Fryburg Bryzgowijski – tylko tutaj zwiedzanie na bosaka!

Które dziecko nie lubi brodzić nogami w wodzie? A gdybyście wyobrazili sobie miasteczko, którego starówkę można zwiedzać, maszerując do kostek w przyjemnej chłodnej wodzie? Niemożliwe? Ależ jak najbardziej możliwe – trzeba tylko przyjechać do Fryburga!

13 sierpnia 2017, niedziela

Piękny, wakacyjny dzień, 24 stopnie i słoneczko

Fryburg Bryzgowijski

Stare otwarte kanały,  zwane Bächle, służyły niegdyś do nawadniania miejskich ogrodów, miały też istotne znaczenie jako element ochrony przeciwpożarowej. Świetnie zachowały się do dziś, dostarczając gigantycznej frajdy wszystkim najmłodszym turystom odwiedzającym Fryburg. To Bächle były dziś oczywiście największą atrakcją dla naszych chłopców😊 Warto tu zajrzeć, spędzając wakacje w Schwarzwaldzie – Fryburg ma podobno najcieplejszy klimat w całych Niemczech!

Kanały niegdyś służyły do nawadniania ogrodów, zapewniały też ochronę przed pożarem.

Co powiecie na takie zwiedzanie miasta?

Miasto przez wieki pozostawało pod panowaniem Habsburgów, po reformacji było jednym z największych bastionów wiary katolickiej. Najbardziej znanym zabytkiem Fryburga jest doskonale zachowana ogromna gotycka katedra, która jakimś cudem ocalała z bombardowań II wojny światowej. Podobnie jak większość turystów, my też rozpoczynamy zwiedzanie Fryburga od odwiedzenia tej przepięknej świątyni. O dziwo, oglądanie wnętrza okazuje się interesujące dla wszystkich naszych dzieci – nawet trzyletni Grześ ogólnie zachowywał się bardzo przyzwoicie, upodobał sobie przechadzanie się wzdłuż długich rzędów ławek i oglądanie pięknych witraży; no, może sielanka skończyła w momencie, w którym postanowił wykąpać się w ogromnej misie z wodą święconą i zaczął wkładać palce do nosa maszkaronów zdobiących płyty nagrobne, sprawdzając, czy mają katar – ale przecież nawet najlepszym zdarzają się wpadki😉 Starszym chłopcom można już całkiem sporo poopowiadać o stylach architektonicznych i elementach wyposażenia kościoła. Dziś bardzo podoba im się znajdowanie na starych witrażach symboli dawnych cechów – butów (szewcy), nożyczek (krawcy) czy bochenków chleba (piekarze).

Piękna gotycko-romańska katedra to największa atrakcja turystyczna Fryburga.

Romański budynek rozbudowywano w stylu gotyckim. Dobudowano m.in. gotyckie prezbiterium.

To jedna z niewielu wież nieprzebudowywanych po okresie średniowiecza.

Świątynia jest ogromna. Całość mieści się w kadrze dopiero z puntku widokowego na Wzgórzu Zamkowym nad miastem.

Widzicie ten frapujący element dekoracji? Brno widać nie ma widać monopolu na gołe pośladki;)

Niesamowite gotyckie prezbiterium ze sklepieniem sieciowym.

Piękna późnogotycka ambona.

Bardzo podobają nam się gotyckie rzeźby.

Wydają się pełne emocji.

XIII-wieczne witraże z zachowanym oryginalnym kolorowym szkłem.

Zespół naturalnej wielkości rzeźb przedstawiających Ostatnią Wieczerzę

Sielanka rodzinnego zwiedzania kończy się w momencie, w którym Grzesiek postanawia się wykąpać…

Katedra jest naprawdę zachwycająca. Wyobraźcie sobie już samą kruchtę wieży z ponad 400 rzeźbami z XIII w.?! Budowę świątyni rozpoczęto ok. 1200 r. Najpierw romańska, potem rozbudowywano ją w stylu gotyckim. Ogromne wrażenie wywiera piękne gotyckie prezbiterium, można je obejść (trzeba wcześniej kupić bilet – warto, bo to doskonała okazja do obejrzenia pięknych bocznych kaplic). Bardzo żałujemy, że z powodu remontu zamknięte było wejście na wieżę – podobno dobrze stąd widać Fryburg, Kaiserstuhl i Wogezy.

Zachwycająca kruchta w wieży. Na tympanonie narodziny i męka Chrystusa oraz Sąd Ostateczny.

Zachowało się tu ponad 400 rzeźb z końca XIII w.!

Po obejrzeniu katedry pora na spacer po starówce. Przechadzka jest bardzo przyjemna – dzieciaki nie marudzą, zachwycone brodzeniem w kanałach Bächle. My wodą nie idziemy, ale też nie narzekamy – chodniczki są pięknie brukowane drobnymi kamyczkami, tu i ówdzie widać misternie poukładane mozaiki, wykonane z kamieni ogładzonych przez wody Renu.

Zaczynamy oczywiście od placu katedralnego, gdzie uwagę naszą zwraca (poza katedrą, rzecz jasna😊) gotycki budynek Historycznego Domu Towarowego. Potem kierujemy się w stronę Bramy Szwabskiej, stanowiącej pozostałość średniowiecznych umocnień. Warto stąd zajść na nabrzeże Gewerbekanal – dzieciaki ucieszą się z odnalezienia głowy krokodyla, groźnie wystającej z wody. Krokodyl znaleziony, możemy iść w kierunku placu ratuszowego. R. biega z aparatem, fotografując Nowy Ratusz i XVI-wieczne kamienice mieszczańskie, w których kiedyś miał siedzibę uniwersytet. Dzieciaki w tym czasie wesoło chlapią się w wodzie – oj, Grzesiowi chyba trzeba będzie zmienić spodenki na suche 🙂

Z katedry wychodzimy na Plac Katedralny.

Średniowieczny budynek Historycznego Domu Towarowego podobał nam się chyba najbardziej.

Klimat Fryburga urzeka.

Dzieci zwracają uwagę na co innego. Już wypatrzyły wodę. A będzie jej coraz więcej!

Mamo, mamo, mogę zdjąć buty? Możesz, możesz!

Kanały Bächle to największa atrakcja dla małych turystów.

Można brodzić w nich nogami, można puszczać łódeczki – co kto chce!

Drogą ‚wodną’ można zwiedzić niemal całą starówkę. Dzieci będą zachwycone!

Piękne mozaiki na chodnikach to jeden z wyróżników Fryburga.

Oberlinden. W tle Brama Szwabska.

Brama Szwabska to pozostałość dawnych średniowiecznych fortyfikacji.

Idąc wzdłuż kanału, można wypatrzeć nawet głowę groźnego krokodyla!

Dama z jednorożcem – jedna z najstarszych dekoracji w mieście.

Dama z jednorożcem zdobi budynek Nowego Ratusza.

XVI-wieczny budynek Starego Ratusza.

Nasz spacer po starówce kończymy przejściem niezwykle fotogenicznej ulicy Franciszkańskiej. Przy XVI-wiecznej kamienicy pod numerem 3, zwanej Domem pod Wielorybem, ukrywał się kiedyś Erazm z Rotterdamu, uciekając do Bazylei po okresie reformacji.

Konsynuujemy spacer niezwykle malowniczą ulicą Franciszkańską.

Niektórzy konsekwentnie trzymają się szlaku mokrej stopy.

Widać już słynny Dom pod Wielorybem z pocz. XVI w.

Po reformacji ukrywał się tu Erazm z Rotterdamu.

Kończymy spacer po starówce, czas wreszcie założyć buty.

Gotowi na dalsze zwiedzanie!

Ostatni rzut oka na fryburską katedrę.

Ostatni punkt naszego pobytu we Fryburgu to wjazd kolejką na wzgórze zamkowe (Schlossberg). Nazwa pochodzi od zamku, który niegdyś zajmował szczyt wzniesienia – budowla została zburzona w XVIII stuleciu; obecnie turyści cenią sobie to miejsce jako punkt widokowy na miasto i okolicę. Ogólnie atrakcja okazuje się niewypałem – bilety na kolejkę linowo-terenową są horrendalnie drogie (16,5 euro za naszą rodzinę w obie strony). W przewodniku pisali, że na samym szczycie jest wieża widokowa z pięknym widokiem na Fryburg i okolicę, więc mozolnie wspinamy się ścieżką w górę (20 min w jedną stronę, można wjechać wózkiem dziecięcym, ale wymaga to od rodzica niezłej kondycji😉), tylko po to, żeby przekonać się, że wieża z powodu remontu jest wyłączona z użytkowania (nie było o tym żadnej informacji na dolnej stacji kolejki). No ale nic, nie zawsze wszystko się udaje, sam spacer i tak był przyjemny. Na zakończenie pobytu we Fryburgu w przyparkingowym sklepie kupujemy sobie lody. Takie małe szczęście dla dzieciaków😊

Starówka Fryburga leży w cieniu Wzgórza Zamkowego (Schlossberg).

Połowę drogi można wjechać kolejką linowo-terenową.

Kiedyś na tej trasie kursowały malutkie gondolki.

Widok na katedrę z górnej stacji kolejki.

My dzielnie wchodzimy na sam szczyt – stoi tam wieża widokowa, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto i okolicę.

Na szczycie wzgórza stał niegdyś zamek, zniszczony przez Francuzów w XVIII w.

Wieża widokowa niestety zamknięta – ale szkoda!

Trudno, spoglądamy na Fryburg z prześwitów między drzewami.

Widok na południowe dzielnice miasta.

Wzgórze zamkowe z częścią staromiejską łączy urokliwa kładka dla pieszych.

Fryburg to świetny cel rodzinnego spaceru. Dorosłych zachwyci przepiękna romańsko-gotycka  katedra i sielska atmosfera staromiejskich uliczek, dzieci będą się cieszyć brodzeniem w płytkich kanałach – z tego powodu wycieczkę dobrze zaplanować na ciepły dzień, bo inaczej pozbawimy najmłodszych podstawowej atrakcji Fryburga.

Po powrocie Grześ był tak zmęczony, ze zasnął, nie zdążywszy nawet wejść na łóżko.

 

Triberg – najwyższe wodospady w Niemczech. Spacer na wychodnię skalną Rappenfelsen

Wizyta w Tribergu to obowiązkowy punkt programu wakacji w Schwarzwaldzie. Miasto umiejętnie podkreśla to, z czego słynie, czyli długą tradycję produkowania zegarów z kukułką. Jeśli dodamy do tego najwyższe wodospady w Niemczech i największy na świecie zegar z kukułką, nie będzie nas trzeba długo namawiać do odwiedzenia tego miejsca.
Continue reading

Muzeum Mercedes-Benz w Stuttgarcie – wysmakowana podróż w czasie

Historia motoryzacji zamknięta w jednym budynku. Muzeum Mercedes-Benz – od konia i powozu z silnikiem po bolidy Formuły 1. Do tego szczypta megalomanii – rozwój produktów z logo trójramiennej gwiazdy przedstawiono bowiem na tle postępu technologicznego i zmian kulturowo-społecznych od końca XIX w. 😉 A wszystko dopięte na ostatni guzik z iście niemiecką solidnością. Świetna zabawa gwarantowana – od najmłodszych po dorosłych i to nie tylko dla fanów motoryzacji!

8 sierpnia 2017, wtorek

Dzień frontowy z przelotnymi opadami, ok 20 stopni

Muzeum Mercedes-Benz w Stuttgarcie

Budzi nas deszczowa pogoda, więc rano długo zastanawiamy się, jaką atrakcję na dziś wybrać. Najpierw mamy jechać do zamku Hohenzollernów w Jurze Szwabskiej, ale widząc ciężkie krople rozbijające się o przednią szybę naszego samochodu, przestawiamy nawigację na Stuttgart.

Długi dojazd (ponad półtorej godziny w jedną stronę) umilamy sobie jak zawsze słuchaniem muzyki – na szczęście wszyscy nasi chłopcy to uwielbiają. Na tym wyjeździe rozsmakowujemy się w świetnej wspólnej płycie Czesława i doskonałej orkiestry barokowej Arte dei Suonatori – podoba się równie mocno i nam, i dzieciom (choć chyba każdemu z nieco innych powodów 😉 ). Niedawno odkryliśmy też rewelacyjny polski duet folkowy Paula i Karol – również podoba się całej rodzinie.

No ale miało być o Stuttgarcie. Tym razem nie zwiedzamy miasta, tylko koncentrujemy się na – uwaga, uwaga – muzeum Mercedes-Benz. Wiedzieliśmy, że jest atrakcyjne, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak bardzo! Wychodzimy zachwyceni – wszyscy panowie od najmłodszego do najstarszego, duża dziewczynka też😊

Muzeum Mercedes-Benz

Budynek Muzeum Mercedesa w Stuttgarcie to atrakcja sama w sobie.

Zbiory przedstawiające historię motoryzacji od pierwszego patentu na automobil Kara Benza z 1886 po modele z czasów współczesnych przyprawiają oczywiście o zawrót głowy, ale nie mniej zachwyca fantastyczna architektura budynku. Muzeum Mercedesa zbudowano w 2006 r. z ogromnym rozmachem. Budynek o fasadzie ze stali i szkła, zaprojektowany przez holenderskich projektantów z pracowni UN studio, już sam w sobie jest niezwykle atrakcyjnym obiektem turystycznym.

Muzeum Mercedes-Benz

Ekspozycja jest zaprezentowana na dziewięciu kondygnacjach i 16 500 metrów kwadratowych.

Muzeum Mercedes-Benz

Zjeżdża po nas winda – kapsuła czasu.

Wjeżdżamy na wysokość 34 metrów, cofając się do roku 1886.

Zwiedzanie zaczyna się nietypowo, bo od wjazdu windą na ósmą kondygnację, na wysokość 34 metrów. Stąd dwie łagodnie nachylone spiralne trasy sprowadzają na sam dół, przeprowadzając zwiedzających przez historię motoryzacji (z perspektywy Mercedesa oczywiście) – od pierwszego opatentowanego w 1886 r. przez Karla Benza automobilu do współczesnych modeli o przeróżnych przeznaczeniach (modele osobowe, sportowe, wyścigowe, specjalistyczne). Historia motoryzacji splata się z historią technologiczno-kulturową ostatnich 120 lat – na ścianach przypominane są wielkie przełomowe odkrycia i doniosłe zmiany kulturowe. Poza trasą uporządkowaną chronologicznie, druga spiralna trasa (można zwiedzać ją równolegle z tą pierwszą) jest zorganizowana tematycznie – na kolejnych piętrach zapoznajemy się z historią masowej turystyki, oglądamy pojazdy ratunkowe, ciężarowe czy pancerne limuzyny VIPów.

Wystrój muzeum dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Obsługa uważna, ale miła i nienarzucająca się. Na dole sklep z firmowymi gadżetami, bar i restauracja. Jedyne, do czego można mieć zastrzeżenia, to mała ilość interaktywnych eksponatów przygotowanych z myślą o dzieciach. Całość wystawy jest jednak tak bogata, że pewnie nawet tego nie zauważycie. Pasjonat motoryzacji spokojnie może tu spędzić cały dzień. My ograniczamy się do dwóch godzin – ale to naprawdę minimum pozwalające na jedynie pobieżne zapoznanie się z ekspozycją – żałowaliśmy, że nie dysponujemy większą ilością czasu.

Cesarz Wilhelm II powiedział, że wierzy w konia – automobil to przemijająca fanaberia.

Witają nas pierwsze zmotoryzowane powozy.

Pierwszy jednocylindrowy silnik Daimlera z 1885 r., tzw. Grandfather Clock.

Do tradycyjnych powozów wkładano silnik Grandfather Clock.

Trasa zwiedzania prowadzi łagodnie nachyloną spiralą.

Na kolejnym piętrze stoją pojazdy z początku XX wieku.

Mercedes-Simplex 60 PS z 1903 r.

Po prostu piękne!.

Pierwszy współczesny automobil (właściwie jego płyta podłogowa) z 1900 r.

A to już ekspozycja tematyczna. Autobus z lat 60. – jeździł w Buenos Aires.

Mercedes-Benz 320 z lat 30. XX w.

To cudo z początku XX w. stało się prototypem londyńskich piętrowych autobusów.

Spróbujcie pokręcić kierownicą bez systemu wspomagania!.

Schodzimy niżej, przyglądając się ponadstuletnim silnikom szybowcowym.

Kolejna kondygnacja. Schodzimy i robimy wielkie woooow!.

Sportowe auta z lat 20. XX w. Fiu, fiu, fiu!.

Kręcimy sprężarką doładowującą z 1933 r.

Grzesiek też świetnie sobie radzi!.

Kolejna kondygacja, kolejna epoka w rozwoju motoryzacji.

Za oknami panoramiczne widoki na Stuttgart.

Zaglądamy na tematyczną wystawę aut ciężarowych.

Najciekawsze są oczywiście te starsze modele.

Architektura budynku niezmiennie zachwyca.

Wracamy na trasę chronologiczną, która wprowadza nas w szalone lata 50.

Kultowy Mercedes 300 SL.

Cudeńka, naprawdę cudeńka.

Design chwyci za ze serce nie tylko fanów motoryzacji.

Kolejna wystawa tematyczna – pojazdy ratunkowe i specjalistyczne.

Jak Wam się podoba taki wóz strażacki?

Uznanie chłopców znalazła całkiem współczesna śmieciarka.

…bo można było wejść do środka!.

Historia motoryzacji prezentowana jest z odniesieniem do najważniejszych wydarzeń w dziejach kultury i technologii XX w.

Badania nad bezpieczeństwem mają długą tradycję.

Wśród pojazdów znanych osobistości odnajdujemy Papamobile Jana Pawła II Mercedes-Benz 230 G z 1980 r.

Trójramienna gwiazda symbolizuje pojazdy zdolne poruszać się na lądzie, w wodzie i w powietrzu.

Na jednej z niższych kondygnacji prezentowane są współczesne modele.

A na koniec – coś na deser – wyścigowe mercedesy!.

Ekspozycja przypomina tor wyścigowy.

Symulator wyścigów samochodowych jest dodatkowo płatny.

Najciekawsze są te starsze auta wyścigowe – ten mógł rozwijać prędkość 280 km na godzinę.

To pierwszy model, który przekroczył granicę 200 km. Pochodzi z … 1909 r

Niektóre modele wyglądają jak żywcem wyjęte z Gwiezdnych Wojen.

Na nas wszystkich muzeum Mercedesa wywarło ogromne wrażenie (choć trzyletniemu Grzesiowi brakowało nieco ekspozycji, w których mógłby wszystkiego dotykać i do wszystkiego wchodzić). Już sam wjazd windą był nie lada przeżyciem – filmy wyświetlane na ścianie muzeum przeniosły nas aż do 1886 r., do początków motoryzacji – mogliśmy się poczuć jak podczas podróży w czasie (tym bardziej, że sama winda przypomina swoim wyglądem kapsułę kosmiczną). Na górze powitał nas … koń – prototyp środka komunikacji, potem śledziliśmy kolejne etapy powstawania nowoczesnych aut – od pierwszych automobili po współczesne modele zeroemisyjne i auta wyścigowe. Chętni (min. 140 cm wzrostu) mogą spróbować swoich sił w symulatorze wyścigu samochodowego (atrakcja osobno płatna, dość długa kolejka). Muzeum opuściliśmy z głowami tak pełnymi wrażeń, jak byśmy odbyli najprawdziwszą podróż w czasie. Must see.

Więcej informacji można znaleźć tutaj

Muzeum Mercedes-Benz

Opuszczamy muzeum pełni wrażen jak po prawdziwej podóży w czasie. Można tu spędzić cały dzień.

Do domku wracamy dość późno, w dodatku głodni jak wilki – M. ratuje sytuację upichconą naprędce fasolką po bretońsku. Wieczorem R. wybiera się na zakupy uzupełniające – na lodówce już od wczoraj coraz wyraźniej świeci się lampka rezerwy😊

Baden-Baden i północna część Schwarzwaldu

Być w Schwarzwaldzie i nie odwiedzić Baden-Baden – to byłoby niewybaczalne! Większość tutejszych budynków pamięta czasy belle époque. W XIX w. Baden-Baden stawało się letnią stolicą Europy. Bywali tutaj najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie z całego kontynentu. Dzisiaj także na deptakach i uliczkach mieszają się języki z różnych stron Europy. Często słychać rosyjski, ale też francuski, włoski, hiszpański. Bardzo tu międzynarodowo. Obawialiśmy się tłumów, a było całkiem kameralnie, oczywiście jak na światowej sławy kurort!

7 sierpnia 2017, poniedziałek

Pięknie, cieplutko – do 27 stopni

Baden-Baden i północna część Schwarzwaldu

Minusem dzisiejszego planu dnia jest długi dojazd z naszego Kienbronn. Razem z tankowaniem i wizytą w myjni samochodowej podróż zajmuje prawie 2 godziny. Parkujemy w samym centrum miasta, na parkingu Kongresshaus (wjeżdżając od strony autostrady, trzeba przejechać przez tunel pod miastem i kierować się według drogowskazów na tenże parking, cena 1,5 euro za godzinę, 15 za dobę). W promieniu kilometra mamy większość atrakcji kurortu.

Najpierw kierujemy się w stronę Lichtentaler Allee. To najpiękniejszy deptak Baden-Baden, prowadzący nad brzegiem rzeki Oos. Żwirową aleją między pięknymi drzewami można przejść parę kilometrów na południe, aż do opactwa w Lichtenthal. Dzisiaj nie zdążyliśmy tego zrobić. Nie zobaczyliśmy też otwartego w 2004 r. Muzeum Friedera Burdy, w którym można obejrzeć obrazy Picassa i powojennych artystów ze Stanów (np. Pollocka) i Niemiec. W Baden-Baden można też zwiedzić Narodową Galerię Sztuki (Staatliche Kunsthalle). Cóż, może następnym razem… Z dziećmi i tak byłoby trudno delektować się ekspozycją;-)

Prosto z parkingu kierujemy się w stronę głównych zabytków kurortu. Promenada wzdłuż rzeki Oos nie przytłacza, jest przyjemnie kameralna, między drzewami wyłaniają się piękne gmachy hoteli. Można odnieść wrażenie, że niewiele się tu zmieniło od czasów belle époque. Skręcamy w lewo za strzałkami na Kurhaus i wchodzimy w elegancką, pełną butików aleję. Oglądanie sklepowych wystaw może przyprawić o zawrót głowy. Bawimy się w poszukiwanie najbardziej absurdalnych cen – kto da więcej?

Wychodzimy z podziemnego parkingu Kongresshaus i taki widok mamy przed oczami

Wzdłuż rzeczki Oos urządzono urokliwą trasę spacerową – można dojść aż do Lichtenthal.

Kto nie lubi spacerów, może wybrać przejażdżkę bryczką.

Gmach teatru przy alei Lichtentaler.

Serce Baden-Baden bije w… kasynie

Na początku naszego spaceru oglądamy dom zdrojowy (Kurhaus) – neoklasycystyczny gmach z lat 20. XIX w. W jego prawym skrzydle znajduje się najstarsze i najbardziej luksusowe kasyno w Niemczech. Ten najbardziej reprezentacyjny gmach miasta nie zatrzymuje jednak na dłużej naszej uwagi – cóż, zawartość portfeli nie ta;) Zajrzeliśmy do środka tylko na chwilę, bo Grześ nie był akurat skłonny porzucić wrzucania kamyczków do kratek odpływowych przed budynkiem…

Baden-Baden

Dom zdrojowy – Kasyno to serce Baden-Baden.

Baden-Baden

Miasto zdobią piękne kompozycje kwiatowe.

Kolejny punkt naszego spaceru to pijalnia wód mineralnych (Trinkhalle). Budynek robi na nas duże wrażenie. Na ścianach zewnętrznej galerii pod kolumnadą można podziwiać piękne obrazy ilustrujące lokalne legendy. Wreszcie udaje nam się zapakować Grzesia do wózka (tylko dzięki lizakowi – które dziecko ich nie lubi, to świetny patent na chwilę spokoju podczas zwiedzania zazwyczaj nudnych dla dzieci miast!). Po spacyfikowaniu Młodego szybszym krokiem przechodzimy na prawy brzeg Oos.

Baden-Baden

Piękny budynek pijalni wód.

Malowidła ścienne przedstawiają lokalne legendy.

A my nie zabawiamy tu dłużej i kierujemy się na przeciwny brzeg rzeki Oos.

Starówka, czyli luksusowe butiki i malownicze zaułki

Urokliwymi wąskimi uliczkami wspinamy się pod górę, mijając wystawy sklepów najlepszych światowych marek. Idziemy m.in. przez Lange Strasse i Hirschstrasse, unikając w ten sposób wnoszenia wózka po schodach. W końcu docieramy na zaskakująco pusty i spokojny Marktplatz na tyłach dostojnego gmachu późnogotyckiej kolegiaty. Grześ wysiada z wózka i z zachwytem biegnie do poidełka-fontanny, której woda spływa wprost na chodnik. Jest cieplutko, jak fajnie chlapać się na bosaka! Nie mamy serca odmawiać Grześkowi tej przyjemności, więc atak na Nowy Zamek (Neues Schloss) przypuszczają tylko R. ze starszymi chłopcami.

Dawna rezydencja margrabiów Badenii znajduje się obecnie w prywatnych rękach, taras jest jednak ogólnodostępny. Już samo wejście tutaj jest bardzo przyjemne. Schody prowadzą przez urocze zakamarki, sprawiające, że czujemy się jak w krajach południowej Europy. Chłopców ciekawią wygrzewające się na ścianach budynków jaszczurki i usiłujące utrzymać się na pionowych ścianach rośliny, nawet nasze poczciwe dziewanny potrafią tego dokonać. W ogrodach widać kilkumetrowe rododendrony i araukarie. Do Nowego Zamku warto jednać podejść przede wszystkim ze względu na widok. Z zamkowego tarasu pięknie widać dolinę Oos i miasto Baden-Baden przycupnięte wśród schwarzwaldzkich wzgórz.

Stroma uliczka wprowadza na Marktplatz.

Czujemy się jak w śródziemnomorskim miasteczku.

Urokliwy zbieg dwóch ulic.

Marktplatz z późnogotycką kolegiatą.

Nad nami góruje renesansowy Nowy Zamek – zaraz tam wejdziemy.

Pięknie widać stąd kolegiatę.

I całe Baden-Baden, położone w dolinie rzeki Oos.

Na tyłach łaźni rzymskich znajduje się piękny śródziemnomorski ogród.

Nasi kuracjusze zaraz będą chyba zażywać kąpieli leczniczych.

Wycieczka na zamek zakończona, Grzesiek wychlapany, więc już w komplecie schodzimy w stronę Römerplatz. Przechodzimy obok zbudowanego w 1877 r. pięknego pałacu Friedrichsbad. Mieści on ekskluzywne, kilkunastoetapowe łaźnie rzymsko-irlandzkie. Dla nas niestety niedostępne, bo wstęp jest możliwy dopiero od 14 rż. (kąpiele nago). W podziemiach budynku można oglądać (niestety według informacji pani z recepcji łaźni tylko w godzinach 15-16) częściowo odrestaurowane łaźnie rzymskie (Römische Badruinen) z multimedialnymi prezentacjami dawnego wyglądu. W pobliżu znajduje się także kąpielisko Caracalla-Therme, znacznie tańsze i dostępne dla dzieci powyżej 7 lat.

Zbliża się pora obiadu, gdzie by tu coś zjeść? Zamiast udać się do wcześniej upatrzonej kebabo-pizzerii, dajemy się skusić podrzędnej knajpie umiejętnie podszywającej się pod lokalną badeńską restaurację. Jedzenie drogie, niezbyt smaczne, nieakceptowane przez Grzesia… Ale na plus miłe stoliki z widokiem na pobliskie uliczki, zupełnie jak we Włoszech. Grześ ma gdzie spacerować, więc oczekiwanie na posiłek też mija bezproblemowo.

Odrestaurowany budynek łaźni rzymskich.

W budynku łaźni można poza zażywaniem kąpieli obejrzeć pozostałości łaźni z czasów rzymskich.

Obiad – najlepiej przy stolikach na ulicy!

W Baden-Baden można spokojnie spędzić calutki dzień. Niestety Grześ w samochodzie nie spał i w wózku (znając jego tegoroczne zwyczaje) na pewno nie zaśnie, więc z bólem serca rezygnujemy ze spaceru słynną promenadą wzdłuż Oos i wracamy na parking.

Aby osłodzić sobie nieco nie do końca zrealizowane plany turystyczne, postanawiamy wrócić do naszego domku w Kienbronn bardziej czasochłonną, ale za to malowniczą drogą nr 500. Schwarzwaldhochstrasse prowadzi wzdłuż całego Schwarzwaldu, mijając wiele miejsc interesujących turystycznie i punktów widokowych. Wspinamy się długim podjazdem w okolice najwyższego szczytu północnej części Schwarzwaldu – Hornisgrinde (1164 m n.p.m.). Za oknami piękne lasy i chwilami rozległe widoki. Po drodze oglądamy dwie główne atrakcje w okolicy: Mummelsee i Allerheiligen.

Punkt widokowy na północy Schwarzwaldu

Mummelsee

Niewielkie jeziorko polodowcowe rozsiadło się na wysokości 1036 m n.p.m., prawie pod samym szczytem Hornisgrinde. Zatrzymaliśmy się tutaj z myślą o krótkiej kąpieli dla chłopców. Miejsce jednak nie jest szczególnie godne polecenia. Parking spory, chociaż i tak trudno znaleźć wolne miejsce. Samo jezioro okazało się maleńkie i niespecjalnie urocze, bo po prostu otoczone lasem. Możliwości kąpieli brak. Ale przemysł turystyczny wyciska z okolicy, ile się tylko da. Ogromne sklepy z pamiątkami, duży górski hotel z restauracją na tarasie i barem szybkiej obsługi na dole, stoliki porozstawiane nad brzegiem jeziora, wypożyczalnia rowerków wodnych i łódek, no i oczywiście tłumy ludzi…

Ale są też plusy. Na przykład przyjemny plac zabaw, możliwość zanurzenia nóg w przyjemnej wodzie czy przespacerowania się wokół jeziorka. Na koniec kawałek schwarzwaldzkiego tortu i wszyscy są zadowoleni! Chłopcy kupili sobie pamiątki, więc w dobrych humorach ruszamy w dalszą drogę.

Zaglądamy nad brzegi Mummelsee- niewielkiego jeziorka polodowcowego.

Jeziorko nie nadaje się do kąpieli, ale można po nim popływać na rowerach wodnych.

Chłopców satysfakcjonuje nawet możliwość pobrodzenia po brzegu.

Degustacja słynnego tortu schwarzwaldzkiego.

Świetnie zaopatrzony sklep z pamiątkami nie może się obejść bez symbolu Schwarzwaldu – zegarów z kukułką.

Ruiny w Allerheiligen

Po krótkim błądzeniu (z powodu nie do końca precyzyjnych drogowskazów) wreszcie trafiamy na właściwy parking. Dojście zajmuje dosłownie kilka minut asfaltową drogą. Grześ zbiegając, zalicza glebę i obciera oba kolana, ale nasz trzyletni turysta dzielnie znosi niewygody.

O tej porze (zbliża się 18:00) przy ruinach plączą się tylko pojedyncze osoby. Jest kameralnie, wręcz refleksyjnie. Początki klasztoru sięgają głębokiego średniowiecza, a czasy największego rozkwitu przypadają na XVIII w. Później budynki klasztorne trzykrotnie trawił pożar, a na koniec w wieżę uderzył piorun. W 1816 r. zdecydowano o częściowej rozbiórce budynków. Na szczęście niedługo później w regionie zaczęła się rozwijać turystyka, dzięki czemu zachowano pozostałości, które możemy oglądać do dzisiaj.

Allerheilingen

Można tu oglądać ruiny XIII-wiecznego klasztoru.

To niezwykle malownicze miejsce.

Opactwo zostało zniszczone przez pożary i uderzenie pioruna.

Miejscami zachowały się pozostałości dawnych sklepień.

Klasztor przeżywał swoją świetność w XVIII stueciu.

Dziś dawnej świetności możemy się tylkko domyślać.

W ruinach jesteśmy tylko małymi mróweczkami.

Ruiny klasztowu Wszystkich Świętych w Allerheilingen – jedno z pięknych zapomnianych miejsc.

Około dwa kilometry dalej znajdują się jeszcze ciekawe wodospady Allerheiligen. Nasz Grzesiek jednak jest już bardzo marudny, bo nadal nie zasnął, nawet w samochodzie, a i chłopcy też już są zmęczeni po całym turystycznym dniu. Rezygnujemy więc z tej atrakcji i przyjmujemy kierunek dom.  I tak mieliśmy dziś przebogaty dzień, dzień pełen schwarzwaldzkich wrażeń!

Nasz czas: 9:30–19:30. Cztery godziny spędziliśmy w Baden-Baden, godzinę nad Mummelsee i pół godziny przy ruinach w Allerheiligen. Same przejazdy (ponad 200 km) zajęły około 4 godziny (plus tankowanie i myjnia).

Schiltach – najbardziej fotogeniczne schwarzwaldzkie miasteczko

6 sierpnia 2017, niedziela

Słonecznie, po południu do 23 stopni

Wczoraj wieczorem położyliśmy tylko dzieciaki do łóżek i padliśmy. Rano obudził nas widok stosów toreb do rozpakowania. Ponieważ po wczorajszej podróży zupełnie nie chciało nam się śpieszyć, urządziliśmy sobie leniwe przedpołudnie. Chłopcy chętnie biegali po wspaniałym terenie naszej agroturystyki, a M. ogarniała bagaże. Nasi gospodarze przynieśli nam 10 świeżutkich jajek – akurat na obiadową jajecznicę! Potem położyliśmy Grześka spać w łóżeczku i w efekcie wybraliśmy się na wycieczkę dopiero po południu. Rzadko na wakacjach funkcjonujemy tak leniwie – od czasu do czasu warto urządzić sobie taki eksperyment😉

Schiltach

To niewielkie, ale niezwykle malownicze schwarzwaldzkie miasteczko, leżące tuż obok naszego Kienbronn. Brak tu może odosobnionych, wyróżniających się zabytków – właściwie całe miasteczko jest jednym wielkim zabytkiem – na starym mieście pięknie zachowały się XVI-wieczne domy szachulcowe. Warto zatrzymać się dłużej na oryginalnym trójkątnym pochylonym ryneczku. Możemy wyobrazić sobie, że przenieśliśmy się na koniec XVIII w. – od 1971 r, kiedy to miasto trawił wielki pożar, miejsce to pozostało niezmienne. Na środku rynku stoi miejska fontanna – wzmianki o niej pojawiały się już w XV w, trzy stulecia później została odrestaurowana. Doskonałym zwieńczeniem popołudniowego spaceru jest chlapanie się w rzece Kinzig, przepływającej przez serce Schwarzwaldu. Chłopcy mieli tylko pochodzić po wodzie, ale (w przypadku Tymka i Sebka) – skakanie po kamieniach zakończyło się niezamierzoną kąpielą w ubraniu😊

Przez Schiltach przepływa jedna z głównych rzek Schwarzwaldu – Kinzig.

Gotowi na zwiedzanie!

Hauptstrasse – jedna z głównych ulic Schiltach.

Skręcamy w boczną uliczkę prowadzącą w kierunku ratusza.

W Schiltach pięknie zachowała siś kilkusetletnia szachulcowa zabudowa.

Pochyły trójkątny rynek jest bardzo oryginalny.

Rynek pozostaje w niezmienionym kształcie od pożaru w 1791 r.

Fontanna na rynku była już wzmiankowana w XV w.

Stara zabudowa jest niesamowicie harmonijna.

Do kamienic prowadzą piękne kolorowe drzwi.

Nad uliczkami zwieszają się stare szyldy.

Wąskie uliczki są zupełnie nieprzystosowane do transportu samochodowego.

Kolejne piękne drzwi – takie spotykaliśmy dziś na każdym kroku.

W drodze powrotnej kolejny raz zaglądamy na rynek.

Znów kierujemy się w stronę Hauptstrasse.

W perspektywie ulicy wieża kościoła ewangelickiego – jednego z największych w Badenii.

A na deser – chlapanie w rzece Kingiz.

Za nami prawdziwie schwarzwaldzkie widoki.

Chłopaki okupują rzeczne kamienie.

Nawet Grześ dał się skusić na zabawy w rzece.

Rothenburg – podróż do średniowiecza i Kienbronn – schwarzwaldzka sielanka

5 sierpnia 2017, sobota

Podróż do Schwarzwaldu, dzień 2.

Rothenburg jest naszym przystankiem w podróży ze Szwajcarii Saksońskiej do Schwarzwaldu.

Pięknie zachowane średniowieczne miasteczko, idealne miejsce na rodzinny spacer. Z dziećmi nie musimy przecież szczegółowo zwiedzać kościołów czy oglądać detali architektonicznych – wystarczy przejść się wąskimi uliczkami, przy których stoją kolorowe szachulcowe kamieniczki, przystanąć na urokliwych placach ze starymi fontannami i wyobrazić sobie, że żyjemy w innej epoce. Zamiast współczesnych reklam na domach widnieją stylowe szyldy. Najmłodsi turyści będą zachwyceni przechadzką po doskonale zachowanych XIV-wiecznych murach obronnych – można się przenieść w czasie i poczuć jak średniowieczny wartownik. Jednocześnie to świetne miejsce do schronienia się przed deszczem – na głowę nam nie pada, możemy spokojnie spacerować i oglądać szpiczaste dachy kolorowych kamieniczek. Będąc w Rothenburgu, koniecznie trzeba spróbować miejscowego specjału – „kul śnieżnych” (Schneeball) – to ciastka podobne do naszych faworków, tylko sklejone w kule i oblane polewami w różnych smakach. Zwiedzanie miast z dziećmi zazwyczaj nie jest najłatwiejsze, ale uwierzcie, że na uliczkach kameralnego Rothenburga można odpocząć, nawet jeśli towarzyszą nam najmłodsi turyści. Rothenburg, nazywany „muzeum pod gołym niebem”, i „najpiękniejszym miasteczkiem Niemiec” zajął niedawno czwarte miejsce w plebiscycie Top100 Niemieckiej Organizacji Turystycznej.

Szwajcaria Saksońska- Rothenburg

Do Rothenburga musimy jednak najpierw dojechać:) Rano sprawnie zgarniamy się, jemy śniadanie i o 10:00 opuszczamy nasz domek w Szwajcarii Saksońskiej. Do Schwarzwaldu, gdzie zaplanowaliśmy główne rodzinne wakacje, czeka nas sześciogodzinna podróż, ale planujemy jeszcze po drodze dłuższy postój turystyczny – Rothenburg będzie świetnym celem na odpoczynek w drodze!

Jedzie się w sumie nieźle, ale wypada nam trochę nieplanowanych postojów. Tu piętnaście minut, tu piętnaście i podróż bardzo nam się przeciąga. Najpierw zatrzymujemy się na szybkie spożywcze zakupy uzupełniające, potem ze dwa razy na parkingach przyautostradowych, potem dotankowujemy paliwo. Byliśmy przekonani, że Grzesiek prześpi się w samochodzie, a tu nic z tego. Pora drzemki dawno minęła, a on za nic nie chce zasnąć, za to staje się coraz bardziej marudny. Na domiar złego tuż przed Rothenburgiem zaczynają wisieć nad nami ciężkie deszczowe chmury – niewiele by brakowało, a byśmy zrezygnowali z turystycznego postoju i pojechali dalej. Całe szczęście, że tak się nie zrobiliśmy, bo za stracenie możliwości spaceru po Rothenburgu chyba do końca życia wszyscy smażylibyśmy się w turystycznym piekle!

Rothenburg (Rothenburg ob der Tauber)

Zwiedzanie Rothrnburga zaczynamy od … porządnego obiadu. Pamiętacie sknerusa McKwacza i dolary w oczach? Nasi chłopcy po wyjściu z samochodu mieli w oczach wielkie pizze. Parkujemy samochód przy ulicy tuż obok murów obronnych i przez bramę Röder wchodzimy na teren starego miasta. Zaraz po przekroczeniu murów miejskich wyrasta nam na drodze jak na zamówienie przyjemna włoska knajpka Michalangelo. Tego nam było trzeba! Może nie jest najtaniej, ale ceny do zaakceptowania, a jedzenie przepyszne. Starszaki wchłaniają pizzę, Grzesiek spaghetti i możemy ruszać dalej!

Wejście do miasta przy bramie Röder.

Nawet w fosie jest woda – naprawdę średniowieczne, ale żyjące nadal miasto!

Wieża Röder zostaje za nami.

Rothenburg zachwyca od pierwszych chwil – Röderstrasse.

Fontanny dodają uroku uliczkom.

Wieża bramna Markusturm jest wyjątkowo malownicza.

Idziemy Hafengasse, za nami Markusturm.

Ruszamy w stronę serca miasta – Marktplatz, którego dominantą jest piękny średniowieczny ratusz. Zamierzaliśmy wejść na wieżę, ale niestety po 17:00 wejście zamknięte. Cóż, musimy obejść się smakiem. R. szaleje z aparatem, a my przysiadamy na ratuszowych schodkach (chłopaki z lizakami w buziach) i cieszymy się chwilą. Opowiadamy chłopakom chyba najbardziej znaną miejscową legendę o tym, jak to Rothenburg został ocalony przez … wino. Po wojnie trzydziestoletniej zwycięskie cesarskie wojska katolickie miały odstąpić od zniszczenia Rothenburga pod warunkiem, że burmistrz wypije duszkiem 3,5-litrową karafkę wybornego wina. Stary włodarz miasta podjął wyzwanie i wykonał je iście po (bur)mistrzowsku! Na pamiątkę tego wydarzenia co roku obchodzone jest (oczywiście bogato zakrapiane) święto ratowania miasta. Słynną historię przypominają też (co godzinę od 11:00 do 15:00) ruchome figury zegara na oberży na Marktplatz.

Imponujący ratusz wygląda jak dwa osobne budynki – gotycki i renesansowo-barokowy.

Rothenburg może pochwalić się wyjątkowo pięknymi fontannami.

W narożu rynku…

…piją spragnieni

Rynek w Rothenburgu.

Po lewej oberża Ratstrinkstube, dzisiaj mieści informację turystyczną.

Słońce i chmury dzisiaj potęgują doznania artystyczne.

Spod ratusza kierujemy się w kierunku monumentalnego kościoła św. Jakuba (XIV-XV w.). Przemieszczamy się żółwim tempem, bo Grzesiek zarządza dłuższy postój przy każdej fontannie i przy każdej kratce odpływowej, a także przy wystawach bardzo licznych w Rothenburgu sklepów z zabawkami – piękne pluszowe misie przyglądają się przechodniom z witryn sklepowych, machają rękami, kręcą się na karuzelach, a nawet same puszczają bańki!

Makietę Rothenburga można znaleźć obok Kościoła Św. Jakuba.

A to sam kościół Św. Jakuba, (XIV-XV) w.

Reprezentacyjna Herrngasse.

Fontanny były niegdyś ważnym elementem systemu ochrony przeciwpożarowej.

Ta maskotka naprawdę puszczała bańki! Ale świetna reklama!

Trudno derwać wzrok od detali.

Idziemy przez Herrngasse – dawną ulicę handlową, przy której stoją domy możnych, a potem kierujemy się w stronę parku zamkowego – warto tu zajrzeć m.in. ze względu na piękne punkty widokowe.

Herrngasse zamyka wieża Burgtor.

A to już Burgtor od strony Parku Zamkowego.

Widok na południową część miasta – prawie niezmieniony od kilku wieków.

Z powrotem wchodzimy za mury miejskie i kierujemy się w stronę Plönlein („mały plac”) – urokliwego zbiegu pod kątem ostrym dwóch ulic, miejsca często uwiecznianego na fotografiach z Rothenburha. Po drodze kupujemy chłopakom lody. Należy im się! Są dziś naprawdę fantastycznymi kompanami. Po drodze zwracamy uwagę na średniowieczne Muzeum Kryminalne – placówka mieści się w budynku komandorii rycerzy Zakonu Szpitalników – wystawy prezentują narzędzia tortur i publicznego upokarzania.

Średniowieczne Muzeum Kryminalne.

A tu pewnie kiedyś był targ mięsny albo rzeźnia.

Idziemy na południe w stronę Plönlein.

Plönlein to niezykle uroczy zaułek Rothenburga.

Przyspieszamy kroku, bo ciemne chmury ciemnieją jeszcze bardziej i podejrzanie szybko zbliżają się w naszą stronę. Po chwili zaczyna padać. Co w takiej sytuacji robi turysta w Rothenburgu? Ucieka na zadaszoną galerię wartowniczą na murach miejskich! To bardzo atrakcyjna dla dzieci (i nie tylko) propozycja spaceru (wejście na mury bezpłatne). Ciekawe widoki na stare miasto, otwory strzelnicze, schody z wyślizganymi kamieniami. Bardzo nam się tu podoba. Trasa liczy ponoć 2,5 km – my dziś przeszliśmy tylko jej krótkim fragmentem od Siebersturm do wieży Röder. Tu opuszczamy zabytkowe centrum i wracamy do samochodu – przed nami jeszcze dwuipółgodzinna jazda do naszej schwarzwaldzkiej mety.

…czyli urządzamy sobie sapcer po murach obronnych miasta.

Ściany zdobią tabliczki z nazwiskami darczyńców, którzy przyczynili się do odtworzenia murów.

Galeryjka na murach to dobre schronienie przed deszczem

Chmury groźnie wiszą nad miastem.

Ostatnie spojrzenie z murów – to już wieża Röder.

Czas wracać – było super!

Spacer po Rothenburgu (leniwym tempem, z postojem na obiad, bez dokładnego zwiedzania wszystkich zabytków – np. nie obejrzeliśmy pięknego kompleksu Szpitala Ducha Świętego) zajął nam trzy godziny, ale nie żałujemy ani jednej minuty czasu spędzonego tutaj. Rothenburg to miejsce, w którym można wypróbować maszynę do cofania się w czasie. Przekraczając mury, przenosimy się do średniowiecza. Było pięknie.

Nasz czas: 10:00-22:00, w tym trzygodzinne zwiedzanie Rothenburga (16:00-19:00), ok. 700 km

Po postoju w Rothenburgu chłopcy w samochodzie padają, a my bez zbędnych postojów (poza jednym kawowym na stacji benzynowej – ale kofeina była naprawdę towarem pierwszej potrzeby😉) jedziemy dalej. Na miejsce dojeżdżamy już zupełnie po ciemku. Przez chwilę napędza nam stracha jeden objazd,  bo ciemno choć oko wykol, ale kierując się znakami (U = umleitung, objazd) – co poniekąd przypomina zabawę w samochodowe pochody – w końcu trafiamy na dobrą drogę.

Kienbronn

Nasza meta w Schwarzwaldzie: Kienbronn 166

Cudowna agroturystyka, absolutnie godna polecenia dla wszystkich podróżujących rodzin. Jedno z najprzyjemniejszych miejsc, w jakich gościliśmy Domek wygodny, wyposażony we wszystko, co potrzeba, czyściutko, wszelkie udogodnienia dla dzieci (małe łóżeczko, mały fotelik, małe sztućce); dookoła piękny zielony teren. Bardzo mili gospodarze. Chętnie spędzimy tu najbliższe dwa tygodnie!

Mieszkamy w malowniczym przysiółku Kienbronn w środkowych Schwarzwaldzie.

Przed naszym domkiem chłopcy mają wodny plac zabaw.

Drewnianymi przegródkami można zmieniać bieg wody.

Woda napędza miniaturowy młyn.

Wszystko jest bardzo estetycznie wykonane.

Drewniane węże – po wrzuceniu na końcu drewnianej kulki wąż wypluwał ją pyskiem.

Wydrążona kłoda to świetny tunel do zabawy!

Gospodarze zadbali też o boisko dla dzieci.

Jak fajnie się do niego zbiegało!

Słodkie kozy naszych gospodarzy.

Można było je karmić trawą.

…co podobało się wszystkim dzieciom niezależnie od wieku.

A to kolejny mieszkaniec Kienbronn – króliczek.

Dzieciaki go uwielbiały!

My też jesteśmy piękne!

Kamienne poidło dla zwierząr bardzo podobało się Grzesiowi.

Nasi gospodarze hodowali też daniele.

Piękne zwierzęta!

W stawie można było wędkować.

Przy miedzach stały stare kamienie milowe.

Przepiękne położenie Kienbronn.

Alpy Sztubajskie, Tyrol, Austria, 2017.07

Alpy Sztubajskie, 2017.07

To nasz pierwszy wyjazd w Alpy Austriackie. Niby byliśmy już w Alpach Bawarskich i Julijskich, odwiedziliśmy też Dolomity, ale wyprawa w sam środek Alp Wschodnich to trochę co innego. Alpy Sztubajskie zadziwiły nas swoją uniwersalnością. Spodziewaliśmy się wielkich dolin i szczytów z lodowcami niedostępnych dla przeciętnego turysty. Zastaliśmy prawdziwe góry dla każdego. Można tu znaleźć trudne ferraty i ambitne podejścia na trzytysięczniki. Jest mnóstwo szlaków dla typowych górołazów (choćby Stubaier Höchenweg od schroniska do schroniska przez kolejne doliny, przełęcze i szczyty). Są trasy odpowiednie dla rodzin z dziećmi i ludzi w każdym wieku i kondycji. Są intensywnie zagospodarowane okolice kilku kolejek gondolowych, gdzie wytyczono nawet ścieżki w pełni dostępne dla dziecięcych wózków (!) i każdy może poczuć się jak w wysokich górach. Ale są też dzikie i niedostępne miejsca, do których docierają nieliczni.

Jako turyści, dla których pierwowzorem gór są Tatry, liczyliśmy na bliższe zapoznanie się z krajobrazem lodowcowym. Nie zawiedliśmy się. Każda podchodząca w okolicę głównej grani alpejskiej dolina oferowała widok z lodowcami w tle. Wiele szlaków wprowadza na granie i szczyty, umożliwiając bezpośrednią konfrontację ze spływającą masą lodu. Nie marzymy o poszukiwaniu drogi przez labirynt szczelin czy wspinaniu się na stromych lodowcowych podejściach, ale możliwość zobaczenia takiego krajobrazu z bliska była dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Trochę brakowało nam jedynie takiego prawdziwego, ciemnosmreczyńskiego lasu. W Sztubajach doliny i ich co łagodniejsze zbocza są bardzo intensywnie wypasane. Drzewa i kosodrzewina porastają praktycznie tylko bardziej niedostępne zbocza. Za to można podziwiać stada krów, owiec i kóz. Nie trzeba też czekać na pojawienie się widoków dopiero po przekroczeniu granicy lasu. Coś za coś.

Stałym elementem krajobrazu są też naprawdę imponujące potoki, biorące często początek w topiących się latem lodowcach. Tworzą one niespotykane w Tatrach rozlewiska na płaskich łąkach i potężne kaskady i wodospady na kolejnych progach dolin. Górskie stawy w letnim słońcu mają kolory morskich lagun… Po prostu trzeba samemu to zobaczyć, a jeżeli nie macie takiej możliwości to zapraszamy do naszej relacji!

Z praktycznego punktu widzenia przydatne jest zakupienie Stubai Card (64 euro za dorosłego i 32 euro za dziecko), dającej możliwość korzystania przez 5 z 7 kolejnych dni z kolejek gondolowych w dolinie oraz kilku dodatkowych atrakcji, w tym parku wodnego StuBay. Z innych przywilejów „karcianych” warto wspomnieć o możliwości nieodpłatnego korzystania ze środków komunikacji publicznej. Niektóre (oczywiście odpowiednio droższe) kwatery i pensjonaty oferują Stubai Card w cenie noclegów.

Planując wyjazd w Alpy, warto odpowiednio wcześniej zostać członkiem Alpenverein. W cenie członkostwa otrzymujemy międzynarodowe turystyczne ubezpieczenie, obejmujące nie tylko turystykę górską, ale też po prostu wyjazdy zagraniczne na cały rok. Dodatkowo w schroniskach możemy korzystać ze zniżek na noclegi i specjalnych, w miarę tanich posiłków, tzw. Bergsteigessen za 8 euro/porcja. Przy członkostwie dwóch dorosłych osób dzieci otrzymują członkostwo z wszelkimi uprawnieniami bez dodatkowych opłat.

Ambitni turyści mogą w Alpach Sztubajskich zdobywać poszczególne szczyty z programu Seven Summits Stubai (Zuckerhütl, Wilder Freiger, Habicht, Rinnenspitze, Serles, Hoher Burgstall, Elfer). Zdobycie każdego z nich potwierdzamy perforacją na specjalnej karcie (dostępnej w punktach informacji turystycznej). Uwaga: wejście na szczyty Zuckerhütl i Wilder Freiger wymaga odpowiedniego sprzętu i doświadczenia w turystyce lodowcowej.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek (zapraszamy!):

Dzień 1. Podróż i ruiny starej walcowni w Nietulisku

Dzień  2. Podróży cd. Salzburg – miasto Mozarta

Dzień 3. Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher, czyli wysokie góry dla każdego

Dzień 4. Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

Dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

Dzień 6. Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte – alpejski szlak jak z bajki

Dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Dzień 8. Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

Dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

Dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

Dzień 11. Podróż powrotna i czeskie Brno w deszczu

Brno – przystanek w podróży powrotnej z Alp Sztubajskich

24 lipca 2017, poniedziałek

Od rana deszcz, raz bardziej, raz mniej ulewny, ok. 18 stopni

Brno odwiedzamy jako przystanek w podróży powrotnej z Alp Sztubajskich.

Podróż powrotna i postój w Brnie

Zgarniamy się wcześnie rano i z łezką w oku opuszczamy nasz alpejski domek. Tyle wspomnień dołożyliśmy do swojej kolekcji w ciągu minionego tygodnia! Tyle zmęczenia w nogach, tyle pięknych widoków, tyle nowych nazw, nowych miejsc, nowych skojarzeń. W Alpy wrócimy jeszcze na pewno nie raz i na pewno zabierzemy tam dzieci!

Jedzie się niezbyt wygodnie, bo właściwie od Innsbrucka non stop pada, momentami naprawdę intensywnie. Jazda zatłoczoną autostradą przy kiepskiej widoczności wymaga wielkiej koncentracji.

Brno

Na dłuższy postój zatrzymujemy się w Brnie – drugim co do wielkości mieście Czech. To właśnie tutaj Mendel tworzył półtora wieku temu podstawy współczesnej genetyki. Zwiedzanie miast z dziećmi nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej, więc chętnie korzystamy z okazji, że jesteśmy tylko we dwoje. Prawdę mówiąc, Brno nadaje się też na rodzinną wycieczkę – z dzieciakami najlepiej jednak skupić się na okolicy wzgórza zamkowego z mnóstwem przyjemnych alejek, pięknymi punktami widokowymi na miasto, ławeczkami i placem zabaw. I trzeba pokazać dzieciakom słynnego brneńskiego smokokrokodyla, podwieszonego w bramie wjazdowej starego ratusza.

My też zaczynamy nasz spacer po Brnie od zajrzenia na zamek. Górujący nad miastem zamek Špilberk został zbudowany w XIII w., ale obecną postać zawdzięcza przebudowom z XVII i XVIII w., które zamieniły go w obronną twierdzę. W zamku mieściło się niegdyś jedno z najbardziej znanych więzień w monarchii habsburskiej. Ze wzgórza zamkowego otwiera się wspaniały widok na Brno z zabytkowym centrum i wianuszkiem współczesnej zabudowy.

Zamek Špilberk – pierwszy punkt na naszej trasie zwiedzania Brna.

Zamek został zbudowany w XIII w, kolejne przebudowy nadały mu jednak charakter barokowy.

Od XVII do XIX w. w zamku funkcjonowało habsburskie więzienie.

Z zamkowych murów pięknie widać zabytkowe centrum Brna.

Obecnie wart jest odwiedzin również ze względu na walory widokowe.

Opuszczamy teren zamku i kierujemy się na starówkę.

Gdy tylko opuszczamy zamek, zaczyna padać. Gdzie tu się najlepiej schować? Już wiemy, biegniemy do katedry! Wyniosłą gotycką katedrę  św. św. Piotra i Pawła zbudowano na wzgórzu Petrov na miejscu dawnej romańskiej bazyliki. Ciekawostką jest to, że katedralne dzwony dzwonią na Anioł Pański o 11:00 zamiast w południe – ta tradycja ma upamiętniać odparcie szwedzkiego najazdu z czasów wojny trzydziestoletniej. Wnętrze świątyni nie wyróżnia się niczym szczególnym, warto jednak zwrócić uwagę na kamienną figurę Madonny z 1300 r. (po prawej stronie przy drzwiach wejściowych). Istnieje też możliwość wejścia na wieżę – warto, bo poza widokiem na miasto z lotu ptaka mamy okazję obejrzenia katedry od podszewki – wiszących wysoko dzwonów, tajemniczej mrocznej przestrzeni między sklepieniem a dachem.

Urokliwe uliczki Brna.

Katedra św. św. Piotra i Pawła.

Pierwotnie romańska, została przebudowana w stylu gotyckim.

Wnętrze katedry stanowi mieszankę stylów, ale jest dość skromne.

XIII-wieczna piaskowcowa figura Matki Boskiej.

Wchodzimy na jedną z 81-metrowych wież.

To wspaniały punkt widokowy na miasto.

Podróż w czasie.

Gdy wychodzimy z katedry, pada już całkiem solidnie. Wyciągamy parasole i kierujemy się na Zelny Trh (Targ Warzywny). Uwagę zwraca głównie niezwykle oryginalna barokowa fontanna z końca XVII w. i kolumna Trójcy Przenajświętszej. Niezmiennie od XVI w. na placu sprzedaje się świeże warzywa, zioła i owoce. My jednak mamy ochotę na coś konkretniejszego – po tygodniu życia na kanapkach z chęcią pozwolimy sobie na porządny obiad. Wchodzimy do zachęcająco wyglądającej restauracji Špalíček, urządzonej w zabytkowych pomieszczeniach starej kamienicy. Wnętrze faktycznie jest bardzo klimatyczne, potem jednak nasze dobre wrażenie pęka jak bańka mydlana. Już nawet nie chodzi o to, że zamiast sałatki ziemniaczanej dostajemy same niedogotowane ziemniaki, a zamiast apfelstrudla nędznego racucha z bitą śmietaną, że nie można płacić kartą, ani nawet o to, że w środku jakoś tak nie jest najczyściej; najgorsze jest to, że zjedzenie obiadu w tym miejscu zajmuje nam bite dwie godziny (czy obsługa może być tak wolna? Okazuje się, że może…), co akurat dzisiaj na rękę nam nie jest. No ale nic, było jak było, trzy na szynach (no, trzy z plusem za klimatyczne wnętrza) za obiad, ale przynajmniej odpoczęliśmy sobie od jazdy samochodem i pobyliśmy trochę we dwoje.

Kolumna Trójcy Przenajświętszej na placu Zelný trh.

Plac zdobi barokowa fontanna Parnas.

Bogato zdobiona fontanna ma przypominać jaskinię.

Po obiedzie rozpadało się na dobre. Mimo to dzielnie kontynuujemy nasz spacer. Kierujemy się do niezwykłego budynku starego ratusza – ten zabytek Brna spodobał nam się chyba najbardziej! XIII-wieczny (!) gmach przywodzi nam na myśl średniowieczną wieżę zegarową z rumuńskiej Sighişoary. Warto przyjrzeć się dłużej portalowi gotyckiemu – jedna z jego wieżyczek jest wyraźnie przekrzywiona (i dlatego nazywana bywa „zwiędłym fiołkiem”) – według legend obecną jej postać możemy zawdzięczać mistrzowi kamieniarskiemu, który w ten sposób odwdzięczył się miastu, gdy nie otrzymał zapłaty za swoją pracę. W bramie wjazdowej jest podwieszony słynny brneński krokodyl – „smok”, o którym krążą podobne legendy jak o naszym Smoku Wawelskim (ponoć w rzeczywistości został podarowany przez poselstwo tureckie). Koniecznie trzeba wejść na wieżę ratusza – pięknie stąd widać zabytkową starówkę.

XIII-wieczny Stary Ratusz – żelazny punkt na trasie zwiedzania Brna.

Nad wejściem wisi słynny brneński ‚smok’ – krokodyl.

Jedna z wieżyczek późnogotyckiego portalu jest wyraźnie przechylona.

Ratusz ma piękny dziedziniec z krużgankami odzobionymi herbami.

Piękne, stylowe wnętrza ratusza.

Przypomina nam się wieża rycerska w Siedlęcinie.

Pięknie widać katedrę, z dobudowanymi w 1904 r. neorenesansowymi wieżami.

Rzut oka w stronę wzgórza zamkowego.

Ostatnim miejscem, jakie odwiedzamy w Brnie, jest Plac Wolności (Námĕsti Svobody) z XVII-wieczną kolumną morową, otoczony zabytkowymi ozdobnymi pałacami i kamienicami. Warto stąd podejść jeszcze kilka kroków do późnogotyckiego kościoła św. Jakuba z najwyższą w mieście wieżą. Świątynia może spodobać się nawet młodszym turystom, a to za sprawą kamiennej figurki przy gzymsie jednego z okien, która pokazuje miastu … swoją gołą pupę. Wiąże się z tym ciekawa legenda – dowiecie się o niej na pewno, odwiedzając Brno.

Náměstí Svobody w deszczu.

Kolumna morowa pochodzi z końca XVII w.

Kościół św. Jakuba ma najwyższą wieżę w Brnie (92 m).

Słynne okno z figurką wypinającą na miasto swoje cztery litery.

Wracamy do samochodu, skacząc po kałużach, przemoczeni do suchej nitki. Ale co tam, spacer pod parasolami był bardzo przyjemny; szkoda tylko, że obiad zajął nam tak dużo czasu – Sebuś na pewno zdąży już zasnąć, zanim do niego przyjedziemy.

Brno bardzo nam się spodobało. Miasto ma wiele do zaaferowania – piękna secesyjna zabudowa, wspaniałe kościoły, urokliwe położenie między zielonymi wzgórzami, zamek, fantastyczny średniowieczny gmach ratusza. Mamy tylko wrażenie, że Brno powinno nieco bardziej zadbać o turystów – przy odrobinie starania mogłoby być tętniącym życiem centrum turystycznym tej części Europy. A tak to wydaje się nie do końca dopieszczone (wyjątek stanowią okolice ratusza ze sprawnie działającą informacja turystyczną; ulotki i mapki w wielu językach, w tym po polsku). Wejście na katedralną wieżę brudne i zaniedbane, zabytkowe place pełne parkujących samochodów – trudno uwierzyć własnym oczom, że na środku głównego placu starego miasta urządzono …. komis samochodowy! Na nasze główne wrażenia spory wpływ miała zapewne pogoda – nad głowami cały czas wisiały ciężkie szare chmury, które potem porządnie nas zmoczyły. Nawet jednak takie nie do końca wygładzone Brno ma swój klimat, dla którego chce się tu wracać. Chętnie zajrzymy tu raz jeszcze – np. żeby obejrzeć pominiętą dziś przez nas modernistyczną willę Tudendhat, wpisaną na Listę Światowego Dziedzictw UNESCO. Dzieciom spodobałaby się też pewnie podziemna trasa turystyczna pod placem Zelny Trh.

Brno-Rzeszów

Nie ma o czym pisać. Pada deszcz, a my pędzimy, coraz bliżej naszego Sebusia, przygarniętego pod skrzydła przez Babcię Stasię i Dziadka Janka! Grzesia zobaczymy dopiero następnego dnia – został z Babcią Urszulą i Dziadkiem Jerzym. A Tyma dopiero w niedzielę – wtedy wraca z obozu harcerskiego. Ale będzie opowiadania! Cała nasze wycieczka nie doszłaby do skutku, gdyby nie Babcie i Dziadkowie, którzy spędzili te dni razem ze Swoimi Kochanymi Wnukami. Jesteśmy im za to niezmiernie wdzięczni!

Nasz czas: Neustift-Rzeszów: 6:30-23:00 (w tym trzygodzinne zwiedzanie Brna), ok. 1150 km

Estonia część III – Pärnu, Saaremaa i ciekawostki przyrodnicze

6 sierpnia 2013, wtorek

Chłodna noc i poranek, ale potem szybko się ociepla i jest znowu piękny dzień, do 27 st. C

Pärnu – letnia stolica Estonii

Wykorzystując przepiękną pogodę, wybieramy się do głównego estońskiego kurortu nadmorskiego. Zaczynamy od spaceru po Starym Mieście, które jednak trochę nas rozczarowuje. Znaczna część budynków jest jeszcze nieodnowiona, zabudowa nie tworzy też spójnej całości, jak na przykład w Tartu, ale to już „zasługa” historii… ale po kolei.

Parkujemy koło dworca autobusowego (co okazuje się dobrym wyborem, bo w tej części miasta parking kosztuje 1 Euro za godzinę lub 3,20 za cały dzień, a bliżej plaży 3,20 za godzinę…) i ruszamy ulicą Rüütli. Wokół tego deptaka skupia się życie tej części Pärnu, widać sporo ładnych, często drewnianych domów z XVII i XVIII w. Najbardziej podoba nam się barokowa cerkiew św. Katarzyny z XVIII w. i Brama Tallińska – pozostałość średniowiecznych murów obronnych. Oglądamy też nieco nietypowy ratusz z końca XVIII w. (początkowo była to rezydencja bogatego kupca), a R., wracając po samochód, robi też zdjęcia barokowego kościoła św. Elżbiety z XVIII w. oraz ostatniej zachowanej, XV-wiecznej baszty – Czerwonej Wieży (czerwonej tylko z nazwy, bo naprawdę jest … biała). Obie te budowle są mocno zaniedbane, a basztę dodatkowo trudno znaleźć w zagubionym zaułku…

Deptak w Pärnu.

Deptak w Pärnu.

Hotel Bristol (1900).

Hotel Bristol (1900).

Spojrzenie na ratusz.

Spojrzenie na ratusz.

To chyba dom hanzeatycki.

To chyba dom hanzeatycki.

Ratusz w Pärnu (kon. XVIII).

Ratusz w Pärnu (kon. XVIII).

Brama Tallińska.

Brama Tallińska.

Impresje z Bramy Tallińskiej.

Impresje z Bramy Tallińskiej.

Kościół św. Elżbiety, XVIII w.

Kościół św. Elżbiety, XVIII w.

Czerwona Wieża, XV w.

Czerwona Wieża, XV w.

Kolejna część naszego spaceru, jak łatwo się domyślić, prowadzi na plażę. Po drodze przechodzimy przez bardziej „willową” część miasta, oglądając m.in. willę Ammende, przykład stylu art nouveau. Decydujemy się też na obiad w Kuursaalu. Ten drewniany budynek nie robi najlepszego wrażenia, gdy patrzy się na niego od strony plaży, ale od drugiej strony jest ładnie zaaranżowany taras, a w środku piękny drewniany wystrój ze sceną i dużym barem.

Ulicą Mere w stronę plaży.

Ulicą Mere w stronę plaży.

Villa Ammende.

Villa Ammende.

Kuursaal.

Kuursaal.

Kuursaal - wnętrze.

Kuursaal – wnętrze.

Potem nasze kroki prowadzą już prosto na plażę. Jak dotąd jest to nasze najlepsze miejsce kąpieli – woda jest bardzo ciepła, a płycizna ciągnie się chyba ponad sto metrów – po prostu raj dla dzieci! Sama plaża też jest całkiem szeroka i piaszczysta (choć piasek nie taki drobniutki jak u nas), jest sporo przebieralni, place zabaw itp. Uderza nas brak parawanów, ale tu po prostu nie ma aż takiego tłumu jak na naszych plażach (nawet tutaj, w samym centrum największego kurortu!). Sebuś, wracając z plaży, podśpiewywał sobie „Miłość, miłość”, więc zapytaliśmy go, co to jest miłość. Powiedział: „To takie przyjemne coś, do rodziny”… miłe!

A teraz na plażę!.

A teraz na plażę!.

Na plaży w Pärnu - nasza warownia.

Na plaży w Pärnu – nasza warownia.

Na plaży w Pärnu.

Na plaży w Pärnu.

Po powrocie obaj chłopcy jeszcze długo dosypiają, Sebuś w łóżku, a Tymo po prostu w samochodzie. My delektujemy się kawką i przyniesionymi przez gospodynię świeżymi jabłkami z ogrodu, a na deser mamy przysmak z Rodos – sezam z miodem – pycha! Potem M. prasuje, a R zapisuje trasę.

Wieczorem ruszamy na spacer do lasu, z zamiarem nazbierania leśnych owoców na kolację. Idziemy trasą naszego poprzedniego spaceru, gdzie już mamy upatrzone odpowiednie miejsca. Plany udaje nam się zrealizować świetnie, przynosimy trzy kubki przepysznych jagód, okraszonych kilkoma malinkami i poziomkami. Szczególne pochwały należą się chłopcom. Tymuś sam nazbierał cały kubeczek jagód i malinek, a Sebuś przeszedł cały spacer na własnych nóżkach i bardzo pilnie zbierał malinki i jagódki! Dzień kończymy arcysmaczną kolacją – kluchami z kiełbasą, a na deser nasze leśne owoce!

A wieczorem idziemy na jagody...

A wieczorem idziemy na jagody…

Na razie mam malinki i poziomki.

Na razie mam malinki i poziomki.

Nareszcie są jagody!.

Nareszcie są jagody!.

Nasze zbiory - mniam!.

Nasze zbiory – mniam!.

7 sierpnia 2013, środa

Ładny, ciepły dzień, chociaż słoneczko za mgiełką, do 27 st. C

Wyprawa na estońskie wyspy

Będąc w Estonii, nie sposób nie odwiedzić tutejszych wysp. Naszym głównym celem jest Saaremaa, ale aby tam dotrzeć, musimy przejechać też przez mniejszą wysepkę, Muhu.

Wstajemy dzisiaj wcześniej i już o 7:30 ruszamy. Po niecałych dwóch godzinach meldujemy się w kolejce do promu w Virtsu. Czekamy niedługo, właściwie kilkanaście minut, to dobry czas na rozprostowanie kości. Potem już obserwujemy przybijający do brzegu prom, otwierającą się „paszczę” i wyjeżdżające „z brzucha” statku samochody i tiry. Chłopcy są zachwyceni całą przeprawą. Są ciekawi wszystkiego, dwadzieścia kilka minut i nieco ponad sześć kilometrów podróży mija nam bardzo szybko, czas spędzamy głównie na pokładzie. Obserwujemy zamykającą się „paszczę” i oddalający się brzeg, a potem przenosimy się na dziób, oglądając brzegi wyspy Muhu i mijający nas bliźniaczy prom. Chłopcy zapytani o to, co najbardziej podobało im się na promie, odpowiadają, że toaleta, a dokładnie ręczniki papierowe wysuwane na ruch ręki i specyficzne promowe spuszczanie wody w sedesie… Jak widać dla każdego coś miłego!

Czekamy na przeprawę promową na Wyspę Muhu.

Czekamy na przeprawę promową na Wyspę Muhu.

Rzut oka na Bałtyk w Virtsu.

Rzut oka na Bałtyk w Virtsu.

Ooo, płynie nasz prom!.

Ooo, płynie nasz prom!.

Prom otwiera paszczę i wypluwa samochody - ale czad!.

Prom otwiera paszczę i wypluwa samochody – ale czad!.

Ten wiatr na twarzy...

Ten wiatr na twarzy…

Zaglądamy na górny pokład.

Zaglądamy na górny pokład.

Nasz cel - Saaremaa.

Nasz cel – Saaremaa.

W siną dal, w siną dal...

W siną dal, w siną dal…

Staramy się dość szybko dotrzeć na Saaremę, więc na Muhu zatrzymujemy się tylko po to, żeby zrobić kilka zdjęć XIV-wiecznego romańsko-gotyckiego kościoła św. Katarzyny z Muhu, pięknej pamiątki po czasach, kiedy na wyspie panowali Krzyżacy. Dalej kierujemy się ku największej osobliwości dzisiejszej wyprawy, krateru po upadku meteorytu w Kaali. Na miejscu jest spory bezpłatny parking, restauracja, sklep z pamiątkami i małe muzeum. My jednak idziemy prosto do krateru, który jest naprawdę spektakularny. Ma ponad 100 m średnicy i około 20 m głębokości, a dodatkowo jego wnętrze wypełniają pięknie zielone wody jeziorka o wdzięcznej nazwie „grób słońca”. Jeziorko jest o tej porze roku dość płytkie, ale i tak wrażenia są niezapomniane. W okolicy jest jeszcze kilka mniejszych kraterów, ale dyscyplinowani marszrutą na dzisiaj, jedziemy dalej.

Kosciół Św. Katarzyny z Muhu (XIV), Liiva. Nie ma dzwonnicy.

Kosciół Św. Katarzyny z Muhu (XIV), Liiva. Nie ma dzwonnicy.

Grobla łącząca wyspy Muhu i Saaremę.

Grobla łącząca wyspy Muhu i Saaremę.

Kaali - zbliżamy się do krateru po upadku meteorytu.

Kaali – zbliżamy się do krateru po upadku meteorytu.

Krater po upadku meteorytu w Kaali.

Krater po upadku meteorytu w Kaali.

Niedługo po 12:00 docieramy do głównego miasta SaaremyKuressaare. Naszym głównym celem jest najlepiej zachowana w Estonii średniowieczna budowla: XIV-wieczny zamek biskupi. Mieszczące się w nim Muzeum Regionalne Saaremaa jest dla nas ciekawe głównie ze względu na to, że pokazuje autentyczne, świetnie zachowane wnętrza zamkowe. Można pomyszkować po schodach, korytarzach i innych zakamarkach. Po drodze spotykamy fajną, nieco straszną niespodziankę: okazuje się, że schody na „Watchtower” kończą się w ciemności, a z położonego obok ślepego korytarza nagle rozlega się ryk głodnego lwa, czekającego w lochu na kolejnego skazańca. Zaciekawia nas też ekspozycja z czasów komunistycznych, umieszczona w innej wieży. Nie dajemy już rady zwiedzić, podobno interesującej, wystawy przyrodniczej, ale zaglądamy jeszcze do piwnicy, by zobaczyć tajemniczy szkielet zamurowanego w zamku kilka wieków wcześniej hiszpańskiego inkwizytora, który zakochał się w tutejszej piękności… Jest więc i prawdziwa tajemnicza historia…

Zamek biskupi (XIV) w Kuressaare.

Zamek biskupi (XIV) w Kuressaare.

Najlepiej zachowana średniowieczna warownia w Estonii.

Najlepiej zachowana średniowieczna warownia w Estonii.

Krata broniąca wejścia do zamku robi wrażenie.

Krata broniąca wejścia do zamku robi wrażenie.

Na zamkowym dziedzińcu.

Na zamkowym dziedzińcu.

Białogłowa uwodzi inkwizytora.

Białogłowa uwodzi inkwizytora.

Gotyk w pełnej krasie.

Gotyk w pełnej krasie.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Czasami jest naprawdę stromo.

Czasami jest naprawdę stromo.

Oglądamy wystawę prezentującą historię Saaremy.

Oglądamy wystawę prezentującą historię Saaremy.

To to musiało fajnie pływać.

To to musiało fajnie pływać.

A to ta nowsza historia.

A to ta nowsza historia.

Teraz już można się śmiać.

Teraz już można się śmiać.

Wchodzimy na galeryjkę obronną.

Wchodzimy na galeryjkę obronną.

Pikk Hermann.

Pikk Hermann.

Rekonstrukcja szkieletu zakochanego inkwizytora.

Rekonstrukcja szkieletu zakochanego inkwizytora.

Po tych wszystkich przygodach podjeżdżamy do centrum miasta i wyszukujemy niezłą pizzerię (dzieciaki ciągle dopraszają się o pizzę). Chłopcy są już bardzo zmęczeni – rano zbudziliśmy ich znacznie wcześniej niż zwykle, więc dziś już odpuszczamy sobie kąpiel (oficjalnie za karę za faktycznie nie najlepsze zachowanie w pizzerii, a tak naprawdę z rozsądku…). W czasie oczekiwania na obiad M. fotografuje okolicę, m.in. dawny ratusz i dom w stylu hanzeatyckim (oba z 2. połowy XVII w.) oraz ładne budynki przy ul. Lossi (przy której też znajduje się nasza pizzeria). Na koniec podjeżdżamy w okolice portu w Kuressaare, by utrwalić pomnik wyspiarskiego bohatera – olbrzyma Suur Tõlla i jego żony Piret.

Rynek w Kuresssaare, barokowy (XVII) ratusz w tle.

Rynek w Kuresssaare, barokowy (XVII) ratusz w tle.

Dom z czasów Hanzy - dawna waga.

Dom z czasów Hanzy – dawna waga.

Saremski Suur Töll i jego żona Piret.

Saremski Suur Töll i jego żona Piret.

Chłopcy zasypiają błyskawicznie po wejściu do samochodu, a my wtedy spokojnie objeżdżamy pozostałe atrakcje. Podjeżdżamy do miejscowości Angla, gdzie zachowało się ostatnie na wyspie duże skupisko wiatraków. Na tym niewielkim wzgórzu stoi ich aż pięć (i nie jest to skansen, tylko ich naturalne położenie!) Warto dodać, że na Saaremie było kiedyś podobno aż 800 wiatraków! Nie na darmo wiatrak jest nadal często używanym symbolem tej wyspy. Na koniec, już na wyspie Muhu, jedziemy jeszcze do miejscowości Koguva. To prawdziwy żywy skansen z kamiennymi domkami pokrytymi strzechą, otoczonymi płotami z kamieni porośniętych mchem, na których leżą łodzie rybackie, jakby właśnie suszyły się po ostatnim połowie… Cudo!

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva

Koguva

Koguva

Koguva

Dalej już ponowna przeprawa promem. Tym razem spędzamy ją na krytym pokładzie, a główną atrakcją dla chłopców jest kącik zabaw z klockami i jeździkiem – zygzakiem McQuinnem… My w tym czasie krzepimy się kawą, a potem ruszamy dalej. Ok. 18:40 jesteśmy już na miejscu, „w naszej Aasie”.

Wracamy promem do Virtsu.

Wracamy promem do Virtsu.

Mamo, zrobiłem flagę Litwy!.

Mamo, zrobiłem flagę Litwy!.

Jak na dzień, podczas którego spędziliśmy w samochodzie ponad 6 godzin, i tak udało nam się wszystko naprawdę sprawnie. Nie udało nam się zaliczyć jeszcze kilku ciekawych miejsc (np. dwóch latarni położonych na krańcach Saaremy), ale nie można mieć wszystkiego. Polecamy wyprawę na wyspy w zwykły dzień, gdyż znając zacięcie Estończyków do weekendowych wyjazdów poza miasto, można się spodziewać kolejek do promów:)

Wieczór przemiły i ciepły, chłopcy biegają przed domkiem (i zajmują się m.in. wystrzeliwaniem jarzębinek z naszej zepsutej pompki), R. jak co dzień dzielnie rozpala nam ogień w palenisku grzejącym saunę i ciepłą wodę.

 

8 sierpnia 2013, czwartek

Upał i centralna lampa, 30 stopni

Przepiękna pogoda i znużenie po wczorajszej wyprawie skłaniają nad do zaplanowania lżejszego dnia, którego centralnym punktem byłoby plażowanie. Wybieramy się na plaże na południe od Pärnu.

W drodze udaje się nam jeszcze zaliczyć jedną super atrakcję – ścieżkę turystyczną po najwyższych, osiągających nawet 35 metrów wysokości, wydmach w krajach Bałtyckich. Parkujemy na leśnym parkingu niedaleko miejscowości Rannametsa. Urządzono tu bardzo ciekawą ścieżkę przyrodniczą, obfitującą we wspaniałe widoki na morze, nadmorskie wydmy i sąsiadujący z nimi zabagniony teren. Najpierw wspinamy się na jedną z zalesionych wydm. Ścieżka zaskakuje profesjonalnym przygotowaniem – wejście na wydmy umożliwiają porządne drewniano-metalowe schodki, urządzono też fantastyczne miejsce odpoczynku z przygotowanym paleniskiem, narąbanym drzewem (była nawet siekiera) i toaletą w estetycznym drewnianym domku. Nic nie zostało zniszczone, połamane, zaśmiecone, aż miło popatrzeć. Po wspięciu się na wydmę przechodzimy na drugą stronę Vii Baltiki i spacerujemy po drugiej, znacznie dłuższej części ścieżki. Niestety, nie mamy czasu, by przejść się częścią „bagienną”, wiodącą drewnianymi kładkami do malowniczych jeziorek, ale udaje nam się dojść do fantastycznej wieży widokowej. Wysoka na niemal 20 m konstrukcja (punkt widokowy znajdujący się 50 m n.p.m.) umożliwia podziwianie rozległej panoramy – z jednej strony Bałtyk schowany za pasem wydm, z drugiej strony bagna. Chłopakom też się podoba (choć Sebuś marudzi trochę na upale) – zawsze chętnie wchodzili na wieże, a tym razem wzięli ze sobą maskotkę – Pupila, któremu ciągle przydarzały się jakieś straszne przygody (w końcu spadł z wieży i okropnie się połamał).

Wydmy w okolicy Rannametsa.

Wydmy w okolicy Rannametsa.

To miejsce odpoczynku dostępne dla wszystkich!.

To miejsce odpoczynku dostępne dla wszystkich!.

Ścieżka przyrodnicza po wydmach.

Ścieżka przyrodnicza po wydmach.

Wieża widokowa w okolicy Rannametsa.

Wieża widokowa w okolicy Rannametsa.

Weszliśmy na szczyt.

Weszliśmy na szczyt.

Widok na bagna i kładki ścieżki przyrodniczej.

Widok na bagna i kładki ścieżki przyrodniczej.

Po miłym leśnym spacerze kierujemy się już prosto nad morze. Wybieramy plażę w miejscowości Kabli. To wieś rozmiarem przypominająca nasze Gąski, choć – podobnie jak całe tutejsze wybrzeże – dużo mniej zaludniona przez turystów i zachowująca autentyczność – wygląd nadmorskiej wsi bez hoteli, straganów z pamiątkami i całego tego kolorowego i hałasującego szaleństwa. Mimo to na swój sposób czuć nowoczesność. Podobnie jak w innych estońskich miejscowościach, jest tu np. miejsce publicznego, otwartego dla wszystkich za darmo dostępu do Internetu. Sama plaża tez jest bardzo przyjemna, a na nasze potrzeby – znakomita. Jest urokliwa wieża ratowników, przebieralnia, drewniana łódź ukryta w trzcinach, falochron z głazów narzutowych. Chłopcy cieszą się długą płycizną i niewiarygodnie ciepłą wodą. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że morze w Estonii może być aż tak ciepłe! Nawet M. wchodzi do wody bez żadnych barier, zupełnie jak byśmy byli nad Morzem Śródziemnym. Nie możemy tylko spokojnie popływać, bo pod wodą czają się ogromne głazy, których w ogóle nie widać. Całe popołudnie pławimy się wesoło, a chłopcy mają raj.

Wieża ratowników w Kabli.

Wieża ratowników w Kabli.

Plaża w Kabli.

Plaża w Kabli.

Kabli - jest bosko.

Kabli – jest bosko.

Kabli - jest bosko.

Kabli – jest bosko.

Głazy w funkcji falochronu.

Głazy w funkcji falochronu.

Plaża w Kabli.

Plaża w Kabli.

Wracając, robimy ostatnie już małe zakupy spożywcze w miejscowości Kilingi-Nõmme. Dziś nie udało nam się zjeść na wycieczce, więc po powrocie do domku szybko pichcimy proste danie z kluchami, kiełbachą i żółtym serem. Po całym aktywnym dniu smakuje doskonale.

Tak chłopcy rozpoczynali dzień.

Tak chłopcy rozpoczynali dzień.

A tak skończyli.

A tak skończyli.

Wieczorny spacer - gospodarstwo naszych gospodarzy.

Wieczorny spacer – gospodarstwo naszych gospodarzy.

9 sierpnia 2013, piątek

Trochę chłodniej, ale nadal miła pogoda, do 27 st. C

Wyprawa do piaskowych jaskiń i na Suur Munamägi

Dzisiaj odwiedzamy południowo-wschodni kraniec Estonii. Według planu naszym pierwszym celem miał być najwyższy szczyt Estonii, ale nasza nawigacja wyprowadziła nas w pole i w końcu zmieniliśmy kolejność atrakcji.

Po pokonaniu blisko … 200 km docieramy do miejscowości Piusa, gdzie znajdują się jaskinie piaskowe – prawdziwy ewenement. Wbrew nazwie sugerującej naturalne pochodzenie, są one wytworem człowieka i to stosunkowo „młodym”. Są to wyrobiska po kopalni… piasku! Na początku XX wieku biały piasek, niezbędny do produkcji szkła, był na tutejszych ziemiach rarytasem, sprowadzanym aż z Niemiec! W związku z tym w okresie od 1922 do 1966 r. wydobywano tutejszy piasek, który właśnie w znacznej części posiadał tę najcenniejszą barwę. Stopniowo powstały całe labirynty i systemy jaskiń. Po zaprzestaniu wydobycia jaskinie stały się wspaniałym siedliskiem dla nietoperzy, obecne zimuje tu ich nawet ponad 5 tysięcy.

Do niedawna podobno zwiedzanie odbywało się za darmo, bez przewodnika. Obecnie powstało tu całe nowe centrum turystyczne z fajnym placem zabaw na zewnątrz i miejscem z piaskiem do zabawy wewnątrz, salą kinową i kawiarnią. Niestety, wszystkie dodatkowe punkty programu trochę wydłużają nam zwiedzanie; musimy też czekać 20 minut na projekcję filmu o nietoperzach i innych przyrodniczych osobliwościach okolicy (na szczęście w wersji anglojęzycznej, a nie estońskiej:)). Potem jeszcze chwilę czekamy na wyjście poprzedniej grupy z jaskiń, żeby dziewczyna obsługująca kasę mogła nam i jeszcze dwojgu innych turystów opowiedzieć o jaskini po angielsku (musiała zostać zmieniona przez drugą przewodniczkę). Było jednak warto, bo wrażenia są jak z prawdziwej jaskini – temperatura zaledwie 9 stopni. Do tego widoki (i zdjęcia) piękne, a i opowieść o kopalni ciekawa. Chłopcy mogli grzebać się w piasku, który leżał pod nogami, więc jakoś znieśli to tureckie kazanie (bo oczywiście nie rozumieją nic po angielsku). Bardzo też podobało im się na dawnym wyrobisku po wydobyciu piasku, gdzie podeszliśmy na koniec. Wygląda ono jak kawałek pustyni, z miejscami wystającymi fragmentami zbitej „skały” piaskowej, dodatkowo w różnych kolorach. Tym kolorowym piaskiem można było dzięki zawartym w nim minerałom świetnie „wymalować” sobie ręce na czerwono. Musiało się podobać!

Piusa, jaskinie piaskowe - budynek główny.

Piusa, jaskinie piaskowe – budynek główny.

Wahadełko rysujące po piasku to świetna zabawka.

Wahadełko rysujące po piasku to świetna zabawka.

Czekamy na projekcję filmu o jaskiniach piaskowych.

Czekamy na projekcję filmu o jaskiniach piaskowych.

Oglądając film, testujemy krzesła wykonane z różnego drewna.

Oglądając film, testujemy krzesła wykonane z różnego drewna.

Podchodzimy pod wejście do jaskiń.

Podchodzimy pod wejście do jaskiń.

Wejście do jaskiń piaskowych w Piusie.

Wejście do jaskiń piaskowych w Piusie.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Chłopaki mają tu wielka piaskownicę.

Chłopaki mają tu wielka piaskownicę.

Idziemy wzdłuż częściowo zawalonych wyrobisk.

Idziemy wzdłuż częściowo zawalonych wyrobisk.

Dochodzimy do prawdziwej Sahary.

Dochodzimy do prawdziwej Sahary.

Piasek może mieć wiele kolorów.

Piasek może mieć wiele kolorów.

Piusa - można się poczuć jak ptak.

Piusa – można się poczuć jak ptak.

Piasek ma wiele kolorów - sprawdziliśmy na własnej skórze.

Piasek ma wiele kolorów – sprawdziliśmy na własnej skórze.

Oto prawdziwie naturalny plac zabaw.

Oto prawdziwie naturalny plac zabaw.

Ruszamy dalej, prowadzeni przez nawigację przez znaczną część trasy lokalnymi szutrówkami, po których dzisiaj co chwilę śmigają wielkie TIR-y, pędzące po ok. 90 km/h i wznoszące gigantyczne chmury pyłu (chwilami dosłownie nic nie było widać). Estońscy kierowcy w ogóle jeżdżą po tych szutrówkach dość śmiało, właściwie tak samo szybko jak po asfaltowych drogach, ale dzisiaj te TIR-y pobiły chyba wszelkie rekordy…!

Mocno zgłodniali, dojeżdżamy do miejscowości Haanja, na parking pod Suur Munamägi, najwyższe (318 m n.p.m.) wzniesienie Estonii (a jednocześnie wszystkich krajów bałtyckich). Zaczynamy od wizyty w tutejszym kohviku, czyli kawiarni, która w Estonii zwykle oferuje też możliwość zjedzenia jakiegoś dania obiadowego. Dużego wyboru nie ma, na dodatek nie ma też toalety, co powoduje pewne komplikacje ze sprawami toaletowymi chłopców… Zamawiamy to, co jest, czyli zupę warzywną (z ziemniakami i szynką) i wieprzowinę z pieczonymi ziemniaczkami. Głodni nie marudzimy, tylko zjadamy i pokrzepieni ruszamy na szczyt. „Wspinaczka” po betonowych schodkach trwa najwyżej 10 minut. Na szczycie obowiązkowe zdjęcia jako dokumentacja do Korony Europy, a potem oczywiście dalsza wspinaczka na dawną wieżę ciśnień, przerobioną na wieżę widokową. Można nawet wjechać windą, ale my ze względów honorowych (przy okazji nieco obniżając cenę biletów…) wchodzimy na górę po schodach. Widok jest wart wysiłku – dookoła prawdziwe morze drzew – piękne ogromne pofałdowane tereny Parku Narodowego Haanja porośnięte lasami, z prześwitującymi spomiędzy wzgórz jeziorami – bardzo przyjemne dla oka!

Wchodzimy na Suur Munamägi - najwyższy szczyt Estonii.

Wchodzimy na Suur Munamägi – najwyższy szczyt Estonii.

'Wspinaczka' zajmuje całe 5 minut.

‚Wspinaczka’ zajmuje całe 5 minut.

Ale stokrota!.

Ale stokrota!.

W Haanji nie można się nudzić.

W Haanji nie można się nudzić.

Suur Munamägi (318 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Estonii.

Suur Munamägi (318 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Estonii.

Wspinamy się na dawna wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawną wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawna wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawną wieżę ciśnień.

Punkt widokowy na Suur Munamägi.

Punkt widokowy na Suur Munamägi.

Wokół wielka zieleń - widok z wieży na Suur Munamägi.

Wokół wielka zieleń – widok z wieży na Suur Munamägi.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Po tych wszystkich atrakcjach robi się już na tyle późno (16:40), że rezygnujemy z zaplanowanej kąpieli na miejskiej plaży w Võru, stolicy regionu, i ruszamy prosto do domu. Chłopcy zresztą praktycznie od razu zasypiają w samochodzie, więc i tak z kąpieli byłyby nici… Nasz dzisiejszy czas to 9 godzin (od 10:00 do 19:00), w tym ponad 5 godzin i prawie 400 km przejazdów.

Południowy-wschód Estonii to bardzo ciekawy rejon, można by spędzić tutaj ze trzy dni, niestety dystans dzielący nas od tego miejsca spowodował, że wybraliśmy tylko najbardziej spektakularne atrakcje. Również dla Estończyków to ważne miejsca, bo w Võru mieszkał i tworzył Kreutzwald, autor Kalevipoeg – estońskiej epopei i symbolu tożsamości narodowej. Okolica obfituje w piękne jeziora, wzgórza i bagna, jest wiele ścieżek turystycznych, szlaków rowerowych i narciarskich. W Vana Vastselina są ruiny krzyżackiej twierdzy, a wschodnie krańce regionu zamieszkuje oryginalna grupa etniczna – Setowie, ze swoją zupełnie odmienną kulturą i tradycją… Dla każdego coś miłego!

10 sierpnia 2013, sobota

Pochmurno i małe przelotne deszcze, 21 stopni

Na dzień pożegnalny wybieramy bardzo spokojną i odprężającą wycieczkę – kierujemy się do położonego niedaleko nas Parku Narodowego Soomaa. Park powstał w latach 90. w celu ochrony unikatowych podmokłych ekosystemów (największy obszar bagienny w Estonii). Regularnie powtarzające się tu powodzie (nazywane tu nawet „piątą porą roku”) wpłynęły na rozpowszechnienie bagien, mokrych łąk i umożliwiły rozkwit roślinności bagiennej.

Od skrętu w Kopu stan dróg gwałtownie się zmienia – znika asfalt, a pojawiają się szutrówki. Po chwili nasz samochód wygląda jak po świeżych opadach śniegu. Pierwszy raz zatrzymujemy się przy „łacińskiej” (Läti) wieży widokowej. Niestety, wieża jest aktualnie w trakcie remontu i nie możemy wejść na górę, by obejrzeć bardziej rozległą panoramę. W związku z tym wsiadamy do samochodu i podjeżdżamy pod centrum informacyjne parku narodowego w Kõrtsi-Tőramaa. Położona w pobliżu ścieżka edukacyjna „Śladami bobra” jest zamknięta (remont), ale miła pani proponuje nam inną, znajdującą się niedaleko ścieżkę. W centrum informacji jest zresztą mnóstwo mapek i broszurek, więc na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oglądamy z chłopcami niewielką wystawę przyrodniczą (której najciekawszym eksponatem jest autentyczna haabja – łódź wydrążona z pnia topoli, tradycyjnie używana tu w czasie powodzi). Ukoronowaniem naszej wycieczki do PN Soomaa jest spacer po prowadzącej przez bagienny obszar ścieżce przyrodniczej (opatrzonej numerem 1 i zaczynającej się za Riisą). Pokonanie podmokłych terenów umożliwiają drewniane kładki ułożone wzdłuż całej trasy (nasza część była nawet przystosowana dla niepełnosprawnych). Te właśnie kładki są największą atrakcją dla chłopaków – odgrywają rolę „torów” i sprawiają, że ciuchcia Tymuś i ciuchcia Sebuś chętnie i szybko suną przodem. Cały spacer zajmuje nam około godziny. Obejście całej trasy wymagałoby przejścia dystansu ok. trzykrotnie dłuższego, ale ze względu na niepewną pogodę i ograniczone możliwości Sebusia zdecydowaliśmy się dojść tylko do niewielkiego jeziorka i wrócić wzdłuż rzeki Navesti z powrotem.

Dzisiejsza wycieczka była nadzwyczaj miła i odprężająca – idealna przed jutrzejszą dłuuugą podróżą. Chętnie patrzyliśmy na roślinność bagienną (interesującą też dla Tymusia, który zresztą spontanicznie powiedział na początku trasy: „Jak ja lubię tak być gdzieś w naturze”), udawaliśmy z chłopcami, że jesteśmy olbrzymami – karłowate drzewa iglaste stanowiły idealną scenerię dla takich zabaw. Szkoda, że nie udało nam się wybrać na dłuższą wycieczkę na bagno Kuresoo – ale może to i dobrze opuszczać jakieś miejsce z lekkim poczuciem niedosytu.

Park Narodowy Soomaa.

Park Narodowy Soomaa.

Wieża obserwacyjna.

Wieża obserwacyjna.

Punkt informacyjny PN Soomaa.

Punkt informacyjny PN Soomaa.

Oglądamy ekspozycję przyrodniczą.

Oglądamy ekspozycję przyrodniczą.

Haabja i żuraw.

Haabja i żuraw.

Można też się pobawić.

Można też się pobawić.

Zasięgi ,,piątej pory roku''...

Zasięgi ,,piątej pory roku”…

W Parku Narodowym Soomaa.

W Parku Narodowym Soomaa.

Wejście na ścieżkę przyrodniczą.

Wejście na ścieżkę przyrodniczą.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Małe co nieco na bagnach.

Małe co nieco na bagnach.

Karłowate drzewa na bagnach.

Karłowate drzewa na bagnach.

Czy to kamień, czy roślina.

Czy to kamień, czy roślina.

Jeziorko na bagnach.

Jeziorko na bagnach.

A teraz do lasu.

A teraz do lasu.

W Parku Narodowym Soomaa.

W Parku Narodowym Soomaa.

Na obiad podjeżdżamy do miejscowości Jõesuu. W Internecie wyczytaliśmy, że jest tam karczma, w której można zjeść ciepły posiłek. Karczma rzeczywiście jest, i to jaka fajna! Taka autentyczna, nieplastikowa, cudownie prowincjonalna. Najadamy się we czworo jak bąki i płacimy niecałe 15 Euro. Po obiedzie idziemy zobaczyć most wiszący w Jõesuu – najdłuższy w całej Estonii. Widok mostu przerasta nasze oczekiwania. Most rzeczywiście wisi – drewniana, ponad 60-metrowa konstrukcja jest podtrzymywana przez grube stalowe liny i dynda w powietrzu. Po wejściu na most rusza się on na wszystkie strony – przechodzi się na drugą stronę z duszą na ramieniu. Wrażenia niezapomniane; nie musimy też pisać, jak bardzo ta atrakcja podobała się chłopcom.

Pub - Karczma w Joesuu.

Pub – Karczma w Joesuu.

Pub - Karczma w Joesuu.

Pub – Karczma w Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Widok z mostu.

Widok z mostu.

W drodze powrotnej mamy niezłego stresa z powodu pustego baku. Już od początku dnia jechaliśmy na rezerwie, stacji w Jõesuu nie było (a liczyliśmy na nią), więc jechaliśmy do Pärnu, czekając tylko tej pięknej chwili, kiedy samochód rozkraczy się nam na środku drogi. Na szczęście do tego nie doszło, choć po dojechaniu na stację okazało się, że zostało nam tylko 1,5 l paliwa w baku.

Po południu, chcąc nie chcąc, zabieramy się za pakowanie. Chłopaki jeszcze myją naszą brykę (która po naszych ostatnich dwóch wycieczkach jest tak brudna, jak chyba nigdy wcześniej w całej swojej historii), a na koniec idziemy jeszcze podziękować naszej pani gospodyni za przemiły tydzień.

11 sierpnia 2013, niedziela

Poranek chłodny i deszczowy, potem słońce i do 24 stopni

Powrót do domu

Długi dystans do pokonania (prawie 900 km) składnia nas do wyjechania o 5:00. Wstawanie jest koszmarne, ale potem nie żałujemy wczesnej pobudki. Pierwszy odcinek Via Balticą, do Rygi, jedzie się bardzo dobrze – jest pusto, tylko od czasu do czasu spotykamy na drodze zwierzęta – bociany, sarny i liska. Za Rygą droga staje się dużo bardziej ruchliwa, a jazda jest nużąca (prawie cały czas prosto) i nieco męcząca. W dodatku chłopcy są niewyspani i drażliwi. Żeby rozładować atmosferę, urządzamy sobie trzy krótkie postoje: pierwszy – na położonym nad samym morzem parkingu na Łotwie (morze ozdobione ciężkimi chmurami było niezwykle malownicze), drugi – 150 km dalej, przy polnej drodze (którą przechodzimy się na krótki spacer i przy okazji widzimy blisko nas dwa piękne żurawie) i trzeci – na leśnym parkingu na Litwie (niezachęcającym do dłuższego odpoczynku).

Wracamy do domu. Łotewska plaża nad ranem.

Wracamy do domu. Łotewska plaża nad ranem.

Poranek na Bałtyku, Łotwa.

Poranek na Bałtyku, Łotwa.

Nasz drugi postój (jeszcze na Łotwie).

Nasz drugi postój (jeszcze na Łotwie).

Żurawie wzbiły się do lotu tuż przed nami.

Żurawie wzbiły się do lotu tuż przed nami.

Potem chłopcy zasypiają, a nam udaje się przeciągnąć aż do Suwałk. Tu nie możemy oprzeć się pokusie zajrzenia do Wigierskiego Parku Narodowego, z którym wiążą nam się jak najlepsze wspomnienia. Podjeżdżamy do Starego Folwarku, gdzie stosunkowo niedawno urządzono Muzeum Wigier – sześć lat temu, gdy ostatnio tu byliśmy, tego obiektu jeszcze nie było, oglądaliśmy tylko ekspozycję przyrodniczą w siedzibie WPN w Krzywem. To miło patrzeć, jak takie piękne tereny unowocześniają się, zmieniają i uatrakcyjniają dla turystów nie tylko z Polski.

Nowe muzeum jest nowoczesne, interaktywne i ciekawe dla dużych i małych. Chłopcom bardzo podoba się pomysłowo zaaranżowany  batyskaf, gdzie po zajrzeniu w bulaje można obejrzeć ryby – mieszkańców wigierskich jezior – bądź na filmach, bądź żywe, pływające w akwarium. Ciekawi ich również oglądanie skamielin przez szkło powiększające, odnajdywanie ptaków przy pomocy zapalających się światełek-podpowiedzi, czy oglądanie różnych eksponatów pod mikroskopem. My też z chęcią oglądamy wystawę. Najbardziej podoba nam się autentyczna dłubanka sprzed ponad 600 lat, ale też ciekawy jest model jęzora lodowca czy interaktywne ekrany, pozwalające wzbogacić wiadomości nt. flory i fauny WPN.

Obiad, już w Polsce (Stary Folwark).

Obiad, już w Polsce (Stary Folwark).

Muzeum Wigier w Starym Folwarku.

Muzeum Wigier w Starym Folwarku.

Zaczynamy od obejrzenia mieszkańców Wigierskiego PN.

Zaczynamy od obejrzenia mieszkańców Wigierskiego PN.

Chłopcom najbardziej podobały się wigierskie rybki.

Chłopcom najbardziej podobały się wigierskie rybki.

Pod szkłem powiększającym można obejrzeć skamieniałości.

Pod szkłem powiększającym można obejrzeć skamieniałości.

Przenosimy się do epoki łowców reniferów.

Przenosimy się do epoki łowców reniferów.

Epoka lodowcowa 2013.

Epoka lodowcowa 2013.

Największą atrakcją był batyskaf.

Największą atrakcją był batyskaf.

Trudno było chłopców stąd wyciągnąć.

Trudno było chłopców stąd wyciągnąć.

Tymo bul bul.

Tymo bul bul.

Dłubanka sprzed ponad 600 lat.

Dłubanka sprzed ponad 600 lat.

Wkraczamy do krainy ryb.

Wkraczamy do krainy ryb.

Łamigłówki przyrodnicze nie zawsze są łatwe.

Łamigłówki przyrodnicze nie zawsze są łatwe.

Na koniec naszej wizyty w Starym Folwarku idziemy z chłopcami na brzeg jeziora i odświeżamy w naszej pamięci niezwykle malowniczy widok na wigierski klasztor kamedułów wyłaniający się zza jeziora Wigry. Do zdjęć chętnie pozuje nam łabędź – to dodatkowa atrakcja dla chłopców. Ech, chętnie wrócimy w te tereny raz jeszcze…

Nad Jeziorem Wigry, Stary Folwark, w tle klasztor kamedułów.

Nad Jeziorem Wigry, Stary Folwark, w tle klasztor kamedułów.

Przerwa wydłuża nam się do ponad dwóch godzin (13:30-15:30; przed wizytą w muzeum jeszcze idziemy na obiad w tutejszym barze, przy okazji czego M. kompletnie zalewa się kawą i potem musi w toalecie przebierać się w wylosowane z torby z brudnymi ciuchami rzeczy:)), więc nie pozwalamy sobie na kąpiel w jeziorze (choć kąpielisko bardzo do niej zachęca) i ruszamy w dalszą podróż, tym razem już prosto (z jedną krótką przerwą) na Osęczyznę. Zostawiamy tam chłopców na działce z Dziadkami na ciąg dalszy wakacji, a sami późnym wieczorem wracamy do Warszawy z Regatką.

Estonia część II – od Tallinna przez Narwę do Tartu

1 sierpnia 2013, czwartek

Po nocnych opadach dzień słoneczny, choć wietrzny i znacznie chłodniejszy, ok. 20 stopni

W poniedziałek nie udało nam się zwiedzić całego zabytkowego centrum Tallina – po długim spacerze po starym mieście Sebuś ledwo powłóczył nogami, więc zrezygnowaliśmy wtedy z oglądania Górnego Miasta. Te zaległości udaje nam się nadrobić dziś.

Parkujemy na znajomym parkingu i ruszamy prosto na Górne Miasto (Toompea) – miejsce, gdzie już od kilkuset lat znajdował się ośrodek władzy Tallina. Mijamy znajomą basztę Kiek in de Kök. Chłopcy idą zadowoleni – urządziliśmy im „wyprawę lizakową” (nasz kolejny wypróbowany patent na rodzinne zwiedzanie miast) i mamy chwilę spokoju, by dokładniej rozejrzeć się dookoła. Przystajemy pod ogromnym XIX-wiecznym soborem Aleksandra Newskiego. Wybudowanie tej świątyni w sąsiedztwie budowli tak ważnych dla świadomości Estończyków miało nieść oczywisty przekaz – sygnalizować dominację prawosławia i unaoczniać rosyjską dominację nad miastem.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegamy Zamek Toompea. Fragment, który oglądamy, pochodzi z czasów znacznie późniejszych niż średniowiecze – został dobudowany przez Katarzynę Wielką w XVIII w. Niestety, różowa fasada jest aktualnie w remoncie, co nie pozwala nam na zrobienie dobrego zdjęcia.

Następnie kierujemy się na dwa fantastyczne punkty widokowe: Kohtu i Patkuli. Rozciągająca się z nich panorama jest niezwykle malownicza – widać dachy świątyń na starym mieście i fantastycznie zachowane jasnoszare fragmenty murów miejskich z basztami. Chłopaki wypatrują też naszą znajomą Teletorn i figurkę Starego Tomasza na dachu ratusza. Wracając z punktów widokowych, zatrzymujemy się pod białymi ścianami luterańskiej katedry. Pierwszy estoński kościół wybudowany w tym miejscu w XIII w. został doszczętnie strawiony przez pożar, obecny, barokowy, wybudowano w XVII i XVIII w. Chłopaki są średnio zaineresowani zabytkami, natomiast – jak zawsze – mają swoje zainteresowania. Dziś zajmują się wypatrywaniem szmacianych lalek (wielkości człowieka) stojących przy sklepach z pamiątkami i regionalnymi wyrobami. Trzeba przyznać, że w Tallinie widać dbałość o szczegóły, nawet sprzedawcy ulicznych kramów są ubrani w tradycyjne stroje. Na zakończenie spaceru wypatrujemy miłą restauracyjkę Koogel-Moogel, położoną na tyłach Zamku Toompea, gdzie zjadamy pyszny obiad (m.in. naprawdę wyśmienitego kurczaka w sosie … bananowym). Chłopcy dostają kredki i kartki do rysowania – mała rzecz, a cieszy. Wracając do samochodu, oglądamy jeszcze średniowieczne (XIII) mury Zamku Tompea.

Zamek Toompea (XIII), Tallin.

Zamek Toompea (XIII), Tallin.

Sobór Aleksandra Newskiego (kon. XIX).

Sobór Aleksandra Newskiego (kon. XIX).

Na uliczkach Górnego Miasta w Tallinie.

Na uliczkach Górnego Miasta w Tallinie.

Luterańska katedra w Tallinie (odb. XVII-XVIII).

Luterańska katedra w Tallinie (odb. XVII-XVIII).

Tallińska starówka z punktu widokowego Kohtu.

Tallińska starówka z punktu widokowego Kohtu.

Rozpoznajemy Kościół Św. Olafa.

Rozpoznajemy Kościół Św. Olafa.

Nad Tallinem latają potwory.

Nad Tallinem latają potwory.

Nasi dzielni turyści.

Nasi dzielni turyści.

Uliczkami Toompea - górnego miasta.

Uliczkami Toompea – górnego miasta.

Ooo, lale!.

Ooo, lale!.

Mieszkańcy pamiętają o historii miasta.

Mieszkańcy pamiętają o historii miasta.

Punkt widokowy Patkuli.

Punkt widokowy Patkuli.

Tallińska starówka z punktu widokowego Patkuli.

Tallińska starówka z punktu widokowego Patkuli.

W takim miłym zakątku zjemy obiad.

W takim miłym zakątku zjemy obiad.

Restauracja Kogel-Mogel - przyjazna dzieciom.

Restauracja Kogel-Mogel – przyjazna dzieciom.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze dwukrotnie. Najpierw błądzimy nieco po okolicach miejscowości Vääna-Jõesuu, chcąc znaleźć opisywane w przewodniku klifowe wybrzeże. Sprawa okazuje się nie taka łatwa – wszystkie boczne drogi są porozkopywane i pozamykane. Na szczęście w końcu udaje nam się trafić w odpowiednie miejsce. Zatrzymujemy się na dużym parkingu (położonym na południe od miejscowości, jadąc wzdłuż wybrzeża) usytuowanym na szczycie stromego, ok. 50-metrowego klifu. Leśną ścieżką udaje nam się zejść na plażę. To miejsce nie nadaje się zbytnio do kąpieli (wrażenia psują zwłaszcza dość nieprzyjemne zapachy), za to widoki są przepiękne – z jednej strony strome, klifowe wybrzeże, z drugiej plaża usiana głazami, na wprost stado mew siedzących na wystających z morza kamieniach. Chłopaki biegają wesoło i szukają nowych skarbów, którymi – o zgrozo – tym razem są coraz to większe kamienie.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Na drodze.

Na drodze.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Klify za Vääna-Joesuu.

Klify za Vääna-Joesuu.

Schodzimy do podnóża klifu.

Schodzimy do podnóża klifu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Ptasie radio.

Ptasie radio.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Klify między Vääna-Joesuu i Keila-Joa.

Klify między Vääna-Joesuu i Keila-Joa.

Wdrapujemy się na górę klifu, przypatrując się skałom.

Wdrapujemy się na górę klifu, przypatrując się skałom.

Drugi przystanek urządzamy już przed samą naszą metą, w miejscowości Padise. Wstyd byłoby mieszkać tak blisko i nie obejrzeć ruin XIV-wiecznego klasztoru cystersów. Szczególnie warto wejść na wieżę i pozaglądać w różne zakamarki ruin. Robimy parę zdjęć i jedziemy już prosto do domku.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Można pomyszkować po wnętrzach.

Można pomyszkować po wnętrzach.

Chłopcy wdrapali się na basztę.

Chłopcy wdrapali się na basztę.

A żarty się ich dalej trzymają.

A żarty się ich dalej trzymają.

Wieczorem ponownie korzystamy z uroków naszej mety. Tymo huśta się na linie i bawi rzutkami, Sebuś grzebie w piasku, obaj spacerują po równoważniach. Naprawdę można tu miło spędzić czas. W międzyczasie robimy też pranie.

2 sierpnia 2013, piątek

Rano chłodno i pochmurno, potem rozpogadza się, ale dość mocno wieje, do 23 st., pochmurny poranek zmusza nas po raz pierwszy do zjedzenia śniadania w domku, a nie przed domkiem, na ławkach pod jodłą.

Wycieczka do Haapsalu

Ten kurort czasy swojej świetności przeżywał w XIX w. Po odkryciu leczniczych właściwości tutejszego błota stał się jednym z ulubionych miejsc wypoczynku rosyjskiej śmietanki towarzyskiej. W czasach panowania radzieckiego zaniedbany i zamknięty dla cudzoziemców i większości Estończyków ze względu na strategiczne znaczenie, dzisiaj powoli odzyskuje swój blask.

Na pierwszy rzut oka Haapsalu przypomina prowincjonalne miasteczko z mocno podstarzałą drewnianą zabudową. Jednak w miarę upływu czasu odkrywamy, że to wymarzone miejsce na spędzenie miłego dnia z dziećmi, a często ponadstuletnie drewniane domy tworzą prawdziwy klimat tego miejsca.

Szczególną atrakcję stanowią nieźle zachowane ruiny XIII-wiecznego zamku biskupiego. Romańska katedra św. Mikołaja z 1260 r., w której bryle widoczne są wpływy cysterskie (rozeta nad wejściem, brak dzwonnicy) oraz zachowane zabudowania małego zamku (dawnego pałacu biskupiego) robią naprawdę duże wrażenie. Dodatkową atrakcją jest możliwość obejrzenia pomieszczeń o różnym przeznaczeniu (np. szpitala, pracowni alchemicznej itp.), co daje pewne wyobrażenie o życiu codziennym w tej średniowiecznej warowni. Dzieciaki szczególnie gustują we wchodzeniu na wszelkie możliwe wieże, baszty i mury, ewentualnie w schodzeniu do podziemi czy też w treningach fechtunku gumowymi mieczami (za darmo!). Z zaciekawieniem słuchają legendy o Białej Damie z Haapsalu, która jakoby właśnie w sierpniowe noce nawiedza tutejsze ruiny w poszukiwaniu utraconej miłości. Podoba im się nawet nauka w średniowiecznej szkole, gdzie próbują swoich sił w pisaniu rysikiem po woskowej tabliczce. Chłopcom nie przeszkadzają nawet trwające na dziedzińcu przygotowania do trwającego w ten weekend festiwalu bluesowego. Na deser zaliczamy jeszcze wizytę na wypatrzonym z wieży dużym placu zabaw na obrzeżach otoczonego pozostałościami murów terenu warowni. Obaj chłopcy z upodobaniem oddają się podnoszeniu głazów czy też harcom po „zamkowych” wieżach.

Centrum Haapsalu - drewniano-kwiatowe.

Centrum Haapsalu – drewniano-kwiatowe.

Zamek biskupi (XIII) w Haapsalu - wchodzimy do środka.

Zamek biskupi (XIII) w Haapsalu – wchodzimy do środka.

Na zamkowym dziedzińcu szykuje się festiwal bluesowy.

Na zamkowym dziedzińcu szykuje się festiwal bluesowy.

04. Wdrapujemy się na mury obronne.

My chcemy tu spać!.

My chcemy tu spać!.

Wieża Białej Damy w całej okazałości.

Wieża Białej Damy w całej okazałości.

Zagladadamy do pracowni alchemika.

Zagladadamy do pracowni alchemika.

Spotykamy też średniowiecznego medyka.

Spotykamy też średniowiecznego medyka.

Chłopców zachwyciła medyczna maska.

Chłopców zachwyciła medyczna maska.

W zamku rozgrywa się pojedynek rycerski.

W zamku rozgrywa się pojedynek rycerski.

Zwycięzca turnieju.

Zwycięzca turnieju.

Widok na Haaplasu z wieży Białej Damy.

Widok na Haaplasu z wieży Białej Damy.

Z góry dobrze widać też pozostałości zamku.

Z góry dobrze widać też pozostałości zamku.

Zachowało się trochę wnętrz.

Zachowało się trochę wnętrz.

Tak wyglądał zamek biskupi w okresie swojej świetności.

Tak wyglądał zamek biskupi w okresie swojej świetności.

Posłaliśmy chłopców do średniowiecznej szkoły.

Posłaliśmy chłopców do średniowiecznej szkoły.

Może wyrosną z nich rycerze...

Może wyrosną z nich rycerze…

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja (XIII).

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja (XIII).

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja.

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja.

Zamek biskupi w Haapsalu od strony katedry.

Zamek biskupi w Haapsalu od strony katedry.

A w fosie zamku ... plac zabaw!.

A w fosie zamku … plac zabaw!.

Bawimy się, strzeżeni przez średniowieczne mury.

Bawimy się, strzeżeni przez średniowieczne mury.

Po około dwóch godzinach spędzonych na terenie zamku biskupiego wycofujemy się na z góry upatrzone przez Tymusia pozycje w Pizza Grande. Jemy ogromną specjalność zakładu i tak posileni postanawiamy kontynuować spacer po mieście.

Uliczkami Haapsalu.

Uliczkami Haapsalu.

Obiad w stylowej pizzerii.

Obiad w stylowej pizzerii.

Docieramy do nadmorskiej promenady w pobliżu dawnej plaży „afrykańskiej” (Afrika rand), gdzie można zobaczyć, jak Bałtyk w tym miejscu staje się jeziorem zarośniętym trzciną. Można tu spędzić sporo czasu, bo jest wysoka wieża widokowa do obserwacji ptaków i kolejny fajny plac zabaw, ale my ze względu na zmęczenie Sebusia ruszamy po małym deserku dalej.

Afrykańska plaża (Afrika rand) w Haapsalu.

Afrykańska plaża (Afrika rand) w Haapsalu.

Na promenadzie w Haapsalu.

Na promenadzie w Haapsalu.

Przechodzimy obok przepięknego budynku Kursaal. Budynek, zbudowany pod koniec XIX w., po stu latach został odnowiony i służy jako kawiarnia. Nabrzeże jest bardzo przyjemne, sporo tu ławeczek i naprawdę miłe otoczenie, ale dzisiaj do dłuższego spaceru nie zachęca bardzo silny wiatr. Przed powrotem do samochodu zaliczamy jeszcze spacerek fragmentem promenady okrążającej jezioro Väike viik, położone w środku wąskiego półwyspu, na którym leży część Haapsalu. Pozostało nam do zobaczenia jeszcze sporo uroczych zaułków, Muzeum Szwedów z Wybrzeża, Muzeum Kolei czy też piękna piaszczysta plaża Paralepa… Może tu jeszcze kiedyś wrócimy.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Widzieliśmy nawet niedźwiedzie polarne!.

Widzieliśmy nawet niedźwiedzie polarne!.

Nasyceni pięknymi widokami, którymi zachwycał się między innymi Czajkowski, wracamy do naszego Kallaste Talu. Popołudnie spędzamy zapisując wrażenia, robiąc zdjęcia i szykując się na jutrzejszy transfer z dłuugą wycieczką. Chłopcy korzystają z lokalnych atrakcji.

Popołudnie w Kallaste Talu.

Popołudnie w Kallaste Talu.

Na naszym tarasie...

Na naszym tarasie…

Najfajniejsze w pobycie tutaj było spędzanie praktycznie całego czasu na świeżym powietrzu! Sebuś lubował się w znajdowaniu i wyrywaniu różnych roślinek („Tato, chcesz koperniczek zez [sic] korzeniami, czy bez korzeniów?”), Tymuś chętnie korzystał ze wszystkich atrakcji na wolnym powietrzu, obserwował rozwijającą się paprotkę, szukał świerkowych szyszek. Tydzień przeżyliśmy bez telewizora (w domku brak było tego sprzętu) i było super!

3 sierpnia 2013, sobota

Słonecznie i bardzo ciepło, do 30 stopni

Planowany na dziś przejazd na południowy zachód Estonii, na naszą drugą metę, zmusza nas do wczesnej pobudki. Zależy nam na wcześniejszym wyjeździe też z tego względu, że chcemy przejechać mocno okrężną trasą – zamiast pojechać prosto na południe, pokonując ok. 190 km, decydujemy się przejechać wzdłuż całego północnego wybrzeża Estonii, aż do położonej przy granicy z Rosją Narwy, a potem skierować się na południe wzdłuż jeziora Pejpus. Nasza trasa skusiła nas mnóstwem atrakcji turystycznych, ale musieliśmy zapłacić za to znacznym wydłużeniem drogi – ze 190 km zrobiło się 570 i ponad 8 godzin samej jazdy. Do tego droga przyniosła nam kilka niespodziewanych przygód. Ale po kolei.

Po porannym zgarnięciu się, trudnościach z dobudzeniem chłopaków i zjedzeniu przyśpieszonego śniadania udaje nam się wyjechać o 7:30. Pierwszy odcinek obwodnicą Tallina i dalej na wschód mija nam dość sprawnie. Pierwszy turystyczny przystanek urządzamy sobie po przejechaniu ponad 200 km, w pobliżu miejscowości Ontika. Zatrzymujemy się tu, by spojrzeć w dół najwyższych (ok. 50-metrowych) estońskich klifów. Niestety, kręte schodki prowadzące aż do stóp klifu Valaste są z uwagi na zły stan techniczny zamknięte, ale mimo to udaje nam się zerknąć kilkadziesiąt metrów w dół i obejrzeć najwyższy (choć sztuczny) w Estonii wodospad Valaste (o tej porze roku spływa nim niewielka ilość wody).

Klif w okolicy miejscowości Ontika.

Klif w okolicy miejscowości Ontika.

Spogladamy ponad 50 m w dół.

Spogladamy ponad 50 m w dół.

Wodospad Valaste.

Wodospad Valaste.

Po tym krótkim przystanku jedziemy już prosto do położonej w północno-wschodnim krańcu Estonii Narwy. Tutejsza graniczna twierdza, zbudowana przez Duńczyków w XIV w., jest głównym celem naszej dzisiejszej włóczęgi. Już po podjechaniu na pierwszy punkt widokowy, nad samą Narwą, uznajemy, że warto było dla tego miejsca przedłużać wycieczkę o ponad 350 km. Widok dwóch dumnie stojących naprzeciw siebie twierdz, estońskiej w Narwie i rosyjskiej w Iwanogrodzie, przedzielonych jedynie wąskim paskiem rzeki, jest absolutnie niepowtarzalny. Podczas gdy my nie możemy oderwać się od widoku, chłopaki ganiają się dookoła pomnika szwedzkiego lwa, upamiętniającego zwycięstwo Szwedów w bitwie z Rosjanami (1701 r.), obecnie odbudowanego i stanowiącego symbol dobrych stosunków estońsko-szwedzkich.

Narwa. Estońska i rosyjska warownia przyglądają się sobie przez rzekę Narwę.

Narwa. Estońska i rosyjska warownia przyglądają się sobie przez rzekę Narwę.

Estoński zamek w Narwie.

Estoński zamek w Narwie.

Rosyjski zamek w Iwanogrodzie.

Rosyjski zamek w Iwanogrodzie.

Pomnik szwedzkiego lwa w Narwie.

Pomnik szwedzkiego lwa w Narwie.

Prosto z punktu widokowego jedziemy na parking położony w pobliżu zamku. Sama Narwa nie dostarcza obecnie wielu wrażeń estetycznych – aż trudno uwierzyć, jak pięknym miastem była przed zniszczeniami II wojny światowej. Obecnie w ogromnej większości jest zamieszkana przez ludność rosyjskojęzyczną. Przejeżdżamy obok ceglanego Soboru Zmartwychwstania (kon. XIX w.) i częściowo zaniedbanych, ale pamiętających jeszcze swoją potęgę ceglanych budynków XIX-wiecznych zakładów Krenholma, tkalni, która w czasach swojej świetności zatrudniała ponad 10 tys. osób!

Przejście graniczne Estonia-Rosja.

Przejście graniczne Estonia-Rosja.

Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (XIX) w Narwie.

Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (XIX) w Narwie.

Głównym punktem programu jest jednak zwiedzanie tutejszej warowni. Bilet rodzinny, uprawniający do zwiedzenia całego zamkowego Muzeum Narwy i wejścia na 50-metrową wieżę Pikk Hermann jest warty swojej ceny (12 Euro). Dociekliwi mieliby okazję dokładnego obejrzenia ekspozycji historycznej, nas bardziej interesowały zamkowe wnętrza i wspaniały widok roztaczający się ze szczytu wieży. Widok granicy estońsko-rosyjskiej, podkreślony dwiema stojącymi na przeciwległych brzegach rzeki fortecami był niezwykle symboliczny. Chłopaki chętnie wspinali się na osiem pięter zamkowego muzeum razem z nami, a największym hitem dla nich była … średniowieczna toaleta. Po podniesieniu drewnianej pokrywy ukazywał się otwór prosto na dwór, kilkadziesiąt metrów w dół. Miałby wątpliwe szczęście przechodzący na dole nieszczęśnik, który znalazłby się tu w niewłaściwym czasie… Po obejrzeniu zamkowych wnętrz zaglądamy jeszcze na rozległy dziedziniec. Obsługa muzeum zadbała, by prezentował się on jak za czasów średniowiecznych – przechadzają się po nim ludzie ubrani w stroje z epoki, urządzane są pokazy starego rzemiosła. Chłopaki natychmiast wczuwają się w klimat i wskakują na stojącego na środku dziedzińca karego rumaka (…z drewna i na biegunach:)). Wychodząc z zamku, napotykamy na jeszcze jedno dziwo: jeden z niewielu już zachowanych pomnik Lenina wygłaszającego przemowę. Chłopaki w sposób zupełnie przezroczysty biegną do „tego pana” i chętnie pozują do zdjęcia.

Przed wejściem do narwiańskiej warowni - świadectwo dawnych czasów.

Przed wejściem do narwiańskiej warowni – świadectwo dawnych czasów.

Zbudowana przez Duńczyków (XIV) forteca w Narwie.

Zbudowana przez Duńczyków (XIV) forteca w Narwie.

Twierdza w Iwanogrodzie jest o rzut beretem.

Twierdza w Iwanogrodzie jest o rzut beretem.

Na szczycie widzimy zwiedzających i rosyjską flagę.

Na szczycie widzimy zwiedzających i rosyjską flagę.

Wdrapujemy się na ponad 50-metrową wieżę.

Wdrapujemy się na ponad 50-metrową wieżę.

Na szczycie Wielkieo Hermanna.

Na szczycie Wielkieo Hermanna.

Twierdza w Iwanogrodzie została pod nami.

Twierdza w Iwanogrodzie została pod nami.

Rzut oka na zamkowy dziedziniec i graniczną Narwę.

Rzut oka na zamkowy dziedziniec i graniczną Narwę.

Chłopcom najbardziej podobała się ... toaleta.

Chłopcom najbardziej podobała się … toaleta.

Po otworzeniu klapy widok nad wyraz atrakcyjny.

Po otworzeniu klapy widok nad wyraz atrakcyjny.

Dziedziniec zamku w Narwie.

Dziedziniec zamku w Narwie.

Można się przenieść w przeszłość.

Można się przenieść w przeszłość.

Tymo na dziedzińcu dosiada rumaka.

Tymo na dziedzińcu dosiada rumaka.

Oto kogo napotykamy wychodząc z zamku.

Oto kogo napotykamy wychodząc z zamku.

Lenin jak żywy.

Lenin jak żywy.

Po zwiedzeniu zamku porządnie nam wszystkim burczy w brzuchach. Ruszamy więc ochoczo do przyzamkowej restauracji, chwalącej się serwowaniem dań średniowiecznych. W środku czeka na nas zimny prysznic: przeciętne danie kosztuje ok. 20 Euro. Po pomnożeniu tego przez 4 i dodaniu jeszcze trochę za napoje, tracimy cały apetyt. Kolejną próbę zjedzenia czegoś podejmujemy w restauracji położonej przy naszym parkingu. Jest trzy razy taniej, ale dowiadujemy się, że czas oczekiwania to minimum 40 minut – aż na tyle nie możemy sobie pozwolić. W końcu ze smętnymi minami lądujemy w McD przy stacji benzynowej.

Po posiłku niespodzianek ciąg dalszy. W dobrej wierze chcemy skorzystać z kompresora, by sprawdzić ciśnienie w oponach. A wiadomo, co jest dobrymi chęciami wybrukowane… Kompresor urządza nam przykry psikus: nie sprawdza ciśnienia, za to spuszcza nam kompletnie powietrze z jednej opony. Zrezygnowany R. wyciąga pompkę spod sterty bagaży w bagażniku. Po kilku ruchach nasza pompka też odmawia posłuszeństwa, a my zostajemy z flakiem. Dookoła upał, marudzący i zmęczeni chłopcy. Na stacji pompek nie ma. Co robić, ruszamy ostrożnie dalej. Na szczęście na następnej stacji kompresor działa, więc przygoda kończy się happy endem (choć dalej nie udaje nam się dokupić pompki).

Dalej ruszamy już bez przeszkód. Chłopcy zasypiają jak na zamówienie. Kierujemy się w stronę Jeziora Pejpus („Pepsi”, jak mawia Tymo, parafrazując estońską nazwę Peipsi). Korzystając ze spokoju z tyłu (dzieciaki odpadły), podjeżdżamy jeszcze do Kuremäe i robimy zdjęcie malowniczemu prawosławnemu Klasztorowi Wniebowstąpienia (kon. XIX w.), uważanego za perłę architektury drewnianej. Dalej zagłębiamy się w tereny zamieszkałe przez starowierców. Co kawałek widzimy dawne zardzewiałe wieże strażnicze. Jedziemy wzdłuż ogromnego Jeziora Pejpus (czwartego co do wielkości w Europie). Chłopcy śpią, więc nie decydujemy się zatrzymać na kąpiel. M. wyskakuje tylko zrobić kilka zdjęć z brzegu w miejscowości Mustvee.

Klasztor (XIX) w Kuremäe.

Klasztor (XIX) w Kuremäe.

Cerkiew w Kuremäe.

Cerkiew w Kuremäe.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Na koniec robimy jeszcze razem z chłopakami zakupy na drugą część pobytu w markecie w Poltsamaa.

Wieczorem jesteśmy bardzo zmęczeni, ale pełni wrażeń – będziemy mogli powiedzieć, że objechaliśmy Estonię wszerz i wzdłuż. A chłopaki z nami. Nie zawsze jest różowo, ale świadomość, że podróżujemy razem, że przechodzimy razem przez różne sytuacje rekompensuje wiele. Rozpakowujemy się jeszcze na naszej nowej mecie i kładziemy się spać, ciesząc się, że przed nami jeszcze całe siedem dni pobytu!

Nasza meta: to Aasa Puhkemaja k. Kärsu, Pärnumaa

To dwa domy do wynajęcia położone na skraju lasu obok tradycyjnego gospodarstwa. Większy dom zajmują dziś młodzi tallińczycy imprezujący do późna (jak to Estończycy mają w zwyczaju w weekendy). My zajmujemy mniejszy, ale jak na nasze potrzeby ogromny, mogący pomieścić nawet 7 osób domek. W porównaniu z poprzednim maleńkim domkiem-szałasem czujemy się tu jak w pałacu. Ogromny salon z kominkiem i w pełni wyposażoną kuchnią, dużą lodówką, kuchenką, piekarnikiem, ekspresem do kawy i mikrofalą, dwie spore sypialnie, taras i balkon dopełnia własna sauna, grill i miejsce na ognisko! Po prostu raj! Jedynym mankamentem jest konieczność codziennego rozpalania pieca, żeby podgrzać wodę do kąpieli, ale przy okazji podgrzewa się saunę, której w innym wypadku pewnie nie chciałoby się nam „odpalać”. Chłopcy buszują wokół domu – dla nich taki duży teren to największa atrakcja, a wieczorem chętnie wygrzewają się w saunie.

4 sierpnia 2013, niedziela

Upał, do 30 st. C, po prostu pięknie!

Wyprawa do Viljandi

To miasteczko o wielowiekowej historii jest wymarzonym miejscem na niedzielny rodzinny spacer. Dzisiaj dodatkową jego zaletą jest to, że dojazd zajmuje nam zaledwie 40 minut, co po wczorajszych wielogodzinnych wojażach jest miłą odmianą.

Rozpoczynamy od wizyty w tutejszej informacji turystycznej, która zgodnie z informacją w przewodniku jest bardzo dobrze zaopatrzona w broszury i mapy, nie tylko z najbliższych okolic, ale też z całej Estonii. Miły pan daje nam nawet broszurę po polsku! Zaliczamy też obowiązkowe zdjęcia „na truskawce” (w całym mieście jest kilka takich miłych „monumencików”, jakże ułatwiających spacer z dziećmi…).

''Truskawkowe'' Viljandi.

”Truskawkowe” Viljandi.

Dalej ruszamy w stronę ruin zamku zbudowanego tutaj przez Kawalerów Zakonu Mieczowego w 1224 r., po ostatecznym podbiciu plemion estońskich na tych terenach. Obecnie teren ten to park zamkowy, położony na kilku wzgórzach porozdzielanych głębokimi fosami. Ruiny tworzą malownicze tło dla widoków na jezioro i otaczającą zieleń. Zaliczamy też obowiązkowe przejście po malowniczym wiszącym moście z lat 30. XX w., uznawanym za wizytówkę miasta.

Kościół św. Jana, XV w.

Kościół św. Jana, XV w.

Estońskie Centrum Muzyki Folklorystycznej w Viljandi.

Estońskie Centrum Muzyki Folklorystycznej w Viljandi.

W Parku zamkowym w Viljandi - ale huśtawa!.

W Parku zamkowym w Viljandi – ale huśtawa!.

W Parku zamkowym w Viljandi.

W Parku zamkowym w Viljandi.

Spojrzenie na jezioro Viljandi.

Spojrzenie na jezioro Viljandi.

Wiszący most w Parku zamkowym - wizytówka miasta.

Wiszący most w Parku zamkowym – wizytówka miasta.

Idziemy przez centrum miasta, zabudowane w większości przez stare, ale bardzo urocze drewniane domy (jak one przypominają nam likwidowaną właśnie zabudowę Mińska Mazowieckiego… oby tutaj nikt nie wpadł na pomysł, bo zamienić je na centra handlowe i nowe bloki…). Przystajemy tu na chwilę przy fontannie Chłopiec z rybą na Placu Laidonera, chłonąc sielską, prowincjonalną atmosferę. Chłopcy nie przepuszczą nam wejścia na żadną wieżę, więc z chęcią wdrapujemy się na odrestaurowaną wieżę ciśnień, z której podziwiamy panoramę jeziora i miasta z XVIII-wiecznym ratuszem.

Drewniana zabudowa Viljandi.

Drewniana zabudowa Viljandi.

Fontanna na Placu Laidonera, w tle wieża ciśnień.

Fontanna na Placu Laidonera, w tle wieża ciśnień.

Widok z wieży ciśnień.

Widok z wieży ciśnień.

Pomnik Johanna Köllera, tutejszego artysty sztuki naiwnej.

Pomnik Johanna Köllera, tutejszego artysty sztuki naiwnej.

Następnie kierujemy się już prosto na wyczekiwaną przez nasze pociechy kąpiel w wodach jeziora Viljandi. Schodzimy po ponad 150 drewnianych schodkach, mijając wyraźnie nadgryzione zębem czasu, ale urocze tutejsze, chyba XIX-wieczne wille. Brzeg jeziora jest dobrze zagospodarowany, są tu tereny sportowe ze stadionem i kortami tenisowymi, ale nas najbardziej interesują pomosty i trawiasto-piaszczysta plaża ze sporym placem zabaw. Nieco gorzej przedstawia się zaplecze gastronomiczne, tutejsze lokale oferują tylko dania fast-foodowe, chyba lepiej było zjeść w mieście, ale cóż – spieszyło nam się.

Zejście nad jezioro, w tle stare wille.

Zejście nad jezioro, w tle stare wille.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

W czasie kąpieli chłopców R. szybko wraca po schodkach do miasta i podjeżdża na pobliski parking. Z trudem wyciągamy chłopców z wody i pakujemy się do samochodu, gdzie błyskawicznie zasypiają.

Po południu urządzamy rodzinne mycie Peugeota, a po podwieczorku ruszamy na spacer ścieżką turystyczną poprowadzoną przez naszych gospodarzy po okolicznych lasach. Myśleliśmy, że będzie to mały spacerek, a okazuje się, że przeszliśmy blisko pięć kilometrów, pomimo znacznego skrócenia trasy! Zadziwiamy się prawdziwą „dzikością” i bogactwem tutejszych lasów, które miejscami przypominają nam „ciemne smreczyny” z Tatr Słowackich. Przechodzimy też obok niewielkiego sztucznego jeziorka i mijamy miłe dla oka, a coraz rzadziej spotykane w Polsce prawdziwie wiejskie tereny z przydomowymi grządkami i polami. Widoki jak ze skansenu, tylko eternit na dachu nie pasuje…

Hej, ho, hej, ho, do lasu by się szło...

Hej, ho, hej, ho, do lasu by się szło…

Profesjonalna ścieżka turystyczna wytyczona z naszego gospodarstwa.

Profesjonalna ścieżka turystyczna wytyczona z naszego gospodarstwa.

Kładka przez mokradła.

Kładka przez mokradła.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Sielskie widoki.

Sielskie widoki.

5 sierpnia 2013, poniedziałek

Przyjemnie ciepło, 26 stopni i częściowe zachmurzenie

Drugi tydzień naszego pobytu inaugurujemy wycieczką do Tartu. Długi dojazd (ponad 130 km) wynagradza nam dzień pełen atrakcji i dla nas, i dla chłopców. Parkujemy na parkingu przy centrum handlowym i ruszamy chodniczkiem wśród drzew prosto na wzgórze katedralne. To przyjemny spacer – niemal całe wzgórze zajmuje rozległy park w stylu angielskim. Chłopakom wesoło – obaj obkleili się w samochodzie etykietami od butelek z wodą i teraz Sebuś (wyglądający co najmniej dziwnie) nie chce tego z siebie pozdejmować. W dodatku urządzamy im wyprawę lizakową, co dodatkowo pozytywnie nastraja ich do spaceru po mieście. Mijamy budynek założonego na pocz. XIX w . obserwatorium – związany z nim był von Struve, który jako pierwszy zmierzył krzywiznę kuli ziemskiej (a geodezyjny łuk noszący jego imię został wpisany na listę UNESCO). Przechodzimy po zbudowanym w 1838 roku Moście Aniołów i kierujemy się na ceglane ruiny gotyckiej katedry (XIII w. i nast.). To miejsce skłania do zadumy i refleksji. Stwierdzamy, że oglądanie ruin świątyń to raczej rzadkość – znacznie częściej spotkać można pozostałości zamków, świątynie częściej są odbudowywane.

Tartu - miasto o niemal 1000-letniej historii.

Tartu – miasto o niemal 1000-letniej historii.

Tymo sprawdza, którym proporcjom jest bliższy.

Tymo sprawdza, którym proporcjom jest bliższy.

Wilde, Vilde i my.

Wilde, Vilde i my.

Budynek obserwatorium astronomicznego (XIX).

Budynek obserwatorium astronomicznego (XIX).

Most Aniołów na wzgórzu katedralnym w Tartu.

Most Aniołów na wzgórzu katedralnym w Tartu.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Schodząc ze wzgórza, zatrzymujemy się chwilę na ławce-huśtawce – uciecha dla wszystkich czworga: mała rzecz, a cieszy. Kierujemy się teraz ku budynkom Uniwersytetu w Tartu. Ta część miasta jest ślicznie odnowiona, na latarniach popodwieszano kwiaty – wszystko to pozwala w pełni docenić klasycystyczną zabudowę centrum. Przy uniwersytecie skręcamy w lewo w uliczkę prowadzącą do gotyckiego kościoła Św. Jana. W pamięci szczególnie zostają nam głowy z gliny (ponad 2000 figurynek), przedstawiające świętych i męczenników. Na zewnątrz umieszczono ich repliki, ale oryginały słynnych figurek można obejrzeć wewnątrz świątyni.

Uliczka w Tartu.

Uliczka w Tartu.

Klasycystyczny budynek Uniwersytetu w Tartu.

Klasycystyczny budynek Uniwersytetu w Tartu.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana.

Ozdobne rzygacze.

Ozdobne rzygacze.

Słynne terakotowe figurki - na zewnątrz są ich repliki.

Słynne terakotowe figurki – na zewnątrz są ich repliki.

Gotyckie wnętrze.

Gotyckie wnętrze.

... nawet Tyma skłania do chwili zadumy.

… nawet Tyma skłania do chwili zadumy.

Oryginały terakotowych figurek.

Oryginały terakotowych figurek.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana - spojrzenie od tyłu.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana – spojrzenie od tyłu.

Teraz kierujemy się już prosto na rynek. Po drodze Tymo wypatruje świetną naleśnikarnię. Chętnie zatrzymujemy się tu na obiad, tym bardziej, że stolik jest przemiło umieszczony na urokliwym deptaku, obok są ozdobne głazy, po których chłopaki mogą skakać sobie do woli, a jedzenie jest bajkowe.

Aaa, boję się!.

Aaa, boję się!.

Obiad w Tartu.

Obiad w Tartu.

Z Tartu żegnamy się na podłużnym placu ratuszowym. Fotografujemy słynną fontannę Pocałunek studentów (niestety wyłączoną…) – symbol Tartu, oglądamy XVIII-wieczny gmach ratusza, wypatrujemy przechylony budynek mieszczący Muzeum Sztuki, po czym udajemy się już prosto do samochodu.

Ratusz w Tartu.

Ratusz w Tartu.

Pocałunek studentów.

Pocałunek studentów.

Plac ratuszowy.

Plac ratuszowy.

Ten przekrzywiony to budynek Muzeum Sztuki.

Ten przekrzywiony to budynek Muzeum Sztuki.

Widok przez okno na most na rzece Ema.

Widok przez okno na most na rzece Ema.

Gdyby nasza wyprawa na tym się kończyła, zapewne nie usatysfakcjonowałaby do końca chłopaków. Świadomi tego faktu, podjeżdżamy kawałek na miejskie kąpielisko nad brzegiem rzeki Emy (po drodze po raz kolejny zwracamy uwagę na wielką ilość drewnianych domów – drewniane budownictwo – czy to pamiątka po okresie rosyjskim? – spotyka się je w Estonii nawet w dużych miastach). Jak zazwyczaj w Estonii, kąpielisko jest bardzo miło zaaranżowane – są przebieralnie, plac zabaw. Chłopcy pluskają się wesoło, budują zamek, zbierają skarby-muszelki, wypatrują w wodzie rybek, których jest tu pełno, a na wodzie – podpływających blisko ludzi kaczek. My też z przyjemnością spędzamy czas nad wodą tym bardziej, że nieopodal znajduje się przystań tradycyjnych barek (którymi można udać się na rzeczną przejażdżkę) – mamy okazję dobrze je sobie obejrzeć.

Plaża nad rzeką Ema.

Plaża nad rzeką Ema.

Kapiel w Emie.

Kapiel w Emie.

Najfajniejsze miejsce w Tartu.

Najfajniejsze miejsce w Tartu.

Nad brzegiem Emy, Tartu.

Nad brzegiem Emy, Tartu.

W drodze powrotnej chłopcy niemal od razu zasypiają. My zatrzymujemy się jeszcze na małe dotankowanie i uzupełniające zakupy.

Po powrocie urządzamy cudowny rodzinny wieczór przy ognisku. Testujemy tutejszy świetny patent z podwieszanym nad ogniskiem „grillem”, piekąc pyszne kiełbaski i chleb, które pałaszujemy ze smakiem. Obu chłopcom dopisują apetyty i humory, razem śpiewamy, wygłupiamy się, a potem gramy w rzutki i badmintona. Jest cudnie!

Wieczór w Aasa Puhkemaja.

Wieczór w Aasa Puhkemaja.