Dziekanów Nowy

Park Rozrywki Pepeland

2014.06.08

Upał, powyżej 26 stopni

Dzięki ciąży M. mamy rzadką okazję spędzać gorące weekendy w Warszawie i korzystać z miejskich i podmiejskich atrakcji. Od jakiegoś czasu planujemy wyjście na odkryte baseny na Moczydło, ale T. i R. są nadal na antybiotyku, więc ten wariant odpada. Po sobotniej burzy mózgów decydujemy się w końcu odwiedzić Park Rozrywki Pepeland (obecnie Monpepelandia) w Dziekanowie Nowym.

To atrakcja od co najmniej kilku lat figurująca na naszej liście rzeczy do zrobienia. Czytaliśmy o niej niemal w każdym przewodniku po Mazowszu, i to zazwyczaj w samych superlatywach, przez co spodziewaliśmy się atrakcji co najmniej rzędu paryskiego Disneylandu. Może więc nic dziwnego, że rzeczywistość nieco nas rozczarowała – począwszy od zakurzonego parkingu, a skończywszy na ogólnym wrażeniu zaniedbania, braku dbałości o porządek i unoszącego się wokół ducha minionej epoki. Ale w końcu to nie dorośli, tylko dzieci powinni odgrywać tu rolę jurorów – a one były zadowolone: nasi chłopy spędzili w Pepelandzie ponad trzy bite godziny pełne wrażeń.

Ośrodek powstał 15 lat temu i pierwotnie jego funkcją było utrzymywanie stadniny i nauka jazdy konnej (co jest możliwe w dalszym ciągu, a konie są naprawdę piękne). Potem powoli zaczął zmieniać się w park rozrywki, stopniowo wzbogacany w atrakcje i dla dużych, i dla małych gości. Ci pierwsi mogą zakosztować adrenaliny, przechadzając się po zawieszonym wysoko mostku tybetańskim (niestety, obecnie zamknięty) czy próbując swoich sił w zjeździe „windą desantową” z wysokości 3. piętra (całość sprawiała jednak wrażenie mocno niezabezpieczonej, więc nie pozwoliliśmy Tymowi na zjazd). Dzieciaki mogą poszaleć w naprawdę pomysłowym małpim gaju, na odkrytym i zadaszonym placu zabaw, pokręcić się na karuzeli łańcuchowej, napędzanej siłami tatusia bądź mamusi (kupa śmiechu dla całej rodziny gwarantowana). Naszym chłopcom chyba jednak najbardziej podoba się mini wesołe miasteczko – zwłaszcza pływanie sympatycznymi łódeczkami po basenie i karuzele (które – niestety, lata swojej świetności mają już za sobą – młodsi goście nie zwracają na to jednak specjalnej uwagi). Plusem Pepelandu jest też niewątpliwie możliwość zjedzenia na miejscu domowego posiłku – z czego skwapliwie skorzystaliśmy.

Pepeland - wchodzimy.

Pepeland – wchodzimy.

Można pojeździć na psie.

Można pojeździć na psie.

Pepelandzkie konie.

Pepelandzkie konie.

Pepelandzkie konie.

Pepelandzkie konie.

Winda desantowa - dla odważnych.

Winda desantowa – dla odważnych.

Klasycznie, ale fajnie.

Klasycznie, ale fajnie.

O rety, rakiety!.

O rety, rakiety!.

Nasz hit - karuzela napędzana tatą.

Nasz hit – karuzela napędzana tatą.

Dmuchańce są zawsze fajne.

Dmuchańce są zawsze fajne.

Karuzela silnikowa - odjazd o 11.00.

Karuzela silnikowa – odjazd o 11.00.

Coś dla młodszych.

Coś dla młodszych.

Po atrakcjach burczy nam w brzuchach.

Po atrakcjach burczy nam w brzuchach.

Małpi gaj.

Małpi gaj.

Małpi gaj.

Małpi gaj.

Winda desantowa w wersji mini.

Winda desantowa w wersji mini.

Minizoo.

Minizoo.

Namiastka dinoparku...

Namiastka dinoparku…

Nasz hit nr 2 - łódeczki.

Nasz hit nr 2 – łódeczki.

To był prawdziwy hit.

To był prawdziwy hit.

Atrakcja na deser.

Atrakcja na deser.

Podsumowując, mimo pewnych zastrzeżeń (w dobie nowoczesnych placów zabaw ośrodek aż prosi się o doinwestowanie) dnia spędzonego w Pepelandzie absolutnie nie uznajemy za stracony. Mamy możliwość doświadczenia miłej, rodzinnej rozrywki i spędzenia kilku godzin na świeżym powietrzu, w otoczeniu zieleni. Atrakcja do polecenia zwłaszcza dla amatorów jazdy konnej, grup zorganizowanych i rodzin z kilkuletnimi dziećmi.

Bieszczadzka Gwiazdka część II – zapomniane wsie

 30.12.2013, poniedziałek

Odczuwalnie chłodniej, z przebłyskami słońca, ok. 4 stopni

Jaworzec

Nasyceni miejskimi atrakcjami, nabieramy ochoty na spacer w przyrodzie. Jako nasz cel obieramy Bacówkę PTTK Jaworzec. W Kalnicy skręcamy w lewo, po czym po przejechaniu kawałka parkujemy samochód na poboczu i dalej idziemy już pieszo. Droga wiedzie uroczą bieszczadzką doliną wzdłuż biegu Wetliny, widoki cieszą oczy. Walory turystyczne tego spaceru podnosi dodatkowo fakt, że wiedzie on po terenie dawnej wsi Jaworzec, której mieszkańcy (ponad 500 osób) zostali po wojnie wysiedleni na tereny północno-wschodniej Polski. Obecnie po dawnej wsi nie został ani jeden budynek, zabudowania spalono, zniszczono nawet cerkiew. Obecność zdziczałych drzew owocowych może tylko świadczyć o istnieniu w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu wcale niemałej wsi. Wzdłuż drogi rozstawiono niedawno tablice informacyjne, z których turysta może dowiedzieć się o historii Jaworzca i o tym, w jakiej jego części aktualnie się znajduje. Continue reading

Bieszczadzka Gwiazdka część I – Baligród, Lesko, Solina, Sanok

Niedziela, 22 grudnia 2013

Pogoda iście wiosenna: nawet do 8 stopni i słońce

Warszawa-Kraczkowa

Po wczorajszym zamieszaniu (całe pakowanie przeplatane lataniem do lekarza z chłopakami i podawaniem im leków…) uznajemy, że wyjazd o 9:15 to sukces.

Jedzie się bardzo dobrze, nie ma tirów, a pogoda piękna. Zatrzymujemy się dwukrotnie: raz w Radomiu na drugie śniadanie (na skierowane do chłopców pytanie, co będą jedli, Sebuś odpowiada, że cukier…)), raz na stacji benzynowej ok. 80 km od Rzeszowa. Mimo to stawiamy się u Dziadków już przed 15:00, czyli cała droga zajmuje nam ok. 5,5 godziny. Zjadamy przepyszny obiad, M. sobie trochę odpoczywa, chłopaki wyładowują nadmiar energii, zostawiamy Regusię i dalej w drogę.

Kraczkowa-Bystre

Zgodnie z naszymi przewidywaniami chłopaki zaraz zasypiają. Nam się jedzie w sumie bez problemów, choć już nie tak dobrze jak wcześniej – jest ciemno i droga jest dużo gorsza. Przejechanie 120 km zajmuje ok. 2 godzin. Na miejscu jesteśmy o 19:45.

Ośrodek Leśna Polana, Bystre

Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. Wygodny, ciepły dwupoziomowy domek z kominkiem i piękny las dookoła. Na miejscu zastajemy nawet pozostałości śniegu – niestety pewnie wszystko się stopi w najbliższych dniach.

 

Poniedziałek, 23 grudnia 2013

Od rana wszystko płynie, ok. 5 stopni, rano pochmurno, potem słońce

Rano z przyjemnością wyglądamy przez okno i oglądamy leśnie widoki.

Po śniadaniu idziemy na rekonesans po najbliższej okolicy. Chłopaki mają mnóstwo frajdy, ślizgając się po oblodzonej drodze – jednak dzieciom niewiele do szczęścia potrzeba. Podchodzimy pod ośrodek narciarski przy ośrodku Bystre – wyciąg chodzi, mamy nadzieję, że w kolejnych dniach chłopakom uda się wypróbować tutejsze trasy. Dzieciaki wypatrują stromą drogę w dół, idealną do zjeżdżania na jabłuszkach, po czym oddają się temu zajęciu przez najbliższe pół godziny. Są przeszczęśliwi. Ściągamy ich dopiero wtedy, gdy zauważamy, że buty Tyma są kompletnie przemoczone.

Bystre. Na spacer!.

Bystre. Na spacer!.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Lokalne klimaty.

Lokalne klimaty.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Artyzm w pełnej krasie.

Artyzm w pełnej krasie.

A ile radości!.

A ile radości!.

Po powrocie do domu i ubraniu towarzystwa w suche ciuchy podporządkowujemy się sygnałom wysyłanym przez nasze burczące brzuchy i wybieramy się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na obiad. Ulotki zostawione w naszym domku informują o dwóch pizzeriach w Baligrodzie, ale – ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu – jednej nie znajdujemy w ogóle, drugą z trudem, a i tak potem okazuje się (jeszcze) zamknięta. Realizujemy więc Plan B i ruszamy w kierunku wypatrzonego na mapie schroniska PTTK Kropiwne w Bystrem. Plan B również okazuje się niewypałem – przejeżdżamy drogą w jedną i w druga stronę parę kilometrów, a schroniska jak nie było, tak nie ma (potem okazuje się, że jego strona internetowa nie działa – czyżby schronisko było już zamknięte?). W końcu lądujemy na obiedzie w restauracji ośrodka wypoczynkowego Bystre. Nie ma tego złego – najadamy się do syta, jest smacznie i nie przesadnie drogo.

Po południu rozpakowujemy zakupy zrobione przy okazji w Baligrodzie i trochę się lenimy.

Chłopaki wybierają się jeszcze na spacer po ciemku „naszą” drogą dalej do góry. Jest straszna chlapa, więc wracają dość szybko.

Wieczorem słuchamy przy kominku audiobooka o Zezi i Gillerze – jest bardzo miło.

 

Wtorek, 24 grudnia 2013, Wigilia

Nie do wiary: 8 stopni i słońce

Po śniadaniu zgarniamy rzeczy potrzebne na dwa dni i o 9:15 wyruszamy do Dziadków w kierunku na Rzeszów. Na miejscu jesteśmy niewiele przed południem.

O 16:00 zaczynamy uroczystą Wigilię. Objadamy się niemiłosiernie, przychodzi Mikołaj, ani się spostrzegamy i robi się wieczór. Chłopcy pięknie bawią się ze starszym kuzynem, a nastoletnia Gabrysia chętnie chwilami zajmuje się Sebuniem – na wieczór mamy dzieciaki z głowy.

 

Środa, 25 grudnia 2013

Wiosennej pogody cd – temperatura dochodzi nawet do 10 stopni

Dzień zaczynamy Mszą Świętą w kościele farnym w Łańcucie. Potem czas na świąteczny obiad – obżarstwa ciąg dalszy. Miło spędzać rodzinne święta, ale po dwóch dniach za stołem chętnie wyrywamy się o 15:00 do naszego bieszczadzkiego domku. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Wita nad domek wygrzany kominkowym ciepłem – pani gospodyni zajrzała tu wcześniej, żeby napalić przed naszym przyjazdem.

Spędzamy prawdziwie świąteczny wieczór – zawieszamy nastrojowe światełka, śpiewamy kolędy przy kominku, przychodzą nawet dwie grupy kolędników. Dopiero czujemy, że odpoczywamy.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.


 

26.12.2013, czwartek

Iście wiosenna aura, 10 stopni, Tymo nawet wypatrzył stokrotki na trawniku

Baligród

Jako że z nart nici, przerzucamy się na zwiedzanie i piesze wycieczki. Dziś przed południem wybieramy się na spacer do położonego tuż obok Baligrodu. Parkujemy przy rozległym rynku, którego układ sięga XVII w. Chłopaki od razu biegną do stojącego na środku czołgu. Co prawda po Bieszczadach jeździły czołgi innego typu, jednak chłopców to nie zraża –  uważnie badają szczegóły konstrukcyjne pojazdu.

Rynek w Baligrodzie.

Rynek w Baligrodzie.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Następnie kierujemy kroki do położonego kilkaset metrów dalej kirkutu. Cmentarz jest przepięknie położony na wzgórzu – już sama malowniczość terenu i piękny widok z góry na Baligród mogłyby być dobrą motywacją do wycieczki w te stronę. Chłopcy biegają po trawiastych pagórkach, a M. idzie z bliska obejrzeć kirkut. Kilkadziesiąt macew (najstarsza z pocz. XVII w.) jest zarośniętych trawą, część zachowała się w dobrym, część w dużo gorszym stanie. Cały teren jest zaniedbany. Pofałdowane krajobrazy przywodzą nam na myśl Bobową. Takie miejsca w wyjątkowy sposób skłaniają do refleksji i do wyciągania nie zawsze pozytywnych wniosków…

Na baligrodzki kirkut.

Na baligrodzki kirkut.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

Widok na Baligród z góry.

Widok na Baligród z góry.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Po odwiedzeniu kirkutu chłopaki zabawiają chwilę na nieco podniszczonym placu zabaw w centrum Baligrodu, a M. idzie zrobić zdjęcie XIX-wiecznej cerkwii Uśpienia – największej murowanej cerkwi w Bieszczadach (świątynia przeszła ostatnio generalny remont). Potem podjeżdżamy jeszcze pod (niezbyt spektakularne) pozostałości wałów XVII-wiecznego zamku Balów (ród rycerski z XIV w.; miasto nazwane na cześć jego założyciela) i przejeżdżamy obok dwóch położonych niemal naprzeciw siebie kościołów katolickich – starego i nowego, w którym obecnie odbywają się nabożeństwa.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Opuszczamy Baligród, myśląc o dawnej bogatej i różnorodnej kulturze tego rejonu – dziś współistnienie obok siebie niemal w idealnej równowadze Żydów, grekokatolików, katolików i Bojków pozostaje tylko wspomnieniem, o którym przypominają baligrodzkie zabytki.

Żernica Wyżna

Drugi punkt dzisiejszego programu urzekł nas, gdy tylko wypatrzyliśmy go na mapie. Kawałek za Baligrodem w prawo odgałęzia się droga w kierunku dawnej wsi – obecnie już niemal zupełnie wyludnionej, po 4 km doprowadza do cerkiewki (1800 r), po czym kończy się. Taki lokalny koniec świata. Całość oprawiona w piękne pofałdowane krajobrazy. Niesamowicie malownicze miejsce. Chłopaki biegają wesoło zaraz po wypuszczeniu ich z samochodu – po spędzeniu dwóch dni za stołem dziś rozsadza ich energia.

Wracając zahaczamy jeszcze o baligrodzki cmentarz wojenny.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Żernica Wyżna - lokalny koniec świata.

Żernica Wyżna – lokalny koniec świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Napis jest wymowny...

Napis jest wymowny…

Popołudniowy spacer w kierunku Roztok Dolnych

Po południu wybieramy się na spacer leśną drogą w pobliżu naszego ośrodka. Grudniowy dzień jest bardzo krótki i zaraz po 15:00 robi się szaro. Droga jest błotnista, z pozostałościami  lodu. Mimo to spacer jest bardzo przyjemny. Sielanka kończy się w momencie, gdy Sebuś przewraca się jak długi na brejowatą drogę, przemaczając sobie dokumentnie spodnie. Nie ma wyjścia, zawracamy.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczór przy kominku z grami i innymi rodzinnymi rozrywkami rekompensuje nam jednak skróconą przechadzkę. Znów nawiedzają nas dwie grupy kolędników – dziś otwieramy im już mniej chętnie:)

 

27.12.2013, piątek

Pogoda nie do wiary: 13 stopni i słońce – wiosna

Lesko

Dzisiejsza wycieczka do Leska satysfakcjonuje nas pod wszelkimi względami – od przyrodniczych po architektoniczno-kulturowe. Atrakcje są położone niedaleko od siebie i spacer po mieście nie jest forsujący nawet dla małych dzieci. Miasteczko jest urokliwe, a słynna leska synagoga na długo zostaje w pamięci.

Wizytę w Lesku zaczynamy od podjechania samochodem na parking w pobliżu słynnego Kamienia Leskiego. Ścieżka po chwili doprowadza do imponującej grzędy skalnej – odkryta skała ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów, osiągając miejscami wysokość nawet 20 m. Ścieżki umożliwiają obejście skały dookoła. Taki spacer pozwala na docenienie jej rozmiaru, jest przy tym bardzo atrakcyjny dla chłopców. Wycieczka do rezerwatu przyrody Kamień Leski to żelazny punkt programu, szczególnie z dziećmi.

Rezerwat Kamień Leski.

Rezerwat Kamień Leski.

Szlak jak w górach.

Szlak jak w górach.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Oglądamy go z każdej strony.

Oglądamy go z każdej strony.

Kamień Leski - imponujące rozmiary.

Kamień Leski – imponujące rozmiary.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Po leśnym spacerze podjeżdżamy do centrum Leska. Parkujemy na Nowym Rynku i ruszamy na spacer. Zaraz po wyjściu z samochodu lokalizujemy ładny budynek XIX-wiecznego ratusza z ciekawym „dłutowatym” dachem. Potem kierujemy się w kierunku słynnej leskiej synagogi (XVI/XVII w.). Widzieliśmy ją już wielokrotnie w różnych publikacjach turystycznych i bardzo cieszyliśmy się, że zobaczymy ją wreszcie na własne oczy. Budynek, wyróżniający się niezwykle oryginalną okrągłą wieżą, łączył funkcje kultowe z obronnymi. Obecnie nie służy już celom religijnym (mieści galerię bieszczadzkiej sztuki), ale jego niezwykła sylwetka nadal przyciąga wzrok. Niedaleko synagogi, na wzgórzu znajduje się jeden z najcenniejszych cmentarzy żydowskich w Polsce, z nagrobkami nawet z XVI w. Brama jest zamknięta, ale przechodząca pani podpowiada nam, do którego domu trzeba zapukać, by uzyskać klucz (żółty budynek po przeciwnej stronie ulicy). Chętnie korzystamy z okazji i wchodzimy na teren kirkutu. Usytuowanie na wzgórzu, wśród starych drzew sprawia, że miejsce jest niezwykle malownicze, jednak widok zniszczonych, porosłych mchem i niekiedy poprzewracanych macew składnia do smutnych refleksji. Tymo pyta, dlaczego obecnie nie ma kto dbać o żydowskie groby. Odpowiadamy, jak umiemy…

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Szkoda, że fontanna nieczynna...

Szkoda, że fontanna nieczynna…

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Około południa zaczyna nam burczeć w brzuchach, więc dobrze się składa, że na ul. Moniuszki lokalizujemy przyzwoitą pizzerię. Pokrzepieni pizzą i dużą porcją sałatek chętnie ruszamy dalej. Podchodzimy pod późnogotycki (XVI w.) kościół parafialny (barokowa dzwonnica w remoncie), po czym cofamy się na kameralny, zadrzewiony stary rynek. Na balkonie jednej z otaczających go kamienic R. wypatruje opisywaną w przewodniku kratę z motywem menory, stanowiącą niegdyś … część wyposażenia leskiej synagogi. Ostatnim punktem programu podczas pobytu w Lesku jest zahaczenie o XVI-wieczny zamek Kmitów (obecnie pensjonat), sąsiadujący z miłym parkiem zamkowym.

Późnogotycki kościół parafialny.

Późnogotycki kościół parafialny.

Stary rynek.

Stary rynek.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Zamek Kmitów (XVI).

Zamek Kmitów (XVI).

Cała wycieczka do Leska jest przesympatyczna.

W drodze powrotnej do Bystrego zajeżdżamy w Baligrodzie na myjnię samochodową. M. podziwia heroiczne zmagania R. z tłustym bieszczadzkim błotem, które aż za dobrze zadomowiło się na karoserii naszego samochodu.

Późnym popołudniem chłopaki podchodzą jeszcze pod wyciąg narciarski na Dzidową i palą po ciemku zimne ognie.

Wieczorem kolejna sesja przy kominku ze szwedzkim serialem Millenium – mamy możliwość dobrze utrwalić sobie książkę.

 

28.12.2013, sobota

Wieczorem nawet na chwilę złapał przymrozek, ale potem znowu ciepło, piękny wiosenny i słoneczny dzień, do 12 st.

Solina

Wykorzystujemy ten – prawdopodobnie już ostatni – tak słoneczny dzień na spacer nad „bieszczadzkim morzem”. Już sam dojazd drogą wijącą się wśród wzgórz sprawia nam dużą frajdę. Spacer po długiej na ponad 600 metrów koronie zapory w promieniach zimowego (a jakby wiosennego…) słońca to naprawdę wielka przyjemność! Nawet podmuchy wiatru są dzisiaj całkiem ciepłe.

W stronę Jaworu idziemy prawie sami, okolica przystani też jest zupełnie opustoszała. Po krótkim odpoczynku na ławeczce (chłopcy piją soczki, wszyscy wygrzewamy się na słoneczku) ruszamy z powrotem. Tym razem na zaporze jest już więcej spacerowiczów. Chłopcy urządzają wyścigi, a Sebuś opowiada przygodnym turystom o dzidzi, od której będzie starszy, a która teraz jest u mamy w brzuchu:)

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Jezioro Solińskie.

Jezioro Solińskie.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Uśpiona przystań.

Uśpiona przystań.

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Chłopcy szaleją...

Chłopcy szaleją…

Ciekawe, do czego służą te urządzenia...

Ciekawe, do czego służą te urządzenia…

Potem buszujemy przez chwilę po kramach w poszukiwaniu jakiejś sensownej pamiątki. Planowaliśmy nowe poduszeczki, ale w końcu za namową chłopców decydujemy się na „pukawki”, strzelające gumowymi korkami na nitce. Chłopcy są przeszczęśliwi i cały dzień bawią się nową zabawką. Tymuś stwierdza nawet, że to najlepsza pamiątka, jaką kiedykolwiek miał!

Kramy w Solinie.

Kramy w Solinie.

Na koniec idziemy do restauracji w pobliżu głównego parkingu. Wczesny obiad poprawia nam humory. Tymuś zjada ulubione spaghetti, Sebuś pierogi ruskie, a my barszcz z uszkami i placki ziemniaczane z gulaszem. Budynek ośrodka jest dość niepozorny, ale w środku zadbany, a z okien restauracji jest piękny widok na jezioro Solińskie i otoczenie zapory.

Naprawdę warto zajrzeć do Soliny, bo ogrom największej zapory w Polsce budzi prawdziwy respekt, a jezioro i otaczające je wzgórza są przepiękne. Niestety, sama najbliższa okolica zapory to po prostu totalny odpustowy chaos. W porównaniu z tym zakopiańskie Krupówki są po prostu świetnie zorganizowane… Niestety tu i tu króluje komercja i nie są to wymarzone miejsca do spokojnego wypoczynku i obcowania z naturą. Na szczęście brzegi jeziora solińskiego są dostatecznie długie, żeby znaleźć jakąś zaciszną zatoczkę…

Wracając do domu, zatrzymujemy się na chwilę w Średniej Wsi, by sfotografować najstarszy w Bieszczadach drewniany,  XVI-wieczny kościół Narodzenia NMP i rzucić okiem na położony obok park podworski z okazami kilkusetletnich dębów i lip.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Chłopcy o dziwo nie zasypiają w drodze powrotnej. W ogóle należy im się duża pochwała, bo nie marudzili, tylko dzielnie (nawet ze sporymi harcami…) pokonali trasę ok. trzykilometrowego spaceru. Świetni z nich kumple.

Po południu, chcąc skorzystać z reszty słonecznego dnia, wychodzimy przed 15:00 na spacer drogą w kierunku Rabego. Nadal miejscami przeszkadza strasznie kleiste błoto, więc zawracamy w okolicy skrętu do starego kamieniołomu. Spacer zaczynamy i kończymy na należącym do naszego ośrodka placu zabaw, a największą atrakcją znowu są zimne ognie, rozświetlające zapadający zmrok.

Przedwieczorny spacer.

Przedwieczorny spacer.

Zimne ognie.

Zimne ognie.

Potem delektujemy się spokojnym wieczorem z chłopcami, m.in. oglądamy początek „Strażników marzeń”. Potem oczywiście kolejna część „Millennium”… Kominek grzeje aż za bardzo, więc nauczeni wczorajszym doświadczeniem (było tak gorąco, że Sebuś i my nie mogliśmy spać…) nie dokładamy zbyt wiele do ognia.

 

29.12.2013, niedziela

W nocy b. silny wiatr, dzień znów z częstymi przebłyskami słońca i temperaturą w okolicy 10 stopni

Sanok

Niedzielę przeznaczamy na wycieczkę do tego pięknie położonego nad Sanem miasta. Zaczynamy od dwugodzinnego spaceru po jednym z największych i najciekawszych w Polsce skansenów. Sanockie muzeum budownictwa ludowego wyróżnia się arcyciekawą ekspozycją etnograficzną – na pagórkowatym, częściowo zalesionym terenie można zobaczyć przykłady budownictwa bojkowskiego, łemkowskiego, a także typowego dla zamieszkujących tereny bardziej na północ Pogórzan i Dolinian. Dla chłopaków wycieczka do sanockiego skansenu to przede wszystkim miły spacerek – biegają, rozładowując nadmiar energii, cieszą się lizakami i przerwą na małe co nieco, chętnie zaglądają do udostępnionych wnętrz. Obaj są doskonałymi kompanami – jesteśmy dumni zwłaszcza z Sebusia, który – mimo że jest naszym najmłodszym turystą – ma dziś chyba najwięcej siły i bez problemu spędza dwie godziny na nogach (drugą połowę dystansu niemal bez przerwy biegną razem z Tymkiem). Dla nas oglądanie obiektów zgromadzonych w skansenie to prawdziwa gratka – cały teren jest podzielony na działy (zrekonstruowany małomiasteczkowy galicyjski rynek, Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie, Dolinianie oraz dział poświęcony historii wydobycia i przetwarzania ropy naftowej), co ułatwia turyście zorientować się, co akurat ogląda. Najbardziej zapada nam w pamięć XVIII-wieczna bojkowska cerkiew grekokatolicka z Grąziowej (z oryginalnym dachem, bez kopuł, przypominającym stóg siana) oraz  – również bojkowska – maleńka, prześliczka cerkiewka z Rosolina (XVIII w.), efektowna łemkowska cerkiew grekokatolicka z Ropek (pocz. XIX w.) z pięknymi drewnianymi kopułami oraz drewniany kościół  z Bączala Dolnego (XVII); chętnie oglądamy też rekonstrukcję małomiasteczkowego rynku – gdy oglądaliśmy taki rynek w litewskim skansenie w Rumszyszkach, narzekaliśmy, że w polskich skansenach najczęściej można zobaczyć tylko budynki wiejskie. Wszyscy kończymy spacer zadowoleni. Żałujemy tylko, że skansenowa karczma jest poza sezonem nieczynna (pilnuje jej tylko biały, wyjątkowo spasiony kot); chłopcy też pewnie doceniliby jakiś ukłon w stronę dzieci typu ludowy plac zabaw itp. Ale ogólnie rzecz biorąc, wizyta w sanockim skansenie jest bez dwóch zdań warta polecenia rodzicom z dziećmi w każdym wieku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Wypasiony strażnik skansenu...

Wypasiony strażnik skansenu…

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna...).

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna…).

Galicyjski Rynek.

Galicyjski Rynek.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Bojkowskie chaty.

Bojkowskie chaty.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Wewnątrz piękny ikonostas.

Wewnątrz piękny ikonostas.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Zaglądamy do wnętrza.

Zaglądamy do wnętrza.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Łemkowska chata.

Łemkowska chata.

Łemkowska wieś.

Łemkowska wieś.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Sanok z terenu skansenu.

Sanok z terenu skansenu.

Sektor naftowy.

Sektor naftowy.

Sektor Pogórzan.

Sektor Pogórzan.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Zagroda Pogórzan.

Zagroda Pogórzan.

Coś dla małych strażaków.

Coś dla małych strażaków.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Spacer na świeżym powietrzu wszystkim zaostrza apetyty. Podjeżdżamy do centrum Sanoka i dalsze zwiedzanie zaczynamy od położonej na rynku regionalnej karczmy, oferującej dania bojkowskie, łemkowskie i ukraińskie. To miejsce, w którym wizyty nie będą żałować wszyscy miłośnicy prawdziwych, zapomnianych smaków. Próbujemy zupy łewesz, chlipców, hreczanyków i stolników – kto jest ciekawy, jak smakują te zagadkowe potrawy, sam powinien spróbować. Chłopaki pałaszują pierogi (ruskie i z mięsem) z mąki razowej. Palce lizać.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Posileni regionalnymi specjałami chętnie spacerujemy po sympatycznym sanockim rynku (kamieniczki XIX, XX w.). Odnajdujemy kościół franciszkanów (XVII, i XVIII, przeb. XIX w.), chłopcy oglądają urządzoną przed nim szopkę; lokalizujemy  ratusz, wyglądamy na zamkniętą dla ruchu samochodowego ul. 3 Maja. Po wizycie na rynku przenosimy się pod sanocki zamek (XIV, przeb. XVI w.). Z tej niegdyś imponującej budowli przetrwało do dzisiejszych czasów tylko skrzydło. Nie decydujemy się na obejrzenie ogromnej kolekcji ikon (XV-XIX w.) oraz wystawy malarstwa Beksińskiego, uznając, że byłoby to już po całym dniu na nogach zbyt trudne wyzwanie dla chłopców, ale wchodzimy na urządzony na miejscu niezachowanej baszty punkt widokowy, z którego rozlega się bardzo malownicza panorama na San i pofalowany krajobraz Gór Słonnych.

Sanocki rynek.

Sanocki rynek.

Zachodnia pierzeja rynku.

Zachodnia pierzeja rynku.

Ratusz w Sanoku.

Ratusz w Sanoku.

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Widać miejsce po dawnej studni.

Widać miejsce po dawnej studni.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońca Sebuś.

Obrońca Sebuś.

Widok na San i Góry Słonne.

Widok na San i Góry Słonne.

Wracając na parking, spoglądamy jeszcze na położoną niedaleko zamku XVIII-wieczną cerkiew Trójcy Świętej.

Sanok to przesympatyczne miasto, oferujące turystom w każdym wieku dużo do zobaczenia. Rodzinom z dziećmi szczególnie polecamy wizytę w sanockim skansenie i odwiedzenie podzamkowego punktu widokowego z urzekającą panoramą, na pewno nie będzie się też  żałować spróbowania dawnych specjałów w regionalnej karczmie.

Po południu chłopaki jadą na 18:00 na mszę do Leska. Wracają witani ciepłym ogniem z kominka. Wieczorem kończymy naszą przygodę z sagą Millennium.

Bieszczadzka Gwiazdka, 2013/2014

Plany na tegoroczne ferie pokrzyżował kalendarz. Tymo w szkole miał mieć przerwę dopiero na dwa ostatnie tygodnie lutego – w terminie, w którym M. nie mogła wziąć urlopu, a i R. nie było to za bardzo na rękę. Po rodzinnej debacie doszliśmy do wniosku, że jedynym terminem, w którym wyjazd odpowiada wszystkim, jest okres świąteczno-noworoczny. Jako że jesteśmy tradycjonalistami i nie wyobrażamy sobie Świąt Bożego Narodzenia bez rodzinnego spotkania przy stole, wpadliśmy na rozwiązanie kompromisowe – wyjazd w Bieszczady, który pozwoli nam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: spędzić dwa tygodnie z chłopcami na świeżym powietrzu w górach i jednocześnie wyrwać się na Wigilię i Pierwszy Dzień Świąt do położonego 120 km stamtąd domu Rodziców R. Wybieramy ośrodek Bystre z sensownym ośrodkiem narciarskim, położony niedaleko Baligrodu. Continue reading

Babia Góra i okolice

Minęło już ponad dwa miesiące od ostatniego wyjazdu, więc nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy znowu nie zaplanowali jakiegoś wypadu (zwłaszcza że R. dostał od lekarza zielone światło na chodzenie po górach!). Tym razem wybór padł na okolice Babiej Góry. Od rana pakujemy się, M. jeszcze chwilę pracuje, a R. załatwia ostatnie drobiazgi (np. przeprowadzkę posadzonych przez chłopców fasolek do dziadków:)). Funkcjonowanie w domu utrudnia nam remont instalacji wodnej, więc z radością wyrywamy się parę minut po 13:00.

07.11.2013, czwartek

8-11 st., przelotny deszcz 

Warszawa – Zubrzyca Górna (13:10-20:30, 456 km)

Jedziemy trasą katowicką i zakopianką. Droga dość zatłoczona, ale bez korków, przeszkadza nam jedynie aura – przez znaczną część trasy pada.

Kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą kiszki grają nam już głośno marsza, więc szukamy czegoś na ząb. Zatrzymujemy się w barze-restauracji ok. 110 km od Warszawy. Nie jest to może zbyt wyszukany lokal, ale widać, że ma duże obroty, a jedzenie jest niezłe i niedrogie (50 zł za dwudaniowy obiad dla dwóch osób).

Trasę umilamy sobie głównie czytaniem – powoli kończymy drugi tom „Millenium”. Słuchamy też trochę „Soundtracku” Lao Che i płyty Meli Koteluk. Na miejsce docieramy o 20:30.

Nasza meta to ładnie odnowiona agroturystyka w Zubrzycy Górnej. Dostajemy cały 4-osobowy apartament, czyli właściwie pokój studio na poddaszu za 70 zł/dobę. Szybko się rozpakowujemy i kładziemy spać, bo jutro ma być ładna pogoda i musimy wcześnie wyjść w góry!

 

08.11.2013, piątek

12 st. i słoneczko, na Babiej ok. 5 st., chmury i b.b.b. silny wiatr…

Wstajemy o 6:00 rano, a przed 8:00 meldujemy się na przełęczy Krowiarki i ruszamy czerwonym, „grzbietowym” szlakiem…

… na Babią Górę

Zachwycamy się pięknym lasem, ciszą i spokojem, mijamy jedynie pojedyncze schodzące osoby. Powoli odsłaniają się nam widoki, zarówno w stronę szczytu, jak i na okoliczne beskidzkie wzniesienia i majaczące na horyzoncie majestatyczne Tatry. Niestety, im wyżej, tym bardziej daje nam się we znaki słynny babiogórski wiatr. Na Sokolicy czujemy go już dobrze, a od Gówniaka (co za wymowna nazwa!) po prostu próbuje nas zdmuchnąć ze szlaku.

Polana Krowiarki - ruszamy.

Polana Krowiarki – ruszamy.

Sokolica.

Sokolica.

Sokolica - nie mylić z tą z Pienin.

Sokolica – nie mylić z tą z Pienin.

Widok z Sokolicy.

Widok z Sokolicy.

Królowa Beskidów za woalką.

Królowa Beskidów za woalką.

Kępa (zwana też Kopą) - kolejny szczyt po drodze.

Kępa (zwana też Kopą) – kolejny szczyt po drodze.

Machamy naszym Taterkom.

Machamy naszym Taterkom.

Prosto na Babią!.

Prosto na Babią!.

Przed nami ... Gówniak (sic!).

Przed nami … Gówniak (sic!).

Ta nazwa nas urzekła.

Ta nazwa nas urzekła.

Na szczycie dogania nas sympatyczny starszy pan, mówiąc, że nieraz przez ten wiatr musiał zawracać z drogi, więc chyba dzisiaj nie jest jeszcze tak źle. Po obowiązkowych fotkach (w końcu to nasz kolejny szczyt do KGP!) chowamy się na chwilę za solidny kamienny murek (chyba wiatr dawał się wcześniej we znaki nie tylko nam), szybko jemy kanapki i ruszamy dalej.

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Schodzimy sprawnie przez przełęcz Brona do nowego schroniska na Markowych Szczawinach. Pod koniec kolana wyraźnie przypominają nam, że idziemy już prawie 4 godziny bez dłuższych postojów… Schronisko wita nas przyjemnym ciepłem i miłą, jasną jadalnią. Pałaszujemy zupki (kwaśnicę i żurek) oraz naleśniki ze szpinakiem i pierogi z serem.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Przełęcz Brona.

Przełęcz Brona.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Posileni i wypoczęci ruszamy na ostatni odcinek dzisiejszej trasy. Bardzo miły, trawersujący szlak niebieski sprowadza nas w półtorej godziny spokojnej wędrówki przez piękne buczyny na parking na przełęczy Krowiarki. W samochodzie jesteśmy o 14:00, ciesząc się na spokojne popołudnie i wieczór!

Co to znaczy mieć w kims oparcie...

Co to znaczy mieć w kimś oparcie…

Schodzimy do Krowiarek.

Schodzimy do Krowiarek.

Nasz czas: 8:00-14:00, 15 km, ok. 800 m przewyższenia

Wracając, robimy jeszcze drobne zakupy w Zubrzycy, udaje nam się nawet znaleźć sklep motoryzacyjny (Peugeot wypił za dużo płynu chłodniczego…) i aptekę.

Po południu M. dokańcza swoje sprawy zawodowe, a R. zapisuje trasę i robi zdjęcia.

Wieczorem kończymy II tom „Millenium” i oglądamy porażającą „Różę” Smarzowskiego.

 

09.11.2013, sobota

Od rano pochmurno i przelotna mżawka, 9 stopni

Świadomość zapowiadanego na popołudnie załamania pogody znów wcześnie zrywa nas z łóżek. Rano jeszcze przez telefon konsultujemy z Dziadkami sprawy zdrowotne Sebusia (oczywiście akurat na nasz wyjazd rozkasłał się na całego), w końcu R. załatwia mu wizytę u lekarza – dla świętego spokoju. A my po szybkim śniadanku o 8:30 stawiamy się na szlaku.

Do schroniska na Hali Krupowej

Podjeżdżamy samochodem nieco za Przełęcz Zubrzycką, odnajdujemy punkt wyjścia czarnego szlaku i dalej w górę. Ścieżka prowadzi dość stromo przez las, właściwie niemal cały czas prosto, kilka razy przecinając leśne drogi trawersujące stok. Chmury nisko wiszą nad ziemią, to wyciągamy, to chowamy parasole. Wokół mieszany las, momentami szuramy butami wśród opadłych liści buków – wyprawy listopadowe to jest to. Pozwalają choć trochę polubić ten miesiąc.

Ruszamy na Halę Krupową.

Ruszamy na Halę Krupową.

Widok na masyw Policy.

Widok na masyw Policy.

Dlatego lubimy listopad.

Dlatego lubimy listopad.

Bukowy dywanik.

Bukowy dywanik.

Po nieco ponad godzinie osiągamy grzbiet, a w kolejne 15 minut dochodzimy na porosłą pożółkłymi trawami Halę Krupową. Zamglone beskidzkie szczyty rozciągające się dookoła wyglądają niezwykle malowniczo. Wilgoć wprost wisi w powietrzu.

Hala Krupowa.

Hala Krupowa.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Hala Krupowa w listopadzie.

Hala Krupowa w listopadzie.

Przed odwiedzeniem ciepłego schroniska postanawiamy podejść jeszcze 15 min w prawo na szczyt Okrąglicy – chcemy zaleźć oznaczoną na mapie górską kapliczkę. Błotnista droga pnie się  łagodnie w górę. Kapliczki najpierw nie odnajdujemy – orientujemy się, że coś nie tak, gdy szlak zaczyna sprowadzać w dół – wracamy się więc kawałek i instynktownie skręcamy w wyraźną drogę prowadzącą na sam szczyt. Po chwili okazuje się, że poszliśmy dobrze. Dojście do kapliczki nie jest oznakowane, a szkoda – może więcej turystów trafiłoby do tego klimatycznego miejsca. Drewniana kapliczka Matki Boskiej Opiekunki Turystów, wyglądem przypominająca turystyczną wiatę, zasługuje na chwilę postoju. Na ścianach wiszą drewniane tablice upamiętniające zmarłych ludzi gór, są też stacje drogi krzyżowej. Patronka tego miejsca – Matka Boska Opiekunka Turystów – trzyma w rękach Dzieciątko, a na plecach niesie wypchany plecak górski. Chętnie zatrzymujemy się na chwilę refleksji.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Po postoju przy kapliczce kierujemy się już prosto do schroniska na Hali Krupowej. Obiekt – podobnie jak Schronisko na Markowych Szczawinach – przeszedł niedawno remont, uzyskując bardziej „ekologiczny” charakter. Zjadamy po pysznej zupie, chrupiące naleśniki z serem, a na deser – szarlotkę. Mniam! Chłopcom kupujemy ładne drewniane ołówki z koziołkiem i owieczką.

Hala Krupowa - kierujemy się w stronę schroniska.

Hala Krupowa – kierujemy się w stronę schroniska.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Wracamy tą samą drogą. Dopiero gdy dochodzimy do samochodu, zaczyna porządniej padać.

Cała wycieczka mimo listopadowej pogody była bardzo sympatyczna. Po drodze przypominaliśmy sobie wszystkie polskie pasma górskie wraz z najwyższymi szczytami, parki narodowe i schroniska, w których byliśmy. Fajna gimnastyka dla głowy.

Nasz czas: 8:30-12:45; 9,5 km, ok. 500 m przewyższenia

Po powrocie pyszna kawka i szybkie zapiski.

Późnym popołudniem wybieramy się na sentymentalny spacer po Zakopanem. Przejeżdżamy drogą przez Dzianisz i Gubałówkę – odżywa wiele wspomnień. Potem zjeżdżamy do centrum miasta. Parkujemy przy ulicy Sienkiewicza i w drogę. Niestety, pada bez przerwy, nam zimno, więc zaczynamy spacer od wizyty w Sabale. Jemy naprawdę przepyszne zupy (cebulową i borowikową w chlebku – mniam….) i oscypek opiekany z cebulką, popijając herbatą z sokiem malinowym. Po takim pokrzepieniu jesteśmy gotowi stawić czoła listopadowej szarudze. Pod parasolami przechodzimy na sam dół Krupówek, kupujemy cztery duże oscypki, a potem robimy w tył zwrot i idziemy do góry. Podchodzimy aż do samych Kuźnic. Patrzymy na znajome miejsca, rozmawiamy o tym, co się zmieniło, a co nie. Jest nam bardzo miło. Jedynym minusem jest padający coraz mocniej deszcz – gdy wsiadamy do samochodu, mamy zupełnie przemoczone spodnie, a w butach nam chlupie. Ale co tam – spacer był fajowy. Rozgrzewamy się nawiewem z samochodu przez całą drogę powrotną:)

 

10.11.2013, niedziela

Piękny słoneczny dzień z rześkim powietrzem, słońce i ok. 5 stopni

Po wczorajszym spacerowo-deszczowym wyczynie decydujemy się porządniej wyspać i nie nastawiamy budzika. Od rana wita nas słońce – miła odmiana po wczorajszym deszczu. Stanowi to dla nas niezłą motywację do kolejnego górskiego spaceru (a jednocześnie przeciwwagę do bólu kolan i stóp).

Zawoja-Jałowiec

Na szlaku stajemy dziś później. Z Zawoi ruszamy dopiero parę minut po 10:00. Niebieski szlak od razu pnie się ostro w górę, więc staramy się nie przesadzić z tempem i uspokajamy oddech. Prawie cały czas idziemy po bukowych liściach, uważając tylko na płynący naszą ścieżką strumyk – po wczorajszych opadach jest dziś dość mokro. Co chwilę zatrzymujemy się, by popodziwiać przyprószoną śniegiem Królową Beskidów – byliśmy na Babiej ledwie dwa dni wcześniej i śniegu było jak na lekarstwo; teraz warunki zmieniły się tam diametralnie. W połowie drogi przerwa na kanapkę i herbatkę z termosu – to niesamowite, jak bardzo takie rzeczy pokrzepiają w górach.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Bukową aleją.

Bukową aleją.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.) stajemy jeszcze przed południem. Szczyt nie jest zadrzewiony i rozciąga się stąd przepiękna panorama na okoliczne szczyty, w tym Babią Górę. Odpoczywamy chwilkę, wystawiając twarze do przygrzewającego słoneczka. Dookoła odpoczywają inni turyści.

Podejście na Jałowiec.

Podejście na Jałowiec.

Buki czekają na zimę.

Buki czekają na zimę.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Po opuszczeniu Jałowca przed nami już niemal tylko schodzenie. Kierujemy się w stronę Przełęczy Opaczne. Spacer zaostrza apetyty, więc – wiedzeni wizją obiadu – odbijamy ze szlaku w kierunku prywatnego schroniska „W murowanej piwnicy”. Budynek jest przepięknie położony na trawiastej polanie, z której rozciąga się fantastyczny widok na pasmo Babiej Góry. Z punktu widokowego wypatrujemy nawet wyłaniające się gdzieś w oddali szczyty Tatr. Szkoda tylko, że w schronisku brakuje trochę górskiej atmosfery, stoliki się lepią i jest dość drogo – no ale może my po prostu trafiliśmy na nienajlepszy moment. Fundujemy sobie porządny obiad – każdy je po zupie i porcji pierogów. Przynajmniej po górskiej trasie nie mamy wyrzutów sumienia w związku z kaloriami.

Szlak jak z marzeń.

Szlak jak z marzeń.

Schronisko 'W murowanej piwnicy' (Opaczne).

Schronisko ‚W murowanej piwnicy’ (Opaczne).

R. wypatrzył Świnicę.

R. wypatrzył Świnicę.

Po uważnym przestudiowaniu mapy stwierdzamy, że najlepiej będzie wrócić trasą rowerową oddzielającą się w okolicy Przełęczy Opaczne. Na przełęczy szlaku ani widu ani słychu, więc decydujemy się schodzić na azymut prosto w dół. Początkowo idzie się nieźle – drogą do zrywki drewna – potem zaczynają się przygody – ścieżka znika, za to pojawiają się stromizny i podmokłe obszary doprowadzające wodę w dół do potoku (obszar źródliskowy?) – woda jest pokryta warstwą bukowych liści, więc o jej istnieniu przekonujemy się dopiero wpadając butem do kostki w wodę. Na szczęście wreszcie docieramy do właściwej drogi, tej, którą biegnie szlak rowerowy – nasza radość nie ma granic. Ostatnią niespodzianką dzisiejszego dnia jest konieczność przekraczania potoku przecinającego drogę, co – z uwagi na dość wysoki poziom wód – nie jest dziś zadaniem łatwym. Siedmiomilowy krok na kamień znajdujący się pośrodku i skok na drugą stronę na szczęście rozwiązują sprawę.

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy...

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy…

Mokra niespodzianka na szlaku.

Mokra niespodzianka na szlaku.

Przy samochodzie stajemy przed 15:00. Słoneczna pogoda, rozległe widoki i przepiękny bukowy las – mieliśmy dziś wspaniałą wycieczkę na pożegnanie.

Nasz czas: 10:10-15:00, ok. 10 km i ok. 550 m przewyższenia

Wracając na kwaterę, podjeżdżamy jeszcze do centrum Zawoi, by obejrzeć drewniany eklektyczny kościół Św. Klemensa. Świątynia, pochodząca z końca XIX wieku, sprawia wrażenie bardzo – jak na drewniany kościół – dużej. Zaglądamy do wnętrza, do którego wpada przez witraże ciepłe nastrojowe światło.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Po obejrzeniu kościoła zajeżdżamy jeszcze pod budynek dyrekcji Babiogórskiego Parku Narodowego. Jest tu wystawa przyrodnicza, a w pobliżu – ścieżka edukacyjna. O tej porze ekspozycja jest już zamknięta, więc robimy tylko zdjęcie i udajemy się prosto do samochodu.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Pożegnanie z Babią Górą.

Pożegnanie z Babią Górą.

Po południu, przy kawce oglądamy naszą trasę na mapie w „Atlasie Gór Polski” i odgadujemy przyczynę naszych dzisiejszych problemów orientacyjnych – trasa rowerowa nie oddzielała się na przełęczy Opaczne, tylko nieco dalej w kierunku Kolędówki. Cóż, do map trzeba mieć ograniczone zaufanie.

 

11 listopada 2013, poniedziałek

Pochmurno i przelotny deszcz, ok. 6 st. C

Dzisiaj znowu zrywamy się raniutko, przed szóstą, bo chcemy jeszcze po drodze zajrzeć do paru miejscowości. To już tradycja, że wracając z naszych randek staramy się odwiedzić miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy i/lub które nie są zbyt interesujące dla dzieci. Dzisiaj nie będzie inaczej, a wybór padł na małopolskie miasteczka.

Lanckorona

Pogoda zrobiła nam psikusa i od rana przywitała nas mgłą i zachmurzeniem, a na domiar złego przed samą Lanckoroną zaczęło padać. Wysiadamy więc na rynku w średnich humorach i aby nie zmarznąć, zaczynamy od szybkiego wejścia na górujące nad miastem wzgórze z malowniczymi ruinami piastowskiego zamku z XIV w. Same ruiny nie są może zbyt imponujące, ale uroczo położone na zalesionym wzgórzu i stanowią miły cel romantycznego spaceru. Rozgrzani podejściem, wracamy na rynek, oglądając po drodze kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. w XVI w.). Chwilę jeszcze włóczymy się po rynku, szukając ładnych ujęć pięknych, drewnianych, w większości podcieniowych domów, pochodzących z XIX w. Zgodnie stwierdzamy, że Lanckorona to wymarzone miejsce na romantyczny spacer, a dzisiejsza mglista aura dodała mu szczególnego tajemniczego klimatu.

Rynek w Lanckoronie.

Rynek w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Rozległy lanckoroński rynek.

Rozległy lanckoroński rynek.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Lanckorona - klimat jak z bajki.

Lanckorona – klimat jak z bajki.

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Kalwaria Zebrzydowska

To miejsce, o którym słyszał chyba każdy. Od ponad 400 lat przed Wielkanocą odbywają się tu słynne Misteria Męki Pańskiej. Oglądamy zbudowany na początku XVII w. zespół klasztorny oo. bernardynów. Bazylika, klasztor i otaczające zabudowania tworzą wyjątkowo harmonijną architektonicznie bryłę. Zaglądamy do wnętrza pięknej barokowej bazyliki i ruszamy szlakiem tutejszych kalwaryjskich dróżek. Zaskakuje nas ogrom i piękne skomponowanie wszystkich elementów wpisanego w 1999 r. na listę UNESCO zespołu architektoniczno-przyrodniczego Kalwarii Zebrzydowskiej. Przejście zaledwie niewielkiej części dróżek zajęło nam prawie godzinę i dostarczyło wielu estetycznych i duchowych przeżyć. Dodatkowym zaskoczeniem było to, że znaczna część trasy prowadzi wśród domów, których zapewne nie było tutaj w czasie, gdy planowano budowę kaplic. Dotarcie do wszystkich kościołów i kaplic na trasie dróżek zajęłoby co najmniej trzy godziny, postanawiamy więc wrócić tutaj z nieco starszymi dziećmi.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej - wchodzimy na górę Żarek.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej – wchodzimy na górę Żarek.

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Wadowice

Na koniec części krajoznawczej naszej trasy zaglądamy do bliskiego sercu Polaków miasta, które było „małą ojczyzną” Karola Wojtyły. Obawiamy się nieco zalewu „papieskiej komercji”, ale Wadowice zaskakują nas pozytywnie swym autentycznym urokiem. Widać, że mieszkańcy dobrze wykorzystali potencjał miasta. Na całym placu Jana Pawła II rozmieszczone są płyty z nazwami polskich miast, odwiedzonych przez papieża oraz miejsca Jego innych pielgrzymek. Nad placem dominuje bryła XVIII-wiecznego kościoła, a otaczające go domy pochodzące z XIX w. dopełniają całości. My wizytę rozpoczynamy w cukierni „Galicjanka”. W tym miłym, dobrze przystosowanym do potrzeb rodzin z dziećmi miejscu pijemy kawkę i jemy… oczywiście pyszne kremówki! Oglądamy też dom rodzinny Karola Wojtyły, gdzie „wszystko się zaczęło”. Zadziwia nas ilość cukierni i kawiarni oferujących słynne kremówki, ale stwierdzamy, że dzięki temu w scenerii placu widzimy o kilka bankowych szyldów mniej.

Wadowicki rynek.

Wadowicki rynek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Dalsza droga mija nam na zapisywaniu trasy i miłych wspomnieniach z tego i poprzednich wyjazdów. Na obiad zatrzymujemy się w Krywaniu. Kolejny raz przekonujemy się, jak bardzo warto zboczyć na chwilę z utartych ścieżek szarej codzienności…!

Nasz dzisiejszy czas to ok. 9 godzin (8:00 – 17:15), przejechaliśmy w tym czasie ponad 430 km.

Ćmielów

Żywe Muzeum Porcelany w Ćmielowie

2013.09.29

10 st. C, pochmurno

W drodze powrotnej od Dziadków z Rzeszowa zahaczyliśmy o miejsce, które nęciło nas już od dawna: Żywe Muzeum Porcelany w Ćmielowie. Ćmielowskie wyroby znane są chyba niemal w każdym zakątku Polski, a także daleko poza granicami naszego kraju. Do niedawna rarytas zobaczenia na własne oczy procesu produkcji porcelany dostępny był tylko dla VIPów i innych szczęśliwców. Na szczęście sytuacja zmieniła się parę lat temu – Żywe Muzeum Porcelany jest obecnie otwarte dla wszystkich turystów i pozwala spędzić aktywnie i ciekawie czas – w zakładzie z ponad dwustuletnią historią można prześledzić (także na własnej skórze – tak tak, to nie pomyłka) cały proces produkcji porcelanowych wyrobów, zajrzeć do największego w Polsce pieca do wypalania porcelany, obejrzeć wystawę ćmielowskich wyrobów – wielką gratkę dla miłośników designu, a także uczestniczyć w warsztatach ceramicznych i wykonać własną niepowtarzalną pamiątkę z tego miejsca.

Myliłby się ten, kto by pomyślał, że dzieci w tym miejscu będą – było nie było – jak słoń w składzie porcelany – nic bardziej mylnego. To wymarzone miejsce dla najmłodszych. Nasi chłopcy byli zachwyceni tym, że w części muzealnej wszystkiego można było samemu dotknąć – ba, pani pozwoliła nawet zepsuć gotową figurkę. Sebuś potem z upodobaniem grzebał łapką w skorupkach, Tymo natomiast miał niepowtarzalną szansę podpisać się na porcelanowym kubku pod pilnym okiem ćmielowskiej malarki.

Witamy w Żywym Muzeum Porcelany

Witamy w Żywym Muzeum Porcelany

Dawne maszyny robią wrażenie na chłopcach

Dawne maszyny robią wrażenie na chłopcach

Nie, dawny bęben jest nie do ruszenia

Nie, dawny bęben jest nie do ruszenia

Takiego miejsca na pewno nie spotyka się często...

Takiego miejsca na pewno nie spotyka się często…

Małpki dbają o pozytywne wibracje

Małpki dbają o pozytywne wibracje

Ławka nawet wygodna

Ławka nawet wygodna

Przed nami dawny piec do wypalania porcelany

Przed nami dawny piec do wypalania porcelany

Sebuś szuka śladów ognia

Sebuś szuka śladów ognia

Piec ma 10 metrów średnicy - w środku całkiem wygodnie

Piec ma 10 metrów średnicy – w środku całkiem wygodnie

Sebuś bada zawartość nocnika

Sebuś bada zawartość nocnika

Wyjście z pieca na czas wypału zamurowywano

Wyjście z pieca na czas wypału zamurowywano

Możemy własnoręcznie sprawdzić, z czego powstaje porcelana.

Możemy własnoręcznie sprawdzić, z czego powstaje porcelana.

Tymo bada, co podobne do mąki, a co do piasku

Tymo bada, co podobne do mąki, a co do piasku

M. wypełnia formę porcelanową masą

M. wypełnia formę porcelanową masą

R. wylewa nadmiar masy

R. wylewa nadmiar masy

Tu można nawet psuć!

Tu można nawet psuć!

Laleczka z saskiej - nie - z ćmielowskiej porcelany

Laleczka z saskiej – nie – z ćmielowskiej porcelany

Stanowisko do szkliwienia

Stanowisko do szkliwienia

Praca wymaga cierpliwości i aptekarskiej dokładności

Praca wymaga cierpliwości i aptekarskiej dokładności

Ćmielowska malarka

Ćmielowska malarka

Tymo próbuje swoich sił

Tymo próbuje swoich sił

Gotowe!

Gotowe!

Kto słyszał o różowej porcelanie...

Kto słyszał o różowej porcelanie…

Jak oryginał

Jak oryginał

Po obejrzeniu części muzealnej przemiła pani zabrała nas na warsztaty ceramiczne. Nie trzeba się obawiać o swoje artystyczne zdolności – niezależnie od kocowego efektu zabawa jest znakomita i dla dużych, i dla małych. Wspólnym rodzinnym wysiłkiem udało nam się ulepić cztery róże. Końcowy efekt naszej pracy zapakowaliśmy w tekturowe pudełka, starając się zapamiętać instrukcję postępowania na najbliższy tydzień (najpierw 7-dniowe suszenie, potem 40-minutowe wypalanie).

Warsztaty ceramiczne

Warsztaty ceramiczne

Robimy nasze róże

Robimy nasze róże

Wystawa to raj dla miłośników designu

Wystawa to raj dla miłośników designu

Nas najbardziej ujął ''komplet bezuszny''

Nas najbardziej ujął ”komplet bezuszny”

... i ten piękny wazon - liść

… i ten piękny wazon – liść

Porcelanowe figurki ze słynną leżącą kotką

Porcelanowe figurki ze słynną leżącą kotką

Świetnie ujęty ruch

Świetnie ujęty ruch

Cała wycieczka dostarczyła nam fantastycznych wrażeń – Żywe Muzeum Porcelany jest godne polecenia każdemu, ale to chyba rodziny z dziećmi będą się bawić tu najlepiej. Jak to dobrze, że są ludzie, którzy wpadają na takie dobre pomysły i potrafią je potem urzeczywistnić.

Opuszczając Ćmielów, nie możemy się pohamować przed kupnem małej pamiątkowej figurki. Biały i czarny kotek nie jest tani, ale po ustawieniu na półce w kuchni ciągle chce się na niego patrzeć.

Łańcut

Zamek i park w Łańcucie

Wspaniała barokowa rezydencja magnacka Lubomirskich i Potockich (pierw. XVI, przeb. XVII w.), otoczona pięknym ogrodem geometrycznym i parkiem krajobrazowym, powozownia z imponującym zbiorem powozów, storczykarnia, największa ekspozycja ikon w Polsce, barokowa synagoga – wiele jest powodów do odwiedzenia Łańcuta.

My w związku z bliskością domu Dziadków jesteśmy tu częstymi gośćmi w różnych porach roku. Zamek i powozownię zwiedzaliśmy jeszcze sami, bez dzieci. Pokażemy im to wszystko, jak jeszcze trochę podrosną. Z chłopakami najczęściej wybieramy się po prostu na pobieganie po łańcuckim parku. Oczywiście najpiękniej jest wiosną, gdy kwitną kwiaty i krzewy, ale miesiące zimowe też mają swój urok: można pojeździć na sankach po parkowych alejkach i cieszyć oczy, bo miejsce naprawdę jest przepiękne. Continue reading

Czarnogóra część II – Durmitor, powrót na Promorje i Lovćen

28 sierpnia 2013, środa

Cały dzień to słońce, to przelotne opady, od 12 stopni na wysokości 1900 m do 24 stopni na nizinach

PN Durmitor w pigułce

Niestety, ze względów zdrowotnych nie mogliśmy w tym roku porządnie pochodzić po górach, więc z łezką w oku nie zaplanowaliśmy wyprawy na najwyższy szczyt Durmitoru – Bobotov Kuk (2523 m n.p.m.). Ale ta sytuacja miała też dobre strony – inaczej wybralibyśmy się na jakąś trasę-siekierę na 15 godzin i dziko gnalibyśmy do przodu, a tak to mogliśmy spędzić czas na spokojnych spacerach i postojach połączonych z podziwianiem widoków. A w Durmitor (i w inne pasma Czarnogóry) na pewno jeszcze wrócimy – to piękne góry, niezbyt trudne, idealne do wycieczek ze szkolnymi dziećmi.

Rano odmeldowujemy się z hotelu i podjeżdżamy do centrum niewielkiego Žabljaka. To najwyżej położone na Bałkanach miasto (powyżej 1400 m) jest świetnym punktem wypadowym w masyw Durmitoru. Są tu głównie hotele i kwatery (nastawione chyba zwłaszcza na sezon zimowy), kilka sklepów i restauracji. Budynki w większości nowe lub poodnawiane, kolorowe drogowskazy wskazują drogę na szlaki – widać, że rejon intensywnie rozwija się turystycznie, choć oczywiście stopnia komercjalizacji Žabljaka nie da się nawet porównać z naszym Zakopanem. Podjeżdżamy do siedzimy parku i kupujemy mapę Durmitoru – ta inwestycja jest na wagę złota, bo w Polsce górskie mapy Czarnogóry były nie do dostania. Po krótkim przestudiowaniu trasy decydujemy się na przyjemny spacer z żelaznego repertuaru przeciętnego žabljackiego turysty. Obchodzimy niewielkie, ale urokliwe Crno Jezero, po czym robimy spacer do Zmijinjego Jezera i wracamy z powrotem na parking. Cały wypad (spokojnym tempem z postojami) zajmuje nam ok. 3 godzin. Na trasie spotykamy niewielu turystów (może to przez niezachęcającą pogodę), jest spokojnie i miło. Zaskakuje nas wysoki stopień podobieństwa roślinności do tej znanej z naszych polskich szlaków, nawet temperatura powietrza jest jakaś taka „polska” – termometr wskazuje zaledwie kilkanaście stopni. To zadziwiające, jak bardzo zróżnicowany może być tak mały kraj jak Czarnogóra – mamy jeszcze w pamięci przedwczorajszą spiekotę i drzewa cytrusowe na wybrzeżu.

Žabljak z samochodu.

Žabljak z samochodu.

Park Narodowy Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Siedziba PN Durmitor.

Siedziba PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Na pożegnanie masywu Durmitor decydujemy się jeszcze przejechać  wysokogórską drogą, przez przełęcz pod szczytem Sedlena Greda, wznoszącą się na poziom ponad 1900 m n.p.m. (przejażdżka jednocześnie ma służyć jako rekonesans przed przyszłą wyprawą na Bobotov Kuk szlakiem z przełęczy). Nie zniechęcają nas pomruki burzy, pierwsze krople deszczu i kłębiące się chmury, R. odważnie rusza wąską i krętą drogą pod górę. Sam przejazd oczywiście wymaga ogromnej uwagi i wprawy, zwłaszcza podczas mijania się z samochodami jadącymi z naprzeciwka – jest wąsko, przepaściście, na drodze spotyka się kamienie, trzeba się też rozmijać z krowami i owcami (widzimy też stado koni). Mimo to w porównaniu z trasą  z Virpazaru do Rijeki Crnojevićy jedzie się z mniejszą dawką adrenaliny  – droga jest poprowadzona przez płaskowyż i wziąwszy pod uwagę wysokość n.p.m., ma stosunkowo mało zakrętów. Trasa jest niezmiernie widokowa – stwierdzamy, że to jedna z najpiękniejszych dróg, jakimi kiedykolwiek przyszło nam jechać. Aż trudno wybierać kadry na kolejne migawki. Podczas końcowego fragmentu (kręty przejazd tunelami aż pod stopy rzeki Piva) M. nawet robi krótki filmik dla chłopaków – na pewno by im się podobało. Polecamy przejechanie tą trasą wszystkim po operacjach ortopedycznych – chi chi – to namiastka przejścia wysokogórskiego szlaku i wspaniała możliwość liźnięcia krasowego masywu Durmitoru.

PN Durmitor z okien samochodu.

PN Durmitor z okien samochodu.

Dzień dobry paniom.

Dzień dobry paniom.

Przełęcz pod szczytem Sedlena Greda.

Przełęcz pod szczytem Sedlena Greda.

Widok z przełęczy pod szczytem Sedlena Greda.

Widok z przełęczy pod szczytem Sedlena Greda.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Wyjeżdżamy poza granicę PN Durmitor.

Wyjeżdżamy poza granicę PN Durmitor.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

A Pani dokąd.

A Pani dokąd.

Czarnogórskie tunele.

Czarnogórskie tunele.

Znajdź wyjście z tunelu.

Znajdź wyjście z tunelu.

W tunelu może być nawet skrzyżowanie.

W tunelu może być nawet skrzyżowanie.

Po zjechaniu z tej emocjonującej trasy zatrzymujemy się na chwilę, by utrwalić na fotografii spiętrzone przez zaporę wody Pivy – ten piękny kolor wody i góry dookoła – poezja.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Wracając do naszej podstawowej mety, na śródziemnomorskie Primorje, rozmawiamy o tym, że ten, kto poprzestał tylko na plażowaniu na czarnogórskim wybrzeżu, nie poznał całego oblicza kraju – wyprawa na północ pokazuje ogromną różnorodność Czarnogóry – w ciągu jednego dnia można odbyć wysokogórską wycieczkę, zmarznąć i zmoknąć, a wieczorem kąpać się w ciepłych wodach Adriatyku, spoglądając na śródziemnomorską roślinność. Na północy jest też dużo mniej turystów, a kraj wydaje się bardziej autentyczny – komercja jeszcze tu nie dotarła.

Dopełnieniem dzisiejszego dnia, zdominowanego do tej pory przez piękną przyrodę, jest wizyta w XVII-wiecznym Monasterze Ostrog – jednym z najważniejszych miejsc dla bałkańskiego prawosławia. Zaczynamy od emocjonującego (zjazd z głównej szosy Nikšić-Podgorica) 10-kilometrowego podjazdu po stromych stokach Prekornicy. Wąsko, kręto, przepaściście – wszystko byłoby pięknie gdyby nie ten sznur samochodów nadjeżdżających z naprzeciwka. Emocje towarzyszące wymijaniu się z autami z przeciwnego kierunku były w kilku miejscach porównywalne ze skokiem na bungee – w każdym razie M. wolałaby cały ten odcinek honorowo przejść na własnych nogach niż pokonać go za kierownicą, za to R. był niezrównany i z miną pokerzysty zajechał na sam górny parking. W całym obszarze monasteru wzmożony ruch turystyczny, głównie o charakterze pielgrzymkowym. Wierni przybywają tu, by czcić uzdrawiające relikwie św. Wasyla. Na nas największe wrażenie robi jednak wkomponowanie górnego monasteru w skały Prekornicy – samo przebywanie w tym miejscu jest dla nas jak modlitwa. Oglądamy budynek konaku oraz cały kompleks monasteru razem z dwiema cerkwiami-kaplicami: Świętego Krzyża i Zaśnięcia Bogurodzicy (pokrytą pięknymi XVII-wiecznymi freskami). Wizyta w monasterze Ostrog jest wspaniałym przeżyciem, zarówno duchowym, jak i estetycznym.

Wejście do Monasteru Ostrog (XVII w).

Wejście do Monasteru Ostrog (XVII w).

Budynek konaku.

Budynek konaku.

Monaster Ostrog (XVII w).

Monaster Ostrog (XVII w).

Widok- modlitwa.

Widok- modlitwa.

Dolny Monaster Ostrog - cerkiew.

Dolny Monaster Ostrog – cerkiew.

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

W domu jesteśmy dopiero po 20:00 i po raz kolejny błogosławimy decyzję o wykupieniu dodatkowego noclegu w Žabljaku.

Pod koniec dnia M. wychwala umiejętności kierowcy R. – sama za żadne pieniądze nie wybrałaby się na przejażdżkę dla przyjemności takimi drogami jak dziś:)

 

29 sierpnia 2013, czwartek

Pięknie i ciepło, do 32 st., w dzień chwilami trochę chmur dających przyjemny cień

Cudowny dzień na Primorju

Po dwóch dniach spędzonych w podróży dookoła kraju postanawiamy dzisiaj zwiedzić najbliższe okolice. Zaczynamy od turystycznej wizytówki Czarnogóry – wyspy Sveti Stefan. To zbudowana w XV w. na wyspie niewielka twierdza z kamiennymi domkami otoczonymi murami. Tutaj przed wiekami chronili się przed Turkami i korsarzami mieszkańcy okolicznych miejscowości. Obecnie (od lat 50. XX w., gdy wysiedlono tutejszą ludność) cała wyspa to właściwie jeden bardzo ekskluzywny hotel i zwykli śmiertelnicy nie mają tam wstępu. Na szczęście patrzeć nikt nie zabrania, więc zatrzymujemy się na głównej szosie i urządzamy sobie spacer w dół w stronę tutejszej plaży. O ile widoki z szosy i z plaży są naprawdę piękne, o tyle sama plaża to nic ciekawego, więc miejscowość nie jest warta zatrzymania się na dłużej. Zdjęcie stąd to jednak obowiązkowy punkt programu (przy szosie zatrzymują się w tym celu całe autobusy z turystami…)

Czarnogórskie wybrzeże.

Czarnogórskie wybrzeże.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Lekko zdyszani po podejściu z plaży (kilkaset metrów po schodkach w upale daje nieźle popalić) ruszamy w stronę Baru, podziwiając po drodze widoki na kolejne malownicze zatoczki z plażami – im dalej na południe, tym mniej skomercjalizowane. Główny cel naszej dzisiejszej wycieczki to Stary Bar, niezamieszkana, zrujnowana starówka. To miejsce jest po prostu magiczne, a przy tym nadzwyczaj spokojne (przez godzinę mijamy się tylko z kilkunastoma osobami, głównie Polakami z grupy, która przyjechała tu autokarem). Miasto zbudowane na kamiennym wzgórzu w XIV w. (choć osada istniała tu od ok. VI w.) od drugiej połowy XIX w. pozostaje w ruinie. Dzieło zniszczenia z czasów wojny rosyjsko-tureckiej dokończyło trzęsienie ziemi w 1979 r. Ale może właśnie dzięki temu, że miasto nie zostało odbudowane, jest dzisiaj tak atrakcyjne.

Przez godzinę spacerujemy, obchodząc każdy zakątek ruin, wśród których są kościoły, cerkwie, pałace, domy, ale też twierdza zbudowana na miejscu dawnego pałacu biskupiego. Z jej murów można podziwiać widok na ruiny oraz rozciągające się u ich stóp miasto z wieżami minaretów i krzyżami cerkwi (w Barze wspaniale widać przenikanie się kultur), port i otaczające miasto góry.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

Mury Starego Baru.

Mury Starego Baru.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

Zaglądamy w różne zakamarki.

Zaglądamy w różne zakamarki.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

O... jeszcze tu można wejść.

O… jeszcze tu można wejść.

Czy to była brama...

Czy to była brama…

Wystawa detali architektonicznych w dawnym magazynie prochu.

Wystawa detali architektonicznych w dawnym magazynie prochu.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Widoki z murów twierdzy w Starym Barze.

Widoki z murów twierdzy w Starym Barze.

Fragment ściany twierdzy zatrzymał się w dziwnej pozie...

Fragment ściany twierdzy zatrzymał się w dziwnej pozie…

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Akwedukt.

Akwedukt.

Widać nawet pozostałości fresków.

Widać nawet pozostałości fresków.

A tuż obok stoi meczet.

A tuż obok stoi meczet.

Dookoła piękne góry.

Dookoła piękne góry.

A u stóp dzisiejszy Bar.

A u stóp dzisiejszy Bar.

Po tym uspokajającym spacerze zatrzymujemy się na obiad w Konobie Kula na przyjemnym tarasiku pod murami miejskimi. Po raz kolejny doceniamy walory czarnogórskiej kuchni: zajadamy się paprykami faszerowanymi serem i wsuwamy pizzę z warzywami, za wszystko płacimy niecałe 15 Euro (a gratis dostajemy jeszcze pyszne melony, arbuzy i winogrona!). Mniam!

Po południu, posileni kawą i winogronami kupionymi w barskim markecie (skąd przywieźliśmy też na pamiątkę czarnogórskie wina Vranac), ruszamy na spacer do starego miasta w Budvie. Spragnieni ruchu, rezygnujemy z podjazdu samochodem pod budwiańską starówkę, wolimy pieszo pokonać te pięć kilometrów (w jedną stronę). Większą część trasy wiedzie przyjemnymi promenadami wzdłuż plaży w Bečići, a następnie w Budvie. Niestety, nie znajdujemy tunelu, którym kiedyś podobno można było pokonać dzielący obie miejscowości półwysep. Prawdopodobnie został on zlikwidowany przez ogromną inwestycję deweloperską, zajmującą połowę półwyspu… Z bólem serca patrzymy, jak każdy fragment ziemi w tej okolicy zajmowany jest przez kolejne, zwykle coraz większe hotele i apartamentowce… Na pewno okolice Budvy to nie jest miejsce na wakacje dla osób pragnących kontaktu z dziką przyrodą (my wybraliśmy te okolice na bazę wypadową ze względu na dobre połączenie drogowe z resztą kraju). Niewątpliwie jednak plaże są przyjemne, a dookoła pełno atrakcji, więc ci, którym nie przeszkadza wielkomiejski gwar, będą zapewne zadowoleni.

Idąc wzdłuż plaży, bardzo często słyszymy język rosyjski –  widać, że dużo Rosjan wybiera te okolice na swoje wakacje. Język polski też słychać dość często, szczególnie na samej starówce. Tutejsze stare miasto, w przeciwieństwie do otaczającej je gwarnej Budvy, jest (przynajmniej o tej porze – około 18:00) oazą spokoju. Przyjemnie jest błądzić wąskimi uliczkami w poszukiwaniu miejsca na wypicie mrożonej kawy. Zatrzymujemy się w tym celu w przyjemnie położonej na Starogradskim Trgu restauracji. Słone ceny osładza nam widok na katedrę św. Jana i Dwór Biskupi i najlepsza miejscówka na „ławce-huśtawce”. Po chwili przyjemnego odpoczynku oglądamy jeszcze cerkiew św. Trójcy (XIX w.) oraz dwie maleńkie średniowieczne świątynie – cerkiew św. Sawy i kościół sv. Maria in Punta. Na dłużej zatrzymujemy się na murach cytadeli, z których roztaczają się o tej porze przepiękne widoki na dachy starówki, otaczające góry i Adriatyk z wynurzającą się z niego wyspą sv. Nikola (z widocznym stąd skośnym układem warstw skalnych). To wszystko w promieniach zachodzącego słońca… – po prostu BAJKA! Niestety każda przyjemność kiedyś się kończy, więc ruszamy w powrotną drogę, tym razem wzdłuż pustoszejących już plaż. Dochodzimy do naszego Bečići ok. 19:30, cały spacer zajął nam niespełna trzy i pół godziny i wymagał pokonania koło 10 km w obie strony (nie licząc krążenia po starówce).

Na plaży w Bečići.

Na plaży w Bečići.

W Budvie można kupić naprawdę świeżą rybkę.

W Budvie można kupić naprawdę świeżą rybkę.

Starówka w Budvie.

Starówka w Budvie.

Mury starego miasta w Budvie.

Mury starego miasta w Budvie.

Katedra św. Jana i Dwór Biskupi.

Katedra św. Jana i Dwór Biskupi.

Ceriew św. Trójcy (XIX).

Ceriew św. Trójcy (XIX).

Średniowieczna cerkiew św. Sawy.

Średniowieczna cerkiew św. Sawy.

Wchodzimy do cytadeli.

Wchodzimy do cytadeli.

Spojrzenie na wyspę Sv. Nikola.

Spojrzenie na wyspę Sv. Nikola.

Budviańska starówka z murów cytadeli.

Budviańska starówka z murów cytadeli.

Średniowieczne świątynie i nowoczesne miasto.

Średniowieczne świątynie i nowoczesne miasto.

Zachód słońca w Bečići.

Zachód słońca w Bečići.

 

30 sierpnia 2013, piątek

Niewielkie zachmurzenie, 26 stopni

Na dzień pożegnalny wybieramy wyprawę do serca Czarnogóry – do mauzoleum czarnogórskiego XIX-wiecznego władyki, Njegoša, na szczycie Jezerskiego Vrhu w masywie Lovćenu oraz do dawnej stolicy Czarnogóry, Cetinja. Nasza wycieczka pozwala poczuć ducha czarnogórskiej państwowości, a przy tym obfituje w przepiękne widoki – w sam raz na pożegnanie Czarnogóry.

W masyw Lovćen wjeżdżamy drogą od strony Cetinja. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Brajići, gdzie podchodzimy krótkim szlakiem do ruin zamku usytuowanego malowniczo na skalistym zboczu ponad Adriatykiem. Wycieczka – tylko skrótowo wspominana w przewodnikach – jest ogromnie atrakcyjna i ze wszech miar warta polecenia głownie ze względu na fantastyczne widoki rozciągające się spod ruin na fragment wybrzeża od Świętego Stefana po Budvę. Do tego spokój i zero ludzi – bajka.

Wybrzeże Adriatyku w okolicy Budvy.

Wybrzeże Adriatyku w okolicy Budvy.

Starówka w Budvie.

Starówka w Budvie.

Okolice wyspy Sv. Stefan z drogi do Cetinje.

Okolice wyspy Sv. Stefan z drogi do Cetinje.

Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę Sveti Stefan.

Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę Sveti Stefan.

Plaże Bečići i Budvy spod ruin zamku w Brajići.

Plaże Bečići i Budvy spod ruin zamku w Brajići.

Ruiny zamku w Brajići.

Ruiny zamku w Brajići.

Malownicza dróżka spod ruin zamku w Brajići.

Malownicza dróżka spod ruin zamku w Brajići.

Po krótkiej przerwie ruszamy już prosto do Parku Narodowego Lovćen. Wbrew naszym obawom droga wjeżdżająca od tej strony na Jezerski Vrh jest dość szeroka i mimo serpentyn nie sprawia większego kłopotu. Jezerski Vrh jest najwyższym dostępnym dla turystów szczytem masywu i rozciąga się z niego piękna panorama od Durmitoru po Adriatyk, z Cetinje malowniczo wciśniętym między góry. Tym, co przyciąga tu najwięcej turystów, jest jednak mauzoleum Njegoša – czarnogórskiego władyki i autora jednego z najważniejszych dla świadomości narodowej Czarnogórców dzieł – poematu epickiego Górski wieniec. Parkujemy na niewielkim parkingu, po czym podchodzimy ok 15 min na szczyt. Ostatni fragment wiedzie betonowymi schodami (a wydaje się, że schody zostaną dociągnięte aż na sam parking – obecnie cały teren mauzoleum jest obstawiony rusztowaniami i intensywnie renowowany) i tunelem wydrążonym w skale (na czas remontu tunel zamknięty, wchodziliśmy na szczyt schodkowym obejściem z boku). W naszych parkach narodowych takie posunięcie byłoby chyba nie do pomyślenia… Na szczycie oglądamy mauzoleum Njegoša – wejścia strzegą Czarnogórki-Kariatydy, wewnątrz znajduje się imponujący rozmiarem pomnik władyki siedzącego pod pozłacanym sklepieniem, a w krypcie znajdującej się 4 m niżej jest usytuowany jego grób. Po obejrzeniu mauzoleum przechodzimy na platformę widokową na drugiej stronie szczytu, po czym wracamy do samochodu.

Park Narodowy Lovćen - widok na Štirovnik (1749).

Park Narodowy Lovćen – widok na Štirovnik (1749).

Wchodzimy na Jezerski Vrh.

Wchodzimy na Jezerski Vrh.

Mauzoleum Njegoša na Jezerskim Vrhu (1660).

Mauzoleum Njegoša na Jezerskim Vrhu (1660).

Kariatydy strzegą grobu Njegoša.

Kariatydy strzegą grobu Njegoša.

Wnętrze mauzoleum.

Wnętrze mauzoleum.

Krypta z grobem władyki.

Krypta z grobem władyki.

Po drugiej stronie Jezerskiego Vrhu... chwila odpoczynku.

Po drugiej stronie Jezerskiego Vrhu… chwila odpoczynku.

Góry w PN Lovćen ze szczytu Jezerskiego Vrhu.

Góry w PN Lovćen ze szczytu Jezerskiego Vrhu.

Spojrzenie z Jezerskiego Vrhu na Cetinje.

Spojrzenie z Jezerskiego Vrhu na Cetinje.

Czas schodzić...

Czas schodzić…

Następny punkt programu to Cetinje. Po spojrzeniu na mapę decydujemy się pojechać tam okrężną drogą – zjechać z Jezerskiego Vrhu w stronę Kotoru, a dopiero potem skręcić na Cetinje. Mimo zdecydowanie gorszej jakości drogi i obiektywnie większych trudności dla kierowcy wariant ten jest godny polecenia z uwagi na fantastyczne widoki rozciągające się z drogi na Bokę Kotorską od Tivatu po Kotor. To jedne z najpiękniejszych widoków, jakie oglądaliśmy w Czarnogórze.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Po widokowej części wycieczki zajeżdżamy na parking w Cetinju. Dawna stolica kraju ma charakter raczej prowincjonalny, ale przez to właśnie zachowuje swój urok, a zwiedzanie jej nie męczy. Podchodzimy na główny plac miasta, Trg Kralja Nikole, na którym odnajdujemy dwór Njegoša (XIX w.), pomnik gospodara Ivana Crnojevicia, założyciela Cetinja (XV w.) oraz budynek Muzeum Państwowego mieszczącego się w dawnym pałacu Króla Mikołaja (XIX/XX w.). Teraz czas na obiad – jemy w niedrogiej, sympatyczniej restauracyjce. Po obiadku zwiedzania ciąg dalszy. Odnajdujemy kilka budynków dawnych ambasad pamiętających dawną świetność kraju oraz podchodzimy pod XV-wieczną pasterską cerkiew (Vlaška crkva), przed którą stoją dwie bogomilskie stećki z widocznymi jeszcze reliefami. Na koniec podchodzimy pod ważny dla duchowości Czarnogórców monaster cetinjski – dawną siedzibę władyków (pierw. XV, ob. pocz. XX w.) i wchodzimy na wzgórze Orlov Krš z grobem Daniły I (XVII/XVIII w.), założyciela jednej z najważniejszych czarnogórskich dynastii. Roztacza się stąd piękny widok na Cetinje i masyw Lovćen ze szczytem Jezerskiego Vrhu. Teraz już prosto do samochodu. Schodząc ze wzgórza, zauważamy na drzewie drewnianą budkę wielkością przypominającą tę dla psa, a wyglądem – tę dla ptaków. Pękamy ze śmiechu i zachodzimy w głowę, jaka kukuła-gigant może tutaj mieszkać.

Dwór władyki (Biljarda), obecnie Muzeum Njegoša w Cetinje.

Dwór władyki (Biljarda), obecnie Muzeum Njegoša w Cetinje.

Trg Kralja Nikole, w tle dawny pałac króla Mikołajja.

Trg Kralja Nikole, w tle dawny pałac króla Mikołajja.

Dawna ambasada Wielkiej Brytanii.

Dawna ambasada Wielkiej Brytanii.

Vlaška crkva w Cetinje.

Vlaška crkva w Cetinje.

Stećka - kamień nagrobny Bogomiłów ze śladami reliefów.

Stećka – kamień nagrobny Bogomiłów ze śladami reliefów.

Dawna ambasada Francji.

Dawna ambasada Francji.

Vladin Dom, dawny parlament, obecnie muzeum.

Vladin Dom, dawny parlament, obecnie muzeum.

Monaster centijski, była siedziba władyków.

Monaster centijski, była siedziba władyków.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Widok na Cetinje ze wzgórza Orlov Krš.

Widok na Cetinje ze wzgórza Orlov Krš.

A dla kogo ta budka na drzewie...

A dla kogo ta budka na drzewie…

Po powrocie do Bečići czeka już nas tylko pakowanie. Przed tą niewątpliwą przyjemnością wybieramy się jeszcze na miłe pożegnanie z Adriatykiem – przedwieczorną kąpiel na naszej plaży. Wieczorem już tylko pakowanie i zdjęcia przy czarnogórskim winku.

 

30 sierpnia 2013, sobota

Bečići-Kraczkowa, ok. 1600 km, 01:50-1:00, niemal doba jazdy- mordęga

W nocy nie bardzo możemy już spokojnie spać, więc − obawiając się korków na autostradach w Chorwacji − wstajemy z łóżek i już przed drugą jesteśmy w drodze.

Przez Czarnogórę jedzie się wolno (nie chcemy ryzykować czekania na prom w środku nocy, więc objeżdżamy Bokę Kotorską samochodem) – na takiej drodze nie można poszaleć – ale jakoś to idzie. Ku naszemu zaskoczeniu wita nas kolejka na granicy. Sznur samochodów przesuwa się jakby chciał a nie mógł, a my się frustrujemy. Najpierw kolejka do czarnogórskiego, a potem – do chorwackiego okienka. Wreszcie udaje nam się przejechać, choć cała atrakcja zajmuje nam – bagatela – półtorej godziny.

Po 3 godzinach jazdy po chorwackich jednopasmówkach wreszcie wjeżdżamy na autostradę. Zagęszczenie samochodów jest niesamowite – parkingi zatłoczone, problemy z wepchnięciem się na lewy pas, kolejka przy okienku na zjeździe. Ale ogólnie rzecz biorąc, jedzie się. Nie licząc małego stresa spowodowanego kolejnym błędem naszej samochodowej elektroniki ( „depollution system faulty” skutkujące redukcją do połowy mocy naszego auta, co w dzisiejszych warunkach drogowych z pewnością nie jest rozwiązaniem komfortowym), posuwamy się do przodu bez większych problemów.

Staramy się przede wszystkim jechać. Zatrzymujemy się tylko na skorzystanie z toalety i dalej przed siebie. Dłuższy postój zarządzamy tylko jeden  – w smacznej restauracji na Węgrzech. A potem już mordownia na całego. Jeszcze na Węgrzech robi się ciemno, na Słowacji już ledwo żyjemy  – ratujemy się krótkim postojem na kawie w Preszowie. Ostatni odcinek przez Polskę pokonujemy chyba siłą woli.

Po spędzeniu niemal doby w samochodzie dochodzimy do wniosku, że pokonanie tak dużego dystansu w jeden dzień nie jest do powtarzania – co zrobić, skoro tak trudno było nam zrezygnować z tego dodatkowego dnia w Czarnogórze.

Wracamy zmęczeni, ale pełni wrażeń i przekonani, że Bałkany będą celem jeszcze nie jednej naszej wyprawy.

Czarnogóra część I – Jezioro Szkoderskie, Boka Kotorska i Biogradski Park Narodowy

25 sierpnia 2013, niedziela

Cały dzień piękna, upalna pogoda, ok. 32 stopnie

Rano budzi nas dopiero telefon od chłopców po 8:00, a i potem jakoś nie możemy się zwlec z łóżka. W efekcie wyjeżdżamy dopiero koło 10:30.

Naszą przygodę z Czarnogórą zaczynamy od wyjątkowo malowniczego Jeziora Szkoderskiego. Już sam dojazd samochodem dostarcza niezapomnianych widoków – najpierw jedziemy wzdłuż wybrzeża Adriatyku usianego miejscowościami wypoczynkowymi, potem w okolicy miejscowości Durmani, za Petrovacem, kierujemy się na północ i przejeżdżamy przez góry (które w Czarnogórze bezpośrednio graniczą z morzem, co dla amatorów pięknych widoków stwarza mieszankę wybuchową…), korzystając z kilkukilometrowego (opłata 2,5 Euro) tunelu przez góry. Po chwili naszym oczom ukazuje się przepiękne Jezioro Szkoderskie.

Virpazar zaprasza na przygodę z Jeziorem Szkoderskim.

Virpazar zaprasza na przygodę z Jeziorem Szkoderskim.

Tą łodzią będziemy płynąć.

Tą łodzią będziemy płynąć.

Gotowi na rejs!.

Gotowi na rejs!.

Czarnogóra objęła teren jeziora ochroną parku narodowego. Ten największy śródlądowy zbiornik wodny Bałkanów powstał w wyniku zalania doliny krasowej przez wody rzek. W efekcie rzeczywiście wygląda jak pasmo górskie zalane wodą  – co chwila z jeziora wyrasta pagórek, dodatkowo ozdobiony zabytkowym monasterem lub po prostu skalistym wybrzeżem. Tego się nie da opisać, to po prostu trzeba zobaczyć – jak mawiały Trzmieliki z książki o Bzyczku i Buczku.

Największą ochotę mamy na rejs łódką po jeziorze, obejmujący  jego największe atrakcje turystyczne, ale nie bardzo wiemy, jak to załatwić. Mamy wizję jakiegoś centrum turystycznego, gdzie wywieszone są plany rejsów z cennikiem i gdzie można się wszystkiego dowiedzieć. Rzeczywistość wygląda inaczej – przejażdżki łodziami oferują prywatni organizatorzy, nagabujący podjeżdżających na parking od samego wyjścia z samochodu. Przekonujemy się o tym już w miejscowości Vranjina, gdzie mieści się siedziba parku narodowego. Przypominają się nam dawni busiarze w Zakopanem sprzed 10 lat. Nie udaje nam się załapać na większą łódkę, za to kupujemy w centrum informacji dokładną mapę jeziora. Wracamy więc kawałek do Virpazaru i tu już dajemy się schwytać na wędkę pracownikom hotelu i restauracji Pelikan. Od razu udaje nam się dostać na łódkę. W cenie 40 Euro/2 os. mamy dwugodzinny rejs po jeziorze. Na dokładne poznanie całego akwenu potrzeba by było kilku dni, ale przynajmniej możemy poczuć atmosferę tego pięknego miejsca. Łódź podpływa  najpierw pod wysepkę Grmožur, na której znajdują się ruiny XIX-wiecznej tureckiej twierdzy, do której Tito zsyłał więźniów politycznych (nazywanej „czarnogórskim Alcatraz”). Następnie podpływamy pod XV-wieczny monaster Św. Mikołaja, a potem kierujemy się na drugą stronę jeziora – bardziej urozmaiconą  porosłą roślinnością. Po drodze fotografujemy kormorany i malownicze lotosy.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Monaster Św. Mikołaja i cerkiew Wniebowzięcia NMP (XV w).

Monaster Św. Mikołaja i cerkiew Wniebowzięcia NMP (XV w).

Kormorany na Jeziorze Szkoderskim.

Kormorany na Jeziorze Szkoderskim.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Poturecka twierdza na wyspie Grmožur.

Poturecka twierdza na wyspie Grmožur.

...nazywana 'czarnogórskim Alcatraz'.

…nazywana ‚czarnogórskim Alcatraz’.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Po przejażdżce łódką idziemy za ciosem i decydujemy się dodatkowo wzbogacić kasę restauracji Pelikan, zjadając tam obiad. Decyzja okazuje się trafiona – zupa rybna, stek zapiekany z domowym serem i naleśniki z orzechami i miodem są warte grzechu.

Obiad w Virpazarze.

Obiad w Virpazarze.

Po obiedzie zastanawiamy się, które z atrakcji rejonu Jeziora Szkoderskiego wybrać – żal rezygnować z każdej. W końcu decydujemy się odpuścić wyspy Moračnik i Starčevo z monasterami i pojechać górską drogą w kierunku miejscowości Rijeka Crnojevića z nadzieją na piękne widoki na jezioro. Wrażenia przerastają nasze oczekiwania. Dopiero z góry można docenić niezwykłość krajobrazów Jeziora Szkoderskiego, z wysepkami pośrodku, w ramce górskich krajobrazów. Najpiękniejszy widok otwiera się jednak na meandry Rijeki Crnojevića w północno-zachodnim krańcu jeziora. Coś niezapomnianego. Oczywiście za wrażenia trzeba zapłacić. Przejazd trasą Virpazar-Rijeka Crnojevića to trasa dla kierowców o zdecydowanie mocnych nerwach – droga jest wąska i przepaścista, ale to, co przysparza największych kłopotów, to rozmijanie się z autami jadącymi z naprzeciwka. M. cieszyła się, że to nie na nią padła przyjemność kierowania autem.

Do odważnych świat należy - jedziemy obejrzeć jezioro z góry.

Do odważnych świat należy – jedziemy obejrzeć jezioro z góry.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića. Ale tu pięknie...

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića. Ale tu pięknie…

Za miejscowością Rijeka Crnojevića kierujemy się w kierunku Podgoricy. W pewnym momencie na szosie widzimy przechodzącego dostojnie żółwia – M. natychmiast wyskakuje z samochodu, strzela kilka fotek, a potem przenosi niefrasobliwego przechodnia w bezpieczne miejsce na trawy.

Nagle na jezdnię wtargnął żółw.

Nagle na jezdnię wtargnął żółw.

Nasz pierwszy dzień pobytu w Czarnogórze kończymy wizytą w stolicy kraju – Podgoricy. Wjeżdżając do miasta, zauważamy nowoczesne budynki i centra handlowe, jednak stare centrum Podgoricy sprawia wrażenie zaniedbanego. Zniszczenia wojenne i te po trzęsieniu ziemi z lat 70. na pewno zrobiły swoje. Robimy więc tylko zdjęcie potureckiej Wieży Zegarowej (XVIII w.),po czym podejmujemy zakończoną powodzeniem próbę znalezienia meczetu. Pobyt w mieście kończymy podjechaniem pod XIII-wieczną cerkiew Św. Jerzego zbudowaną pod „tytułowym” wzgórzem Gorica.

Podgorica - turecka wieża zegarowa (XVIII).

Podgorica – turecka wieża zegarowa (XVIII).

Jeden z podgorickich meczetów, dzielnica Stara Varoš.

Jeden z podgorickich meczetów, dzielnica Stara Varoš.

Podgorica, dzielnica Stara Varoš.

Podgorica, dzielnica Stara Varoš.

Cerkiew Św. Jerzego (XIII) pod Wzgórzem Gorica.

Cerkiew Św. Jerzego (XIII) pod Wzgórzem Gorica.

Carnogóra jest piękna, ale stolica nie robi najlepszego wrażenia… Na kwaterę wracamy znaną nam już drogą przez tunel.

Wieczorem nadrabiamy zaległości w zapiskach i w porządkowaniu zdjęć, degustując czarnogórskie wino. Na zdrowie!

 

27 sierpnia 2013, poniedziałek

Od rana parno i przelotne deszcze i burze, późnym popołudniem rozpogadza się

Dziś postanawiamy się zmierzyć z największą atrakcją turystyczną tutejszego wybrzeża – Boką Kotorską. To jedno z podstawowych miejsc, z którymi kojarzy się Czarnogóra. Adriatyk wgryza się tu w głąb lądu, tworząc malowniczy system czterech zatok, z morza wyrastają góry, a nad brzegiem usadowiły się zabytkowe miasta z długą historią. To wszystko w oprawie śródziemnomorskiej roślinności. Ech…

Rano decydujemy się najpierw pojechać do Kotoru, mając nadzieję, że choć przez chwilę będzie nam dane cieszyć się tym pięknym miastem bez tłumu turystów.

Kotor, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ujmuje nas przede wszystkim swoją autentycznością. Nie jest może wymuskany i wypolerowany, mury nie lśnią bielą jak w Dubrowniku, ale ma wyjątkową, właściwą sobie atmosferę – komercja dopiero tu wkracza. Plątanina wąskich, nieregularnych uliczek, stare świątynie i pałace, kolorowy bruk pod nogami i bajkowy widok rozciągający się na miasto i Bokę Kotorską spod ruin starej twierdzy czuwającej nad miastem  – to wszystko sprawia, że Kotor jest obowiązkowym punktem pobytu w Czarnogórze.

Wchodzimy do miasta przez Bramę Południową i oglądamy spory fragment miejskich fortyfikacji (powst. od średniowiecza do XVIII w.). Następnie zagłębiamy się w plątaninę wąskich uliczek, co kawałek spotykając różnobarwne koty (stąd KOTor? – śmieje się M.). Po niedawnym deszczu kamienie są śliskie i błyszczące. Dochodzimy pod główny zabytek miasta – romańską katedrę św. Tryfuna (patrona Kotoru). Wnętrze świątyni kryje wiele zabytków – m.in.  sarkofag z IX w., średniowieczną Pietę, romańsko-gotyckie cyborium. Można też zwiedzić bogaty skarbiec – udaje nam się nawet znaleźć krucyfiks, którym wysłannik papieski błogosławił armię Sobieskiego pod Wiedniem.

Kotor, Brama Południowa.

Kotor, Brama Południowa.

Wchodzimy na kotorska starówkę przez Bramę Poludniową.

Wchodzimy na kotorska starówkę przez Bramę Poludniową.

Kotor od razu kradnie nasze serca.

Kotor od razu kradnie nasze serca.

Romańska (XII) katedra św. Tryfuna, Kotor.

Romańska (XII) katedra św. Tryfuna, Kotor.

Romańsko-gotyckie cyborium.

Romańsko-gotyckie cyborium.

Sarkofag z IX w.

Sarkofag z IX w.

Krucyfiks, który błogosławił armię Sobieskiego.

Krucyfiks, który błogosławił armię Sobieskiego.

Po zwiedzeniu katedry robimy zdjęcie Pałacowi Drago z ciekawymi gotyckimi oprawami okien i kierujemy się w kierunku głównego placu miasta. Zaraz potem zaczyna padać. Chowamy się czym prędzej pod główną bramą miejską – Bramą Morską. Czekając, kiedy deszcz się skończy, wyglądamy na wieżę zegarową (pocz. XVII w.) i stojący tuż obok średniowieczny pręgierz; wychylamy się też, by obejrzeć sąsiadujący z bramą Pałac Namiestnika Wenecji (XV w.). Pada dość długo, ale wreszcie przestaje, kontynuujemy więc nasz kotorski spacer. Znajdujemy piękny romański kościół NMP (XIII w.) oraz patrzymy, jak maleńka romańsko-bizantyńska cerkiew św. Łukasza (XII w.) sąsiaduje z  dużo większą cerkwią sprzed 100 lat. Znowu zaczyna padać, więc wyglądamy jeszcze przez Bramę Północną na obmywającą mury obronne rzekę Skudrę i zaczynamy rozglądać się za jakimś miejscem na obiad, bo pada coraz mocniej. W końcu udaje nam się znaleźć sympatyczną knajpkę i przeczekujemy tam największą ulewę. Na parasole leje deszcz, a my spokojnie zajadamy sobie ciepły obiad – to była dobra decyzja.

Gotycki pałac Draga.

Gotycki pałac Draga.

Detal kotorskiej starówki.

Detal kotorskiej starówki.

Gdzieś w Kotorze.

Gdzieś w Kotorze.

Detal kotorskiej starówki.

Detal kotorskiej starówki.

Wieża zegarowa (pocz. XVII) i średniowieczny pręgierz.

Wieża zegarowa (pocz. XVII) i średniowieczny pręgierz.

Pałac Namiestnika Wenecji (XV) tonie w strumieniach deszczu.

Pałac Namiestnika Wenecji (XV) tonie w strumieniach deszczu.

Renesansowa Brama Morska.

Renesansowa Brama Morska.

Romańsko-gotycki kościół Św. Michała.

Romańsko-gotycki kościół Św. Michała.

Cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Gdzieś w Kotorze.

Gdzieś w Kotorze.

Romański kościół NMP.

Romański kościół NMP.

XII-wieczna cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

XII-wieczna cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Rzut oka na kotorskie fortyfikacje.

Rzut oka na kotorskie fortyfikacje.

KOTor.

KOTor.

KOTor.

KOTor.

Po obiedzie, kiedy już mamy wracać do samochodu, nagle przejaśnia się. Korzystając z przerwy pomiędzy dwiema burzami, ruszamy w stronę twierdzy św. Jana. Te ponad tysiąc stopni w górę daje się nam w dzisiejszej parnej aurze mocno we znaki, zwłaszcza że spieszymy się, słysząc ciągle groźne pomruki burzy z sąsiedniej zatoki. Po drodze oglądamy pięknie położoną cerkiew Gospe od Zdravlja (XVI w.). Umieszczona na stoku góry nad miastem świątynia miała chronić mieszkańców przed dżumą. Miejskie fortyfikacje, powstające stopniowo przez wiele setek lat, ostatecznego kształtu nabrały w XVIII w. Dopiero z bliska można je w pełni podziwiać, znaczna część schodów prowadzi po prostu wzdłuż murów lub po nich. Nie możemy sobie pozwolić na zbyt długie oglądanie widoków miasta na tle zatoki i otaczających gór, bo grzmoty przybierają na sile. Wchodzimy między zabudowania Kotoru wraz z pierwszymi kroplami deszczu.

Wejście do twierdzy Św. Jana.

Wejście do twierdzy Św. Jana.

Odsłaniają się coraz piękniejsze widoki.

Odsłaniają się coraz piękniejsze widoki.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Twierdza Św. Jana.

Twierdza Św. Jana.

Znajdź trójkąt.

Znajdź trójkąt.

Zejście z twierdzy Św. Jana na kotorską starówkę.

Zejście z twierdzy Św. Jana na kotorską starówkę.

Cerkiew górująca nad Kotorem (XVI) chroni przed dżumą.

Cerkiew górująca nad Kotorem (XVI) chroni przed dżumą.

Do samochodu udaje nam się dotrzeć przed kolejną ulewą, w czasie której przejeżdżamy wzdłuż brzegów Boki Kotorskiej do Perastu. Spacer po tym miasteczku to prawdziwy odpoczynek po wizycie w zatłoczonym Kotorze (chociaż my i tak ominęliśmy częściowo główne tłumy, wyjeżdżając dzisiaj wcześnie rano). Głodni szczegółów mogą odszukać wszystkie pałace i kościoły, z których najwięcej pochodzi z czasów panowania weneckiego. My oglądamy barokowy pałac Bujevića (XVII w., obecnie Muzeum Miejskie) oraz kościół św. Mikołaja (XV w.), a poza tym staramy się po prostu podelektować spokojem oraz pięknymi widokami miasta (zamieszkałego na stałe przez zaledwie 350 osób!) i otaczającej je przyrody. Spoglądamy też oczywiście na dwie urocze pobliskie wysepki (jedna z kościołem MB na Skale, druga z ruinami klasztoru cystersów).

Perast wita.

Perast wita.

Boka Kotorska oglądana z Perastu.

Boka Kotorska oglądana z Perastu.

I hop!.

I hop!.

Barokowy (XVI) pałac mieści Muzeum Miejskie.

Barokowy (XVI) pałac mieści Muzeum Miejskie.

Kościół Św. Mikołaja (XV), Perast.

Kościół Św. Mikołaja (XV), Perast.

Zegar na wieży kościoła Św. Mikołaja.

Zegar na wieży kościoła Św. Mikołaja.

Wysepki w pobliżu Perastu.

Wysepki w pobliżu Perastu.

Widac też wysepkę z kościołem MB na Skale (XVII).

Widac też wysepkę z kościołem MB na Skale (XVII).

Ostatni rzut oka na Perast.

Ostatni rzut oka na Perast.

Ostatnim punktem naszego dzisiejszego przebogatego programu jest wizyta w Herceg Novi. Zaczynamy od szklanki mrożonej kawy z lodami w tutejszej restauracji. Z nową energią idziemy potem na plac Herceg Stjepana z cerkwią Michała Archanioła (XIX w.) pośrodku. Oryginalne połączenie stylów (bizantyńskiego, gotyckiego i barokowego) tej eklektycznej budowli dobrze harmonizuje z otaczającymi ją wysokimi palmami. Spacerując po mieście, zauważamy bogactwo roślinności (nie na darmo Herceg Novi bywa nazywane „miastem kwiatów”). Będąc w Herceg Novi, nie sposób też pominąć dwóch twierdz: nadmorskiej Forte Mare oraz położonej ponad starówką twierdzy Kanli Kula. Trzecia, najbardziej urokliwa, twierdza Španjola, położona jest w sporym oddaleniu od centrum, na wysokości 170 m n.p.m. Dojście do niej jest praktycznie nieoznakowane, najlepiej o drogę pytać miejscowych (my najpierw zapuszczamy się o kilkaset metrów za daleko). Twierdza obecnie jest uroczo zarośnięta przez bujną roślinność, ale we wnętrzu panuje spory bałagan, pozostawiony przez miejscowych imprezowiczów (wstęp jest całkowicie otwarty). Z murów twierdzy odsłaniają się jednak przepiękne widoki na miasto oraz ujście Boki Kotorskiej do Adriatyku (widoczne dokładnie na wprost). Stąd dopiero widać, dlaczego włodarze Herceg Novi mogli kontrolować kto wpłynie na wody Boki… (widać jeszcze ślady działa skierowanego w tę stronę, prawdopodobnie jeszcze w XX w., bo twierdza do tego czasu pełniła swoją funkcję). Wszystkie fortece Herceg Novi swój ostateczny kształt zawdzięczają Turkom, panującym tutaj przez ponad 200 lat.

Herceg Novi, turecka twierdza Kani Kula (XVI).

Herceg Novi, turecka twierdza Kani Kula (XVI).

Wieża zegarowa w Herceg Novi.

Wieża zegarowa w Herceg Novi.

Cerkiew Św. Michała Archanioła (XIX) - 'Belavista'.

Cerkiew Św. Michała Archanioła (XIX) – ‚Belavista’.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

45. Jedna z uliczek Herceg Novi.

Turecka Twierdza Španjola (XVI) - wchodzimy.

Turecka Twierdza Španjola (XVI) – wchodzimy.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Jeden z obecnych mieszkańców twierdzy.

Jeden z obecnych mieszkańców twierdzy.

Herceg Novi i Boka Kotorska z Twierdzy Španjola.

Herceg Novi i Boka Kotorska z Twierdzy Španjola.

Nasyceni śródziemnomorskim pięknem Boki Kotorskiej, wracamy do domu po ponad 10 godzinach zwiedzania. W Kotorze spędziliśmy 4 godziny, w Peraście niecałą godzinę, a w Herceg Novi 2 godziny, resztę czasu zajęły nam przejazdy (dzisiaj nieco dłużej czekaliśmy na prom, ok. 15 minut – nie załapaliśmy się na wcześniejszy, a potem kolejny odpłynął pusty po wyjeździe samochodów).

Z powrotem przez Bokę Kotorską przeprawiamy sie promem.

Z powrotem przez Bokę Kotorską przeprawiamy sie promem.

 

27 sierpnia 2013, wtorek

Od 2:00 w nocy aż do południa ciągle burze i ulewa, potem przejaśnienia, ale chłodno, do 19 st.

Wypad w Czarnogórskie góry (w czarnoGÓRY?)

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie odwiedzili choćby na krótko czarnogórskich gór. W tym roku problemy zdrowotne R. nie pozwalają nam w pełni korzystać z wycieczek górskich, ale postanowiliśmy chociaż pojeździć po górzystej części kraju i przespacerować się w kilku urokliwych miejscach. Jak kiedyś przyjedziemy tu pochodzić po górach, to już będziemy wiedzieli co i jak:)

Już w nocy obudziła nas burza, ale gdy rano nadal lało i grzmiało, byliśmy nieco zdziwieni. Bez większego pośpiechu wstaliśmy i po śniadaniu spakowaliśmy się na dwudniową eskapadę. Jak tylko ruszyliśmy (ok. 9:45), to znowu po dosłownie kilkuminutowej przerwie zaczęła się praktycznie nieustająca nawałnica, w której jechaliśmy przez kolejne dwie godziny. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak intensywnych i długotrwałych burz! Bałkańskie załamanie pogody naprawdę jest imponujące. W naszych górach burza trwa zwykle kilkadziesiąt minut, potem ewentualnie dłużej leje, ale już bez wiatru, piorunów itp. Tutaj mieliśmy wrażenie, że nad całą Czarnogórą rozciąga się jedna wielka chmura burzowa. Utrudniało to nam mocno podróż, w taką pogodę podczas jazdy przez góry trzeba było przede wszystkim uważać na spore kamienie o bardzo ostrych krawędziach, które staczają się z górskich ścian, a potem leżą na drodze. Poza tym na drogi nie narzekamy, są wystarczająco szerokie i mają przyzwoitą nawierzchnię.

Bałkańska burza na szosie pod Cetinje (masywu Lovcenu).

Bałkańska burza na szosie pod Cetinje (przejazd przez masyw Lovcenu).

Pomimo załamania pogody dzień mamy bardzo udany. Po drodze podziwiamy malowniczą dolinę Moračy, wzdłuż której prowadzi nasza szosa. Pierwszy postój robimy przy monasterze Morača (zał. w XIII w.). Szczególnie główna cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP robi na nas duże wrażenie. Freski (w większości z XVII w., ale są też fragmenty XIII-wiecznych), ikony, romańsko-bizantyńska architektura i szczególna atmosfera duchowa tego miejsca tworzą niepowtarzalną mieszankę. Zaglądamy też do starszej, ale mniejszej cerkwi św. Mikołaja i oglądamy budynki konaku. Cały monaster pięknie prezentuje się na tle „parujących” po deszczu gór.

Dolina Moračy.

Dolina Moračy.

Monaster Morača.

Monaster Morača.

Cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP.

Cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP.

XIII-wieczne freski...

XIII-wieczne freski…

Wnętrze cerkwi Wniebowzięcia NMP.

Wnętrze cerkwi Wniebowzięcia NMP.

Dzwonnica i cerkiew św. Mikołaja.

Dzwonnica i cerkiew św. Mikołaja.

Cudowna woda obok budynku konaku.

Cudowna woda obok budynku konaku.

Kolejny dłuższy przystanek to wizyta w Biogradskim Parku Narodowym. Zaliczamy spacer wokół Jeziora Biogradskiego, największego jeziora w masywie Bjelasicy. Dla nas to przyjemna chwila oderwania od zgiełku zwiedzanych w poprzednich dniach miast… bezcenne! Trasa spaceru prowadzi wśród kilkusetletnich, omszałych drzew (tutejsze lasy są uznawane za jedną z trzech naturalnych puszcz w Europie, a roślinność bardziej przypomina tę znaną nam z Karpat) i kładkami przez rozlewiska Biogradskiej Rijeki. Po drodze widzimy też ciekawe źródła i… niesamowicie dużego ślimaka! Pełni wrażeń siadamy w tutejszej restauracji i chętnie rozgrzewamy się pyszną zupą i naleśnikami z miodem i orzechami (po których jednak wieczorem nam trochę niedobrze…).

Jezioro Biogradskie.

Jezioro Biogradskie.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Jezioro Biogradskie.

Jezioro Biogradskie.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Biogradska Rijeka.

Biogradska Rijeka.

Kładki cd.

Kładki cd.

Niesamowite drzewa tutejszej puszczy.

Niesamowite drzewa tutejszej puszczy.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Ostatni punkt programu to kanion Tary. Jedziemy jego zboczami przez kilkadziesiąt kilometrów, parokrotnie się zatrzymując, żeby podziwiać rzekę i jej dzieło. Droga to wznosi się kilkaset metrów ponad dno doliny, to opada prawie nad rzekę, umożliwiając nawet zejście do wody. Widoki są niezapomniane, a dodatkowych wrażeń dostarcza pięknie poprowadzona droga. W pewnym momencie spotykamy trzy samotnie wędrujące krowy. Zatrzymujemy się też oczywiście przy słynnym moście na Tarze, który po wybudowaniu (w roku 1940) był największym mostem w Europie. Do dzisiaj ażurowa konstrukcja może budzić podziw, a dodatkowo, co ważne, nie psuje uroku okolicy, a nawet podnosi walory krajobrazowe tego miejsca. Po obowiązkowych fotkach i zakupie regionalnego miodu z bakaliami ruszamy już prosto do Žabljaka, gdzie postanawiamy dzisiaj przenocować przed planowanym na jutro odwiedzeniem gór Durmitor.

Pierwsze spojrzenie na kanion Tary.

Pierwsze spojrzenie na kanion Tary.

A te panie co tu robią same...

A te panie co tu robią same…

Malowniczy tunel.

Malowniczy tunel.

Tara w pełnej okazałości.

Tara w pełnej okazałości.

Kanion Tary.

Kanion Tary.

Jeszcze jeden tunelik.

Jeszcze jeden tunelik.

Pierwsze spojrzenie na most na Tarze.

Pierwsze spojrzenie na most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Spojrzenie na Tarę z mostu.

Spojrzenie na Tarę z mostu.

Spojrzenie z mostu na kanion Tary

Spojrzenie z mostu na kanion Tary

Przed nami Durmitor.

Przed nami Durmitor.

Na miejscu lądujemy ok. 18:30. Nasz Hotel Lovac, w którym zarezerwowaliśmy wcześniej nocleg przez Internet, okazuje się bardzo przyzwoitą metą. Mamy spory pokój z łazienką i aneksem kuchennym za 28 Euro. Pewnie nie byłoby problemu ze znalezieniem kwatery, bo wokoło ich pełno (Žabljak to wiodący ośrodek narciarski w Czarnogórze), ale woleliśmy mieć pewność noclegu i spokój.