Alpy Sztubajskie, Tyrol, Austria, 2017.07

Alpy Sztubajskie, 2017.07

To nasz pierwszy wyjazd w Alpy Austriackie. Niby byliśmy już w Alpach Bawarskich i Julijskich, odwiedziliśmy też Dolomity, ale wyprawa w sam środek Alp Wschodnich to trochę co innego. Alpy Sztubajskie zadziwiły nas swoją uniwersalnością. Spodziewaliśmy się wielkich dolin i szczytów z lodowcami niedostępnych dla przeciętnego turysty. Zastaliśmy prawdziwe góry dla każdego. Można tu znaleźć trudne ferraty i ambitne podejścia na trzytysięczniki. Jest mnóstwo szlaków dla typowych górołazów (choćby Stubaier Höchenweg od schroniska do schroniska przez kolejne doliny, przełęcze i szczyty). Są trasy odpowiednie dla rodzin z dziećmi i ludzi w każdym wieku i kondycji. Są intensywnie zagospodarowane okolice kilku kolejek gondolowych, gdzie wytyczono nawet ścieżki w pełni dostępne dla dziecięcych wózków (!) i każdy może poczuć się jak w wysokich górach. Ale są też dzikie i niedostępne miejsca, do których docierają nieliczni.

Jako turyści, dla których pierwowzorem gór są Tatry, liczyliśmy na bliższe zapoznanie się z krajobrazem lodowcowym. Nie zawiedliśmy się. Każda podchodząca w okolicę głównej grani alpejskiej dolina oferowała widok z lodowcami w tle. Wiele szlaków wprowadza na granie i szczyty, umożliwiając bezpośrednią konfrontację ze spływającą masą lodu. Nie marzymy o poszukiwaniu drogi przez labirynt szczelin czy wspinaniu się na stromych lodowcowych podejściach, ale możliwość zobaczenia takiego krajobrazu z bliska była dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Trochę brakowało nam jedynie takiego prawdziwego, ciemnosmreczyńskiego lasu. W Sztubajach doliny i ich co łagodniejsze zbocza są bardzo intensywnie wypasane. Drzewa i kosodrzewina porastają praktycznie tylko bardziej niedostępne zbocza. Za to można podziwiać stada krów, owiec i kóz. Nie trzeba też czekać na pojawienie się widoków dopiero po przekroczeniu granicy lasu. Coś za coś.

Stałym elementem krajobrazu są też naprawdę imponujące potoki, biorące często początek w topiących się latem lodowcach. Tworzą one niespotykane w Tatrach rozlewiska na płaskich łąkach i potężne kaskady i wodospady na kolejnych progach dolin. Górskie stawy w letnim słońcu mają kolory morskich lagun… Po prostu trzeba samemu to zobaczyć, a jeżeli nie macie takiej możliwości to zapraszamy do naszej relacji!

Z praktycznego punktu widzenia przydatne jest zakupienie Stubai Card (64 euro za dorosłego i 32 euro za dziecko), dającej możliwość korzystania przez 5 z 7 kolejnych dni z kolejek gondolowych w dolinie oraz kilku dodatkowych atrakcji, w tym parku wodnego StuBay. Z innych przywilejów „karcianych” warto wspomnieć o możliwości nieodpłatnego korzystania ze środków komunikacji publicznej. Niektóre (oczywiście odpowiednio droższe) kwatery i pensjonaty oferują Stubai Card w cenie noclegów.

Planując wyjazd w Alpy, warto odpowiednio wcześniej zostać członkiem Alpenverein. W cenie członkostwa otrzymujemy międzynarodowe turystyczne ubezpieczenie, obejmujące nie tylko turystykę górską, ale też po prostu wyjazdy zagraniczne na cały rok. Dodatkowo w schroniskach możemy korzystać ze zniżek na noclegi i specjalnych, w miarę tanich posiłków, tzw. Bergsteigessen za 8 euro/porcja. Przy członkostwie dwóch dorosłych osób dzieci otrzymują członkostwo z wszelkimi uprawnieniami bez dodatkowych opłat.

Ambitni turyści mogą w Alpach Sztubajskich zdobywać poszczególne szczyty z programu Seven Summits Stubai (Zuckerhütl, Wilder Freiger, Habicht, Rinnenspitze, Serles, Hoher Burgstall, Elfer). Zdobycie każdego z nich potwierdzamy perforacją na specjalnej karcie (dostępnej w punktach informacji turystycznej). Uwaga: wejście na szczyty Zuckerhütl i Wilder Freiger wymaga odpowiedniego sprzętu i doświadczenia w turystyce lodowcowej.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek (zapraszamy!):

Dzień 1. Podróż i ruiny starej walcowni w Nietulisku

Dzień  2. Podróży cd. Salzburg – miasto Mozarta

Dzień 3. Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher, czyli wysokie góry dla każdego

Dzień 4. Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

Dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

Dzień 6. Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte – alpejski szlak jak z bajki

Dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Dzień 8. Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

Dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

Dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

Dzień 11. Podróż powrotna i czeskie Brno w deszczu

Alpy Sztubajskie, dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

23 lipca 2017, niedziela

Rano pogoda, potem kłębiące się chmury, po 16:00 burza, do 20 stopni

Ferrata Höllenrachen i Rinnenspitze

Okolice schroniska Franza Senna mają do zaoferowania kilka krótkich ferrat i interesujących wycieczek, w tym na trzytysięczniki. Wybieramy najbardziej spektakularną z ferrat i niezbyt trudny, widokowy szczyt. Rinnenspitze to świetna góra na pierwszy trzytysięcznik dla osób, które dotąd chodziły najwyżej po Tatrach. Trudności nie przekraczają tych z Orlej Perci i ograniczają się do samej kopuły szczytowej. A fakt zdobycia trzytysięcznika bez podjazdu kolejką może być powodem do dumy ;-).

Jesteśmy „troszeczkę” zmęczeni wczorajszym przewyższeniem, ale za oknem pogoda ładna, a w planach na dzisiaj Rinnenspitze… Trzeba zabić w sobie śpiocha i ruszać w długą!

Naszym punktem startowym jest dzisiaj parking w przysiółku Oberiss na końcu doliny Oberbergtal. To ponad 10 kilometrów i ok. 800 m przewyższenia od Milders, z którego startuje ta droga. Już sam przejazd doliną oferuje przepiękne widoki na alpejskie łąki i przysiółki w otoczeniu wielkich szczytów. Stada krów dodają jeszcze krajobrazowi uroku.

Wjeżdżamy w wąską drogę odgałęziającą się w miejscowości Milders za Naustift.

Droga wprowadza w głąb doliny Oberbergtal, jednego z odgałęzień Stubaital.

Można wjechać aż do wioski Oberiss na wysokość 1742 m

Parking w ostatnim przysiółku jest płatny (jedyny płatny parking na tym wyjeździe, za jeden dzień 5 euro), ale przy dłuższym pobycie opłata sukcesywnie spada, do 24 euro za 7-14 dniowe parkowanie. Uwaga! Automat przyjmuje TYLKO monety, a drugi automat do rozmieniania pieniędzy był zepsuty. Na szczęście mieliśmy dokładnie 5 euro w bilonie.

Pierwszy etap dzisiejszej wędrówki prowadzi nas do Franz-Senn Hütte. To tylko nieco ponad 400 m przewyższenia. Tradycyjnie podchodzimy zakosami na pierwszy próg doliny. Za nami z dna Oberbergtal unoszą się malownicze chmury po nocnej burzy. Dalszy odcinek jest bardziej płaski. Mijamy niewielki Alpein Alm, uroczo położony na ogładzeniach polodowcowych. Ostatnie kilkadziesiąt metrów do schroniska Franza Senna podchodzimy w pobliżu pięknego, rwącego w wąwozie potoku.

Dalej już jechać nie można. Zostawiamy samochód na płatnym parkingu i ruszamy w górę.

Tuż przy parkingu znajduje się bacówka Oberris – czeka na głodnych górołazów

Przy szlakach dojściowych do schronisk piękne, widokowe ławeczki zachęcają do odpoczynku

Szlak do schroniska Franza Senna wspina się zakosami na próg doliny

Docieramy na halę Alpeiner Alm

Mała, ale uroczo położona bacówka Alpein Alm.

Chmury odgrywają dziś dla nas bogaty spektakl

Dolina w chmurach, u nas świeci słońce

Niżej bacówka Alpeiner Alm , wyżej schronisko Franza Senna czekają na zmęczonych turystów

Potok Alpeiner wyciął w skałąch głęboki wąwóz.

Drewniane płotki odgradzają pastwiska na alpejskich halach

Schronisko Franza Senna powstało w 1885 r. i zostało nazwane na cześć jezuity – propagatora alpejskiej turystyki

Okolica schroniska Franza Senna to ważny węzeł szlaków.

Omijamy schronisko i kierujemy się wprost w głąb doliny. Przechodzimy przez ogromną, płaską jak stół, nieco podmokłą łąkę. To najpewniej obszar dawnego jeziora polodowcowego. Obecnie łąkę przecinają liczne odnogi potoku, który tutaj płynie stosunkowo leniwie, tworząc piękne rozlewiska. W tej okolicy spotykamy kilka rodzin z dziećmi, które są zachwycone obcowaniem z taką „podmokłą” przyrodą. Zresztą w ogóle alpejskie schroniska są bardzo przyjazne dla dzieci, przy każdym jest plac zabaw dla najmłodszych, a dla tych starszych są ogrody wspinaczkowe, tyrolki itp.

Wyższe piętro doliny Oberbergtal wydaje nam się dnem dawnego jeziora cyrkowego

Postój nad potokiem Alpiner w towarzystwie uroczej jałówki

Pastwiska de lux, prawda?

Na płaskim piętrze doliny Oberbergtal potok Alpiner płynie spokojnie i szeroko.

Byki byczą się tu na całego

Ferrata Höllenrachen

Naszym pierwszym celem jest ferrata Höllenrachen. To taka atrakcja dla dorosłych dzieci. Trasa ma kilkadziesiąt metrów, ale prowadzi po skałach i głazach w wąwozie, którym płynie rwący lodowcowy potok. Woda szumi głośno, w powietrzu unosi się wilgotna mgła. W dwóch miejscach przechodzi się na drugą stronę potoku. Cały czas poruszamy się pod głazami i skałami w miejscach, gdzie potok tworzy kaskady, woda wokół pieni się, kotłuje i chlapie na wszystkie strony!

Nie jest to atrakcja dla osób, które nigdy nie mają żadnego doświadczenia ferratowego. A wypuszczanie się tutaj bez autoasekuracji byłoby już skrajnie nieodpowiedzialne (o czym zresztą jasno informują tablice na obu krańcach trasy). W razie porwania przez potok lodowcowy nie ma szans na ratunek. Skały są nie tylko wyślizgane, ale jeszcze mokre. Do tego dochodzą emocje związane z rwącym i huczącym pod nami nurtem potoku. Mocniejsze bicie serca gwarantowane!

Wychodzimy na światło dzienne i … ufff, potrzebujemy wytchnienia. Urządzamy sobie przeuroczy postój na łące na zboczu doliny nad potokiem. Towarzyszy nam jedna, a potem dwie młode krowy, wyraźnie zaciekawione naszą obecnością. Naprzeciwko na łące byczą się byczki, kwiatuszki pachną – sielanka na całego!

My wchodzimy na kolejny próg – tu bierze swój początek ferrata Höllenrachen.

Schodzimy do tytułowych piekielnych czeluści

Ferrata Höllenrachen prowadzi przez progi skalne i kotły potoku Alpeiner.

Lepiej nie iść tędy po obfitych opadach – droga moża być niebezpieczna.

Ferrata ma trudność C-D, ale trudości psychiczne są momentami większe

Kto pierwszy się odważy? Tak, tak, droga wiedzie w dół!

W najsłynniejszym miejscu – Kotle Czarownic – trzeba przeprawić się na drugą stronę po rozwieszonej linie

Uff, jak miło znów wyjść na światło dzienne

Jedno jest pewne – Höllenrachen to naprawdę spora dawka emocji

Tylko nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół…

Ludzie spotkani przy wejściu na ferratę ostrzegają nas, że byli tam wczoraj i szczególnie na drugim odcinku jest bardzo mokro – wyszli z zupełnie mokrymi ubraniami i butami. My już po przejściu przez pierwszy kocioł byliśmy pochlapani. Do Kotła Czarownic (Hexelkessel), najtrudniejszego (wycenianego na E) miejsca z przejściem na rękach po linie (jest też tyrolka, dobrze jest też mieć własną dodatkową taśmę z karabinkiem dla odciążenia rąk) nie wchodzimy. Poprzestajemy na zajrzeniu pod skały z każdej strony potoku. Przy obecnym wysokim stanie wody (codzienne burze) przejście po linie byłoby niebezpieczne (woda kotłuje się tam zaledwie jakieś półtora metra poniżej poziomu liny, na której trzeba się podwiesić). W najlepszym wypadku mielibyśmy całkiem zmoczone buty i spodnie. Przechodzimy górą po kamieniach i zadowoleni zdejmujemy ferratowy ekwipunek. To była naprawdę fajna przygoda!

Emocje do ostatnich kroków.

Wejście na Rinnenspitze

Dziś od rana zwracamy baczną uwagę na pogodę – przez cały dzień zapowiadane są opady konwekcyjne. Chmury tworzą piękny teatr, to zasłaniając, to odkrywając piękne widoki. Na razie nie widać tendencji do wypiętrzania się chmur, godzina jeszcze młoda (11:30), więc decydujemy się na próbę wejścia na Rinnenspitze (3003 m n.p.m.).

Wracamy do rozstaju szlaków przy schronisku i zaczynamy podejście. Zakosy, potem trawers, przy tym widoki na piękny wąwóz, wyżłobiony przez potok poniżej schroniska, i oczywiście otoczenie doliny. Szlak im wyżej, tym bardziej „tatrzański”, szczególnie odcinki ułożone z granitowych głazów jako żywo przypominają nam podejście z Murowańca na Krzyżne. Robimy postój w pobliżu rozgałęzienia szlaków nad Rinnensee i na przełęcz Rinnenniederl. Gdy ruszamy na szczyt, jest on ukryty w obłokach, które jednak chwilami się przerzedzają. Mamy więc nadzieję nie tylko na wejście, lecz także na jakieś widoki.

Ruszamy na Rinnenspitze. Schronisko Franza Senna zostaje w dole.

… podobnie jak piękny potok Alpeiner

Na rozstaju szlaków wybieramy odgałęzienie na

Odsłaniają się wyższe piętra doliny, zwieńczonej majestatycznym lodowcem.

Potok Alpeiner wypływa wprost z lodowca

Nasza ścieżka wprowadza w surowe skalne otoczenie

Ostatnie przyczółki roślinności

Pod nami pięknie widać staw Rinnensee (2650 m n.p.m.)

Wspinamy się dość wygodnymi, chociaż stromymi zakosami, szybko zdobywając wysokość. Ostatnie 15 minut pokonujemy już w uprzężach i kaskach. Rozpięta jest lina, która może przy dobrych warunkach nie wszędzie jest potrzebna, ale pozwala na komfortowe pokonanie jednego czy dwóch nieco trudniejszych eksponowanych miejsc (wycena trudności: A-B). Trudności nie przekraczają tych znanych tatrzańskiemu turyście z Orlej Perci.

Szczyt Rinnenspitze chowa się w chmurach

Pierwsze spojrzenie na wielki lodowiec Lüsener

Ubezpieczona ścieżka wprowadza na grań

Postrzępiona grań szczytowa Rinnenspitze.

Po skałach (trudności A-B) wchodzimy na szczyt

Ostatnie metry do szczytu

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m.

Na szczycie Rinnenspitze (3003 m n.p.m., nasz drugi trzytysięcznik zdobyty „z gleby”!) spotyka nas niemiła niespodzianka – dookoła widać tylko chmury. No nic – robimy zdjęcia i szykujemy się do zejścia, a tu nagle na chwilę, jakby specjalnie dla nas widoki się odsłaniają. Szybko robimy zdjęcia, nawet mamy wspólne, bo dołączyła do nas para innych turystów, i uciekamy z powrotem. Za chwilę słyszymy pierwszy grzmot, potem znowu robi się spokojniej, więc ok. 200 m pod szczytem robimy krótki postój, żeby uzupełnić kalorie.

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m., w tle Lüsener Ferner

Pod nami zieleni się staw Rinnensee

Poszarpana grań sprowadza na przełęcz Rinnennieder (2899 m n.p.m.)

Imponujący Lüsener Ferner

Schodzimy. Jak na równoważni.

Ostatnie spojrzenie na lodowiec Lüsener

W okolicy połączenia ze szlakiem znad Rinnensee robi się ciemno i zaczyna się solidna burza. Zbiegamy w miejsce w miarę bezpieczne, nie wystawione na wyładowania atmosferyczne, i przykrywamy się naszymi „plandekami”. Takie porządne poncho, którym można się całkowicie okryć i przeczekać silne opady, to dobra rzecz. Kucamy skuleni między głazami, a burza huczy wokół nas. Na szczęście wszystko trwa tylko 15 minut, więc jak tylko przestaje padać, wstajemy z niewygodnej pozycji, zwijamy „plandeki” i ruszamy dalej. Praktycznie nie zmokliśmy, a najważniejsze, że mamy suche buty! Na dodatek czeka nas nagroda – u naszych stóp rozciąga się przepiękna tęcza. Tak wyraźnych kolorów tęczy jeszcze chyba nigdy nie widzieliśmy!

Po burzy nad Rinnenspitze

Tak pięknego spektalku dawno nie widzieliśmy

W górach jest wszystko, co kocham…

Po kilku chwilach słońca chmury od początku zaczynają swój taniec. Obawiając się kolejnej burzy, przyspieszamy kroku i postanawiamy znowu minąć schronisko, kierując się wprost na parking. Odległe grzmoty utwierdzają nas w podjętej decyzji. Schodzimy dzięki temu nad wyraz szybko pomimo sporego już zmęczenia. Po drodze jeszcze tankujemy przed powrotną drogą i oddajemy nasze karty zniżkowe w automacie w centrum Neustift (kaucja 2 euro). Udaje nam się uniknąć kolejnego deszczu, który oglądamy już przez okna naszej kwatery w Neugastein. Ale mieliśmy cudowny dzień pełen wrażeń!

Pożegnanie z doliną Oberbergtal

Bacówki w Oberiss czekają na zmęczonych turystów

Oberiss. Jak tu jechać?

No dobra, jeden zero dla krów

Nasza trasa w liczbach: 9,5 godziny (ok. 8:30-18:00), 1300 m przewyższenia, 12 km

Plan na dziś.

Alpy Sztubajskie, dzień 8. Ferrata Fernau.

21 lipca 2017, piątek

Rano pięknie, ok. 12:00 nagłe załamanie pogody z burzą i gradem, a potem znowu ładnie, do 22 st.

Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

To bardzo dobra propozycja na kilkugodzinne okienko pogodowe dla turystów zaznajomionych z żelaznymi perciami. Wjazd kolejką praktycznie do samego punktu startu ferraty, łatwy powrót w bezpieczne miejsce, do tego na deser widokowy szczyt. Trudności D.

Prognozy na dzisiaj zapowiadają przelotne burze przez właściwie cały dzień. Długa graniowa wędrówka odpada. Planujemy więc wjazd kolejką do Dresdner Hütte i próbę wejścia na Hinterer Daunkopf. Rano jednak przypominamy sobie, że obok schroniska jest jeszcze atrakcyjna ferrata! Nie jest zbyt długa (ok. 2 godziny na szczyt) i szybko można wrócić do schroniska po jej przejściu, więc patrząc na pogodę (póki co piękne błękitne niebo), powinniśmy zdążyć.

Po wjeździe kolejką (tylko pierwszy etap do stacji pośredniej, nomen omen Fernau) ruszamy spod schroniska ok. 9:00. Najpierw ścieżką na północ za drogowskazem na Drezno;-) , potem odbijamy na progu doliny Fernau w lewo i w górę podchodzimy kilka minut pod ścianę. Na początku ferraty postawiono stosowną tabliczkę z rzetelną informacją o trudnościach, których możemy się spodziewać. Tuż obok urządzono miniogród wspinaczkowy z odcinkami oznaczonymi trudnością A, C i D – można tu spróbować swoich sił przed wejściem w trudniejszy teren. Uwaga! Na szczyt Egesengrat wiodą dwie ferraty, ferrata Fernau (D) i sportowa ferrata Fernau Expres. Początek ferraty Fernau Expres, opisywanej jako ekstremalnie trudna (E), znajduje się nieco wyżej i bardziej na lewo – przed podejściem baliśmy się, żeby ich przypadkiem nie pomylić ;-).

Wysiadamy na niższej pośredniej stacji kolejki Stubaier Gletscher.

Ścieżka w 15 min doprowadza do początku ferraty.

Schronisko Dresdner Hütte zostaje za nami.

Piękny próg doliny Fernautal.

Ścieżkę słabo widać, ale strzałka na kamieniu pomaga w orientacji.

Przed nami grań Egesengrat (2631 m n.p.m.) – poprowadzono na nią dwie ferraty.

Tabliczka informująca o początku ferraty i spodziewanych trudnościach.

Przez pierwsze 45 minut wspinamy się bez większych problemów. Trudności są na poziomie akceptowalnym (C, C/D), ale trzeba się trochę napracować rękami, bo znaczna część drogi biegnie pionowo w górę. Przyjemność sprawia nam kontakt z granitową skałą, jest dużo naturalnych punktów podparcia dla rąk i nóg. Do tej pory minęliśmy może ze dwa nieco problemowe miejsca. Przychodzi pora na problem nr 1. Przed nami wyrasta wąska szczelina skalna, w którą wprowadza nasza droga. Chwilę zastanawiamy się, jak się przeciśniemy z naszymi nieźle wypchanymi plecakami, ale nic, trzeba po prostu spróbować. Każde z nas stosuje nieco inną taktykę, ale po odrobinie gimnastyki oboje jakoś się mieścimy. Problemem jest tu głównie brak swobody ruchów przy jednoczesnej konieczności wspięcia się nieco w górę. Na szczęście nie ma tam ekspozycji. Ta pojawia się (nie po raz pierwszy ani nie ostatni dzisiaj) na następnych metrach, ale to nam nie przeszkadza, mimo że właśnie ten odcinek wyceniany jest na D. Problem nr 2 jest nieco wyżej i wymaga od nas o wiele więcej wysiłku  i pogłówkowania. Kłopot polega na baaardzo dużej przerwie między punktami podparcia przy jednoczesnej konieczności sporego (nieco odpychającego) podciągnięcia się w górę i w lewo. Lina była poprowadzona też jakoś tak nieszczęśliwie, że właściwie bardziej przeszkadzała niż pomagała. R jeszcze jakoś się wgramolił, opierając się o skałę biodrem i wciągając się górę. M., próbując szukać podparcia dla nóg, wklinowała sobie stopę w szczelinę i miała problem z wyciągnięciem jej – druga stopa nie miała na tyle pewnego punktu podparcia, by przenieść na nią ciężar ciała (co przychodzi do głowy kobiecie w takiej sytuacji? Dzięki Ci, Panie, że nie wzięłam dziś swoich nowych butów Salewy, na które wydałam połowę swojej pensji, tylko te stare trupy ;)). Pewnie można by pokonać to miejsce siłowo, podciągając się na rękach, ale chyba nie mamy do tego odpowiednich muskułów;-). Na szczęście nosimy w plecaku kilka pętli z taśmy i linę. Pętle okazały się świetne jako podwieszony (na klamrze znajdującej się powyżej) punkt podparcia dla nogi i mamy happy end! – M. z uśmiechem pokonała trudne miejsce (żeberko?). Po raz pierwszy w naszej karierze na ferratach musieliśmy posiłkować się dodatkowymi gadżetami.

Zaczynamy od podejścia stromą ścianą.

Dolina Fernautal zostaje coraz bardziej w dole. Emocji nie brakuje.

M. szuka schodów. O kurczę, nie ma…

Ferrata prowadzi wąską szczeliną skalną – uwaga na plecaki

Za szczeliną przeszliśmy eksponowany trawers, teraz znów stromo w górę.

Nareszcie łatwiejsze miejsce na przepięcie karabinków.

Jedno z trudniejszych miejsc – stromo w górę w lekkiej przewieszce.

Nasza dzisiejsza autostrada.

Dalej trudności nie przekraczają znanego nam z innych ferrat poziomu (C, C/D). Kilka prawie pionowych ścianek, mijamy ferratową księgę wejść (nie omieszkamy się wpisać!), jeszcze kilkanaście metrów i – hurra! – jesteśmy na szczycie! Obie ferraty (Fernau i Fernau Expres) kończą się w jednym miejscu, z którego na szczyt Egesengrat (2631 m n.p.m.) podchodzi się tylko dobre kilka minut łatwą i niezbyt stromą ścieżką.

Obowiązkowy wpis w księdze wejść.

Ostatni ferratowy odcinek.

Hurra! Udało się! To była naprawdę szczera radość.

Piękna Fernautal u naszych stóp.

Na wierzchołek Egesengrat wprowadza trawiasta ścieżka.

W nagrodę – piękny taras widokowy.

Rzut oka w kierunku Schaufelspitze, na który weszliśmy pierwszego dnia w ramach aklimatyzacji.

Jesteśmy dzisiaj naprawdę z siebie dumni, bo była to najtrudniejsza z ferrat, na których byliśmy. Z założenia nie traktujemy ferrat sportowo i nie idziemy w góry dla wyczynu. Najbardziej lubimy widokowe przejścia, a dzisiejsze do takich należy. Można oczywiście krzywić się na zniszczenia przyrody spowodowane przez kolejki, wyciągi i drogę w okolicy ferraty, ale nadal jej otoczenie pozostaje malownicze i ciekawe.

Na szczycie Egesengrat robimy sobie dłuższy odpoczynek, korzystając z pięknego słońca. Spoglądamy głównie na zachodnią stronę z widokiem na Wilde Grube i jezioro Mutterberger See. Rozważamy, czy podejść na przełęcz obok Hinterer Daunkopf, czy może odwiedzić wspomniane jezioro. Wstępnie wygrywa druga opcja, więc pakujemy się i ruszamy w dół w okolice jeziorka Egesen See.

Brawo my! Egesengtrat (2631 m n.p.m.).

Przed nami piękna panorama okolicznych trzytysięczników.

Odpoczynek z widokiem na staw Mutterberger See.

To prawdziwa nagroda za trudy dzisiejszej trasy.

Szlak zejściowy wiedzie najpierw przyjemną ścieżką przez grań.

Potem zakosy sprowadzają do doliny Fernautal.

W ciągu kilku minut plany biorą w łeb. Z sąsiedniej doliny Sulzenau ni stad ni zowąd nadciągają czarne chmury. W okolicy stawu zmieniamy decyzję – odwrót w stronę schroniska. Zaczynamy szybko schodzić w kierunku Dresdner Hütte, ale i tak po 5 minutach łapie nas najpierw deszcz, a potem prawdziwa nawałnica z wiatrem i gradem. Wszystko trwa może kilka minut, ale pogoda nadal jest na tyle niestabilna, że nie decydujemy się na wyjście na eksponowany teren. Jak dobrze, że na ferracie pogoda wytrzymała! Mijamy schronisko i idziemy wprost do stacji kolejki. Na dole świeci już słońce – tutaj nawet nie padało.

Mijamy stawek Egesensee.

Zbiegamy do Dresdner Hütte – zaraz złapie nas burza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy do domu na obiad, zapisujemy trasę i planujemy w szczegółach jutrzejszą wyprawę na Wilder Freigera.

A po południu – przygotowujemy się na jutrzejszą wycieczkę.

Nasza trasa w liczbach: 3,5 godziny (bez przejazdu kolejką); 350 m przewyższenia, ok 3 km. Ferrata obiektywnie trudna (ale bez przesady, do przejścia), choć dość krótka.

Wieczorem jedziemy na małe zakupy upełniające do Neustift i podjeżdżamy do miejscowości Patsch popatrzeć z oddali na słynny Most Europa, należący do największych tego typu budowli na świecie. Most zbudowano w latach 60. Spektakularna niemal 800-metrowa konstrukcja, przerzucona 190 m powyżej lustrem rzeki, faktycznie robi wrażenie. Jadąc autostradą, która biegnie tym mostem, łatwo nawet przegapić tę atrakcję – z samochodu niewiele widać. Znacznie lepiej oglądać most z pewnego oddalenia – podjechać do miejscowości Patsch lub (co jest chyba lepszym rozwiązaniem) udać się na punkt widokowy, położony przy południowej stronie mostu. Dodatkowym atutem jest piękne wysokogórskie otoczenie Doliny Sztubajskiej, widoczne na horyzoncie.

Most Europa leży dokładnie u wylotu Doliny Sztubajskiej.

Most Europa – jeden z najwyższych w Europie.

Zachód słońca w okolicy Innsbrucka.

Wycieczka była przyjemna, choć to chyba najdroższe zdjęcia w naszym życiu – za przejechanie tego odcinka autostrady Brenner pobierana jest opłata. My jakimś cudem trafiliśmy na dwa punkty poboru opłat i całość kosztowała nas 5,50 euro…

Alpy Sztubajskie, dzień 6. Ranalt – Nürnberger Hütte – Sulzenauhütte – Ranalt

19 lipca 2017, środa

Przepiękny gorący dzień, ale około południa straszyły nas burzowe chmury i przelotnie popadało

Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte

To jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi kiedykolwiek szliśmy! Piękne jezioro, wodospady, doliny, potoki, lodowce! Trudno wypuścić aparat z ręki. Ścieżka poprowadzona w jakiś taki przyjemny sposób, że ciągle mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w naszych kochanych Tatrach, tylko wszystko dookoła jest jakieś takie większe ;-). Szlak nie jest trudny i jest dostępny praktycznie dla każdego, kto ma przyzwoitą kondycję (w razie czego można przejść tylko część trasy lub zanocować w schronisku), większej uwagi wymaga głównie zejście z przełęczy Niederl.

Ruszamy z parkingu opisanego jako Nürnberger Hütte. Po kilkunastu minutach dość stromego podejścia przez piękny las szlak dociera do drogi jezdnej. Widoki zarówno za nami, jak i przed nami rozszerzają się. Po prawej szumi potok, a naszym oczom ukazuje się szerokie i pokryte pięknymi łąkami dno doliny Langental.

Przechodzimy obok B’suchalm (gospodarstwo z gościńcem dla turystów, podobne spotkać można tutaj w niemal każdej dolinie i na każdej większej hali). Zaczynamy wspinać się nieco mozolnymi zakosami w coraz mocniej świecącym słońcu. Po dojściu na wysokość ok. 2000 m n.p.m. chwilę odpoczywamy na miłej ławeczce. Potem szlak staje się już mniej strony i w kolejne kilkadziesiąt minut doprowadza nas do schroniska.

Ruszamy z parkingu za przysiółkiem Ranalt.

Zaczynamy wędrówkę doliną Langental – rzut oka za siebie.

Szlak wiedzie najpierw dnem doliny wzdłuż potoku.

Po chwili dochodzimy do hali B’suchalm (1580 m n.p.m.).

Gospodarze gościńca B’suchalm zajmują się też hodowlą zwierząt.

Co szlak, to inne zwierzęta. Dziś spotykamy kozy.

Kozy zapuszczają się chętnie do wyższych pięter doliny.

Po niemal dwóch godzinach marszu wreszcie czas na odpoczynek.

Z progu doliny otwiera się szeroki widok na otaczające szczyty.

Na tarasie Nürnberger Hütte (2278 m n.p.m.) zatrzymujemy się na tradycyjnego radlerka. Postój trochę nam się przeciąga, bo bardzo niepokoją nas wypiętrzające się na północy chmury, zmierzające wyraźnie w naszą stronę. Po długich dywagacjach, co dalej robimy w tej sytuacji (planowaliśmy piękną ferratę Nürnberger Hütte), postanawiamy zaryzykować podejście na przełęcz, ale omijając ferratę, żeby mieć możliwość szybkiego odwrotu w razie nagłej zmiany warunków. Ferrata, chociaż należy do gatunku „przyschroniskowych”, jest atrakcyjna i była nam dzisiaj po drodze, ale cóż, czasami trzeba zachować rozsądek.

Tego nam było trzeba!

Ruszamy dalej – Nürnberger Hütte zostaje za nami.

Podejście na przełęcz Niederl (2629 m n.p.m.) jest dosyć wygodne i bardzo przypomina nam szlaki w Tatrach Wysokich, ułożone z dużych granitowych bloków. „Nasza” burza gdzieś sobie poszła, więc jesteśmy już spokojniejsi, ale na przełęczy okazuje się, że po drugiej stronie pogoda jest znacznie gorsza. Niebo całe zaciągnięte chmurami, z których to tu, to tam już pada… Szybko robimy więc zdjęcia i ruszamy w dół.

Schronisko Nürnberger zostaje coraz bardziej w dole.

Zbliżająca się do nas burza zniechęciła nas do przejścia ferraty Nürnberger Hütte.

Na przełęcz wprowadza wygodna ścieżka klucząca między blokami skalnymi.

Na przełęczy Niederl zauważamy, że deszcz nadciąga też z drugiej strony.

…więc czym prędzej uciekamy w stronę kotlinki Grünau.

Zejście z przełęczy na stronę zachodnią jest najbardziej eksponowanym miejscem na dzisiejszej trasie. Prowadzi jednak dość wygodnymi zakosami z zabezpieczeniem stalową liną, której można się przytrzymać. Osoby z małą odpornością na ekspozycję mogą mieć tutaj jednak trudności, zwłaszcza przy schodzeniu, ale obiektywnie problemów dużych nie ma.

Widoki po tej stronie przełęczy znacznie przewyższają nasze oczekiwania. Przez długi czas podziwiamy piękny lodowiec spływający spod szczytu Wilder Freigera, oraz leżące u jego stóp jezioro Grünausee, którego toń ma głęboką turkusową barwę. Niestety, kontemplowanie widoków nagle przerywa nam deszcz. Na szczęście nie pada długo i już po chwili wychodzi znowu słońce, a chmury w ciągu kilku minut gdzieś się rozpływają. Korzystamy z pogody i schodzimy nad sam brzeg jeziora Grünausee (trzeba nieco zboczyć ze szlaku), gdzie urządzamy sobie przemiły postój. Czujemy się jak nad jakąś laguną na włoskiej riwierze, do tego z widokiem na ośnieżone szczyty – no po prostu bajka!

Pięknie stąd prezentuje się Wilder Freiger.

Lodowiec Wilder Freiger to główny aktor tej sceny.

Ścieżka sprowadza w kierunku Grünausee.

Piękna dolina polodowcowa przywodzi nam na myśl naszą ‚Piątkę’.

Przed nami widok na górskie otoczenie doliny Sulzenau.

Zbierało się na deszcz, zbierało, no i oczywiście zaczęło padać.

Turkusowa barwa stawu Grünausee.

Przy szlaku czai się jaszczurka.

Grünausee. Jest pięknie.

Nie możemy się oprzeć chęci urządzenia sobie tu krótkiego odpoczynku.

Trzeba ruszać dalej, ale nie oznacza to końca niesamowitych wrażeń. Przechodzimy po podręcznikowych wręcz ogładzeniach polodowcowych, oglądamy piękny potok wypływający wprost z lodowca. Można tutaj studiować poszczególne elementy rzeźby polodowcowej. Szlak jest poprowadzony po mistrzowsku. Przez dłuższy czas prowadzi sporym wałem morenowym, by po przeprawieniu się na drugi brzeg potoku znowu poprowadzić na piękny punkt widokowy (drogowskaz, trzeba odejść od szlaku kilkadziesiąt metrów – warto!), z którego widać zarówno przebyty przez nas odcinek drogi, jak i lodowiec Sulzenauferner oraz położone na wysokim progu skalnym.

Schodzimy w kierunku doliny Sulzenau.

Po drodze uwagę zwracają imponujące ogładzenia polodowcowe

Morena jak z podręcznika geografii.

Nią właśnie wiedzie nasz szlak.

Podziwiamy lodowiec Wilder Freiger.

Kozy dziś już były, teraz pora na owce!

Boczna ścieżka odbijająca od szlaku doprowadza do punktu widokowego na dolinę Sulzenau.

W górnym piętrze doliny przysiadło schronisko Sulzenau.

Przekraczamy lodowcowy potok Sulzenaubach.

Schronisko Sulzenau leży na wysokości 2191 m.

Stąd już szybciutko docieramy na taras schroniska Sulzenauhütte, gdzie zamawiamy „górskie jadło” i napitek dla członków Alpenverein. Dzisiaj na posiłek składa się kotlet, jajko sadzone i ziemniaki w śmietanowym sosie, a do tego pół litra kompotu. Nie jest to kuchnia wysokich lotów, ale dla głodnego turysty w sam raz!

Teraz już czeka nas tylko zejście do samochodu. W żadnym wypadku nie jest to jednak nudna męczarnia, jak to bywa z zejściami. Wybieramy nieco mniej wygodne, ale za to ciekawsze warianty zejścia, będące częścią Wilde Wasser Weg – sztubajskiej świetnej trasy edukacyjnej, pokazującej dziki górski potok, wodospady i prowadzącej aż pod lodowiec Sulzenauferner.

Szlak sprowadza zakosami na niższe piętro doliny, podchodząc pod sam Sulzenau Wasserfal. To niesamowite wrażenie być tak blisko tak wielkiego wodospadu (ten jeden z najwyższych wodospadów Alp Wschodnich ma aż 200 m wysokości!). Spadająca woda tworzy całkiem silny wiatr niosący pył wodny, w którym promienie słoneczne tworzą piękną tęczę! Cudo! Woda oblepia nas mgiełką, hałas uniemożliwia rozmowę.

Z zejścia w dolinę Sulzenau otwiera się bajkowy widok na potok Sulzenaubach.

Nasz szlak pokrywa się z 2. etapem Wilde Wasser Weg.

Wodospad Sulzenau spada z 200-metrowego progu doliny.

To jeden z najwyższych wodospadów w Alpach Wschodnich.

Piękna, soczysta hala na wysokości Sulzenaualm (1857 m n.p.m.).

Po obejrzeniu wodospadu pokonujemy płaską jak stół halę Sulzenaualm, po której wiją się odnogi potoku. Po chwili znowu zaczynamy ostre zejście, już ostatnie na dzisiaj. Szlak sprowadzający nas na kolejne trzy punkty widokowe na kolejny wodospad miejscami prowadzi po specyficznych drewnianych pomostach przypominających drabiny lub drewniane tory kolejowe.

Widok na Grawa Wasserfal jest niesamowity. Woda spada znowu z prawie 200-metrowego progu, a dodatkowo to najszerszy wodospad Alp Wschodnich – mierzy ok. 85 m szerokości! Wodny pył znowu tworzy piękne tęcze. Po dotarciu na dolny drewniany taras widokowy przechodzimy po mostku na drugi brzeg potoku spływającego z wodospadu.

Sulzenaualm (1857 m n.p.m.)

Można zerknąć z góry na Mutterbergtal.

A to kolejna atrakcja – wodospad Grawa.

Wodospad zasilają położone wyżej lodowce.

Człowiek jest przy nim taki malutki!

Wododpad Grawa to jeden z największych wodospadów w Alpach – ma 85 m szerokości.

Ostatnie 2,5 km idziemy wzdłuż imponującego potoku najpierw szlakiem Wilde Wasser Weg, a ostatnie kilkaset metrów pokonujemy poboczem drogi. Dotarliśmy do naszego samochodu – hurra!

Końcowy odcinek naszej trasy to 1. etap Wilder Wasser Weg.

Plan na dzisiaj mocno ewoluował. Zaczęło się od chęci przejścia ferraty Nürnberger Hütte. Potem doczytaliśmy, że zamiast wracać tą samą drogą, można zrobić pętlę obok jeziora i wodospadu, więc koncepcja została rozszerzona, a ostateczny efekt wypadł jak powyżej, czyli bez ferraty, ale za to z jakimi widokami, z jakimi atrakcjami! Dla takich miejsc i takich szlaków kocha się góry!

Trasa w liczbach:
Niespełna 11 godzin, ok. 18 km, przewyższenie po ok. 1500 m w górę i w dół

Jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi szliśmy.

Alpy Sztubajskie, dzień 4. Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

17 lipca 2017, poniedziałek

Piękny dzień, przed wieczorem chmurzy się, ale bez opadów, do 24 st.

Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrata Austrii?

Długo zastanawialiśmy się jaką trasę wybrać na dzisiaj. Największym problemem okazałą się… pogoda! A dlaczego? Bo ładna i pewna, więc trzeba ten dzień wykorzystać jak najlepiej. A z drugiej strony pewnie dzisiaj będziemy mieli kryzys kondycyjny… No i co tu wybrać?

Ferrata Ilmspitze

Rano zjeżdżamy kilka kilometrów do centrum Neustift pod kolejkę Panoramabahn Elfer. Parking niby spory, ale już w znacznym stopniu zajęty. Kolejka gondolowa wywozi nas (w ramach naszej Stubai Card bezłatnie) na wysokość ok. 1800 m n.p.m.

Nie tracąc czasu, odnajdujemy odpowiedni kierunek i o 9:30 ruszamy w stronę doliny Pinnistal. Mijamy łąkę, z której startują paralotniarze, i oryginalną platformę widokową. Po podejściu kilkudziesięciu metrów w górę zaczynamy bardzo przyjemne zejście na halę Pinnisalm. Przyjemnie wytrasowana ścieżka trawersuje zbocza Elferspitze, stopniowo obniżając się na dno doliny. Przed nami piękne alpejskie widoki na wschodnie otoczenie doliny z imponującym Kirchdachspitze. Ach, byłby to piękny spacer z dziećmi!

Kolejka Panoramabahn Elfer wwozi nas na wysokość 1790 m.

Neustift im Stubaital zostaje w dole – wrócimy tu dopiero wieczorem.

Hale przy górnej stacji kolejki to ulubione miejsce startu paralotniarzy.

Mijamy punkt widokowy i idziemy na południe.

Zejście w dolinę Pinnistal to prawdziwa przyjemność.

Ścieżka wije się wśród soczystej zieleni w prawdziwie alpejskich widoków.

Szlak sprowadza w dolinę w okolicy schroniska Pinnisalm.

Po niespełna 40 minutach docieramy na halę Pinnisalm (1560 m n.p.m.). Wybierając wjazd kolejką, a następnie zejście do doliny, oszczędziliśmy sobie 600 m wysokości i około dwie godziny podejścia, które czekałoby nas, gdybyśmy zaczęli dzisiejszą wycieczkę z przysiółka Neder. Do tego miejsca można też dostać się minibusem Pinnisshuttle, który zawozi turystów aż do ostatniej hali w dolinie – Karalm. To jednak spory koszt (13 euro/osoba), a wjazd kolejką „załatwiamy” w ramach Stubai Card.

Dnem doliny prowadzi kamienista, wygodna droga, którą sprawnie zaczynamy zdobywać wysokość. Po pół godziny meldujemy się na hali Karalm (ok. 1750 m n.p.m.). Tu jest ostatni gościniec, w którym można się posilić i odpocząć. Podobny był na Pinnisalm (i jeszcze jeden niżej, na Issenangeralm, miniemy go dopiero w drodze powrotnej). Oboje zgadzamy się, że w tej okolicy są bardzo przyjemne, łatwo dostępne szlaki dla rodzin z dziećmi. Można na przykład zrobić sobie bardzo przyjemną kilkugodzinną pętlę spod górnej stacji kolejki do Elferhütte, dalej przez Panoramaweg zejść na halę Karalm, a potem po zejściu na halę Pinnisalm wejść z powrotem do górnej stacji kolejki ścieżką, którą my schodziliśmy w dolinę.

My teraz nie korzystamy z oferty bacówek – dłuższy postój planujemy dopiero w schronisku na przełęczy Pinnisjoch. Ścieżka wprowadza na przełęcz wyjątkowo wygodnymi zakosami – nawet specjalnie nie czuje się tu zdobywania wysokości. Zachwycamy się alpejskimi kwiatkami – co najmniej kilka gatunków nie przypomina naszych tatrzańskich roślin, więc nie możemy się oprzeć pokusie robienia zdjęć. Szczególnie ładne są „takie różowe” (potem sprawdzamy ich nazwę – różaneczniki alpejskie) – tworzą całe barwne połacie na pograniczu hal i kosodrzewiny – piękne!

Ruszamy w górę doliny Pinnistal.

Po chwili mijamy schronisko Karalm (1747 m n.p.m.).

Za schroniskiem ścieżka zaczyna piąć się zakosami na przełęcz.

Podziwiamy różaneczniki alpejskie.

Nazw niektórych kwiatów nawet nie znamy

…ale i tak są piękne!

Wygodnie poprowadzone zakosy wprowadzają na wysokość 2370 m.

W pewnym momencie na naszej drodze staje urocza ławeczka – chyba czeka specjalnie na nas! Nie możemy się oprzeć i robimy sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie kalorii. Idziemy już prawie dwie godziny i dochodzimy do poziomu 2000 m – należy nam się!

Przez pewien czas szlak ma mniejsze nachylenie i prowadzi pięknymi halami. Ich uroki doceniły też alpejskie krowy, które postanowiły nie wpuścić nas do swojego królestwa. Na szczęście po spojrzeniu im głęboko w oczy dały obejść się bokiem:) Tutejsze krowy są wyjątkowo czyste i… ładne – nadają się wprost do reklamy wiadomej czekolady ;-).

Oj, chyba nie przejdziemy dalej…

Tutejsze hale są intensywnie wypasane.

Krowy pięknie komponują się z alpejskim krajobrazem.

Przed nami jeszcze ostatnia porcja zakosów i po niespełna trzech godzinach meldujemy się na przełęczy Pinnisjoch (2370 m n.p.m.). Tuż za nią skrywa się urocze schronisko Innsbrucker Hütte. Zasiadamy na słonecznym tarasie z pięknym widokiem na otoczenie doliny Gschnitztal i zamawiamy po radlerku, a do tego Apfelstrudel i ciasto morelowe – pycha!

Przed nami przełęcz Pinnisjoch.

Stąd już tylko krok do bardzo przyjemnego schroniska Insbrucker Hütte (2370 m).

Przełęcz Pinnisjoch to popularne miejsce odpoczynku.

Widok na południowe otoczenie doliny Gschnitzal.

Na zachodzie majaczy dumnie Habicht (3277 m n.p.m.).

O 13:00 pokrzepieni ruszamy dalej. Spoglądamy z przełęczy, że do naszego Ilmspitze jest całkiem niedaleko. Jaka tam godzina podejścia do ferraty, eee, przesada – myślimy. Szlak jest bardzo przyjemny – ścieżka wchodzi pomiędzy dolomitowe skały, prowadzi głównie po prawej (wschodniej) stronie grani to podchodząc trochę, to opadając. Po ok. 20 minutach zaczynają się ubezpieczenia, zakładamy więc sprzęt, jak każą, chociaż trudności nie trwają długo. Po 40 minutach widzimy w oddali drogowskazy w dwie strony – aaa, to pewnie to rozejście się dróg wejściowej i zejściowej na nasz szczyt – mówimy sobie… Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że to dopiero odejście szlaku na szczyt Kalkwand, a przed nami jeszcze prawie pół godziny drogi pod Ilmspitze. Szlak jest jednak przyjemny – prowadzi widokowym grzbietem przez kopulaste wzniesienia aż do podnóża Ilmspitze. Dojście to jednak faktycznie bita godzina, nie chce być inaczej… Patrzymy na zegarki – oj, wcześnie w domu to my dziś nie będziemy.

My ruszamy na wschód, w kierunku szczytu Kalkwand.

Wchodzimy w dolomitowy park skalny.

Dolina Pinnistal została daleko w dole.

Nasza ścieżka trawersuje stoki Kalkwanda (2564 m n.p.m.).

Dolomitowe wychodnie skalne mają bajkowe kształty.

Rzut oka za siebie – jaki piękny mamy dziś szlak!

Przed nami widać już nasz cel – szczyt Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Na szczyt Ilmspitze prowadzi piękna, dość wymagająca ferrata.

Ze dawnego schronu, który kiedyś stał przy początku ferraty, została już tylko kupa desek. Zadziwia nas brak ludzi – od przełęczy nie spotkaliśmy nikogo, teraz na ferracie przed nami jedna dziewczyna znika po chwili w skałach. Teraz kolej na nas. Hmm, początek ferraty nie zachęca –  tak jakoś jest pionowo i odpychająco, i nie wiadomo gdzie nogę postawić – tu są najtrudniejsze miejsca, wyceniane w miejscowej broszurce na C/D. Jak na nasz gust na pierwszym (ale krótkim) odcinku D jak się patrzy. Zastanawiamy się, czy iść wyżej, bo dużą ilością czasu to my dzisiaj nie dysponujemy. Szkoda nam jednak nie wejść na szczyt, skoro weszliśmy aż tutaj, M. udało wgramolić się jakoś na pierwszy pionowy próg; męska decyzja, idziemy!  Dalej, zgodnie z opisem ferraty w przewodniku, trudności z każdym krokiem maleją i droga robi się naprawdę ciekawa i w miarę wygodna. Można mieć uwagi do słabego naciągnięcia liny, ale kto by tam czepiał się szczegółów.

Początek ferraty do łatwych nie należy.

Jak już tu weszliśmy, nie ma odwrotu – droga zejściowa jest dużo łatwiejsza.

Przełęcz zostaje coraz bardziej w dole.

Dzielnie wspinamy się coraz wyżej.

Odwracamy się do tyłu i odnajdujemy szlak, którym przyszliśmy.

Wyżej teren staje się łatwiejszy.

Rzut oka na piękny Elferspitze.

Gdzie by tu dalej?:)

Piękny powietrzny trawers.

Jedna z głównych atrakcji ferraty – duży krok nad głęboką szczeliną.

Jak człowiek zerka w dół, w głowie może się zakręcić.

A nad tymi czeluściami piekielnymi musimy zrobić krok!.

Pod szczytem spotkamy jeszcze mroczny komin z zaklinowanym blikiem skalnym.

R. wdrapuje się na szczyt. Już prawie, prawie!

Po drodze atrakcji co nie miara, a trudności nie wychodzą poza dobre C. Sporo prawie pionowych ścian, fajny krok nad głęboką rozpadliną (dreszczyk emocji gwarantowany!), ciemny kominek z zaklinowanym nad głowami głazem… Ostatni odcinek granią przed szczytem i nareszcie – jesteśmy na Ilmspitze (2692 m n.p.m.)! Po krótkiej ocenie pogody decydujemy się odpocząć nieco niżej, bo zbierające się na horyzoncie chmury świadczą o tym, że w ciągu kilkunastu minut może nadciągnąć burza. Schodzimy kilkadziesiąt metrów tą samą drogą, a potem za strzałką z napisem „ABSTEIG” skręcamy na wschód (schodząc – w lewo) i tutaj dopiero rozsiadamy się na zasłużony odpoczynek. Pijemy cudowną herbatkę i wcinamy kanapki. Kłębiące się chmury nie pozwalają nam się zrelaksować – ruszamy dalej – odpoczniemy w schronisku.

Na szczycie Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Widok z Ilmspitze na północny wschód.

…i na zachód, w stronę Habichta.

To wszystko w oprawie pięknych dolomitowych skałek.

Na postój pozwalamy sobie dopiero w łatwiejszym terenie.

Zejście początkowo jest całkiem przyjemne – trochę drabinek, trawersy malowniczymi półkami skalnymi. Przypomina nam się ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo z zeszłego roku. Dalej jednak robi się mniej przyjemnie – zaczynają się uciążliwe piargi, dużą część trasy stanowi bardzo niewygodne i niezbyt bezpieczne zejście żlebem wypełnionym kruchym materiałem skalnym. Do tego ciągle słyszymy niepokojący hałas spadających kamieni. Dopiero po dłuższej chwili dowiadujemy się, co jest źródłem tych obsunięć – to duże stado kozic! Na szczęście teraz są już poniżej nas, więc możemy odetchnąć z ulgą – nie strącą na nas kamieni.

W pewnym momencie przekraczamy źleb, zsuwając się z asekuracją kilkudziesięciometrowej liny. Dalej już prawym brzegiem żlebu po piargach, ale wzdłuż skał. Znowu jak w Dolomitach. Dopiero po ponad godzinie dostrzegamy przed nami w dole ścieżkę wyprowadzającą z powrotem do początku ferraty. A tu znowu niespodzianka – nasze znajome kozice znowu są nad nami i zrzucają sporo kamieni na naszą ścieżkę. Próbujemy je przepędzić krzykiem, ale mają nas w…. Cóż nam pozostaje – po zrobieniu kilku zdjęć (niestety kozice zlewają się ze skalnym tłem) i sprawdzeniu kasków ruszmy naprzód. Na szczęście kozice jakby nam się przyglądały i na te kilkanaście sekund zastygły w bezruchu i nie zrzuciły nam nic na głowę :-). Nie mieliśmy dotąd pojęcia, że taki piękny kierdel kozic (było ich ponad dwadzieścia sztuk) może stanowić tak duże niebezpieczeństwo w górach!

Zejście z Ilmspitze prowadzi inną, łatwiejszą drogą.

Trawersujemy pięknymi półkami skalnymi.

Czujemy się jak w Dolomitach.

Pokonanie stromej ściany ułatwia szereg klamer.

Ścieżka sprowadza do gigantycznego żlebu. To niezbyt przyjemny odcinek.

Rzut oka do góry – stamtąd zeszliśmy!

Teraz przed nami już tylko bezpieczna droga powrotna. Zmęczeni, gramolimy się ścieżką z powrotem do punktu startu ferraty (droga zejściowa sprowadza żlebem ponad 100 m niżej niż punkt wyjścia). Zbliża się już 18:00, więc każdy krok w górę po całym dniu wędrówki zaczyna być bolesny. Droga dojściowa, tak przyjemna kilka godzin temu, teraz męczy i dłuży się. Szczególnie podejścia, a jest ich kilka, dają się nam we znaki. Goni nas jednak groźba deszczu i burzy.

Kończymy herbatę z jednego termosu, zostawiając drugi „na czarną godzinę”. W pośpiechu kubek z termosu zalicza upadek w przepaść. No trudno, mówimy sobie. Po chwili jednak kilkadziesiąt metrów niżej czeka na nas jakby nigdy nic na naszej ścieżce – ale zaliczył przygodę! Będzie miał co opowiadać „przy herbacie”;-). O 18:30 z niekłamaną radością witamy znajome schronisko i zasiadamy w cieplutkiej jadalni.

Przed nami przyjemna ścieżka, choć trzeba uważać na spadające kamienie!

Mimo zmęczenia nie pozostajemy obojętni na uroki szlaku.

I wreszcie upragniony widok – Insbrucker Hütte i OBIAD!

Atmosfera w Innsbrucker Hütte jest naprawdę schroniskowa (w dobrym tego słowa znaczeniu) – jadalnia przytulna, jest gitara i akordeon, gry dla dorosłych i dzieci. Chciałoby się tu zamieszkać. Dzisiaj jednak nie jesteśmy do tego przygotowani. Szybko zjadamy bardzo dobre spaghetti, popijamy piwem, herbatą i (podejrzanie kakaowym) cappuccino, i o 19:20 ruszamy na dół.

Przed nami – bagatela – 1400 m wysokości zo zgubienia i ok. 11 km zejścia. Na szczęście ścieżka jest wygodna i bezpieczna. Pogoda się nieco poprawiła, więc spokojnie schodzimy znanymi wygodnymi zakosami i dalej drogą dnem doliny Pinnisalm. Przed 21:00 robimy krótki postój, wypijając resztę herbaty („czarna godzina” nadeszła!) i lecimy dalej. Szlak na chwilę zbacza pomiędzy zabudowania i przez chwilę prowadzi leśną ścieżką, co trochę nas niepokoi, bo robi się już prawie zupełnie ciemno, czołówki co prawda w plecaku czekają w gotowości, ale i tak to żadna przyjemność. Po chwili na szczęście wracamy do znanej szerokiej drogi, która w zapadającym zmroku jest znacznie pewniejsza.

Zadziwia nas spore nachylenie drogi, utrzymujące się aż do samego wylotu doliny, wyraźnie większe niż w jej wyższej części, ale cóż – gdzieś trzeba zgubić te 1400 m przewyższenia! Tylko nasze nogi nie chcą tego zrozumieć. Przed 22:00 meldujemy się u wylotu doliny w Neder i skręcamy zgodnie z drogowskazem na Neustift. Droga ku naszemu (i naszych nóg) niezadowoleniu znowu pnie się trochę w górę, ale potem już sprowadza do centrum Neustift. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to zakosy po łące sprowadzające za drogowskazem do mostku na rzece i prosto pod dolną stację kolejki, gdzie czeka nasza bryka. Udało się!!! Znowu będzie co wspominać!

Znajoma przełęcz Pinnisjoch. Zaczynamy schodzić mocno wieczorową porą.

Po prawej uśmiecha się do nas Ilmspitze – tutaj dziś byliśmy!

Przy schronisku Karalm spotykamy takie słodziaki!

Gigantyczna, pęknięta na pół wanta za schroniskiem Pinnisalm.

Neustift witamy już późnym wieczorem.

Dzisiejsza nasza trasa to właściwie materiał na dwie wycieczki. Dojście do schroniska Innsbrucker Hütte na przykład z okolic górnej stacji kolejki Panoramabahn Elfer to świetna propozycja na rodzinny górski spacer. A przejście ferraty na Ilmspitze to osobna spora wycieczka ze schroniska (zajęła nam ponad 5 godzin). Zadziwiło nas to, że w tej części trasy spotkaliśmy tylko jedną osobę – przed nami na ferracie i jeszcze z daleka widzieliśmy jedną osobę na szczycie Ilmspitze. Podczas podejścia spotkaliśmy kilkanaście osób, a podczas zejścia minęliśmy kilka w górnej części zakosów.

W naszej pamięci grań z Kalkwand i Ilmspitze pozostanie jako jeden z najładniejszych szlaków, przypominający nam bardzo zeszłoroczne szlaki w Dolomitach. Wapienne, miejscami równie białe i kruche skały, piękne formacje skalne, emocjonująca ferrata – mimo zmęczenia po stokroć było warto!

Nasza dzisiejsza trasa – piękna, ale wymagająca

Dzisiejsza trasa w liczbach:
13 godzin, 25 km, przewyższenie ok. 1600 m w górę i 2400 m w dół

Dolomity, dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

28 sierpnia 2016, niedziela

Słońce dosłownie praży, ale nie narzekamy

Dookoła masywu Sassolungo,
czyli piękna, widokowa trasa odpoczynkowo-pożegnalna

Dzisiaj ostatni dzień przed podróżą do domu – nie zrywamy się więc skoro świt, co niestety ma swoje konsekwencje. Rano droga z Sottogudy jest zablokowana z powodu uroczystości organizowanej przez członków stowarzyszenia alpejskiego. Mamy przymusowy postój, ale przy okazji przypadkiem bierzemy udział w życiu lokalnej społeczności, co jest dla nas bardzo interesujące. Orkiestra, bębny, starsi panowie idący równymi rzędami w takich samych strojach i z tyrolskimi kapelusikami, panie ubrane w ludowe stroje. Pal sześć opóźnioną wycieczkę!

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Gdy wreszcie wydostajemy się z Sottogudy, dojazd idzie jak krew z nosa. Przed 10:00 na drogach są już wszyscy – samochody, autobusy, kampery, motocykliści, rowerzyści. Tych ostatnich samochody mijają o milimetry – jaka może być przyjemność z jazdy w takich warunkach? Zdecydowanie przy dłuższych dojazdach warto przejechać tutejsze drogi przed 8:00, wtedy jest dużo spokojniej. Mamy wrażenie, że w ciągu dnia poza górskimi włóczykijami i tubylcami na drogach prym wiodą turyści przełęczowi. Objeżdżają oni okoliczne przełęcze, zatrzymują się na najwyżej położonych parkingach, żeby robić zdjęcia, odwiedzić położone na przełęczy rifugia i knajpki, i jadą na kolejną przełęcz. W tej „turystyce przełęczowej” istotną grupę stanowią motocykliści, często podróżujący w grupach i nawzajem nakręcający się do wyprzedzania i efektownego pokonywania zakrętów. Jeden z nich kilka dni temu prawie w nas wjechał, jadąc z przeciwka naszą stroną drogi. Cudem ominął nas poboczem (po naszej prawej stronie…).

W takim uroczym tłumie po około godzinie docieramy na przełęcz Sella. O darmowych miejscach parkingowych można zapomnieć, wszystkie zatoczki są zapchane. Na szczęście przy schronisku (a właściwie hotelu) Passo Sella Resort jest duży parking, na którym za 5 Euro można zostawiać auto na cały dzień.

Na dzień pożegnalny wybraliśmy „odpoczynkową” spacerową trasę dookoła Sassolungo, najmniejszego samodzielnego masywu Dolomitów. Pogoda nadal piękna, podobno to najładniejszy tydzień w Dolomitach w tym roku – ale mamy szczęście!

Najpierw kierujemy się na północ, na szlak nr 526. Początkowy odcinek trasy biegnie wśród różnej wielkości głazów, porośniętych pięknymi drzewami, głównie limbami. Niektóre głazy mają po ponad 10 metrów wysokości! Ta pozostałość po wielkim obrywie skalnym z Sassolungo stanowi raj dla boulderowców i początkujących wspinaczy. Po 40 minutach mijamy schronisko Comici. Zaglądamy tylko do toalety, ale i tak wrażenia są niesamowite – futurystyczne podświetlenia na schodach, klamkach i w samych toaletach zadziwiają nas… Czujemy się jak w klubie, a nie w schronisku, więc szybko idziemy dalej. Na szczęście rozległe panoramy otaczające nas dziś przez cały dzień mają jak najbardziej górski charakter.

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Po prawej stronie mamy grupę Selli.

Po prawej stronie mamy grupę Selli

... a z tyłu - masyw Marmolady.

… a z tyłu – masyw Marmolady.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Nasz szlak okrąża teraz masyw Sassolungo od północnej strony. Powoli znika nam z oczu grupa Selli, szlak podchodzi pod smukłe turnie Sassolungo. Można iść pod samymi skałami, nieco niżej lub po halach na samym dole. Chcieliśmy iść górą, przy skałach, ale jakoś nie trafiliśmy i przeszliśmy „wariantem środkowym”. Masyw Sassolungo ma kształt podkowy, a jedyne łatwe wejście do serca grupy jest możliwe od północnego-zachodu. Nie skręcamy tam jednak, nie chcąc przedłużać spaceru i obawiając się tłumów przy schronisku Vicenza. Nasz szlak teraz zmienia numer na 527.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Przez dłuższą chwilę trawersujemy piarżyste zbocza Sassolungo, powoli tracąc wysokość. Potem pokonujemy najbardziej nużący fragment trasy – około półtoragodzinne podejście w skwarze południa. Przed nami otwierają się coraz szersze widoki w stronę południową, na kolejne szczyty grupy Catinaccio. Głodni, z radością witamy schronisko Sassopiatto. To raczej górski hotel. Wolelibyśmy coś bardziej kameralnego, no ale nie marudzimy – po chwili poszukiwań znajdujemy wolny stolik i pałaszujemy pyszne włoskie dania, popijając je piwem.

Przed nami grań Terrarosa.

Przed nami grań Terrarosa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Od schroniska ścieżka zmienia numer na 557. Na tej części trasy nie ma już większych podejść – trawersujemy zbocza Sassopiatto, które od strony schroniska wygląda bardzo niepozornie. Delektujemy się widokami na Catinaccio i wychylające się zza zakrętu szczyty grupy Marmolady, w tym samą królową Dolomitów. Mijamy schroniska Pertini i Friedrich August. W pobliżu jest mnóstwo schronisko-restauracjo-hoteli, wręcz za dużo, ale taka już uroda tej okolicy. Intensywne zagospodarowane turystycznie są zwłaszcza tereny przy samej przełęczy Sella. Mamy wrażenie, że liny wyciągów zaraz poplączą się ze sobą. Na szczęście wzrok można zawiesić na wyłaniającej się przed nami w pełnej okazałości Selli.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

 Królowa Marmolada

Królowa Marmolada

Postrzępiona grań Sassolungo

Postrzępiona grań Sassolungo

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Widok na imponujący masyw Selli

Widok na imponujący masyw Selli

...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

…i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Wreszcie wracamy na parking,. Szlak domyka pętlę wokół Sassolungo, a my kończymy dolomickie wędrówki. Na pewno tu jeszcze wrócimy – choćby na ferratę Oscara Schustera na Sassopiatto! I na łatwiejsze szlaki z dziećmi! Kolejne plany rosną jak grzyby po deszczu.

Nasz czas: 10:45 – 16:45, ok. 15 km, 800 m przewyższenia

Nasza dzisiejsza trasa jest godna polecenia jako trasa aklimatyzacyjna albo ‘kondycyjna’, na luźniejszy dzień. To też świetny szlak dla rodzin z dziećmi. Jest kilka schronisk (właściwie restauracji i hoteli) z placami zabaw, gdzie pociechy mogą odpocząć i nabrać ochoty na dalszą wędrówkę. My sami chętnie zabierzemy tutaj naszych chłopaków. Można na przykład wjechać kolejką do serca masywu, zejść przez schronisko Vicenza i obejść grupę tylko od północy lub południa zamiast przechodzić całą pętlę, co stanowi dość długą wycieczkę.

Dolomity, dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

27 sierpnia 2016, sobota

Znowu pięknie, z popołudniowymi obłoczkami

Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino

Dzisiaj cudowna trasa na ukoronowanie pobytu w Dolomitach. Długi dojazd (półtorej godziny z Sottogudy) zmusza nas do zwleczenia się z łóżek jeszcze po ciemku, żeby skoro świt ruszyć do miejscowości San Martino di Castrozza. Na darmowym parkingu pod kolejką meldujemy się tuż po 8:30. Gondolkami, a następnie kolejką linową pokonujemy łącznie prawie 1200 m przewyższenia i lądujemy na zboczu Rosetty tuż po 9:00. Nie jest źle.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Na górze wita nas po prostu inny świat. Nie dość, że jest dużo cieplej niż na parkingu, to przede wszystkim widok przed nami jakby z księżyca albo z innej planety. Pod naszymi stopami rozciąga się polodowcowy krajobraz płaskowyżu Altipiano, a za nim niekończące się morze szczytów. Po prostu coś niesamowitego.

''Księżycowy'' płaskowyż pod La Rosettą.

”Księżycowy” płaskowyż pod La Rosettą.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Nie podchodzimy na szczyt La Rosetta, na którego zbocze dociera kolejka, bo nie chcemy potem się spieszyć z przejściem obu ferrat, ale stamtąd podobno widok jest jeszcze piękniejszy. Idziemy od razu w kierunku schroniska Rosetta, robimy tam kolejne zdjęcia i skręcamy w prawo w kierunku przełęczy Passo di Ball.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Idziemy rzadko spotykanym w Dolomitach szlakiem. Zazwyczaj jedzie się na piargach, a tu dziś jak paniska wędrujemy w dół bardzo wygodnymi zakosami! Ścieżka-autostrada sprowadza nas w okolice wierzchołka Col delle Fede. Ten wygodny szlak zbudowano wielkim nakładem sił ponad sto lat temu jako realizację pomysłu barona von Lessera, który chciał… konno wjeżdżać na płaskowyż, żeby polować sobie na kozice!

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Dalej podchodzimy nieco eksponowaną ścieżką na Passo di Ball. Trasa miejscami jest ubezpieczona. Doskonale nadaje się na tym odcinku do nauki chodzenia po ferratach dla starszych dzieci.

Przed nami przełęcz Passo di Ball - tam zmierzamy.

Przed nami przełęcz Passo di Ball – tam zmierzamy.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Ferrata Nico Gusella

Na przełęczy Passo di Ball robimy postój, przepuszczając idącą z naprzeciwka grupę ze Słowenii. W końcu ruszamy w górę na ferratę Nico Gusella (cała nasze dzisiejsza trasa jest doskonale opisana w serwisie wdolomitach.pl; można znaleźć tu mnóstwo cennych wskazówek orientacyjnych). Początkowo podchodzimy typowym szlakiem po piargach, a następnie, skręcając lekko w lewo, docieramy do początku ubezpieczeń.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Po skałach, miejscami stromo pniemy się w kierunku Forcella Stephen. Momentami trzeba się trochę pogimnastykować, ale ogólnie podejście daje nam się we znaki głównie z powodu palącego słońca, a nie z racji kłopotów technicznych. Ostatnie metry podejścia na przełęcz prowadzą już bez ubezpieczeń przez górną część żlebu zasypanego grubszymi i mniejszymi kamieniami.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Z przełęczy Forcella Stephen można zrobić sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę na Cima di Val di Roda. Podobno jest stamtąd przepiękny widok. My znowu z powodu czekającej nas dzisiaj jeszcze wielogodzinnej wędrówki rezygnujemy z tej przyjemności. Dodatkowo zniechęcają nas gromadzące się pod szczytami chmury, które i tak zasłoniłyby znaczną część widoków. Przyjdziemy tu następnym razem. Słowo! Jemy więc spokojnie kanapki i ruszamy dalej.

Kolejną godzinę spędzamy na nużącym powolnym obniżaniu się, trawersując, przeważnie bez zabezpieczeń, dość mocno nachylone zbocze. Widoków nie mamy, bo chwilowo zasłaniają je chmury. Zadziwiamy się bardzo wyraźnymi zjawiskami krasowymi. Dzięki porom i żłobkom krasowym o wiele łatwiej znaleźć podparcie dla nóg i rąk. Ten odcinek tylko miejscami jest ubezpieczony, nie zawsze tam, gdzie to by się faktycznie przydało, jednak przy suchej skale nie ma problemów.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Docieramy na sympatyczną przełączkę, skąd po raz pierwszy widzimy chyba najsłynniejszy duet Dolomitów – turnie Sass Maor oraz Cima della Madonna. Widok na te dwa szczyty będzie nam dzisiaj towarzyszyć bardzo długo. Widok z przełączki jest w ogóle bardzo piękny i zdecydowanie rozleglejszy niż z przełęczy Porton czy Passo di Ball.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Niestety, czas ruszać dalej. Teraz przed nami długi, ale wygodny trawers prowadzący w dół w okolice przełęczy Porton. Szlakowskaz znajduje się poniżej głębokiego wcięcia przełęczy, ale my wdrapujemy się też na przełęcz, żeby zajrzeć na początek ferraty Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Spotykamy znajomą grupę ze Słowenii – właśnie skończyli przechodzić tę ferratę. My dzisiaj już tędy nie pójdziemy, ale kiedyś… – ach, jak miło snuć plany na przyszłość;-)

Po minięciu przełęczy Porton dalej podążamy w kierunku gwiazd dzisiejszego dnia – Sass Maor i Cima della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Rzut oka za siebie - przełęcz Porton to to 'U' na środku po prawej.

Rzut oka za siebie – przełęcz Porton to to ‚U’ na środku po prawej.

Ferrata del Velo

Trochę obawialiśmy się zejścia przez „welon Madonny”, opisywanego w różnych miejscach jako bardzo eksponowane i wymagające odporności psychicznej. Kiedy docieramy do właściwej części ferraty del Velo, okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Zejście faktycznie jest eksponowane i prowadzi prawie pionowo w dół, ale wymagania techniczne nie są tu przesadnie duże. Dla nas (subiektywnie) zarówno ekspozycja, jak i trudności były większe na ferracie prowadzącej granią zachodnią na Marmoladę, szczególnie przy pokonywaniu jej w dół w drodze powrotnej.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

W dole San Martino di Castrozza - z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

W dole San Martino di Castrozza – z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

Najbardziej efektownie nasze zejście prezentuje się z oddali – welon Madonny rzeczywiście opada bardzo stromo w dół. Możliwe, że na nasze odczucia wpłynął niedawny remont ferraty – wydaje się, że niedawno zamontowano tu nowe stopnie, które pewnie są wygodniejsze od umieszczonych tu wcześniej kotew. Dodatkowo wyremontowana została też w tej okolicy ferrata Vecchia, która jest opisywana u Tkaczyka jako zniszczona i zamknięta – teraz widzimy normalne drogowskazy prowadzące na nią i turystów kierujących się w jej stronę.

Mocno zmęczeni i pełni wrażeń z dzisiejszej trasy docieramy do schroniska Velo della Madonna, czyli schroniska Welon Madonny. Wewnątrz spędzamy bardzo miłe trzy kwadranse. Pani z obsługi jest bardzo sympatyczna, kluchy przepyszne, a piwo świetnie gasi pragnienie. Na koniec włoskie espresso i czas ruszać dalej!

Schronisko Velo della Madonna.

Schronisko Velo della Madonna.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Zejście do San Martino

Do zejścia wybieramy nieco dłuższy, ale bardziej widokowy wariant szlakiem trawersującym zbocza w kierunku San Martino. Najpierw kilkaset metrów schodzimy nużącymi zakosami szlaku 713, aby skręcić w prawo na szlak 721. Długo trawersujemy zbocza szczytów, w okolicy których dzisiaj przechodziliśmy. Szlak prowadzi w okolicy górnej granicy lasu, a później sprowadza coraz niżej. Na koniec idziemy leśnymi drogami. Koniecznie trzeba mieć przy sobie mapę, bo bez niej można zejść za wcześnie i trzeba byłoby wtedy podchodzić na parking z centrum San Martino. Nam udało się wyjść tuż przy dolnej stacji gondolek.

W San Martino żegnają nas dzisiejsze szczyty, pięknie podświetlone promieniami zachodzącego słońca. Masyw Pale di San Martino wywarł na nas duże wrażenie – na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy! W grupie Pale można zaplanować zarówno ambitne trasy z przejściami ferratowymi, jak i rodzinne wędrówki przez przełęcze i schroniska. A wszystko to w oprawie przepięknych i różnorodnych widoków. Księżycowy płaskowyż, a zaraz obok strzeliste granie i turnie. Nie można przejść obok tego miejsca obojętnie.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Brakowało nam lasu, to mamy.

Brakowało nam lasu, to mamy.

To nie schodki z cegły - to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

To nie schodki z cegły – to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Znowu widzimy Rosettę - z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Znowu widzimy Rosettę – z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Wycieczka była niewątpliwie męcząca, ale warta każdego metra przebytej drogi. Dodatkowo dzisiaj nie spieszyliśmy się za bardzo, chcąc podziwiać widoki i cieszyć się z każdej chwili w górach. Na ferratach potrzebna była duża koncentracja, nie tylko na fragmentach ubezpieczonych (w naszym odczuciu dotyczy to zwłaszcza ferraty Nico Gusella – tam jest wiele odcinków nieubezpieczonych, gdzie trzeba zachować uwagę). To dobra trasa dla wszystkich, którzy przeszli już kilka ferrat i nie obawiają się ekspozycji.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Nasz czas:

9:10 – 12:30 Rosetta – Forcella Stephen 13:00 – 16:15 Forc. Stephen – Rif. Velo della Madonna 17:00 – 19:30 zejście ze schroniska na parking

Razem ok. 15 km, ok. 800 m podejść i prawie 2000 m zejścia.

Dolomity, dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

26 sierpnia 2016, piątek

Piękna słoneczna pogoda jak wczoraj, ale dziś już od południa pojawiają się chmurki

Roda di Vaél

Rano wstajemy z łózka i – ojojoj – mamy wrażenie, jak byśmy cały wczorajszy dzień chodzili po drabinach w górę i w dół, w górę i w dół. Ale dlaczego?:) Cóż, pora na dzień kondycyjny. Na rozruszanie pamiątek z Marmolady wybieramy trasę niezbyt trudną i niezbyt długą, za to oferującą piękne widoki – szczyt Roda di Vaél (2806 m n.p.m.) w masywie Catinaccio.

Rano podjeżdżamy samochodem do miejscowości Carezza. Dolina Val di Fassa jest upstrzona miejscowościami wypoczynkowymi, 9:00 dopiero, a ruch turystyczny szalony. Kampery, motocykliści, rowerzyści, drogi przez miejscowości wąziutkie, chodników miejscami brak. Jedziemy i jedziemy, przestój za przestojem, jakoś opornie nam to idzie. Urozmaiceniem nużącego dojazdu są obie płyty zespołu Lilly hates roses, przypominające trochę soundtrack do filmu Once i niezwykle miłe dla ucha. Na wyciąg wsiadamy dopiero ok. 10:30.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Wyciąg krzesełkowy Paolina (13 Euro w obie strony) znacząco ułatwia wchodzenie, pokonując prawie 500 m różnicy wysokości. Górna stacja mieści się na wysokości 2125 m. Ruszamy stamtąd szlakiem nr 552, po czym po ok. pół godziny marszu skręcamy w prawo w ścieżkę wiodącą na przełęcz Passo di Vaiolon (2560 m).

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Najpierw idzie się wygodnymi zakosami, potem w górnej części żlebu szlak wchodzi w trudniejszy teren – przez chwilkę jest stalowa lina, potem usypująca się ścieżka. Trudności są jednak niewielkie i sprzęt ferratowy nie jest jeszcze potrzebny. Największym utrudnieniem jest sznurek turystów przed i za nami dążący na przełęcz – cóż, skoro wybraliśmy trasę niezwykle popularną i nie wyszliśmy na nią wczesnym rankiem, to mamy;-) Na przełęczy rozsiadamy się na postój. Wsuwamy kanapki, podziwiając piękne widoki – imponująca grupa Selli, trochę niepozorna Marmolada, Ombretta – cieszymy się, że z dnia na dzień coraz więcej szczytów i masywów potrafimy rozpoznać. Robimy zdjęcia na wszystkie strony – wczoraj w naszym aparacie zaszwankował najbardziej uniwersalny obiektyw – wrrr, nie miał kiedy się popsuć… Na szczęście, przezorni, wzięliśmy naszego starego wysłużonego Panasonica – może staruszek jeszcze da jakoś radę;-)

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Na przełęczy Vaiolon.

Na przełęczy Vaiolon.

Włosi uwielbiają też robić napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Włosi uwielbiają też układać napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Po nieco przydługim postoju wskakujemy w kaski i uprzęże i ruszamy do góry. Ferrata nie jest  trudna i prawdę mówiąc, w wielu miejscach nawet nie bardzo nam się chce wpinać do liny. Jedyna uciążliwość to rozmijanie się z turystami wracającymi tędy z trudniejszej ferrraty Massare.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Oboje stwierdzamy, że dzisiejsza trasa to dobry szlak, gdybyśmy kiedyś chcieli starszym chłopcom pokazać, na czym polega ferrata. Jedyny trudniejszy fragment to sam koniec, zejście na przełęcz – tu faktycznie początkujący mogliby mieć problemy. Przed nami idzie rodzina z chłopcami młodszymi od naszych starszaków. Z jednej strony podziwiamy ich odwagę, z drugiej zastanawiamy się, czy to rozsądnie ciągnąć tak małe dzieci w takie miejsca. Podczas wymuszonych przestojów obserwujemy turystów, mierzących się z krótkim łącznikiem między ferratami Roda di Vaél i Massare. Do przejścia tego trudnego odcinka ustawiła się już pokaźna kolejka. W pierwotnych planach chcieliśmy przedłużyć wycieczkę o ferratę Massare, jednak przez rozsądek z bólem serca zrezygnowaliśmy – wtedy trudno byłoby nazwać nasz dzisiejszy dzień dniem odpoczynku:) Teraz, patrząc na tłumy idące popularną Massare, cieszymy się, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare. W trudniejszym miejscu tworzą się przestoje.

Zejście z ferraty Roda di Vaél jest dość mylne. Znaków brak – dopiero po dokładnym rozejrzeniu się zauważamy stalowe liny asekuracyjne kilkanaście metrów niżej. Trzeba wejść w żleb wiodący od przełączki. Wszystko sypie się tu spod nóg, typowa dolomitowa zabawa. Tego chyba nie da się polubić. Zejście nie jest trudne, ale w początkowym odcinku mocno niewygodne.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Na szczęście po ok. pół godziny wchodzimy w łatwiejszy teren. Zakosami dochodzimy do poprzecznej ścieżki. Znaków znów brak. I mamy zagadkę – teraz w lewo, czy w prawo? Wyciągamy mapę, ale przebieg szlaku na niej nie jest, o dziwo, zaznaczony. Zgadujemy więc i skręcamy w lewo – jak się potem okazuje, wydłużamy tym samym drogę. Ale nie ma tego złego – i tak dochodzimy do wygodnego szlaku 549 (co prawda aż na wysokości przełęczy Vailon), okrążającego grupę, a po drodze spotykamy jeszcze sympatycznego świstaka.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Skręcamy w prawo w szlak 549. Wygodna, trawersująca ścieżka prowadzi po jednej wysokości. No autostrada normalnie. A widoki dookoła bajkowe, alpejskie. Przez chwilę czujemy się, jak byśmy byli gdzieś w naszych kochanych Taterkach. Spacer tą ścieżką jest bardzo miły. Tu można by było przyjść z dziećmi w każdym wieku. W ogólne cały ten rejon jest wymarzonym celem wypadów rodzinnych – gęsta sieć szlaków o różnym stopniu trudności sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Mijamy schronisko Roda di Vaél i idziemy prosto do górnej stacji kolejki. Zatrzymujemy się tylko raz – przy zwracającej uwagę już z daleka rzeźbie przedstawiającej przerośniętego orła – ten oryginalny pomnik upamiętnia Theodora Christomannosa, wielkiego propagatora idei rozwoju turystycznego Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że pomnik w innym miejscu byłby neutralny, ale tu zupełnie gryzie się z górskim otoczeniem.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Po ok. godzinie marszu domykamy pętelkę – stajemy przy górnej stacji wyciągu Paolina. Chodzi do 18:00, więc nie musimy się spieszyć. Wstępujemy na zupę gulaszową do położonego tuż obok schroniska Paolina. Klimat w środku jak u nas, miło „schroniskowy”.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Po miłym postoju w schronisku pozostaje nam już tylko zjechać na dół wciągiem i dojechać do naszej Sottogudy. Tym razem ruch na drodze na szczęście jest mniejszy. Udaje nam się po drodze zauważyć sklep spożywczy (o dziwo, sklepy spożywcze są tu rzadkością, albo my nie umiemy ich znaleźć – gdzie mieszkańcy robią zakupy???) – wstępujemy tam, by uzupełnić brakujące zaopatrzenie.

Wieczorem zdjęcia, zapiski i planowanie kolejnej trasy – oj, będzie nam tego bardzo brakowało!

Nasz czas: 10:45 – 16:45 nie licząc jazdy wyciągiem, ok. 10 km

Dolomity, dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

25 sierpnia 2016, czwartek

Nadal ciepło i pięknie, do 25 stopni

Marmolada

Trzy dni górskich wędrówek za nami – aklimatyzacja zakończona! Pogoda nadal piękna, więc nie ma co czekać: idziemy na Marmoladę – królową Dolomitów!

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) - nasz cel.

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) – nasz cel.

Dojazd (na Passo Fedaia) dzisiaj króciutki, zaledwie 20 minut jazdy od naszej mety. Już z drogi podziwiamy jezioro zaporowe Lago di Fedaia i oświetloną porannym słońcem Marmoladę. Ale największe zaskoczenie czeka nas już za chwilę. Pierwszy etap naszej dzisiejszej trasy pokonać mamy wyciągiem, który określano mianem „gondolowy”. Tymczasem okazuje się, że te „gondole” to ażurowe konstrukcje przypominające jako żywo… supermarketowe wózki podwieszone na długich pałąkach! Pakują nas do takiego jednego i jazda w górę! Pakują to dobre określenie, bo pan w biegu wpycha nas do tego ustrojstwa i zamyka jak bydło w zagrodzie!:) Na pewno nie jest to przejażdżka dla osób z lękiem wysokości, bo konstrukcja jest zupełnie ażurowa i osłania nas tylko do pasa. Jednak dla wszystkich odważnych to świetna atrakcja. Takim wyciągiem jeszcze nie jechaliśmy i raczej już nie pojedziemy. Wysiadamy na Pian del Falconi, na chwilkę zaglądamy do całkiem miłego wnętrza schroniska i sprawnie ruszamy. Chcemy wrócić przed zamknięciem wyciągu (aktualnie pracuje do 16:45).

Punkt startu - jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Punkt startu – jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Podejście na przełęcz Forcella Marmolada

Droga, niestety, najpierw sprowadza ponad 100 m w dół, aby ominąć wielkie skały – potem wysokość trzeba będzie nadrobić. Ścieżka kluczy między zadziwiającymi ogładzeniami lodowcowymi w nieco piarżystym terenie. Cały czas trzeba pilnować przebiegu szlaku, bo wokół sporo alternatywnych ścieżek, a oznakowanie, zwłaszcza w górnej części szlaku dojściowego, jest zdecydowanie niewystarczające i mylne (kopczyki często znajdują nie tylko przy właściwej trasie). Odczuliśmy to w drodze powrotnej, kiedy przynajmniej dwa razy zgubiliśmy na chwilę drogę.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Prawdziwe emocje zaczynają się jeszcze przed ferratą. Z daleka niepozorny lodowczyk leżący pod przełęczą okazuje się całkiem spory. Przed południem lód jest bardzo twardy, a kamienie utrudniają wbijanie raków w jego powierzchnię. Na szczęście M. uparła się, żeby raki zabrać, pomimo informcacji w wielu relacjach, że w lecie na tym szlaku najczęściej nie są one konieczne. Dzisiaj jednak praktycznie wszyscy podchodzący tym szlakiem zakładają raki, często też związują się liną i podpierają czekanami, bo zamiast rozmokniętego śniegu pod nogami mamy lód pokryty luźnym materiałem skalnym. Do podparcia wystarczyły kijki. Na szczęście przeprawa obywa się bez przygód, tylko zakładanie, a potem pakowanie raków do plecaka zajmuje sporo czasu.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Droga lodowcem kończy się pod skałami - tam zaczyna się ferrata.

Droga lodowcem kończy się pod skałami – tam zaczyna się ferrata.

Zaraz za lodowczykiem zaczyna się ostre, dobrze ubezpieczone podejście w kierunku przełęczy. Właściwie można powiedzieć, że już za lodowcem zaczyna się ferrata, chociaż nominalnie zalicza się do niej tylko odcinek od Forcella Marmolada do szczytu Punta Penia.

Wchodzimy na ferratę - kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Wchodzimy na ferratę – kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

 Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Via ferrata Marmolada

Od przełęczy podejścia stają się bardziej strome, właściwie przez znaczną część czasu wchodzimy na kolejne wielometrowe drabiny. Może nie ma jakichś wyjątkowychch wymagań technicznych, jednak pokonywanie tak długich ciągów ubezpieczeń w sporej ekspozycji męczy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Najbardziej martwiliśmy się, jak to będzie z zejściem, jeżeli trzeba będzie wymijać osoby wchodzące – szlak na Marmoladę cieszy się dużą popularnością.

 Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

 Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

 Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Rzut oka do tyłu - stamtąd przyszliśmy.

Rzut oka do tyłu – stamtąd przyszliśmy.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Opisywane w relacjach szczytowe pole śnieżne w tym roku jest wyraźnie mniejsze i w związku z tym praktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po piarżystym zboczu. Sam skraj lodowca jest miękki, więc tym razem obywamy się bez raków. Na szczycie zaskakuje nad widok brzydkiej budy letniego schroniska Capanna Punta Penia. Mimo to zaglądamy do środka i jesteśmy mile zaskoczeni. Wnętrze przytulne i ciepłe, gospodarz bardzo sympatyczny. Ceny adekwatne do wysokości, ale nareszcie mamy możliwość zamówić kluchy! Zamawiamy więc spaghetti i lecimy na krótką sesję foto na pobliski szczyt. Nasz rekord wysokości został pobity kolejny raz podczas tego wyjazdu – Marmolada wystaje 3343 m ponad poziom morza. Widoki oczywiście przepiękne, a z perspektywy szczytu nawet schronisko wygląda lepiej. Wracamy sprawnie i zaraz możemy doceniać walory smakowe naszego spaghetti, poprawionego pyszną kawą z mlekiem!

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Taka toaleta - tylko na Marmoladzie!

Taka toaleta – tylko na Marmoladzie!

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Zejście nad jezioro Lago di Fedaia

Posileni i pełni sił ruszamy w drogę powrotną. Raczej nie mamy już (i słusznie) nadziei na powrót kolejką, ale perspektywa schodzenia o 550 m więcej każe nam przyspieszyć kroku. Zejście trochę się dłuży, bo sama ferrata jest dość monotnna (prawie cały czas bardzo ostro w dół po stalowych kotwach i stopniach). Dzisiaj jakoś męczy nas pokonywanie drogi w ten sposób. Na szczęście podczas zejścia spotkamy tylko kilka wchodzących osób, więc nie ma problemów z wymijaniem się. Mocno zmęczeni przechodzimy przez Forcella Marmolada i schodzimy na skraj lodowca. Tam robimy dłuższy postój, a potem przechodzimy ponownie lodowczyk. Ciężko znaleźć dobre miejsce do zejścia z niego, bo obrzeża są zasypane drobnymi kamyczkami, po których ciężko przejść w rakach, a buty bardzo się ślizgają na wystającym miejscami lodzie. Po chwili  lodowcowych łamigłówek bezpiecznie przechodzimy ten odcinek trasy, a potem sporo błądzimy w poszukiwaniu kiepsko oznakowanego i mylnego szlaku.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Piz Boé - wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

Piz Boé – wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Przy górnej stacji kolejki „wózkowej” meldujemy się około dwie godziny po jej zamknięciu (a bilety na powrót – jak poprzednio – w kieszeni…), więc niestety czeka nas jeszcze spore zejście. Początkowo teren jest piarżysty, a później w najbliższym otoczeniu szlaku dominują zjawiska krasowe, zwłaszcza naprawdę urodziwe lejki krasowe. Chwilę odpoczynku przy rozstaju szlaków pod Col do Bousc umila nam oglądanie świstaka – warto było jednak tędy zejść!

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Nasze czasy: Wejście: 9:15 (Pian dei Fiacconi) – 13:40 (szczyt Punta Penia), zejście: 14:10–19:40 (ze szczytu na parking nad Lago di Fedaia)

Na tej wycieczce zależało nam chyba najbardziej. Wiadomo, Marmolada. Królowa Dolomitów nas nie rozczarowała. Może sama w sobie nie jest najładniejszym szczytem, ale pokryta lodowcem bardzo wyróżnia się wśród okolicznych masywów. Emocjonujące przejście przez lodowczyk, całkiem spora ferrata i zaskakująco miła atmosfera sezonowego schroniska na szczycie Punta Penia na długo pozostaną w naszej pamięci.

Trudości na tym szlaku nie są większe niż te na Orlej Perci, jednak ciągłe pokonywanie długich eksponowanych ścian może się dać psychicznie i fizycznie we znaki. Na pewno nie jest to trasa dla turystów zaczynających przygodę z ferratami, ale szlak nie powinien sprawić problemu z osobom z doświadczeniem w pokonywaniu trudniejszych wysokogórskich szlaków, o dość dobrej kondycji i przy stabilnej pogodzie. Polecamy zabranie raków na pokonywanie lodowczyka, bo – jak przypuszczamy – warunki na nim mogą być bardzo zmienne. Jeśli raki będą niepotrzebne, najwyżej zostaną w plecaku – nam się dziś bardzo przydały.

Dolomity, dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Masyw Cristallo już był, masyw Selli również, dziś przyszła pora na Tofany ( na zdjęciu powyżej widziane z masywu Selli). Spośród dostępnych szlaków wybieramy ferraty di Dentro i Formenton, umożliwiające przejście granią między Tofaną di Mezo (3244 m n.p.m.) i Tofaną di Dentro (3238 m n.p.m.) oraz zejście do pośredniej stacji kolejki.

Przejście ferratą między Tofaną di Mezzo i Tofaną di Dentro

Po drodze zatrzymujemy się fotograficznie w uroczej miejscowości Caprile, przez którą prawie codziennie przejeżdżamy.

Urocza miejscowość Caprile - widujemy ją po drodze.

Urocza miejscowość Caprile – widujemy ją po drodze.

Rano w pełnej turystów Cortinie mamy przejściowe problemy ze zlokalizowaniem dojazdu na parking pod kolejkę linową na Tofany – drogowskazów prawie brak i musimy polegać na mapie. Uff, udało się. Zaraz na parkingu spotykamy sympatyczną rodzinę z Polski, zamieniamy kilka słów, po czym szybko kupujemy bilet i prawie od razu wskakujemy do kolejki. Kolej linowa wiodąca z Cortiny na Tofanę di Mezzo to imponujące założenie inżynieryjne. Wjazd przebiega trzyetapowo, a ostatni odcinek wagonik pokonuje bez dodatkowych podpór dla liny. Wysokogórskie widoki rozlegające się dookoła dosłownie zapierają dech w piersiach. Wjazd na Tofanę jest godny polecenia choćby jako atrakcja sama w sobie, nawet dla osób nieprzepadających za wędrówkami po górach.

Z górnej stacji kolejki wychodzi się prosto na wspaniały widokowy taras, na którym można zażywać kąpieli słonecznych i rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Łatwa ścieżka wprowadza na szczyt Tofany di Mezzo (3244 m n.p.m.) – warto tu podejść te kilka minut, bo widoki faktycznie są zachwycające. A my pobijamy kolejny rekord wysokości! Nie do końca się liczy, bo jednak kolejką, ale zawsze!

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Górna stacja kolejki z tarasem - solarium, w tle masyw Cristallo.

Górna stacja kolejki z tarasem – solarium, w tle masyw Cristallo.

Sama ferrata zaczyna się nieco poniżej szczytu. Zakładamy kaski, uprzęże i lonże i ruszamy. Za nami kilkoro innych turystów – trasa ta cieszy się (zasłużenie!) dużą popularnością.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Pierwszy odcinek trasy nie jest trudny technicznie i wiedzie trawersem po półce skalnej. Jednocześnie to idealna okazja do studiowania budowy geologicznej Tofan. Spoglądamy na zostającą w tyle Tofanę di Mezzo – tu płyty skalne chyba stanęły na głowie!

Tofana di Mezzo - niesamowicie wygląda od tej strony.

Tofana di Mezzo – niesamowicie wygląda od tej strony.

Trudniej zaczyna się robić dopiero za przełęczą – opuszczamy wygodną półkę, a grań robi się powietrzna. Bardziej wymagające odcinki są jednak krótkie, a trudności nie przewyższają tych znanych z Orlej Perci. Należy uważać zwłaszcza na odcinkach bez zabezpieczeń – ścieżeczka jest wąziutka, a ekspozycja ogromna.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Patrzymy przez okno skalne, a tam - Marmolada.

Patrzymy przez okno skalne, a tam – Marmolada.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Po niespełna półtorej godziny od wyruszenia na ferratę stajemy na Tofanie di Dentro (3238 m n.p.m.). Na szczycie spotykamy niezwykle sympatyczną grupę Włochów – mocno starszych panów (80 na karku!) i naszych znajomych Państwa z parkingu. Z chęcią zatrzymujemy się na postój, bo kiszki z głodu marsza raźno grają. Znajdujemy idealny do tego celu grajdołek kilka kroków za szczytem z pozostałościami drewnianej konstrukcji. Mili panowie śmieją się, że znaleźliśmy świetną restaurację i robią nam wspólne zdjęcie 😉

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Croda Rossa na tle Alp.

Croda Rossa na tle Alp.

Ristorante Tofana.

Ristorante Tofana.

Zejście z Tofany di Dentro do pośredniej stacji kolejki

Szlak sprowadza w dół piarżystym zboczem, które stopniowo przechodzi w grań. Po doświadczeniach poprzednich dni obawialiśmy się tego piarżystego zejścia, ale tu ścieżka z zakosami utrzymała się całkiem nieźle i schodziło się przyzwoicie. Na tym odcinku bardzo pomocne są kijki.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Widoki może nie są tak rozległe jak na grani między Tofanami, ale i tak nie można oderwać od nich oczu. Szlak co chwilę zmienia swój charakter i nie dłuży się.

Tofana di Dentro od północy - jakże inna.

Tofana di Dentro od północy – jakże inna.

Po chwili musimy schować kijki i znów przypiąć się do lin asekuracyjnych, po chwili szlak znów zamienia się w ścieżkę, potem znów mamy krótkie odcinki ferratowe, potem – zejście żlebem.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Tuż przed zejściem z grani znajdujemy biwak Baracca degli Alpini. W środku miło i przytulnie. Warunki do spędzenia nocy są tu daleko lepsze niż te na biwaku przy ferracie I. Dibona.

Bivacco Baracca degli Alpini - najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

Bivacco Baracca degli Alpini – najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

We wnętrzu edukujący obrazek.

We wnętrzu edukujący obrazek.

Podczas całego zejścia głównym problemem jest niezwiązane z ziemią podłoże. Ścieżka jest wygodna, ale wąska, a jest gdzie się zsunąć. W pewnym momencie szlak przeprowadza przez malownicze okno skalne.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

I znowu ktoś zrobił nam zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

I znowu ktoś zrobił nam wspólne zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

Po przekroczeniu okna kończą się wszystkie trudności i niczym ceprostradą wędrujemy aż do pośredniej stacji kolejki (Ra Valles).

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okolice stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

Okolice stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty - Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty – Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

Cała nasza dzisiejsza wycieczka była przepiękna, godna polecenia dla każdego, kto ma doświadczenie w poruszeniu się po szlakach wysokogórskich i nie jest wrażliwy na ekspozycję.

Nasze czasy: 11:00-12:30 ferrata między Tofanami, 13:00-15:50 – zejście ferratą Formenton

Timing mamy niezły, więc postanawiamy coś zjeść w Rifugio Ra Valles. Tu jednak mają dziś tylko przekąski typu toasty. Zjeżdżamy więc kolejką na kolejną stację pośrednią. Czeka tu na nas restauracja z miłym tarasem widokowym. Dobra nasza. W menu wypatrujemy rivioli nadziewane serem, ślinka cieknie. Już mamy składać zamówienie, a tu kelner informuje nas, że właśnie przestali wydawać ciepłe posiłki. Cóż, musimy obejść się smakiem. W takiej sytuacji zjeżdżamy prosto do Cortiny i wsiadamy do samochodu z planem zatrzymania się na obiad gdzieś po drodze.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Dziś wracamy do Sottogudy drogą 638 przez przełęcz Giau (2236 m). Jechaliśmy już tędy podczas drogi z Wiednia w Dolomity, ale wtedy było ciemno i lało, no i nie było żadnych widoków. Mieliśmy ochotę odczarować tę drogę. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę, by z bliska przyjrzeć się szczytowi Ra Gusela (2595 m n.p.m.), znanemu z wielu kalendarzy z górskimi widokami. Przy okazji lokalizujemy knajpę na przełęczy. Mają kluchy, idziemy! Chcemy składać zamówienie i … słyszymy, że na ciepłe dania zapraszają dopiero od 19:30. Czy nad nami krąży dziś nasza klątwa?

Ra Gusella z Passo Giau - jedna z wizytówek Dolomitów.

Ra Gusella z Passo Giau – jedna z wizytówek Dolomitów.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Docieramy do Sottogudy głodni jak wilki. Sytuację ratują jajka, cebulka i papryka w lodówce;)