Alpy Sztubajskie, Tyrol, Austria, 2017.07

Alpy Sztubajskie, 2017.07

To nasz pierwszy wyjazd w Alpy Austriackie. Niby byliśmy już w Alpach Bawarskich i Julijskich, odwiedziliśmy też Dolomity, ale wyprawa w sam środek Alp Wschodnich to trochę co innego. Alpy Sztubajskie zadziwiły nas swoją uniwersalnością. Spodziewaliśmy się wielkich dolin i szczytów z lodowcami niedostępnych dla przeciętnego turysty. Zastaliśmy prawdziwe góry dla każdego. Można tu znaleźć trudne ferraty i ambitne podejścia na trzytysięczniki. Jest mnóstwo szlaków dla typowych górołazów (choćby Stubaier Höchenweg od schroniska do schroniska przez kolejne doliny, przełęcze i szczyty). Są trasy odpowiednie dla rodzin z dziećmi i ludzi w każdym wieku i kondycji. Są intensywnie zagospodarowane okolice kilku kolejek gondolowych, gdzie wytyczono nawet ścieżki w pełni dostępne dla dziecięcych wózków (!) i każdy może poczuć się jak w wysokich górach. Ale są też dzikie i niedostępne miejsca, do których docierają nieliczni.

Jako turyści, dla których pierwowzorem gór są Tatry, liczyliśmy na bliższe zapoznanie się z krajobrazem lodowcowym. Nie zawiedliśmy się. Każda podchodząca w okolicę głównej grani alpejskiej dolina oferowała widok z lodowcami w tle. Wiele szlaków wprowadza na granie i szczyty, umożliwiając bezpośrednią konfrontację ze spływającą masą lodu. Nie marzymy o poszukiwaniu drogi przez labirynt szczelin czy wspinaniu się na stromych lodowcowych podejściach, ale możliwość zobaczenia takiego krajobrazu z bliska była dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Trochę brakowało nam jedynie takiego prawdziwego, ciemnosmreczyńskiego lasu. W Sztubajach doliny i ich co łagodniejsze zbocza są bardzo intensywnie wypasane. Drzewa i kosodrzewina porastają praktycznie tylko bardziej niedostępne zbocza. Za to można podziwiać stada krów, owiec i kóz. Nie trzeba też czekać na pojawienie się widoków dopiero po przekroczeniu granicy lasu. Coś za coś.

Stałym elementem krajobrazu są też naprawdę imponujące potoki, biorące często początek w topiących się latem lodowcach. Tworzą one niespotykane w Tatrach rozlewiska na płaskich łąkach i potężne kaskady i wodospady na kolejnych progach dolin. Górskie stawy w letnim słońcu mają kolory morskich lagun… Po prostu trzeba samemu to zobaczyć, a jeżeli nie macie takiej możliwości to zapraszamy do naszej relacji!

Z praktycznego punktu widzenia przydatne jest zakupienie Stubai Card (64 euro za dorosłego i 32 euro za dziecko), dającej możliwość korzystania przez 5 z 7 kolejnych dni z kolejek gondolowych w dolinie oraz kilku dodatkowych atrakcji, w tym parku wodnego StuBay. Z innych przywilejów „karcianych” warto wspomnieć o możliwości nieodpłatnego korzystania ze środków komunikacji publicznej. Niektóre (oczywiście odpowiednio droższe) kwatery i pensjonaty oferują Stubai Card w cenie noclegów.

Planując wyjazd w Alpy, warto odpowiednio wcześniej zostać członkiem Alpenverein. W cenie członkostwa otrzymujemy międzynarodowe turystyczne ubezpieczenie, obejmujące nie tylko turystykę górską, ale też po prostu wyjazdy zagraniczne na cały rok. Dodatkowo w schroniskach możemy korzystać ze zniżek na noclegi i specjalnych, w miarę tanich posiłków, tzw. Bergsteigessen za 8 euro/porcja. Przy członkostwie dwóch dorosłych osób dzieci otrzymują członkostwo z wszelkimi uprawnieniami bez dodatkowych opłat.

Ambitni turyści mogą w Alpach Sztubajskich zdobywać poszczególne szczyty z programu Seven Summits Stubai (Zuckerhütl, Wilder Freiger, Habicht, Rinnenspitze, Serles, Hoher Burgstall, Elfer). Zdobycie każdego z nich potwierdzamy perforacją na specjalnej karcie (dostępnej w punktach informacji turystycznej). Uwaga: wejście na szczyty Zuckerhütl i Wilder Freiger wymaga odpowiedniego sprzętu i doświadczenia w turystyce lodowcowej.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek (zapraszamy!):

Dzień 1. Podróż i ruiny starej walcowni w Nietulisku

Dzień  2. Podróży cd. Salzburg – miasto Mozarta

Dzień 3. Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher, czyli wysokie góry dla każdego

Dzień 4. Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

Dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

Dzień 6. Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte – alpejski szlak jak z bajki

Dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Dzień 8. Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

Dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

Dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

Dzień 11. Podróż powrotna i czeskie Brno w deszczu

Brno – przystanek w podróży powrotnej z Alp Sztubajskich

24 lipca 2017, poniedziałek

Od rana deszcz, raz bardziej, raz mniej ulewny, ok. 18 stopni

Brno odwiedzamy jako przystanek w podróży powrotnej z Alp Sztubajskich.

Podróż powrotna i postój w Brnie

Zgarniamy się wcześnie rano i z łezką w oku opuszczamy nasz alpejski domek. Tyle wspomnień dołożyliśmy do swojej kolekcji w ciągu minionego tygodnia! Tyle zmęczenia w nogach, tyle pięknych widoków, tyle nowych nazw, nowych miejsc, nowych skojarzeń. W Alpy wrócimy jeszcze na pewno nie raz i na pewno zabierzemy tam dzieci!

Jedzie się niezbyt wygodnie, bo właściwie od Innsbrucka non stop pada, momentami naprawdę intensywnie. Jazda zatłoczoną autostradą przy kiepskiej widoczności wymaga wielkiej koncentracji.

Brno

Na dłuższy postój zatrzymujemy się w Brnie – drugim co do wielkości mieście Czech. To właśnie tutaj Mendel tworzył półtora wieku temu podstawy współczesnej genetyki. Zwiedzanie miast z dziećmi nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej, więc chętnie korzystamy z okazji, że jesteśmy tylko we dwoje. Prawdę mówiąc, Brno nadaje się też na rodzinną wycieczkę – z dzieciakami najlepiej jednak skupić się na okolicy wzgórza zamkowego z mnóstwem przyjemnych alejek, pięknymi punktami widokowymi na miasto, ławeczkami i placem zabaw. I trzeba pokazać dzieciakom słynnego brneńskiego smokokrokodyla, podwieszonego w bramie wjazdowej starego ratusza.

My też zaczynamy nasz spacer po Brnie od zajrzenia na zamek. Górujący nad miastem zamek Špilberk został zbudowany w XIII w., ale obecną postać zawdzięcza przebudowom z XVII i XVIII w., które zamieniły go w obronną twierdzę. W zamku mieściło się niegdyś jedno z najbardziej znanych więzień w monarchii habsburskiej. Ze wzgórza zamkowego otwiera się wspaniały widok na Brno z zabytkowym centrum i wianuszkiem współczesnej zabudowy.

Zamek Špilberk – pierwszy punkt na naszej trasie zwiedzania Brna.

Zamek został zbudowany w XIII w, kolejne przebudowy nadały mu jednak charakter barokowy.

Od XVII do XIX w. w zamku funkcjonowało habsburskie więzienie.

Z zamkowych murów pięknie widać zabytkowe centrum Brna.

Obecnie wart jest odwiedzin również ze względu na walory widokowe.

Opuszczamy teren zamku i kierujemy się na starówkę.

Gdy tylko opuszczamy zamek, zaczyna padać. Gdzie tu się najlepiej schować? Już wiemy, biegniemy do katedry! Wyniosłą gotycką katedrę  św. św. Piotra i Pawła zbudowano na wzgórzu Petrov na miejscu dawnej romańskiej bazyliki. Ciekawostką jest to, że katedralne dzwony dzwonią na Anioł Pański o 11:00 zamiast w południe – ta tradycja ma upamiętniać odparcie szwedzkiego najazdu z czasów wojny trzydziestoletniej. Wnętrze świątyni nie wyróżnia się niczym szczególnym, warto jednak zwrócić uwagę na kamienną figurę Madonny z 1300 r. (po prawej stronie przy drzwiach wejściowych). Istnieje też możliwość wejścia na wieżę – warto, bo poza widokiem na miasto z lotu ptaka mamy okazję obejrzenia katedry od podszewki – wiszących wysoko dzwonów, tajemniczej mrocznej przestrzeni między sklepieniem a dachem.

Urokliwe uliczki Brna.

Katedra św. św. Piotra i Pawła.

Pierwotnie romańska, została przebudowana w stylu gotyckim.

Wnętrze katedry stanowi mieszankę stylów, ale jest dość skromne.

XIII-wieczna piaskowcowa figura Matki Boskiej.

Wchodzimy na jedną z 81-metrowych wież.

To wspaniały punkt widokowy na miasto.

Podróż w czasie.

Gdy wychodzimy z katedry, pada już całkiem solidnie. Wyciągamy parasole i kierujemy się na Zelny Trh (Targ Warzywny). Uwagę zwraca głównie niezwykle oryginalna barokowa fontanna z końca XVII w. i kolumna Trójcy Przenajświętszej. Niezmiennie od XVI w. na placu sprzedaje się świeże warzywa, zioła i owoce. My jednak mamy ochotę na coś konkretniejszego – po tygodniu życia na kanapkach z chęcią pozwolimy sobie na porządny obiad. Wchodzimy do zachęcająco wyglądającej restauracji Špalíček, urządzonej w zabytkowych pomieszczeniach starej kamienicy. Wnętrze faktycznie jest bardzo klimatyczne, potem jednak nasze dobre wrażenie pęka jak bańka mydlana. Już nawet nie chodzi o to, że zamiast sałatki ziemniaczanej dostajemy same niedogotowane ziemniaki, a zamiast apfelstrudla nędznego racucha z bitą śmietaną, że nie można płacić kartą, ani nawet o to, że w środku jakoś tak nie jest najczyściej; najgorsze jest to, że zjedzenie obiadu w tym miejscu zajmuje nam bite dwie godziny (czy obsługa może być tak wolna? Okazuje się, że może…), co akurat dzisiaj na rękę nam nie jest. No ale nic, było jak było, trzy na szynach (no, trzy z plusem za klimatyczne wnętrza) za obiad, ale przynajmniej odpoczęliśmy sobie od jazdy samochodem i pobyliśmy trochę we dwoje.

Kolumna Trójcy Przenajświętszej na placu Zelný trh.

Plac zdobi barokowa fontanna Parnas.

Bogato zdobiona fontanna ma przypominać jaskinię.

Po obiedzie rozpadało się na dobre. Mimo to dzielnie kontynuujemy nasz spacer. Kierujemy się do niezwykłego budynku starego ratusza – ten zabytek Brna spodobał nam się chyba najbardziej! XIII-wieczny (!) gmach przywodzi nam na myśl średniowieczną wieżę zegarową z rumuńskiej Sighişoary. Warto przyjrzeć się dłużej portalowi gotyckiemu – jedna z jego wieżyczek jest wyraźnie przekrzywiona (i dlatego nazywana bywa „zwiędłym fiołkiem”) – według legend obecną jej postać możemy zawdzięczać mistrzowi kamieniarskiemu, który w ten sposób odwdzięczył się miastu, gdy nie otrzymał zapłaty za swoją pracę. W bramie wjazdowej jest podwieszony słynny brneński krokodyl – „smok”, o którym krążą podobne legendy jak o naszym Smoku Wawelskim (ponoć w rzeczywistości został podarowany przez poselstwo tureckie). Koniecznie trzeba wejść na wieżę ratusza – pięknie stąd widać zabytkową starówkę.

XIII-wieczny Stary Ratusz – żelazny punkt na trasie zwiedzania Brna.

Nad wejściem wisi słynny brneński ‚smok’ – krokodyl.

Jedna z wieżyczek późnogotyckiego portalu jest wyraźnie przechylona.

Ratusz ma piękny dziedziniec z krużgankami odzobionymi herbami.

Piękne, stylowe wnętrza ratusza.

Przypomina nam się wieża rycerska w Siedlęcinie.

Pięknie widać katedrę, z dobudowanymi w 1904 r. neorenesansowymi wieżami.

Rzut oka w stronę wzgórza zamkowego.

Ostatnim miejscem, jakie odwiedzamy w Brnie, jest Plac Wolności (Námĕsti Svobody) z XVII-wieczną kolumną morową, otoczony zabytkowymi ozdobnymi pałacami i kamienicami. Warto stąd podejść jeszcze kilka kroków do późnogotyckiego kościoła św. Jakuba z najwyższą w mieście wieżą. Świątynia może spodobać się nawet młodszym turystom, a to za sprawą kamiennej figurki przy gzymsie jednego z okien, która pokazuje miastu … swoją gołą pupę. Wiąże się z tym ciekawa legenda – dowiecie się o niej na pewno, odwiedzając Brno.

Náměstí Svobody w deszczu.

Kolumna morowa pochodzi z końca XVII w.

Kościół św. Jakuba ma najwyższą wieżę w Brnie (92 m).

Słynne okno z figurką wypinającą na miasto swoje cztery litery.

Wracamy do samochodu, skacząc po kałużach, przemoczeni do suchej nitki. Ale co tam, spacer pod parasolami był bardzo przyjemny; szkoda tylko, że obiad zajął nam tak dużo czasu – Sebuś na pewno zdąży już zasnąć, zanim do niego przyjedziemy.

Brno bardzo nam się spodobało. Miasto ma wiele do zaaferowania – piękna secesyjna zabudowa, wspaniałe kościoły, urokliwe położenie między zielonymi wzgórzami, zamek, fantastyczny średniowieczny gmach ratusza. Mamy tylko wrażenie, że Brno powinno nieco bardziej zadbać o turystów – przy odrobinie starania mogłoby być tętniącym życiem centrum turystycznym tej części Europy. A tak to wydaje się nie do końca dopieszczone (wyjątek stanowią okolice ratusza ze sprawnie działającą informacja turystyczną; ulotki i mapki w wielu językach, w tym po polsku). Wejście na katedralną wieżę brudne i zaniedbane, zabytkowe place pełne parkujących samochodów – trudno uwierzyć własnym oczom, że na środku głównego placu starego miasta urządzono …. komis samochodowy! Na nasze główne wrażenia spory wpływ miała zapewne pogoda – nad głowami cały czas wisiały ciężkie szare chmury, które potem porządnie nas zmoczyły. Nawet jednak takie nie do końca wygładzone Brno ma swój klimat, dla którego chce się tu wracać. Chętnie zajrzymy tu raz jeszcze – np. żeby obejrzeć pominiętą dziś przez nas modernistyczną willę Tudendhat, wpisaną na Listę Światowego Dziedzictw UNESCO. Dzieciom spodobałaby się też pewnie podziemna trasa turystyczna pod placem Zelny Trh.

Brno-Rzeszów

Nie ma o czym pisać. Pada deszcz, a my pędzimy, coraz bliżej naszego Sebusia, przygarniętego pod skrzydła przez Babcię Stasię i Dziadka Janka! Grzesia zobaczymy dopiero następnego dnia – został z Babcią Urszulą i Dziadkiem Jerzym. A Tyma dopiero w niedzielę – wtedy wraca z obozu harcerskiego. Ale będzie opowiadania! Cała nasze wycieczka nie doszłaby do skutku, gdyby nie Babcie i Dziadkowie, którzy spędzili te dni razem ze Swoimi Kochanymi Wnukami. Jesteśmy im za to niezmiernie wdzięczni!

Nasz czas: Neustift-Rzeszów: 6:30-23:00 (w tym trzygodzinne zwiedzanie Brna), ok. 1150 km

Alpy Sztubajskie, dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

23 lipca 2017, niedziela

Rano pogoda, potem kłębiące się chmury, po 16:00 burza, do 20 stopni

Ferrata Höllenrachen i Rinnenspitze

Okolice schroniska Franza Senna mają do zaoferowania kilka krótkich ferrat i interesujących wycieczek, w tym na trzytysięczniki. Wybieramy najbardziej spektakularną z ferrat i niezbyt trudny, widokowy szczyt. Rinnenspitze to świetna góra na pierwszy trzytysięcznik dla osób, które dotąd chodziły najwyżej po Tatrach. Trudności nie przekraczają tych z Orlej Perci i ograniczają się do samej kopuły szczytowej. A fakt zdobycia trzytysięcznika bez podjazdu kolejką może być powodem do dumy ;-).

Jesteśmy „troszeczkę” zmęczeni wczorajszym przewyższeniem, ale za oknem pogoda ładna, a w planach na dzisiaj Rinnenspitze… Trzeba zabić w sobie śpiocha i ruszać w długą!

Naszym punktem startowym jest dzisiaj parking w przysiółku Oberiss na końcu doliny Oberbergtal. To ponad 10 kilometrów i ok. 800 m przewyższenia od Milders, z którego startuje ta droga. Już sam przejazd doliną oferuje przepiękne widoki na alpejskie łąki i przysiółki w otoczeniu wielkich szczytów. Stada krów dodają jeszcze krajobrazowi uroku.

Wjeżdżamy w wąską drogę odgałęziającą się w miejscowości Milders za Naustift.

Droga wprowadza w głąb doliny Oberbergtal, jednego z odgałęzień Stubaital.

Można wjechać aż do wioski Oberiss na wysokość 1742 m

Parking w ostatnim przysiółku jest płatny (jedyny płatny parking na tym wyjeździe, za jeden dzień 5 euro), ale przy dłuższym pobycie opłata sukcesywnie spada, do 24 euro za 7-14 dniowe parkowanie. Uwaga! Automat przyjmuje TYLKO monety, a drugi automat do rozmieniania pieniędzy był zepsuty. Na szczęście mieliśmy dokładnie 5 euro w bilonie.

Pierwszy etap dzisiejszej wędrówki prowadzi nas do Franz-Senn Hütte. To tylko nieco ponad 400 m przewyższenia. Tradycyjnie podchodzimy zakosami na pierwszy próg doliny. Za nami z dna Oberbergtal unoszą się malownicze chmury po nocnej burzy. Dalszy odcinek jest bardziej płaski. Mijamy niewielki Alpein Alm, uroczo położony na ogładzeniach polodowcowych. Ostatnie kilkadziesiąt metrów do schroniska Franza Senna podchodzimy w pobliżu pięknego, rwącego w wąwozie potoku.

Dalej już jechać nie można. Zostawiamy samochód na płatnym parkingu i ruszamy w górę.

Tuż przy parkingu znajduje się bacówka Oberris – czeka na głodnych górołazów

Przy szlakach dojściowych do schronisk piękne, widokowe ławeczki zachęcają do odpoczynku

Szlak do schroniska Franza Senna wspina się zakosami na próg doliny

Docieramy na halę Alpeiner Alm

Mała, ale uroczo położona bacówka Alpein Alm.

Chmury odgrywają dziś dla nas bogaty spektakl

Dolina w chmurach, u nas świeci słońce

Niżej bacówka Alpeiner Alm , wyżej schronisko Franza Senna czekają na zmęczonych turystów

Potok Alpeiner wyciął w skałąch głęboki wąwóz.

Drewniane płotki odgradzają pastwiska na alpejskich halach

Schronisko Franza Senna powstało w 1885 r. i zostało nazwane na cześć jezuity – propagatora alpejskiej turystyki

Okolica schroniska Franza Senna to ważny węzeł szlaków.

Omijamy schronisko i kierujemy się wprost w głąb doliny. Przechodzimy przez ogromną, płaską jak stół, nieco podmokłą łąkę. To najpewniej obszar dawnego jeziora polodowcowego. Obecnie łąkę przecinają liczne odnogi potoku, który tutaj płynie stosunkowo leniwie, tworząc piękne rozlewiska. W tej okolicy spotykamy kilka rodzin z dziećmi, które są zachwycone obcowaniem z taką „podmokłą” przyrodą. Zresztą w ogóle alpejskie schroniska są bardzo przyjazne dla dzieci, przy każdym jest plac zabaw dla najmłodszych, a dla tych starszych są ogrody wspinaczkowe, tyrolki itp.

Wyższe piętro doliny Oberbergtal wydaje nam się dnem dawnego jeziora cyrkowego

Postój nad potokiem Alpiner w towarzystwie uroczej jałówki

Pastwiska de lux, prawda?

Na płaskim piętrze doliny Oberbergtal potok Alpiner płynie spokojnie i szeroko.

Byki byczą się tu na całego

Ferrata Höllenrachen

Naszym pierwszym celem jest ferrata Höllenrachen. To taka atrakcja dla dorosłych dzieci. Trasa ma kilkadziesiąt metrów, ale prowadzi po skałach i głazach w wąwozie, którym płynie rwący lodowcowy potok. Woda szumi głośno, w powietrzu unosi się wilgotna mgła. W dwóch miejscach przechodzi się na drugą stronę potoku. Cały czas poruszamy się pod głazami i skałami w miejscach, gdzie potok tworzy kaskady, woda wokół pieni się, kotłuje i chlapie na wszystkie strony!

Nie jest to atrakcja dla osób, które nigdy nie mają żadnego doświadczenia ferratowego. A wypuszczanie się tutaj bez autoasekuracji byłoby już skrajnie nieodpowiedzialne (o czym zresztą jasno informują tablice na obu krańcach trasy). W razie porwania przez potok lodowcowy nie ma szans na ratunek. Skały są nie tylko wyślizgane, ale jeszcze mokre. Do tego dochodzą emocje związane z rwącym i huczącym pod nami nurtem potoku. Mocniejsze bicie serca gwarantowane!

Wychodzimy na światło dzienne i … ufff, potrzebujemy wytchnienia. Urządzamy sobie przeuroczy postój na łące na zboczu doliny nad potokiem. Towarzyszy nam jedna, a potem dwie młode krowy, wyraźnie zaciekawione naszą obecnością. Naprzeciwko na łące byczą się byczki, kwiatuszki pachną – sielanka na całego!

My wchodzimy na kolejny próg – tu bierze swój początek ferrata Höllenrachen.

Schodzimy do tytułowych piekielnych czeluści

Ferrata Höllenrachen prowadzi przez progi skalne i kotły potoku Alpeiner.

Lepiej nie iść tędy po obfitych opadach – droga moża być niebezpieczna.

Ferrata ma trudność C-D, ale trudości psychiczne są momentami większe

Kto pierwszy się odważy? Tak, tak, droga wiedzie w dół!

W najsłynniejszym miejscu – Kotle Czarownic – trzeba przeprawić się na drugą stronę po rozwieszonej linie

Uff, jak miło znów wyjść na światło dzienne

Jedno jest pewne – Höllenrachen to naprawdę spora dawka emocji

Tylko nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół…

Ludzie spotkani przy wejściu na ferratę ostrzegają nas, że byli tam wczoraj i szczególnie na drugim odcinku jest bardzo mokro – wyszli z zupełnie mokrymi ubraniami i butami. My już po przejściu przez pierwszy kocioł byliśmy pochlapani. Do Kotła Czarownic (Hexelkessel), najtrudniejszego (wycenianego na E) miejsca z przejściem na rękach po linie (jest też tyrolka, dobrze jest też mieć własną dodatkową taśmę z karabinkiem dla odciążenia rąk) nie wchodzimy. Poprzestajemy na zajrzeniu pod skały z każdej strony potoku. Przy obecnym wysokim stanie wody (codzienne burze) przejście po linie byłoby niebezpieczne (woda kotłuje się tam zaledwie jakieś półtora metra poniżej poziomu liny, na której trzeba się podwiesić). W najlepszym wypadku mielibyśmy całkiem zmoczone buty i spodnie. Przechodzimy górą po kamieniach i zadowoleni zdejmujemy ferratowy ekwipunek. To była naprawdę fajna przygoda!

Emocje do ostatnich kroków.

Wejście na Rinnenspitze

Dziś od rana zwracamy baczną uwagę na pogodę – przez cały dzień zapowiadane są opady konwekcyjne. Chmury tworzą piękny teatr, to zasłaniając, to odkrywając piękne widoki. Na razie nie widać tendencji do wypiętrzania się chmur, godzina jeszcze młoda (11:30), więc decydujemy się na próbę wejścia na Rinnenspitze (3003 m n.p.m.).

Wracamy do rozstaju szlaków przy schronisku i zaczynamy podejście. Zakosy, potem trawers, przy tym widoki na piękny wąwóz, wyżłobiony przez potok poniżej schroniska, i oczywiście otoczenie doliny. Szlak im wyżej, tym bardziej „tatrzański”, szczególnie odcinki ułożone z granitowych głazów jako żywo przypominają nam podejście z Murowańca na Krzyżne. Robimy postój w pobliżu rozgałęzienia szlaków nad Rinnensee i na przełęcz Rinnenniederl. Gdy ruszamy na szczyt, jest on ukryty w obłokach, które jednak chwilami się przerzedzają. Mamy więc nadzieję nie tylko na wejście, lecz także na jakieś widoki.

Ruszamy na Rinnenspitze. Schronisko Franza Senna zostaje w dole.

… podobnie jak piękny potok Alpeiner

Na rozstaju szlaków wybieramy odgałęzienie na

Odsłaniają się wyższe piętra doliny, zwieńczonej majestatycznym lodowcem.

Potok Alpeiner wypływa wprost z lodowca

Nasza ścieżka wprowadza w surowe skalne otoczenie

Ostatnie przyczółki roślinności

Pod nami pięknie widać staw Rinnensee (2650 m n.p.m.)

Wspinamy się dość wygodnymi, chociaż stromymi zakosami, szybko zdobywając wysokość. Ostatnie 15 minut pokonujemy już w uprzężach i kaskach. Rozpięta jest lina, która może przy dobrych warunkach nie wszędzie jest potrzebna, ale pozwala na komfortowe pokonanie jednego czy dwóch nieco trudniejszych eksponowanych miejsc (wycena trudności: A-B). Trudności nie przekraczają tych znanych tatrzańskiemu turyście z Orlej Perci.

Szczyt Rinnenspitze chowa się w chmurach

Pierwsze spojrzenie na wielki lodowiec Lüsener

Ubezpieczona ścieżka wprowadza na grań

Postrzępiona grań szczytowa Rinnenspitze.

Po skałach (trudności A-B) wchodzimy na szczyt

Ostatnie metry do szczytu

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m.

Na szczycie Rinnenspitze (3003 m n.p.m., nasz drugi trzytysięcznik zdobyty „z gleby”!) spotyka nas niemiła niespodzianka – dookoła widać tylko chmury. No nic – robimy zdjęcia i szykujemy się do zejścia, a tu nagle na chwilę, jakby specjalnie dla nas widoki się odsłaniają. Szybko robimy zdjęcia, nawet mamy wspólne, bo dołączyła do nas para innych turystów, i uciekamy z powrotem. Za chwilę słyszymy pierwszy grzmot, potem znowu robi się spokojniej, więc ok. 200 m pod szczytem robimy krótki postój, żeby uzupełnić kalorie.

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m., w tle Lüsener Ferner

Pod nami zieleni się staw Rinnensee

Poszarpana grań sprowadza na przełęcz Rinnennieder (2899 m n.p.m.)

Imponujący Lüsener Ferner

Schodzimy. Jak na równoważni.

Ostatnie spojrzenie na lodowiec Lüsener

W okolicy połączenia ze szlakiem znad Rinnensee robi się ciemno i zaczyna się solidna burza. Zbiegamy w miejsce w miarę bezpieczne, nie wystawione na wyładowania atmosferyczne, i przykrywamy się naszymi „plandekami”. Takie porządne poncho, którym można się całkowicie okryć i przeczekać silne opady, to dobra rzecz. Kucamy skuleni między głazami, a burza huczy wokół nas. Na szczęście wszystko trwa tylko 15 minut, więc jak tylko przestaje padać, wstajemy z niewygodnej pozycji, zwijamy „plandeki” i ruszamy dalej. Praktycznie nie zmokliśmy, a najważniejsze, że mamy suche buty! Na dodatek czeka nas nagroda – u naszych stóp rozciąga się przepiękna tęcza. Tak wyraźnych kolorów tęczy jeszcze chyba nigdy nie widzieliśmy!

Po burzy nad Rinnenspitze

Tak pięknego spektalku dawno nie widzieliśmy

W górach jest wszystko, co kocham…

Po kilku chwilach słońca chmury od początku zaczynają swój taniec. Obawiając się kolejnej burzy, przyspieszamy kroku i postanawiamy znowu minąć schronisko, kierując się wprost na parking. Odległe grzmoty utwierdzają nas w podjętej decyzji. Schodzimy dzięki temu nad wyraz szybko pomimo sporego już zmęczenia. Po drodze jeszcze tankujemy przed powrotną drogą i oddajemy nasze karty zniżkowe w automacie w centrum Neustift (kaucja 2 euro). Udaje nam się uniknąć kolejnego deszczu, który oglądamy już przez okna naszej kwatery w Neugastein. Ale mieliśmy cudowny dzień pełen wrażeń!

Pożegnanie z doliną Oberbergtal

Bacówki w Oberiss czekają na zmęczonych turystów

Oberiss. Jak tu jechać?

No dobra, jeden zero dla krów

Nasza trasa w liczbach: 9,5 godziny (ok. 8:30-18:00), 1300 m przewyższenia, 12 km

Plan na dziś.

Alpy Sztubajskie, dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

21 lipca 2017, piątek

Pochmurny poranek, potem cały dzień się chmurzy, wieczorem burza, do 21 stopni

Lodowce Wilder Freigera

Jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani naszymi tegorocznymi trasami ferratowymi (Ilmspitze, Fernau), teraz marzy nam się trasa na lodowcowy trzytysięcznik. Wybór pada na Wilder Freigera (3418 m n.p.m.) – trasa (jak na trzytysięcznik) jest łatwa, a lodowiec spokojny (trudności F). Wieczorem przygotowujemy raki, czekan i linę; rano zrywamy się wcześnie – mamy do pokonania – bagatela – 2000 m przewyższenia.

Od rana niepokoi nas pogoda – deszcz jakoś tak wisi w powietrzu, ale prognozy nie są złe, idziemy. 0 6:40 ruszamy z przysiółka Ranalt (1303 m n.p.m.) i kierujemy się do schroniska Nürnberger (2278 m) (opis tego odcinka zamieściliśmy tutaj) No ładnie, tysiąc metrów przewyższenia już na pierwszym odcinku… Plany mamy ambitne, więc pilnujemy dobrego tempa. W pewnym momencie spotyka nas miła niespodzianka – na środku naszej drogi staje nam piękna salamandra czarna – płaz żyjący właściwie tylko w Alpach (i Górach Dynarskich). Jest bardzo podobna do naszej salamandry plamistej. Tylko oczywiście plamek jej brak. Po krótkim przerywniku na zdjęcia ruszamy dalej. Mijamy halę B’suchalm (tym razem poza kozami witają nas konie) i nużącymi zakosami wspinamy się na próg doliny. Już, już nam się wydaje, że to ostatni zakos, a przed nami wyrasta następny. Wysokości nie da się oszukać. Przed schroniskiem meldujemy się po 2 godz. 20 min. od ruszenia z parkingu (ale tym razem staraliśmy się iść naprawdę sprawnie). Schronisko Nürnberger to bardzo klimatyczne miejsce. Budynek został zbudowany już w 1886 r., o czym przypomina data wyrzeźbiona na słupie w jadalni. Porządna porcja apfelstrudla popita sokiem malinowym pozwala nam zapomnieć o dotychczasowym zmęczeniu.

Salamandra czarna – występuje praktycznie tylko w Alpach!

Sielanka na hali B’suchalm.

Jak podeszliśmy, spały jeszcze wszystkie trzy…

Jadalnia Nürnberger Hütte – właśnie posprzątana po śniadaniu.

Piękne szarotki przed Nürnberger Hütte.

Nasz szlak prowadzi teraz pięknymi, podręcznikowymi więc ogładzeniami polodowcowymi, potem ścieżka prowadzi przez głazy w surowym wysokogórskim otoczeniu. Jest bardzo dobrze oznaczona biało-czerwonymi znakami malowanymi na kamieniach. Cały czas intensywnie zdobywamy wysokość, więc wędrówka staje się nieco męcząca. Jedyne, co nas martwi, to pogoda – malownicze chmury wypiętrzają się coraz bardziej i okresowo zasłaniają widok na okoliczne szczyty. W okolicy rozstaju szlaku na Wilder Freiger i do schroniska Sulzenau Hütte robimy sobie krótki postój, po czym ruszamy dalej. Spotykamy po drodze kilka grupek turystów wracających z Freigera – wszyscy zgodnie mówią, że pogoda tam nieciekawa. Ścieżka prowadzi w surowym, skalnym otoczeniu, ale wędrówkę uprzyjemniają pocztówkowe widoki na bliźniacze szczyty Freuerstein i chowające się w ich cieniu szmaragdowe stawy Freigersee.

Schronisko zostaje za nami.

Bliźniacze szczyty Feuerstein i Freiger See – kluczowe postacie dzisiejszych widoków.

To już wysokość ponad 2700 m n.p.m., za chwilę dołączy się szlak z Sulzenauhütte.

Zaglądamy z sentymentem na stronę kotliny Grünau.

Trzymamy tempo, więc i postój się należy!

Nasza ścieżka przecina dwa paty śniegu, po czym wprowadza na skalną grać, która węższym ramieniem wcina się między lodowce Wilder Freigera i Grüblerferner. Widok, jaki otwiera się z góry na lodowce, jest nie do opisania. Jak tak się tu stoi i patrzy na te masy lodu, widać potęgę natury. Po raz pierwszy mamy możliwość dokładnego pooglądania sobie ogromnych alpejskich lodowców w z wielkimi czarno-niebieskimi szczelinami. Turyści bez umiejętności poruszania się po lodowcu mogą sobie podejść do końca znakowanego szlaku tylko po to, żeby z góry popatrzeć na otaczające ich ze wszystkich stron lodowce. Naprawdę warto.

Skały, skały, stawek, skały, płat śniegu…

Strumyczki wypływają spod lodowca Grüblferner.

Sceneria zmienia się nie do poznania.

Chmury pięknie grają w przedstawieniu natury.

Przechodzimy przez nieckę, w której z resztek lodu tworzy się stawek wytopiskowy.

Z kolejnego płata śniegu wchodzimy na ostatnią grań.

…z której nareszcie widzimy szczyt Wilder Freiger.

Jego lodowiec jest naprawdę imponujący.

Podziwiamy potęgę natury.

Na skalnej grani szlak znakowany się kończy. Teraz musimy polegać na mapach, wydaptanych ścieżkach i własnym zmyśle orientacyjnym. Nasza trasa nadal prowadzi granią na południe. Znaków szlaku już nie ma, więc to do nas należy poszukanie najbardziej optymalnej trasy, co nie zawsze jest łatwe. Po drodze pokonujemy nasz pierwszy trzytysięcznik (kulminacja 3222 m n.p.m.) zdobyty przez nas „z gleby” – jesteśmy z siebie bardzo dumni! Grań jest wąska i przepaścista, idziemy po głazach i kamieniach niezwiązanych z podłożem – to niezbyt przyjemny odcinek, trzeba zachować uwagę. Po kilkuset metrach nasza trasa sprowadza z grani na lewo na przedeptaną ścieżkę po polu śnieżnym. Dalej trasa na Wildera pokonuje trawersem pole lodowe, przewija się na prawą stronę grani i trawersując szczyt Signalgipfel, wprowadza na wierzchołek.

Wchodzimy granią coraz wyżej

…nie mogąc napatrzeć się na Wilder Freiger-ferner.

Grań coraz wyżej, a chmury coraz niżej.

Dobrze, że nie musimy kluczyć między tymi szczelinami!

Grań jest coraz węższa, ale gęstnieje też mgła.

My dziś, niestety, na sam szczyt nie dotarliśmy. Ok. pół godziny przed celem chmury spowiły wszystko tak dokładnie, że otoczyło nas białe mleko. Przy zerowej widoczności sens wędrowania lodowcem na szczyt Wilder Freigera był mocno wątpliwy. Poczekaliśmy jeszcze chwilę pod granią, czekając na poprawę pogody, ale się nie doczekaliśmy. W tej sytuacji odłożyliśmy emocje na bok, wyciągnęliśmy rozsądek z kieszeni i zawróciliśmy. Może Wilder Freiger wpuści nas do swojego królestwa innym razem.

Widok z naszego postoju – nawet nie widać, jak dalej mamy iść.

Jesteśmy w chmurach – widoczność prawie żadna.

Spróbujemy jeszcze raz wejść na grań.

Tutaj kończymy wyprawę – błądzenie w mleku po lodowcu nie ma sensu.

Mimo rozczarowania (nie udało nam się przecież postawić nogi na szczycie, przez wiele godzin tachaliśmy w plecaku czekan, raki i liny; no tak Wilder Freiger zrobił z nas frajerów – mówi R.) sama wyprawa była dla nas bardzo interesująca. Takich widoków na takie lodowce nie mieliśmy okazji podziwiać nigdzie indziej. W środku lata przenieśliśmy się w świat zimy. No i zdobyliśmy „z gleby” nasz pierwszy trzytysięcznik (ten w grani łączącej się w Freigerem od północnego wschodu)! Wspaniała przygoda.

Granie wśród lodowców w tym miejscu są dzikie i groźne.

Wracamy powoli, szukając dobrego przejścia przez grań.

Znaki szlaku skończyły się kilkaset metrów wcześniej.

Możemy jeszcze raz spojrzeć na lodowiec – taki widok to było nasze marzenie.

Chmury naprawdę zagrały dzisiaj główną rolę – czarnego charakteru!

Wilder Freiger na koniec jeszcze raz na nas spojrzał, a potem na dobre zasnuł się mgłą.

Droga powrotna mija bez problemów, choć daje o sobie już znać zmęczenie. Nasza dzisiejsza trasa to wspaniała lekcja glacjologii – nie tylko można spojrzeć z góry na ogromne „żyjące” lodowce, lecz także na własne oczy zobaczyć, jak powstaje stawek wytopiskowy czy morena środkowa (w górnej części doliny Langetal pod szczytami Freuerstein) albo jak prosto z lodowców wypływają potoki lodowcowe.

W drodze powrotnej spotykamy bardzo miłych państwa z Polski (pozdrawiamy serdecznie!), którzy od lat rodzinnie przemierzają kolejne odcinki alpejskiej Hohen Weg. Jak miło pogawędzić po polsku – naszych rodaków w Alpach Sztubajskich spotykaliśmy do tej pory bardzo sporadycznie.

Z radością witamy ten kopiec, stąd zaczyna się znakowany szlak.

Ależ natura tworzy piękne i groźne dzieła!

Schodzimy z powrotem w kierunku pól śnieżnych.

Szlak prowadzi teraz wprost na Freiger See.

Kotlinka z lodowczyko-stawkiem…

…jest bardzo malownicza.

Strumyk wpływa pod lodowczyk.

Żegnamy krainę lodowców.

A bliźniaki Feuerstein i Freiger See znowu prezentują swe wdzięki.

Ostatnie grupy schodzą za nami z Freigera.

Serduszko to czy stawek?

A chmury wpakowały się nawet do wody!

Trudno schować aparat, gdy wokół tyle piękna!

Piękne te lodowce!

Urfallspitz – pod jego wschodnią ścianą będziemy schodzić do schroniska.

Freger See jest przepiękne.

Znajome ogładzenia, a przed nami schronisko!

W schronisku Nürnberger chcemy zjeść coś na obiad, ale się nie daje – ciepłe posiłki wydają dopiero od 18:00. W takiej sytuacji ratujemy się dużymi radlerami i ciastem czekoladowym i schodzimy do samochodu. Nie będziemy pisali, jak byliśmy zmęczeni po 12 godzinach wycieczki i pokonaniu po 2000 m przewyższenia w górę i w dół. Ale co tam, nogi do góry i sobie odpoczniemy, a wspomnienia zostaną! Zaraz po powrocie do Neugasteig rozpętuje się solidna burza. Za oknem ściana wody, a w głowie myśl – jak dobrze, że zdążyliśmy już wrócić ze szlaku!

Taras pełny, chociaż można wypiś tylko piwo i zjeść ciasto, kolacja po 18.

Zakosy sprowadzają w dół doliny Langental.

Na znajomą halę B’suchalm.

Nasza trasa w liczbach: 12 godzin (ok. 6:30-18:30), 2000 m przewyższenia, 15 km

Nasza dzisiejsza trasa.

Alpy Sztubajskie, dzień 8. Ferrata Fernau.

21 lipca 2017, piątek

Rano pięknie, ok. 12:00 nagłe załamanie pogody z burzą i gradem, a potem znowu ładnie, do 22 st.

Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

To bardzo dobra propozycja na kilkugodzinne okienko pogodowe dla turystów zaznajomionych z żelaznymi perciami. Wjazd kolejką praktycznie do samego punktu startu ferraty, łatwy powrót w bezpieczne miejsce, do tego na deser widokowy szczyt. Trudności D.

Prognozy na dzisiaj zapowiadają przelotne burze przez właściwie cały dzień. Długa graniowa wędrówka odpada. Planujemy więc wjazd kolejką do Dresdner Hütte i próbę wejścia na Hinterer Daunkopf. Rano jednak przypominamy sobie, że obok schroniska jest jeszcze atrakcyjna ferrata! Nie jest zbyt długa (ok. 2 godziny na szczyt) i szybko można wrócić do schroniska po jej przejściu, więc patrząc na pogodę (póki co piękne błękitne niebo), powinniśmy zdążyć.

Po wjeździe kolejką (tylko pierwszy etap do stacji pośredniej, nomen omen Fernau) ruszamy spod schroniska ok. 9:00. Najpierw ścieżką na północ za drogowskazem na Drezno;-) , potem odbijamy na progu doliny Fernau w lewo i w górę podchodzimy kilka minut pod ścianę. Na początku ferraty postawiono stosowną tabliczkę z rzetelną informacją o trudnościach, których możemy się spodziewać. Tuż obok urządzono miniogród wspinaczkowy z odcinkami oznaczonymi trudnością A, C i D – można tu spróbować swoich sił przed wejściem w trudniejszy teren. Uwaga! Na szczyt Egesengrat wiodą dwie ferraty, ferrata Fernau (D) i sportowa ferrata Fernau Expres. Początek ferraty Fernau Expres, opisywanej jako ekstremalnie trudna (E), znajduje się nieco wyżej i bardziej na lewo – przed podejściem baliśmy się, żeby ich przypadkiem nie pomylić ;-).

Wysiadamy na niższej pośredniej stacji kolejki Stubaier Gletscher.

Ścieżka w 15 min doprowadza do początku ferraty.

Schronisko Dresdner Hütte zostaje za nami.

Piękny próg doliny Fernautal.

Ścieżkę słabo widać, ale strzałka na kamieniu pomaga w orientacji.

Przed nami grań Egesengrat (2631 m n.p.m.) – poprowadzono na nią dwie ferraty.

Tabliczka informująca o początku ferraty i spodziewanych trudnościach.

Przez pierwsze 45 minut wspinamy się bez większych problemów. Trudności są na poziomie akceptowalnym (C, C/D), ale trzeba się trochę napracować rękami, bo znaczna część drogi biegnie pionowo w górę. Przyjemność sprawia nam kontakt z granitową skałą, jest dużo naturalnych punktów podparcia dla rąk i nóg. Do tej pory minęliśmy może ze dwa nieco problemowe miejsca. Przychodzi pora na problem nr 1. Przed nami wyrasta wąska szczelina skalna, w którą wprowadza nasza droga. Chwilę zastanawiamy się, jak się przeciśniemy z naszymi nieźle wypchanymi plecakami, ale nic, trzeba po prostu spróbować. Każde z nas stosuje nieco inną taktykę, ale po odrobinie gimnastyki oboje jakoś się mieścimy. Problemem jest tu głównie brak swobody ruchów przy jednoczesnej konieczności wspięcia się nieco w górę. Na szczęście nie ma tam ekspozycji. Ta pojawia się (nie po raz pierwszy ani nie ostatni dzisiaj) na następnych metrach, ale to nam nie przeszkadza, mimo że właśnie ten odcinek wyceniany jest na D. Problem nr 2 jest nieco wyżej i wymaga od nas o wiele więcej wysiłku  i pogłówkowania. Kłopot polega na baaardzo dużej przerwie między punktami podparcia przy jednoczesnej konieczności sporego (nieco odpychającego) podciągnięcia się w górę i w lewo. Lina była poprowadzona też jakoś tak nieszczęśliwie, że właściwie bardziej przeszkadzała niż pomagała. R jeszcze jakoś się wgramolił, opierając się o skałę biodrem i wciągając się górę. M., próbując szukać podparcia dla nóg, wklinowała sobie stopę w szczelinę i miała problem z wyciągnięciem jej – druga stopa nie miała na tyle pewnego punktu podparcia, by przenieść na nią ciężar ciała (co przychodzi do głowy kobiecie w takiej sytuacji? Dzięki Ci, Panie, że nie wzięłam dziś swoich nowych butów Salewy, na które wydałam połowę swojej pensji, tylko te stare trupy ;)). Pewnie można by pokonać to miejsce siłowo, podciągając się na rękach, ale chyba nie mamy do tego odpowiednich muskułów;-). Na szczęście nosimy w plecaku kilka pętli z taśmy i linę. Pętle okazały się świetne jako podwieszony (na klamrze znajdującej się powyżej) punkt podparcia dla nogi i mamy happy end! – M. z uśmiechem pokonała trudne miejsce (żeberko?). Po raz pierwszy w naszej karierze na ferratach musieliśmy posiłkować się dodatkowymi gadżetami.

Zaczynamy od podejścia stromą ścianą.

Dolina Fernautal zostaje coraz bardziej w dole. Emocji nie brakuje.

M. szuka schodów. O kurczę, nie ma…

Ferrata prowadzi wąską szczeliną skalną – uwaga na plecaki

Za szczeliną przeszliśmy eksponowany trawers, teraz znów stromo w górę.

Nareszcie łatwiejsze miejsce na przepięcie karabinków.

Jedno z trudniejszych miejsc – stromo w górę w lekkiej przewieszce.

Nasza dzisiejsza autostrada.

Dalej trudności nie przekraczają znanego nam z innych ferrat poziomu (C, C/D). Kilka prawie pionowych ścianek, mijamy ferratową księgę wejść (nie omieszkamy się wpisać!), jeszcze kilkanaście metrów i – hurra! – jesteśmy na szczycie! Obie ferraty (Fernau i Fernau Expres) kończą się w jednym miejscu, z którego na szczyt Egesengrat (2631 m n.p.m.) podchodzi się tylko dobre kilka minut łatwą i niezbyt stromą ścieżką.

Obowiązkowy wpis w księdze wejść.

Ostatni ferratowy odcinek.

Hurra! Udało się! To była naprawdę szczera radość.

Piękna Fernautal u naszych stóp.

Na wierzchołek Egesengrat wprowadza trawiasta ścieżka.

W nagrodę – piękny taras widokowy.

Rzut oka w kierunku Schaufelspitze, na który weszliśmy pierwszego dnia w ramach aklimatyzacji.

Jesteśmy dzisiaj naprawdę z siebie dumni, bo była to najtrudniejsza z ferrat, na których byliśmy. Z założenia nie traktujemy ferrat sportowo i nie idziemy w góry dla wyczynu. Najbardziej lubimy widokowe przejścia, a dzisiejsze do takich należy. Można oczywiście krzywić się na zniszczenia przyrody spowodowane przez kolejki, wyciągi i drogę w okolicy ferraty, ale nadal jej otoczenie pozostaje malownicze i ciekawe.

Na szczycie Egesengrat robimy sobie dłuższy odpoczynek, korzystając z pięknego słońca. Spoglądamy głównie na zachodnią stronę z widokiem na Wilde Grube i jezioro Mutterberger See. Rozważamy, czy podejść na przełęcz obok Hinterer Daunkopf, czy może odwiedzić wspomniane jezioro. Wstępnie wygrywa druga opcja, więc pakujemy się i ruszamy w dół w okolice jeziorka Egesen See.

Brawo my! Egesengtrat (2631 m n.p.m.).

Przed nami piękna panorama okolicznych trzytysięczników.

Odpoczynek z widokiem na staw Mutterberger See.

To prawdziwa nagroda za trudy dzisiejszej trasy.

Szlak zejściowy wiedzie najpierw przyjemną ścieżką przez grań.

Potem zakosy sprowadzają do doliny Fernautal.

W ciągu kilku minut plany biorą w łeb. Z sąsiedniej doliny Sulzenau ni stad ni zowąd nadciągają czarne chmury. W okolicy stawu zmieniamy decyzję – odwrót w stronę schroniska. Zaczynamy szybko schodzić w kierunku Dresdner Hütte, ale i tak po 5 minutach łapie nas najpierw deszcz, a potem prawdziwa nawałnica z wiatrem i gradem. Wszystko trwa może kilka minut, ale pogoda nadal jest na tyle niestabilna, że nie decydujemy się na wyjście na eksponowany teren. Jak dobrze, że na ferracie pogoda wytrzymała! Mijamy schronisko i idziemy wprost do stacji kolejki. Na dole świeci już słońce – tutaj nawet nie padało.

Mijamy stawek Egesensee.

Zbiegamy do Dresdner Hütte – zaraz złapie nas burza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy do domu na obiad, zapisujemy trasę i planujemy w szczegółach jutrzejszą wyprawę na Wilder Freigera.

A po południu – przygotowujemy się na jutrzejszą wycieczkę.

Nasza trasa w liczbach: 3,5 godziny (bez przejazdu kolejką); 350 m przewyższenia, ok 3 km. Ferrata obiektywnie trudna (ale bez przesady, do przejścia), choć dość krótka.

Wieczorem jedziemy na małe zakupy upełniające do Neustift i podjeżdżamy do miejscowości Patsch popatrzeć z oddali na słynny Most Europa, należący do największych tego typu budowli na świecie. Most zbudowano w latach 60. Spektakularna niemal 800-metrowa konstrukcja, przerzucona 190 m powyżej lustrem rzeki, faktycznie robi wrażenie. Jadąc autostradą, która biegnie tym mostem, łatwo nawet przegapić tę atrakcję – z samochodu niewiele widać. Znacznie lepiej oglądać most z pewnego oddalenia – podjechać do miejscowości Patsch lub (co jest chyba lepszym rozwiązaniem) udać się na punkt widokowy, położony przy południowej stronie mostu. Dodatkowym atutem jest piękne wysokogórskie otoczenie Doliny Sztubajskiej, widoczne na horyzoncie.

Most Europa leży dokładnie u wylotu Doliny Sztubajskiej.

Most Europa – jeden z najwyższych w Europie.

Zachód słońca w okolicy Innsbrucka.

Wycieczka była przyjemna, choć to chyba najdroższe zdjęcia w naszym życiu – za przejechanie tego odcinka autostrady Brenner pobierana jest opłata. My jakimś cudem trafiliśmy na dwa punkty poboru opłat i całość kosztowała nas 5,50 euro…

Alpy Sztubajskie, dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

20 lipca 2017, czwartek

Od rana na horyzoncie kłębią się chmury, od południa przelotne deszcze i burze

Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Co się planuje przed wymarzonym wyjazdem w góry? Oczywiście same debeściaki – trasy najlepsze z możliwych. Tak było i tym razem. Ambitne ferraty, całodniowe tury na trzytysięczniki – Habicht, Wilder Freiger, Schrankogel, Rinnenspitze… A tu, kurczę, pogoda do bani. Od rana burzowo, prognozy niepomyślne. No co robić, musimy wymyślić jakiś Plan B. Wczoraj burza przegoniła nas z ferraty Nürnberger Hütte, ale przynajmniej udała się potem długa i piękna wycieczka górska. Dziś pogoda ma być gorsza. Patrzymy na mapę – jest! Szczyt Hoher Burgstall (2611 m n.p.m.), położony tylko niecałe dwie godziny od górnej stacji kolejki Kreuzjochbahn, wyruszającej z miejscowości Fulpmes. W razie burzy będzie gdzie zwiewać😊

Mimo swojej łatwej dostępności Hoher Burgstall jest atrakcyjnym celem dla górołaza. Ze szczytu otwiera się naprawdę fantastyczny widok na Dolinę Sztubajską i jej odnogi boczne. To świetne miejsce na podsumowanie pobytu w Sztubajach – można odnaleźć znajome szczyty i dolinne szlaki do schronisk. Szlak prowadzący z kolejki jest łatwy, tylko pod samym szczytem ścieżka jest ubezpieczona. Nadaje się nawet dla rodzin ze starszymi dziećmi (jednak z pewnym doświadczeniem górskim), w okolicy jest też mnóstwo szlaków, na których można zaplanować rodzinne okrężne wycieczki. Warto tu się wybrać również z innego powodu. Ze szlaku podejściowego na Hoher Burgstall (i nawet już spod górnej stacji kolejki) doskonale prezentuje się poszarpana grań masywu Kalkkögel, nasuwająca skojarzenia z Dolomitami. W tym masywie dostępne są też dwie atrakcyjne ferraty – Schlicker Klettersteig przez szczyt Ochsenwald i druga wprowadzająca na szczyt Marchreisenspitze – bardzo żałujemy, że pogoda nie pozwoliła nam na przejście choć jedną z nich.

Parkujemy na przykolejkowym parkingu (w Fulpmes trzeba jechać za strzałkami kierującymi do „Schlick 2000”) i w kilkanaście minut gondolki wwożą nas na wysokość 2100. To jednak jest cudownym udogodnieniem. W okolicy górnej stacji kolejki (Bergstation Kreuzjoch) jest też taras widokowy, restauracja i ferraty szkoleniowe, a dla dzieci – dmuchana zjeżdżalnia i … piaskownica! Wszyscy będą zadowoleni. My kierujemy się szlakiem na schronisko Sennjochhütte, odległe tylko o dobre pół godziny drogi. Ścieżką razem z nami idą inni „kolejkowi” turyści, ale nie mamy wrażenia wędrówki w tłumie – nie ma nawet porównania z naszym Kasprowym. Za schroniskiem Sennjoch na szlaku robi się luźniej. Wygodna ścieżka wprowadza najpierw na przełęcz pod szczytem Niederer Burgstall (2436 m; możliwe również wejście na sam szczyt), a potem pod szczyt  Hoher Burgstall. Szlak jest wygodny, tylko ostatnie kilkaset metrów wymaga więcej uwagi – najpierw ze względu na osypujące się piargi, potem – na dwa ubezpieczone (choć nietrudne) przejścia po skałach. Sam szczyt można osiągnąć dwiema ścieżkami – północną i południową. Północna jest o 10 min krótsza, ale też nieco trudniejsza; lepiej nadaje się do wejścia, a południowa – do zejścia.

Miejscowość Fulpmes, w tle Kirchdachspitze, Ilmspitze i Elfer.

Po wyjściu z kolejki – widok na nasz cel – Hoher Burgstall.

Elfer i Ilmspitze zbudowane są z podobnych, wapiennych skał.

Ławeczka z widokiem, w tle Serles.

Szlak trawersuje zbocze Niederer Burgstall.

Ze stoku Niederer Burgstall nasz cel prezentuje się całkiem okazale.

Szlak przewija się przez piękny rów graniowy.

Spoglądamy do tyłu na Niederer Burgstall, w tle Serles.

Masyw Kalkkögel przypomina nam Dolomity.

Koniec podejścia jest ubezpieczony liną.

Masyw Kalkkögel w całej okazałości.

Schlicker Seespitze wznosi się na wysokość 2804 m n.p.m.

Na szczycie Hoher Burgstalla urządzamy sobie miły postój. Czujemy się tu jak na tarasie widokowym na Dolinę Sztubajską – jak na dłoni widać wszystkie szlaki, które odwiedziliśmy w minionych dniach. Zwracamy uwagę na to, że wapienne szczyty układają się w jednej linii – za nami masyw Kalkkogel, a przed nami – Elfer i Ilmspitze –  ma to zapewne uzasadnienie w przeszłości geologicznej tych okolic. Fajnie jest tak z każdą wycieczką widzieć coraz więcej.

Szczyt Hoher Burgstall. Jak miło mieć wspólne zdjęcie.

Otoczenie doliny Oberbergtal.

Widok na Dolinę Sztubajską.

Sztubaje u naszych stóp.

Wszędzie dookoła nas kłębią się czarne chmury, ale o dziwo u nas jeszcze nie pada. Postanawiamy wykorzystać tę dobrą passę i podejść na widokową przełęcz Seejöchl (2518 m). Ścieżka przyjemnie trawersuje wapienne zbocza, jest wąziutka i dosyć eksponowana, ale bardzo wygodna. Na przełęczy Schlicker Schartl (2456) rozglądamy się dookoła – nad Neustift burza jak ta lala, wejście na nieodległy widokowy Schlicker Seespitze (2804 m n.p.m.) – buu… – odpada. Ale decydujemy się podejść jeszcze pół godziny w na przełęcz Seejöchl. Nie tylko udaje nam się nie zmoknąć, lecz także przez chwilę pooglądać sobie na spokojnie widoki. Ale mamy dziś szczęście, bo widzimy, jak w tym czasie pada niemal z każdej strony! Z przełęczy wyjątkowo pięknie prezentują się pionowe ściany szczytu Schlicker Seespitze, na północnym zachodzie widać schronisko Adolf Pichler Hütte, a na południu – uroczy staw.

Ostatnie spojrzenie na szlak wejściowy na Hoher Burgstall.

Teraz kierujemy się na południe.

Mijamy ogromne konstrukcje chroniące przed lawinami.

Zamykamy pętelkę wokół szczytu Hoher Burgstall.

Ostatnie spojrzenie szczyt Hoher Burgstall – nasz dzisiejszy taras widokowy.

Teraz na przełęcz Schlicker Schartl.

Trawersujemy wielkie piarżyska.

Skały też są niczego sobie.

Przełęcz tuż tuż

Widok z przełęczy Schlicker Schartl na Kreuzjoch.

W dolinie już leje…

…a my jeszcze chcemy na drugą przełęcz!.

Nawet w tak nieprzychylnych warunkach rośliny znajdą miejsce dla siebie.

Tuż obok szlaku piękna poduszka lepnicy bezłodygowej.

Przełęcz Seejöch – widok na Gamskofel.

Widać też schronisko Adolf-Pichler-Hütte.

Chmury kłębią się coraz bardziej.

Schlicker Seespitze pozostanie przez nas niezdobyty.

Szlak na Schlickera wychodzi właśnie z tej przełęczy.

Kilka kropel spada nam na nos, chmury ciemnieją, więc zarządzamy odwrót i przyspieszamy kroku. Wracamy znaną ścieżką na przełęcz Schlicker Schartl, a potem – przecież prawdziwy turysta nigdy tą samą drogą nie wraca –  nie wracamy pod Burgstall, tylko schodzimy ścieżką w dolinę. Szlak jest dość mocno zerodowany i miejscami średnio wygodny, ale nachylenie nie jest duże, więc kolana zanadto nie cierpią. Idziemy wśród soczystych, alpejskich hal pełnych kolorowych kwiatów – nie mielibyśmy nic przeciwko zamienieniu się na jakiś czas w tutejsze krowy. Co kilka kroków widać wejścia do nor świstaków. Spacer jest bardzo przyjemny, a byłby zapewne jeszcze bardziej, gdyby nie zaczynało padać. Wyciągamy kurtki i zakładamy kaptury na głowę. Po chwili padać przestaje – to okaże się tylko preludium.

A teraz z powrotem na Schlicker Schartl.

Powrót na Schlicker Schartl, przed nami Hoher Burgstall.

Zaczynamy zejście z przełęczy.

Szlak sprowadza nas do Zirmachalm, w dole widać Schlickeralm.

Idziemy przez piękne alpejskie łąki.

Alpejska sielanka

Nasza ścieżka sprowadza nas w okolice nieczynnego w lecie gościńca Zimachalm (1938 m). Minus jest taki, że chcąc wrócić wyciągiem, musimy teraz dwieście metrów wysokości wejść do góry, ale co to dla nas😉. Idziemy wygodną drogą Naturlehrweg, prowadzącą do górnej stacji kolejki. Ta droga została zbudowana specjalnie dla …. rodzin z wózkami dziecięcymi, o czym informuje nawet odpowiednia ikonka. Ścieżka równiutko usypana z kamyczków, nachylenie komfortowe, co kilka kroków na zmęczonych czekają drewniane ławki, niektóre malutkie, tylko dla najmłodszych. Pomyślelibyście, że alpejskie szlaki mogą być przyjazne dla rodzin z małymi dziećmi? A naprawdę są!

Cały dzień mieliśmy szczęście, musiało się to kiedyś skończyć. Deszcz pada coraz gęstszy, a znad szczytów masywu Kalkkogel dobiegają coraz głośniejsze grzmoty. Ostatnie 500 m pokonujemy smagani ulewnym deszczem. Cali mokrzy wskakujemy do stacji kolejki, marząc o ciepłym samochodzie i coraz bliższej wizji obiadu, a tu pach! – z uwagi na porywisty wiatr kolejka zostaje zatrzymana. Na szczęście miły pan z obsługi zaprasza nas do swojej kanciapy – pomieszczenie jest ogrzewane. Siedzimy na ciepłej drewnianej ławce i rozkoszujemy się jakże rzadką świadomością, że nigdzie nam się nie spieszy. Przymusowe oczekiwanie trwa nie dłużej niż pół godziny. Po chwili mamy i ciepły samochód, i pichcimy obiad.

Wieczorem nasze główne zmartwienie dotyczy tego, gdzie by tu jutro pójść (czy to nie cudowne?). Pogoda ma być jeszcze bardziej niestabilna. A nasze plany tego nie wiedzą. Coś musimy wymyślić.

Po ulewie widoki z naszego okna są bajkowe.

Dekoracje zmieniają się z każdą minutą.

Trasa w liczbach:
5,5 godziny (bez przejazdu kolejką); 800 m przewyższenia, ok 10 km

Nasza dzisiejsza trasa.

Alpy Sztubajskie, dzień 6. Ranalt – Nürnberger Hütte – Sulzenauhütte – Ranalt

19 lipca 2017, środa

Przepiękny gorący dzień, ale około południa straszyły nas burzowe chmury i przelotnie popadało

Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte

To jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi kiedykolwiek szliśmy! Piękne jezioro, wodospady, doliny, potoki, lodowce! Trudno wypuścić aparat z ręki. Ścieżka poprowadzona w jakiś taki przyjemny sposób, że ciągle mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w naszych kochanych Tatrach, tylko wszystko dookoła jest jakieś takie większe ;-). Szlak nie jest trudny i jest dostępny praktycznie dla każdego, kto ma przyzwoitą kondycję (w razie czego można przejść tylko część trasy lub zanocować w schronisku), większej uwagi wymaga głównie zejście z przełęczy Niederl.

Ruszamy z parkingu opisanego jako Nürnberger Hütte. Po kilkunastu minutach dość stromego podejścia przez piękny las szlak dociera do drogi jezdnej. Widoki zarówno za nami, jak i przed nami rozszerzają się. Po prawej szumi potok, a naszym oczom ukazuje się szerokie i pokryte pięknymi łąkami dno doliny Langental.

Przechodzimy obok B’suchalm (gospodarstwo z gościńcem dla turystów, podobne spotkać można tutaj w niemal każdej dolinie i na każdej większej hali). Zaczynamy wspinać się nieco mozolnymi zakosami w coraz mocniej świecącym słońcu. Po dojściu na wysokość ok. 2000 m n.p.m. chwilę odpoczywamy na miłej ławeczce. Potem szlak staje się już mniej strony i w kolejne kilkadziesiąt minut doprowadza nas do schroniska.

Ruszamy z parkingu za przysiółkiem Ranalt.

Zaczynamy wędrówkę doliną Langental – rzut oka za siebie.

Szlak wiedzie najpierw dnem doliny wzdłuż potoku.

Po chwili dochodzimy do hali B’suchalm (1580 m n.p.m.).

Gospodarze gościńca B’suchalm zajmują się też hodowlą zwierząt.

Co szlak, to inne zwierzęta. Dziś spotykamy kozy.

Kozy zapuszczają się chętnie do wyższych pięter doliny.

Po niemal dwóch godzinach marszu wreszcie czas na odpoczynek.

Z progu doliny otwiera się szeroki widok na otaczające szczyty.

Na tarasie Nürnberger Hütte (2278 m n.p.m.) zatrzymujemy się na tradycyjnego radlerka. Postój trochę nam się przeciąga, bo bardzo niepokoją nas wypiętrzające się na północy chmury, zmierzające wyraźnie w naszą stronę. Po długich dywagacjach, co dalej robimy w tej sytuacji (planowaliśmy piękną ferratę Nürnberger Hütte), postanawiamy zaryzykować podejście na przełęcz, ale omijając ferratę, żeby mieć możliwość szybkiego odwrotu w razie nagłej zmiany warunków. Ferrata, chociaż należy do gatunku „przyschroniskowych”, jest atrakcyjna i była nam dzisiaj po drodze, ale cóż, czasami trzeba zachować rozsądek.

Tego nam było trzeba!

Ruszamy dalej – Nürnberger Hütte zostaje za nami.

Podejście na przełęcz Niederl (2629 m n.p.m.) jest dosyć wygodne i bardzo przypomina nam szlaki w Tatrach Wysokich, ułożone z dużych granitowych bloków. „Nasza” burza gdzieś sobie poszła, więc jesteśmy już spokojniejsi, ale na przełęczy okazuje się, że po drugiej stronie pogoda jest znacznie gorsza. Niebo całe zaciągnięte chmurami, z których to tu, to tam już pada… Szybko robimy więc zdjęcia i ruszamy w dół.

Schronisko Nürnberger zostaje coraz bardziej w dole.

Zbliżająca się do nas burza zniechęciła nas do przejścia ferraty Nürnberger Hütte.

Na przełęcz wprowadza wygodna ścieżka klucząca między blokami skalnymi.

Na przełęczy Niederl zauważamy, że deszcz nadciąga też z drugiej strony.

…więc czym prędzej uciekamy w stronę kotlinki Grünau.

Zejście z przełęczy na stronę zachodnią jest najbardziej eksponowanym miejscem na dzisiejszej trasie. Prowadzi jednak dość wygodnymi zakosami z zabezpieczeniem stalową liną, której można się przytrzymać. Osoby z małą odpornością na ekspozycję mogą mieć tutaj jednak trudności, zwłaszcza przy schodzeniu, ale obiektywnie problemów dużych nie ma.

Widoki po tej stronie przełęczy znacznie przewyższają nasze oczekiwania. Przez długi czas podziwiamy piękny lodowiec spływający spod szczytu Wilder Freigera, oraz leżące u jego stóp jezioro Grünausee, którego toń ma głęboką turkusową barwę. Niestety, kontemplowanie widoków nagle przerywa nam deszcz. Na szczęście nie pada długo i już po chwili wychodzi znowu słońce, a chmury w ciągu kilku minut gdzieś się rozpływają. Korzystamy z pogody i schodzimy nad sam brzeg jeziora Grünausee (trzeba nieco zboczyć ze szlaku), gdzie urządzamy sobie przemiły postój. Czujemy się jak nad jakąś laguną na włoskiej riwierze, do tego z widokiem na ośnieżone szczyty – no po prostu bajka!

Pięknie stąd prezentuje się Wilder Freiger.

Lodowiec Wilder Freiger to główny aktor tej sceny.

Ścieżka sprowadza w kierunku Grünausee.

Piękna dolina polodowcowa przywodzi nam na myśl naszą ‚Piątkę’.

Przed nami widok na górskie otoczenie doliny Sulzenau.

Zbierało się na deszcz, zbierało, no i oczywiście zaczęło padać.

Turkusowa barwa stawu Grünausee.

Przy szlaku czai się jaszczurka.

Grünausee. Jest pięknie.

Nie możemy się oprzeć chęci urządzenia sobie tu krótkiego odpoczynku.

Trzeba ruszać dalej, ale nie oznacza to końca niesamowitych wrażeń. Przechodzimy po podręcznikowych wręcz ogładzeniach polodowcowych, oglądamy piękny potok wypływający wprost z lodowca. Można tutaj studiować poszczególne elementy rzeźby polodowcowej. Szlak jest poprowadzony po mistrzowsku. Przez dłuższy czas prowadzi sporym wałem morenowym, by po przeprawieniu się na drugi brzeg potoku znowu poprowadzić na piękny punkt widokowy (drogowskaz, trzeba odejść od szlaku kilkadziesiąt metrów – warto!), z którego widać zarówno przebyty przez nas odcinek drogi, jak i lodowiec Sulzenauferner oraz położone na wysokim progu skalnym.

Schodzimy w kierunku doliny Sulzenau.

Po drodze uwagę zwracają imponujące ogładzenia polodowcowe

Morena jak z podręcznika geografii.

Nią właśnie wiedzie nasz szlak.

Podziwiamy lodowiec Wilder Freiger.

Kozy dziś już były, teraz pora na owce!

Boczna ścieżka odbijająca od szlaku doprowadza do punktu widokowego na dolinę Sulzenau.

W górnym piętrze doliny przysiadło schronisko Sulzenau.

Przekraczamy lodowcowy potok Sulzenaubach.

Schronisko Sulzenau leży na wysokości 2191 m.

Stąd już szybciutko docieramy na taras schroniska Sulzenauhütte, gdzie zamawiamy „górskie jadło” i napitek dla członków Alpenverein. Dzisiaj na posiłek składa się kotlet, jajko sadzone i ziemniaki w śmietanowym sosie, a do tego pół litra kompotu. Nie jest to kuchnia wysokich lotów, ale dla głodnego turysty w sam raz!

Teraz już czeka nas tylko zejście do samochodu. W żadnym wypadku nie jest to jednak nudna męczarnia, jak to bywa z zejściami. Wybieramy nieco mniej wygodne, ale za to ciekawsze warianty zejścia, będące częścią Wilde Wasser Weg – sztubajskiej świetnej trasy edukacyjnej, pokazującej dziki górski potok, wodospady i prowadzącej aż pod lodowiec Sulzenauferner.

Szlak sprowadza zakosami na niższe piętro doliny, podchodząc pod sam Sulzenau Wasserfal. To niesamowite wrażenie być tak blisko tak wielkiego wodospadu (ten jeden z najwyższych wodospadów Alp Wschodnich ma aż 200 m wysokości!). Spadająca woda tworzy całkiem silny wiatr niosący pył wodny, w którym promienie słoneczne tworzą piękną tęczę! Cudo! Woda oblepia nas mgiełką, hałas uniemożliwia rozmowę.

Z zejścia w dolinę Sulzenau otwiera się bajkowy widok na potok Sulzenaubach.

Nasz szlak pokrywa się z 2. etapem Wilde Wasser Weg.

Wodospad Sulzenau spada z 200-metrowego progu doliny.

To jeden z najwyższych wodospadów w Alpach Wschodnich.

Piękna, soczysta hala na wysokości Sulzenaualm (1857 m n.p.m.).

Po obejrzeniu wodospadu pokonujemy płaską jak stół halę Sulzenaualm, po której wiją się odnogi potoku. Po chwili znowu zaczynamy ostre zejście, już ostatnie na dzisiaj. Szlak sprowadzający nas na kolejne trzy punkty widokowe na kolejny wodospad miejscami prowadzi po specyficznych drewnianych pomostach przypominających drabiny lub drewniane tory kolejowe.

Widok na Grawa Wasserfal jest niesamowity. Woda spada znowu z prawie 200-metrowego progu, a dodatkowo to najszerszy wodospad Alp Wschodnich – mierzy ok. 85 m szerokości! Wodny pył znowu tworzy piękne tęcze. Po dotarciu na dolny drewniany taras widokowy przechodzimy po mostku na drugi brzeg potoku spływającego z wodospadu.

Sulzenaualm (1857 m n.p.m.)

Można zerknąć z góry na Mutterbergtal.

A to kolejna atrakcja – wodospad Grawa.

Wodospad zasilają położone wyżej lodowce.

Człowiek jest przy nim taki malutki!

Wododpad Grawa to jeden z największych wodospadów w Alpach – ma 85 m szerokości.

Ostatnie 2,5 km idziemy wzdłuż imponującego potoku najpierw szlakiem Wilde Wasser Weg, a ostatnie kilkaset metrów pokonujemy poboczem drogi. Dotarliśmy do naszego samochodu – hurra!

Końcowy odcinek naszej trasy to 1. etap Wilder Wasser Weg.

Plan na dzisiaj mocno ewoluował. Zaczęło się od chęci przejścia ferraty Nürnberger Hütte. Potem doczytaliśmy, że zamiast wracać tą samą drogą, można zrobić pętlę obok jeziora i wodospadu, więc koncepcja została rozszerzona, a ostateczny efekt wypadł jak powyżej, czyli bez ferraty, ale za to z jakimi widokami, z jakimi atrakcjami! Dla takich miejsc i takich szlaków kocha się góry!

Trasa w liczbach:
Niespełna 11 godzin, ok. 18 km, przewyższenie po ok. 1500 m w górę i w dół

Jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi szliśmy.

Alpy Sztubajskie, dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

18 lipca 2017, wtorek

Słoneczny poranek, od popołudnia przelotne opady, ok. 25 stopni

Innsbruck – stolica Tyrolu

Po wczorajszej wycieczce (oj, czujemy tych 2400 m przewyższenia w nogach…) jakoś tak od rana pałamy silną chęcią do zwiedzenia Innsbrucka;) W sukurs przychodzi nam pogoda – po porannym słońcu od popołudnia aurę urozmaicają przelotne opady. Po leniwym poranku, porządkowaniu zdjęć z wczoraj (rety, ale tam było pięknie!) i budżetowym hand-made obiedzie kluchowo-kiełbasianym na wycieczkę wybieramy się dopiero po południu.

Dziś odwiedzamy Innsbruck – stolicę Tyrolu. Miasto jest  pięknie położone nad rzeką Inn, osłonięte ze wszystkich stron wysokimi górami. Mimo swoich rozmiarów (prawie 125 tys. mieszkańców) zabytkowe centrum jest zwarte i najważniejsze zabytki leżą w granicach niezbyt długiego spaceru. Na ulicach kręcą się różnojęzyczny turyści, ale nie ma nieprzyjemnego tłumu; niedaleko starówki można wygodnie zostawić samochód na jednym z podziemnych parkingów – to miasto przyjazne dla turystów, w sam raz na popołudniową wycieczkę. Innsbruck kusi wieloma cennymi zabytkami – nam spodobały się chyba najbardziej zachowane stare szlacheckie domy, zajmujące całe ciągi ulic. Spacerując po kolorowych uliczkach innsbruckiej starówki, można się poczuć jakby się było przeniesionym w czasie.

Tytułowy most na rzece Inn

Spacer po Innsbrucku zaczynamy od okolic łuku triumfalnego, nieopodal którego zostawiamy (na parkingu podziemnym) samochód, i idziemy na północ w stronę centrum. Po prawej stronie mijamy barokowy pałac Altes Landhaus, stanowiący dziś siedzibę sejmu i rządu prowincji. Od skrzyżowania z Anichstrasse ulica Marii Teresy rozszerza się, wyglądem przypominając podłużny plac. Pod kolumną św. Anny, upamiętniającą obronę Tyrolu w 1706 r., rozsiadają się i turyści, i miejscowi. Po chwili skręcamy w lewo w malowniczą Kiesbachgasse. Koniecznie trzeba tu zajrzeć, będąc w Innsbrucku. Wzdłuż całej ulicy wznoszą się wysokie dawne domy szlacheckie. Obecnie w wielu z nich funkcjonują drogie sklepy i eleganckie restauracje, nad ulicę zwieszają się ozdobne szyldy. Każdy z domów jest inny, a jednocześnie wszystkie tworzą razem spójną wielobarwną kompozycję. Naszą uwagę zwraca zwłaszcza Helblinghaus z bogatą rokokową dekoracją. Stąd już tylko krok do słynnego Złotego Daszku (Goldenes Dachl)– jednego z symboli Innsbrucka. Reprezentacyjny powlekany złotem balkon został ukończony już w 1500 r. i miał symbolizować potęgę Habsburgów. Daszek (podobni jak i całą starówkę) najlepiej można obejrzeć z dzwonnicy – wieży dawnego ratusza – naprawdę nie szkoda wydać 4 euro na bilet wstępu. Kolorowe kamienice widziane z góry wydają się wielką wielobarwną makietą. W Innsbrucku oglądamy jeszcze z zewnątrz habsburski zamek Hofburg (możliwe jest także zwiedzanie pięknych wnętrz ze słynną Komnatą Gigantów na czele) i odwiedzamy dwie świątynie, a właściwie jedną z nich – katedrę (piękne barokowe wnętrze, w środku cenny manierystyczny grobowiec arcyksięcia Maksymiliana z pocz. XVII w.). Drugi kościół, na którym bardzo nam zależało (m.in. ze względu na renesansowe mauzoleum cesarza  Maksymiliana I i tzw. srebrną kaplicę) – Hofkirche, zastaliśmy … zamknięty. Z wnętrza dobiegały odgłosy organów, czemu nie można było wejść do środka? Czyżby – jak by to sugerowały informacje w przewodniku – do świątyni obowiązywały bilety wstępu, kupione w Tyrolskim Muzeum Sztuk i Tradycji Ludowych? Tego już dziś nie sprawdziliśmy. Pozostało poczucie niedosytu, ale będziemy przynajmniej po co do Innsbrucka wrócić – może z dzieciakami? Chętnie zwiedzimy wtedy rzeczone muzeum ludowe (ponoć jedno z najciekawszych w Europie), pospacerujemy po parku Hofgarten i wjedziemy na punkt widokowy na skoczni narciarskiej.

Łuk Triumfalny zamyka oś Maria-Theresien-Strasse.

A na północnym krańcu ulicy majaczą szczyty Nordkette.

Budynek pałacu Altes Landhaus – siedziba miejscowego parlamentu.

Niebiescy atakują!

Piękną Maria-Theresien-Strasse ozdabia kolumna Świętej Anny.

Godła zwierzęce zdobią skrzyżowanie ulic starówki…

…Kiebachgasse i Steingasse.

W perspektywie uliczki widać dzwonnicę.

Po deszczu zaułki nabierają uroku.

Habsburski zamek Hofburg.

Katedra św. Jakuba dominuje nad Placem Katedralnym.

Barokowa ambona na tle prezbiterium.

W transepcie dostojny grobowiec arcyksięcia Maksymiliana.

Liczy się każdy szczegół – brązowe detale mauzoleum arcyksięcia.

Piękno otacza nas ze wszystkich stron.

Róg Herzog-Friedrich-Strasse zdobi Helblinghaus.

Po drugiej stronie Herzog-Friedrich-Strasse stoi dzwonnica – pozostałość po starym ratuszu.

Schody na widokową dzwonnicę.

Złoty Daszek to prawdziwa wisienka na tyrolskim torcie.

Ponad 500 lat temu pokryto go 2657 pozłacanymi płytkami.

Dwukondygnacyjny wykusz jest bogato zdobiony.

Na południowym krańcu miasta widać skocznię, w tle szczyt Serles.

Z tarasu na dzwonnicy miejskie domy wyglądają jak na makiecie.

Żegnamy Innsbruck ostatnim spojrzeniem na katedrę.

Ale – aha! – mamy dziś mały sukces – udaje nam się kupić słynne czekoladki Mozartkugeln – widocznie sprzedają je nie tylko w Salzburgu. Kupujemy od razu cztery opakowania – będzie dobra pamiątka dla Dziadków. Chłopcom przywieziemy natomiast ozdobne tyrolskie dzwonki – udało nam się kupić trzy – dla każdego w innym kolorze.

Alpy Sztubajskie, dzień 4. Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

17 lipca 2017, poniedziałek

Piękny dzień, przed wieczorem chmurzy się, ale bez opadów, do 24 st.

Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrata Austrii?

Długo zastanawialiśmy się jaką trasę wybrać na dzisiaj. Największym problemem okazałą się… pogoda! A dlaczego? Bo ładna i pewna, więc trzeba ten dzień wykorzystać jak najlepiej. A z drugiej strony pewnie dzisiaj będziemy mieli kryzys kondycyjny… No i co tu wybrać?

Ferrata Ilmspitze

Rano zjeżdżamy kilka kilometrów do centrum Neustift pod kolejkę Panoramabahn Elfer. Parking niby spory, ale już w znacznym stopniu zajęty. Kolejka gondolowa wywozi nas (w ramach naszej Stubai Card bezłatnie) na wysokość ok. 1800 m n.p.m.

Nie tracąc czasu, odnajdujemy odpowiedni kierunek i o 9:30 ruszamy w stronę doliny Pinnistal. Mijamy łąkę, z której startują paralotniarze, i oryginalną platformę widokową. Po podejściu kilkudziesięciu metrów w górę zaczynamy bardzo przyjemne zejście na halę Pinnisalm. Przyjemnie wytrasowana ścieżka trawersuje zbocza Elferspitze, stopniowo obniżając się na dno doliny. Przed nami piękne alpejskie widoki na wschodnie otoczenie doliny z imponującym Kirchdachspitze. Ach, byłby to piękny spacer z dziećmi!

Kolejka Panoramabahn Elfer wwozi nas na wysokość 1790 m.

Neustift im Stubaital zostaje w dole – wrócimy tu dopiero wieczorem.

Hale przy górnej stacji kolejki to ulubione miejsce startu paralotniarzy.

Mijamy punkt widokowy i idziemy na południe.

Zejście w dolinę Pinnistal to prawdziwa przyjemność.

Ścieżka wije się wśród soczystej zieleni w prawdziwie alpejskich widoków.

Szlak sprowadza w dolinę w okolicy schroniska Pinnisalm.

Po niespełna 40 minutach docieramy na halę Pinnisalm (1560 m n.p.m.). Wybierając wjazd kolejką, a następnie zejście do doliny, oszczędziliśmy sobie 600 m wysokości i około dwie godziny podejścia, które czekałoby nas, gdybyśmy zaczęli dzisiejszą wycieczkę z przysiółka Neder. Do tego miejsca można też dostać się minibusem Pinnisshuttle, który zawozi turystów aż do ostatniej hali w dolinie – Karalm. To jednak spory koszt (13 euro/osoba), a wjazd kolejką „załatwiamy” w ramach Stubai Card.

Dnem doliny prowadzi kamienista, wygodna droga, którą sprawnie zaczynamy zdobywać wysokość. Po pół godziny meldujemy się na hali Karalm (ok. 1750 m n.p.m.). Tu jest ostatni gościniec, w którym można się posilić i odpocząć. Podobny był na Pinnisalm (i jeszcze jeden niżej, na Issenangeralm, miniemy go dopiero w drodze powrotnej). Oboje zgadzamy się, że w tej okolicy są bardzo przyjemne, łatwo dostępne szlaki dla rodzin z dziećmi. Można na przykład zrobić sobie bardzo przyjemną kilkugodzinną pętlę spod górnej stacji kolejki do Elferhütte, dalej przez Panoramaweg zejść na halę Karalm, a potem po zejściu na halę Pinnisalm wejść z powrotem do górnej stacji kolejki ścieżką, którą my schodziliśmy w dolinę.

My teraz nie korzystamy z oferty bacówek – dłuższy postój planujemy dopiero w schronisku na przełęczy Pinnisjoch. Ścieżka wprowadza na przełęcz wyjątkowo wygodnymi zakosami – nawet specjalnie nie czuje się tu zdobywania wysokości. Zachwycamy się alpejskimi kwiatkami – co najmniej kilka gatunków nie przypomina naszych tatrzańskich roślin, więc nie możemy się oprzeć pokusie robienia zdjęć. Szczególnie ładne są „takie różowe” (potem sprawdzamy ich nazwę – różaneczniki alpejskie) – tworzą całe barwne połacie na pograniczu hal i kosodrzewiny – piękne!

Ruszamy w górę doliny Pinnistal.

Po chwili mijamy schronisko Karalm (1747 m n.p.m.).

Za schroniskiem ścieżka zaczyna piąć się zakosami na przełęcz.

Podziwiamy różaneczniki alpejskie.

Nazw niektórych kwiatów nawet nie znamy

…ale i tak są piękne!

Wygodnie poprowadzone zakosy wprowadzają na wysokość 2370 m.

W pewnym momencie na naszej drodze staje urocza ławeczka – chyba czeka specjalnie na nas! Nie możemy się oprzeć i robimy sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie kalorii. Idziemy już prawie dwie godziny i dochodzimy do poziomu 2000 m – należy nam się!

Przez pewien czas szlak ma mniejsze nachylenie i prowadzi pięknymi halami. Ich uroki doceniły też alpejskie krowy, które postanowiły nie wpuścić nas do swojego królestwa. Na szczęście po spojrzeniu im głęboko w oczy dały obejść się bokiem:) Tutejsze krowy są wyjątkowo czyste i… ładne – nadają się wprost do reklamy wiadomej czekolady ;-).

Oj, chyba nie przejdziemy dalej…

Tutejsze hale są intensywnie wypasane.

Krowy pięknie komponują się z alpejskim krajobrazem.

Przed nami jeszcze ostatnia porcja zakosów i po niespełna trzech godzinach meldujemy się na przełęczy Pinnisjoch (2370 m n.p.m.). Tuż za nią skrywa się urocze schronisko Innsbrucker Hütte. Zasiadamy na słonecznym tarasie z pięknym widokiem na otoczenie doliny Gschnitztal i zamawiamy po radlerku, a do tego Apfelstrudel i ciasto morelowe – pycha!

Przed nami przełęcz Pinnisjoch.

Stąd już tylko krok do bardzo przyjemnego schroniska Insbrucker Hütte (2370 m).

Przełęcz Pinnisjoch to popularne miejsce odpoczynku.

Widok na południowe otoczenie doliny Gschnitzal.

Na zachodzie majaczy dumnie Habicht (3277 m n.p.m.).

O 13:00 pokrzepieni ruszamy dalej. Spoglądamy z przełęczy, że do naszego Ilmspitze jest całkiem niedaleko. Jaka tam godzina podejścia do ferraty, eee, przesada – myślimy. Szlak jest bardzo przyjemny – ścieżka wchodzi pomiędzy dolomitowe skały, prowadzi głównie po prawej (wschodniej) stronie grani to podchodząc trochę, to opadając. Po ok. 20 minutach zaczynają się ubezpieczenia, zakładamy więc sprzęt, jak każą, chociaż trudności nie trwają długo. Po 40 minutach widzimy w oddali drogowskazy w dwie strony – aaa, to pewnie to rozejście się dróg wejściowej i zejściowej na nasz szczyt – mówimy sobie… Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że to dopiero odejście szlaku na szczyt Kalkwand, a przed nami jeszcze prawie pół godziny drogi pod Ilmspitze. Szlak jest jednak przyjemny – prowadzi widokowym grzbietem przez kopulaste wzniesienia aż do podnóża Ilmspitze. Dojście to jednak faktycznie bita godzina, nie chce być inaczej… Patrzymy na zegarki – oj, wcześnie w domu to my dziś nie będziemy.

My ruszamy na wschód, w kierunku szczytu Kalkwand.

Wchodzimy w dolomitowy park skalny.

Dolina Pinnistal została daleko w dole.

Nasza ścieżka trawersuje stoki Kalkwanda (2564 m n.p.m.).

Dolomitowe wychodnie skalne mają bajkowe kształty.

Rzut oka za siebie – jaki piękny mamy dziś szlak!

Przed nami widać już nasz cel – szczyt Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Na szczyt Ilmspitze prowadzi piękna, dość wymagająca ferrata.

Ze dawnego schronu, który kiedyś stał przy początku ferraty, została już tylko kupa desek. Zadziwia nas brak ludzi – od przełęczy nie spotkaliśmy nikogo, teraz na ferracie przed nami jedna dziewczyna znika po chwili w skałach. Teraz kolej na nas. Hmm, początek ferraty nie zachęca –  tak jakoś jest pionowo i odpychająco, i nie wiadomo gdzie nogę postawić – tu są najtrudniejsze miejsca, wyceniane w miejscowej broszurce na C/D. Jak na nasz gust na pierwszym (ale krótkim) odcinku D jak się patrzy. Zastanawiamy się, czy iść wyżej, bo dużą ilością czasu to my dzisiaj nie dysponujemy. Szkoda nam jednak nie wejść na szczyt, skoro weszliśmy aż tutaj, M. udało wgramolić się jakoś na pierwszy pionowy próg; męska decyzja, idziemy!  Dalej, zgodnie z opisem ferraty w przewodniku, trudności z każdym krokiem maleją i droga robi się naprawdę ciekawa i w miarę wygodna. Można mieć uwagi do słabego naciągnięcia liny, ale kto by tam czepiał się szczegółów.

Początek ferraty do łatwych nie należy.

Jak już tu weszliśmy, nie ma odwrotu – droga zejściowa jest dużo łatwiejsza.

Przełęcz zostaje coraz bardziej w dole.

Dzielnie wspinamy się coraz wyżej.

Odwracamy się do tyłu i odnajdujemy szlak, którym przyszliśmy.

Wyżej teren staje się łatwiejszy.

Rzut oka na piękny Elferspitze.

Gdzie by tu dalej?:)

Piękny powietrzny trawers.

Jedna z głównych atrakcji ferraty – duży krok nad głęboką szczeliną.

Jak człowiek zerka w dół, w głowie może się zakręcić.

A nad tymi czeluściami piekielnymi musimy zrobić krok!.

Pod szczytem spotkamy jeszcze mroczny komin z zaklinowanym blikiem skalnym.

R. wdrapuje się na szczyt. Już prawie, prawie!

Po drodze atrakcji co nie miara, a trudności nie wychodzą poza dobre C. Sporo prawie pionowych ścian, fajny krok nad głęboką rozpadliną (dreszczyk emocji gwarantowany!), ciemny kominek z zaklinowanym nad głowami głazem… Ostatni odcinek granią przed szczytem i nareszcie – jesteśmy na Ilmspitze (2692 m n.p.m.)! Po krótkiej ocenie pogody decydujemy się odpocząć nieco niżej, bo zbierające się na horyzoncie chmury świadczą o tym, że w ciągu kilkunastu minut może nadciągnąć burza. Schodzimy kilkadziesiąt metrów tą samą drogą, a potem za strzałką z napisem „ABSTEIG” skręcamy na wschód (schodząc – w lewo) i tutaj dopiero rozsiadamy się na zasłużony odpoczynek. Pijemy cudowną herbatkę i wcinamy kanapki. Kłębiące się chmury nie pozwalają nam się zrelaksować – ruszamy dalej – odpoczniemy w schronisku.

Na szczycie Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Widok z Ilmspitze na północny wschód.

…i na zachód, w stronę Habichta.

To wszystko w oprawie pięknych dolomitowych skałek.

Na postój pozwalamy sobie dopiero w łatwiejszym terenie.

Zejście początkowo jest całkiem przyjemne – trochę drabinek, trawersy malowniczymi półkami skalnymi. Przypomina nam się ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo z zeszłego roku. Dalej jednak robi się mniej przyjemnie – zaczynają się uciążliwe piargi, dużą część trasy stanowi bardzo niewygodne i niezbyt bezpieczne zejście żlebem wypełnionym kruchym materiałem skalnym. Do tego ciągle słyszymy niepokojący hałas spadających kamieni. Dopiero po dłuższej chwili dowiadujemy się, co jest źródłem tych obsunięć – to duże stado kozic! Na szczęście teraz są już poniżej nas, więc możemy odetchnąć z ulgą – nie strącą na nas kamieni.

W pewnym momencie przekraczamy źleb, zsuwając się z asekuracją kilkudziesięciometrowej liny. Dalej już prawym brzegiem żlebu po piargach, ale wzdłuż skał. Znowu jak w Dolomitach. Dopiero po ponad godzinie dostrzegamy przed nami w dole ścieżkę wyprowadzającą z powrotem do początku ferraty. A tu znowu niespodzianka – nasze znajome kozice znowu są nad nami i zrzucają sporo kamieni na naszą ścieżkę. Próbujemy je przepędzić krzykiem, ale mają nas w…. Cóż nam pozostaje – po zrobieniu kilku zdjęć (niestety kozice zlewają się ze skalnym tłem) i sprawdzeniu kasków ruszmy naprzód. Na szczęście kozice jakby nam się przyglądały i na te kilkanaście sekund zastygły w bezruchu i nie zrzuciły nam nic na głowę :-). Nie mieliśmy dotąd pojęcia, że taki piękny kierdel kozic (było ich ponad dwadzieścia sztuk) może stanowić tak duże niebezpieczeństwo w górach!

Zejście z Ilmspitze prowadzi inną, łatwiejszą drogą.

Trawersujemy pięknymi półkami skalnymi.

Czujemy się jak w Dolomitach.

Pokonanie stromej ściany ułatwia szereg klamer.

Ścieżka sprowadza do gigantycznego żlebu. To niezbyt przyjemny odcinek.

Rzut oka do góry – stamtąd zeszliśmy!

Teraz przed nami już tylko bezpieczna droga powrotna. Zmęczeni, gramolimy się ścieżką z powrotem do punktu startu ferraty (droga zejściowa sprowadza żlebem ponad 100 m niżej niż punkt wyjścia). Zbliża się już 18:00, więc każdy krok w górę po całym dniu wędrówki zaczyna być bolesny. Droga dojściowa, tak przyjemna kilka godzin temu, teraz męczy i dłuży się. Szczególnie podejścia, a jest ich kilka, dają się nam we znaki. Goni nas jednak groźba deszczu i burzy.

Kończymy herbatę z jednego termosu, zostawiając drugi „na czarną godzinę”. W pośpiechu kubek z termosu zalicza upadek w przepaść. No trudno, mówimy sobie. Po chwili jednak kilkadziesiąt metrów niżej czeka na nas jakby nigdy nic na naszej ścieżce – ale zaliczył przygodę! Będzie miał co opowiadać „przy herbacie”;-). O 18:30 z niekłamaną radością witamy znajome schronisko i zasiadamy w cieplutkiej jadalni.

Przed nami przyjemna ścieżka, choć trzeba uważać na spadające kamienie!

Mimo zmęczenia nie pozostajemy obojętni na uroki szlaku.

I wreszcie upragniony widok – Insbrucker Hütte i OBIAD!

Atmosfera w Innsbrucker Hütte jest naprawdę schroniskowa (w dobrym tego słowa znaczeniu) – jadalnia przytulna, jest gitara i akordeon, gry dla dorosłych i dzieci. Chciałoby się tu zamieszkać. Dzisiaj jednak nie jesteśmy do tego przygotowani. Szybko zjadamy bardzo dobre spaghetti, popijamy piwem, herbatą i (podejrzanie kakaowym) cappuccino, i o 19:20 ruszamy na dół.

Przed nami – bagatela – 1400 m wysokości zo zgubienia i ok. 11 km zejścia. Na szczęście ścieżka jest wygodna i bezpieczna. Pogoda się nieco poprawiła, więc spokojnie schodzimy znanymi wygodnymi zakosami i dalej drogą dnem doliny Pinnisalm. Przed 21:00 robimy krótki postój, wypijając resztę herbaty („czarna godzina” nadeszła!) i lecimy dalej. Szlak na chwilę zbacza pomiędzy zabudowania i przez chwilę prowadzi leśną ścieżką, co trochę nas niepokoi, bo robi się już prawie zupełnie ciemno, czołówki co prawda w plecaku czekają w gotowości, ale i tak to żadna przyjemność. Po chwili na szczęście wracamy do znanej szerokiej drogi, która w zapadającym zmroku jest znacznie pewniejsza.

Zadziwia nas spore nachylenie drogi, utrzymujące się aż do samego wylotu doliny, wyraźnie większe niż w jej wyższej części, ale cóż – gdzieś trzeba zgubić te 1400 m przewyższenia! Tylko nasze nogi nie chcą tego zrozumieć. Przed 22:00 meldujemy się u wylotu doliny w Neder i skręcamy zgodnie z drogowskazem na Neustift. Droga ku naszemu (i naszych nóg) niezadowoleniu znowu pnie się trochę w górę, ale potem już sprowadza do centrum Neustift. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to zakosy po łące sprowadzające za drogowskazem do mostku na rzece i prosto pod dolną stację kolejki, gdzie czeka nasza bryka. Udało się!!! Znowu będzie co wspominać!

Znajoma przełęcz Pinnisjoch. Zaczynamy schodzić mocno wieczorową porą.

Po prawej uśmiecha się do nas Ilmspitze – tutaj dziś byliśmy!

Przy schronisku Karalm spotykamy takie słodziaki!

Gigantyczna, pęknięta na pół wanta za schroniskiem Pinnisalm.

Neustift witamy już późnym wieczorem.

Dzisiejsza nasza trasa to właściwie materiał na dwie wycieczki. Dojście do schroniska Innsbrucker Hütte na przykład z okolic górnej stacji kolejki Panoramabahn Elfer to świetna propozycja na rodzinny górski spacer. A przejście ferraty na Ilmspitze to osobna spora wycieczka ze schroniska (zajęła nam ponad 5 godzin). Zadziwiło nas to, że w tej części trasy spotkaliśmy tylko jedną osobę – przed nami na ferracie i jeszcze z daleka widzieliśmy jedną osobę na szczycie Ilmspitze. Podczas podejścia spotkaliśmy kilkanaście osób, a podczas zejścia minęliśmy kilka w górnej części zakosów.

W naszej pamięci grań z Kalkwand i Ilmspitze pozostanie jako jeden z najładniejszych szlaków, przypominający nam bardzo zeszłoroczne szlaki w Dolomitach. Wapienne, miejscami równie białe i kruche skały, piękne formacje skalne, emocjonująca ferrata – mimo zmęczenia po stokroć było warto!

Nasza dzisiejsza trasa – piękna, ale wymagająca

Dzisiejsza trasa w liczbach:
13 godzin, 25 km, przewyższenie ok. 1600 m w górę i 2400 m w dół

Alpy Sztubajskie, dzień 3. Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher

16 lipca 2017, niedziela

Słonecznie, ale chłodno, w dolinach ok. 17, w górach ok 7 stopni

Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher,
czyli wysokie góry dla każdego

Zazwyczaj staramy się być dobrze przygotowani do wyjazdu – mamy ustalone trasy, wbite w pamięć mapki. Tym razem jesteśmy w proszku. Byliśmy tak zabiegani przed wakacjami, że nie starczyło czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Przy porannej kawie, zarzuceni mapami i przewodnikami, próbujemy nadrobić zaległości. Gdzie by tu dzisiaj pójść? Nie jest już wcześnie, a jednocześnie chcielibyśmy zaaklimatyzować się trochę do wysokości. Po kolejnych łykach kawy nadchodzi olśnienie. Mieszkamy w dolinie Stubai? Rozwiązania najprostsze zazwyczaj są najlepsze. W rezultacie mamy to, na co nam zależało. Łatwą wycieczkę aklimatyzacyjną na znacznej wysokości, z pięknymi widokami.

Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) z podjazdem kolejką Stubaier Gletscherbachn

Chcielibyście pojechać w rodziną w Alpy, zobaczyć z bliska lodowiec i nie wiecie, od czego zacząć? Jaka trasa będzie łatwa, bezpieczna i przyjazna dla rodzin? Już podpowiadamy! Wybierzcie się do miejscowości Mutterbergalm w dolinie Stubai. Stąd wyrusza kolejka gondolowa, która wywozi turystów na punkt widokowy położony na wysokości ponad 3200 m n.p.m. Nawet jeśli ktoś nie lubi chodzić po górach, już samo zobaczenie setek alpejskich szczytów z majaczącymi na południu Dolomitami będzie nie lada przeżyciem! Dodatkową atrakcją (nawet dla rodziców z kilkuletnimi dziećmi!) jest możliwość odbycia spaceru po lodowcu wzdłuż ostatniego, trzeciego odcinka kolejki. Wycieczka jest zupełnie bezpieczna, szlak (tzw. Gletscher Pfad) jest oznaczony, bezpieczny i nieznacznie nachylony, wyposażenie lodowcowe nie jest potrzebne, przydatne mogą okazać się jedynie kijki, no i oczywiście porządne buty za kostkę. Możliwość odbycia alpejskiej przygody dla każdego (ok. 50 min w górę, 40 min w dół).

My dzisiaj też urządzamy sobie taką atrakcję. Przy dolnej stacji kolejki kupujemy Stubai Card – kosztuje 64 euro, ale umożliwia tygodniowe (5 z 7 dni) korzystanie  kolejek linowych w dolinie sztubajskiej. Gondole są ogromne i komfortowe. Jak ktoś zasmakuje narciarstwa zjazdowego w Alpach, trudno mu będzie chyba wrócić na nasze stoki… Wjeżdżamy w górę doliną Fernau i zwracamy uwagę na ogromną ingerencję przemysłu narciarskiego w krajobraz. Trasy zjazdowe, sztuczne zbiorniki wody, słupy wyciągów – wszystko zostało tu podporządkowane rozrywce człowieka. W zimie zabawa jest przednia, ale otoczenie zostało zeszpecone raz na zawsze. Coś za coś.

Pierwszy przystanek kolejki to Mittlestation Fernau (2300 m n.p.m). Można tu wysiąść i np. przejść się do położonego tuż obok schroniska Dresdner Hütte. My zostajemy w gondoli (nie trzeba się przesiadać!) i jedziemy do położonej wyżej stacji Bergstation Eisgrat (2900 m n.p.m.). Można pojechać jeszcze jeden odcinek, aż na samą górę, ale my dzisiaj nie korzystamy z tej możliwości. Kusi nas przejście lodowcem ostatnich 250 m przewyższenia (chętni mogą też odwiedzić wydrążoną w lodowcu jaskinię, dostępną do zwiedzania niedaleko tej stacji – wstęp 6 euro/os.).

Ta kolejka ułatwi nam dzisiaj aklimatyzację.

Ruszamy na ścieżkę przez Schaufelferner.

Zamiast na lód wchodzimy na… biały materiał chroniący śnieg przed promieniami słońca.

Dalej lodowiec pokrywa cienka warstwa spadłego niedawno śniegu.

Wycieczka ma charakter zupełnie rekreacyjny. Z rakami, czekanami i kaskami przytroczonymi do plecaków czujemy się zupełnie głupio, bo ścieżka jest nieznacznie nachylona i ma charakter bardziej pola firnowego. Idziemy wzdłuż zimowej trasy narciarskiej. Ze stacji Eisgrat dobywają się głośne dźwięki tyrolskiej muzyki. No glacier-disco normalnie. Można tańczyć, można śpiewać, co kto chce. Miłośnicy gór nie zabawią tu pewnie długo. Podśmiewamy się trochę, ale obiektywnie fakt istnienia ścieżki po lodowcu dostępnej dla wszystkich jest z punktu widzenia turystyki dużą wartością.

Wejście przypomina nam zimowe górskie wycieczki.

Tego w górach jeszcze nie widzieliśmy (wysokość prawie 3150 m n.p.m.!)

Widoki odsłaniają się bajkowe. ‚Tu byłem’ po raz pierwszy:)

Spojrzenie w dół na ostatnie metry szlaku już spod restauracji Jochdohle.

M. nie mogła się oprzeć. Królowa (jak zawsze) jest tylko jedna:) (w tle Zuckerhütl).

Idziemy leniwym tempem – wysokość (dobijamy do 3000 m) daje o sobie znać. Lodowiec Schaufelferner szybko jednak się kończy i stajemy na grzbiecie. Znajduje się tu położona najwyżej w Austrii restauracja (3150 m n.p.m.) – o walorach smakowych się nie wypowiadamy, bo tutejszych dań nie próbowaliśmy, ale walory widokowe są. I to duże. Po dotarciu do grzbietu ścieżka skręca w lewo i po kilku minutach stajemy przy końcowej stacji kolejki. Stąd wygodne metalowe stopnie z poręczami (bezpieczne nawet dla kilkuletnich dzieci) wiodą na fantastyczny taras widokowy – Top of Tyrol  (3210 m n.p.m.). Przez dłuższą chwilę podziwiamy panoramy. Odnajdujemy na horyzoncie bliskie naszemu sercu Dolomity z Marmoladą w czapie lodowca – byliśmy tam niemal równo rok temu!

Restauracja Jochdohle to najwyżej położona restauracja w Austrii.

Spod restauracji podchodzimy do górnej stacji kolejki znowu po białym kobiercu.

Rewelacyjna platforma widokowa – łatwo dostępna też dla dzieci i osób starszych

Cel większości turystów wjeżdżających kolejką.

Widok z platformy jest rzeczywiście piękny (ten na południowy zachód).

Po zejściu z punktu widokowego odpoczywamy chwilę na małej przełączce obok górnej stacji kolejki, pijemy herbatę i uzupełniamy kalorie. Po takim oddechu z wielką przyjemnością udajemy się na położony tuż obok szczyt Schaufelspitze (3333 m n.p.m.). Wejście zajmuje ok. pół godziny (zejście ok. 20 min). Ścieżka wspina się dość stromo, szlak jest zasłany materiałem skalnym (uwaga na spadające kamienie!), miejscami jest dość powietrznie, więc w żadnym wypadku nie jest to odpowiednie miejsce na wycieczki z małymi dziećmi. Sprawni turyści górscy z wejściem na szczyt nie będą mieć żadnego problemu (trzeba pilnować ścieżki, bo szlak nie jest oznakowany). A wejść warto, bo widoki są naprawdę przepiękne. Widać jak na dłoni całą Doliną Sztubajską, masyw Zuckerhütla, pasmo Dolomitów ma horyzoncie, a na południowym-wschodzie Alpy Zillertalskie. Na szczycie stoi niewielki krzyż, jest nawet księga wejść.

Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) – nasz dzisiejszy cel.

Podejście po rumoszu skalnym nie jest zbyt trudne.

Za nami zostaje górna stacja kolejki i platforma widokowa.

Na chwilę osiągamy grań, tworzącą tu ładny taras widokowy.

Na górną część doliny Fernautal patrzymy jak z lotu ptaka.

Na wierzchołku Schaufelspitze stoi krzyż, jak na większości tutejszych szczytów.

Jest nawet zeszyt wejść.

Szczyt Schaufelspitze (3333 m n.p.m.)

Czujemy się jak ptaki w chmurach.

Nic tylko rozwinąć skrzydła.

Jeszcze na chwilę na wschodni wierzchołek.

Pod nami pokryty wyciągami lodowiec Gaiskarferner.

Na wschodnim wierzchołku Schaufelspitze.

Zuckerhütl w pełnej krasie.

Ściany Schaufenspitze mają rudawe zabarwienie.

Schodząc, znowu mijamy miły taras.

Tak nowoczesnej kapliczki nie widzieliśmy nie tylko w górach.

Na południowym horyzoncie majaczą Dolomity.

Po zejściu z Schaufelspitze udajemy się prosto do kolejki. Tym razem wysiadamy na stacji Mittlestation Fernau, by przyjrzeć się z bliska otoczeniu Dresdner Hütte. Zielona soczysta trawa, owce, szum potoku – bardzo tu alpejsko. Samo schronisko to duży kamienny budynek, ale biało-zielone okiennice dodają mu dużo ciepła. Przed schroniskiem plac zabaw dla dzieci, obok ferrata szkoleniowa. Siedzimy chwilę na trawie i cieszymy się górskim zmęczeniem. Potem zjeżdżamy kolejką na sam dół na parking.

Dresdner Hütte w pięknym otoczeniu.

Ma ktoś ochotę na zwiedzanie?

Urocza towarzyszka naszego postoju.

Po południu pichcimy sobie „budżetowy obiad” na bazie parówek i ryżu😊, a przede wszystkim porządkujemy zapiski i zdjęcia oraz kończymy plan na następne dni – musimy przecież wiedzieć, czego się nie możemy doczekać!

Nasz dzisiejszy spacer aklimatyzacyjny