Konstancja – oceanarium Sea Life, starówka i kąpiel w Renie

Sami się nie spodziewaliśmy, że historyczne miejsce soboru w Konstancji może być tak atrakcyjne dla całej rodziny! Skrojone na potrzeby dzieci oceanarium Sea Life, starówka ze średniowiecznymi domami i arcyciekawą katedrą, a do tego kąpielisko w ogromnej, pięknej rzece, jaką jest Ren wypływający w Konstancji z Jeziora Bodeńskiego! Sześć godzin minęło jak jedna chwila!

Continue reading

Meersburg – średniowieczne miasteczko i zamek w śródziemnomorskiej scenerii

Tysiącletnie zamczysko z doskonale zachowanymi wnętrzami, położone tuż nad brzegiem Jeziora Bodeńskiego. Miasteczko z ciasnymi uliczkami i kolorowymi szachulcowymi domami. Dookoła winnice i piękna iście śródziemnomorska roślinność. Co to za miejsce, gdzie znajdziemy to wszystko? To Zamek Morza, czyli Meersburg!

5 sierpnia 2018 r., poniedziałek

Upał, skwar i pełne słońce

Meersburg – średniowieczne zamczysko nad Jeziorem Bodeńskim

Na tegorocznych wakacjach każdego dnia trasę wybiera inny nasz chłopak – z trzech sugerowanych przez nas do wyboru. Dziś wybierał Sebuś. Gdy usłyszał, że będziemy zwiedzali tajemnicze zamczysko, a na deser pójdziemy na superancką plażę nad Jeziorem Bodeńskim, nie miał wątpliwości, którą wycieczkę wybierze;-)

Winnice w okolicy Meersburga

Od czego zacząć – czyli parking, informacja i bilety

Z małymi problemami udaje nam się trafić na duży, zadaszony parking przy ulicy Stefen-Lochner-Strasse. Stąd mamy już tylko 5 minut do punktu informacji turystycznej – poza mapą Meersburga można też dostać tu ulotki z rejonu niemal całego Jeziora Bodeńskiego. My dodatkowo załatwiamy tu jeszcze jedną ważną sprawę – kupujemy Bodensee erlebniskarte – nie jest tania, ale w ramach niej mnóstwo atrakcji w okolicy Jeziora Bodeńskiego będziemy mieli gratis. Dzisiaj „oszczędziliśmy” w ten sposób na biletach do zamku (wejście dla rodziny kosztuje 12,80 euro).

Rodzinny spacer przez rynek na taras Nowego Zamku

Spacer przez Meersburg jest bardzo przyjemny – wąskie, pochyłe uliczki są wręcz idealnym plenerem leniwych, wakacyjnych spacerów. Nasz spacer oczywiście leniwy nie jest – Grzesiek jedzie na rowerku biegowym, a uliczki momentami mocno spadają w dół, więc hajda za Grzesiem, stop, uwaga! Potem znowu musimy podejść w górę, więc siły brakuje itp., itd… Ach, te rodzinne wakacje!

W miasteczku można spotkać wiele szachulcowych domów. W drodze do informacji turystycznej:)

Wiele ulic zamieniono w deptaki piesze.

Meersburg przez wiele lat posiadał status wolnego miasta.

Chowamy się w cieniu przed upałem.

Spacer do spokojnych nie należy, bo Grzesiek ciągle gdzieś odjeżdża na tup tupie.

Gdy zamkniemy oczy, możemy poczuć się tu jak wieki temu…

Z punktu informacji turystycznej idziemy na Marktplatz – serce dawnego Meersburga. Stąd warto jeszcze zajrzeć na taras Nowego Zamku (Neues Schloss)  – barokowego pałacu z różową fasadą, trochę przypominającego nam nasze Kurozwęki. Nie na pałac jednak zwracają się oczy wszystkich zwiedzających, ale to, co jest przed nim – przepyszny widok z pałacowego tarasu na Jezioro Bodeńskie, otoczone wianuszkiem miejscowości o iście śródziemnomorskiej atmosferze. Na podziwianie widoków mamy tu trochę czasu, bo Grześ co chwilę wsypuje sobie do butów małe kamyczki, a potem narzeka, że mu niewygodnie. Potem buty zdejmuje, kamyczki wypadają, a on znowu szura nogami i kamyczki z powrotem wpadają. Więc po raz kolejny siadamy i zdejmujemy buty. Ale reszta wycieczki może w tym czasie odsapnąć i cieszyć oczy naprawdę wspaniałymi widokami.

Barokowy Nowy Zamek (Neues Schloss)

Zamkowa kaplica

Meersburg z tarasu Nowego Zamku

Krótki postój na tarasie Nowego Zamku – czemu by nie!

Meersburg zamek

Stary Zamek

Meersburg zamek

Stary Zamek pięknie prezentuje się z tarasu widokowego Nowego Zamku

Zamek w Meersburgu

Stary Zamek – największa atrakcja turystyczna Meersburga – leży tuż obok Nowego Zamku. Koniecznie musicie zajrzeć do środka (bilety kupuje się w budynku położonym naprzeciwko wejścia do zamku; w ramach Bodensee erlebniskarte wstęp gratis, lub bodajże 12,80 euro bilet rodzinny), bo oglądanie zamku tylko z zewnątrz zupełnie mija się z celem – wygląda w sumie dość niepozornie. A tymczasem wnętrza – świetnie zachowane i niektóre naprawdę stareńkie – dają świetne wyobrażenie o tym, w jakich surowych warunkach żyli niegdyś mieszkańcy takich warowni.

Zamek zamieszkiwali niegdyś książęta biskupi. Nie wiadomo dokładnie, kiedy został ufundowany, ale jedna z najpopularniejszych wersji mówi, że już w VII wieku! Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że warownia pochodzi sprzed 1000 r. – w folderze informacji turystycznej czytamy, że to najstarszy zamieszkały zamek w Niemczech.

Meersburg zamek

Stary Zamek uchodzi za najstarszy zamieszkany zamek w Niemczech!

Zwiedzanie zamku

Spacer po zamkowych zakamarkach wszystkim nam bardzo się podoba. Można pooglądać i reprezentacyjne sale, i lochy, i zamkową łazienkę oraz latrynę, i kuchnię, a także bezdenną zamkową studnię. W komnatach zabytkowe wyposażenie, zbroje rycerskie. Z okien bajkowe (naprawdę bajkowe!) widoki na Jezioro Bodeńskie.

Zamek zwiedza się samemu, podążając za wytyczoną trasą zwiedzania – trzeba wypatrywać czerwonych strzałek (co bardzo podobało się Grzesiowi), ale zgubić się nie sposób. Pomieszczenia, przez które przechodzimy, są oznaczone kolejnymi numerkami i opisane w folderze informacyjnym. Warto kupić taką dodatkową mapkę zwiedzania – kosztuje tylko 1 euro, a jest bardzo przejrzysta (wersje po niemiecku, angielsku, francusku i rosyjsku dostępne w punkcie sprzedaży biletów). Dokładniejsze informacje znajdziecie na stronie internetowej zamku: www.burg.meersburg.de

Przy wejściu XV-wieczny krucyfiks.

Zachowane fragmenty fresków w bramie wejściowej.

Komnata renesansowa pochodzi z XVII w.

Najbardziej zaciekawiła nas zamkowa kuchnia.

Za oknami piękne widoki na Jezioro Bodeńskie.

Malowidła w komnacie z zamkową studnią.

Dziś studnia ma 28 m głębokości.

Z ciekawością przyglądamy się elementom wyposażenia z różnych epok.

Widoki na Jezioro Bodeńskie z zamkowych okien są obłędne!

Obserwujemy promy płynące z Meersburga do Konstancji.

Zamkową łazienkę odtworzono na podstawie starych rycin.

Na zamku zachowało się wiele malowideł naściennych.

Widok z pokoju niemieckiej pisarki, Annette von Droste-Hülshoff.

Hall rycerski.

Zamkowa kaplica z gotyckim ołtarzem i figurą św. Piotra.

Zaglądamy do lochów – tu wrzucano kiedyś niegrzeczne dzieci.

Grzesiu, żartowałam!

Zdjęcie makiety zamku ze sklepu z pamiątkami.

Ostatni rzut oka na Meersburg.

Jezioro Bodeńskie, kąpielisko Aquastadt  w Immenstadt

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na bardzo sympatycznym kąpielisku Aquastaadt  w miejscowości Immenstaadt (wstęp gratis w ramach karty Bodensee:)). Ogromna trawiasta plaża, wielgaśne kąpielisko z pływającymi wyspami kąpielowymi, na miejscu jest także kryty basen i brodzik dla dzieci. W pawilonie wejściowym gastronomia (wsuwamy naprawdę smaczną domową pizzę – nasz Google translator zachęca: „teraz domowa pizza z otwartą świeżością ciasto z podłogi cukierniczej” – nie mogliśmy się nie skusić;-) ). Woda w Jeziorze Bodeńskim jest cudownie ciepła, musicie tylko pamiętać, że wejście do wody jest kamieniste – nie ma złocistego piaseczku, znanego z naszych jezior, tylko kamienie, a dalej wodorosty  – w niektórych miejscach może przydać się obuwie kąpielowe. Takiego oczywiście nie mieliśmy – tj. mieliśmy, tylko niezabrane na wakacje zostało w domu;-) Wszyscy pluskamy się z największą przyjemnością. To taka wisienka na torcie naszej dzisiejszej wycieczki.

Plaża Aquastaadt w Immenstaadt.

Teren wydzielony do pływania jest ogromny.

Zaczynamy od pizzy, na głodniaka kąpie się źle!

MiR by Tymo:)

Görlitz – po drugiej stronie Nysy Łużyckiej

O tym, że granice bywają czymś najzupełniej sztucznym, świetnie można się przekonać, spacerując po mieście granicznym Görlitz-Zgorzelec. Do 1945 r. oba miasta stanowiły jeden organizm. Od kilkudziesięciu lat funkcjonują jako dwa miasta w dwóch państwach z granicą na Nysie Łużyckiej. Oba bardzo ciekawe turystycznie. Tym razem spacerujemy po części niemieckiej – Görlitz. To drugie pod względem wielkości miasto Saksonii zachowało rekordową ilość zabytków z różnych epok – aż 3,5 tysiąca (!) budynków figuruje w rejestrze zabytków. Miasto po prostu nie zostało zniszczone podczas II wojny światowej. Dzięki temu obecnie jest bardzo atrakcyjne turystycznie – można cieszyć się niezmienionym dawnym układem przestrzennym i przeplatanką stylów architektonicznych – od gotyku przez renesans i barok aż po modernizm.

Görlitz – niemiecka część miasta granicznego Görlitz-Zgorzelec

1 sierpnia 2018

Zapewne niewielu turystów wybierze Görlitz jako cel sam w sobie, ale miasto to świetnie może sprawdzić się jako turystyczny przerywnik w podróży – jeśli komuś akurat będzie po drodze ;-). My zajechaliśmy do Görlitz przy okazji podróży na nasze rodzinne wakacje do Frankonii i nad Jezioro Bodeńskie (pełna relacja z wycieczek po tym arcyciekawym regionie już wkrótce wyląduje na stronie!).

Mieliśmy wyjechać raniutko, skoczyło się jak zwykle – start około południa. Z rodzinnym pakowaniem nikt chyba jeszcze do końca nie wygrał;) Jazda autostradami – choć nużąca – mijała dość szybko. Zatrzymaliśmy się tylko raz w okolicach Wrocławia na obiad w sympatycznym (i już wcześniej sprawdzonym przez nas) barze Es8 i potem na dotankowanie jeszcze przed granicą.

Obsuwa z wyjazdem miała jednak swoje plusy – w Görlitz, gdzie zaplanowaliśmy turystyczny postój, stawiamy się późnym popołudniem. O tej porze nie jest już gorąco (a upał tego dnia był niemiłosierny) i światło jest lepsze do zdjęć, no i nawet za parking nie musimy płacić! Ha, takie z nas cwaniaki! Cały spacer po Görlitz zajmuje nam tylko nieco ponad godzinę. Wszyscy chętnie prostujemy nogi, a Grzesiek nawet jeździ trochę na rowerku biegowym.

Samochód zostawiamy zaraz za obwarowaniami dawnego miasta, tuż obok kościoła św. Piotra (po 18.00 parking bezpłatny). Stąd tylko kilka minut i jesteśmy na starym mieście, a i na plac zabaw blisko, ale to zostawiamy sobie na deser ;-).

Spacer po Görlitz

Sceneria spaceru jest wyjątkowo urokliwa – po renowacjach z ostatnich lat zabytki Görlitz prezentują się wyjątkowo wspaniale. Można się tylko domyślać, jak bogate było to miasto w minionych stuleciach – dobrobyt zawdzięczało handlem urzetem barwierskim – niepozorną, ale bardzo cenną rośliną z rodziny kapustowatych, z której pozyskiwano niegdyś niebieski barwnik indygo.

Pamiątką dawnych czasów jest magazyn rośliny barwierskiej (magazyn naturalii, dom urzetu) – jeden z najstarszych budynków miasta. Już w XIV w mieścił się tu browar, potem szkoła, drukarnia, w następnych latach dalej zmieniał swoje przeznaczenie. Od XVI w. funkcjonował jako miejski magazyn urzetu właśnie.

Najstarszy świecki budynek w Görlitz – dom urzetu.

Stare miasto w Görlitz

Zaczynamy od dokładniejszego przyjrzenia się okazałej sylwecie późnogotyckiego kościoła św. Piotra, funkcjonującego od XIV w. jako główny kościół miejski. Wyróżnikiem kościoła są jasne, neogotyckie wieże ze sztucznego kamienia, zbudowane w 1891 r. Naszą uwagę jednak bardziej niż wieże przyciąga piękny XIII-wieczny portal zachodni (pierwotnie romański, przebudowany w stylu późnogotyckim).

Kościół św.św. Piotra i Pawła od XV w. funkcjonował jako głowny kościół miejski.

Piękny portal zachodni.

Portal powstał na miejscu dawnego, romańskiego.

Został przebudowany na późnogotycki.

Neogotyckie wieże zostały dobudowane dopiero pod koniec XIX w.

Spod kościoła przechodzimy na Dolny Rynek. Po drodze mijamy piękny neorenesansowy budynek Nowego Ratusza z pocz. XX w. oraz oryginalną, starą wagę miejską z trzema renesansowymi piętrami.

Kierujemy się w stronę Dolnego Rynku.

Po drodze podziwiamy okazały Nowy Ratusz.

… i starą wagę miejską

Dolny Rynek – dawny plac handlowy – to prawdziwe serce Görlitz. Rozległy, otoczony ze wszystkich stron pięknymi kamienicami bogatych mieszczan. Na środku fontanna Neptuna, na wprost – dawny XIV-wieczny ratusz z wysoka wieżą. W okolicy mnóstwo knajpek i restauracji, w tym co najmniej kilka z polską kuchnią (pyzy, pierogi, łazanki…) – spokojnie można zaplanować tu obiad.

Görlitz

Dolny Rynek – Untermarkt – serce Görlitz.

Charakterystyczna wieża ratusza.

Każdego turystę interesuje zapewne co innego…

XVI-wieczne schody otaczają posąg Sprawiedliwości.

Po prawej herb Macieja Korwina, króla Węgier.

Rynek otaczają mieszczańskie kamienice z arkadami.

Kamienice wokół rynku po renowacji błyszczą.

Muzeum miejskie mieści się w pięknej barokowej kamienicy.

Inne kamienice też są bogato zdobione.

Uwagę zwracają nawet bramy!

Prosto z Dolnego Rynku idziemy na Górny Rynek (Obermarkt) – znacznie mniej reprezentacyjny, ale również sympatyczny. Na Górnym Rynku wyróżnia się kościół pw. Świętej Trójcy – dawny XIII-wieczny kościół zakonny, przebudowywany w kolejnych trzech stuleciach. Tu kończymy nasz spacer. Choć właściwie jeszcze nie do końca.

Z Dolnego Rynku przeszliśmy na Górny Rynek.

Görlitz

Oba rynki są połączone deptakiem.

Wzrok przyciąga smukła wieża kościoła Trójcy Świętej.

Sebuś nawiązuje nowe znajomości.

Ostatni rzut oka na mieszczańskie kamieniczki i wieże kościoła św.św. Piotra i Pawła.

Nad brzegiem Nysy Łużyckiej

Na zakończenie idziemy w miejsce równie atrakcyjne, choć z zupełnie innych powodów;-) – na pomysłowy plac zabaw przy brzegu Nysy Łużyckiej. Chłopaki szaleją na zjeżdżalniach, zaaranżowanych na średniowieczne zamczysko, a my patrzymy na malowniczą panoramę polskiego Zgorzelca tuż za rzeką.

Ostatni punkt programu podczas wizyty w Görlitz.

Takiej huśtawki jeszcze nie widzieliśmy. Głaz na linie – buja się że hej!

Spacer wzdłuż granicznej Nysy Łużyckiej spodoba się każdemu.

Jedno miasto, dwa państwa… Dziwnie się czasem historia toczy…

Po zrealizowaniu takiego planu do samochodu zadowoleni wsiadamy wszyscy – i my, i dzieci. Bardzo dobrze zrobił nam taki postój po kilku godzinach monotonnej jazdy samochodem. Teraz jeszcze dwie i pół godziny i powinniśmy stawić się na naszej mecie we Frankonii ( i rzeczywiście, o 21.30 byliśmy na miejscu, po 9 godzinach od wyruszenia z domu i przejechaniu 815 km).

Görlitz  to świetny cel turystycznego spaceru, nawet z dziećmi. Starówka nie jest rozległa – właściwie wszystkie najciekawsze zabytki skupiają się wokół dwóch placów. Na małych turystów czekają pomysłowo zaaranżowane place zabaw (w okolicy starówki widzieliśmy co najmniej dwa – oba drewniane, „średniowieczne”). Całej rodzinie na pewno spodoba się spacer malowniczym brzegiem granicznej Nysy Łużyckiej – polski Zgorzelec widać stąd jak na dłoni!

Lewocza – oddech dawnego Spisza

Lewocza to jeden z najważniejszych punktów na turystycznej mapie Spisza – w 2009 r cały lewocki zespół staromiejski został wpisany na listę Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niegdyś kwitnące miasto handlowe, dziś senna i niewielka, wtulona w Góry Lewockie, kusi wspaniałymi pamiątkami historii.

Kiedy w Tatrach pada – Lewocza czeka!

18 lipca 2018, środa

Calusieńki dzień to pada, to kropi, to leje…

Gdy usiądziecie w kościele Jakuba i zapatrzycie się na średniowieczne malowidła ścienne i późnogotykie ołtarze Mistrza Pawła, odniesiecie wrażenie, że przenieśliście się o kilka wieków wstecz… Lewoczę warto odwiedzić przy okazji wizyty w Tatrach czy Słowackim Raju, ale oczywiście jest też godna polecenia jako cel sam w sobie – dla wszystkich turystów lubiących szukać pamiątek przeszłości w pamiętających zamierzchłe czasy zespołach staromiejskich.

Od rana budzi nas szumiący za oknem deszcz. Momentami leje tak bardzo, że M. jeszcze w półśnie, po górskich wrażeniach z ostatnich dni ma wrażenie, że budzi ją szum górskiego potoku. No niestety rzeczywistość jest bardziej prozaiczna. Żaden tam potok, tylko ordynarna ulewa. Pogoda nie pozwala na żadne wyjście w góry, nawet do Słowackiego Raju, a co tu dopiero mówić o Tatrach.

W takich okolicznościach przyrody z trybu góry przestawiamy się na plan zwiedzanie. Nie jest to oczywiście zła opcja – pograniczny Spisz obfituje w zabytki wielkiej klasy, a takie turystyczne pokornikowanie zawsze sprawia nam ogromną przyjemność.

Dziś wybieramy jedno z najcenniejszych miast Spisza – Lewoczę. To niewielkie miasteczko, nazywane  „spiską Norymbergą”, kryje w sobie zabytki o co najmniej europejskiej randze. Bez dzieciaków znacznie łatwiej oddać się przyjemności niespiesznego zwiedzania – jedziemy!

Samochód można zaparkować na płatnych miejscach postojowych dookoła rynku. To oczywiście dość wygodne, ale irytuje nas widok samochodów w sercach turystycznych miejsc – takich jak Lewocza. Nawet najstarszy i najpiękniejszy zabytek straci wiele uroku, jeśli otoczony jest wianuszkiem zupełnie współczesnych parkujących aut. No dobra, już nie narzekamy.

Centralne miejsce na rynku zajmuje ratusz z przyciągającymi wzrok arkadami. Budynek sięga korzeniami XV w. (wieża – dzwonnica miejska została dobudowana 200 lat później). Obecnie mieści się w nim oddział Muzeum Spiskiego. Przemykamy się pod arkady, bo deszcz jak na złość przestać padać nie chce. Jak na głowę nie kapie, człowiek ma znacznie większą ochotę, by porozglądać się dookoła.

Ratusz w Lewoczy (XV-XVII w.)

Freski ponad ratuszowymi arkadami.

Tuż przy ratuszu odnajdujemy opisywaną  w przewodnikach klatkę hańby, datowaną na XVI stulecie. Mimo że jako żywo przypomina nam dawne klatki dla …zwierząt, stosowane w ogrodach zoologicznych kilkadziesiąt lat temu (jedną taką, pamiętającą jeszcze lata 50. można oglądać – jako eksponat oczywiście;) – w płockim zoo),  nazwa „klatka hańby” podpowiada, że ta akurat konstrukcja służyła kiedyś do zupełnie czegoś innego. Można było w niej oglądać skazanych opryszków  oraz …kobiety podejrzane o niemoralne prowadzenie się. Dziś na szczęście stała pusta 😉 – co za ulga!

Tuż obok ratusza stoi jeszcze… wielki poradziecki obelisk! Historia obeszła się z nim łaskawie chyba dlatego, że nie stoi na zbyt poczesnym miejscu…

Obok ratusza stoi XVI-wieczna klatka hańby.

Nieopodal ratusza stoi też obelisk na cześć Armii Radzieckiej…

Zapachniało minioną epoką.

Spod ratusza kierujemy się do najcenniejszego zabytku Lewoczy – XIV-wiecznego kościoła św. Jakuba. Niezajrzenie do środka i niezobaczenie gotyckich ołtarzy Mistrza Pawła byłoby turystycznym grzechem ciężkim!

Lewocza

Tuż obok ratusza stoi XIV-wieczny Kościół Św. Jakuba.

Bryła kościoła nie jest czysto gotycka.

Kościół – jak to często na Słowacji się zdarza – zastajemy zamknięty. Z kartki na drzwiach dowiadujemy się jednak, że zwiedzanie możliwe jest co pół godziny – trzeba wcześniej kupić bilet (3 euro/dorosły) w kasie znajdującej się naprzeciwko wejścia do świątyni. Tak też robimy, ciesząc się, że tym razem podróżujemy bez dzieci, bo tu organizacja zwiedzania jest niezbyt wygodna dla rodzin – ale jeśli nie towarzyszy nam energiczny czterolatek z doborowymi braćmi, poczekanie na odpowiednią godzinę czy wysłuchanie półgodzinnej prelekcji pani przewodnik nie stanowi dla nas żadnego problemu 😉

Przez kratę podglądamy wnętrze północnej kruchty…

Gotycki portal z 1380 r. w kruchcie północnej.

Fresk na ścianie kruchty północnej.

O 12.00 wreszcie kościół opuszcza poprzednia grupa turystów i możemy wejść do środka. Zwiedzanie trwa 30 min i odbywa się w grupach z przewodnikiem, który oprowadza w języku słowackim (można też trafić na równoległą grupę angielską).

Pierwsze, co uderza nas po wejściu do świątyni to jej rozmiar – ale w końcu kościół św. Jakuba to druga pod względem wielkości (po katedrze w Koszycach, którą również już mieliśmy okazję oglądać) gotycka świątynia na Słowacji. Po pierwszym wrażeniu przychodzi pora na dokładniejsze przyjrzenie się wnętrzu świątyni.

Z każdą minutą nasz zachwyt rośnie. 11 późnogotyckich ołtarzy, w tym ten główny, największy późnogotycki ołtarz na świecie. Nastawa ołtarzowa autorstwa Mistrza Pawła z Lewoczy wystrzela 18 m w górę. Po zeszłorocznej renowacji lśni subtelnym złotem i wywiera chyba na wszystkich zwiedzających ogromne wrażenie. Figury Madonny oraz świętych Jakuba i Jana są rozmiarem znacznie większe od postaci ludzkiej.

Ołtarz św. Jakuba autorstwa Mistrza Pawła z Lewoczy jest największą zachowaną gotycką nastawą ołtarzową na świecie!

Po lewej stronie ołtarza odnajdujemy kamienne sakramentarium z XV w formie strzelistej wieży na planie gwiazdy – przechowywano tu niegdyś Najświętszy Sakrament. Na ścianie północnej nawy wzrok przyciągają średniowieczne malowidła ścienne, w tym moralizatorski cykl Siedem skutków grzechu i Siedem skutków miłosierdzia.

W nawie głównej dumnie prezentują się przepiękne stalle – pani przewodnik opowiadała, że to właśnie dla nich niektórzy specjalnie odwiedzali tę świątynię. Niestety, nie mamy pełnej fotorelacji ze zwiedzania świątyni – w środku nie można robić zdjęć. Najlepiej zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Po zwiedzeniu kościoła jeszcze chwilę przyglądamy się barwnym kamienicom przy rynku. Lewocza kiedyś kwitła handlem (m.in. handlowano winem z Polską właśnie!), więc wiele rodów kupieckich (np. rodzina Thurzonów) doszło do wielkich majątków. Do dziś zachowało się wiele patrycjuszowskich domów. Nam szczególnie spodobały się dwie kamienice : pokryty pięknymi (choć bardzo zniszczonymi) malowidłami późnogotycki Dom Krupków oraz – po przeciwnej stronie rynku – dom Thurzonów odzobiony attyką i neorenesansowym sgraffitem. Warto też odszukać kamienicę, w której znajdowała się niegdyś pracownia Mistrza Pawła z Lewoczy – średniowiecznego rzeźbiarza, ucznia Wita Stwosza, autora wielu dzieł zdobiących spiskie (i nie tylko spiskie) kościoły.

Późnogotycki Dom Krupków z malowidłami z XVI w.

Wyjątkowe malowidła wymagają odświeżenia…

Podobnie jak arkadowy dziedziniec sąsiedniego domu Máriássych.

Dom Hainów z renesansowym portalem z 1530 r. mieści Muzeum Spiskie.

Renesansowy dom Turzonów we wschodniej pierzei placu Mistrza Pawła.

Dom Mistrza Pawła, obecnie muzeum poświęcone artyście.

W perspektywie jednej z uliczek widać Górę Maryjną.

Nadal pada, więc postanawiamy schować się gdzieś do środka. Tuz przy informacji turystycznej odnajdujemy niewielką pizzerię w klimatycznej dawnej kamienicy. Dość smacznie, w rozsądnej cenie, najedliśmy się, możemy ruszać dalej. Pada? Oczywiście że tak. Pogoda dziś, widać, nie liczy się zupełnie z naszymi planami. No cóż, parasole nad głowę i niech sobie pada, skoro już musi 😉

Wizytę w Lewoczy kończymy spacerem wokół murów miejskich. Do dzisiejszych czasów przetrwały się znaczne fragmenty średniowiecznych murów – idąc wzdłuż nich, można obejść całą starówkę. Niegdyś w murach tkwiło kilkanaście baszt, do dzisiejszych czasów zachowały się tylko trzy. Mieliśmy nieodparte wrażenie, że w ścianach domów – szczególnie tych wybudowanych tuż przy murach – można rozpoznać ten sam budulec, z którego wybudowano baszty i mury… – obyśmy się mylili. O ile ścisłe okolice rynku są zadbane, a elewacje kamienic mienią się kolorami, o tyle tu widać dużo zrujnowanych budynków – nawet tych zabytkowych. Oby udało się uratować choć niektóre z nich…  Kibicujemy gorąco Spiszowi – jak zresztą całej naszej części Europy – aby potrafił wykorzystać te atuty, które ma i dalej rozwijał się turystycznie!

Ulicą Hermana schodzimy do murów miejskich.

Na końcu ulicy zachowana Brama Menhardzka.

Spacer wzdłuż murów uprzykrza nam deszcz.

Zachowane fragmenty murów są imponujące.

Przez Bramę Koszycką wjechaliśmy wcześniej na lewocką starówkę.

Podczas spaceru można zobaczyć takie kwiatki…

Tuż obok placu Mistrza Pawła stoi taki piękny a zaniedbany budynek.

Stary kościół minorytów z XIV w.

Gotycki kościół minorytów mieści się na południowym krańcu ulicy Kláštorskiej

Teren na tyłach murów miejskich w pobliżu dawnych budynków klasztornych były jeszcze niedawno zagospodarowane rekreacyjnie.

Zza murów ciekawie wygląda budynek lowockiego gimnazjum.

Wielkim zabytkom towarzyszą takie zapomniane zaułki.

Lewocza

Bardzo podoba nam się gotycka stylistyka lewockich koszy na śmieci.

Przed ratuszem artysta właśnie rzeźbi w drewnie.

Lewocza

Lewocza niewątpliwie zostanie w naszych wspomnieniach

Wieczorem, już po powrocie z Lewoczy, chcieliśmy jeszcze uciąć sobie mały sentymentalny spacer po Smokowcach (kiedyś, jeszcze bez dzieci, mieszkaliśmy w Dolnym Smokowcu przez tydzień bardzo śnieżnej tatrzańskiej zimy). Deszcz jednak nie odpuszczał. No trudno, ostatni tom Diuny Herberta to godny zastępca spacerowego planu!

Hallstatt – wizytówka Austrii

Jeśli chcielibyśmy zdefiniować idealną atrakcję turystyczną, to Hallstatt spełniłoby chyba wszystkie kryteria takiej atrakcji. Piękne położenie, ciekawe zabytki, niezwykła i tajemnicza historia, a do tego najstarsza na świecie kopalnia soli. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że najpiękniejsze jest to, co różnorodne, tak jak tutejszy widok – skaliste, teraz ośnieżone góry, wody jeziora, w których przegląda się przeurocze miasteczko przyklejone do stromego nabrzeża, stare zabytki i tajemnice sprzed wieków. Hallstatt to wizytówka Austrii. Cały rejon został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Continue reading

Skansen Ziemi Salzburskiej i Hallein – kolebka „Cichej nocy”

Skansen Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum)

Widzieliście kiedyś doskonale zachowane drewniane chałupy z ponad 500-letnią historią? Jeśli nie, koniecznie musicie odwiedzić Skansen Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum). Zobaczenie na własne oczy tak starych drewnianych domów wywarło na nas ogromne wrażenie. Skansen jest położony w Großgmain, na południowy zachód od Salzburga. Na 50 hektarach powierzchni zgromadzono około 100 doskonale zachowanych drewnianych budynków – najstarsze obiekty pochodzą nawet z pierwszej połowy XV wieku! Continue reading

Salzburg, twierdza Hohensalzburg

Twierdza Hohensalzburg

Jak głosi legenda, w VII w. św. Rupert, uznawany za założyciela miasta, miał uderzyć laską pasterską w salzburskie skały i spowodować wypłynięcie z nich słonej wody, w ten sposób odkrywając bogate złoża solne. Salzburg – miasto soli, pięknie położone na przełomie uroczej alpejskiej rzeki Salzach, jest głównie znany jako miasto Mozarta. Piękno zabytkowego centrum, z wpisaną na listę UNESCO starówką, wabi tu każdego roku tysiące turystów. To jedno z najpiękniejszych miast, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Dokładniej zwiedzaliśmy je podczas wakacji 2017 r. we dwoje (opis i bogata fotorelacja tutaj – zobaczcie, jaki Salzburg jest piękny latem!), dziś – z dziećmi – ograniczyliśmy się od odwiedzenia twierdzy Hohensalzburg. Robi wrażenie!

28 grudnia 2017, czwartek

Od rana pada śnieg, ok. zera stopni

Zwiedzenie twierdzy to świetny pomysł dla wszystkich, którzy dysponują niewielką ilością czasu na wizytę w Salzburgu – to taki „Salzburg w pigułce” – poza odwiedzeniem bardzo ciekawej warowni będziemy mieli też okazję podziwiania zachwycającej panoramy miasta z kilku punktów widokowych. Szczerze polecamy taki plan wszystkim zwiedzającym Salzburg z dziećmi – najmłodsi zazwyczaj nie gustują w oglądaniu kościołów, a w twierdzy atrakcji będzie co niemiara. Wspaniałym zwieńczeniem rodzinnej wizyty w Salzburgu będzie przechadzka promenadą wzdłuż rzeki Salzach i spacer po pięknych ukwieconych ogrodach Mirabell – no, ale one mają urok głownie w ciepłych porach roku.

Twierdza została zbudowana przez książąt-arcybiskupów na dolomitowym szczycie Góry Mniszej (Mönchsberg). Góruje 120 m nad lustrem rzeki Salzach, a widok z góry na miasto jest naprawdę przepiękny. Budowa zaczęła się w XI w, ale w kolejnych stuleciach warownia była rozbudowywana. Wzmacniano jej walory obronne, jednocześnie przekształcając ją w wygodną rezydencję dla arcybiskupów.

Do zamku można dostać się na dwa sposoby – albo podejść pieszo (ok. kilkunastu minut z placu katedralnego), albo wybrać przejażdżkę kolejką linowo-terenową (bilety obejmują również zwiedzanie zamku, 26 euro – bilet rodzinny). Wybraliśmy tę drugą opcję ze względu na jej większą atrakcyjność dla dzieci i mocno niezachęcającą pogodę.

Na górę można dostać się pieszo lub wjechać kolejką (widoczna z prawej strony).

Dziś wybieramy kolejkę linowo-terenową.

Na górze zadziwia nas rozległość całego założenia – przedmurze zamku tworzy niemal całe małe miasteczko. Najeżony flankami zamek o wybitnie obronnym położeniu prezentuje się naprawdę imponująco. Największe wrażenie wywierają na nas jednak przepiękne widoki na stary Salzburg, wtulony między wzgórza i przecięty zakręcającą tu rzeką Salzach. Z góry doskonale widać mnogość zabytkowych kościołów, a jest ich w Salzburgu naprawdę wiele.

Z góry można podziwiać strategiczne położenie warowni.

Przedmurze przypomina małe miasteczko.

Rozmach całości bardzo nas zaskoczył.

Z prześwitów wygląda kaplica św. Grzegorza.

Widok na górny zamek.

Na wysuniętym fragmencie bastionu znajdziemy fantastyczny taras widokowy.

My podziwiamy raczej groźne osadzenie zamku na skale.

Widoki na Salzburg są naprawdę zachwycające. Na pierwszym planie katedra.

Teraz dobrze widać kościół św. Piotra i kościół franciszkański.

Widok zachwyci nawet młodszych turystów.

Sprawdzamy, czy w zamkowej studni mieszka echo.

Pomnik księcia biskupa Leonharda von Keutschach, XVI w.

Kaplica św. Grzegorza

Zaglądamy do wnętrza kaplicy.

Sądząc po monetach, wiele osób chciało tu wrócić w przyszłości:)

Zamek miał pełnić funkcje i obronne, i rezydencyjne.

Kolejka do muzeum zamkowego. Oj, chyba nie będziemy stali…

Stare armaty nadal wycelowane są w stronę miasta.

Dziś pełnią funkcję głównie pleneru turystycznego.

Szczyt sezonu turystycznego robi swoje – zwiedzamy zamek w tłumie innych turystów. Kolejka do wejścia do Muzeum Zamkowego jest tak długa, że w końcu rezygnujemy, poprzestając tylko na spacerze po warowni. Na pewno warto jednak zwiedzić zamkowe komnaty – szczególnie nam szkoda, że nie udało się zobaczyć Złotej Izby ze słynnym gotyckim (!) piecem kaflowym.

Salzburska twierdza nigdy w swojej 900-letniej historii nie została zdobyta.

Herb Salzburga

Bez problemu dostajemy się za to na ekspozycję marionetek, urządzoną w jednej z zamkowych sal – w Salzburgu odbywały się niegdyś słynne przedstawienia kukiełkowe. Chłopcom bardzo się podobało, mogli też spróbować swoich sił w ożywianiu szmacianych aktorów.

Za zamku mieści się muzeum marionetek.

Można tu oglądać zabytkowe lalki z Teatru Marionetek w Salzburgu.

… i samemu spróbować swoich sił w tym fachu – a proste to nie jest!

Scena powrotu Mozarta do Salzburga

Stanowiska interaktywne – kto uwolni biskupa? Mamy już dwóch chętnych.

Poznajemy tajniki pracy lalkarza.

Dawny plakat zapraszający na przedstawienie marionetkowe.

Po odwiedzeniu zamku obieramy kurs na sprawdzoną podczas naszej poprzedniej wizyty w Salzburgu włoską knajpkę Trattoria Domani niedaleko Kajetanerplatz. Nie jest tu może najtaniej, ale objadamy się jak bąki – nie wiemy, czy podczas tego wyjazdu jeszcze pozwolimy sobie na taką rozpustę😊

Ostatni punkt programu to zakup pysznych czekoladek Mozartkugeln – to nadziewane m.in. nadzieniem pistacjowym czekoladowe kulki z charakterystycznym wizerunkiem Mozarta. Ostatnio zagapiliśmy się i nie kupiliśmy ich w Salzburgu, musieliśmy na nie polować w innych miejscach w Austrii. Receptura czekoladek jest niezmienna od 1890 r. Są naprawdę przepyszne – rozkochają w sobie każdego łasucha😊

Spacer po Salzburgu warto zakończyć przechadzką nad rzeką Salzach

Czekoladki Mozartkugeln – najlepsza pamiątka z Salzburga!

Szczególna pochwała należy się dzisiaj Grzesiowi, bo przeszedł na własnych nóżkach ponad cztery kilometry, w ogóle nie narzekając, i z grubsza nie utrudniał nam oglądania salzburskiej twierdzy. Nie wzięliśmy ze sobą nosidła, bo pierwotny plan zakładał wizytę w podsalzburskim skansenie. Po drodze jednak prószący śnieg zamienił się w siąpiący deszcz, wymuszając zmianę planów. Mamy nadzieję, że na skansen trafi nam się lepsza pogoda 😉.

Z biegiem dnia śniezy coraz bardziej…

Przepraszamy się z łańcuchami…

Wieczorne szaleństwa na śniegu

Jeden już znokautowany w bitwie na śnieżki

Jak widać, trup ściele się gęsto:)

Enns – najstarsze miasto w Austrii

Enns – najstarsze miasto w Austrii – idealne na przystanek w podróży

To niewielkie miasteczko w Górnej Austrii ma wielowiekową historię – jest uznawane za najstarsze miasto kraju. Już starożytni Rzymianie założyli tu obóz wojskowy, a samo miasto było stolicą rzymskiej prowincji Lauriacum. Pozostałości z tego okresu nie dotrwały do naszych czasów, ale możemy cieszyć się nieco starszymi zabytkami. Gotycko-renesansowe domy mieszczańskie są naprawdę bardzo piękne. Enns ma również dwie średniowieczne świątynie – kościół parafialny  (St. Marien) i bazylikę św. Wawrzyńca. Prawdziwą wizytówką miasta jest jednak XVI-wieczna wieża – dzwonnica miejsca – można wspiąć się po stromych schodach na samą górę i z lotu ptaka podziwiać panoramę miasteczka.

Do Enns zaglądamy przy okazji wyjazdu zimowego w Alpy Salzburskie – to świetne miejsce na przystanek w podróży – prawie nie trzeba zbaczać z drogi, a jego kameralna atmosfera nie czyni go uciążliwym do zwiedzenia z dziećmi.  

26 grudnia 2017, wtorek

Gdy przyjeżdżamy, robi się już ciemno i czas nas goni, ograniczamy więc spacer do odwiedzenia serca miasta. Kierujemy się prosto do najbardziej znanej budowli Enns – 60-metrowej spektakularnej wieży-dzwonnicy miejskiej. Wieża została wybudowana w poł. XVI w. Kto pokona 167 stromych stopni, może się cieszyć piękną panoramą miasta. My tego dziś nie sprawdziliśmy na własnej skórze – na górę co prawda wdrapaliśmy się, i to wszyscy (brawo dla Grześka! – schody strome, ale czterolatek powinien sobie poradzić – oczywiście z odpowiednią asystą😊), ale przejrzystość powietrza była dziś bardzo kiepska.

Nawet jednak bez widoków z lotu ptaka odwiedzenie dzwonnicy jest bardzo ciekawe. Kto zajrzy do środka, może obejrzeć z bliska wielkie dzwony miejskie (nadal działają! – specjalna lampka zapala się 2 min przed dzwonieniem – ze względu na hałas zwiedzający nie mogą wtedy przebywać w pobliżu). Po drodze na górę mija się też dawne mieszkanie dzwonnika-obserwatora, który jeszcze 100 lat temu z góry obserwował okolicę, wypatrując sygnałów zagrożeń i pożarów. Jeśli ktoś chce się poczuć jak w dawnych czasach, może tu zamieszkać nawet dzisiaj – w dawnym mieszkaniu dzwonnika urządzono gustowny apartament (www.turmhotel.at) z charakterystycznym kwadratowym łożem pośrodku – to gość decyduje, w którą stronę chce spać, a pod stopami ma całe Enns.

Wieża miejska to symbol Enns i jej potężna bryła dominuje w panoramie.

Ogrom konstrukcji sprawia, że w głowie się kręci!

Zaczynamy więc od obowiązkowej wspinaczki po 167 stopniach.

Po drodze są wzloty i upadki.

Są też ostre zakręty.

Podziwiamy nadal pracujący mechanizm zegarowy.

Po kilkunastu minutach meldujemy się na punkcie widokowym.

Może to stara płyta nagrobna? Kamienne płyty na galeryjce zwracają naszą uwagę.

Podziwianie widoków utrudnia gęstniejąca mgła.

Z tej perspektywy kamienice wydają się małe jak makiety.

Pora schodzić.

Poza zegarem podziwiać można też piękne dzwony.

Schody zachowano praktycznie w oryginalnym kształcie.

Nie samą wieżą Enns stoi

W miasteczku bardzo dobrze zachowały się też średniowieczne mury i fortyfikacje miejskie. Po obejrzeniu dzwonnicy idziemy w kierunku jednej z zachowanych wież – Wieży Kobiet. Na piętrze budowli znajduje się kaplica rycerzy św. Jana z zachowanymi średniowiecznymi freskami – niestety, dziś była zamknięta, więc musieliśmy obejść się smakiem. Wracając do samochodu, zaglądamy jeszcze na teren zamku Enns (Schloss Ennsegg). Stara warownia została wzniesiona w okolicach już ok. 900 r., w XVI w. zbudowano jednak nowy zamek. Z uwagi na ograniczenia czasowe nie zwiedzaliśmy wnętrz zamku.

Urocze kamieniczki przy rynku.

XIV-wieczna Wieża Kobiet z zajmującą górny poziom kaplicą to jeden z najciekawszych elementów zachowanych średniowiecznych fortyfikacji.

Zamek Ennsegg – spojrzenie zza murów.

Dziedziniec zamku Ennsegg.

Punkt widokowy na murach miejskich po wschodniej stronie miasteczka.

Sielskie miasteczko spowija dzisiaj romantyczna mgła.

Wizytę w Enns kończymy obiadem. W drugi dzień świąt w małym miasteczku nie możemy wybierać-przebierać w lokalach gastronomicznych. Lądujemy w kebabo-pizzerii. Toalety brak, ale jedzenie jest niezłe.

Gdy zapada zmrok, w Enns robi się jeszcze piękniej.

Wieczorem cały rynek jest pięknie oświetlony.

Wszyscy chętnie zjadamy coś ciepłego przed dalszą drogą.

***

A teraz: jak to było z tą drogą?

Do Enns zajechaliśmy podczas samochodowej rodzinnej podróży w Alpy Salzburskie. Wyjechaliśmy z Warszawy dzień wcześniej. Do popołudnia jeszcze świętowaliśmy  – zjedliśmy świąteczny obiad u Babci i Dziadka itp. Ruszyliśmy dopiero po południu, po drzemce Grzesia. Prawdę mówiąc, nie wyrobilibyśmy się chyba wcześniej – pakujemy się na ostatnią chwilę mimo solennych postanowień, że tym razem zaczniemy wcześniej i nie będziemy się spieszyć – taaak, obiecanki cacanki, a wychodzi jak zawsze…

Sprawy nie ułatwiają różne kłody pod nogami. Sebuś zaczyna świąteczny weekend temperaturą 39 stopni, więc jedzie na antybiotyku. Angina to zdecydowanie nie było to, czego w tym momencie potrzebowaliśmy (reszta rodziny kicha i prycha, funkcjonując w pakiecie z jakimś paskudnym wirusem). Potem R. męczy się kilka godzin z zamocowaniem relingów na dachu. No, w końcu udaje nam się jakoś ogarnąć i wpakować niezliczoną ilość bambetli do bagażnika. O 16:30 ruszamy na naszą zimową przygodę z zamiarem zatrzymania się na nocleg w Bohuminie – tuż za granicą z Czechami.

Warszawa-Bohumin

Jedzie się bezproblemowo, choć zasadniczo nie lubimy jeździć po ciemku, zwłaszcza jak samochód jest zapakowany po dach i przez tylną szybę niewiele widać. Dwa postoje „technologiczne” na stacji, potem dwa przystanki przed granicą w ramach polowania na winiety – niestety, w pierwszy dzień świąt nawet punkty „Kantor Winiety 24 h” są zamknięte. Wreszcie udaje nam się kupić winiety na stacji tuż przed granicą. O 21 jesteśmy już w Czechach.

16:30-21:15, ok. 400 km

Nocleg w Bohuminie

Bohumin to niewielka miejscowość tuż za polską granicą. Penzion  „U staré pekárny” jest bardzo dobrym miejscem na nocleg po drodze. Za rozsądną cenę mamy gigantyczny trzypokojowy apartament w 100-letniej kamienicy. Na miejscu można też wykupić śniadania w cenie 3 euro/os. Warto. Jedyny zarzut, jaki możemy mieć, jest taki, że w naszym apartamencie było zimno – gospodarze musieli włączyć ogrzewanie tuż przed naszym przyjazdem, więc ciepło zrobiło się dopiero nad ranem. Następnym razem poprosimy ich, żeby odkręcili grzejniki nieco wcześniej – wtedy będzie bez zastrzeżeń. Dobry stosunek cena-jakość, polecamy.

Bohumin – nocujemy w ponadstuletniej kamienicy

Bohumin-Enns

Po śniadaniu i porannym ogarnięciu udaje nam się opuścić Bohumin nieco przed 10:00. Szału nie ma, ale jakoś nie mieliśmy wielkiej ochoty na wcześniejszą pobudkę w świąteczny dzień. Drogi nie są tak puste jak wczoraj, ale na warunki jazdy narzekać nie możemy. Zatrzymujemy się na postój na bocznej polnej drodze gdzieś w Czechach. Tak wypoczywa się dużo lepiej niż na „odpoczywalniach” przyautostradowych, które wszystkie wyglądają tak samo i gdzie kości można rozruszać tylko na trasie samochód-toaleta. Z wielką przyjemnością ucinamy sobie spacer 10 minut w jedną, 10 w drugą stronę, przekąszając kanapki, popijając herbatę z termosu i błocąc sobie buty😊

Postój na czeskim pustkowiu

Nareszcie można rozprostować nogi – dużo lepiej niż na stacji benzynowej!

Drugi postój udaje nam się spędzić w sposób dużo bardziej turystyczny – zajeżdżamy do austriackiego Enns.

Enns-Abtenau

Ostatnia część podróży mija bezproblemowo, choć jazda po ciemku i bez dobrej widoczności w tylnym lusterku (bagaże, bagaże, bagaże…) oczywiście do przyjemności nie należy. Na miejscu stawiamy się ok. 19.30, po dwóch godzinach od opuszczenia Enns i 9,5 godz. od wejścia do samochodu w Czechach (samej jazdy nieco ponad 6 godzin). Od jutra przygodę w Alpach Salzburskich czas zacząć!

Alpy Salzburskie zimą

Alpy Salzburskie –  świetny pomysł na rodzinne ferie

Chcecie wyjechać z dzieciakami  na narty w Alpy, ale nie wiecie, od czego zacząć? Polecamy Alpy Salzburskie. Stosunkowo niedaleko, niedrogo, a  bardzo atrakcyjnie. Głównym ośrodkiem narciarskim w okolicy jest Dachstein West. Nie należy on może do najbardziej znanych kompleksów narciarskich w Alpach, ale jest przyjazny dla rodzin. Jest oczywiście dużo większy niż znane nam polskie ośrodki, ale ma ludzki rozmiar – jego skalę można ogarnąć – w sam raz na pierwszy raz. Dachstein West jest otoczony wianuszkiem mniejszych satelitarnych ośrodków. Karnety w nich są dużo tańsze niż w Daschtein West, a też można sobie przyzwoicie pojeździć.

Nas w Alpy Salzburskie, szczerze mówiąc,  przyciągnęły jednak nie narty, lecz fantastyczne atrakcje turystyczne. Od kopalni soli, których zwiedzanie przypomina wizytę w parku rozrywki, po widokowe jeziora, piękne rodzinne trasy spacerowe i zwiedzanie magicznego Salzburga.

Poniżej znajdziecie propozycje rodzinnych wycieczek na 10-dniowy zimowy wyjazd (wystarczy kliknąć na dany dzień, a pojawi się pełna fotorelacja). Mieszkaliśmy w uroczym przysiółku Wagner obok Abtenau. Nasze wycieczki obejmowały nie tylko pobliskie Tennengebirge, lecz także Alpy Berchtesgadeńskie i Salzkammergut-Berge.

Enns – najstarsze miasto w Austrii (przystanek w podróży)

Dzień 1. Abtenau – rekonesans turystyczny, narciarski i saneczkowy

Dzień 2. Salzburg, twierdza Hohensalzburg

Dzień 3. Postalm – największa hala w austriackich Alpach

Dzień 4. (i 7. ). Ośrodek narciarski Dachstein West

Dzień 5. Jezioro Königsee – najpiękniejsze jezioro Bawarii?

Dzień 6. Skansen Ziemi Salzburskiej (Salzburger Freilichtmuseum) i Hallein – kolebka „Cichej nocy”

Dzień 8. Hallstatt – wizytówka Austrii

Dzień 9. Kopalnia soli Salzbergwerk w Berchtesgaden – znów wyskakujemy do Niemiec

Dzień 10. Dolne Jezioro Gosau – jeden z najbardziej znanych górskich plenerów w Austrii

Dzień 11. Gmunden i Gmundenberg – gdyby komuś pięknych widoków było jeszcze mało 🙂 

Wyjeżdżając zimą w Alpy Salzburskie, trzeba pamiętać, ze cześć atrakcji jest wtedy niedostępna dla zwiedzających. Jeżeli więc spodoba komuś się tutaj w zimnej porze roku, to pewnie tak jak my pomyślicie też o letnim wyjeździe w te strony! Listę wybranych atrakcji turystycznych zamkniętych dla turystów w lecie przedstawiamy poniżej.

Wybrane rodzinne atrakcje Alpach Salzburskich, niedostępne do zwiedzenia zimą:

Wzdłuż Doliny Salzach:

  1. Wąwóz Liechtenstein (położony za Bischofshofen)
  2. Wąwozy Salzachöfen i Lammeröfen
  3. Jaskinia Eisriesenwelt
  4. Wodospady w Golling (przy okazji warto też zobaczyć 500-letni kościół w Golling)
  5. Zjeżdżalnia grawitacyjna na stoku Karkogel
  6. Zamek Hohenwerfen
  7. Kopalnia soli w Hallein, opisywana jako najstarsza na świecie. Na trasie zwiedzania są drewniane zjeżdżalnie, rejs po podziemnym jeziorze, przekraczanie podziemnej granicy z Niemcami (w zimie czynna, ale krótsze godziny otwarcia). Dzieci od 4 lat.

Północ regionu:

  1. Dwa skanseny: Domów na Palach i Wędzarnia w Mondsee
  2. Rejs parowcem z Gschwendt do St. Wolfgang
  3. Kolejka na Schafberg. Zębata, albo – jeszcze lepiej – parowa! Widok na 7 jezior.
  4. „Orle Gniazdo” Hitlera na grzbiecie Kehlstein w Alpach Berchtesgadeńskich

Okolice masywu Dachstein:

  1. Kopalnia soli w Hallstatt z wjazdem kolejką linowo-terenową i punktem widokowym ponad miastem (można też wejść pieszo – zajmuje to ponad godzinę, wejście zaczyna się obok kościoła za cmentarzem i kaplicą).
  2. Jaskinie: Lodowa i Mamucia w masywie Dachstein. Dojeżdża tam kolejka Krippenstein, którą można też dotrzeć na piękny punt widokowy na lodowiec Dachstein i do punktu wyjścia ciekawych górskich szlaków.
  3. Zamek Trautenfels

Radstadter Tauern:

  1. Zamek Mautendorf (audioprzewodnik, interaktywne punkty). Na dziedzińcu plac zabaw – pole gier rycerskich, jest też kolekcja pułapek na myszy.
  2. Pociąg z parową lokomotywą na trasie Mauntendorf–Tamsweg (mauntendorf.at)

 W każdej porze roku można natomiast jeszcze zobaczyć m.in.

  1. St. Gilgen (m.in. Muzeum Instrumentów Muzycznych)
  2. St. Wolfgang (m.in. piękny kościół z cennym wyposażeniem)
  3. Traunkirchen. Kaplica Johannesberg na skale. Kościół z amboną rybaka, piękne widoki i procesja Bożego Ciała po jeziorze.
  4. Attersee z kościołem z XV w. Ze wzgórza kościelnego piękny widok. Niedaleko nad jeziorem o tej samej nazwie przyjemne kąpieliska.
  5. Bad Ischl (kurort, budynki zdrojowe itp.)
  6. Ogród zoologiczny Cumberland (za Gmunden na wschód) w naturalnym otoczeniu (wildparkgruenau.at)
  7. Obok Salzburga wjazd na widokowe wzgórze Gaisberg samochodem i kolejka na Untersberg
  8. Purgg (freski romańskie)

 

Fryburg Bryzgowijski – tylko tutaj zwiedzanie na bosaka!

Które dziecko nie lubi brodzić nogami w wodzie? A gdybyście wyobrazili sobie miasteczko, którego starówkę można zwiedzać, maszerując do kostek w przyjemnej chłodnej wodzie? Niemożliwe? Ależ jak najbardziej możliwe – trzeba tylko przyjechać do Fryburga!

13 sierpnia 2017, niedziela

Piękny, wakacyjny dzień, 24 stopnie i słoneczko

Fryburg Bryzgowijski

Stare otwarte kanały,  zwane Bächle, służyły niegdyś do nawadniania miejskich ogrodów, miały też istotne znaczenie jako element ochrony przeciwpożarowej. Świetnie zachowały się do dziś, dostarczając gigantycznej frajdy wszystkim najmłodszym turystom odwiedzającym Fryburg. To Bächle były dziś oczywiście największą atrakcją dla naszych chłopców😊 Warto tu zajrzeć, spędzając wakacje w Schwarzwaldzie – Fryburg ma podobno najcieplejszy klimat w całych Niemczech!

Kanały niegdyś służyły do nawadniania ogrodów, zapewniały też ochronę przed pożarem.

Co powiecie na takie zwiedzanie miasta?

Miasto przez wieki pozostawało pod panowaniem Habsburgów, po reformacji było jednym z największych bastionów wiary katolickiej. Najbardziej znanym zabytkiem Fryburga jest doskonale zachowana ogromna gotycka katedra, która jakimś cudem ocalała z bombardowań II wojny światowej. Podobnie jak większość turystów, my też rozpoczynamy zwiedzanie Fryburga od odwiedzenia tej przepięknej świątyni. O dziwo, oglądanie wnętrza okazuje się interesujące dla wszystkich naszych dzieci – nawet trzyletni Grześ ogólnie zachowywał się bardzo przyzwoicie, upodobał sobie przechadzanie się wzdłuż długich rzędów ławek i oglądanie pięknych witraży; no, może sielanka skończyła w momencie, w którym postanowił wykąpać się w ogromnej misie z wodą święconą i zaczął wkładać palce do nosa maszkaronów zdobiących płyty nagrobne, sprawdzając, czy mają katar – ale przecież nawet najlepszym zdarzają się wpadki😉 Starszym chłopcom można już całkiem sporo poopowiadać o stylach architektonicznych i elementach wyposażenia kościoła. Dziś bardzo podoba im się znajdowanie na starych witrażach symboli dawnych cechów – butów (szewcy), nożyczek (krawcy) czy bochenków chleba (piekarze).

Piękna gotycko-romańska katedra to największa atrakcja turystyczna Fryburga.

Romański budynek rozbudowywano w stylu gotyckim. Dobudowano m.in. gotyckie prezbiterium.

To jedna z niewielu wież nieprzebudowywanych po okresie średniowiecza.

Świątynia jest ogromna. Całość mieści się w kadrze dopiero z puntku widokowego na Wzgórzu Zamkowym nad miastem.

Widzicie ten frapujący element dekoracji? Brno widać nie ma widać monopolu na gołe pośladki;)

Niesamowite gotyckie prezbiterium ze sklepieniem sieciowym.

Piękna późnogotycka ambona.

Bardzo podobają nam się gotyckie rzeźby.

Wydają się pełne emocji.

XIII-wieczne witraże z zachowanym oryginalnym kolorowym szkłem.

Zespół naturalnej wielkości rzeźb przedstawiających Ostatnią Wieczerzę

Sielanka rodzinnego zwiedzania kończy się w momencie, w którym Grzesiek postanawia się wykąpać…

Katedra jest naprawdę zachwycająca. Wyobraźcie sobie już samą kruchtę wieży z ponad 400 rzeźbami z XIII w.?! Budowę świątyni rozpoczęto ok. 1200 r. Najpierw romańska, potem rozbudowywano ją w stylu gotyckim. Ogromne wrażenie wywiera piękne gotyckie prezbiterium, można je obejść (trzeba wcześniej kupić bilet – warto, bo to doskonała okazja do obejrzenia pięknych bocznych kaplic). Bardzo żałujemy, że z powodu remontu zamknięte było wejście na wieżę – podobno dobrze stąd widać Fryburg, Kaiserstuhl i Wogezy.

Zachwycająca kruchta w wieży. Na tympanonie narodziny i męka Chrystusa oraz Sąd Ostateczny.

Zachowało się tu ponad 400 rzeźb z końca XIII w.!

Po obejrzeniu katedry pora na spacer po starówce. Przechadzka jest bardzo przyjemna – dzieciaki nie marudzą, zachwycone brodzeniem w kanałach Bächle. My wodą nie idziemy, ale też nie narzekamy – chodniczki są pięknie brukowane drobnymi kamyczkami, tu i ówdzie widać misternie poukładane mozaiki, wykonane z kamieni ogładzonych przez wody Renu.

Zaczynamy oczywiście od placu katedralnego, gdzie uwagę naszą zwraca (poza katedrą, rzecz jasna😊) gotycki budynek Historycznego Domu Towarowego. Potem kierujemy się w stronę Bramy Szwabskiej, stanowiącej pozostałość średniowiecznych umocnień. Warto stąd zajść na nabrzeże Gewerbekanal – dzieciaki ucieszą się z odnalezienia głowy krokodyla, groźnie wystającej z wody. Krokodyl znaleziony, możemy iść w kierunku placu ratuszowego. R. biega z aparatem, fotografując Nowy Ratusz i XVI-wieczne kamienice mieszczańskie, w których kiedyś miał siedzibę uniwersytet. Dzieciaki w tym czasie wesoło chlapią się w wodzie – oj, Grzesiowi chyba trzeba będzie zmienić spodenki na suche 🙂

Z katedry wychodzimy na Plac Katedralny.

Średniowieczny budynek Historycznego Domu Towarowego podobał nam się chyba najbardziej.

Klimat Fryburga urzeka.

Dzieci zwracają uwagę na co innego. Już wypatrzyły wodę. A będzie jej coraz więcej!

Mamo, mamo, mogę zdjąć buty? Możesz, możesz!

Kanały Bächle to największa atrakcja dla małych turystów.

Można brodzić w nich nogami, można puszczać łódeczki – co kto chce!

Drogą ‚wodną’ można zwiedzić niemal całą starówkę. Dzieci będą zachwycone!

Piękne mozaiki na chodnikach to jeden z wyróżników Fryburga.

Oberlinden. W tle Brama Szwabska.

Brama Szwabska to pozostałość dawnych średniowiecznych fortyfikacji.

Idąc wzdłuż kanału, można wypatrzeć nawet głowę groźnego krokodyla!

Dama z jednorożcem – jedna z najstarszych dekoracji w mieście.

Dama z jednorożcem zdobi budynek Nowego Ratusza.

XVI-wieczny budynek Starego Ratusza.

Nasz spacer po starówce kończymy przejściem niezwykle fotogenicznej ulicy Franciszkańskiej. Przy XVI-wiecznej kamienicy pod numerem 3, zwanej Domem pod Wielorybem, ukrywał się kiedyś Erazm z Rotterdamu, uciekając do Bazylei po okresie reformacji.

Konsynuujemy spacer niezwykle malowniczą ulicą Franciszkańską.

Niektórzy konsekwentnie trzymają się szlaku mokrej stopy.

Widać już słynny Dom pod Wielorybem z pocz. XVI w.

Po reformacji ukrywał się tu Erazm z Rotterdamu.

Kończymy spacer po starówce, czas wreszcie założyć buty.

Gotowi na dalsze zwiedzanie!

Ostatni rzut oka na fryburską katedrę.

Ostatni punkt naszego pobytu we Fryburgu to wjazd kolejką na wzgórze zamkowe (Schlossberg). Nazwa pochodzi od zamku, który niegdyś zajmował szczyt wzniesienia – budowla została zburzona w XVIII stuleciu; obecnie turyści cenią sobie to miejsce jako punkt widokowy na miasto i okolicę. Ogólnie atrakcja okazuje się niewypałem – bilety na kolejkę linowo-terenową są horrendalnie drogie (16,5 euro za naszą rodzinę w obie strony). W przewodniku pisali, że na samym szczycie jest wieża widokowa z pięknym widokiem na Fryburg i okolicę, więc mozolnie wspinamy się ścieżką w górę (20 min w jedną stronę, można wjechać wózkiem dziecięcym, ale wymaga to od rodzica niezłej kondycji😉), tylko po to, żeby przekonać się, że wieża z powodu remontu jest wyłączona z użytkowania (nie było o tym żadnej informacji na dolnej stacji kolejki). No ale nic, nie zawsze wszystko się udaje, sam spacer i tak był przyjemny. Na zakończenie pobytu we Fryburgu w przyparkingowym sklepie kupujemy sobie lody. Takie małe szczęście dla dzieciaków😊

Starówka Fryburga leży w cieniu Wzgórza Zamkowego (Schlossberg).

Połowę drogi można wjechać kolejką linowo-terenową.

Kiedyś na tej trasie kursowały malutkie gondolki.

Widok na katedrę z górnej stacji kolejki.

My dzielnie wchodzimy na sam szczyt – stoi tam wieża widokowa, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto i okolicę.

Na szczycie wzgórza stał niegdyś zamek, zniszczony przez Francuzów w XVIII w.

Wieża widokowa niestety zamknięta – ale szkoda!

Trudno, spoglądamy na Fryburg z prześwitów między drzewami.

Widok na południowe dzielnice miasta.

Wzgórze zamkowe z częścią staromiejską łączy urokliwa kładka dla pieszych.

Fryburg to świetny cel rodzinnego spaceru. Dorosłych zachwyci przepiękna romańsko-gotycka  katedra i sielska atmosfera staromiejskich uliczek, dzieci będą się cieszyć brodzeniem w płytkich kanałach – z tego powodu wycieczkę dobrze zaplanować na ciepły dzień, bo inaczej pozbawimy najmłodszych podstawowej atrakcji Fryburga.

Po powrocie Grześ był tak zmęczony, ze zasnął, nie zdążywszy nawet wejść na łóżko.