z Wierchporońca (nieco dłuższe, ale z mniejszym przewyższeniem) i Zazadniej przez Wiktorówki.

1 marca 2018, czwartek

Przepiękny dzień, bardzo mroźno, ale na słońcu jest bardzo przyjemnie, do -8 st. (rano -21…)

Rano z duszą na ramieniu próbujemy odpalić naszą brykę… Czy -21 stopni nie okaże się zabójcze dla akumulatora? Tak dobrze pamiętamy zeszłoroczne przejścia z Gór Orlickich… Na szczęście obawy się nie sprawdzają – jedziemy!  Droga Oswalda Balzera całkiem dobrze utrzymana, słoneczko coraz piękniej przygrzewa. Parkujemy na Palenicy Białczańskiej i ruszamy przed siebie – jest pięknie!

Na Rusinową Polanę z Palenicy Białczańskiej

Niebieski szlak na Rusinową Polanę skręca w prawo tuż za punktem poboru opłat za wstęp do TPN. Podejście jest łatwe i wygodne, tylko w paru miejscach nieco bardziej strome. Promienie słońca pomagają nam się rozgrzać w kilkunastostopniowym mrozie, podobnie jak coraz szersze widoki na otoczenie Doliny Białej Wody. Po godzinie docieramy na Rusinową Polanę, a po kolejnych kilkunastu minutach meldujemy się w miejscu spotkania szlaków z Zazadniej i Wierchporońca.

Ruszamy na Rusinową Polanę niebieskim szlakiem z Palenicy Białczańskiej.

Gradacja kornika i wiatrołomy odcisnęły swoje piętno w okolicznych lasach.

…ale dzięki temu możemy cieszyć się pięknymi widokami na otoczenie Doliny Białej Wody.

Na Rusinowej wybieramy sobie jedną z kilkunastu ław i rozkładamy się na dłuższy odpoczynek. Słoneczko grzeje, widoki (i kanapki) przepyszne, czegóż chcieć więcej! Rusinowa Polana słynie z pięknej panoramy – rzeczywiście, widoki na Tatry Bielskie i wschodnią część słowackich Tatr Zachodnich są wspaniałe. Postrzępione szczyty oglądane z tej perspektywy równie dobrze mogłyby uchodzić za pięciotysięczniki, prawda? Doznania potęguje dziewiczy śnieg i przyjemna cisza. Dobrze przyjechać w Tatry poza sezonem i móc się cieszyć samotnością – w lecie maszerowalibyśmy w tłumie, a dziś dopiero tutaj spotykamy pierwszych turystów.

Na wysokości ok. 1200 m dochodzimy do Rusinowej Polany.

Rusinowa Polana to dawne tereny wypasowe.

Obecnie to jeden z najlepszych punktów widokowych na wschodnią część Tatr Wysokich.

Drewniane ławy zachęcają do odpoczynku.

Restauracja Rusinowa – jak moglibyśmy nie skorzystać?!

Uzbrojeni w raczki, na Gęsią, gotowi, start!

Najpierw jeszcze czeka nas pożegnanie z Rusinową Polaną.

Rusinowa Polana – Gęsia Szyja

Gęsia Szyja (1489 m n.p.m.) to jeden z najbardziej atrakcyjnych celów wycieczek w Tatrach, godny polecenia nawet mniej doświadczonym turystom. Bez żadnych trudności technicznych, bez zdobywania oszałamiających wysokości możemy cieszyć się prawdziwie wysokogórskim otoczeniem. To od lat jedno z naszych ulubionych miejsc w Tatrach. Świetna wycieczka dla całej rodziny, również w zimie.

Na Gęsią z Rusinowej Polany wchodzi się – w zależności od kondycji – między pół godziny a godzinę. Przed nami nieco bardziej stromy odcinek, więc zakładamy chłopcom raczki turystyczne. Nie były może niezbędne, ale ułatwiały wchodzenie na pierwszym, najbardziej stromym fragmencie podejścia – letnie drewniane schodki zamieniają się zimą w prawie idealny biały skos. Na środku wyrobiona rynna od tyłkoślizgów – jak tor bobslejowy. Kto wie, czy i my nie skorzystamy z niej w drodze powrotnej;)?

Podejście na Gęsią Szyję rozpoczynamy w południowo zachodnim skraju Rusinowej Polany.

Przed nami prawie 300-metrowe podejście.

Podczas podejścia towarzyszą nam fantastyczne widoki – za nami Tatry Bielskie z kulminacją Hawrania

Drewniane schodki w zimie idealnie kryją się pod śniegiem.

Za to w dół będzie łatwiej – wyraźny tor tyłkozjazdów nie pozostawia wątpliwości co do najpopularniejszej techniki.

Raczki turystyczne były na tym odcinku bardzo przydatne.

Wyżej szlak się wypłaszcza, widoki nikną, za to wchodzimy w piękny zimowy las.

Z wizytą u Królowej Śniegu.

Większość wysokości już pokonaliśmy, jeszcze chwilka i będziemy u celu!

Im dalej, tym upłaz staje się coraz węższy.

Ostatnie podejście wprowadzi nas na kulminację Gęsiej Szyi.

Gęsia Szyja to jeden z najatrakcyjniejszych reglowych szlaków w Tatrach.

Przez cały dzisiejszy dzień czas chłopcy bardzo dzielnie maszerowali, ale podczas tego podejścia przeszli samych siebie. Wchodzili naprawdę sprawnie mimo sporego nachylenia i narastającego zmęczenia. Wysiłek zrekompensował nam piękny widok z „wykończonego” dolomitowymi skałkami wierzchołka Gęsiej Szyi. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej na drugiej, bardziej widokowej kulminacji wracamy na dłuższy postój na pierwszy, nieco obszerniejszy wierzchołek. Reszta kanapek, kolejny termos z herbatą i ruszamy w dół.

Na Gęsiej Szyi spotkamy charakterystyczne dolomitowe skałki.

I – hurra! – jesteśmy na Gęsiej Szyi (1489 m n.p.m.)

Gęsia Szyja to jeden z najwspanialszych punktów widokowych w Tatrach.

Panorama z Gęsiej obejmuje ok. 50 tatrzańskich szczytów.

Na horyzoncie majaczą słowackie szczyty z kulminacją Lodowego.

Do Morskiego Oka dzisiaj nie poszliśmy, za to możemy z odległości podziwiać jego piękne otoczenie!.

R. wyskoczył jeszcze na panoramkę.

Z Gęsiej Szyi dobrze widać też Koszystą i Wołoszyn.

Zmiana kierunku to też zmiana techniki marszu. Raczki i kijki lądują w plecaku. Teraz chłopcy testują zbieganie z poślizgiem! Teren jest nieprzepaścisty i bezpieczny, więc tylko z uśmiechem patrzymy na ich szaleńtwa. Największą radość wywołuje… zjazd na pupie! Tymek podpatrzył technikę z użyciem plastikowej siatki, a Sebuś preferuje technikę dowolną… My usiłujemy nadążyć, trenując zjazd figurowy na butach. Śmiechu jest sporo, a wysokość wytraca się sama. Chwila moment i z powrotem stawiamy się na Rusinowej Polanie.

Schodzimy z powrotem na Rusinową.

Zejście z Gęsiej Szyi. Przed nami jak na dłoni Tatry Bielskie i Jagnięcy Szczyt.

Czy to Hawrań, czy Kilimandżaro?

Jeszcze chwila i znów będziemy na Rusinowej Polanie.

Na pierwszym planie Czerwona Skałka.

Zejście na Rusinową. Techniki są różne.

Niektórzy preferują …upozjazd.

Inni idą w ich ślady:)

Widoki na otoczenie Doliny Białej Wody są dzisiaj po prostu oszałamiające. Ponownie okrążając Rusinową, R. ma duże trudności, żeby chociaż na chwilę odłożyć aparat do pokrowca. Poza samymi górami zachwyca nas dzisiaj przepiękne zimowe słońce.

Powrót z Rusinowej Polany do Palenicy Białczańskiej

Wracamy tą samą drogą. Zejście jest już łatwe i naprawdę szybkie. Chłopaki zbiegają i przewracają się w śnieg. Jest cudnie!

Rusinowa Polana teraz zalana jest popołudniowym słońcem.

Obchodząc Rusinową Polanę, trudno odłożyć aparat.

Ostatnie spojrzenie w stronę Gęsiej Szyi.

Po dawnej wiosce pasterskiej pozostały tylko pojedyncze szałasy.

W lecie na Rusinowej prowadzony jest kulturowy wypas owiec.

Z Rusinowej Polany wracamy na Palenicę Białczańską.

Początkowo planowaliśmy nieco dłuższą trasę – przez Gęsią Szyję, Rówień Waksmundzką i Polanę pod Wołoszynem do schroniska PTTK w Dolinie Roztoki. Z powodu bardzo mroźnej aury jednak zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie na Gęsiej zawrócić. Chłopcy byli bardzo zadowoleni z tego rozwiązania, bo wchodząc, już szykowali się na zjeżdżanie na pupie w drodze powrotnej 😉 A my nie chcieliśmy ich niepotrzebnie przeforsować – rodzinna wycieczka ma być przecież dla wszystkich przyjemnością. Nie ma więc tego złego!

Nasz czas: 10:30–15:45, niespełna 9 km i ponad 500 m przewyższenia

Tatry – trzy zimowe wycieczki dla całej rodziny

Dla górołazów każdy pretekst do wyjazdu w góry jest dobry. Konferencja w Zakopanem… Hmmm, to może byśmy przy okazji tak we dwoje pojechali i wyskoczyli sobie na jakąś miłą traskę? Tak, tak, świetny pomysł! Jedziemy! No, ale ostatnio byliśmy we dwoje w Bieszczadach, a dzieci dopytują, kiedy znowu zabierzemy je w góry… No niech będzie, jedziemy we czworo! Najmłodszy Grześ na zimowe (i naprawdę mroźne!) warunki w Tatrach jeszcze się nie nadaje, więc tym razem zostaje z Babcią i Dziadkiem. Pozostaje zamówić dobrą pogodę i wstrzelić się w okienko pomiędzy kaszlami i katarami dzieciaków… A jak nam się udało, zobaczcie sami! Poniżej propozycje trzech zimowych tatrzańskich wycieczek z dziećmi.

Dzień 1. Gęsia Szyja i Rusinowa Polana – łatwa wycieczka z prawdziwie wysokogórskim widokiem

Dzień 2. Kopieniec – Polana Olczyska – Kuźnice

Polana Kopieniec

Dzień 3. Dolina Kościeliska zimą

Śnieżny Labirynt, Śnieżny Zamek i Pałac Królowej Śniegu – Zimowy Park Rozrywki Snowlandia – czy warto?

Wyjazd, mimo że zorganizowany przy okazji obowiązków zw. z pracą, udał się rewelacyjnie. Pogodę mieliśmy naprawdę przepiękną – taki mocny mroźny akcent na zakończenie zimy, a chłopcy jako towarzysze wypraw sprawdzili się znakomicie. Choć pierwotnie planowaliśmy spędzić ten weekend na kursie lawinowym w Murowańcu, w końcu cieszymy się, że wzięliśmy ze sobą dzieci. Świetni kompani do górskich wędrówek nam rosną!

 

Do Grobu Hrabiny, Bukowiec-Beniowa-Sianki

Doliną Górnego Sanu do Grobu Hrabiny

To jedyny szlak doprowadzający na południowy kraniec Polski (na pobliski szczyt Opołonek można wejść tylko z terytorium Ukrainy). W lecie jest to zapewne po prostu łatwy, nieco długaśny spacer z cieniami historii w tle. Jednak zimą, gdy ścieżkę zasypuje śnieg, a dzień jest krótki, robi się w tej trasy całkiem spora wyprawa. Bliskość pilnie strzeżonej granicy z Ukrainą sprawia, że cały czas mamy wrażenie, że podąża za nami czyjś wzrok. Miłośnicy serialu Wataha będą zapewne czuli szybsze bicie serca. Przez cały dzień spotykamy tylko dwie osoby, i to na samym początku wycieczki. Poza tym ani żywego ducha. Wyjątkowym przeżyciem jest powrót po zmroku przez wyludnioną wieś Beniowa, tuż obok cmentarza. Gdy oglądamy się za siebie po paru minutach, widzimy tam tajemnicze światło. Czyżby patrol straży granicznej? Patrzymy na siebie i przyspieszamy kroku. Wycieczka do Sianek nie oferuje rozległych widoków szczytowych, ale daje dużo więcej w zamian – bogactwa wrażeń nie da się opisać, najlepiej jest przejść tę trasę samemu, poczytawszy wcześniej o zawiłej historii tutejszych terenów.

28 stycznia 2018, niedziela

Ranek słoneczny, potem chmurzy się i zaczyna padać śnieg, ok zera stopni

Oj, trudno wstać rano po wczorajszej zimowej wyprawie na Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec… Po wykrzesaniu z siebie całego hartu ducha o 9:30 (o, zgrozo…) wreszcie ruszamy. Po drodze przymusowy przestój spowodowany przez autobus, który utknął na pokrytej lodem drodze na wysokości Połoniny Wetlińskiej. Na szczęście ominęliśmy (nie bez emocji na śliskiej nawierzchni 😉) tę uciążliwą przeszkodę i ostrożnie potoczyliśmy się dalej. Dojazd z Wetliny do Bukowca to ponad 50 km. Trzeba przejechać przez Muczne i Tarnawę Niżną, by dotrzeć w końcu do parkingu na terenie dawnej wsi Bukowiec.

Bukowiec

Wieś ta była wzmiankowana już w XV w. Na przełomie XIX i XX w. funkcjonowała tu m.in. potasznia (gdzie poprzez płukanie wodą popiołu drzewnego uzyskiwano węglan potasu) oraz zakład produkcji beczek. Stała tu drewniana cerkiew pw. Objawienia Pańskiego z 1824 r. Po wojnie w latach 40. miejscowa ludność została wysiedlona na radziecką stronę granicy, a wieś – spalona.

Ruszamy za niebieskimi znakami ścieżki przyrodniczo-historycznej BdPN „W dolinie górnego Sanu”. Szlak prowadzi przez las, a potem przez rozległe łąki. Po lewej za Sanem widać linię kolejową prowadzącą do Użhorodu, którą po chwili toczy się pierwszy pociąg towarowy. Słyszeliśmy ich dzisiaj kilka i był to jedyny dźwięk cywilizacji, jaki nam towarzyszył podczas całej wycieczki.

Naszą wycieczkę zaczynamy na terenie dawnej wsi Bukowiec.

Dalej droga oznaczona jest zakazem wjazdu – samochód można zostawić na parkingu.

Tu stał niegdyś przydrożny krzyż.

Beniowa

Po półgodzinnym marszu dostrzegamy w oddali charakterystyczną wielką lipę na wzgórzu. Od ponad dwustu lat znaczyła ona środek wsi Beniowa. Dzisiaj zdobi rozległą łąkę – po wiosce pozostał tylko cmentarz położony w pobliżu Sanu. Cmentarz zajmuje on dość dużą powierzchnię, ale pozostało tam zaledwie kilkanaście zniszczonych nagrobków.

Poza grobami na terenie cmentarza znajduje się też cerkwisko z widocznymi nędznymi pozostałościami cerkwi z 1909 r. Malowniczą świątynię przykrywało kiedyś pięć baniastych dachów. Cerkiew została spalona wraz z innymi zabudowaniami wsi w 1946 r. Dostrzegamy fragmenty jej podmurówki. Na cmentarzu wzrok przyciąga piaskowcowa bryła z wyrytym kształtem ryby – prawdopodobnie stara podstawa pod chrzcielnicę.

Podobnie jak w przypadku Bukowca, ludność Beniowej została wysiedlona po II wojnie światowej. Wspaniałym świadkiem dawnych dni są również krzyże przydrożne. Wieś kiedyś tętniła życiem: były tu m.in. tartaki, młyn wodny, browar i huta szkła. Na początku XX w. powstała kolejka wąskotorowa. Aż serce boli, gdy czytamy, że po wojnie i wysiedleniu mieszkańców dzieła zniszczenia dokończono przez rekultywację terenu za pomocą trotylu…

Po ok. 40 minutach docierami do kolejnej nieostniejącej wsi – Beniowej

Mieszkańcy wsi po wojnie zostali przesiedleni, a zabudowania – spalone.

Jedynym znakiem cywilizacji jest teraz ukraińska linia kolejowa.

Mijamy krzyż przydrożny z 1888 r.

Na cokole zachowały się wyraźne inskrypcje

Wkraczamy na teren Beniowej – wyludnionej wsi.

W krajobrazie wyróżnia się kilkusetletnia lipa.

Lipa znaczyła niegdyś środek wsi.

Można sobie wyobrazić, jak kiedyś umiejscowione były domy i pola.

Przy dawnym cmentarzu urządzono punkt odpoczynku, są też tablice informacyjne BdPN.

Wchodzimy na teren cmentarza w Beniowej.

Brama wejściowa sprawia wrażenie, jakby lada moment miała się zawalić.

Na cerkwisku – charakterystyczna piaskowcowa bryła z wyrytą rybą.

To prawdopodobnie podstawa pod dawną chrzcielnicę.

Na cmentarzu w Beniowej zachowało się kilkanaście nagrobków.

Niemal wszystkie są w złym stanie.

Gdzieniegdzie da się jeszcze odczytać stare napisy.

Beniowa-Sianki

Po minięciu Beniowej nasz szlak leśną ścieżką skraca łuk drogi. Gdy wracamy na utwardzoną nawierzchnię, po lewej widzimy opuszczony budynek, w którym jeszcze parę lat temu można było coś zjeść i się napić. Obok stał kiedyś schron turystyczny BdPN „Nad Negrylowem” (zamknięty i rozebrany ok. 10 lat temu).

Teraz parę kilometrów idziemy dość sprawnie leśną drogą, by po kolejnych 40 minutach skręcić znowu w leśną ścieżkę tuż za wygodną wiatą. Drogowskaz informuje, że do grobu Hrabiny jeszcze tylko 40 minut. Tymczasem dopiero zaczynają się schody… Ścieżka jest bardzo słabo przedeptana, po ostatnich opadach śniegu szło nią może kilka osób. Do tego szlak sporo kluczy, to opuszczając się nad same brzegi niepozornego tu Sanu, to wznosząc kilkadziesiąt metrów wyżej. Kopny śnieg i zmęczenie nie ułatwiają zadania.

W ostatnich latach zmieniono przebieg ścieżki turystycznej tak, by szlak prowadził turystów tuż obok ruin dworu Stroińskich, co jednak znacząco wydłużyło trasę. Ruiny dzisiaj są przykryte śniegiem, ale nawet w zimowej aurze widzimy, że miejsce musiało być kiedyś urocze. Obok stała dawniej kaplica dworska, ale została zdewastowana, a potem wysadzona w latach 70…

Nasza ścieżka biegnie tarasem nad Sanem.

W tym miejscu stał kiedyś schron BdPN pod Negrylowem, rozebrany już prawie 10 lat temu.

Ścieżka ponownie doprowadza do utwardzonej drogi

Tu nasz szlak opuszcza utwardzoną drogę i skręca w lewo.

Po skręcie ścieżka jest zdecydowanie słabiej przedeptana.

Schodzimy w dół w kierunku Potoku Niedźwiedziego.

Dochodzimy do ruin majątku Stroińskich.

Z dawnego dworu zachowała się tylko piwnica

Cały czas idziemy w pobliżu granicy polsko-ukraińskiej.

Worek bieszczadzki. Czujemy w powietrzu oddech dawnych czasów.

Przecinamy kolejne zaśnieżone polanki.

Ścieżka prowadzi to wyżej, to niżej nad Sanem.

Cmentarz w Siankach – grób Hrabiny

Ok. 14:30 docieramy wreszcie do cmentarza i cerkwiska w Siankach. Wzrok przyciąga niedawno odnowiona kaplica cmentarna, przed którą znajdują się grobowce Stroińskich – Franciszka i Klary (oba teraz przykryte śniegiem, ten drugi znany jest właśnie jako „Grób Hrabiny”). Dookoła las i polana, trudno uwierzyć że to tereny dawnej wsi, która w okresie międzywojennym była znanym bieszczadzkim kurortem. Były  tu pensjonaty, restauracje, domy letniskowe, wyciąg narciarski, skocznia, korty tenisowe, amatorski teatr wystawiał swe przedstawienia. Obecnie dawna wieś jest przedzielona granicą państwową. Po stronie ukraińskiej żyje kilkadziesiąt rodzin, zachował się dawny budynek dworca. To tereny strategiczne, położone w pobliżu Przełęczy Użockiej, która oddziela Bieszczady Zachodnie od Wschodnich. Podczas ostatnich wojen trwały tu trudne walki.

Cel naszego spaceru. Dawny cmentarz w Siankach.

Zachowała się kaplica cmentarna. Nagrobki Andrzeja i Klary Stroińskich zostały przysypane przez śnieg.

Do punktu widokowego na ukraińskie Sianki już nie zdążymy dotrzeć.

Powrót do Bukowca

Z bólem serca – bo planowaliśmy dojść do punktu widokowego na Sianki – decydujemy się na odwrót. Jak się potem okazuje, decyzja była słuszna – i tak ostatnie kilometry drogi powrotnej pokonaliśmy już w ciemności. Na szczęście za cmentarzem w Beniowej trasa nie sprawia już trudności orientacyjnych.

Wracamy – i tak na szlaku zastanie nas zmrok.

To jeden z najbardziej malowniczych odcinków dzisiejszej wycieczki.

I z powrotem w Beniowej. Tym razem przy zapadającym zmroku.

Na etapie planowania wycieczkę łatwo jest zbagatelizować, bo i z mapy, i z opisów trudno  jest odczytać dokładny przebieg ścieżki. Po spojrzeniu na ślad na mapce nawigacji widać, że szlak dużo bardziej „kręci”, niż można by wywnioskować na podstawie mapy. Nie należy też zapominać, że wbrew pozorom pokonujemy też spore przewyższenie. Tylko do Grobu Hrabiny i z powrotem musimy przejść łącznie ok. 650 m w górę i w dół (mimo że początkowy i końcowy punkt trasy dzieli zaledwie 40 m w pionie). A gdybyśmy doszli do końca ścieżki, to przewyższenie byłoby jeszcze większe.

Niestety, nie zdążyliśmy dziś podejść na punkt widokowy, z którego można zobaczyć Przełęcz Użocką i znajdującą się za nią ukraińską część Sianek. Będzie po co wrócić w cieplejszej porze roku. Wtedy też lepiej zaprezentuje się sam główny bohater – San, który dzisiaj głównie drzemał pod śnieżno-lodową kołderką.

Nasz czas: 11:00 – 17:30, ok. 20 km i 650 m przewyższenia