Dolomity, dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

19 sierpnia 2016, piątek

Ładnie i przyjemnie ciepło, do 26 st.

Warszawa-Kraczkowa

Poranek w domu o dziwo mija bezproblemowo, mimo konieczności wstania o 5:00 i (o zgrozo!) obudzenia chłopaków, przyzwyczajonych na wakacjach do późnego wstawania. Po lekkim śniadaniu, ogarnięciu Grzesia (o 7:00 przejmuje go Pani Małgosia, a potem niezastąpieni Babcia i Dziadek – dziękujemy!) i doszykowaniu bagaży ruszamy tuż po 7:00. Jeszcze nie wierzymy, że jedziemy we dwoje. Na razie głównie martwimy się tym, czy wszystko spakowaliśmy dla dzieci, czy o wszystkim powiedzieliśmy przed odjazdem, czy wszystko będzie dobrze. Najmniej martwimy się tym, czy mamy wszystko dla siebie:)

Sama podróż mija bez większych przygód. Ruch spory, ale płynny. Dojeżdżamy na drugie śniadanie do Ostrowca Świętokrzyskiego. Potem już prosto na pyszny jak zawsze babciny obiad.

Transfer do Wiednia na nocleg

Po odpoczynku i pożegnaniu chłopaków (kto pierwszy się rozklei?…) ruszamy w drogę. Doceniamy autostradową podróż przez Polskę i Czechy, jeszcze niedawno nie było przejazdu w tak komfortowych warunkach jednym ciągiem. Dopiero austriacki odcinek drogi obniża komfort jazdy. Musimy przejechać chyba ponad 100 km lokalnymi, zatłoczonymi jednopasmówkami, do tego w czasie zapadającego zmierzchu. Ogólnie jednak nie było najgorzej – bez korków większych problemów docieramy na miejsce. Zatrzymaliśmy się na dłużej tylko raz, jeszcze w Polsce, żeby zatankować i kupić winiety do Czech i Austrii (są do kupienia przy stacjach przed granicą).

Nasz czas: 7:20–12:30 oraz 14:20–21:50; razem ok. 950 km

Wiedeń, Penzion Liechtenstein, ul. Hörlgasse 9

Udaje nam się zaparkować przy ulicy, bezpośrednio obok wejścia do naszego lokum. Od 22:00 w centrum Wiednia zaczyna się okres darmowego parkowania trwający przez cały weekend. Cudownie się składa! W recepcji sprawna obsługa, dostajemy nawet mapkę Wiednia. Pokój malutki, z oknami na głośną ulicę i dawno remontowany, ale jest wszystko co potrzeba, więc OK. Pensjonat jest idealnie położony – zabytkowe centrum Wiednia mamy w zasięgu 10-minutowego spaceru. Zaraz po wrzuceniu do pokoju bagaży ruszamy na wieczorny spacer. Ogólnie meta do polecania właśnie ze względu na położenie i kameralny charakter. Płacimy 74 Euro.

Wiedeń by night

Do Wiednia przyjeżdżamy wykończeni. Mało snu i stresujące zostawianie dzieci robią swoje. W pierwszej chwili stwierdzamy, że jesteśmy za bardzo zmęczeni, żeby jeszcze gdziekolwiek wychodzić. Jednak bliskość podświetlonych wież Votivkirche działała na nas jak lep na muchy. Prawie do północy włóczymy się po wiedeńskich ulicach. Jaki fajny początek randki!

Najpierw podziwiamy wspomniany przed chwilą neogotycki Votivkirche, zbudowany jako podziękowanie za uratowanie cesarza Franciszka Józefa przed zamachem. Kościół pochodzi z drugiej połowy XIX w., a jego główną ozdobą są dwie 99-metrowe, ażurowe wieże, pięknie podświetlone wieczorem. Niestety, fasadę kościoła ozdabia też wielka, czerwona reklama… piwa!

Oświetlone neogotyckie wieże Votivkirche wyciągają nad na spacer.

Oświetlone neogotyckie wieże Votivkirche wyciągają nad na spacer.

Ze względu na późną porę spacer ograniczamy do okolic ratusza. To wyjątkowa część miasta, w całości zaprojektowana i zbudowana w drugiej połowie XIX w. Podziwiamy rozmach gmachów uniwersytetu, parlamentu i – przede wszystkim – samego ratusza. Niewiele mniejszy zachwyt budzą wplecione pomiędzy nie regularne kwartały secesyjnych kamienic. Jak pięknie to zaplanowano! Na mapie centrum Wienia można by uczyć się geometrii! Całe założenie urbanistyczne imponuje spójnością i „oddechem”, którego nieco brakuje w starym zabytkowym centrum miasta – rozplanowanie ulic w Wiedniu ma średniowieczny rodowód, stąd wąskie uliczki i ciasne zaułki. Powplatano w nie okazałe barokowe i secesyjne gmachy, budowane w okresie Habsburgów. Wielu budynków nie da się nawet ująć w całości na zdjęciu – brak odpowiedniej perspektywy!

Neogotycki budynek ratusza jest niezwykle okazały. Początkowo jesteśmy zawiedzeni brakiem podświetlenia, wkrótce jednak okazuje się, że właśnie trwa projekcja na wielkim ekranie umieszczonym przed fasadą budynku. Setki, może tysiące ludzi oglądają balet „Jezioro Łabędzie” Czajkowskiego.

Nad budynkiem ratusza góruje 98-metrowa wieża

Nad budynkiem ratusza góruje 98-metrowa wieża

Pod ratuszem wieczorem odbywają się pokazy festiwalu filmowego.

Pod ratuszem wieczorem odbywają się pokazy festiwalu filmowego.

Rzut oka pod arkady.

Rzut oka pod arkady.

Po nieudanej próbie znalezienia wejścia na dziedziniec ratusza i krótkim spacerze pod klasycystyczny budynek parlamentu dołączamy na chwilę do widzów akurat w chwili zakończenia projekcji i ponownego uruchomienia iluminacji fasady i prawie 100-metrowej wieży ratusza. Poszczególne sekcje świateł włączają się po kolei. Coś pięknego! Razem z ludzkim potokiem przechodzimy jeszcze przed Burgtheater, zbudowany w stylu włoskiego renesansu w tym samym okresie co wszystkie pozostałe reprezentacyjne gmachy w tej okolicy. Z takimi widokami przed oczami wracamy do naszego pokoiku i błyskawicznie zasypiamy, zmęczeni wrażeniami dzisiejszego dnia.

Burgtheater - wiedeński teatr.

Burgtheater – wiedeński teatr.

 

20 sierpnia 2016, sobota

28 stopni. Jak cudnie! Nareszcie możemy poczuć trochę lata!

Spacer po Wiedniu

Jak moglibyśmy wstać rano i po prostu pojechać dalej, bez choćby szybkiego zwiedzenia miasta? Przecież do końca życia smażylibyśmy się w turystycznym piekle! Wstajemy więc raniutko i po szybkim hand-made śniadaniu, wyposażeni w mapę, przewodnik i aparat ruszamy w poszukiwaniu Freuda i Mozarta!

Zaczynamy od odwiedzenia Hoher Markt – najstarszego placu miasta, po drodze znajdując budynek starego ratusza (Altes Rathaus). Najciekawszym elementem na placu jest ponadstuletni zegar Anker. Każdą godzinę reprezentuje na nim inna postać zasłużona dla historii Wiednia, od Marka Aureliusza po Józefa Haydna. Szkoda, że nie byliśmy tutaj w południe – wtedy można zobaczyć korowód wszystkich 12 postaci.

Po prawej budynek starego ratusza. Reprezentacyjne gmachy tłoczą się w ciasnych uliczkach.

Po prawej budynek starego ratusza. Reprezentacyjne gmachy tłoczą się w ciasnych uliczkach.

Zegar Anker. Godzinę 8.00 wskazuje Andreas von Liebenberc.

Zegar Anker. Godzinę 8.00 wskazuje Andreas von Liebenberc.

Wiedeńskie wąskie zaułki są pozostałością średniowiecznego rozplanowania miasta.

Wiedeńskie wąskie zaułki są pozostałością średniowiecznego rozplanowania miasta.

Potem kierujemy się w kierunku kościoła św. Ruprechta – najstarszej świątyni w Wiedniu (XI w.). Obrośnięty winoroślą kościół chowa nam się jednak za ścianami innych budynków. Dochodzimy do przepływającego przez Wiedeń Kanału Dunaju. Na położonym obok Placu Szwedzkim bezskutecznie próbujemy odnaleźć opisywane przez nasz przewodnik pozostałości dawnych murów miejskich z zachowanymi dawnymi zasadami ruchu drogowego i kołem do przywiązywania koni. Szkoda, brzmiało to tak dobrze…  Stąd kierujemy się na południe docieramy na plac Ignaza Seipla, uznawany za jeden z najładniejszych placów Wiednia . Wzrok przyciąga zwłaszcza ozdobna rokokowa fasada siedziby Austriackiej Akademii Nauk oraz znajdujący się naprzeciw kościół jezuitów (pocz. XVIII w.). Niedaleko placu jest też inna, nieco starsza świątynia – kościół dominikanów (kon. XVII w.). Kierujemy się teraz na południowy-zachód i odnajdujemy Figarohaus. To właśnie tutaj Mozart napisał „Wesele Figara” i wiele innych arcydzieł.

Walka na zdobienia - kościół jezuitów vs. Austriacka Akademia Nauk.

Walka na zdobienia – kościół jezuitów vs. Austriacka Akademia Nauk.

Miasto budzi się do życia - spotykamy nawet kominiarza!

Miasto budzi się do życia – spotykamy nawet kominiarza!

Stąd tylko krok do punktu kulminacyjnego naszego dzisiejszego spaceru – ponad ośmiusetletniej katedry św. Szczepana Męczennika. To jeden z najbardziej znanych symboli Wiednia. Zachwycamy się pięknymi romańskimi Wieżami Pogańskimi i Bramą Olbrzymów, z portalem pokrytym romańskimi rzeźbami. Nad katedrą dominuje 137–metrowa gotycka wieża (XV w.). We wnętrzu katedry człowiek czuje się taki malutki… Patrzymy na piękne sklepienie i czujemy się jak w animacji „Katedra” Tomasza Bagińskiego. Turyści zwiedzający świątynię mają możliwość wejścia na taras widokowy albo niższej Wieży Północnej, albo najwyższej gotyckiej Wieży Południowej. Wybieramy pierwsze rozwiązanie. Na szczyt wjeżdża się windą. Z góry otwiera się szeroki widok na całe miasto, ale też na detale architektoniczne katedry. Można dobrze przyjrzeć się m.in. kolorowym glazurowanym dachówkom zdobiącym dach. Z katedry wychodzimy tylko dlatego, że czas nas goni – do 11:00 musimy się wymeldować i opuścić pokój.

Katedra św. Szczepana - jedna z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy.

Katedra św. Szczepana – jedna z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy.

Można studiować każdy centymetr kwadratowy, a nudy nie będzie

Można studiować każdy centymetr kwadratowy, a nudy nie będzie

Wieże Pogańskie i Brama Oblrzymów to pozostałość po XIII-wiecznym dawnym kościele.

Wieże Pogańskie i Brama Oblrzymów to pozostałość po XIII-wiecznym dawnym kościele.

W Bramie Olbrzymów - bogate późnoromańskie zdobienia.

W Bramie Olbrzymów – bogate późnoromańskie zdobienia.

Wnętrze katedry aż przytłacza nas-maluczkich.

Wnętrze katedry aż przytłacza nas-maluczkich.

Widok z Wieży Północnej na Wieże Pogańskie.

Widok z Wieży Północnej na Wieże Pogańskie.

W głowie się kręci, gdy popatrzy się w dół.

W głowie się kręci, gdy popatrzy się w dół.

Widok na Wiedeń z Wieży Północnej.

Widok na Wiedeń z Wieży Północnej.

Glazurowane dachówki katedry przyciągają wzrok każdego.

Glazurowane dachówki katedry przyciągają wzrok każdego.

Po opuszczeniu katedry zaglądamy na ulicę Graben – jedną z najelegantszych ulic handlowych Wiednia, otwartą tylko dla ruchu pieszego. Na deptaku znajdują się dwie zabytkowe fontanny i kolumna Trójcy Świętej (kon. XVII w.). Idziemy dalej na południe i po chwili docieramy do zamku cesarskiego (Alte Burg). To ogromne, wieloczęściowe założenie pałacowe powstawało latami (XV-XX w.) i miało ilustrować świetność dynastii Habsburgów. Oglądamy najstarszą część pałacu i nowy pałac, powstały w przededniu II wojny światowej.

Wchodzimy do kompleksu zamku cesarskiego.

Wchodzimy do kompleksu zamku cesarskiego.

Dziedziniec wewnętrzny z pomnikiem Franciszka I.

Dziedziniec wewnętrzny z pomnikiem Franciszka I.

Wiedeński teatr w świetle dnia wygląda jeszcze okazalej.

Wiedeński teatr w świetle dnia wygląda jeszcze okazalej.

Rzut oka na Burgtheater od strony Volksgarten.

Rzut oka na Burgtheater od strony Volksgarten.

Zamykamy pętelkę, zaglądając w okolice naszego wczorajszego spaceru – oświetlone wieczorem budynki były bardzo urokliwe, teraz jednak można je znacznie lepiej obejrzeć. Ponownie przechodzimy obok budynków parlamentu, uniwersytetu wiedeńskiego, teatru i ratusza. Wszystkie te gmachy powstały w drugiej połowie XIX w. Rano tu dużo spokojniej niż wieczorem.

Ratusz oglądaliśmy już wieczorem, ale nie mogliśmy się powstrzymać, by przyjść tu raz jeszcze.

Ratusz oglądaliśmy już wieczorem, ale nie mogliśmy się powstrzymać, by przyjść tu raz jeszcze.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Ulicę Reichsratstrasse zamyka znajoma sylwetka Votivkirche.

Ulicę Reichsratstrasse zamyka znajoma sylwetka Votivkirche.

Dwie i pół godziny od naszego wyjścia i wracamy do pensjonatu. Uff, ale mieliśmy spacer. Jak te wszystkie wspomnienia poupychać w głowie?

Sprawnie wymeldowujemy się z pokoju i przenosimy bagaże do samochodu. Ostatnim elementem zwiedzania Wiednia jest podejście pod Freud Haus – dom, w którym żył i pracował Zygmunt Freud, w którym tworzył i rozwijał teorię psychoanalizy. Teorię można połączyć z konkretnym nazwiskiem, a jego – z konkretnym budynkiem, który stoi po dziś dzień. Niesamowite.

Ruszamy w dalszą drogę, wymieniając się swoimi uwagami na temat Wiednia. Na pewno można powiedzieć, że ma swój własny charakter. Gmachy, budowane w okresie Habsburgów i mające świadczyć o świetności tej dynastii, są utrzymane w spójnym stylu. Imponują rozmachem i kunsztem zdobień. W pierwszej dzielnicy ringu nadmiar zdobień aż przytłacza – aż prosiłoby się o więcej „oddechu” Jednocześnie zabytkowe centrum cały czas tętni życiem. Z biegiem dnia coraz więcej turystów, ludzie spieszą się do pracy, służby miejskie pracują pełną parą. Ciekawie było nam zobaczyć dziś rano budzące się do życia miasto.

W Wiedniu tak naprawdę zachwyciły nas dwie rzeczy. Po pierwsze: katedra. Patrząc na majestatyczną świątynię, aż ma się ochotę pochylić głowę. Architekturę katedry, harmonijnie łączącej elementy romańskie, gotyckie i barokowe, możnaby studiować godzinami. Po drugie: ratusz i jego okolice. Wyniosłe, bogato zdobione strzeliste wieże jasno pokazują, że nie patrzymy na byle jaki budynek i nie jesteśmy w byle jakim mieście.

Wiedeń-Sottoguda

Wiedeń był piękny, ale Dolomity czekają. Ruszamy dalej!

Za Wiedniem ruch spory, ale płynny. Przez pierwsze ok. 400 km jedziemy autostradami. Nudno nie jest, bo przecinamy pasma górskie, więc co chwila tunel, zakręty, tunel. Za oknem bardzo malowniczo. Za Villach żegnamy się z autostradami, Jedziemy w sznureczku samochodów, mijając różne miejscowości, więc kilometrów ubywa wyraźnie wolniej. Potem wjeżdżamy na obszar Wschodniego Tyrolu, więc drogi jeszcze bardziej kluczą.

Podczas podróży zatrzymujemy się trzy razy. Raz na przyautostradowym parkingu, raz na stacji benzynowej (tankowanie i szybki obiad w fast foodzie). Na chwilę dłużej wysiadamy w miejscowości Lienz – stolicy Tyrolu Wschodniego. Są tu zabytkowe kościoły, jednak najciekawszym zabytkiem jest zamek Bruck (XIII-XV w.) z zachowaną romańską wieżą. My jednak ograniczamy zwiedzanie do krótkiego spaceru i załatwienia podstawowych spraw:)

Spacer po Lienz - stolicy Tyrolu Wschodniego.

Spacer po Lienz – stolicy Tyrolu Wschodniego.

Przez miasto przepływa malownicza Isel.

Przez miasto przepływa malownicza Isel.

Zaraz za granicą Włoch witają nas Dolomity. I to witają nie byle jak! Widoki są takie, że człowiek ma wrażenie, że ogląda fototapetę, a nie naturalny krajobraz. Wrażeń nie psuje nawet padający deszcz i temperatura – brrr – poniżej 15 stopni. A drogi… O nich można by opowiadać godzinami. Na odcinku Cortina d’Ampezzo–Sottoguda  (trasa przez przełęcz Giau) mamy wrażenie, że jesteśmy na wesołym miasteczku dla samochodów. Takich zakrętów, z takim nachyleniem i w takim nagromadzeniu jeszcze chyba nie widzieliśmy.  Cieszymy się, kiedy wreszcie docieramy na miejsce. Leje jak z cebra.

Nasz czas: 11:00- 20:40, ok. 600 km

Nasza meta: Ciesa la Verda, Sottoguda 72.

Cudowny lokalny koniec świata. Zajmujemy część domu przemiłej włoskiej rodziny. Kiedyś mieszkali tu rodzice naszych gospodarzy. Bardzo miło, przestronie, czysto. Czy to nie lepsze niż hotel, w którym każdy pokój jest taki sam?

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity. Każdy miłośnik gór, który je zobaczy, przepadnie. Białe, strzeliste turnie na tle soczystej zielonej trawy, fantastyczne formacje skalne, pocztówkowe krajobrazy. To góry inne niż wszystkie. Nie ma tu długich grani głównych i walnych dolin, w zamian mamy oddzielone głębokimi dolinami samodzielne gniazda górskie, a każde z nich inne – kapryśna Marmolada z czapą lodowca, podobna do warowni majestatyczna Sella, trzy kłócące się o urodę siostry Tofany, księżycowy płaskowyż Pale… Dolomity przecina gęsta sieć szlaków. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oczywiście wizytówką tych gór są via ferraty – ubezpieczone szlaki wspinaczkowe, ale mamy też typowe szlaki wysokogórskie, idealne do trekkingów, i mnóstwo wygodnych ścieżek dla całej rodziny. Infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta – tak wielu schronisk nie widzieliśmy chyba w żadnych innych górach, co nie znaczy że w Dolomitach nie ma miejsc niedostępnych i dzikich. Jak każda kochanka Dolomity mają też wady – ogromne piarżyska i luźny materiał skalny zasypujący ścieżki zmuszają do rozważnego stawiania kroków – niezbędnym  wyposażeniem turysty górskiego powinien być kask i kijki. Ale czy kogoś bez wad dałoby się pokochać? Powiemy jedno: przez ponad tydzień wspinaliśmy się na ferratach i wędrowaliśmy po dolomitowych szlakach i wiemy jedno: na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz. W planowaniu tras nieocenioną pomocą były dla nas poszczególne tomy przewodnika „Dolomity” Dariusza Tkaczyka, a także świetnie opracowane serwisy jarekkardasz.republika.pl oraz wdolomitach.pl. Rekonesans za nami, przed nami – mamy nadzieję – dokładne poznawanie tych gór, grupa po grupie.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

...po chwili zostaje za nami..

Dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

28. ...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

Górny Rynek

 

Poczdam i Norymberga

Co można zwiedzić po drodze w Alpy?

Poczdam i Norymberga w jeden dzień?

Da się zrobić!!!  Ale po kolei, najpierw trzeba tam dotrzeć

9 sierpnia 2012, czwartek

Po fali upałów nagle się ochłodziło, do 20 stopni i przelotne opady

Rano jeszcze nie możemy uwierzyć, że naprawdę szykuje się nam randka we dwoje. Tym bardziej, że jest sporo zamieszania: trzeba rano wyekwipować obu chłopców na wakacje do Dziadków, potem R. biegnie do pracy, gdzie ma wyjątkowo zabiegany dzień, a M. w tym czasie pakuje nas na wyjazd, robi zaległe prania itp. Na szczęście nareszcie nadchodzi 16:00 i możemy ruszać!

Warszawa-Słubice, 16:00-21:30 (z postojami), ok. 490 km

Jednak jazda autostradą to zupełnie inna bajka. Wiwat Euro 2012! Kilometry biegną, a człowiek się nie denerwuje. Słuchamy płyty Lao Che, rozmawiamy oczywiście o naszych chłopakach, ale też o różnych różnościach, przypominamy sobie dawne wyjazdy.

Zatrzymujemy się trzy razy, w tym dwa razy na krótko na autostradowych MOP-ach. Na chwilkę dłużej wysiadamy w niewielkiej miejscowości Buk (na zachód od Poznania), do której przyciągnął nas drewniany barokowy (!) kościół. Uwieczniamy na zdjęciu jego niecodzienną bryłę na planie krzyża greckiego (której elementy przypominają nam fasadę starej papierni w Dusznikach-Zdroju) i wracamy do samochodu.

Barokowy dreweniany kościół w Buku.

Barokowy dreweniany kościół w Buku.

Zaraz po zmroku, nieco błądząc po Słubicach, docieramy do naszej przytulnej i niedrogiej mety. Szybkie zapisanie trasy, selekcja zdjęć i dobranoc! Czekamy na jutro!

Słubice, tu przenocujemy.

Słubice, tu przenocujemy.

10 sierpnia 2012, piątek

W Poczdamie pochmurno, 19 stopni; w Norymberdze słońce i 24 stopnie

Słubice-Oberau, 9:00-22:00 (z postojami), ponad 800 km

Rano zbieramy się w miarę sprawnie i po obfitym śniadaniu przed 9:00 siedzimy już w samochodzie. Jeszcze w Słubicach kupujemy świeże pieczywo i zaraz potem witają nas Niemcy. Koniecznie chcemy zobaczyć Poczdam, więc pierwsza porcja autostradowej jazdy mija nam bardzo szybko. O 10:20 zatrzymujemy się na pierwszy postój:

Poczdam – zespół parkowo-pałacowy Sanssouci

(w dwie godziny… 10:20-12:20)

Dawna rokokowa rezydencja królewska Fryderyka II wywiera na nas ogromne wrażenie. Zadziwia nas zwłaszcza swoim ogromem – absolutnie nie doceniliśmy rozległości parku – dość powiedzieć, że szybki spacer trasą głównych budowli zajmuje nam niemal dwie godziny! Przepychem, może wręcz przesadnym, emanował zwłaszcza Nowy Pałac (XVIII w.). Nic dziwnego, miał w końcu stanowić symbol siły ekonomicznej Prus.

Dużo bardziej przypada nam do gustu wysmakowana rokokowa bryła Pałacu Sanssouci (XVIII w.), pięknie prezentująca się na szczycie majestatycznych, obsadzonych winoroślą schodów. Na trasie naszego spaceru oglądamy ponadto Kościół Pokoju (poł. XIX), budynek galerii obrazów (XVIII), zabytkowy (wciąż działający!) młyn, ogromną oranżerię (w stylu włoskiego renesansu), Pawilon Smoków (pełniący obecnie funkcję kawiarni), Belweder (XVIII), Pałac Charlottenhof (XIX, styl włoskiej willi) i Pawilon Chiński z imponującymi pozłacanymi rzeźbami. Każda z tych budowli sama w sobie jest interesująca; nie spiesząc się, można by w parku Sansoucci spokojnie spędzić cały dzień.

Nasze dwie godziny dostarczają nam takiego ogromu wrażeń, że rezygnujemy ze zwiedzania centrum miasta (m.in. okolic Starego i Nowego Rynku) i ze spaceru udajemy się wprost do samochodu (nie bez znaczenia była też liczba czekających dziś jeszcze na nas kilometrów).

Poczdam, Brama Brandenburska (XVIII).

Poczdam, Brama Brandenburska (XVIII).

Galeria obrazów w Parku Sanssouci (XVIII).

Galeria obrazów w Parku Sanssouci (XVIII).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Zabytkowy Młyn (XVIII).

Zabytkowy Młyn (XVIII).

Oranżeria (XIX, włoski renesans).

Oranżeria (XIX, włoski renesans).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Kościół Pokoju w Parku Sanssouci (XIX).

Kościół Pokoju w Parku Sanssouci (XIX).

Za Poczdamem ujechaliśmy jednym ciągiem (nie licząc szybkiego postoju na obiad w McD. – wersja ekonomiczna) spory kawał drogi. Dzięki autostradzie kilometry na szczęście uciekały szybko. Na całej naszej dzisiejszej trasie męczący przestój trafił nam się tylko przez ok. 10 kilometrów – stłuczka dwóch samochodów i zwężenie drogi do jednego pasa wystarczyło, by autostrada zakorkowała się na dobre. Spora odległość do przejechania i bardzo nasilony ruch przez niemal cały dzisiejszy dzień robiły jednak swoje – do Norymbergi dojechaliśmy już bardzo znużeni. Z chęcią wysiedliśmy na kolejny postój, czyli na…

Norymberga – spacer po starówce

(i znów dwie godzinki… 17:40-19:50)

Średniowieczna, szachulcowa i piernikowa – tak w skrócie można by określić nasze wrażenia z norymberskiej przechadzki. To typowo germańskie miasto na pewno ma swój klimat, a zwiedzanie go nie męczy (zwłaszcza, jeśli turysta pokrzepi się pysznym regionalnym piernikiem – co i my uczyniliśmy!).

Parkujemy w podziemnym parkingu koło Szpitala Ducha Świętego (XIV-XV w.), a następnie kierujemy się na rynek z gotyckim kościołem NMP (ciekawy XVI-wieczny mechanizm zegarowy na wieży) i arcyciekawą gotycką (XIV!) fontanną (o, co to za szopka krakowska? – stwierdziła M., wchodząc na rynek…). Oglądamy majestatyczny ratusz (XIV, przeb.) i ogromny romańsko-gotycki kościół Św. Sebalda (XIII-XIV w.), a potem wchodzimy na urokliwy plac Tiergärtertor, zabudowany szachulcowymi domami (m.in. XV-wieczny Dom Dürera i Dom Piłata z rzeźbą Św. Jerzego).

Następnie podchodzimy na zewnętrzny dziedziniec Zamku Cesarskiego (ob. postać XV-XVI w.), skąd oglądamy rozległą panoramę starówki. Spacer kończymy rzutem oka na imponujące średniowieczne fortyfikacje okalające starówkę.

Szpital Ducha Świętego (XIV-XV), Norymberga.

Szpital Ducha Świętego (XIV-XV), Norymberga.

Kościół NMP (XIV).

Kościół NMP (XIV).

Gotycka (XIV) fontanna.

Gotycka (XIV) fontanna.

Norymberski piernik... PYCHA!.

Norymberski piernik… PYCHA!.

Rausz (XIV, przeb.).

Rausz (XIV, przeb.).

Romańska fasada kościoła Św Sebalda (XIII-XIV).

Romańska fasada kościoła Św Sebalda (XIII-XIV).

Szachulcowa zabudowa Placu Tiergartnertor.

Szachulcowa zabudowa Placu Tiergartnertor.

Dom Durera (XV).

Dom Durera (XV).

Dom Piłata z posągiem Św. Jerzego.

Dom Piłata z posągiem Św. Jerzego.

Zamek Cesarski (pocz. XII, XV-XVI).

Zamek Cesarski (pocz. XII, XV-XVI).

Średniowieczne fortyfikacje Norymbergi.

Średniowieczne fortyfikacje Norymbergi.

Nasza meta: Oberau

Zatrzymujemy się w kwaterze prywatnej w Oberau. Docieramy tu parę minut przed 22.00. Na naszej kwaterze wita nas przemiła starsza pani. Mamy czyściutki, miły apartamencik, w cenie – jak na tutejsze realia oczywiście – nieprzerażającej (może ze względu na odległość od Ga-Pa i widok z okien na ulicę). Rozpakowujemy się i jeszcze przed północą – hura! – zmęczeni wskakujemy do łóżek.

 

Słowenia – Alpy Julijskie, 2011.08

To było nieuniknione. Wieloletnia fascynacja Tatrami – najpierw polskimi, potem słowackimi. Uwielbienie dla gór i niezmierna radość z ich poznawania. Ogromna chęć do doświadczania ciągle czegoś nowego. Prędzej czy później i tak trafilibyśmy na opisy via ferrat i zdjęcia ze Słowenii. A jak trafiliśmy, to i przepadliśmy.

To po prostu musiało skończyć się na Alpach Julijskich. 

Pomimo wielu przeciwności losu, natłoku obowiązków, chorób (R. jedzie w trakcie leczenie zapalenia płuc), trudności organizacyjnych udaje nam się wyrwać do tego przecudnego zakątka Europy. Tutaj ludzie mają słowiańską duszę, chociaż wokoło panuje porządek jak w Austrii. A Julijki… No cóż – to po prostu trzeba zobaczyć – najlepiej na własne oczy!

 

Zejście włoskim szlakiem.

Część I – dojazd, aklimatyzacja i pierwsza ferrata

czyli m.in.: Bardiów, Budapeszt, Maribor, wodospady, jeziora, Radovljica, Ljubljana i Mangart

 

Triglav - 2864 m n.p.m.

Część II – ferraty, jaskinie, riviera i magia

czyli m.in.: Prisojnik, Triglav, Jaskinie Szkocjańskie, Piran, Predjamski Grad, Vintgar, Bled, Budapeszt i Koszyce

Rumunia, część II

16.07.2008, środa

Mówiąc po górsku: dupówa, cały dzień przelotne deszcze, ok. 17 stopni

…więc robimy drugi dzień zwiedzania

Dojazd do Homorod i Viscri, a potem do Sighişoary

Kierowcy żądni wrażeń zdecydowanie powinni wybrać się do Rumunii. Jeżdżenie po tutejszych drogach dostarcza sporych dawek adrenaliny. Na głównych drogach remonty, tiry i szaleni kierowcy (światło czerwone to sugestia, nie zakaz jazdy), boczne to jajko niespodzianka – czasem są niezłe, a czasem straszą dziurą na dziurze (M. znów obgryza paznokcie z wrażenia).

Na bitej drodze za Viscri coś zaczyna nam potwornie skrzypieć w kole. R. gładko wchodzi w rolę super-hero, odkręca koło i wytrzepuje spory kawał rdzy i kamyczki. Na szczęście operacja przynosi pozytywne skutki, więc możemy jechać dalej.

Homorod

To nasz pierwszy przystanek. Wychodzimy z samochodu i oglądamy XIII-wieczny warowny kościół (biserica cetata) z drewnianą hurdycją – super!

Potem przejeżdżamy przez Rupeę, gdzie widzimy malownicze ruiny zamku (XIII) na wzgórzu.

Viscri

Ta malownicza wioska-skansen, wpisana na listę UNESCO, jest naszym kolejnym dzisiejszym celem. podjeżdżamy na niewielki parking wysypany kamyczkami i parkujemy obok jedynego innego stojącego tam samochodu – i to skąd? – z Warszawy! Uśmiechamy się w odpowiedzi na ten kolejny już zbieg okoliczności.

Niestety leje, więc oglądamy malownicze domki saskie pod parasolami. Zaczynamy odróżniać domy saskie od rumuńskich, co jest dla nas źródłem prawdziwej satysfakcji.

Wreszcie trafiamy pod słynny Biały Kościół – ewangelicką średniowieczną świątynię warowną. Niestety, nici ze zwiedzania wnętrza. Gdy dochodzimy pod kościół, babuszka, która opiekuje się zabytkiem oznajmia, że musimy dłuższą chwilę poczekać, bo ona właśnie wybiera się na obiad. Ach, te Stasiukowskie klimaty…

Sighişoara

Nasze dzisiejsze zwiedzanie kończymy w tym niezwykle urokliwym średniowiecznym mieście. Co prawda w porównaniu z Braszowem Sighişoara jest bardziej zaniedbana, ale może dzięki temu starówka wydaje się taka prawdziwa, żyjąca – czujemy się jak w średniowieczu!

Nad starówką góruje wieża zegarowa, która robi na nas kolosalne wrażenie. Oglądamy XVII-wieczny zegar z figurkami symbolizującymi dni tygodnia. Potem pora na kościół dominikanów (XIII), XIX-wieczny ratusz, Dom Wenecki (XIII), słynny Dom Drakuli (XV) i Dom pod Jeleniami (XIII). O atmosferę miejsca dbają doskonale zachowane średniowieczne mury miejskie, baszty i bastiony. Dalej oglądamy naprawdę imponujące schody szkolne (XVII), starą i nową szkołę (XVI, XVIII) oraz Kościół Na Wzgórzu (XIV) z mnóstwem starych elementów wyposażenia (jak stalle Jana Stwosza czy XV-wieczne malowidła ścienne) – wchodzimy też do krypty, która jest jednocześnie starą świątynią romańską.

Spacerując po Sighişoarze, raz po raz oko zatrzymuje się nam na jakimś urokliwym zakamarku – tylko fotografować i fotografować!

Zmęczeni zwiedzaniem, przysiadamy w pizzerii ze świetnym widokiem na starówkę i delektujemy się doskonałym – jak zazwyczaj w tych stronach – włoskim jedzeniem.

W drodze powrotnej pierwotnie chcemy jeszcze zwiedzić Sybin, ale padamy z nóg, robi się późno, a pogoda na następny dzień szykuje się zupełnie niegórska – decydujemy się więc wrócić prosto do Sambaty.

Przejazd jest dość długi, ale tak bardzo nie męczy. Cały czas delektujemy się rumuńskimi smaczkami (urokliwe, choć niekiedy zaniedbane, wsie; furmanki, Cyganie w kolorowych strojach i przepiękne krajobrazy). Wracając, zahaczamy też o kilka kościołów warownych, tak charakterystycznych dla Transylwanii – są dla nas bardzo ciekawe!

Cała wycieczka zajęła nam ok. 9 godzin, przejechaliśmy ok. 220 km

Po powrocie gospodarze częstują nas naleśnikami. Nie pozostajemy im dłużni i przynosimy domowy blok Babci Stasi – nie ma to jak wzajemna uprzejmość!

Homorod - warowny kościół.

Homorod – warowny kościół.

Niespodzianka na drodze do Viscri.

Niespodzianka na drodze do Viscri.

Wioska saska Viscri.

Wioska saska Viscri.

Warowny 'biały kościół' w Viscri (średniowieczny).

Warowny ‚biały kościół’ w Viscri (średniowieczny).

Sighisoara - wejście do miasta.

Sighisoara – wejście do miasta.

Sighisoara - Wieża Zegarowa.

Sighisoara – Wieża Zegarowa.

Dom Wenecki z XIII w.

Dom Wenecki z XIII w.

Dom Draculi z XV w.

Dom Draculi z XV w.

Dom pod Jeleniami z XVII w.

Dom pod Jeleniami z XVII w.

Uliczka jak z bajki.

Uliczka jak z bajki.

Kościół klasztorny NMP z XIII w.

Kościół klasztorny NMP z XIII w.

Średniowieczny dom.

Średniowieczny dom.

Kościół Na Wzgórzu.

Kościół Na Wzgórzu.

Widok z okna w restauracji.

Widok z okna w restauracji.

17.07.2008, czwartek

Rano bardzo pochmurno, potem coraz lepiej, tylko nad górami kłębią się chmury. Wieczorem już piękne słońce.

Wycieczka do Sybina (Sibiu)

Sybin to naprawdę piękne, w pełni europejskie miasto, które słusznie w 2007 roku nosiło tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Zapada w pamięć przede wszystkim przepięknie odrestaurowana zabytkowa starówka, skupiona wokół trzech placów. Po kolei oglądamy:

Piata Mare z XV-wiecznym Domem Hallera, barokowym kościołem farnym Św. Trójcy (XVIII) i imponującym budynkiem Narodowego Muzeum Burkenthala (XV)

– Stary ratusz (XV)

Prawosławną katedrę Trójcy Świętej sprzed 100 lat, zbudowaną na kształt Hagia Sophia z Konstatnynopola

Piata Huet z ewangelickim kościołem parafialnym (XIV-XVI w)

– Urokliwą, fotogeniczną Wieżę Schodów (XIII), prowadzącą do dolnego miasta

Most Kłamców (XIX) – dobrze pamiętający niedawną historię

Piata Mica z Domem Rzeźników (sukiennicami)

Na zakończenie spaceru wchodzimy na Wieżę Ratuszową – i dobrze! – miasto oglądane z góry prezentuje się naprawdę przepięknie!

Na zakończenie spaceru po Sybinie usadawiamy się w jednym z restauracyjnych ogródków na rogu Piata Mare i delektujemy się naprawdę przepyszną pizzą. Można by tak siedzieć i siedzieć, patrzeć i patrzeć…

Dalej, według pierwotnych planów, mieliśmy jechać przez Avrig i wybrać się na spacer do położonej wyżej Cabany Barcaciu, ale utykamy na remontowanych ulicach, zaplątujemy się, aż w końcu robi się późno, więc rezygnujemy i zmieniamy marszrutę – ale w sumie może i dobrze się stało. Decydujemy się wybrać popołudniu na spacer po okolicach najbliższych naszego miejsca zamieszkania, a w drodze powrotnej zahaczyć samochodem o jeszcze kilka atrakcji.

Najpierw oglądamy Pałac Brukenthala w Avrig, położony w ładnym parku – niestety, całe założenie jest zamknięte.

Potem podjeżdżamy do Carty – wioski ze stacją kolejową i campingiem, ale przede wszystkim z urokliwymi, otoczonymi zielenią ruinami opactwa cystersów z XIII w. Mieliśmy jeszcze podjechać do Voivodeni, ale ogromne dziury w drodze skutecznie zniechęciły nas do tego pomysłu, więc wróciliśmy prosto do domu.

Wieczorny spacer po okolicy Sambaty

Późnym popołudniem poszliśmy sobie na spacer do Monastyru Brancoveanu. Monastyr został ufundowany ok. 1700 r. przez hospodara wołoskiego. W XX w. został odbudowany po zniszczeniach dokonanych przez Austriaków.

Cały kompleks robi na nas duże wrażenie. Sama cerkiew jest niewielka, ale wszystko takie malownicze, kolorowe i ta inna atmosfera… – widzimy, jak duchowny zwołuje ludzi na nabożeństwo (chyba…), uderzając w rodzaj drewnianego instrumentu. Czujemy się trochę jak intruzi, duża część kodów jest dla nas jednak niejasna. Obok monastyru w bardzo ładnym budynku znajduje się szkoła … malowania ikon na szkle oraz hotel (chyba przyzwoity i niedrogi).

Wracamy przez kompleks turystyczny Sambata. Wszędzie dużo kwater, pensjonatów i hotelików, sporo się też buduje – ale fala rozkwitu dopiero przed tą okolicą. Przechodzimy obok Cabana Popasul Sambatei z polem namiotowym i niewielkimi bungalowami. Wieczorem pilnie sprawdzamy prognozę pogody – hura!, ma być ładnie! Ustalamy, że gospodarz podwiezie nas rano pod punkt wyjścia szlaku na Moldoveanu!

Piata Mare (Duży Rynek), Sybin.

Piata Mare (Duży Rynek), Sybin.

Piata Mare (Duży Rynek).

Piata Mare (Duży Rynek).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Ewangelicki Kościół Parafialny (XIV-XVI w).

Ewangelicki Kościół Parafialny (XIV-XVI w).

Widok z Wieży Schodów.

Widok z Wieży Schodów.

Most Kłamców (XIX w).

Most Kłamców (XIX w).

Sukiennice (XV w) na Piata Mica.

Sukiennice (XV w) na Piata Mica.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

W knajpce na rynku - widoki.

W knajpce na rynku – widoki.

Ruiny opactwa cysterskiego (XIII), Carta.

Ruiny opactwa cysterskiego (XIII), Carta.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

...i piękny widok z naszego okna.

…i piękny widok z naszego okna.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Szkoła malowania ikon na szkle i hotel.

Szkoła malowania ikon na szkle i hotel.

18.07.2008, piątek

Rano pięknie, potem nad górami zaczynają kłębić się chmury, komfort termiczny

Jesteśmy z siebie dumni! Weszliśmy dziś na najwyższy szczyt Rumunii – Moldoveanu (2544)!

To chyba największa nasza dotychczasowa wyprawa górska…

W dwóch słowach: 6:45-21:10; 14 godz. 25 min; 2700 m w górę i drugie tyle w dół… Wow!

Vistisoara-Moldoveanu

Rano podwiozi nas nasz gospodarz do punktu wyjścia szlaku z Vistisoary. Pędzi po wyboistej, kamienistej drodze z 80 na godzinę! Nic dziwnego, że w końcu łapie gumę;-) O 6:45 ruszamy z kopyta, pełni zapału i energii.

Szlak wiedzie przez ładny las, wzdłuż potoku toczącego z hukiem wodę. Co chwila widać piękne wodospady i baniory – właśnie ten „rozmach” przyrody – huczące potoki, wodospady i ogromne żleby robią na nas w Fogaraszach największe wrażenie.

Pierwsza przygoda czeka z samego rana – zauważamy brak mostka prowadzącego na drugą stronę potoku. Nie zastanawiając się długo, zdejmujemy buty, podwijamy spodnie i – po małej dawce adrenalinki (to naprawdę Potok, nie potoczek) jesteśmy na drugiej stronie.

Potem idziemy wzdłuż bujnych, intensywnie wypasanych łąk. Wszędzie widać i słychać owce, zwracamy uwagę na brak kosodrzewiny. W pewnym momencie musimy uciekać na drugą stronę koryta potoku przed ujadającymi psami pasterskimi. Dalej przez piarżyska, ostro w górę.

Rozmawiamy o tym, że fogaraskimi szlakami chodzi się zupełnie inaczej niż w polskich górach. Po pierwsze: prawie nie spotyka się ludzi (nawet na szlaku na najwyższy szczyt kraju!) i po drugie: ścieżki są w stanie bardzo naturalnym – nikt ich nie budował, nie poprawiał ścieżki, tylko po prostu wytyczył (a właściwie sama się ,,wydeptała”. To urocze, ale zmęczenie daje o sobie znać dużo szybciej (piargi uciążliwie usypują się spod nóg, szlak ginie w wysokiej trawie itp.).

Od Portita Vistei na Moldoveanu wchodzimy jednym ciągiem. Momentami jest stromo w górę po usypujących się piarżyskach, tylko kilka niewielkich trudniejszych odcinków skalnych.

Moldoveanu – Przełęcz nad Doliną Sambatei

Na górze stajemy zmachani – to jednak ogromny kawał drogi. Jesteśmy z siebie bardzo dumni! Trochę baliśmy się, czy jednodniowa wycieczka będzie do zrealizowania, a zapowiadane na jutro załamanie pogody nie zachęcało do zabiwakowania w górach.

Samo Moldoveanu nie wyróżnia się niczym szczególnym, widoki są jednak naprawdę rozległe i piękne (choć nie tak urozmaicone jak w Tatrach). Co prawda podziwialiśmy je na spokojnie dopiero następnego dnia, oglądając zdjęcia w komputerze – wtedy, na szczycie czas nas dość mocno gonił. Robimy szybko zdjęcia i zarządzamy odwrót.

Droga powrotna – co będziemy wielokrotnie wspominać w kolejnych latach, ale już w ramach turystycznej gawędy i z rozrzewnieniem – porządnie dała nam się we znaki. Poczuliśmy się zmęczeni już po zejściu z Vistea Mare (szczyt w głównej grani obok Moldoveanu), jak tylko opadła adrenalina związana z wchodzeniem na „dach Rumunii”. Jak się jednak okazało, był to zaledwie początek drogi przez mękę. Potem ponad 2 godziny idziemy główną granią, 5-6 razy podchodząc i schodząc po ok. 200 m w górę i w dół.

Obiektywnie należy stwierdzić, że szlak graniowy jest wygodny i bardzo malowniczy (naszą uwagę zwróciła zwłaszcza dolinka ze stawem i „księżycowym krajobrazem”), ale tego dnia mamy go już naprawdę dość. Idziemy i idziemy, a planowany wariant zejściowy ciągle się nie pojawia – albo go przegapiliśmy, albo (wbrew temu, co na mapie) po prostu go nie było. Znakowaną ścieżkę w dół napotkaliśmy dopiero nad Doliną Sambatei. Po krótkiej konsternacji (na mapie widnieją niebieskie paski, a w realu … czerwone trójkąty) wreszcie, wykończeni, zaczynamy schodzić w dół. Realna szansa zdążenia przed nocą na dół zdecydowanie poprawia nam humory.

Zejście Doliną Sambatei

Schodzimy w iście ekspresowym tempie (3 zam. 4 godzin), chwilami prawie biegnąc, choć szlak jest dość wymagający – kilka stromych, piarżystych odcinków nieźle daje się we znaki naszym zmęczonym nogom. No tak, jesteśmy w Fogaraszach, szlak jest wytyczony, nie ułożony. Cały czas spieszymy się, żeby choć najtrudniejsze odcinki przejść w świetle dziennym. Przez pośpiech nie mamy okazji w pełni podelektować się urokiem okolicy – a dolina jest bardzo ładna, w górnej części polodowcowa, w dolnej V-kształtna, z bardzo obfitym, pieniącym się kaskadami strumieniem. Kilkakrotnie dostrzegamy stada owiec. W połowie drogi zauważamy kilka namiotów – to chyba jakaś zorganizowana grupa. Poniżej widzimy domek Salvamontu i Cabanę Valea Sambatei. Schronisko ma klimat …. hmm… Stasuikowskiej „rozpierduchy” – wokół bałagan, budynek zaniedbany. Kupujemy po coli i biegiem dalej.

Poniżej Cabany robi się już prawie zupełnie ciemno. Na szczęście szlak wiedzie wzdłuż potoku, szeroką ścieżką, więc nie sposób się zgubić. Efektownym i niespodziewanym zakończeniem wycieczki okazuje się przejście na drugą stronę szerokiego, rwącego potoku – mostka brak, za to ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Do wyboru były dwa warianty: Wariant 1 – równoważnia po dziko przerzuconej kłodzie (wybór M.) i Wariant 2 – skoki po kamieniach (wybór R.). Oba dostarczające sporych dawek emocji. O dziwo oboje suchą stopą stanęliśmy na drugim brzegu. Zachwycamy się wielkimi wantami leżącymi przy drodze lub w potoku – na niektórych wyrosły nawet drzewa. Przypominają nam się nasze Wantule.

Ostatni fragment drogi pokonujemy już w zupełnej ciemności. Idziemy przez kompleks turystyczny Sambata. Wokół atmosfera pikniku, wszędzie popasule. Docieramy na naszą kwaterę wykończeni, ale przeszczęśliwi tuż po 21.00, poganiani odgłosami zbliżającej się burzy.

Rozłożenie wycieczki na Moldoveanu na dwa dni nie jest głupim pomysłem. Choć w jeden dzień też się da – o czym przekonaliśmy się dzisiaj;-)

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Portita Vistei.

Portita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Z Vistea Mare na Moldoveanu.

Z Vistea Mare na Moldoveanu.

NA MOLDOVEANU - ''dachu Rumunii !!!.

NA MOLDOVEANU – ”dachu Rumunii !!!.

Widoki z Moldoveanu.

Widoki z Moldoveanu.

Z Moldoveanu na Vistea Mare.

Z Moldoveanu na Vistea Mare.

Główną granią do Dol. Sambatei - widoki.

Główną granią do Dol. Sambatei – widoki.

Główną granią do Dol. Sambatei.

Główną granią do Dol. Sambatei.

Cabana Valea Sambatei.

Cabana Valea Sambatei.

Ostatni widok na Dolinę Sambatei.

Ostatni widok na Dolinę Sambatei.

19.07.2008, sobota

Rano pochmurno i deszczowo, w ciągu dnia się rozpogadza, do 25 stopni

Rano nie spieszymy się ze wstaniem z łóżka – a co, należy nam się po wczorajszej wyprawie!

Mamy prawdziwy dzień odpoczynku: leniwie jemy śniadanie, oglądamy wczorajsze zdjęcia (dopiero teraz, wypoczęci, dostrzegamy, jak pięknie było w partiach graniowych).

Zastanawiamy się, czy pójść pieszo do Voivodeni, czy urządzić sobie krótką wycieczkę w góry. Po namyśle wybieramy drugą opcję.

Idziemy spacerowym tempem (…co za miła odmiana po wczorajszej gonitwie!) na Muchia Dragušului – grzbiet okalający z jednej strony Dolinę Sambatei. Ścieżka prowadzi najpierw drogą powstałą przy zrywce drewna, miejscami w 2-metrowym wąwozie – widać efekty ogromnej erozji. Trochę brakuje znaków. Na rozdrożu musimy zgadywać, w którą stronę iść. O dziwo trafiamy. Idziemy najpierw przez las, potem miłymi zakosami po dawnym wiatrołomie. Co chwilę zatrzymujemy się na poskubanie pysznych malin rosnących wzdłuż drogi. Mija nas czteroosobowa grupa turystów – oprócz nich na szlaku nie spotykamy nikogo!

Na jednym z zakosów urządzamy sobie przemiły godzinny popasul. Dobrze sobie siedzieć tak po prostu, bez celu.

Wracamy tą samą drogą, podsumowując naszą rumuńską randkę.

Na koniec mamy niemiłą przygodę – na parkingu okazuje się, że z jednego z kół naszej Fabii zeszło powietrze. R. dopompowuje, ale wieczorem sytuacja się powtarza – w końcu kończy się na zmianie koła. Cóż, tak będziemy musieli wrócić do domu.

Nasz czas: ok. 4 godz., 3 km, 400 m przewyższenia

Po południu idziemy na tradycyjny posiłek do naszych gospodarzy (mamałyga), a wieczorem pakujemy się, by jak najwcześniej wyruszyć w drogę powrotną do naszego kochanego Tymusia!

Przychodzą do nas koniki (...i kózki).

Przychodzą do nas koniki (…i kózki).

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Tradycyjny posiłek u Dogariów.

Tradycyjny posiłek u Dogariów.

20.07.2008, niedziela

Upał, dopiero w Polsce trochę chmur i przelotny deszczyk.

Powrót do domu: 3:10-0:20, ponad 21 godz., ponad 1200 km. O rety…

Sambata-Sybin

Koszmarny odcinek: jest ciemno, spory ruch, te okropne roboty drogowe, kot wpadający pod koła i mgła miejscami ograniczając widoczność do zera.

Sybin-Oradea

Jedziemy dość sprawnie, z jedną przerwą w McD na kawę w Klużu. Ruch umiarkowany. Z łezką w oku żegnamy się z rumuńskimi klimatami – pięknymi widokami, babuszkami przy drodze itp. Robimy zdjęcie romskim pałacom w Huedin.

Postój w Oradei: 9:30-10:45

Robimy szybki, 40-minutowy sprint po zabytkowym centrum. Secesyjna zabudowa (XVIII/XIX) robi naprawdę duże wrażenie, niektóre kamienice zadziwiają finezją zdobień. Na starówce naprawdę jest ładnie. Zabytkowe budynki stopniowo są odnawiane i odzyskują dawny blask.

Oglądamy synagogę reformowaną (XIX), kamienicę Czarny Orzeł z pięknym pasażem handlowym, bibliotekę i pałac biskupów grekokatolickich (pocz. XX), cerkiew z księżycem i złoto-czarną kulą pokazującą fazy księżyca (XVIII), pomnik Michała Walecznego, Kościół Św. Władysława (XVIII), ratusz oraz ulicę Republicii z secesyjnymi kamieniczkami i dwiema urokliwymi fontannami.

Oradea znad Szybkiego Kereszu.

Oradea znad Szybkiego Kereszu.

Secesyjne kamieniczki z okresu Habsburgów.

Secesyjne kamieniczki z okresu Habsburgów.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Pomnik Michała Walecznego i kościół Św. Władysława (XVIII w).

Pomnik Michała Walecznego i kościół Św. Władysława (XVIII w).

Biblioteka (1905 r.).

Biblioteka (1905 r.).

Biblioteka i Pałac Biskupów grekokatolickich (1904).

Biblioteka i Pałac Biskupów grekokatolickich (1904).

Ratusz.

Ratusz.

Szybki Keresz - most.

Szybki Keresz – most.

Teatr Państwowy (XIX w, neoklasycystyczny).

Teatr Państwowy (XIX w, neoklasycystyczny).

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Usprawiedliwiając się pośpiechem, hańbimy się szybkim zestawem w McD i dalej w drogę.

Przez Węgry

Na stacji płacimy za autostrady, więc (po początkowym krótkim błądzeniu;-)) mamy komfortowy odcinek drogi. Potem obszary zabudowane, ale węgierscy kierowcy są bardzo uprzejmi i jedzie się dobrze. W ramach wspomnień czytamy sobie przewodnik.

Przez Słowację

Jest stosunkowo pusto, przejeżdżamy bez problemów. Przypominamy sobie po kolei to, co obejrzeliśmy w Rumunii.

Barwinek-Kraczkowa

Drogi zapełniają się turystami wracającymi do Polski. W jednym miejscu z powodu wypadku musimy sporo postać.

18:00-19:00 – sjesta u Rodziców R.

Bierzemy prysznic (co za orzeźwienie w tym upale, my przecież bez klimatyzacji), zjadamy pyszną kolację i czym prędzej dalej.

Kraczkowa-Rakówiec

Jedzie się kiepsko: zmrok, a potem noc, i – co gorsza – dużo wariatów na drodze, siedzących na ogonie i wyprzedzających. Na szczęście humory nam dopisują. Raz zatrzymujemy się na kawę. Najbardziej dłuży nam się ostatnie 20 km. Siłą staramy się nie zasnąć.

Po północy mamy najpiękniejszy widok na świecie: naszego śpiącego synka. Wydaje nam się taki duży! Dobrze tak wyjechać we dwoje, żeby docenić to, co się ma. Rega mało nie wariuje ze szczęścia.

 

Na koniec jeszcze kilka impresji – rumuńskich ,,smaczków” zebranych głównie podczas przejazdów przez rumuńskie miejscowości, a które na długo zapadną w naszą pamięć

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu. Drum bun - szerokiej drogi!

Rumunia z samochodu. Drum bun – szerokiej drogi!

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Transylwański Chrystus.

Transylwański Chrystus – przy drogach były dziesiątki takich.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Pałace w Huedin.

Pałace w Huedin.

Rumunia, część I

11.07.2008, piątek

Upalna, słoneczna pogoda

Mimo całej radości z planowanego wyjazdu, rozstanie z dzieckiem jest zawsze trudne. Odwieźliśmy Tymusia Dziadkom na działkę i żegnaliśmy się z nim z łezką w oku. Ach, ten nasz Skarb, pytał „A kiedy Tymuś pojedzie do swojej Rumunii?”. Myśleliśmy o nim przez cały dzień.

W pierwszy etap podróży, do Kazimierza Dolnego, wyruszamy po wczesnym obiedzie tuż po 12.00. Jest zwykły dzień, więc na drogach dość duży ruch i sporo tirów. Cały czas nie możemy uwierzyć w realność naszej randki. Jeszcze nie zdjęliśmy z siebie roli rodzica małego dziecka – cały czas mamy poczucie, że trzeba być w pogotowiu. Dopiero po postoju w Kazimierzu nieco się wyluzowujemy.

Spacer po Kazimierzu (14.15-15.50) jest bajkowy. Teraz naprawdę doceniamy urok przepięknego położenia nad Wisłą i urodę urokliwego otoczenia Rynku. Zaczynamy od spaceru na Górę Trzech Krzyży. To bardzo dobry pomysł, jak zaczęcie od spisu treści, bo wszystko widać stąd jak na dłoni. Potem przemieszczamy się do ruin zamku, będących świetnym, romantycznym punktem widokowym; wchodzimy na basztę, przepuszczając kolejne grupy wycieczek. Spacer kończymy na Rynku, ciesząc oczy widokiem na kościół, studnię, kamieniczki Przybyłowskie (niestety, jedna w remoncie); potem spoglądamy na kamienicę Gdańską i Cejrowską. Siadamy chwilę na rynku, jemy lody, nareszcie czujemy się randkowo. Jak przystało na turystów odwiedzających Kazimierz, w drodze powrotnej kupujemy dwa chlebowe koguty.

W drugiej i ostatniej planowanej na dziś porcji jazdy (Kazimierz-Kraczkowa, 15.50-18.55) bardzo męczy nas upał – nasza Fabia jest dzielna, ale – niestety – bez klimatyzacji. Mimo to jest miło. Przypominamy sobie piesze przejście polskiego wybrzeża z czasów studenckich, słuchamy muzyki.

Na koniec robimy ostatnie zakupy w supermarkecie, no i wygłodniali i zmęczeni lądujemy u Rodziców R., gdzie wspaniale regenerujemy się przed jutrzejszą wyprawą.

Widok z Góry Trzech Krzyży.

Widok z Góry Trzech Krzyży.

Widok z Góry Trzech Krzyży.

Widok z Góry Trzech Krzyży.

Widok z baszty na Wisłę.

Widok z baszty na Wisłę.

Widok z baszty na Wisłę.

Widok z baszty na Wisłę.

Rynek w Kazimierzu.

Rynek w Kazimierzu.

Kamienica Przybyłowska.

Kamienica Przybyłowska.

Kazimierz.

Kazimierz Dolny.

12.07.2008, sobota

Czyste niebo i samo słońce, do 35 stopni

To najbardziej szalona z naszych dotychczasowych rocznic: Kraczkowa – Barwinek (PL/SK) – Preszów – Koszyce – SK/H – Miszkolc – Debreczyn – H/RO – Oradea – Cluj Napoca – Alba Iulia – Sibiu – Sambata; 4.50-22.20, ale po kolei.

Polski odcinek drogi, nieco ponad 100 km, przejechaliśmy sprawnie, choć trzeba przyznać, że droga jest wąska i kręta (za to bardzo malownicza… jak się nie ma, co się lubi…) – naprawdę warto wcześnie wyjechać.

Ok. 30 km za granicą polsko-słowacką zatrzymujemy się na poboczu drogi na pierwszy postój. Chwila przerwy działa cuda, temperatura jest jeszcze znośna. Ruszamy dalej. Im bliżej Węgier, tym więcej samochodów, głównie Polaków i Słowaków jadących na wakacje do Chorwacji.

Kolejny postój na granicy słowacko-węgierskiej. Wbrew oczekiwaniom, nie ma tu dosłownie nic, nie możemy kupić nawet winiety… Przejazd przez Węgry się dłuży. Patrzymy zza okna na pola słoneczników i kukurydzy, mokrzy od upału. Do tego nie udaje nam się znaleźć nic sensownego na postój – w końcu zatrzymujemy się na chwilę na stacji benzynowej.

Wreszcie przekraczamy granicę z Rumunią. Wbrew oczekiwaniom, zaskakuje nas zupełnie niezły stan głównych dróg. Porządne jednopasmówki, w zasadzie bez dziur. Droga wiedzie przez pagórkowaty teren i jest bardzo kręta, więc nasza prędkość nie jest zawrotna. Adrenaliny dostarczają głównie rumuńscy kierowcy, którzy jeżdżą naprawdę szaleńczo – wyprzedzają po prawej stronie, przejeżdżają na czerwonym na ruchu wahadłowym – przy nich polscy kierowcy to niemal flegmatycy. Widoki za to mamy przepiękne. Górzysty teren i schludne (sic) wsie i miasteczka z budynkami o jednolitej dachówce. Od czasu do czasu cerkwie. Stosunkowo często spotyka się furmanki. Zwracamy uwagę na naprawdę często urządzone przy drodze miejsca postojowe – to, czego u nas bardzo brakuje.

Z uwagi na jakość dróg i spory dystans do pokonania, pierwszy turystyczny postój urządzamy dziś dość późno (17.30-19.30), dojeżdżamy aż do Alby Iulii. Tu wysiadamy, by spokojnie obejrzeć cały kompleks pozostały po XVIII-w twierdzy z dwiema liniami murów. Zadziwia nas schludne utrzymanie całego terenu i kaliber napotkanych zabytków. Oglądamy wszystkie trzy bramy wiodące do twierdzy (II, III i VI), imponującą romańską (!) katedrę św. Michała (z przepięknym portalem), Pałac Książęcy i Biskupi, Muzeum Zjednoczenia, Cerkiew Sobór Koronacyjny (zbudowany, by przyćmić wszystko dookoła, a zwłaszcza katolicką katedrę; trzeba przyznać, że naprawdę robi wrażenie), pomnik Michała Walecznego.

Naszą rocznicę świętujemy w nastrojowym Pubie 13 nad fosą twierdzy. Lokal serwuje fantastyczne włoskie jedzenie, jak wiele – jak się potem okazało – knajp w Rumunii – w końcu Rumuni czują się spadkobiercami jednego z rzymskich plemion. Jedząc pyszną makaronową kolację stwierdzamy, że coś musi być na rzeczy. Oglądamy plac zabaw dla dzieci, pomysłowo urządzony w fosie twierdzy. Najmłodsi, o czym się potem wielokrotnie przekonujemy, są mile widziani w tym kraju.

Ostatnią porcję przejeżdżamy resztką sił. Od Sybina za oknem noc, a do tego co chwilę ruch wahadłowy – nasza droga jest akurat w trakcie remontu.

Wreszcie dojeżdżamy do Kompleksu Turystycznego Sambata, gdzie zarezerwowaliśmy wcześniej pokój. Wyjeżdża po nad młody, sympatyczny gospodarz, pan Adrian, nieźle mówiący po angielsku. Pokój jest czysty, ale dość drogi, wziąwszy pod uwagę brak jakichkolwiek mebli poza łóżkiem. Rozpakowujemy się do praktycznych podwieszanych półek, które zawsze wozimy ze sobą. Na szczęście poranny widok na Fogarasze, rozciągający się z okien, rekompensuje wszelkie niewygody.

Na Słowacji...

Na Słowacji…

Na granicy Słowacja-Węgry.

Na granicy Słowacja-Węgry.

Alba Iulia - Brama I, XVIII w.

Alba Iulia – Brama I, XVIII w.

Pomnik Michała Walecznego.

Pomnik Michała Walecznego.

Muzeum Zjednoczenia, poł. XIX w.

Muzeum Zjednoczenia, poł. XIX w.

Sobór Koronacyjny z lat 20. XX w.

Sobór Koronacyjny z lat 20. XX w.

Sobór koronacyjny.

Sobór koronacyjny.

Alba Iulia - Brama VI, XVIII w.

Alba Iulia – Brama VI, XVIII w.

Katedra Św. Michała z XIII w.

Katedra Św. Michała z XIII w.

Portal w Katedrze Św. Michała.

Portal w Katedrze Św. Michała.

Wnętrze Katedry.

Wnętrze Katedry.

13.07.2008, niedziela

Upał, w górach lekki wiaterek

Widok rozciągający się przed naszym oknem i bezchmurne niebo skłaniają nas do rozpoczęcia naszej rumuńskiej przygody od wycieczki w góry.

Na pierwszy ogień bierzemy Cabanę Balea Cascada – ciągnie nas dojazd słynną szosą transfogaraską. Jedziemy przez Victorię, po drodze robimy zdjęcie furmanki i powszechnego tu przydrożnego słupa „Drum Bun” (szerokiej drogi). Ze zdumieniem spostrzegamy, że poza miastem niemal całe pobocze jest usłane biwakującymi grupkami ludzi – rozłożonych całymi rodzinami z grillem, namiotami, odtwarzaczami muzyki, leżakami. Niesamowite. Jest niedziela, świeci słońce, kto może, cieszy się życiem tak po prostu.

Jadąc szosą transfogaraską, zadziwiamy się skalą ingerencji w naturę i śmiałym poprowadzeniem drogi. Tę górską trasę pokonujemy w wielkim korku – przed nami i za nami tłum samochodów. Potem dziwimy się jeszcze bardziej.

Zostawiamy samochód i znajdujemy dolną stację kolejki linowej wwożącej turystów na górne piętro doliny. Chętnych niewiele, bilety kupujemy wprost u motorniczego. Wagonik – podobny do tego kursującego do niedana na Kasprowy Wierch – jest „ozdobiony” wielkim biało-czerwonym logiem Coca-Coli.

Wysiadamy na górnej stacji kolejki i przecieramy oczy ze zdumienia: na wysokości 2000 m zrobiono Krupówki: mnóstwo samochodów, tłum ludzi, muzyka, rozrywki typu zjeżdżanie z liny; wokół Stasiukowska „rozpierducha”. Największe wrażenie robi jednak szosa transfogaraska widziana z góry – nie wiemy, czy śmiać się, czy płakać – z jednej strony to świetna robota inżynieryjna, z drugiej skala zniszczenia Doliny Balea woła o pomstę do nieba.

Zahaczamy o schronisko Balea Lac – jest naprawdę ładne, przepięknie położone. W środku obsługa kelnerska jak w niektórych tatrzańskich schroniskach na Słowacji.

Spod Balea Lac planujemy – w ramach aklimatyzacji – podejść 400 m na wierzchołek Vrf. Paltinului. Szybko okazuje się, że profesjonalni podróżnicy zapomnieli mapy, w wyniku czego błądzimy z 40 min w poszukiwaniu wyjścia szlaku. Na nasze usprawiedliwienie można tylko dodać, że oznaczenia były naprawdę kiepskie – turyści piesi nie przynoszą dochodu… Turystyka górska jest zresztą chyba w Rumunii mało popularna – na szlaku położonym nieopodal zatłoczonych okolic Balea Lac nie ma prawie żywej duszy.

Na Vf. Paltinului prowadzi bardzo wygodny szlak w postaci długiego trawersu. Jednak dziś aklimatyzacja daje nam się we znaki – wchodzimy wolniej niż w podanym w przewodniku czasie. Na sam wierzchołek dochodzimy od drugiej strony, graniowym szlakiem, i lokujemy się w sympatycznym grajdołku. Widoki zapierają dech w piersiach. Zadziwia kontrast między totalnie zawładniętą przez człowieka Doliną Balea i dziką Doliną Doamnei. Po chwili okazuje się, że atrakcji jest tu jeszcze więcej. Kątem oka w sąsiednim grajdołku dostrzegamy parę podczas namiętnej sceny erotycznej. Jest ostro, niestety w końcu, spłoszeni, zauważają nas, więc z kina nici:-(

Schodzimy Doliną Doamnei. Początek całkiem wygodny, ale potem na własnej skórze doświadczamy różnicy między jakością wytyczonych szlaków u nas i w Rumunii. Piesza turystyka górska najwyraźniej nie cieszy się tu popularnością, co znajduje wyraźne odzwierciedlenie w stopniu przedeptania szlaków. Nasza ścieżka ginie, idziemy na nosa, wynajdując w miarę dogodne przejścia wśród bujnych traw. Ta dzikość ma swój niewątpliwy urok, ale męczymy się szybko. Dopiero ostatni odcinek drogi – obejście grzbietu Balea – przypomina nasze szlaki. Widoki są za to niezapomniane. Górskie łąki wciąż pełnią funkcję hal pasterskich, co widać na każdym kroku. Spotykamy dwa stada owiec z pasterzami, widzimy prowizoryczne szałasy z folii, zagrodę ze świniami; na ścieżce mijają nas trzy objuczone osiołki (jeden odgryza sztuczny kwiatek z plecaka M.), prowadzone przez ok. dziesięcioletniego chłopca. Raz solidnego stracha napędzają nam goniące za nami pasterskie psy. Przez całe zejście mijamy się z czworgiem miłych… Polaków. Mimo wakacyjnej niedzieli nie spotykamy żadnego turysty z Rumunii – to mówi samo za siebie.

Kolację jemy w Cabana Balea Cascada – niby schronisko, a klimat restauracji, z obsługą kelnerską. Menu tylko po rumuńsku. Udaje nam się zamówić mamałygę z bryndzą i śmietaną (niezłe!). Sałatka o zagadkowej nazwie okazuje się pomidorami z kapustą. Po takim dniu apetyty nam dopisują.

Nasz czas: 12.00-19.00, ↑400 m, ↓ 1400 m, ok. 15 km

Widoki z kolejki na Dolinę Balea.

Widoki z kolejki na Dolinę Balea.

Widoki na szosę transfogaraską.

Widoki na szosę transfogaraską.

Rezerwat (nie)ścisły.

Rezerwat (nie)ścisły.

Nad Balea Lac...

Nad Balea Lac…

Cabana Paltinu.

Cabana Paltinu.

Na Vf. Palitinului.

Na Vf. Palitinului.

Na szczycie Vf. Palitinului (2399).

Na szczycie Vf. Palitinului (2399).

Na szczycie Vf. Palitinului (2399).

Na szczycie Vf. Palitinului (2399).

Widok na Dolinę Doamnei.

Widok na Dolinę Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

Zejście Doliną Doamnei.

14.07.2008, poniedziałek

Rano prawdziwy żar z nieba, potem parno i przelotne deszcze

Postanawiamy skorzystać z pięknej pogody i udać się na kolejną wycieczkę w piękne Karpaty Południowe.

Podjeżdżamy samochodem do schroniska Piscul Negru. Trasa dojazdu znów wiedzie szosą transfogaraską – dziś jedziemy nią jeszcze dalej niż wczoraj, w najwyższym punkcie przejeżdżamy przez tunel w górach. I znów przejazd dostarcza niezapomnianych przeżyć – bez wartościowania. Kilkadziesiąt kilometrów skrętów po 180o nad przepaściami. Aż w głowie się kręci. W dalszym ciągu nie możemy się nadziwić, jak można było wybudować tak śmiało poprowadzoną drogę. Niedoszacowujemy czasu. Cały dojazd zajmuje nam dwie godziny.

Od Piscul Negru ruszamy szlakiem w kierunku Refugiu Caltun. Szlak wiedzie Doliną Paltinu. Swoim charakterem przypomina nam nasze zachodniotatrzańskie szlaki, tylko jest po wielokroć mniej uczęszczany – jesteśmy zaskoczeni tym, że Rumuni prawie w ogóle nie chodzą po górach! Rumuńskich turystów spotykamy tylko na początku szlaku, urządzających sobie – a jakże – biwaki. W tych stronach to chyba jeden z ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Wyżej w górach często za to spotykamy… Polaków. Dziś znów minęliśmy dwie polskojęzyczne grupy.

Szlak ma charakter naturalnej, nieulepszonej ścieżki. To urokliwe, lecz dość męczące, przy tym zdajemy sobie sprawę, że wybierając się na górską wycieczkę w rumuńskie góry, trzeba dysponować sporym zapasem czasu – bardzo często szlak jest ledwo widoczny i łatwo zmylić drogę. Szkoda, że dziś wyruszyliśmy tak późno. Idziemy najpierw przez las, potem przez polany i duszną, gęstą kosówkę. Znów spotykamy pasterza z objuczonymi osłami. Jest duszno, przekraczając strumyk decydujemy się usiąść na chwilę odpoczynku.

Wyżej pogoda zmienia się nie do poznania. Zaczyna wiać silny wiatr, na niebo napływają chmury. Cieszy nas widok refugiu. Spotykamy w nim miłą grupę rumuńskich turystów. Zaczyna padać, więc chwilę czekamy, próbując zdecydować, co dalej. Zmiana pogody i stosunkowo późna pora zmuszają nas do rezygnacji z planów zdobycia Negoiu, decydujemy skrócić wycieczkę i przejść przez Strunga Doamnei.

Tymczasem nasze plany krzyżują się raz jeszcze. Na drodze z Refugiu Caltun do Stawu Caltun spotykamy pracowników Salvamontu, którzy straszą nas, że nadciąga wielka burza i de facto zmuszają nas do powrotu tą samą drogą. Co ciekawe, na podstawie samych naszych górskich planów zgadują, że musimy być Polakami:-) Wracając, myślimy o ogromnej różnicy w natężeniu turystyki górskiej i w stopniu reglamentowania ruchu turystycznego w Rumunii i w Polsce. W Rumunii widać panuje przekonanie, że po wyższych partiach gór się po prostu nie chodzi, a służby górskie, spotkawszy na drodze grupy turystów podczas niepewnej pogody, bez dyskusji zawracają ich z powrotem. Ta różnica bardzo rzuca nam się w oczy, a uważamy się przecież za turystów przezornych i dobrze wyekwipowanych.

Pogoda jest rzeczywiście niepewna, w dodatku schodzimy tą samą trasą, co nie jest naszym ulubionym zwyczajem, więc idziemy stosunkowo szybko. Na dłuższy postój zatrzymujemy się dopiero na dole, w Cabanie Paltinu.

Tu akurat atmosfera nieszczególna. Niemiły kelner i średnio smaczne jedzenie. Bawi nas tylko zamawianie kolejny raz potraw-zagadek po rumuńsku – znów nie ma menu po angielsku, z kelnerem też nie można się dogadać.

W drodze powrotnej chcemy jeszcze zahaczyć samochodem o zamek Drakuli z Poienari. Na mapie okazuje się jednak, że to strasznie daleko. Nie składa się nam jakoś dzisiaj. Wracamy prosto do domu.

Na transfogaraskiej łapie nas przewidywana burza. Dobrze tylko, że po ciemku i w ulewie nie widać ekspozycji zakrętów. Wrażeń dopełniają za to duże stada owiec, które kilkakrotnie przekraczają drogę. Tak, będziemy mieli wspomnienia jedyne w swoim rodzaju.

Nasza trasa: ↕1100 m różnicy wzniesień.

Szosą transfogaraską.

Szosą transfogaraską.

Doliną Paltinu.

Doliną Paltinu.

Doliną Paltinu.

Doliną Paltinu.

Doliną Paltinu.

Doliną Paltinu.

Refugiu Caltun.

Refugiu Caltun.

Staw Caltun z góry.

Staw Caltun z góry.

Transfogaraska wieczorem...

Transfogaraska wieczorem…

Transfogaraska wieczorem...

Transfogaraska wieczorem…

15.07.2008, wtorek

Burze i ulewy, rozchmurza się dopiero po południu, 17 stopni

Dzisiejsza pogoda zupełnie nie nadaje się na wycieczkę w góry. Nie martwimy się jednak tym specjalnie – wszak nie tylko dla gór przyjechaliśmy do Rumunii. Przeznaczamy dzień w całości na zwiedzanie.

W pierwszej kolejności kierujemy się na Bran. Jedziemy bocznymi drogami przez wsie i góry – jest miło, prawdziwie i spokojnie. Zauważamy, że wszystkie mijane miejscowości są do siebie bardzo podobne. Takie same domy z taką samą czerwoną dachówką stoją równo przy ulicy. Za oknami nie widać bogactwa, ale jest za to czysto i schludnie.

Sam Bran nie ma już tego prowincjonalnego uroku. To typowo turystyczna miejscowość, żyjąca sławą znanego średniowiecznego Zamku Drakuli. Co to znaczy odpowiednia nazwa… Okolice zamku wypełniają kramy i rzesze turystów. Nie mamy ochoty na zwiedzanie w tłumie i oglądamy zamek jedynie z zewnątrz. Jest malowniczo położony na skale. Uciekamy do samochodu, bo kolejna burza tuż tuż.

Następnym punktem programu miało być zwiedzanie imponującego XIII-wiecznego chłopskiego zamku w Rasznowie. Plany krzyżuje nam jednak ulewa, dosłownie oberwanie chmury. Gdy okazuje się, że nie ma możliwości podjechania samochodem pod sam zamek, zadowalamy się zrobieniem zdjęcia z oddali i ruszamy dalej.

W Braszowie pada dalej, tym razem dla odmiany grad. Wchodzimy więc na chwilę do supermarketu – i tak musieliśmy kiedyś wstąpić na uzupełniające zakupy – z nadzieją, że lada chwila przestanie padać. Nic z tego. Po wyjściu ze sklepu pada, jak padało. Dalej więc gramy na zwłokę, tym razem zaszywając się w przyjemnej włoskiej knajpce na obiad. Jest całkiem miło, a jedzenie bardzo smaczne. Bierzemy menu dnia, czyli pizzę Drakula i Pastę Transilvania, a do tego dużo pomidorów i sałaty, sok i espresso. Wszystko za 60 lei z napiwkiem…

Przez cały obiad zaklinamy deszcz i co się okazuje? – gdy wychodzimy, już nie pada, więc na spokojnie możemy zacząć zwiedzanie.

Zabytki Braszowa robią na nas ogromne wrażenie. Całe miasto jest naprawdę imponujące, zabytkowego centrum nie zalewa komercja. Oglądamy okolicę rynku: XV-wieczny ratusz, ukrytą za kamienicą b. ładną cerkiew zaśnięcia NMP – kopię Kościoła Greckiego z Wiednia, Dom Hirschera z „sukiennicami”. Potem kierujemy się pod majestatyczny, ogromny Czarny Kościół (XIV) i zaglądamy na słynną szeroką na 1 metr Ulicę Sforii (Powrozów,. Potem idziemy do dawnej dzielnicy rumuńskiej (Schei; w samym centrum mieszkali niegdyś osadnicy niemieccy – Sasi), gdzie oglądamy Piata Unirii, cerkiew Św. Mikołaja i muzeum pierwszej szkoły rumuńskiej. Spacer kończymy obejrzeniem imponujących dawnych fortyfikacji, zachowanych w doskonałym stanie (Brama Schei i Katarzyny, Bastiony: Tkaczy, Kowali i Graft oraz Czarną i Białą Wieżę). Wspaniałe miejsce. Zwiedzając Braszów, czujemy się jak w bajce.

Droga powrotna mija nam już bez meteorologicznych niespodzianek, męczą tylko remonty na trasie Braszów-Sybin, a szaleńcza jazda rumuńskich kierowców wymaga wzmożonej uwagi na drodze.

Zatrzymujemy się na chwilę w Fagaraszu, robimy zdjęcie doskonale zachowanemu XIV-wiecznemu zamkowi. Po drodze jeszcze tankujemy – rumuńskie paliwo jest świetne, o 10-15% tańsze niż u nas, a przy tym chyba bardziej ,,kaloryczne” – nasza Fabia mniej paliła mimo górskich warunków jazdy i ,,chodziła” wyraźnie lepiej.

Wieczorem chcemy się napić wina, ale okazuje się, że nie mamy korkociągu. Pukamy więc do gospodarzy i zapraszamy ich do siebie. Chwilę miło z nimi rozmawiamy. To sympatyczne młode małżeństwo, okazuje się, że mają córeczkę w wieku zbliżonym do naszego Tymka – jednak nic tak nie łączy, jak dzieci!

Zamek 'Drakuli' w Branie, XIV w.

Zamek ‚Drakuli’ w Branie, XIV w.

Warowny średniow. zamek chłopski, Rasnov.

Warowny średniow. zamek chłopski, Rasnov.

Trzeba coś zjeść...

Trzeba coś zjeść…

Ratusz, XV-XVI w., Braszów.

Ratusz, XV-XVI w., Braszów.

Braszowski rynek.

Braszowski rynek.

Cerkiew zaśnięcia NMP, XIX w.

Cerkiew zaśnięcia NMP, XIX w.

Czarny Kościół, XIV w.

Czarny Kościół, XIV w.

Czarny Kościół, XIV w.

Czarny Kościół, XIV w.

Ulica Sforii (Powrozów).

Ulica Sforii (Powrozów).

Cerkiew Św. Mikołaja, XVI w.

Cerkiew Św. Mikołaja, XVI w.

Pierwsza szkoła rumuńska, XVI w.

Pierwsza szkoła rumuńska, XVI w.

Bastion Kowali, XVI w.

Bastion Kowali, XVI w.

Uliczka wzdłuż murów miejskich.

Uliczka wzdłuż murów miejskich.

Biała Wieża, XV w.

Biała Wieża, XV w.

Fogarasz - średniowieczny zamek warowny, XIV w.

Fogarasz – średniowieczny zamek warowny, XIV w.

Rumunia, 2008.07

Wszystko już było załatwione i zarezerwowane, a wciąż planowany wyjazd wydawał nam się bardziej snem niż rzeczywistością. Zaczęło się od pewnego lutowego, deszczowego dnia, w którym kupiliśmy przewodnik po Rumunii i uznaliśmy, że po prostu musimy tam pojechać. Potem narodziły się konkretne plany tygodniowego wyjazdu we dwoje (!) z okazji naszej piątej rocznicy ślubu – Babcia zgodziła się w ramach prezentu zostać przez ten czas z Tymusiem. Potem zarezerwowaliśmy lokum i wreszcie zaczął się kilkumiesięczny szał przygotowań – czytanie, szperanie, studiowanie map, planowanie – czyli to, co w wyjazdach lubimy najbardziej. Wyprawa do Rumunii nabierała całkiem realnych kształtów. W końcu nadszedł dzień wyjazdu, w którym ruszyliśmy na wyjątkową randkę! Rumunia i Rumuni często zupełnie niesłusznie kojarzą się w Polsce zdecydowanie negatywnie. Również my, mówiąc o planowanych wakacjach w Rumunii, słyszeliśmy przestrogi, że nas okradną, oszukają, będziemy spać w spartańskich warunkach. Oczywiście opinie takie wygłaszali tylko ci, którzy nigdy w tym kraju nie byli. Rumunia okazała się dla nas krajem bezpiecznym, nieplastikowym, prawdziwym; o pięknej, dzikiej przyrodzie, bogatym we wspaniałe zabytki i zamieszkałym przez gościnnych ludzi, doceniających uroki życia.

 

Zejście Doliną Doamnei.

Rumunia, cześć I

 

Warowny 'biały kościół' w Viscri (średniowieczny).

Rumunia, część II