Ośrodek narciarski Dachstein West

Narty w ośrodku Dachstein West

W skład ośrodka Dachstein West (szczegóły tutaj) wchodzą trzy rejony narciarskie: Gosau, Russbach i Annaberg. Dziś odwiedzamy pierwszy z nich z najdłuższą niebieską trasą – rodzinna nartostrada ma aż 4 km długości i pokonuje na tym dystansie 800 m różnicy wzniesień.

W Dachstein West narciarze mają do dyspozycji łącznie 75 km oznakowanych tras na wysokości od ok. 700 do 1600 m n.p.m. Ośrodek oferuje trasy o różnych stopniach trudności, jednak najwięcej możliwości wyboru będą mieli narciarze średniozaawansowani. Dla nas równie ważne jak warunki narciarskie są jednak walory widokowe, a tego ośrodkowi Dachstein zdecydowanie odmówić nie można. Piękne wysokogórskie otoczenie pasma Tennengebirge, podobnego wysokością do naszych Tatr, i szerokie widoki na masyw Dachstein to zdecydowanie jeden z powodów do odwiedzenia Dachstein West. Szkoda, że trasy nie są wieczorem oświetlane – tryb dzienna wycieczka + wieczorne szusowanie zdecydowanie najbardziej by nam odpowiadał.

30 grudnia 2017, sobota

Ranek ładny i mroźny, z widokami; po południu opady mokrego śniegu

Przyjeżdżamy rano po śniadaniu i od razu kierujemy się do największej gondoli – Panorama Jet Zwieselalm. Trasa zjazdowa jest długa i widokowa, i  – co najważniejsze – stosunkowo łatwa, czyli dostępna dla naszego najmłodszego narciarza – Sebusia.

Ośrodek narciarski Dachstein West

W panoramie wyróżnia się Donnerkogel i inne szczyty Salzburskich Dolomitów.

Jedziemy w górę najdłuższą gondolą Panorama Jet Zwieselalm.

Górna stacja na wysokości 1620 m.

Zakładamy narty i ruszamy – przed nami 4 km zjazdu!

Górny odcinek trasy jest wyjątkowo piękny widokowo.

To idealna trasa na rodzinne szusowanie.

Trzymamy się niebieskiej trasy oznaczonej numerem 9.

Piękna sceneria Salzburskich Dolomitów

Grześ, niestety, jeszcze nie jeździ na nartach, więc – chcąc nie chcąc – musimy  się rozdzielić. R. zostaje z nim na dole, wydeptując śniegowe ścieżki i zajmując się temu podobnymi porywającymi rzeczami, a M. ze starszymi chłopcami wskakują w narty i na górę! Tymo śmiga już sam we własnym tempie, więc macha do nas i zjeżdża na dół, a M. z Sebusiem wolniutko suną na dół. Niebieska trasa niebieską trasą, ale długość zjazdu (4 km!), wysokogórskie otoczenie i przewyższenie do pokonania (800 m) dostarczają naszemu zuchowi sporej dawki adrenaliny. Jesteśmy bardzo dumni z Sebusia, że tak sobie dobrze poradził na prawdziwej alpejskiej trasie! Przez półtorej godziny M. i S. udaje się zjechać z góry raz (potem M. wyskakuje jeszcze raz na samotny szybki przejazd), Tymo w tym czasie zalicza trzy rundki.

W czasie. gdy reszta jeździ na nartach, R. zajmuje się bardziej przyziemnymi rzeczami.

Grześ jest bardzo zadowolony, R. pewnie mniej…

Czasami zdarzają się większe atrakcje – Grześ zaraz pojedzie na wyciągu taśmowym!

Czasem mniejsze… Tym razem Grześ z R. myszkuję w okolicach trasy narciarstwa biegowego.

Chłopakom udało się za to ulepić TAKIEGO WIELKIEGO bałwana!

No dobra, tak naprawdę był taki duży:)

Po szybkim obiedzie w domu (budżetowo pichcimy sobie sami) zmiana zespołów i zadań. Tym razem M. z Sebusiem i śpiącym Grześkiem zostają w domu, a R. z Tymem wybierają się na narty. Pierwotnie chcą jechać gondolą Panorama Jet Zwieselalm, ale pechowo akurat ma awarię zasilania, podjeżdżają więc samochodem na obok położone wyciągi krzesełkowe Hornspitz-Express I oraz II (łącznie niecałe 700 m przewyższenia, ponad 3 km trasy). Trasa przyjemna, czerwona średniozaawansowana, niestety po południu miejscami jest już mocno zmuldzona. Warunki  jazdy utrudnia też padający coraz mocniej mokry śnieg. Mimo to popołudniowy wyjazd na narty chłopaki zaliczają do bardzo udanych – przez cały dzień Tymo przejechał ponad 20 km na nartach!

Popołudniowe narty na trasie Hornspitz-Express

Najprzyjemniejszy jest ostatni zjazd przy zapadającym zmroku.

Trasa zaczyna się z Gosau.

Pod nogami mgły nam płyną jak rzeka.

Na takie chwile warto czekać!

W drodze powrotnej chłopaki zatrzymują się jeszcze na szybkie zakupy uzupełniające w Gosau.

Wieczorem czeka na nas jeszcze jedna atrakcja – psuje nam się światło w łazience. I lampa, i żarówka zdecydowanie mają już swoje lata, więc naprawa idzie opornie. Zawsze to jednak okazja do pointegrowania się z naszą gospodynią (i jej synem😊)

Salzburg, twierdza Hohensalzburg

Twierdza Hohensalzburg

Jak głosi legenda, w VII w. św. Rupert, uznawany za założyciela miasta, miał uderzyć laską pasterską w salzburskie skały i spowodować wypłynięcie z nich słonej wody, w ten sposób odkrywając bogate złoża solne. Salzburg – miasto soli, pięknie położone na przełomie uroczej alpejskiej rzeki Salzach, jest głównie znany jako miasto Mozarta. Piękno zabytkowego centrum, z wpisaną na listę UNESCO starówką, wabi tu każdego roku tysiące turystów. To jedno z najpiękniejszych miast, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Dokładniej zwiedzaliśmy je podczas wakacji 2017 r. we dwoje (opis i bogata fotorelacja tutaj – zobaczcie, jaki Salzburg jest piękny latem!), dziś – z dziećmi – ograniczyliśmy się od odwiedzenia twierdzy Hohensalzburg. Robi wrażenie!

28 grudnia 2017, czwartek

Od rana pada śnieg, ok. zera stopni

Zwiedzenie twierdzy to świetny pomysł dla wszystkich, którzy dysponują niewielką ilością czasu na wizytę w Salzburgu – to taki „Salzburg w pigułce” – poza odwiedzeniem bardzo ciekawej warowni będziemy mieli też okazję podziwiania zachwycającej panoramy miasta z kilku punktów widokowych. Szczerze polecamy taki plan wszystkim zwiedzającym Salzburg z dziećmi – najmłodsi zazwyczaj nie gustują w oglądaniu kościołów, a w twierdzy atrakcji będzie co niemiara. Wspaniałym zwieńczeniem rodzinnej wizyty w Salzburgu będzie przechadzka promenadą wzdłuż rzeki Salzach i spacer po pięknych ukwieconych ogrodach Mirabell – no, ale one mają urok głownie w ciepłych porach roku.

Twierdza została zbudowana przez książąt-arcybiskupów na dolomitowym szczycie Góry Mniszej (Mönchsberg). Góruje 120 m nad lustrem rzeki Salzach, a widok z góry na miasto jest naprawdę przepiękny. Budowa zaczęła się w XI w, ale w kolejnych stuleciach warownia była rozbudowywana. Wzmacniano jej walory obronne, jednocześnie przekształcając ją w wygodną rezydencję dla arcybiskupów.

Do zamku można dostać się na dwa sposoby – albo podejść pieszo (ok. kilkunastu minut z placu katedralnego), albo wybrać przejażdżkę kolejką linowo-terenową (bilety obejmują również zwiedzanie zamku, 26 euro – bilet rodzinny). Wybraliśmy tę drugą opcję ze względu na jej większą atrakcyjność dla dzieci i mocno niezachęcającą pogodę.

Na górę można dostać się pieszo lub wjechać kolejką (widoczna z prawej strony).

Dziś wybieramy kolejkę linowo-terenową.

Na górze zadziwia nas rozległość całego założenia – przedmurze zamku tworzy niemal całe małe miasteczko. Najeżony flankami zamek o wybitnie obronnym położeniu prezentuje się naprawdę imponująco. Największe wrażenie wywierają na nas jednak przepiękne widoki na stary Salzburg, wtulony między wzgórza i przecięty zakręcającą tu rzeką Salzach. Z góry doskonale widać mnogość zabytkowych kościołów, a jest ich w Salzburgu naprawdę wiele.

Z góry można podziwiać strategiczne położenie warowni.

Przedmurze przypomina małe miasteczko.

Rozmach całości bardzo nas zaskoczył.

Z prześwitów wygląda kaplica św. Grzegorza.

Widok na górny zamek.

Na wysuniętym fragmencie bastionu znajdziemy fantastyczny taras widokowy.

My podziwiamy raczej groźne osadzenie zamku na skale.

Widoki na Salzburg są naprawdę zachwycające. Na pierwszym planie katedra.

Teraz dobrze widać kościół św. Piotra i kościół franciszkański.

Widok zachwyci nawet młodszych turystów.

Sprawdzamy, czy w zamkowej studni mieszka echo.

Pomnik księcia biskupa Leonharda von Keutschach, XVI w.

Kaplica św. Grzegorza

Zaglądamy do wnętrza kaplicy.

Sądząc po monetach, wiele osób chciało tu wrócić w przyszłości:)

Zamek miał pełnić funkcje i obronne, i rezydencyjne.

Kolejka do muzeum zamkowego. Oj, chyba nie będziemy stali…

Stare armaty nadal wycelowane są w stronę miasta.

Dziś pełnią funkcję głównie pleneru turystycznego.

Szczyt sezonu turystycznego robi swoje – zwiedzamy zamek w tłumie innych turystów. Kolejka do wejścia do Muzeum Zamkowego jest tak długa, że w końcu rezygnujemy, poprzestając tylko na spacerze po warowni. Na pewno warto jednak zwiedzić zamkowe komnaty – szczególnie nam szkoda, że nie udało się zobaczyć Złotej Izby ze słynnym gotyckim (!) piecem kaflowym.

Salzburska twierdza nigdy w swojej 900-letniej historii nie została zdobyta.

Herb Salzburga

Bez problemu dostajemy się za to na ekspozycję marionetek, urządzoną w jednej z zamkowych sal – w Salzburgu odbywały się niegdyś słynne przedstawienia kukiełkowe. Chłopcom bardzo się podobało, mogli też spróbować swoich sił w ożywianiu szmacianych aktorów.

Za zamku mieści się muzeum marionetek.

Można tu oglądać zabytkowe lalki z Teatru Marionetek w Salzburgu.

… i samemu spróbować swoich sił w tym fachu – a proste to nie jest!

Scena powrotu Mozarta do Salzburga

Stanowiska interaktywne – kto uwolni biskupa? Mamy już dwóch chętnych.

Poznajemy tajniki pracy lalkarza.

Dawny plakat zapraszający na przedstawienie marionetkowe.

Po odwiedzeniu zamku obieramy kurs na sprawdzoną podczas naszej poprzedniej wizyty w Salzburgu włoską knajpkę Trattoria Domani niedaleko Kajetanerplatz. Nie jest tu może najtaniej, ale objadamy się jak bąki – nie wiemy, czy podczas tego wyjazdu jeszcze pozwolimy sobie na taką rozpustę😊

Ostatni punkt programu to zakup pysznych czekoladek Mozartkugeln – to nadziewane m.in. nadzieniem pistacjowym czekoladowe kulki z charakterystycznym wizerunkiem Mozarta. Ostatnio zagapiliśmy się i nie kupiliśmy ich w Salzburgu, musieliśmy na nie polować w innych miejscach w Austrii. Receptura czekoladek jest niezmienna od 1890 r. Są naprawdę przepyszne – rozkochają w sobie każdego łasucha😊

Spacer po Salzburgu warto zakończyć przechadzką nad rzeką Salzach

Czekoladki Mozartkugeln – najlepsza pamiątka z Salzburga!

Szczególna pochwała należy się dzisiaj Grzesiowi, bo przeszedł na własnych nóżkach ponad cztery kilometry, w ogóle nie narzekając, i z grubsza nie utrudniał nam oglądania salzburskiej twierdzy. Nie wzięliśmy ze sobą nosidła, bo pierwotny plan zakładał wizytę w podsalzburskim skansenie. Po drodze jednak prószący śnieg zamienił się w siąpiący deszcz, wymuszając zmianę planów. Mamy nadzieję, że na skansen trafi nam się lepsza pogoda 😉.

Z biegiem dnia śniezy coraz bardziej…

Przepraszamy się z łańcuchami…

Wieczorne szaleństwa na śniegu

Jeden już znokautowany w bitwie na śnieżki

Jak widać, trup ściele się gęsto:)

Abtenau – dobre miejsce na rodzinne ferie

Abtenau – rekonesans turystyczny, narciarski i saneczkowy

Abtenau to miejscowość turystyczna przytulona do stóp dolomitowego masywu Kogel. W lecie to dobra baza wypadowa do górskich wycieczek, w zimie ściągają tu głównie narciarze. Na miejscu ośrodek Karkogel oferuje sporą kolejkę gondolową (ok. 400 m przewyższenia) i kilka mniejszych wyciągów, są też trasy narciarstwa biegowego i zimowe szlaki piesze. W promieniu kilkunastu kilometrów znajdziemy też kilka innych ośrodków narciarskich, w tym największy w rejonie Dachstein West. Największą zimową atrakcją Abtenau jest jednak 3-kilometrowa (oświetlona wieczorami) trasa do jazdy na sankach. Frajda dla całej rodziny!

Pierwszy ranek w Abtenau rozpoczynamy późno i – jak to na początku wyjazdu – jacyś tacy jesteśmy ze wszystkim nieogarnięci. Po późnym śniadaniu decydujemy na wycieczkę-rekonesans do Abtenau.

Miejscowość jest bardzo malowniczo położona wśród wapiennych szczytów Tennengebirge, kameralna, bardzo sympatyczna. Największym zabytkiem jest gotycki dwunawowy kościół parafialny św. Błażeja z pocz. XVI w. Zdecydowanie warto tu zajrzeć ze względu na cenne wnętrze i mistyczną atmosferę, pozostającą w jaskrawej opozycji wobec głośnego przemysłu narciarsko-turystycznego widocznego na ulicach. Zwracamy uwagę na piękne gotyckie sklepienie („oscypkowe”, jak to nazwali chłopcy), dwupiętrowy chór, zachowane fragmenty fresków i XVI-wieczne figury św. św. Jerzego i Floriana.

Abtenau to przyjemna miejscowość wypoczynkowa w masywie Tennengebirge.

Jest pięknie położona u stóp szczytów Tennengebirge.

Największym zabytkiem Abtenau jest kościół św. Błażeja z 1500 r.

Już od wyjścia widać elementy gotyckie.

Podziwiamy sklepienie świątyni.

Figura św. Floriana pochodzi z 1518 r.

Niezwykła atmosfera świątyni konstrastuje z turystycznym gwarem miejscowości.

Dwupoziomowy chór, charakterystyczny dla późnego gotyku.

Pięknie zachowane freski

A chłopcy znaleźli prawdziwy skarb. Domek z piernika!

Rekonesans zobowiązuje, więc po spacerze po Abtenau podjeżdżamy pod stację narciarską Karkogel. Mimo szczytu sezonu turystycznego (okres świąteczno-noworoczny) bez problemu znajdujemy miejsca na (bezpłatnym) parkingu,  a kolejek do wyciągów brak. Tak, tu to można sobie pojeździć.

Zbliża się pora drzemki Grześka, więc kończymy wycieczkę i kierujemy się w stronę domu. Na sczęście dziś mamy gotowy, zabrany jeszcze z domu obiad (dziękujemy Babci)! Gołąbki znikają z talerzy w ekspresowym tempie.

Po obiedzie Grześ śpi, a R. ze starszymi chłopcami wskakują do samochodu i ruszają na kolejny rekonesans – tym razem narciarski do ośrodka Karkogel. Trasa niebieska na schemacie okazała się całkiem solidnie na początku nachylona, więc Sebuś zrezygnował i w końcu jeździł sam Tymo.

Karkogel to najbliższy Abtenau ośrodek narciarski

Środek sezonu, a trasy puste – bajka!

Na główną trasę wwozi kolej gondolowo-krzesełkowa.

Jak rekonesans, to rekonesans – tym razem narciarski

Tor saneczkowy, Karkogel

Wieczorem wspólnie idziemy na trasę saneczkową (szczegóły i aktualny cennik tutaj, obowiązek jazdy w kaskach). Grześ na początku jest niepewny, czy w ogóle chce iść na sanki, czy też może nie, ale w końcu jest bardzo zadowolony. Sanki (naprawdę solidne, jedno-lub dwuosobowe) można wypożyczyć na dole przy kasach, potem wjeżdża się gondolką na gorę i ziuuuu na dół! Ale się pędzi! Zwłaszcza na początku trasy jest spore nachylenie, trzeba uważać i zachować kontrolę nad sankami, bo początkowy odcinek trasy jest dość przepaścisty. Dzisiejszy zmrożony śnieg nie ułatwia manewru hamowania. Na prostych odcinkach można jednak poczuć prędkość. Wielka przygoda dla dużych i małych!

Sankostrada widziana z naszego okna

W tle piękny masyw Karkogel

Świetna sankostrada to jedna z największych zimowych atrakcji Abtenau

Piękny widok z góry nocą

Wjechaliśmy na górę, zaraz ruszamy na dół!

Niżej też jest pięknie!

Gotowi do zjazdu!

Piloci ruchu oporu na stanowiskach…

A mój X-wing nie chce ruszyć…

A mój pojazd spisuje się świetnie.

Wiatr we włosach, pęd w oczach, jedziemy!

Największe brawa dla najmłodszego saneczkarza!

Końcowa rampa umożliwia przejazd nad drogą jezdną

My dziś poprzestajemy na jednym zjeździe, tylko Tymo jedzie jeszcze raz sam. W domu szybka kolacja i dzieci do łóżek – i spacer po Abtenau, i narty, i sanki – ale mieliśmy dziś aktywny dzień!

Biohof  Haus Wieser, Wagner, Abtenau – tu mieszkamy

Podczas pobytu w Alpach Salzburskich zatrzymaliśmy się w przysiółku Wagner k. Abtenau. Przysiółek leży na wysokości ok. 870 m i wyraźnie góruje nad okolicą – widok z okien na otaczające Abtenau góry jest przepiękny. Wokół cisza, spokój. Biohof Haus Wieser to duży, trzykondygnacyjny dom o typowej dla regionu architekturze. Zajmujemy najwyższe piętro – mamy kompaktowy, ale przytulny i czysty apartamencik (chłopcy: łóżko piętrowe plus tapczanik, sypialnia dla nas, kuchnia z posiedzeniem). U gospodyni można kupić świeże mleko od krowy i jajka. W lecie przed domem jest dostępny niewielki basen dla gości. Przyjemne miejsce na rodzinne wakacje.

Tu mieszkamy – Abtenau, Biohof Haus Wieser, przysiółek Wagner

Charakterystyczny skręt do naszego domu

Widok z okna jest przepiękny.

Z okolicy możemy podziwiać masyw Tennengebirge w całej okazałości

Tennengebirge to jeden z masywów Alp Salzburskich.

Widoki z przysiółka Wagner są przepiękne.

Widoki z naszej drogi dojazdowej

Piękne tradycyjne domy w przysiółku Wagner

To świetne miejsce na bliższe i dalsze spacery

Kopalnia soli Salzbergwerk w Berchtesgaden

Kopalnia soli Salzbergwerk w Berchtesgaden

Wydobycie w kopalni Salzbergwerk Berchtesgaden trwa nieprzerwanie od 1517 r. Przed wiekami pieniądze ze sprzedaży soli, zwanej często „białym złotem”, stanowiły źródło dochodów dla całego regionu, szczególnie dla kanoników, do których należały te tereny. Od 1880 roku część korytarzy kopalnianych jest udostępniona dla celów masowej turystyki. Trasa w obecnej postaci funkcjonuje od 2007 r. To prawdziwa gratka dla każdego, ale chyba szczególnie dla rodzin z dziećmi, bo zwiedzanie jest dość krótkie i wypełnione atrakcjami.

4 stycznia 2017, czwartek

Cały dzień pada, głównie deszcz, ok. 3 st.

O czym myślimy, słysząc o kopalni soli? O Wieliczce oczywiście (relacja z naszej wycieczki do Wieliczki ze specjalnym programem zwiedzania dla dzieci tutaj). Austriacy i Niemcy pewnie jednak na pierwszym miejscu pomyślą o swoich kopalniach. Tradycje wydobycia soli w Alpach Salzburskich sięgają nawet kilku tysięcy lat wstecz! Na informacje o austriackich kopalniach trafiliśmy przy okazji szukania informacji o Hallstatt. Z żalem stwierdziliśmy, że tamtejsza kopalnia jest w zimie zamknięta dla zwiedzających. Pozostałe dwie – w Hallein i w Altaussee – są otwarte nawet w sezonie zimowym, ale mają skrócone godziny otwarcia. Co gorsza, nie można ich odwiedzać z dziećmi poniżej 4 lat.

Na szczęście przypadkiem natknęliśmy się na informację o równie atrakcyjnej kopalni, Salzbergwerk Berchtesgaden, położonej w Bawarii w Niemczech. To jednak zaledwie 50 minut jazdy od naszej kwatery w austriackim Abtenau, więc wpisujemy kopalnię w plan pobytu, czekając tylko na dzień z najbardziej niesprzyjającą aurą (bo w końcu pod ziemią nie będzie nam to przeszkadzać). Taki „idealny” deszczowy dzień trafił się właśnie dzisiaj.

Zanim wjechaliśmy pod ziemię

Samo zwiedzanie kopalni trwa nieco ponad godzinę, ale razem z przebraniem się w specjalny strój i czasem na zakup pamiątek spędzimy tu zapewne co najmniej dwie godziny, nawet przy zakupie biletu przez Internet na określoną godzinę. My do końca nie wiedzieliśmy, którego dnia i o której godzinie odwiedzimy kopalnię, więc nie kupowaliśmy biletów wcześniej. Udało się to jednak zrobić nawet tego samego dnia. Przy wjeździe na parking specjalny zegar pokazuje godzinę, na którą aktualnie sprzedawane są wejścia. Po dojechaniu na miejsce R. z Tymem szybko biegną po bilety, a M. w tym czasie organizuje w samochodzie przekąskę dla młodszych chłopców. Potem już razem sprawnie idziemy do wejścia, bo zaczyna coraz mocniej padać, a do kopalni z parkingu jest dobrych kilkaset metrów pieszo.

Idziemy do kopalni soli w Berchtesgaden (Salzbergwerk).

Jak każdy porządny turysta po drodze robimy sobie zdjęcia przy figurkach ustawionych w tym celu.

To lepsze niż Tomek i Przyjaciele!

Kompleks kopalni Salzbergwerk Berchtesgaden

Wejście do budynku, skąd zaczyna się trasa turystyczna.

Multimedialną trasę turystyczną otwarto w 2007 r.

W kolejce do wejścia spędzamy kilkanaście minut –  takie jest opóźnienie. Grupy liczą po 50 osób, wejścia co 10-20 minut. Najpierw dostajemy gustowne górnicze kombinezony, w które staramy się sprawnie przebrać 🙂 . W zimie można zdjąć kurtki, bo pod ziemią jest około 12 stopni, dla dzieci warto mieć cieńsze czapki. Czasu na przebranie jest wystarczająco dużo, zdążamy odwiesić kurtki, schować cenniejsze rzeczy do schowka i skorzystać z toalety. Najgorsza jest dla nas informacja, że wewnątrz nie można filmować ani robić zdjęć. Chyba tylko dlatego, żeby kupić potem zdjęcia wykonywane przez obsługę… No trudno, co mamy zrobić, dokumentacja foto z dzisiejszego dnia będzie bardziej skąpa niż zazwyczaj…

Nie, nie, to nie wyprawa na księżyc – po prostu wszyscy musimy założyć ubrania ochronne!

Na przebranie się są specjalne ławeczki, kurtki zostawiamy na wieszakach.

Gotowi na zwiedzanie! Czekamy na kolejkę górniczą, która zabierze nas w głąb kopalni.

Kopalnia prawie jak Park Rozrywki

Do kopalni wjeżdżamy specjalnymi wagonikami z długimi siedziskami, na których siada się okrakiem. Pociąg pędzi całkiem szybko kilkaset metrów przez miejscami naprawdę wąski tunel. Wysiadamy i idziemy prosto do sali o nazwie Solna Katedra. Tu zwiedzającym prezentowana jest animacja pokazującą, jak woda wypełnia sale kopalni, wypłukując sól ze ścian, a potem jest odpompowywana w celu odzyskania soli w warzelni.

Zaraz potem po krótkiej instrukcji dotyczącej bezpieczeństwa czeka nas najbardziej emocjonująca chwila – zjazd drewnianą zjeżdżalnią górniczą. Osoby, które nie chcą zjeżdżać, mogą wybrać obejście po chodniczku, ale warto się odważyć! Dzielimy się na dwie drużyny (w jednej grupie mogą jechać maksymalnie cztery osoby) i mkniemy w dół! Nachylenie jest naprawdę spore, ale konstrukcja zjeżdżalni jest w pełni bezpieczna, a na dole wyhamowanie następuje automatycznie (chyba dobre tarcie zapewniają nasze gustowne czarne kombinezonki😉).

Wagoniki mkną w ciemnych tunelach.

Największa atrakcja na trasie!

…zjazd górniczymi zjeżdżalniami między poziomami kopalni.

Uff, wylądowaliśmy – jazda była naprawdę emocjonująca!

Dalej zwiedzanie przebiega bardziej „klasycznie”. Odwiedzamy kamienną solną grotę, poświęconą pamięci króla Ludwika II Bawarskiego, a później słuchamy o dawnych i obecnych technikach wydobycia soli. Oglądamy ciekawy film połączony z prezentacją poszczególnych poziomów kopalni na trójwymiarowym modelu. Dowiadujemy się, jak powstały tutejsze złoża soli oraz że kopalnia nadal jest eksploatowana.

Kolejne przystanki pozwalają z bliska obejrzeć niektóre maszyny służące do drążenia tuneli i wydobywania solanki, która transportowana jest do oddalonej o dwadzieścia kilka kilometrów warzelni w Bad Reichenhall (tamtejsze nieco mniejsze tunele oraz muzeum także są udostępnione do zwiedzania, można kupić łączony bilet na obie atrakcje). Przewodnik opowiada po niemiecku, ale my (wszyscy, nawet Grześ!) dostaliśmy gratis audioprzewodniki, które pozwalają wysłuchać informacji po polsku (oraz w kilkunastu innych językach).

Na koniec zostają jeszcze dwie atrakcje. Kolejna, jeszcze większa i szybsza zjeżdżalnia oraz przejażdżka łodzią po słonym Lustrzanym Jeziorze z towarzyszącym pokazem audiowizualnym. Jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani, a dzieci krzyczą „jeszcze raz”!… Wjeżdżamy na początkowy poziom windą, przypominającą wyciąg linowo-terenowy, a na powierzchnię wyjeżdżamy takim samym pociągiem, jaki przywiózł nas pod ziemię godzinę temu.

Z powrotem na powierzchni

Jeszcze pełni emocji zostawiamy nasze piękne wdzianka, bez żalu zostawiamy 15 euro za 3 zdjęcia dokumentujące naszą wizytę (w tym zjazd górniczą zjeżdżalnią) i idziemy do sklepu z pamiątkami, gdzie zostawiamy kolejne kilkadziesiąt euro. Kupujemy pamiątkowe solniczki i młynek z zapasem soli chyba na cały rok! Chłopcy kupują nasionka szarotki w zestawie do zasiania na wiosnę i małe minerały.

I po zwiedzaniu! Teraz jeszcze musimy oddać ochronne kombinezony.

Na koniec obowiązkowa wizyta w sklepie z pamiątkami. Kupujemy oczywiście sól!

Na miejscu spędziliśmy ok. 3 godzin, z czego około godzinę zajęło czekanie na wejście, reszta to sama wizyta w kopalni z czasem na przebranie się i zakupy w sklepie z pamiątkami. Po wyjściu okazuje się, że na dworze jest tak samo paskudnie jak przed przyjazdem, co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że wybraliśmy świetną atrakcję na dzisiejszy dzień!

Jeżeli potrzebujecie aktualnych informacji dotyczących zwiedzania kopalni, odwiedźcie jej stronę internetową: www.saltzeitreise.de

Adres dla nawigacji to Berchtesgaden, Salzburger Straße 24 (piszemy, bo nasz przewodnik podawał adres samej kopalni, a nie trasy turystycznej, i to w dodatku błędny…).

Zwiedzanie kopalni bardzo podoba się dzieciom. Nie ma tu ograniczeń dot. wieku, ale nie można zabierać na trasę zwiedzania wózków dziecięcych. Naszym zdaniem atrakcja nadaje się dla dzieci od trzech lat w górę.

Veni, vidi, vici, to teraz jazda do domu!

Jezioro Königsee – najpiękniejsze jezioro Bawarii?

Rejs po Jeziorze Königsee i kaplica św. Bartłomieja

Rejs po jeziorze wciśniętym między góry niczym fiord. Do tego widoki na zaśnieżone szczyty, w tym na imponującą prawie dwukilometrową ścianę Watzmanna. To najwyższa skalna ściana w całych Alpach! Czy można chcieć więcej? Chyba tylko pobyć tutaj dłużej w bardziej sprzyjającej wędrówkom porze roku!

31 grudnia 2017, niedziela

Piękny słoneczny dzień z prawie wiosenną temperaturą, do 7 stopni

To zaledwie niespełna godzina jazdy z Abtenau, chociaż po drodze pokonujemy niemiecką granicę. Nawigacja utrudnia nam dotarcie do celu, ale w końcu trafiamy na ogromny parking w Schönau am Königssee. Płacimy za trzy godziny parkowania 4 euro i ruszamy ze sporym tłumkiem ludzi w stronę przystani. Dzisiaj odwiedzamy perłę niemieckich Alp – Jezioro Königsee. To jedno z turystycznych must see w Niemczech, więc nie dziwi nagromadzenie stoisk z pamiątkami czy przekąskami (w tym słynnymi niemieckimi preclami). Czujemy się trochę jak na Krupówkach 😉.

Masyw Watzmanna, dominujący nad Berchtesgaden, w głębi po prawej stronie Hochkalter.

Statki spacerowe wypływają z miejscowości Schönau am Königsee.

Doskonale stąd widać górę Kehlstein ze złynnym Orlim Gniazdem Hitlera.

Z parkingu do przystani wiedzie turystyczna promenada.

Malowidła na ścianach podkreślają walory turystyczne regionu.

W kilka minut docieramy do kasy przy nabrzeżu. Rejs całej naszej rodziny (pięć osób, w tym troje dzieci) kosztuje 37 euro. Na łódź musimy poczekać około pół godziny (żeby uniknąć czekania, należałoby zameldować się tutaj przed 10:30, nam – jak to na rodzinnych wyjazdach – udało się dotrzeć dopiero ok. 12:00…). Czekając, przegryzamy precle i zdejmujemy swetry spod kurtek, bo słońce przygrzewa zupełnie jak na wiosnę. Zadziwiają nas stare tradycyjne konstrukcje drewnianych „garaży” dla łodzi, usadowione na palach. Piękne stare budowle.

Piękna przystań w Schönau am Königsee

W tych starych tradycyjnych budynkach zimują elektryczne stateczki

Nieco zniecierpliwieni czekaniem w sporej kolejce wsiadamy na stateczek. Mieści on na pokładzie prawie 100 osób, wszyscy mają wygodne miejsca siedzące. W środku jest dość ciepło – chyba mają jakieś ogrzewanie. Łódź jest napędzana elektrycznie (już od ponad stu lat tylko jednostki o takim napędzie mogą pływać po jeziorze) – na jednym ładowaniu może pływać przez kilkanaście godzin. Nasza podróż trwa nieco ponad pół godziny w każdą stronę.

Takim właśnie stateczkiem wypłyniemy w rejs po Königsee.

Pozwolenie na przewóz pasażerów uzyskuja tylko jednostki z napędem elektrycznym

Początkowo widoki przypominają krajobraz naszych Pienin, tylko zamiast Dunajca widzimy oczywiście Königsee😉. Jednak z każdym kilometrem perspektywa się rozszerza. Mniej więcej w połowie drogi dopływamy w okolice słynnej Ściany Echa. Obsługa statku wyłącza silnik i nasz przewodnik rozpoczyna grę na trąbce. Melodia jest prosta, ale cudownie uzupełniana przez odpowiedzi echa. Wrażenia bezcenne!

To chyba najprzyjemniejszy moment podróży. Przewodnik z humorem (i skutecznie😉) prosi o wrzucenie symbolicznej monety do czapki w ramach podziękowania za koncert. Przez całą drogę opowiada o mijanych widokach nie tylko po niemiecku, lecz także po angielsku.

Königsee uchodzi za jedno z najczystszych jezior Niemiec

Nad jeziorem wznosi się Watzmann z najwyższą skalną ścianą w Alpach

Do kaplicy św. Bartłomieja można dostać się tylko drogą wodną

Pobliskie skalne ściany są wyjątkowo niedostępne

W łodzi warto zająć miejsca z przodu po prawej stronie (w drodze powrotnej po lewej), bo wówczas lepiej można docenić walory widokowe rejsu. R. nie może odłożyć aparatu (wieczorem selekcja zdjęć jest wyjątkowo trudna, bo mamy po kilkanaście ujęć z jednego miejsca…😉). Nie chce pominąć żadnego dobrego kadru, szczególnie gdy dopływamy już na Półwysep św. Bartłomieja. To z wody można najlepiej ująć słynny widok z czerwonymi kopułami kaplicy.

Przed nami nasz cel – kościół pielgrzymkowy św. Bartłomieja

Kościół znajduje się nad Königsee, na półwyspie Hirschau.

Do kościoła można dotrzeć tylko statkiem lub po długiej wędrówce przez okoliczne pasma górskie.

Św. Bartłomiej apostoł to patron alpejskich rolników i mleczarzy.

Stateczki przybijają do niewielkiej przystani

Po dopłynięciu na półwysep M. zajmuje się tym, na co akurat ochotę ma Grzesiek, czyli dreptaniem po resztkach rozmakającego śniegu i bujaniem się na huśtawce na miejscowym placu zabaw. R. ze starszakami realizuje plan bardziej turystyczny: szybko obchodzą pobliski teren, fotografując co się da. Czujemy się trochę jak japońscy turyści, których zresztą tu nie brakuje 😉.

Najchętniej obeszlibyśmy cały półwysep i podeszli chociaż do kaplicy lodowej u stóp Watzmanna, ale potrzebowalibyśmy na to co najmniej jeszcze trzech godzin. Widok wysokogórskiego otoczenia jeziora, szczególnie imponującej ściany drugiego co do wysokości szczytu Niemiec – Watzmanna – powoduje, że zapisujemy to miejsce gdzieś na liście naszych wyjazdowych planów – tam koniecznie trzeba będzie wejść! O dziwo słynna niemal dwukilometrowa ściana nie sprawia jakiegoś przytłaczającego wrażenia, pięknie wkomponowuje się w krajobraz. Może to spojrzenie z brzegu jeziora powoduje takie wrażenie, ale te dwa kilometry wzwyż wydają się jak dobre kilkaset metrów.

Jezioro Königsee bardziej przypomina fiord, wijający się daleko w głąb lądu.

Kościół został założony przez proboszcza Berchtesgaden już w XII w.

Charakterystyczne cebulaste kopuły to jeden z wyróżników tej świątyni.

W kolejnych stuleciach kościół był przebudowywany w stylu barokowym.

Widok na Königsee sprzed kościoła.

Piękno okolicy jest chronione w ramach Parku Narodowego Berchtesgaden.

Można stąd wybrać się do kaplicy lodowej u podnóży Watzmanna.

Wyruszając na Półwysep św. Bartłomieja po południu w zimie nie ma oczywiście co liczyć na długie spacery: ostatni stateczek odpływa dzisiaj o 16:20, później nie można już stąd wrócić, o czym informują wyraźnie informacje na statku i przy kasach. Do szybkiego powrotu zmusza nas też coraz dłuższa kolejka do przystani. Musimy w niej odstać ponad pół godziny, a w międzyczasie sznurek oczekujących na powrót znacznie się wydłuża. Nie chcemy myśleć, co tutaj się dzieje w szczycie sezonu turystycznego! W ciepłej części roku można popłynąć aż na południowy kraniec jeziora. Tam z przystani Salem w kilkanaście minut można dotrzeć nad brzeg Obersee, a to podobno niezapomniany widok… Ach, trzeba tu jeszcze wrócić!

Pora wracać, choć kolejka oczekujących na statek długa.

Wreszcie płynie! Ciekawe, czy do tego stateczku my się zmieścimy.

Opuszczamy półwysep. WIdzimy, że kolejka do statków powrotnych z biegiem dnia się wydłuza.

W drodze powrotnej lepiej przyglądamy się północnemu otoczeniu jeziora, które prezentuje się teraz przed nami. Wypatrujemy górę Jenner, której szczyt jest podobno świetnym punktem widokowym na jezioro (obecnie kolejka na niego jest w remoncie do wiosny 2018 r.). Szukamy też Orlego Gniazda – reprezentacyjnej rezydencji Hitlera na skalnej ostrodze Kehlstein (można tam dotrzeć specjalnymi autobusami i windą, ale tylko w ciepłej części roku). Chłopcy nie kryją też radości, rozpoznając kształt leżącej czarownicy w grani Schlafende Hexe.

Königsee to jedno z must see w Niemczech.

Wokół panuje niemal doskonała cisza.

Pasmo Śpiąca Czarownica przed nami. Kogo przypomina, można wywnioskować samemu.

I z powrotem dobijamy do klimatycznej przystani w Schönau am Königsee.

Pomimo pełnej wrażeń wycieczki udaje nam się dowieźć Grzesia do domu bez drzemki. Dzięki temu po zjedzeniu przygotowanego wczoraj spaghetti możemy położyć naszą najmłodszą latorośl na drzemkę już w naszej kwaterze. M. zyskuje chwilę dla siebie i komputera, a R. z Tymkiem i Sebkiem jadą do Abtenau na kilka zjazdów torem saneczkowym (3-kilometrowy, frajda dla całej rodziny, szczegóły w relacji nt. Abtenau). Takiego Sylwestra jeszcze nie było – na pewno go zapamiętamy!

Cała nasza rodzinka celebruje ostatni wieczór 2017 roku, robiąc sobie wróżby i grając w kalambury. Im hasło śmieszniejsze, tym lepiej! Nie kupiliśmy co prawda fajerwerków, ale z okien i tak podziwiamy piękny kolorowy spektakl za oknem (nieco ograniczony przez mgłę spowijającą Abtenau). Wszyscy chłopcy dzielnie czekają do północy, ale potem już w miarę grzecznie idą spać, a i my nie przedłużamy imprezy – na jutro planujemy rodzinny spacer po Postalm – największej górskiej hali w austriackich Alpach (fotorelacja tutaj).

Sylwestra czas zacząć!

Do siego roku! Już 2018! Szampan oczywiście bezalkoholowy:)

Berchtesgaden na weekend – co zobaczyć

Najciekawsze atrakcje okolic Berchtesgaden 

Weekend w okolicy bawarskiego Berchesgaden? Zimą? Dlaczego nie! Podpowiadamy, jakie atrakcje wybrać, gdy nie dysponujemy dużą ilością czasu. Kehlsteinhaus – „orle gniazdo” Hitlera jest co prawda dostępny tylko w ciepłych miesiącach roku, ale pozostają inne wycieczki. Rejs po Jeziorze Królewskim  (Königsee) do kaplicy św. Bartłomieja i emocjonująca wizyta w kopalni soli (Berchtesgaden Salzbergwerk) to turystyczne must see okolic Berchtesgaden. Gwarantujemy, że spodobają się wszystkim członkom rodziny niezależnie od pory roku!

Dzień 1. Jezioro Königsee – najpiękniejsze jezioro Bawarii?

Dzień 2. Kopalnia soli Salzbergwerk w Berchtesgaden 

Wycieczki do Jeziora Königsee i kopalni soli w Berchtesgaden zrealizowaliśmy podczas zimowego wyjazdu w austriackie Alpy Salzburskie (pełna relacja z naszego pobytu tutaj). Stamtąd to tylko rzut beretem do Berchtesgaden. Wycieczki po Bawarii mogą być jednak znakomitym celem samym w sobie. Alpy Bawarskie oferują miłośnikom gór sieć przepięknych szlaków pieszych i wspinaczkowych o zróżnicowanej trudności, co mieliśmy już przyjemność sprawdzić na własnej skórze (wędrówki po Alpach Bawarskich, w tym wycieczkę na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze opisujemy tutaj). Piękne tereny, bardzo ciekawe turystycznie.

Południowy Schwarzwald – Jeziora Schluchsee i Titisee

Ostatniego dnia naszego pobytu w Schwarzwaldzie wracamy do południowej części regionu, jednak tym razem nie podążamy szlakiem najwyższych widokowych szczytów, tylko największych jezior – Schluchsee i Titisee. To pierwsze jest jeziorem zaporowym i stanowi największy schwarzwaldzki zbiornik wodny. To drugie ma pochodzenie polodowcowe i urokliwie chowa się wśród zielonych wzgórz. Położone przy jego brzegu Titisee-Neustadt i Hinterzarten to gwarne i pełne turystów kurorty-uzdrowiska. 

W obu jeziorach można się kąpać, ale brzegi nie wszędzie nadają się do kąpieli (np. nad jeziorem Titisee kąpieliska znajdziemy po północnej stronie) – najlepiej sprawdzić na mapie, gdzie wyznaczono miejsca do kąpieli. Osoby, które chcą uciec od gwaru kurortów, mogą wybrać kąpiel w znacznie mniejszym jeziorze Windgfäll-weiher, położonym nieco na północ od Schluchsee.

17 sierpnia 2017, czwartek

Częściowe zachmurzenie, ok. 23 stopni

Południowy Schwarzwald – jeziora Schluchsee i Titisee 

 

Po raz kolejny wybieramy się na południe Schwarzwaldu i po raz kolejny mamy podobne obserwacje na temat różnic między północą i południem Czarnego Lasu.

Południe słynie z najwyższych widokowych szczytów, z których niezalesionych wierzchołków rozciągają się spektakularne widoki. Są tu najbardziej znane schwarzwaldzkie jeziora. Te atrakcje jak magnes przyciągają turystów, stąd też trudniej tu o samotność na szlakach. Jednocześnie rzeźba terenu jest nieco inna. Mimo wyższej wysokości względnej częściej spotyka się tu szczytowe wypłaszczenia, przypominające nam nieco nasze Góry Izerskie.

Środkowy Schwarzwald nie może się pochwalić najwyższymi szczytami, a wierzchołki wzniesień najczęściej porasta las (na kilku szczytach podziwianie panoram umożliwiają wieże widokowe), jednak też jest tu bardzo malowniczo. To tu – jak nam się wydaje – bije serce Czarnego Lasu. Jadąc wąskimi lokalnymi dróżkami co chwilę spotyka się tradycyjne domy schwarzwaldzkie jakby żywcem wyjęte ze skansenu. Drogi są puste, uroczo wiją się przez leśne wzniesienia – to raj dla rowerzystów.

My dziś jedziemy na południe Schwarzwaldu. Naszym głównym celem są największe jeziora – chłopcy bardzo ucieszyli się perspektywą orzeźwiającej kąpieli. My z kolei liczymy na piękne widoki, urozmaicone taflami niebieskiej wody.

Zaczynamy od odwiedzenia jeziora Schluchsee. Kąpanie zostawiamy na później, teraz celujemy w najlepszy punkt widokowy na okolicę – wieżę widokową Riesenbühl  (1097 m n.p.m.). Wieża znajduje się na południe od miejscowości Schluchsee. Samochód można zostawić na leśnym parkingu. Na szczyt, na którym stoi wieża widokowa, można dojść leśną drogą, a potem – za znakami – ścieżką przyjemnie wijącą się wśród jeżyn i malin. Spacer w górę zajmuje ok. pół godziny i wymaga pokonania ok. 100 m przewyższenia. Wieża jest bardzo solidna. Pięknie stąd widać jezioro Schluchsee i okolicę. I przy wieży, i przy parkingu są przyjemne miejsca odpoczynku. Idealne miejsce na krótki spacer z dziećmi.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu na obrzeżach Schluchsee.

Nieopodal urządzono miłe miejsce odpoczynku.

Cel naszego spaceru wyłania się zza drzew.

Bzzzzzz!

Potem skręcamy w prawo w ścieżkę wprowadzającą na szczyt wzniesienia.

Drzew coraz mniej.

Wokół polne kwiaty, maliny i jeżyny.

Kto zmęczony, siada, kto nie – prosto na górę!

Ze ścieżki otwierają się urokliwe widoki na Schluchsee.

Wieża Riesenbühlturm – jesteśmy!

Konstrukcja zadziwia swoją solidnością.

Wszyscy dzielnie wchodzimy na górę.

…podziwiając coraz szersze widoki

Wieża rozsiadła się na wysokości 1097 m n.p.m.

Pięknie stąd widać Schluchsee.

To największy zbiornik wodny w Schwarzwaldzie.

Ściąga z panoramy – dla tych, którzy nie wiedzą, co widzą.

Na wieży podoba się i tym dużym, i tym małym!

Schwarzwaldzkie widoki chwytają za serce.

U podnóża wieży urządzono zadaszone miejsce odpoczynku.

Z racji pięknej pogody wybraliśmy kamienie.

Oststni rzut oka na wieżę Riesenbühl.

…i pora na dół.

Górna część ścieżki oferuje piękne widoki na jezioro.

Tu widoki się kończą – zaraz wkroczymy w las.

A w lesie – równie pięknie!

Sesja Rodzice by Tymo:)

Trasa naszego spaceru.

Na jezioro Schluchsee patrzyliśmy z góry, więc jezioro Titisee postanawiamy zobaczyć z perspektywy tafli jego wody😊 – wybieramy się na kąpielisko w znanym uzdrowisku Titisee-Neustadt. Na mapie sprawa wydawała się prosta, plaża z kąpieliskiem zaznaczona była na północno-zachodnim brzegu jeziora. Najpierw zajechaliśmy na parking położony obok miasta, ale daleko od jeziora, potem nawigacja zaprowadziła nas na parking dla… autobusów! Na szczęście w końcu zaufaliśmy naszym nosom geografów i przejechaliśmy przez miasto, kierując się w stronę brzegu jeziora. Tuż za parkiem zdrojowym zobaczyliśmy parking z napisem „Badestelle”, co niezmiernie nas ucieszyło!

Plaża w Titisee

Parking płatny 2 euro za pierwszą, kolejne 1 euro za kolejną godzinę płatny z góry w parkomacie. Nie ma zbyt wiele miejsca, ale nam się akurat trafiło i to w cieniu! Plaża jest bardzo przyjemna, zejście po drobnych kamyczkach, dno stopniowo zagłębia się w toń jeziora. Przy nabrzeżu jest obszerny, trawiasty teren do plażowania. Do tego sympatyczne, drewniane przebieralnie, toalety i stoisko z lodami i przekąskami. Obok wypożyczalnia sprzętu wodnego. Część terenu zagrodzona – budowane są jeszcze prysznice, więc będzie pełna kulturka ;-).

My oczywiście zaliczamy pobyt z przygodami. Jeszcze przed dotarciem na plażę Grześ tak się nam wyrywa do jeziora, że w końcu zalicza wywrotkę na betonowy chodnik i ponownie rozbija sobie oba kolana, które właśnie prawie się zagoiły od upadku w Allerheiligen. Jego krzyki słyszy chyba całe Titisee. Potem Sebusia boleśnie żądli osa. I jak tu się zrelaksować w takich okolicznościach przyrody? 😉

Jezioro Titisee – świetne miejsce na kąpiel!

Można brodzić nogami w chłodnej wodzie.

… a można kąpać się na całego!

Najpierw spacer górski, potem kąpiel – wymarzony wakacyjny dzień.

A na deser – oczywiście lody!

Bo strasznie tu fajnie!

Taki okaz grzyba mijamy po drodze do Kienbronn!

W końcu M. wyskoczyła, żeby utrwalić go na zdjęciu.

Jest zjawiskowy!

Sama kąpiel jest jednak bardzo przyjemna i sprawia starszym chłopcom (w tym R.) wiele frajdy. W tym czasie M. brodzi z Grzesiem przy brzegu, wrzucając kamyczki do wody i zajmując się tymi podobnymi maluchowo-jeziornymi atrakcjami. Nie chce nam się opuszczać Titisee, zwłaszcza, że mamy w perspektywie wieczorne pakowanie, skomplikowane przez dwa noclegi po drodze. Czy Wy też tak nie lubicie pakowania przed podróżą powrotną?

A wieczorem – pakujemy się do domu. Żeby tylko nie zapomnieć Grzesia!

Europa-Park – pielgrzymka do świątyni rozrywki

Najlepszy park rozrywki? Najwyższy i najszybszy rollercoaster w Europie? Do wyścigu staje kilka europejskich parków, a Europa-Park zajmuje miejsce w ścisłej czołówce.

15 sierpnia 2017, wtorek

Piękny, letni dzień, tylko po południu krótka burza, do 28 st.

Europa-Park

Ten największy park tematyczny w Niemczech kusi ponad 100 atrakcjami rozmieszczonymi na blisko 100 hektarach powierzchni, w tym kilkunastoma rollercoasterami (w tym jedną z trzech najwyższych kolejek górskich w Europie – kolejką Silver Star). Całość została ujęta w konwencję oprowadzania turystów po różnych krajach Europy – park dzieli się na kilkanaście części, z których każda jest związana tematycznie z innym europejskim krajem. Znajdziemy typowe zabytki, style architektoniczne czy symbole z różnych stron naszego kontynentu. Nawet oferta restauracji jest dopasowana tematycznie do danej części parku – we Włoszech możemy zajadać się pizzą, w Skandynawii zjeść smaczną rybę, a w Niemczech spróbować kiełbasy, precli i wybornego piwa. Szkoda oczywiście, że zapomniano o Polsce i innych krajach naszej części Europy – miejmy nadzieję, że przy kolejnej rozbudowie ta luka zostanie uzupełniona.

Tak, tak, tak właśnie wygląda procesja do świątynii rozrywki w wakacyjny dzień.

Europa-Park – wchodzimy!

Cały park rozrywki to świetnie zaplanowana i doprowadzona do perfekcji w działaniu machina rozrywkowa. Swoje miejsce znajdą tu rodziny z małymi i nieco starszymi dziećmi, ale też młodzież i dorośli. Wszystkie atrakcje umieszczono w pięknej scenerii architektury pochodzącej z kilkunastu europejskich krajów oraz pięknie zadbanej roślinności i cieków wodnych – jeziorek, rzek i strumieni. Atrakcji starczyłoby na kilka dni, a spędzenie tutaj nawet kilkunastu godzin z trójką dzieci nie zmęczyło nas tak bardzo, jak się tego spodziewaliśmy (po zeszłorocznym doświadczeniu Legolandu z dwuletnim Grzesiem niespecjalnie ciągnęło nas do kolejnego parku rozrywki, a tymczasem po jednym dniu spędzonym w Europa-Parku mieliśmy ochotę na więcej!).

Szczerze podziwiamy organizację wszystkiego pod względem logistycznym. Odpowiednia ilość toalet, punktów gastronomicznych, miejsc wypoczynku dla tysięcy ludzi. Bardzo podobały nam się też niektóre rozwiązania organizacyjne. Na przykład kolejki do najbardziej obleganych atrakcji są poukrywane wewnątrz konstrukcji rollercoasterów lub wręcz w specjalnie stworzonych do tego celu budynkach (jak w przypadku kolejki Silver Star). Podczas oczekiwania można zobaczyć krótkie prezentacje reklamowe czy gadżety związane z tematyką atrakcji. Dobrym pomysłem są też strefy stworzone specjalnie z myślą o najmłodszych, czyli Irlandia czy Zaczarowany Las Braci Grimm. Wytchnienie znajdą tam nie tylko dzieci, ale też ich rodzice ;-).

Główne wejście wprowadza w krainę Niemiec.

Europa-Park ma nawet swój ratusz.

Po doświadczeniu nabytym wczoraj (korek do Europa-Parku zaczynał się jeszcze na autostradzie, nie dostaliśmy się nawet na parking), dziś postanawiamy wstać i wyjechać jeszcze wcześniej. Pobudka o 5:00, dzieciaki o 6:00, wyruszamy o 7:20. To tylko 40 minut wcześniej niż wczoraj, ale przekłada się na co najmniej dwugodzinny zysk czasu – stawiamy się na parkingu o 8:45, a przed 9:00 już jesteśmy za bramą i możemy zacząć całodzienną zabawę, unikając stania w parokilometrowym korku dojazdowym i kolejek do bramy głównej. O tej porze ludzi już jest bardzo dużo, ale ruch jest płynny.

Wyprawa do parku rozrywki z trójką dzieci, z których każde jest w innym wieku i ma zupełnie inne upodobania i oczekiwania co do odwiedzanych atrakcji, to prawdziwe wyzwanie. Tymo to już nastolatek, interesują go tylko najszybsze i największe kolejki, ale samego go jeszcze nie puścimy. Sebuś chętnie towarzyszyłby starszemu bratu, jednak czasami trudno przełamać mu własny strach przed rozmachem rollercoasterów. W sumie można by z nim odwiedzić prawie wszystkie atrakcje parku. Natomiast Grześ to jeszcze małe dziecko. Wprawdzie prawie niczego się nie boi i zadziwiająco dobrze znosi całkiem szybkie i szalone karuzele, jednak ze względu na wiek i wzrost może wchodzić tylko do części atrakcji, a dodatkowo często potrzebuje czasu na wyciszenie i odpoczynek.

Żegnamy Niemcy, ruszamy w stronę Irlandii.

Europa-Park

Słynna kolejka Eurosat pędzi w całkowitej ciemności na podbój kosmosu.

Dotarliśmy aż do Skandynawii!

Od Skandynawii niedaleko do Islandii.

Pora na Szwecję.

No właśnie: troje dzieci, a nas tylko dwoje. Musimy się rozdzielić. Na zmianę jedno z nas spędza czas w długich kolejkach skrytych we wnętrzu ogromnych konstrukcji rollercoasterów, towarzysząc Tymkowi w oczekiwaniu na krótki, ale przynoszący najwięcej emocji przejazd. Drugie natomiast zalicza kolejne miłe atrakcje, próbując dopasować je do gustów Grzesia i Sebusia. Na szczęście Sebuś jest dzisiaj skłonny do kompromisów, a do zwykłych karuzel nie ma długich kolejek. Potem robimy inną kombinację, łącząc ze sobą starszych chłopców, podczas gdy drugie z nas opiekuje się Grzesiem. Okazuje się to jednak trudniejsze, bo Tymo nie chce odpuścić wizyt w najbardziej ekstremalnych atrakcjach, których jednak nieco obawia się Sebek. O kompromis dużo trudniej.

Gdy R. z Tymkiem czeka w kolejce do najpopularniejszych rollercoasterów, M. z młodszymi chłopcami cieszy się iście bajkowymi atrakcjami.

Puppet boat ride.

Teraz pora na przyjemne Elf Ride.

Wycieczka w świat elfów bardzo podoba się chłopcom.

W kolejce do Volo da Vinci możemy pooglądać modele różnych projektów Leonardo.

Volo da Vinci – podróżujemy maszyną latającą!

Z góry wypatrujemy R. z Tymkiem, którzy odbyli właśnie szaloną przejażdżkę kolejką Silver Star.

W Irlandii jest dużo atrakcji dla najmłodszych, tu łódeczki Sheep Rock.

Przyjemna przechadzka przez wodny ogród na granicy Irlandii i Wielkiej Brytanii.

Ruchome lustra oszukują nasze zmysły.

Crazy Taxi – idealne już dla trzylatków!

Pegasus – łagodniejszy rollercoaster dla czterolatków i starszych.

Szalone taksówki to zabawa dla całej rodziny.

W sumie nasze młodsze pociechy zaliczają, lekko licząc, po ponad dwadzieścia przejazdów, a Tymo tylko kilka (za to tych najbardziej ekstremalnych). Wszyscy są jednak bardzo zadowoleni, chociaż oczywiście opuszczamy Europa-Park z poczuciem niedosytu. Na zobaczenie wszystkich atrakcji parku jeden dzień to stanowczo za mało. Spędziliśmy tu 11 godzin, a do niektórych części parku nawet nie dotarliśmy! Chciałoby się odwiedzić jeszcze niejedno miejsce. Najnowsze, wyjątkowo oblegane Voletarium, kolejki na terenie Szwajcarii, wyprawa w kosmos mknącym w ciemności rollercoasterem Eurosat, spływ pontonami i inne wodne atrakcje czy jedna z najnowszych kolejek – Arthur. Dzieciaki chętnie pobawiłyby się na jednym z wodnych placów zabaw – następnym razem weźmiemy dla nich stroje kąpielowe. Musimy tu jeszcze wrócić – może w przyszłym roku?

Przejażdżka Wodanem może napędzić niezłego stracha.

Kto tak szaleje na rollercoasterach ? – to nasz Sebuś – w drugim rzędzie!

Z pewną obawą zostawiamy chłopców samych w samolocie.

Ale radzą sobie znakomicie!

Samodzielność górą – do samochodzików też nie wolno nam wchodzić.

Przejażdżka Monorailem umożliwia popatrzenie na Europa-Park z góry.

Teraz pora na rejs tratwą.

To Jungle Rafts w Adventure Land.

Płyniemy przez osadę na wodzie.

Płyniemy przez osadę na wodzie.

Teraz pora na wielkie buju…

…czyli statek Vindjammer w Skandynawii.

Do Posejdona była strasznie długa kolejka.

Do Grecji udało nam się zajrzeć po drodze.

Nie mamy szczęścia do wodnych atrakcji – Atlantica też dzisiaj nie dla nas.

Na Fjord Rafting też poczekamy na następny raz.

Z założenia nie przepadamy za rozbuchanymi produktami przemysłu rozrywkowego, ale Europa-Park to produkt naprawdę z najwyższej półki. Nie wyobrażamy sobie, żeby ktoś tu przyjechał i wyszedł rozczarowany.

Za przewodnikami i poradnikami powtórzymy radę, żeby przyjechać tu wczesnym rankiem (a najlepiej oczywiście poza sezonem) i zaczynać zwiedzanie od najbardziej oddalonych krajów i atrakcji – rano jest tam najmniej ludzi. U nas przeważyła dzisiaj chęć przejechania się słynnym Silver Starem i od niego zaczęliśmy zabawę. Później trzeba było już czekać do niemal każdej większej atrakcji, więc do najdalszych zakątków parku po prostu nie dotarliśmy. Nie uczestniczyliśmy też w różnorodnych pokazach i wydarzeniach artystycznych, których codziennie odbywa się co najmniej kilkanaście. Wow, naprawdę wow!

Na zakończenie dnia –  Parada Eda Euromyszki

To był miły akcent na koniec pobytu.

Dzieci zachwycone, my też, niech żyje Europa -Park!.

Europa-Park to miejsce, w którym można spokojnie spędzić kilka dni, nie nudząc się. Na razie nam jednak wystarczy jeden dzień –  w kolejnych latach Grześ będzie jeszcze lepszym kumplem. Dzisiaj spędziliśmy prawie 11 godzin na miejscu. To i tak bardzo dużo, zważywszy na fakt, że Młody nawet na chwilę nie zdrzemnął się w dzień, mimo usilnych starań R., który urządził mu w samochodzie całkiem wygodne łóżko. Zasnął za to w drodze powrotnej i spał potem ponad 12 godzin jak zabity;-). My wróciliśmy tak pełni wrażeń, jak tylko można sobie wyobrazić. Mega atrakcja dla całej rodziny!

Europa-Park

Silver Star nadal mknie nad parkingiem.

Europa-Park

Ostatni śmiałkowie załapują się na przejazdy – za chwilę zamykają!.

Schiltach – najbardziej fotogeniczne schwarzwaldzkie miasteczko

6 sierpnia 2017, niedziela

Słonecznie, po południu do 23 stopni

Wczoraj wieczorem położyliśmy tylko dzieciaki do łóżek i padliśmy. Rano obudził nas widok stosów toreb do rozpakowania. Ponieważ po wczorajszej podróży zupełnie nie chciało nam się śpieszyć, urządziliśmy sobie leniwe przedpołudnie. Chłopcy chętnie biegali po wspaniałym terenie naszej agroturystyki, a M. ogarniała bagaże. Nasi gospodarze przynieśli nam 10 świeżutkich jajek – akurat na obiadową jajecznicę! Potem położyliśmy Grześka spać w łóżeczku i w efekcie wybraliśmy się na wycieczkę dopiero po południu. Rzadko na wakacjach funkcjonujemy tak leniwie – od czasu do czasu warto urządzić sobie taki eksperyment😉

Schiltach

To niewielkie, ale niezwykle malownicze schwarzwaldzkie miasteczko, leżące tuż obok naszego Kienbronn. Brak tu może odosobnionych, wyróżniających się zabytków – właściwie całe miasteczko jest jednym wielkim zabytkiem – na starym mieście pięknie zachowały się XVI-wieczne domy szachulcowe. Warto zatrzymać się dłużej na oryginalnym trójkątnym pochylonym ryneczku. Możemy wyobrazić sobie, że przenieśliśmy się na koniec XVIII w. – od 1971 r, kiedy to miasto trawił wielki pożar, miejsce to pozostało niezmienne. Na środku rynku stoi miejska fontanna – wzmianki o niej pojawiały się już w XV w, trzy stulecia później została odrestaurowana. Doskonałym zwieńczeniem popołudniowego spaceru jest chlapanie się w rzece Kinzig, przepływającej przez serce Schwarzwaldu. Chłopcy mieli tylko pochodzić po wodzie, ale (w przypadku Tymka i Sebka) – skakanie po kamieniach zakończyło się niezamierzoną kąpielą w ubraniu😊

Przez Schiltach przepływa jedna z głównych rzek Schwarzwaldu – Kinzig.

Gotowi na zwiedzanie!

Hauptstrasse – jedna z głównych ulic Schiltach.

Skręcamy w boczną uliczkę prowadzącą w kierunku ratusza.

W Schiltach pięknie zachowała siś kilkusetletnia szachulcowa zabudowa.

Pochyły trójkątny rynek jest bardzo oryginalny.

Rynek pozostaje w niezmienionym kształcie od pożaru w 1791 r.

Fontanna na rynku była już wzmiankowana w XV w.

Stara zabudowa jest niesamowicie harmonijna.

Do kamienic prowadzą piękne kolorowe drzwi.

Nad uliczkami zwieszają się stare szyldy.

Wąskie uliczki są zupełnie nieprzystosowane do transportu samochodowego.

Kolejne piękne drzwi – takie spotykaliśmy dziś na każdym kroku.

W drodze powrotnej kolejny raz zaglądamy na rynek.

Znów kierujemy się w stronę Hauptstrasse.

W perspektywie ulicy wieża kościoła ewangelickiego – jednego z największych w Badenii.

A na deser – chlapanie w rzece Kingiz.

Za nami prawdziwie schwarzwaldzkie widoki.

Chłopaki okupują rzeczne kamienie.

Nawet Grześ dał się skusić na zabawy w rzece.

Szwajcaria Saksońska – most Bastei i Labirynt

Szwajcaria Saksońska to nasz przystanek w podróży na rodzinne wakacje do Schwarzwaldu. Jak tam jest pięknie! Na razie zobaczyliśmy tylko słynny most Bastei i szukaliśmy drogi w skalnym Labiryncie, ale ten jeden dzień tylko zaostrzył nam apetyty. Na pewno jeszcze tu wrócimy!

 

4 sierpnia 2017, piątek

Częściowe zachmurzenie, ok. 25 stopni – idealna pogoda na wakacje

Szwajcaria Saksońska

Szukając miejsca na nocleg po drodze do Schwarzwaldu i wertując przewodniki, zobaczyliśmy na zdjęciach miejsca jak z bajki: most Bastei,  rozsiadłą na szczycie wzgórza twierdzę Königstein, meandrującą Łabę, której dolina została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Szwajcaria Saksońska, zwana też Saską Szwajcarią, obejmuje niemiecką część Gór Połabskich i oferuje jedne z najpiękniejszych krajobrazów w Niemczech. Część obszaru chroniona jest w formie parku narodowego. Krajobraz  Szwajcarii Saksońskiej jest bardzo zróżnicowany. Szczególnie malownicze są skały z piaskowca, które w wyniku erozji uzyskały niezwykle wymyślne kształty. Malownicze ściany skalne wystrzelają niemal pionowo do góry –  to raj dla wspinaczy i miłośników pięknych krajobrazów. Wytyczono tu wiele szlaków zarówno na krótkie spacery, jak i na wielogodzinne i wielodniowe wycieczki. Przez jeden dzień Szwajcarii Saksońskiej absolutnie nie można zwiedzić –można jedynie się przekonać, że człowiek chętnie tu wróci raz jeszcze, i to jak najszybciej!

W ogóle bardzo nam się podobają wschodnie Niemcy, zwłaszcza jak już zjedziemy z autostrady. Miasteczka i wioski są takie autentyczne, gdzieniegdzie podniszczone. Wszędzie dużo starej szachulcowej zabudowy, przy wąskich uliczkach stoją urokliwe stare kościółki z wysokimi wieżami.

Szwajcaria Saksońska – co wybrać na jeden dzień pobytu z dziećmi?

Do Szwajcarii Saksońskiej przywabił nas – jak zapewne wielu turystów przed nami – fantastyczny most Bastei. Nie chcieliśmy tu jednak zaglądać w najbardziej obleganych godzinach – ta jedna z największych atrakcji turystycznych wschodnich Niemiec w sezonie letnim przyciąga dzień w dzień tysiące turystów. Przeciskanie się w tłumie może jednak obrzydzić nawet najpiękniejsze miejsce – decydujemy się więc odłożyć Bastei na wieczór. Będzie i pusto, i światło będzie lepsze. Wybieramy miejsce dużo mniej popularne, ale niesamowicie atrakcyjne dla dzieci – grupę skał zwaną Labiryntem.

Labirynt – fantastyczne formacje skalne na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal

Z punktu widzenia dziecka to lepsze niż najlepszy plac zabaw! Z punktu widzenia dorosłego: możliwość obejrzenia ciekawych naturalnych formacji skalnych, przypominających nasze Błędne Skały. Niedługa, ale bardzo atrakcyjna trasa. Żelazna atrakcja turystyczna dla rodzin z dziećmi! Ścieżka kluczy między piaskowcowymi skałami o najwymyślniejszych kształtach, przeciska się przez wąskie szczeliny i ciemne tunele. W odnalezieniu trasy zwiedzania pomagają strzałki z kolejnymi numerkami – od 1 do 29. Jeśli jakieś przejście oceniamy jako za trudne dla nas lub dla naszych pociech, można bez problemu je obejść i znaleźć własną, łatwiejszą ścieżkę.

Trasa jest świetna dla dzieci w każdym wieku (choć maluchów z oczu nie można tu spuścić – w wielu miejscach można spaść), w ograniczonym stopniu nadaje się dla dziecięcych wózków. W wąskich przejściach trudno zmieścić się z plecakiem lub nosidłem (ale zawsze można znaleźć bezproblemowe obejście). Spacer po Labiryncie (tempem rodzinnym:) zajmuje ok. półtorej godziny. Grupa skał „Labirynt” znajduje się na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal. Nam dojazd zajął sporo czasu – ze względu na remonty i zamknięcia drogi w okolicy miejscowości Leupoldis-Hain musieliśmy szukać objazdów, ale w normalnych warunkach powinno dojechać się bezproblemowo. Samochód można zostawić na leśnym parkingu.

Wszyscy nasi chłopcy są zachwyceni wycieczką. Tymo odważnie wspina się na najwyższe skały, Sebuś dzielnie przeciska się przez ciemne przesmyki, Grześ nie boi się niczego – jeśli tylko trzyma za rękę Mamę lub Tatę😊

Skalny Labirynt znajduje się nieco na północ od miejscowości Rosenthal Bielatal.

Można się tu dostać, jadąc drogą S169.

To wielka frajda dla dzieci!

Ścieżka turystyczna kluczy pomiędzy skałami.

To jedna z głównych atrakcji na trasie – drabinka doprowadza do wąskiego, ciemnego przesmyku między skałami.

…. którym musimy się przecisnąć!

Dzieciaki są zachwycone.

Po drugiej stronie czeka na nas R. z Grześkiem – oni poszli łatwiejszą drogą.

Oj, chyba w zejściu będzie musiał pomóc Tata.

W znalezieniu drogi przydatne są strzałki z kolejnymi numerkami.

Halo, chłopaki, jak ja mam do Was przejść?

Grześka nie zraża konieczność wdrapywania się na kolejne głazy.

Z prawej strony zaczaił się na nas zaklęty w skałę potwór z jednym okiem.

Znaleźliśmy świetną miejscówę na drugie śniadanie.

Uwaga! Snajperzy na skałach!

Piaskowce przybierają fantastyczne kształty.

Skały podziurawione przez erozję jak szwajcarski ser.

To bardzo fotogeniczna wycieczka.

Ścieżka wprowadza w kolejny tunel skalny. Grześ dzielnie idzie na pierwszy ogień.

Dzieciom bardzo podobają się takie tajemnicze przejścia.

Nasz dzisiejszy hit. Tylko Grzesiek poszedł nie tam, gdzie trzeba.

Profesjonalista komponuje kolejny kadr.

A co jest największą frajdą?

Przeskakiwanie kolejnych głębokich szczelin!

Atrakcja na koniec – wąziutki przesmyk skalny. Plecaki na głowy!

Po południu jemy obiad, który przywieźliśmy sobie jeszcze z domu, i kładziemy Grześka spać na drzemkę do łóżeczka – jutro planujemy przejazd do Schwarzwaldu, Biedak, pewnie znów spokojnie sobie nie pośpi.

Most Bastei

Ten wyjątkowo fotogeniczny most, zawieszony nad lustrem Łaby, to chyba najbardziej znana atrakcja Szwajcarii Saksońskiej. To jeden z niewielu przykładów sytuacji, kiedy ingerencja człowieka w krajobraz nie zeszpeciła otoczenia, a wręcz przeciwnie – dodała krajobrazowi wiele tajemniczości i wzbogaciła go o  baśniowy wymiar. Nazwa pochodzi od formacji skalnej, nazwanej „basztą” (bastei) właśnie. Skała góruje niemal 200 m nad lustrem Łaby. To miejsce o długich tradycjach turystycznych – pierwszy drewniany most przerzucono w tym miejscu niemal 200 lat temu – kładka połączyła Bastei z pozostałościami średniowiecznego zamku Neurathen. Z mostu dobrze widać znane formacje skalne: Lilienstein i Pfaffenstein oraz słynną twierdzę Königstein zajmującą całą wierzchowinę wzgórza Königstein (360 m n.p.m.).

Szwajcaria Saksońska

Słynny most Bastei widziany z jednego z pierwszych punktów widokowych.

Szwajcaria Saksońska

Natura i dzieło rąk ludzkich tworzą tu harmonijną całość.

Te skały mają ponad 100 m wysokości!

Szwajcaria Saksońska

Most stoi prawie 200 m powyżej poziomy przepływającej tuż obok Łaby.

Zwiedzanie w tłumie odbiera Bastei wiele uroku. Rozwiązanie = przyjechać tu wcześnie rano lub wieczorem. U nas pierwsza opcja odpada, jednak druga doskonale zdaje egzamin. Przyjeżdżamy na parking przed 18:30. Towarzyszą nam tylko nieliczni turyści Dodatkowy atut wybrania tej pory dnia to piękne światło – fotografie wyjdą dużo ładniej niż w południe. Na spokojne pospacerowanie po Bastei oraz odwiedzenie ruin twierdzy i okolicznych punków widokowych potrzeba ok. 2 godzin (ale można zaplanować też okrężny kilkugodzinny spacer). Samochód można zostawić na dużym płatnym parkingu, znajdującym się ok. 10 min drogi od Bastei.

Późne popołudnie to świetna pora na spacer po moście Bastei.

…chociaż część skał już pogrążyła się w wieczornym cieniu.

Kurort Rathen rozłożył się nad Łabą.

Łaba płynie prawie 200 m pod nami.

Most zamyka imponująca formacja skalna.

Z cyklu „prawie jak”… Dunajec w Pieninach!

Szwajcaria Saksońska

Twierdza Königstein majaczy na horyzoncie.

Będąc na moście Bastei, koniecznie trzeba odwiedzić pozostałości średniowiecznej twierdzy Neurathen (wstęp dodatkowo płatny, jednak wieczorem nie są już pobierane opłaty). Zwiedzanie jest niesamowicie atrakcyjne pod względem widokowym – to spacer po wierzchołkach strzelistych piaskowcowych skał, połączonych ze sobą mostkami. Z twierdzy nie zachowało się prawie nic, jednak odpowiednie tablice (również w języku polskim) informują o dawnym rozkładzie architektonicznym warowni.

Idziemy na spacer po pozostałościach twierdzy Neurathen.

Tutejsze kładki i schodki przypadły do gustu chłopakom.

Szwajcaria Saksońska

Mijamy kolejny punkt widokowy na most.

Szwajcaria Saksońska

Tamte kolosy też są niczego sobie.

Kolejna metalowa kładka.

A co tam jest? … Anioł!

A na co patrzy Grześ? Oczywiście na jadący w dole pociąg!

Szwajcaria Saksońska

Jeszcze tylko jedno spojrzenie z punktu widokowego na most i twierdzę.

Wszyscy nasi chłopcy są dziś wyjątkowo dzielnymi kompanami. Starsi chłopcy chętnie zajmują się fotografowaniem (do tego głownie służą im komórki na wyjazdach), dla Grześka bardziej atrakcyjne są schodki i kamyczki. O wejście do nosidła prosi dopiero po półtorej godziny spaceru (a przed południem całą trasę w labiryncie przeszedł na własnych nogach).

Tak dzisiejszą wycieczkę zapamiętał Sebuś. Polecamy namawianie dzieciaków do pisania dzienników podróży. Taka pamiątka jest bezcenna:)

Nasz czas (bez dojazdów): Labirynt: ok. 11.30-13.30; Bastei: 18:30-20:30

 

Szwajcaria Saksońska – prolog,

czyli jak tam dotarliśmy

Wyjeżdżając na wakacje z dziećmi dalej niż 1000 km (lub dłużej niż 10 godzin jazdy), zwykle planujemy nocleg po drodze. Gdy w przewodniku po Niemczech zobaczyliśmy zdjęcie słynnego mostu Bastei, od razu wiedzieliśmy, gdzie zatrzymamy się tym razem😉Zmobilizowaliśmy się do wygospodarowania dodatkowego pół dnia wolnego w pracy, dzięki czemu mamy dodatkowy cały dzień (piątek) na zwiedzanie!

3 sierpnia 2017, czwartek

Podróż do Schwarzwaldu, dzień 1.

R wraca z pracy o 12:00, M. finalizuje trwające od kilku dni pakowanie i ok. 14:00 wyjeżdżamy. Kierunek: Szwajcaria Saksońska!

Zatrzymujemy się na placu postojowym przy ekspresówce S8 ok. 30 km przed Wrocławiem. Najlepszą zabawką starszaków okazują się foliowe worki puszczane na wietrze. Świetnie się bawimy w „Baloniku nasz malutki” i „Idzie zuch, wicher dmucha”. Jak to czasem niewiele trzeba, żeby było fajnie.

Postój nr 1 na ekspresówce przed Wrocławiem

Kolejny postój robimy na stacji w Bolesławcu przy granicy polsko-niemieckiej (trzeba zjechać ok. kilometr z autostrady, ale jest dużo taniej). Jemy zapiekanki i hotdogi, siedząc na krawężniku przy samochodzie. Grzesiek pierwszy raz w życiu je hotdoga! Jednak trzylatek a dwulatek to zupełnie inna bajka.

Ekskluzywna kolacja przed granicą polsko-niemiecką

Po zjeździe z autostrady droga prowadzi przez tajemnicze wąwozy między porośniętymi lasem skalnymi ścianami. Przy zapadającym zmroku wszystko wydaje się bardzo tajemnicze. Przejeżdżamy przez Bad Schandau – główny ośrodek turystyczny Szwajcarii Saksońskiej. Baśniowa atmosfera sprawia, że pięknie podświetlony w nocy punkt widokowy na zboczu nad Łabą przypomina Sebusiowi rzecznego potwora. Na miejsce docieramy nie bez przygód, ale o tym za chwilę ;-).

Nasz przejazd: 14:00-22:00, 630 km

 

Nasza meta,

czyli nocleg z przygodami

Dwa noclegi zaplanowaliśmy spędzić w malutkim domku przy granicy z Czechami. Nasza Krysia (tak ochrzciliśmy głos w naszej nawigacji) prowadzi nas dzielnie aż do ostatniego miasteczka. W Reinhardtsdorf-Schöna każe nam skręcić w ślepą uliczkę. Dopiero po chwili znajdujemy właściwy skręt na naszą drogę. A ta ciągnie się i ciągnie. W końcu wyprowadza nas z miejscowości i wprowadza do lasu. O matko, gdzie my jedziemy? Stromą i wąziutką dróżką zjeżdżamy aż na dworzec kolejki podmiejskiej (S-Bahn). Zatrzymujemy się, patrzymy – widać numer 102, ale domku ze zdjęć ani śladu…

Jest już po 22:00, ciemno…Rzucamy się do komórek, żeby sprawdzić jeszcze raz adres. Na Airbnb stoi jak nic 102… Na szczęście w końcu znajdujemy też indywidualną stronę gospodarza ferienhaus-elisabeth.de i tam okazuje się, że to 102D. Ta jedna literka dodatkowo oznacza, że musimy zawrócić i podjechać kilkaset metrów z powrotem w górę. Tam już znajdujemy główny dom (zajęty przez innych gości) i nasz domek ukryty za nim. Szybko kłądziemy dzieci, sami zasypiamy po ogarnięciu niezbędnych rzeczy już po północy.

Reinhardtsdorf-Schöna, Bahnhofstrasse 102.

Jest całkiem przytulnie, wygodnie i czysto. Może poza łazienką (brak kabiny, woda z prysznica leci na całą podłogę). Ogólnie dobre wykorzystanie stosunkowo niewielkiej powierzchni. Grześ śpi w naszym łóżeczku turystycznym, chłopcy na dwóch „górnych” łóżkach, my pod nimi na rozkładanej kanapie.

Czar pryska o 7:30 rano. Z sąsiedniego większego domu do wynajęcia słychać każdy hałas, bo dzieli nas tylko ok. półtora metra – okna w okna. A po 8:00 zaczynają się naprawdę wielkie hałasy – ktoś wali w nasze ściany i sufit! No tak, w nocy zauważyliśmy rusztowania dookoła domku. Przez cały dzień trwa rozbiórka istniejącego dachu – nie do wiary – w NASZYM DOMKU! – hałas jest straszny, do tego tuż pod oknami spadają części dachu i plączą się wytatuowani fachmani z gołymi klatami. W sumie samo życie, ale gospodarz ani nie uprzedził nas przed przyjazdem, ani nie przeprosił w trakcie pobytu za utrudnienia. Natomiast nie omieszkał uprzedzić dwa dni temu, że za pościel trzeba zapłacić 10 euro za osobę… Szkoda gadać! Napiszemy odpowiednią opinię na Airbnb…

Remont dachu. O zgrozo! Na naszym domku!

Te niedogodności zepsuły ogólne wrażenie, bo sam domek był całkiem wygodny i (w porównaniu z innymi noclegami w okolicy) niedrogi – kosztował 104 euro za dwa noclegi (plus koszty pościeli). Z drugiej strony jednak – zostanie w naszej pamięci!