Zurych z dziećmi w 1 dzień – co wybrać, żeby nie zwariować

Zurych może pochwalić się doskonale zachowaną średniowieczną starówką i przepięknym położeniem nad rzeką Limmat i Jeziorem Zuryskim, w cieniu wzgórz Üetliberg i Zürichberg. Zamiast spacerowania po Bahnhofstrasse – jednej najbardziej znanych ulic handlowych na świecie – proponujemy raczej pobłąkać się po wąskich i stromych uliczkach starej dzielnicy Schipfe, czy też między Weinplatz a katedrą Grossmünster – uliczki tu nie są zatłoczone, za to wyjątkowo malownicze. Dzieci co prawda nie przepadają za zwiedzaniem kościołów, ale koniecznie trzeba wspiąć się na wieżę zuryskiej katedry – widok z góry na miasto jest niezapomniany.

Jeśli zwiedzacie Zurych z dziećmi i dysponujecie tylko jednym dniem, nie przedłużajcie niepotrzebnie spaceru po mieście, a zamiast tego wybierzcie się na wycieczkę pociągiem na górujące nad Zurychem wzgórze Üetliberg. To tylko 20 minut jazdy w jedną stronę, a dzieciaki atrakcje będą miały wtedy co najmniej trzy: przejażdżkę szwajcarską koleją, wspinaczkę na wieżę widokową i atrakcyjny plac zabaw tuż przy końcowej stacji pociągu. Wy za to na pewno nie zapomnicie widoku ze szczytu wzgórza – pod nami jak na dłoni Zurych i Jezioro Zuryskie, a z drugiej strony – morze alpejskich szczytów. To jeden z najpiękniejszych punktów widokowych, na jakich kiedykolwiek byliśmy! Continue reading

Muzeum Zeppelina (Zeppelin Museum) – muzeum sterowców

Muzeum Zeppelina prezentuje nie tylko historię konstruowania sterowców i rekonstrukcję fragmentu Hindenburga – największego statku powietrznego w historii. Jest tu też specjalna sala, w której dzieci i dorośli chętnie poznają podstawowe prawa aerodynamiki i mechaniki, przeprowadzając ciekawe eksperymenty. A na deser można obejrzeć ekspozycje sztuki na wystawach czasowych. Jeżeli ten niecodzienny mariaż historii, techniki i sztuki uzupełnimy spacerem po jednej z najpiękniejszych promenad nad Jeziorem Bodeńskim, to mamy gotowy przepis na pełen wrażeń turystyczny dzień!

9 sierpnia 2018, piątek

Po wczorajszych burzach dziś 10 stopni chłodniej – do 22 stopni

Muzeum Zeppelina – historia największych na świecie statków powietrznych

Na początek informacje praktyczne

Zeppelin Museum należy do „Bodensee classics” – dziewięciu najważniejszych atrakcji, do których wstęp oferuje Bodensee Erlebniskarte. Muzeum zajmuje budynek dawnego dworca morskiego, bezpośrednio obok dworca kolejowego i przystani białej floty. Bilet wstępu kosztuje 9 euro dla 1 osoby dorosłej, rodzinny bilet: 20 euro. Na miejscu jest też oczywiście sklep z pamiątkami i restauracja.

Szczegóły warto sprawdzić na stronie internetowej: www.zeppelin-museum.de

Samochód zostawiamy na płatnym piętrowym parkingu Am See – stąd do muzeum tylko 10 minut spaceru.

Przy wyjściu z parkingu Am See znajdujemy miłą miejską fontannę.

Spacer do Muzeum Zeppelina

Spacer jest nie byle jaki, bo nadbrzeżną promenadą. Idąc nią, podziwiamy piękne widoki na Jezioro Bodeńskie i wyłaniające się za nim pasma górskie, m.in. masyw Alpstein i Rätikon. Dziś – przy brzydszej pogodzie – widoczność jest paradoksalnie lepsza niż przy afrykańskim upale ostatnich dni.

Promenadę zdobią m.in. flagi i rzeźby.

Widok z promenady w stronę pasma Rätikon.

Ale te widoki są piękne!

Po drodze warto wejść na 9-kondygnacyjną wieżę widokową (bezpłatna) na końcu molo, u wejścia do portu. Z góry zarówno Jezioro Bodeńskie, jak i miasto Friedrichshaven prezentują się wyjątkowo pięknie. My musieliśmy zawrócić z molo, bo Grześ zarządził pilną wizytę w toalecie. Wejście na wieżę zaliczyliśmy dopiero podczas czekania na pizzę w jednej z promenadowych restauracji.

Przed nami Muzeum Zeppelina, zajmujące dawny budynek dworca morskiego.

Jak to ze sterowcami było

Friedrichshafen można z powodzeniem nazwać kolebką lotnictwa. To właśnie w tej okolicy hrabia Ferdynand von Zeppelin, niemiecki generał i inżynier, w 1900 r. przeleciał swoim pierwszym sterowcem LZ1 ponad Jeziorem Bodeńskim.

Zdjęcia z pierwszego przelotu nad Jeziorem Bodeńskim.

Statki powietrzne, które udoskonalał przez pierwsze dekady XX w., miały konstrukcję szkieletową, znaczniej bardziej odporną od swoich poprzedników. Konstruktor największych statków powietrznych w dziejach ludzkości został nazwany przez cesarza Wilhelma II Hohenzollerna „największym Niemcem XX wieku”.

Historia pracy nad sterowcami sięga jednak aż połowy XIX w. Prototypem był balon wyposażony w śmigło, wprawiane w ruch przez maszynę parową. Pierwsze sterowce faktycznie przypominały balony – pasażerowie siedzieli w gondoli podwieszonej pod komorą z gazem . Dopiero potem kabiny pasażerskie zostały – ze względów aerodynamicznych – przeniesione do środka konstrukcji.

Innowacją Zeppelina  było zastosowanie konstrukcji szkieletowej zamiast samej tylko powłoki balonowej, która swobodnie się rozciągała. Solidna konstrukcja została obciągnięta impregnowaną tkaniną. Stopniowo sterowce stawały się coraz większe i coraz bardziej luksusowe, zapewniały również coraz szybszą podróż i to na coraz dłuższe dystanse. Idea pomysłu była jednak cały czas taka sama – zeppeliny były unoszone do góry dzięki umieszczonym w nich komorach z gazem lżejszym niż powietrze (kiedyś głównie wodorem).

Latające giganty

Największymi statkami powietrznymi w historii były ostatnie z linii Zeppelinów: LZ-129 Hindenburg i LZ-130 Graf Zeppelin II. Umożliwiały one przeloty nawet transoceaniczne. Miały aż 245 m długości – ponad trzykrotnie więcej, niż największy obecnie pasażerski samolot świata Airbus A380!

Konstruktorzy zakładali wypełnienie komór gazowych helem, jednak jedyny ówczesny producent tego gazu – Stany Zjednoczone obłożyły eksport helu do Niemiec embargiem. Ostatecznie więc komory wypełniane były tańszym i łatwym do wyprodukowania wodorem. Ułatwiało to też sterowanie wysokością. Łatwo dostępny wodór można było po prostu wypuścić, żeby opuścić się niżej. W przypadku konstrukcji wypełnianych helem stosowano bardziej skomplikowany system z dodatkowymi pojemnikami na powietrze, które można było dopompowywać – przy wyższym ciśnieniu jako cięższy gaz powietrze służyło jako balast i ułatwiało obniżenie pułapu lotu.

Historia sterowców miała swój smutny finał w 1937 r. podczas lądowania Hindenburga w Lakehurst po przelocie z Frankfurtu przez Atlantyk. Sterowiec spłonął w przeciągu kilkudziesięciu sekund, zginęło 13 pasażerów i 22 członków załogi. Katastrofa zakończyła prace nad dalszym wykorzystywaniem sterowców do transportu pasażerów.

Nowa epoka w dziejach sterowców

Od 1997 w Friedrichshafen znowu budowane są sterowce! Współczesny model (Zeppelin NT – Neue Technologie) różni się od największych historycznych poprzedników wielkością – jest trzykrotnie krótszy. Obecnie sterowców też nie wypełnia się łatwo wybuchającym wodorem tylko helem. Nie prowadzą regularnych liniowych lotów – służą głównie jako nośniki reklam oraz do lotów widokowych i turystycznych. Ceny tych przelotów niestety zaczynają się od kilkuset euro za kilkudziesięciominutową podróż… Podczas naszych wakacji nad Jeziorem Bodeńskim praktycznie codziennie widywaliśmy sterowce z reklamą Europa-Parku i… koparek CAT (firmy należącej do koncernu Zeppelina). Podobne statki powietrzne latają w najodleglejszych zakątkach globu – zostały sprzedane do Japonii i Kaliforni.

Współczesne Zeppeliny NT cały czas latają nad Friedrichshafen.

Muzeum Zeppelina – prawdziwa podróż w czasie

Wchodząc do muzeum, przenosimy się od razu w lata 30. Automobil z epoki, odpowiednie dekoracje, a nawet menu pokładowe i bilety na przelot i… możemy wchodzić na pokład! Ponad naszymi głowami jest zrekonstruowana część pasażerska i część powłoki historycznego sterowca LZ 129 Hindenburg! Nawet taki niewielki fragment latającego giganta budzi podziw swoją wielkością.

Nie tłoczymy się! Zaraz wszyscy wejdą na pokład!

Bilety na lot już mamy!

Po schodkach wchodzimy do części pasażerskiej z sypialniami i hallem rekreacyjnym – z promenadą widokową, z której pasażerowie mogli podziwiać widoki podczas trwającego nawet kilka dni lotu.

Promenada to bardzo przestronny hall dla pasażerów Hindenburga.

Wrażenia psuje nam, niestety, tłum ludzi w kolejce do tej części ekspozycji. Eeech, ten sezon turystyczny… Z tego powodu po kilkunastu minutach przymusowego stania w kolejce do promenady odpuszczamy sobie obejrzenie sypialni pasażerów. Wchodzimy za to na chwilę do Zeppelin-Wunderkammer, czyli pomieszczenia z ciekawostkami związanymi z zeppelinami – jest tu nawet karuzela zabawka z kręcącymi się sterowcami!

Nawet karuzela jest z zeppelinami!

Zeppelin Cabinet of Wonders

Miniaturka jednego z ostatnich wielkich sterowców.

Sala eksperymentów zachwyca nie tylko dzieci

Próbując przyjąć punkt widzenia dzieci kierujemy się teraz na dłużej do sali eksperymentów (Experimentierraum). Ekspozycja pozwala na samodzielne wykonanie prostych doświadczeń związanych z aerodynamiką, działaniem silnika i – ogólnie – podstawowymi prawami fizyki, dzięki którym takie kolosy jak sterowce mogły unosić się nad ziemią. Eksperymenty, które można wykonać samemu, są ciekawe, a jednocześnie na tyle proste, że nawet kilkulatki rozumieją ich wyniki.

Dzieciaki chętnie sprawdzają, ile ciężarków zdoła unieść balon, ustalając jego wysokość na określonym poziomie. Obserwują unoszenie się skrzydła w przepływającym coraz szybciej powietrzu. Mogą nacisnąć guzik wpuszczający ciepłe powietrze do worka, który następnie unosi się do góry. Zaciekawia nas też eksperyment porównujący aerodynamiczność poszczególnych kształtów – naocznie przekonujemy się, że kształt sterowca (zbliżony do kropli) jest właściwie aerodynamicznym ideałem.

Eksperyment z balonem.

O, tyle ładunku zdoła podnieść w górę!

Gorące powietrze może unieść siatkę!

Który kształt jest najbardziej aerodynamiczny?

Obrazowe przedstawienie przepływów powietrza.

Można stworzyć niezłe przekładnie!

Dalej mamy ciąg doświadczeń związanych z działaniem przekładni i silników. Możemy też porównać wytrzymałość różnych konstrukcji i naprężenia „wyginające” i „skręcające”. W ten sposób możemy poznać zasady mechaniki, dzięki którym inżynierowie mogli zbudować ogromną, lekką, a jednocześnie wytrzymałą konstrukcję, nie mając do dyspozycji włókna węglowego. Zresztą jeden z eksperymentów pozwala porównać ciężar konstrukcji aluminiowej podobnej do stosowanej w zeppelinach i zbudowanej z włókna węglowego – różnica jest niewielka!

Nie tylko sala eksperymentów jest fajna

Po wyjściu dokładniej oglądamy konstrukcję poszycia rekonstrukcji Hindenburga – faktycznie są tutaj takie elementy jakie oglądaliśmy podczas eksperymentów! Tuż obok jest podwieszona pod sufitem ogromna makieta sterowca. Naciskając odpowiednie guziczki, można było poruszać sterami wysokości i kierunku, włączać i wyłączać silniki, czy też zapalać światełka w pomieszczeniach pasażerów i kokpicie. Super zabawa!

Nawet ten fragment zbiornika daje pojęcie o ogromie Hindenburga!

Spoglądamy raz jeszcze na parter ekspozycji, tym razem spod samego poszycia zeppelina.

Tu byliśmy!

Przyglądamy się szczegółom konstrukcyjnym.

A to makieta całego LZ-129 Hindenburg.

Możemy nim posterować – teraz Sebuś porusza sterami wysokości i kierunku.

A teraz uruchamia silnik.

Na koniec zostawiliśmy sobie pozostałe części Muzeum Zeppelina, jako mniej atrakcyjne dla dzieci potraktowaliśmy je trochę po macoszemu. Znaczny obszar pierwszego piętra zajmuje ekspozycja pokazująca historię statków powietrznych, ich ewolucję od balonów z napędem do sterowców. Ostatnią kondygnację zajmują wystawy czasowe, na których zwykle prezentowane są dzieła sztuki. My oglądamy tylko niewielki ich fragment, gdzie obecnie prezentowane są innowacje technologiczne, między innymi związane z bezkolizyjnym i bezemisyjnym transportem.

Ekspozycja historii statków powietrznych.

Silnik Maybacha z LZ-127 Graf Zeppelin.

Studiujemy budowę zeppelinów

Po zwiedzaniu zaliczamy jeszcze bardzo przyjemny obiad w pizzerii przy promenadzie. Czekając na pizzę meldujemy się w okrojonym składzie na szczycie wieży widokowej na molo, podziwiając piękny widok na miasto i Jezioro Bodeńskie.

Po wyjściu z muzeum pora na molo.

Pizza w takim miejscu smakuje lepiej!

Wieża widokowa przed nami.

Nad horyzontem znowu przelatuje Zeppelin NT.

Widok z wieży na Friedrichshafen jest imponujący.

Muzeum Zeppelina z tej perspektywy też świetnie się prezentuje.

Podpowiedź dla widoków:)

Przed nami Säntis – byliśmy tam dwa dni temu!

Bracia…

Żegnamy Friedrichshafen.

Muzeum Zeppelina jest dla nas kolejnym (po placówkach Mercedesa i Hymera) przykładem świetnie zorganizowanej instytucji, która potrafi wyeksponować ciekawostki związane ze swoją historią, jednocześnie zapewniając promocję własnej marki. Odwiedzając takie miejsce, można się rzeczywiście czegoś dowiedzieć i nauczyć, a przy tym dobrze się bawić. A firma, patrząc po ilości zwiedzających, nie musi dokładać do interesu 😉 Nie mamy nic przeciwko temu, bo i my, i nasze dzieci, wychodzimy z takich miejsc zadowoleni!

Masyw Alpstein – szwajcarskie góry na weekend

Alpstein to niewielki masyw górski położony w północno-wschodniej części Szwajcarii. Jest częścią Alp Zachodnich, a jednocześnie najwyższą kulminacją Prealp Appenzellskich. W skrócie to taki skraj prawdziwych Alp, całkiem ambitny, a jednocześnie bardzo dostępny i widowiskowy! Podczas naszych wakacji nad Jeziorem Bodeńskim spędziliśmy tutaj dwa dni. Plan był skrojony pod dzieci, ale zadowoleni byliśmy wszyscy! Continue reading

Konstancja – oceanarium Sea Life, starówka i kąpiel w Renie

Sami się nie spodziewaliśmy, że historyczne miejsce soboru w Konstancji może być tak atrakcyjne dla całej rodziny! Skrojone na potrzeby dzieci oceanarium Sea Life, starówka ze średniowiecznymi domami i arcyciekawą katedrą, a do tego kąpielisko w ogromnej, pięknej rzece, jaką jest Ren wypływający w Konstancji z Jeziora Bodeńskiego! Sześć godzin minęło jak jedna chwila!

Continue reading

Krönberg – szczyt z pięknym widokiem na Säntis

Niby to po prostu zwykły niezbyt wysoki szczyt z kolejką linową i bogatą infrastrukturą turystyczną. Restauracje, pomysłowe place zabaw, park linowy, zjeżdżalnia grawitacyjna i ośrodek paralotniarstwa. A do tego punkt wyjścia wielu szlaków i piękny punkt widokowy na Säntis, masyw Alpstein, a nawet dalsze alpejskie szczyty. Sami jednak wyjątkowo lubimy wierzchołki położone na skraju masywów górskich, bo krajobraz jest w takich miejscach szczególnie urozmaicony. Tak też jest dzisiaj. Sami zobaczcie! Wjazd na Krönberg to świetne uzupełnienie wycieczki na Säntis!

Continue reading

Säntis – najwyższy szczyt północnej Szwajcarii

Säntis – gwiazda masywu Alpstein – to najbardziej rozpoznawalny szczyt całej tej grupy górskiej – łatwo wypatrzyć go z daleka dzięki charakterystycznej sylwetce (i maszcie telekomunikacyjnym na górze;-) ). To jednocześnie najwyższy wierzchołek wapiennego masywu Aplstein i najbardziej znany punkt widokowy w północno-wschodniej Szwajcarii. Widok ze szczytu jest rzeczywiście niebywale rozległy i bogaty – obejmuje aż 6 krajów, widać dwa jeziora: Bodeńskie i Zuryskie oraz całe morze szczytów alpejskich i tych z przedgórza Alp.

Continue reading

Schronisko Aescher i jaskinie Wildkirchli w Szwajcarii – górska rodzinna wycieczka jak z bajki

Na okładce książki „Destinations of a lifetime” National Geographic widnieje wystrzelająca 100 metrów do góry skała z wkomponowanym w nią drewnianym domkiem. To słynne schronisko Aescher, obok którego poprowadzi nasza dzisiejsza trasa. Przejdziemy też przez jaskinie z jednymi z najstarszych śladów osadnictwa na terenie dzisiejszej Szwajcarii, powędrujemy wąską ścieżką u podnóży urwistych skał, odwiedzimy starą górską pustelnię i … – przede wszystkim będziemy cieszyć oczy przepięknymi widokami – wapienne skały wystrzelają tu do góry niemal jak w Dolomitach.

Tego wszystkiego można doświadczyć w ramach krótkiej, ok. trzykilometrowej wędrówki po płaskowyżu Ebenalp. Przewyższenie niewielkie, bo na płaskowyż wjedziemy kolejką linową. Wycieczka dla wszystkich – w każdym wieku i o zaledwie przyzwoitej kondycji, również dla rodziców z kilkulatkami (ścieżka jest miejscami przepaścista, ale dobrze zabezpieczona poręczami ze stalowych lin, bez trudności technicznych). Na krótkim dystansie oferuje cały kalejdoskop wrażeń!

Continue reading

Meersburg – średniowieczne miasteczko i zamek w śródziemnomorskiej scenerii

Tysiącletnie zamczysko z doskonale zachowanymi wnętrzami, położone tuż nad brzegiem Jeziora Bodeńskiego. Miasteczko z ciasnymi uliczkami i kolorowymi szachulcowymi domami. Dookoła winnice i piękna iście śródziemnomorska roślinność. Co to za miejsce, gdzie znajdziemy to wszystko? To Zamek Morza, czyli Meersburg!

5 sierpnia 2018 r., poniedziałek

Upał, skwar i pełne słońce

Meersburg – średniowieczne zamczysko nad Jeziorem Bodeńskim

Na tegorocznych wakacjach każdego dnia trasę wybiera inny nasz chłopak – z trzech sugerowanych przez nas do wyboru. Dziś wybierał Sebuś. Gdy usłyszał, że będziemy zwiedzali tajemnicze zamczysko, a na deser pójdziemy na superancką plażę nad Jeziorem Bodeńskim, nie miał wątpliwości, którą wycieczkę wybierze;-)

Winnice w okolicy Meersburga

Od czego zacząć – czyli parking, informacja i bilety

Z małymi problemami udaje nam się trafić na duży, zadaszony parking przy ulicy Stefen-Lochner-Strasse. Stąd mamy już tylko 5 minut do punktu informacji turystycznej – poza mapą Meersburga można też dostać tu ulotki z rejonu niemal całego Jeziora Bodeńskiego. My dodatkowo załatwiamy tu jeszcze jedną ważną sprawę – kupujemy Bodensee erlebniskarte – nie jest tania, ale w ramach niej mnóstwo atrakcji w okolicy Jeziora Bodeńskiego będziemy mieli gratis. Dzisiaj „oszczędziliśmy” w ten sposób na biletach do zamku (wejście dla rodziny kosztuje 12,80 euro).

Rodzinny spacer przez rynek na taras Nowego Zamku

Spacer przez Meersburg jest bardzo przyjemny – wąskie, pochyłe uliczki są wręcz idealnym plenerem leniwych, wakacyjnych spacerów. Nasz spacer oczywiście leniwy nie jest – Grzesiek jedzie na rowerku biegowym, a uliczki momentami mocno spadają w dół, więc hajda za Grzesiem, stop, uwaga! Potem znowu musimy podejść w górę, więc siły brakuje itp., itd… Ach, te rodzinne wakacje!

W miasteczku można spotkać wiele szachulcowych domów. W drodze do informacji turystycznej:)

Wiele ulic zamieniono w deptaki piesze.

Meersburg przez wiele lat posiadał status wolnego miasta.

Chowamy się w cieniu przed upałem.

Spacer do spokojnych nie należy, bo Grzesiek ciągle gdzieś odjeżdża na tup tupie.

Gdy zamkniemy oczy, możemy poczuć się tu jak wieki temu…

Z punktu informacji turystycznej idziemy na Marktplatz – serce dawnego Meersburga. Stąd warto jeszcze zajrzeć na taras Nowego Zamku (Neues Schloss)  – barokowego pałacu z różową fasadą, trochę przypominającego nam nasze Kurozwęki. Nie na pałac jednak zwracają się oczy wszystkich zwiedzających, ale to, co jest przed nim – przepyszny widok z pałacowego tarasu na Jezioro Bodeńskie, otoczone wianuszkiem miejscowości o iście śródziemnomorskiej atmosferze. Na podziwianie widoków mamy tu trochę czasu, bo Grześ co chwilę wsypuje sobie do butów małe kamyczki, a potem narzeka, że mu niewygodnie. Potem buty zdejmuje, kamyczki wypadają, a on znowu szura nogami i kamyczki z powrotem wpadają. Więc po raz kolejny siadamy i zdejmujemy buty. Ale reszta wycieczki może w tym czasie odsapnąć i cieszyć oczy naprawdę wspaniałymi widokami.

Barokowy Nowy Zamek (Neues Schloss)

Zamkowa kaplica

Meersburg z tarasu Nowego Zamku

Krótki postój na tarasie Nowego Zamku – czemu by nie!

Meersburg zamek

Stary Zamek

Meersburg zamek

Stary Zamek pięknie prezentuje się z tarasu widokowego Nowego Zamku

Zamek w Meersburgu

Stary Zamek – największa atrakcja turystyczna Meersburga – leży tuż obok Nowego Zamku. Koniecznie musicie zajrzeć do środka (bilety kupuje się w budynku położonym naprzeciwko wejścia do zamku; w ramach Bodensee erlebniskarte wstęp gratis, lub bodajże 12,80 euro bilet rodzinny), bo oglądanie zamku tylko z zewnątrz zupełnie mija się z celem – wygląda w sumie dość niepozornie. A tymczasem wnętrza – świetnie zachowane i niektóre naprawdę stareńkie – dają świetne wyobrażenie o tym, w jakich surowych warunkach żyli niegdyś mieszkańcy takich warowni.

Zamek zamieszkiwali niegdyś książęta biskupi. Nie wiadomo dokładnie, kiedy został ufundowany, ale jedna z najpopularniejszych wersji mówi, że już w VII wieku! Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że warownia pochodzi sprzed 1000 r. – w folderze informacji turystycznej czytamy, że to najstarszy zamieszkały zamek w Niemczech.

Meersburg zamek

Stary Zamek uchodzi za najstarszy zamieszkany zamek w Niemczech!

Zwiedzanie zamku

Spacer po zamkowych zakamarkach wszystkim nam bardzo się podoba. Można pooglądać i reprezentacyjne sale, i lochy, i zamkową łazienkę oraz latrynę, i kuchnię, a także bezdenną zamkową studnię. W komnatach zabytkowe wyposażenie, zbroje rycerskie. Z okien bajkowe (naprawdę bajkowe!) widoki na Jezioro Bodeńskie.

Zamek zwiedza się samemu, podążając za wytyczoną trasą zwiedzania – trzeba wypatrywać czerwonych strzałek (co bardzo podobało się Grzesiowi), ale zgubić się nie sposób. Pomieszczenia, przez które przechodzimy, są oznaczone kolejnymi numerkami i opisane w folderze informacyjnym. Warto kupić taką dodatkową mapkę zwiedzania – kosztuje tylko 1 euro, a jest bardzo przejrzysta (wersje po niemiecku, angielsku, francusku i rosyjsku dostępne w punkcie sprzedaży biletów). Dokładniejsze informacje znajdziecie na stronie internetowej zamku: www.burg.meersburg.de

Przy wejściu XV-wieczny krucyfiks.

Zachowane fragmenty fresków w bramie wejściowej.

Komnata renesansowa pochodzi z XVII w.

Najbardziej zaciekawiła nas zamkowa kuchnia.

Za oknami piękne widoki na Jezioro Bodeńskie.

Malowidła w komnacie z zamkową studnią.

Dziś studnia ma 28 m głębokości.

Z ciekawością przyglądamy się elementom wyposażenia z różnych epok.

Widoki na Jezioro Bodeńskie z zamkowych okien są obłędne!

Obserwujemy promy płynące z Meersburga do Konstancji.

Zamkową łazienkę odtworzono na podstawie starych rycin.

Na zamku zachowało się wiele malowideł naściennych.

Widok z pokoju niemieckiej pisarki, Annette von Droste-Hülshoff.

Hall rycerski.

Zamkowa kaplica z gotyckim ołtarzem i figurą św. Piotra.

Zaglądamy do lochów – tu wrzucano kiedyś niegrzeczne dzieci.

Grzesiu, żartowałam!

Zdjęcie makiety zamku ze sklepu z pamiątkami.

Ostatni rzut oka na Meersburg.

Jezioro Bodeńskie, kąpielisko Aquastadt  w Immenstadt

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na bardzo sympatycznym kąpielisku Aquastaadt  w miejscowości Immenstaadt (wstęp gratis w ramach karty Bodensee:)). Ogromna trawiasta plaża, wielgaśne kąpielisko z pływającymi wyspami kąpielowymi, na miejscu jest także kryty basen i brodzik dla dzieci. W pawilonie wejściowym gastronomia (wsuwamy naprawdę smaczną domową pizzę – nasz Google translator zachęca: „teraz domowa pizza z otwartą świeżością ciasto z podłogi cukierniczej” – nie mogliśmy się nie skusić;-) ). Woda w Jeziorze Bodeńskim jest cudownie ciepła, musicie tylko pamiętać, że wejście do wody jest kamieniste – nie ma złocistego piaseczku, znanego z naszych jezior, tylko kamienie, a dalej wodorosty  – w niektórych miejscach może przydać się obuwie kąpielowe. Takiego oczywiście nie mieliśmy – tj. mieliśmy, tylko niezabrane na wakacje zostało w domu;-) Wszyscy pluskamy się z największą przyjemnością. To taka wisienka na torcie naszej dzisiejszej wycieczki.

Plaża Aquastaadt w Immenstaadt.

Teren wydzielony do pływania jest ogromny.

Zaczynamy od pizzy, na głodniaka kąpie się źle!

MiR by Tymo:)

Wyspa Mainau – ogród kwiatów na Jeziorze Bodeńskim

Piękna kwiatowa wyspa-ogród na Jeziorze Bodeńskim. Roślinność zachwyca – większości gatunków nawet nie potrafilibyśmy nazwać. Od ogromnych sekwoi po kwiaty rodem chyba z tajemniczej baśni. Motylarnia z „halą wolnych lotów”, w której wielkie kolorowe motyle latają tuż przed nosami zwiedzających. Pałac. Palmiarnia. Przystań. Niezwykle estetyczne, po prostu piękne zaaranżowanie krajobrazu, cudne widoki na Jezioro Bodeńskie.

Naszym dzieciom szczególnie podobała się motylarnia, a najbardziej ze wszystkiego – rewelacyjny plac zabaw z tratwami, na których samemu można pływać, zwodzonymi mostkami, „maszyną” dla drewnianych kulek, labiryntem z wiszących drągów. Wyspa Mainau to miejsce, gdzie spokojnie można spędzić cały dzień. Warto jednak wejść po 17.00 – bilet wstępu będzie wtedy o połowę tańszy, turystów wielokrotnie mniej, no i kwiatowy ogród w przedwieczornym świetle zaprezentuje się wyjątkowo uroczo. Dla dzieciaków trzy godziny na wyspie to wystarczająco dużo czasu, żeby skorzystać z jej atrakcji, a jednocześnie się nie znudzić.

Wyspa Mainau – kraina kwiatów i motyli

Wyspa Mainau przeszła nasze oczekiwania. Wyspa-ogród – eee tam, myślimy sobie, ogrodów widzieliśmy już wiele, co nas może zaskoczyć? Ale to blisko od nas, duża lokalna atrakcja – jedziemy.

Wyboru tej wycieczki nie żałujemy ani przez chwilę. Z każdym krokiem spacer sprawia nam coraz większą przyjemność – to wspaniałe doświadczenie zanurzenia się w estetykę, w kolory, wielka przyjemność bycia tu i teraz.

Wyspa Mainau – wyspa kwiatów

Na początek garść informacji praktycznych

Wstęp na wyspę Mainau jest dość drogi – bilet dla dorosłego kosztuje 21 euro (ale dzieci do lat 12 wchodzą gratis), bilet rodzinny – 42,50. Warto wydać te pieniądze, zwłaszcza jeżeli chcemy spędzić na wyspie przynajmniej kilka godzin. Jest jednak sposób, żeby zaoszczędzić na biletach. Wchodząc po 17.00, zapłacimy tylko połowę ceny (tzw. late entry) – my z trójką naszych chłopaków zapłaciliśmy właściwie tylko cenę biletu dla jednego dorosłego, co było już zdecydowanie do zaakceptowania (kolejnego dnia kupiliśmy Bodensee erlebniskarte, ale nawet ta karta nie daje możliwości wejścia na Mainau gratis).

Most prowadzący na wyspę Mainau

Towarzyszą nam piękne widoki na Konstancję.

Spotykamy kwiaty, których nigdy w życiu na oczy nie widzieliśmy.

Wyspa jest otwarta od wschodu do zachodu słońca – pilnuje się tu tego co do minuty;-) – np. dziś Mainau trzeba było opuścić do godziny 20.53:) Motylarnia zamykana jest wcześniej – o 19.00, więc jeśli wchodzicie na Mainau po 17.00, trzeba pilnować tej godziny, bo naprawdę szkoda byłoby nie odwiedzić krainy motyli. Wydaje nam się, że można też wypożyczyć przy wejściu wózki-przyczepki dziecięce, ale taką informację trzeba by było jeszcze sprawdzić. Naszemu Grześkowi wzięliśmy ze sobą rowerek biegowy, co było bardzo dobrym rozwiązaniem, bo znacznie usprawniło nam przemieszczanie się. Ogród na wyspie jest ogromny – zajmuje aż 45 hektarów. My sami po przejściu może połowy alejek zrobiliśmy tam dziś ładnych kilka kilometrów.

W ogrodzie Mainau wita gospodarz.

Kompozycje kwiatowe niedaleko wejścia na wyspę.

Zaczynamy do motylarni

Witają nas piękne kompozycje kwiatowe – kwiat, paw i kaczki. Po chwili przechodzimy obok alei platanów. Niedaleko wejścia jest też wielki i bardzo pomysłowy plac zabaw – ale teraz przemknęliśmy tylko obok niego ukradkiem – zależało nam przede wszystkim na zobaczeniu motylarni, która po 19.00 byłaby już zamknięta.

Odwiedzenie motylarni powinno być żelaznym programem każdej wizyty na Mainau. Spacer wśród latających na wyciągniecie ręki motyli – w większości takich, których nigdy w życiu na oczy nie widzieliśmy – to naprawdę gigantyczna frajda! Motylom można łatwo się przyglądać przy „karmidełkach” – pokrojonych cząstkach owoców, na których przysiadają te piękne owady. Najbardziej podobał nam się jeden gatunek motyla – taki ogromny, intensywnie niebieski, latający jak szybowiec – ale on nie chciał przysiąść nigdzie ani na chwilkę – nie pragnął widać zostać uwieczniony na żadnym zdjęciu z wakacji;) Były też motyle zawisające przy kwiatach jak kolibry. Naprawdę rewelacja – trzeba to zobaczyć na własne oczy!

Pomysłowy budynek motylarni.

Wchodzimy do środka zmyślnym tunelem

Czujemy się jak na wędrówce przez tropikalny las.

Motyle najłatwiej obserwować jest przy karmidełkach.

…. ale można wypatrzeć je wszędzie – wystarczy rozglądać się dokoła!

Roślinność motylarni – niemal równie ciekawa co owady.

Nie będziemy udawali, że znamy nazwy motyli, które oglądamy.

Acalypha hispida, jeśli komuś coś to mówi;)

Trasa zwiedzania wije się przez różne urokliwe zakątki.

Raz na moście, raz pod mostem.

Kolejni piękni biesiadnicy

Jedne barwne, inne do złudzenia przypominające liście.

Motyle są od nas na wyciągnięcie ręki.

W motylarni spotkacie piękną roślinność.

Kwiaty jak z bajki.

Niektóre kwiaty zapraszają do siebie motyle.

Inne z nikim nie chcą dzielić się swoją urodą.

Udało nam się nawet zrobić zdjęcie Grzesiowi, a to wcale nie było tu łatwe!

Ten długonogi jak każdy model świetnie zna się na pozowaniu.

A to chyba najbardziej tajemniczy okaz, jaki widzieliśmy.

Tylko Calineczki brak.

Te tajemnicze wisiorki to kokony motyli.

Rety, niektóre wyglądają zupełnie jak liście!

Za chwilę motylarnia powita chyba nowego mieszkańca

Kwiatowe ogrody czy plac zabaw?

Po wyjściu z motylarni mamy dylemat typowy dla większości podróżujących rodzin. My chcielibyśmy robić co innego niż dzieci, a młodsze dzieci – co innego niż te starsze. My chcemy pomyszkować dokładniej po różnych zakamarkach wyspy, obejść ją całą, a młodszym chłopcom w głowie tylko jedno – świetny plac zabaw, który jednak, kurczę, zlokalizowali podczas drogi do motylarni. Wersja kompromisowa – tj. chwila na placu zabaw, a potem szybkie obejście wyspy – odpada: oderwanie każdego kilkulatka po kilku minutach od superwciągającej zabawy na pewno zakończyłoby się histerią, a nie mamy serca chłopców na ten plac zabaw nie puszczać.

W końcu decydujemy się rozdzielić. M. z chłopakami zostaje na placu zabaw, gdzie z dziką frajdą zdobywają wodne zamki, buszują w labiryncie drewnianych trzcin i pływają po wodzie na tratwach, odpychając się drewnianymi drągami. Potem spędzają upojne pół godziny przy konstrukcji dla drewnianych kulek – po umieszczeniu kulki na górze konstrukcji drewniana piłeczka spada w dół zmyślnie skonstruowaną trasą, czemu oczywiście cały czas można się przyglądać, a nawet modyfikować przebieg trasy (cena kulki: 1 euro, do kupienia w automacie obok).

W tym samym czasie w odległej galaktyce….

Pływamy na tratwach!

Przeciągamy się na drugi brzeg.

Skaczemy z kamienia na kamień.

I buszujemy w palowym labiryncie.

Huśtawka sprawdzi się wszędzie!

Rety, kluchy z nieba!

Konstrukcja na drewniane kulki pochłonęła chłopców do reszty.

Kto pamięta Ulicę Sezamkową, ręka do góry!

Wyspa Mainau – cudowny świat roślin

W tym czasie R. idzie na fotograficzny spacer po wyspie. Idzie przez arboretum (gdzie uwagę zwracają przede wszystkim gigantyczne sekwoje – jeszcze nigdy nie widzieliśmy tych pięknych drzew na własne oczy) do barokowego pałacu Mainau – jednego z symboli wyspy. Rzuca okiem na ogród różany, po czym schodzi do cypla ze sfinksem i przystani. Potem południowo-zachodnią stroną wyspy wraca na plac zabaw, w który jakiś czas temu wsiąknęli nasi chłopcy.

Podczas spaceru po wyspie spotykamy kwiatową mapę Jeziora Bodeńskiego!

Naszą uwagę najbardziej przyciągają ogromne sekwoje.

Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tych drzew na własne oczy.

W zachodzącym słońcu pałac Mainau prezentuje się wyjątkowo ładnie

Barokowy pałac Mainau to jeden z symboli wyspy.

Przed pałacem – ogród różany.

Czujecie ten zapach letniego wieczoru?

Czyżbyśmy zawędrowali aż do Egiptu?

Można się tu poczuć jak w krajach południowych!

A to wszystko w scenerii pięknych widoków Jeziora Bodeńskiego…

Włoski wodospad kwiatowy.

Po powrocie R. na obchód wyspy rusza skład drugi, czyli M. z Tymem. Tymo od lat znany jest ze swego zamiłowania do roślin, więc z wielką przyjemnością ogląda dywany kwiatowe i okazy rzadkich gatunków drzew, krzewów i kwiatów. Tak wielkich tuj jak na Mainau chyba jeszcze nie widzieliśmy! W takim składzie oblatujemy wyspę w pół godziny – no ale my nie robiliśmy zdjęć i szliśmy naprawdę bardzo szybko.

Mainau opuszczamy kilkanaście minut przed zamknięciem, już przy zachodzącym słońcu. Spacer podobał nam się ogromnie, był też bardzo atrakcyjny i dla kilkulatka Grzesia, i dla nastolatka Tyma. Wspaniały pomysł na wakacyjną wycieczkę. Późne wejście jest godne polecenia jeszcze z innego powodu – mogliśmy cieszyć się spacerem po wyspie nie w południowym upale – do 17.00 w upalne dni jest nad Jeziorem Bodeńskim tak gorąco, że trudno tu wytrzymać. Ciekawi jesteśmy, jak wygląda kwiatowy ogród w innych porach roku – patrząc na posadzone rośliny, domyślamy się, że musi się zmieniać w zależności od sezonu. Chętnie byśmy wrócili tu jeszcze kiedyś!

Wszystko, co dobre, to się szybko kończy – wracamy!

Wieczorem na Mainau spotykamy już tylko nielicznych spacerowiczów.

Opuszczamy Mainau przy zachodzącym słońcu.

Jezioro Bodeńskie, kąpielisko w Radolfzell

Na Mainau byliśmy po południu, a co robiliśmy po śniadaniu? Hmm – to, co moglibyśmy robić na pierwszym dniu rodzinnych wakacji nad Jeziorem Bodeńskim? Oczywiście pobiegliśmy na plażę! Na pierwszy ogień wybraliśmy kąpielisko w miejscowości Radolfzell, w której mieszkaliśmy.

Z tego, co tu widzimy, wydaje się, że trudno nad Jeziorem Bodeńskim o dziką plażę – trzeba szukać tych oznaczonych, w miejscowościach. Na takie kąpieliska wstęp jest płatny (dziś zapłaciliśmy ok. 8 euro za wszystkich), no ale w zamian dostaje się bezpieczne (zazwyczaj bardzo duże) wyznaczone miejsce do kąpania, trawiasty, zadrzewiony i zacieniony teren, przebieralnie, toalety i natryski, punkt gastronomiczny, często też plac zabaw.

Radolfzell – idziemy na plażę!

Momentami prowincjonalnie, momentami wielkomiejsko.

Chłopcy zadowoleni, bo na jednośladach!

Najmłodszy rowerzysta zazwyczaj jedzie pierwszy, rzadziej ciągnie tyły.

Pierwsze spojrzenie na Jezioro Bodeńskie.

Jezioro Bodeńskie, Radolfzell

Hurra! Dotarliśmy wreszcie na plażę w Radolfzell!

Jezioro widziane z wody prezentuje się jeszcze ładniej

Przed kąpielą obowiązkowy prysznic. Grzesiek zachwycony!

Wszędzie dużo trawy i cienia rzucanego przez drzewa

Jezioro Bodeńskie – inauguracyjna kąpiel

Jezioro Bodeńskie – inauguracyjna kąpiel

Zaburzenia siły grawitacyjnej – dziwne rzeczy tu się dzieją!

Kąpiel i spacer w upalnej odsłonie

Kąpiel przyniosła nam dwa zaskoczenia. Po pierwsze: temperatura wody. Była tak ciepła, że nie czuliśmy prawie chłodu podczas wchodzenia – ze 30 stopni jak nic! Po drugie – dno jeziora. Myślisz jezioro, mówisz piasek i przejrzysta woda. A tu zupełnie inna bajka! Przy brzegu dno jest bardzo kamieniste (na płatnych plażach wejście ułatwiają gumowe chodniczki wprowadzające głęboko do wody), dalej zamulone, trochę podobne jak w Balatonie.

Ogólnie przedpołudnie nad wodą spędziliśmy przemiło. Przy okazji wycieczki na plażę przespacerowaliśmy się też przez Radolfzell. Nasz domek znajduje się na obrzeżach miejscowości, więc na plażę mieliśmy prawie 3 km. Poszliśmy pieszo (chłopcy na hulajnogach, Grześ na rowerku biegowym). W końcu żaden inny sposób tak dobrze nie pozna się jakiegoś miejsca jak podczas spacerów na własnych nogach. Powrót w południowym słońcu dał nam jednak dość mocno w kość – było chyba ze 35 stopni, a na trasie cienia niewiele – chętnie odsapnęliśmy trochę przed wycieczką na Mainau.

 

Muzeum Erwina Hymera – muzeum podróży

Takiego miejsca przepuścić nie mogliśmy! Ludzkie pragnienie, by poznawać, doświadczać, podróżować zalazło swoje urzeczywistnienie w koncepcji domu na kółkach – najpierw przyczepy, potem kampera. Muzeum Erwina Hymera – założyciela fabryki kamperów Hymer – jest czymś znacznie więcej niż wędrówką przez coraz to nowsze modele przyczep kempingowych i kamperów. To miejsce zaprasza nas w prawdziwą podróż przez kraje i kontynenty – i wcale nie jest to górnolotne określenie z ulotki promocyjnej, zresztą zobaczycie sami! Muzeum jest superatrakcyjne dla dzieci – szczerze polecamy wszystkim podróżującym rodzinkom! Continue reading