Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Kowadło – atrakcyjny i łatwo dostępny szczyt Korony Gór Polski

Lokalny koniec świata, leśne ścieżki, wychodnia skalna, a do tego jeszcze prawdziwe ametysty pod nogami! To wszystko znaleźliśmy, wchodząc na jeden z najłatwiejszych do zdobycia szczytów Korony Gór Polski – Kowadło. Góry Złote, podobnie jak inne sudeckie pasma świetnie nadają się na rozpoczęcie (lub kontynuację) zdobywania KGP.

3 listopada 2017, piątek

Chociaż nie wszyscy geografowie i kartografowie zgadzają się z dość arbitralnym podziałem na Góry Złote i Bialskie, Klub Zdobywców Korony Gór Polski uznaje pogląd, że Kowadło jest najwyższym szczytem Gór Złotych. Chłopcy jeszcze nie odwiedzili tego miejsca, a od naszej wycieczki minęło już prawie 7 lat – chętnie przypomnimy sobie ten szlak i pokażemy go dzieciom.

Nasz szlak wychodzi z miejscowości Bielice. Z tego samego miejsca można iść też na Rudawiec – najwyższy szczyt Gór Bialskich. Bez problemu można połączyć obie wycieczki, tę na Kowadło i tę na Rudawiec, w jedną; oczywiście trzeba wtedy dysponować ładnymi kilkoma godzinami czasu. My dziś nie zdążymy już odwiedzić Rudawca, ale wycieczka na Kowadło też nam sprawia wiele frajdy – łatwa i krótka, w sam raz na krótkie listopadowe popołudnie.

Samochód można zostawić na wyznaczonym miejscu parkingowym. My przez pomyłkę zostawiamy auto kilkaset metrów wcześniej, ale nie żałujemy dodatkowego spaceru – po obu stronach drogi stoją stare poniemieckie chałupy – jedne ładnie odnowione, inne prezentują całą gamę Stasiukowskich smaczków. Takie miejsca z klimatem bardzo lubimy. R. szybko wraca po samochód i podjeżdża na właściwy parking i wkrótce razem kontynuujemy wędrówkę zielonym szlakiem.

Wieś Bielice – stąd ruszamy na Kowadło.

Bielice to najdalej na wschód wysunięta miejscowość Kotliny Kłodzkiej.

Stasiukowskie klimaty

Tu rozdzielają się szlaki na Rudawiec i na Kowadło.

Nasz szlak skręca pod kątem prostym w lewo.

Najpierw idziemy szeroką bitą drogą, zostawiając za sobą zabudowania Bielic.

Warto patrzeć pod nogi!

Byliśmy przekonani, że największą atrakcją dla chłopców będzie podejście granicznym grzbietem bogato ozdobionym fantazyjnymi formami skalnymi. Tymczasem okazuje się, że najciekawsze leży u naszych stóp. Czy to gencjana się komuś rozlała? Nie, wśród białawych ubłoconych kamieni pokrywających drogę leżą prawdziwe ametysty! Chłopcy przez kolejne kilkaset metrów z wypiekami na twarzy nie odrywają oczu od drogi i znajdują kolejnych kilka ślicznych kamieni. Nie są to oczywiście „jubilerskie” okazy, ale nawet bez pięknych szlifów są naprawdę piękne!

Bogactwo minerałów tych okolic – wystarczy spojrzeć na kolory kamyków pod nogami.

Ametyst znaleziony dziś na szlaku na Kowadło. Magia Sudetów!

Najpierw idziemy drogą jezdną, potem szlak skręca w prawo, by poprowadzić ścieżką w świerkowym tunelu. Po kolejnych kilkuset metrach osiągamy graniczną przecinkę. Idziemy na szczyt żółtym szlakiem – jest może nieco trudniej, ale dużo ciekawiej. Zielone polskie znaki w pewnym momencie zbaczają w lewo i opuszczają przecinkę, by wrócić do niej dopiero na szczycie. Idzie się tamtędy wygodniej, ale opuszcza się interesujące przejście przez podszczytowe skałki.

Mamy dziś do pokonania niecałe 300 m przewyższenia.

Po dotarciu do grzbietu granicznego skręcamy pod kątem prostym w lewo.

Idziemy razem z żółtymi znakami czeskiego szlaku.

To wycieczka do odbycia – przy odpowiednich warunkach – o każdej porze roku.

Z wychodni skalnych otwierają się rozległe widoki na Góry Bialskie.

Aby podwiać takie widoki, lepiej w partii szczytowej iść czeskim żółtym niż polskim zielonym szlakiem.

Unieść głowę też warto…

My nigdzie nie zbaczamy i po chwili nudna przecinka zmienia się w bajkowe skalne otoczenie. Chłopcy cieszą się, że po skałach wchodzi się pod górę jak po schodach. Atrakcji na dziś jednak jeszcze nie koniec. W pewnym momencie Tymo wypatruje parę ciekawych ptaków. Z daleka przypominają trochę samice bażanta. R. udaje się zbliżyć do jednego z nich na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcie. Ptak właśnie korzystał z wodopoju w zagłębieniu skalnej misy. Wieczorem udaje nam się ustalić, że spotkaliśmy prawdziwie rzadki okaz – jarząbka zwyczajnego. Ptaki te zimują w Polsce, ale spotkać je można właściwie tylko w niektórych pasmach górskich.

R. udaje się upolować aparatem rzadkiego jarząbka zwyczajnego.

Jarząbek zimuje w Polsce, można go spotkać na terenach górskich.

Kowadło – samotnie na szczycie

W okolicy wierzchołka najpierw mijamy czeskie oznaczenie szczytu z prawdziwą książką wejść, do której oczywiście się wpisujemy. Postój urządzamy sobie przy „polskim” wierzchołku – więcej tu miejsca na rodzinny popas.  Kanapki, słodycze, kawka, herbatka, zmęczenie w nogach… czegóż chcieć więcej! Niestety, czas szybko płynie i przed 15:30 trzeba zacząć schodzić, żeby zmrok nie zastał nas na szlaku – listopadowy dzień jest krótki.

Kowadło – najwyższy szczyt polskich Gór Złotych (989 m n.p.m.).

Jest i księga wejść, wpisujemy się koniecznie!

Szczyt Kowadła to świetne miejsce na postój.

Szykując się do drogi…

Listopad w górach – jest super, spróbujcie!

Na zejście wybieramy porzucony przedtem zielony szlak. Kilka lat temu ocenialiśmy go jako dość mylny na tym odcinku. Tym razem jednak, pokonując go w odwrotnym kierunku, nie zauważamy takiego problemu. Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej, schodzimy sprawnie i tuż po 16:00 meldujemy się przy samochodzie. To był naprawdę udany dzień!

Szlak zielony to łatwiejszy wariant do schodzenia – omija skałki podszczytowe.

Widok na Dolinę Górnej Białej Lądeckiej i Bielice.

Ścieżka wije się przez bukowy las.

Schodzimy z powrotem do Bielic.

Na wysychającym kamieniu utworzyło się serduszko – to zdjęcie to kwintesencja naszej dzisiejszej wycieczki!

Nasz czas (tempo rodzinne): ponad godzinę w górę i niespełna 40 minut w dół.

Nasza dzisiejsza trasa – na fioletowo.

Opis naszego wcześniejszego, zimowego wejścia na Kowadło tutaj.

Wejście na Kowadło to krótka wycieczka, my odbyliśmy ją po południu – rano tego samego dnia oglądaliśmy Jaskinię Niedźwiedzią – jedną z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Opis tutaj – polecamy!

Krzemionki Opatowskie – neolityczna kopalnia krzemienia

Rzeszów-Warszawa i postój w Krzemionkach Opatowskich

Do Krzemionek Opatowskich zaglądamy przy okazji podróży powrotnej z Alp Sztubajskich. To arcyciekawe miejsce i zabytek światowej rangi. Koniecznie zajrzyjcie tam z dziećmi!

25 lipca 2017, wtorek

Pochmurno z przelotnymi opadami, ok. 18 stopni

Sebuś myślał, że przyjedziemy dopiero następnego dnia, a tu już dziś rano mogliśmy się wyprzytulać – ale zrobiliśmy mu niespodziankę! Przywieźliśmy mu na pamiątkę tyrolski dzwonek i garść granitowych kamyczków z alpejskich szlaków do jego geologicznej kolekcji, a on narysował nam piękny rysunek. Ale się za nim stęskniliśmy! A jak stęskniliśmy się za Grzesiem i Tymusiem!

Rano pakujemy Sebusia, dziękujemy Babci i Dziadkowi za umożliwienie nam wyjazdu we dwoje i ruszamy w stronę domu. Po drodze chcemy zrobić sobie jeszcze jakąś miłą wycieczkę – to ma być dzień dla Sebusia, Sebuś ma mieć nas całych dla siebie. Najpierw planujemy małą wycieczkę w Górach Świętokrzyskich, ale ze względu na kapryśną pogodę wybieramy się do neolitycznej kopalni krzemienia w Krzemionkach Opatowskich.

Krzemionki Opatowskie – neolityczna kopalnia krzemienia pasiastego

Gdy mówicie „podziemny polski zabytek o randze światowej”, co przychodzi Wam do głowy? Wieliczka, a potem długo, długo nic, prawda? A to błąd, bo do pierwszej ligi powinna wejść też neolityczna kopalnia krzemienia w Krzemionkach Opatowskich. Tak rozległych pozostałości kopalń sprzed 5 tysięcy lat nie ma nigdzie indziej na świecie! Czy nie powinniśmy się tym głośno chwalić? Powinniśmy, bez dwóch zdań!

Krzemionki Opatowskie kryją się w cieniu nieodległego Bałtowa, zdominowanego przez przemysł turystyczny. Do Bałtowa ciągną tysiące turystów, Krzemionki pozostają poza głównym szlakiem wakacyjnej rozrywki. Kto jednak tu przyjedzie, wyjedzie oczarowany i zaskoczony ogromną rangą zabytku, z jaką ma do czynienia. Trzeba dołożyć wszelkich starań, by do Krzemionek zaczął płynąć strumień zysków ze światowej turystyki, żeby to wyjątkowe miejsce dalej mogło się rozwijać i zachwycać kolejnych turystów. Mamy wrażenie, że promocja Krzemionek niego kuleje, warto by też zadbać o sprzedaż na większa skalę gadżetów związanych tematycznie z kopalnią krzemienia i tak zorganizować przestrzeń dookoła muzeum (neolityczny plac zabaw, interaktywna wystawa, gastronomia itp.), żeby zatrzymać turystów i ich pieniądze na dłużej. Tymczasem gdy pytamy o możliwość zakupu pamiątek (Sebuś bardzo chciał kupić sobie prawdziwy krzemień), pan w informacji dziwi się i mówi, że oni są placówką muzealną, a nie prawdziwą kopalnią, i u nich się zwiedza, a nie kupuje. Potem okazuje się, że w kawiarni położonej na terenie muzeum niedaleko wyjścia z podziemnej trasy znajduje się całkiem nieźle zaopatrzone stanowisko z pamiątkami i minerałami (są też oczywiście krzemienie sauté i jako elementy biżuterii), tylko nikt o tym nie informuje, bo kasa to odrębny ekosystem, informacja też, kawiarnia również gra sama na siebie; nikt tu nie myśli całościowo. Marudzimy, bo gorąco kibicujemy Krzemionkom, chcielibyśmy, żeby były znane i rozpoznawane tak, jak na to zasługują!

A Krzemionki naprawdę oferują produkt turystyczny na najwyższym poziomie. Podziemna trasa turystyczna po sztolniach neolitycznych kopalń to tak łakomy kąsek, że smaczniejszy trudno sobie wyobrazić. Możemy na własne oczy przekonać się, jak wydobywano niegdyś krzemień; dla nas było też bardzo ciekawe zobaczenie, jak krzemień pochowany był w skale wapiennej – zupełnie jak rodzynki w cieście! Co więcej, na trasie zwiedzania można zobaczyć autentyczne rysunki naścienne z czasów neolitycznych (!) – jeden z nich, postać rodzącej kobiety, jest nawet symbolem rezerwatu archeologicznego w Krzemionkach. Zadaszoną ekspozycję muzealną urządzono w przestronnym i nowoczesnym wnętrzu, warto zajrzeć też do rekonstrukcji osady neolitycznej – to hipotetyczne odtworzenie warunków, w jakich na tych terenach żyli ludzie kilka tysięcy lat temu.

Muzeum archeologiczne i rezerwat „Krzemionki”.

Mur z pięknymi wstawkami z krzemienia pasiastego – brawo dla pomysłodawców!

W oczekiwaniu na przewodnika warto obejrzeć ekspozycję w budynku.

Neolityczne narzędzia było tworzone poprzez odłupywanie kawałków krzemienia.

Przewodnik prowadzi grupę do trasy podziemnej.

Na tablicy widać, jaki obszar zajmowały tu pokłady krzemienia – prawd. to pozostałość dawnej zatoki.

Kopalnia niszowa z rekonstrukcją dawnego sposobu pracy.

Idąc kładką do szybu Zenon, po obu stronach widać zagłębienia w ziemi – to pozostałości dawnych kopalń.

Obozowanie górników byo utrudnione ze względu na brak wody, prace prowadzono tylko w okresie zimowym.

Arcyciekawa trasa podziemna – jesteśmy w neolitycznej kopalni! Kiedyś tylko tunele były b. niskie.

Krzemienie siedzą w skale wapiennej jak rodzynki w cieście.

Sebuś szuka w ścianie kolejnych krzemieni.

Oglądamy pozostałości kopalń komorowych.

Tunele miały kiedyś od 55 do 120 cm wysokości.

W niektórych typach kopalń stosowano podpierające filary.

Możemy poczuć się jak 5 tys. lat temu. Tylko oświetlenie inne…

Na trasie zwiedzania można oglądać prehistoryczny rysunek naskalny, przedstawiający rodzącą kobietę – Boginię Matkę.

Po zwiedzeniu trasy podziemnej na turystów czeka rekonstrukcja osady neolitycznej.

Wyobrażenie chaty kultury pucharów lejkowatych.

Osada żyje!

Nasz wspaniały pan przewodnik właśnie gotuje sobie obiad:)

Z tych terenów pochodzą jedne z pierwszych świadectw rozwoju transportu kołowego!

Na terenie muzeum odkryto pozostałości ponad 4 tysięcy kopalń (część z nich widać gołym okiem jako porośnięte roślinnością dołki w ziemi). Neolityczne pole eksploatacyjne zajmuje powierzchnię  prawie 80 ha. Neolityczne kopalnie krzemienia w Krzemionkach Opatowskich nie mają sobie równych na całym świecie. Rangę zabytku podkreśla zaliczenie go do listy Pomników Historii. Widzieliście kiedyś krajobraz przemysłowy sprzed 5 tys. lat? Możecie zobaczyć u nas, w Polsce, za naprawdę niewielkie pieniądze (18 zł os. dorosła, 12zł dziecko)! Koniecznie trzeba tu zajrzeć.

Informacje praktyczne: trasa zwiedzania ma ok. 2 km (w tym 500 m pod ziemią). Rezerwat zwiedza się w grupach z przewodnikiem. Temperatura pod ziemią wynosi tylko ok. 8 stopni – w ciepłej porze roku trzeba zabrać odpowiednie ubranie. Rekonstrukcję neolitycznej osady zwiedza się samemu po wyjściu z trasy podziemnej. Warto zajrzeć do dobrze zaopatrzonego sklepiku z pamiątkami. Niespieszne zwiedzanie Krzemionek Opatowskich zajęło nam ok. 2 godzin. Więcej informacji tutaj.

Bardzo dziękujemy naszemu dzisiejszemu panu przewodnikowi za niesamowicie ciekawe opowieści! Z dużym profesjonalizmem, a jednocześnie przystępnie, zwięźle i z humorem potrafił przekazać najważniejsze informacje. O Krzemionkach i dawnych zwyczajach i wierzeniach mógłby opowiadać godzinami. Jest bardzo zaangażowany w działanie na rzecz rezerwatu, odtwarza osady neolityczne, organizuje tematyczne imprezy, inicjuje ciekawe projekty (np. odtworzenie dawnych sposobów pozyskiwania miedzi). Mając takich ludzi, muzeum może się świetnie rozwijać!

Krzemionki Opatowskie-Warszawa

Krzemionki kończymy zwiedzać w rzęsistym deszczu. W takich warunkach nie ma nawet co marzyć o szlaku w Górach Świętokrzyskich, więc kierujemy się prosto na obiad do przetestowanej już przez nas restauracji Jaskółka obok Iłży (ale łatwo się podróżuje tylko z jednym dzieckiem!). Potem już pędzimy prosto do naszego Grzesia, który został z nieocenionymi Babcią Urszulą i Dziadkiem Jerzym (dziękujemy!)

Stara walcownia żelaza, Nietulisko Duże

14 lipca 2017, piątek

Dzień słoneczny, choć nie za ciepły (do 21-22 stopni), wieczorem deszcz

Podróż w Alpy Sztubajskie, dzień 1.

Początek wyjazdu bez dzieci nigdy łatwy nie jest. Trzeba każdego naszego chłopaka gdzieś usadowić, wyposażyć we wszystko, co potrzebne, upoważnienia, leki, inne różności; poradzić sobie z ambiwalencją własnych uczuć – od tęsknoty za dziećmi do euforii ruszenia w długą. Uff, jakoś ruszamy. Grześ zostaje z Babcią Urszulą i wspomagającą ją Panią Małgosią („mama i tata jadą na wakacje w góry, a Grześ – na wakacje do Babci”), Tymo prowadzi leśne życie na obozie harcerskim (pozdrawiamy 19 WDH Przygoda!), no a Sebusia odwozimy na wakacje do Babci Stasi. W związku z tym nasz pierwszy kierunek to Rzeszów.

Po porannym kołowrotku organizacyjnym udaje nam się wyjechać kilka minut przed 9:00. Trochę późno, ale najważniejsze, że ruszamy. Jazda idzie dziś jak krew z nosa; przed nami tir za tirem, ruch szalony, każda z kilku napotkanych dziś robót drogowych wiąże się z uciążliwym korkiem. Staramy się nie przejmować drobiazgami i dbać o dobry humor. Gramy z Sebusiem w „XYZ za oknem” – zadanie polega na znalezieniu za oknem jak najwięcej rzeczy na określoną literę. W sumie bardzo nam wesoło. Dodatkowo nastrój poprawia nam fajny turystyczny postój – zatrzymujemy się przy ruinach dawnej walcowni w Nietulisku Dużym.

Stara walcownia, Nietulisko Duże

Czy to ruiny starego cysterskiego opactwa? Ani cysterskiego, ani opactwa, ani bardzo starego – to zabytek przemysłowy! Aż trudno uwierzyć, że budynki, po których pozostały tak malownicze ruiny, należały kiedyś do XIX-wiecznej walcowni blach.

Nietulisko Duże – aby bezpiecznie zwiedzić ruiny, wystarczy trzymać się polnej drogi.

Budynki dawnej walcowni blach zbudowano z kamienia.

W ciepłej porze roku ruiny porasta bujna roślinność.

Pozostałości fabryki przywodzą na myśl raczej ruiny klasztoru niż zabytek przemysłowy.

Bardzo tu pięknie!

Dla dociekliwych – plan przedstawia dawny rozkład zespołu fabrycznego.

Jeżdżąc trasą Warszawa-Rzeszów do rodziców R., przejeżdżaliśmy przez Nietulisko niezliczoną ilość razy. Stara walcownia widziana z drogi wydaje się niepozorna, ale spróbujcie przyjrzeć jej się z bliska! Mamy przed sobą pozostałości całego dużego założenia urbanistycznego. Na samą walcownię składało się kilka budynków, obok mieściła się siedziba dyrekcji i całe osiedle dla robotników. Walcownia powstała niespełna 200 lat temu jako efekt realizacji planów Stanisława Staszica związanych z rozwojem Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Urządzenia walcowni napędzała jedna z pierwszych w Królestwie Polskim turbina wodna. Wszystko doskonale działało do początku XX wieku, kiedy to wielka powódź zniszczyła zalew w Brodach i odcięła łączność zakładu z rzeką. Walcownię zamknięto w 1905 r. Obecnie pamiątką po niej są tylko malownicze ruiny. Architektura walcowni w niczym nie przypominała dzisiejszych klocków przemysłowych. Zbudowane z kamienia budynki utrzymane były konsekwentnie w pięknym, klasycystycznym stylu. Przypominają bardziej ruiny jakiegoś dawnego klasztoru niż pozostałości fabryki – to piękny fotograficzny plener!

Walcownia powstała w ramach pomysłu Stanisława Staszica.

Miała stanowić część Staropolskiego Okręgu Przemysłowego.

Zakład w Nietulisku stanowił duże założenie urbanistyczne z zapleczem dla robotników.

Zakład zasilały wody rzeki Kamiennej.

..a urządzenia napędzała jedna z pierwszych w Królestwie Polskim turbina wodna.

Po wielkim zakładzie pozostały tylko malownicze ruiny.

Wielką wartość zabytkową ma zachowany układ wodny z pozostałościami kanałów.

Ruiny nie są zabezpieczone, dociekliwi muszą zachować dużą ostrożność podczas zwiedzania.

Z ruinami dawnej fabryki ciekawie kontrastują współczesne rzeźby.

W Nietulisku Dużym świetnie zachowały się też pozostałości kanałów doprowadzających do zakładu wodę z pobliskiej rzeki Kamiennej i fragmenty kanału spływnego, co stanowi unikatową wartość nietuliskich ruin. To świetne miejsce na postój z dziećmi w ciepłej porze roku; można tu zajrzeć również np. przy okazji odwiedzania Gór Świętokrzyskich. Obecnie w dawnej siedzibie dyrekcji walcowni mieści się szkoła, tuż obok jest przedszkole i kort tenisowy. Samochód można zostawić na parkingu przed szkołą (trzeba wjechać przez bramę). Są ławeczki, kosze na śmieci. Wzdłuż ruin biegnie polna droga. Turystom-zapaleńcom zapewne wielką frajdę sprawi pomyszkowanie po sercu ruin walcowni. Zdecydowanie nie polecamy tego z dziećmi – ruiny nie są przystosowane do bezpiecznego zwiedzania. Pozostałości starych kanałów (nieraz naprawdę głębokich) nie są niczym zabezpieczone i kryją się wśród bujnej roślinności, stanowiąc niebezpieczną pułapkę. Nawet jednak bez zagłębiania się w ruiny spacer będzie bardzo przyjemny i atrakcyjny – z polnej drogi świetnie widać ruiny i ogrom całego założenia.

Ruiny starej walcowni w Nietulisku to kolejne z nieodkrytych magicznych miejsc, jakie mieliśmy okazję odwiedzić. Koniecznie musimy tu zajrzeć jeszcze w innej porze roku.

Nietulisko-Kraczkowa

Po postoju w Nietulisku już nigdzie się nie zatrzymujemy i po niecałych trzech godzinach delektujemy się już pysznym babcinym obiadem. Rozpakowujemy Sebusia, mówimy Babci co i jak, żegnamy się z łezką w oku z naszym Skarbem i ruszamy dalej – przed nami dziś jeszcze długa droga.

Nasz czas: Warszawa-Kraczkowa: 9:00-15:00

Rzeszów- Oberegging (Austria)

Jeszcze nie wierzymy, że jedziemy, jeszcze w głowie myśli, o czym mogliśmy zapomnieć, czego nie zostawiliśmy dzieciom, czy wszystko u wszystkich chłopaków ok., kontrolne telefony, sprawdzanie poczty z pracy. Dobrze, że udajemy się tak daleko – odległość pomaga oderwać się od problemów i uspokoić myśli. Powoli przerzucamy się na inne fale. Kilka rozdziałów kolejnego tomu „Diuny”, w tle nasze kultowe płyty – Lao Che, Tesco Value, Maria Peszek, Karolina Cicha. Kilometry uciekają. Ogólnie jedzie się nieźle, tylko korek na obwodnicy Krakowa nieco nas spowalnia. Jedziemy bez większych przerw. Zatrzymujemy się tylko na stacji benzynowej przed granicą czeską, gdzie kupujemy winiety i (nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem z Ołomuńca) wymieniamy trochę złotówek na czeskie korony, potem stajemy na kawę przy stacji w Czechach. Powoli zmęczenie i niewyspanie z poprzednich dni daje o sobie znać. Ostatnie kilometry po ciemku i w padającym deszczu pokonujemy siłą woli. Północ już dawno minęła. Jak dobrze, że zaplanowaliśmy sobie po drodze nocleg.

Nocleg w Oberegging

Zatrzymujemy się w Oberegging – miejscowości mniej więcej w połowie drogi między Wiedniem a Salzburgiem. Nocleg (Top Motel) zamówiony wcześniej przez Internet nie jest może najtańszy (58 euro za 2-osobowy pokój), ale ma jedną wielką zaletę – można przyjechać tu o dowolnej porze, nawet w środku nocy. Generalnie to niezły stosunek cena-jakość i bardzo dobre miejsce na nocleg w podróży. Pokoje są czyste i wygodne. Obsługa przyjezdnych jest zupełnie zautomatyzowana – wita nas maszyna podobna do bankomatu, w której wpisujemy swoje dane, płacimy kartą i maszyna na końcu wypluwa nam magnetyczny klucz do pokoju. Przy wymeldowaniu wrzucamy kartę magnetyczną do przeznaczonej do tego skrzynki. Kładziemy się spać o drugiej w nocy, błogosławiąc fakt, że na kilka godzin możemy zamknąć oczy.

Nasz czas: 16:30-1:00, 727 km

Krynica Morska i Piaski, 2017.06

Krynica Morska i Piaski

Kolejne lato tradycyjnie inaugurujemy odwiezieniem starszych chłopców nad morze na wakacje z Babcią i Dziadkiem. Przy okazji mamy możliwość pooddychania przez chwilę morskim powietrzem i zobaczenia czegoś ciekawego – i na miejscu, i po drodze. Tym razem odwiedzamy położone tuż przy rosyjskiej granicy malutkie Piaski, a po drodze oglądamy największy na Mazurach głaz narzutowy – Tatarski Kamień – i przepiękny rezerwat przyrody „Źródła Rzeki Łyny”. Na miejscu pogoda nas nie rozpieszcza – nad morzem przez większość czasu wiszą czarne chmury, ale czy spacery w takiej scenerii nie są dużo piękniejsze niż przeciskanie się między parawanami plażowiczów wygrzewających się w słońcu?

23 czerwca, piątek

Przed południem ulewy, potem silny wiatr, do 22 stopni

Warszawa – Krynica Morska

Wyjazd z Warszawy w piątkowe popołudnie zwykle nie jest najlepszym pomysłem. Tak jest i tym razem – stoimy w gigantycznym korku na dojeździe do autostrady. Początek A2 też stoi – dopiero od Pruszkowa się przeluźnia. Potem jedzie się płynnie. Zatrzymujemy się dwa razy na przyautostradowych postojach; na większe zwiedzanie nie mamy dziś ani czasu, ani ochoty. Martwimy się stanem zdrowia Grześka – nasza najmłodsza pociecha od kilku dni marudzi i chrypi niemiłosiernie – pozostaje mieć nadzieję, że morskie powietrze jej pomoże… Na miejsce docieramy późnym wieczorem i po wszystkich atrakcjach dzisiejszego dnia (praca, wizyta u lekarza, uroczystości zakończenia roku obu chłopców, pośpieszne dopakowywanie się) jesteśmy wykończeni.

Nasz czas: 15:20 – 21:50

Zakwaterowujemy się w domku wynajętym przez Babcię i Dziadka w ośrodku Tęcza w Krynicy Morskiej. Domek mieści nas wszystkich i jest przyzwoity, razi tylko nieporządek i chaos na terenie ośrodka.

24 czerwca, sobota

Spore zachmurzenie, przelotne opady deszczu, do 17 stopni

Krynica Morska – powitanie z morzem

Jak moglibyśmy przyjechać do Krynicy Morskiej i nie przywitać się z morzem? Po śniadaniu kierujemy się prosto na plażę. Pogoda nie zachęca do kąpieli, ale nam to w sumie odpowiada – w innym wypadku dzieci nalegałyby na zalegnięcie plackiem z łopatkami i całym tym kolorowym plastikowym ustrojstwem, a tak to nikt nie oponuje przed spacerem. Idziemy do portu rybackiego i z powrotem. To w sumie niewielki kawałek drogi, ale zajmuje nam całe przedpołudnie – idziemy żółwim tempem. Chłopaki na widok morza i plaży dostają małpiego rozumu – rzucają się w piasek, przewracają. Najbardziej cieszy się Grześ – bryka po plaży jak mały źrebaczek i robi przeróżne piaskowe ewolucje – chyba już zapomniał, jaką wielką mają tu piaskownicę! Na morze mówi „kałuża” – ale jest śmieszny! My cieszymy się pięknym fotograficznym plenerem, podrasowanym przez czarne chmury na horyzoncie, i z rozrzewnieniem patrzymy na cieszące się morzem dzieci.

Krynica Morska – powitanie z morzem.

Pogoda nie rozpieszcza – ale może to i dobrze?

Mam patyk.

I nie zawaham się go użyć!

Bum, plum!

Hurra! Wakacjeeee!

Niewytłumaczalne przyciąganie piaskowych powierzchni.

Co też oni wyczyniają?

Próba wysłania Grześka na księżyc kończy się niepowodzeniem.

Teraz chłopcy próbują zakopać się w piasku.

Port rybacki w Krynicy Morskiej.

Emeryt. Przypomniała nam się taka szanta.

Wracamy drogą przez wydmy.

Po obiedzie jedziemy do Piasków. To ostatnia miejscowość przed Obwodem Kaliningradzkim na polskim wybrzeżu. Wioska jest niewielka, ale ma duży urok. Rosja jest tuż za rogiem. Oczywiście największą ochotę mamy na wycieczkę plażą do granicznego płotu – ale to ok. 3-kilometrowy spacer w jedną stronę – z Grzesiem zafascynowanym przewracaniem się po piasku nie damy dziś rady. W zamian przyjmujemy cel bardziej realny – spacer do portu rybackiego na Zalewie Wiślanym. Jak będziecie w Piaskach, koniecznie musicie tam pójść. Porcik jest senny i niewielki, ale bardzo prawdziwy i autentyczny. Cumujące kutry, porozwieszane sieci, kolorowe chorągiewki i leżące dookoła różne urządzenia rybackie. Wokół unosi się zapach ryb. Bardzo tu ciekawie.

Port rybacki w Piaskach.

Porcik kusi senną atmosferą.

Z boku suszą się sieci i liny.

Bardzo tu kolorowo.

Piaski. Magicznie.

Na skrzynkach odnajdujemy nazwy znajomych portów.

Wszystko na swoim miejscu.

Ten dziób na pewno wiele mil ma za sobą.

W drodze powrotnej do Krynicy Morskiej zahaczamy o Wielbłądzi Garb. Pod tą fantazyjną nazwą kryje się najwyższa stała wydma w Europie (49,5 m n.p.m.) i jednocześnie najwyższy punkt Mierzei Wiślanej. Dla turysty to interesujące miejsce pod względem widokowym: widać stąd zarówno Morze Bałtyckie, jak i Zalew Wiślany. Podziwianie widoków umożliwia drewniana wieża widokowa. Na Wielbłądzi Garb dostać się bardzo łatwo – wystarczy zostawić samochód na nieźle oznakowanym parkingu położonym przy drodze łączącej Krynicę z Piaskami, a potem kierować się za znakami żółtego szlaku turystycznego. Na sam szczyt wprowadza odbiegająca w lewo od szlaku ścieżka. Cała wycieczka tam i z powrotem zajmuje nie więcej niż pół godziny. Jeśli ktoś nie dysponuje samochodem, można tu również dojść szlakiem  z centrum Krynicy Morskiej – w takim wypadku trzeba liczyć się z co najmniej 40-minutowym spacerem w jedną stronę.

To tylko 10 min spaceru w jedną stronę.

Wieża widokowa na szczycie Wielbłądziego Garbu.

Z jednej strony widać Zalew Wiślany

…a z drugiej – Morze Bałtyckie

Schodzimy.

Kto pierwszy do samochodu?

Wieczorem pakujemy chłopaków do łóżek i zostawiamy ich pod troskliwą opieką Babci i Dziadka, a sami fruuu! – biegniemy na wieczorny spacer brzegiem morza. Jak moglibyśmy nie wykorzystać TAKIEJ okazji? Idziemy szybkim krokiem 40 minut w stronę Piasków. Taki szybki marsz w piachu to naprawdę niezły trening kondycyjny. Przypominamy sobie, jak naście lat temu przeszliśmy pieszo całe polskie wybrzeże, tachając na plecach jedzenie, namioty, książki do czytania i ciągnąc za sobą naszą nieodżałowaną psinę Regusię. Ach, wspomnienia…

Wieczorny spacer w stronę Piasków.

Najpiękniej jest na dzikich plażach.

Do odwrotu skłaniają nas krople deszczu. Najpierw pada niewinnie, a potem jak nie lunie! Przed nami ściana wody, a porywiste podmuchy wiatru dodatkowo dbają o to, by żadne elementy naszej garderoby nie pozostały suche. Ale mieliśmy romantyczny spacer!

 

25 czerwca, sobota

Spore zachmurzenie, przelotne opady deszczu, do 17 stopni

Jedna z wielkich życiowych mądrości głosi, że nie ma co walczyć z tym, z czym wygrać się nie da. Fascynacja chłopaków piachem sięga zenitu, więc pasujemy – nigdzie dziś nie idziemy: usadawiamy się wygodnie na plaży i obserwujemy ich wygibasy. Tymek uczy nas harcerskiej gry w Zieloną Stopę (bardzo fajna rozrywka na plaży:) ), Grzesiek biega, jakby miał motorek w pupie, wykonując co chwilę komendę „padnij”; starsi fikają koziołki, robią gwiazdy i zasypują się piachem. Fajnie patrzeć na taką ich spontaniczną zabawę.

Nad morzem nie musi być słońca, żeby było pięknie.

W każdej pogodzie można sobie pokopać.

Grześ jest po prostu zachwycony morzem.

No to zabieramy się do pracy!

Zepsułem braciom budowlę, czas zwiewać.

Może mnie nie dogonią?

Biegnij, Grzesiu, biegnij!

Hura! Udaje się nam zrobić zdjęcie w komplecie!

Krynica Morska ahoj!

I co na to powiecie?

Zwiewam dalej!

Krynica Morska-Warszawa;
po drodze Tatarski Kamień k. Nidzicy

Po obiedzie Tymo i Sebuś zostają na półtoratygodniowe wakacje z Babcią i Dziadkiem (dziękujemy!), a my z Grzesiem przyjmujemy azymut dom.  Tym razem jedziemy nie autostradą, tylko siódemką. Czas przejazdu taki sam, tylko tą drogą 100 km krócej, no ale komfort podróży mniejszy, za to taniej. Co kto woli. Zatrzymujemy się w małej miejscowości Tatary pod Nidzicą, żeby zobaczyć największy na Mazurach głaz narzutowy – Tatarski Kamień. Okolice Tatarskiego Kamienia to cudowne miejsce na postój z dziećmi. Nasza fotorelacja tutaj (można też kliknąć na zdjęcie poniżej).

Tatarski Kamień to największy głaz narzutowy na Mazurach.

 

Tydzień mija nie wiadomo kiedy i w kolejną sobotę znowu kierujemy się nad morze. Po drodze udaje nam się zajrzeć do niesamowicie atrakcyjnego rezerwatu źródeł rzeki Łyny.

Rezerwat „Źródła Rzeki Łyny” im. Profesora Romana Kobendzy

To jedno z takich miejsc, o których nie wiedzieliśmy, że istnieją, a jak już do nich zawitaliśmy, to poczuliśmy, że czekają specjalnie na nas, są jak z bajki. Piękna przyroda, unikatowa w skali europejskiej nizinna erozja wsteczna, wspaniała trasa turystyczna. Wybieracie się z dzieciakami w okolice Mazur lub jedziecie nad morze? Koniecznie trzeba tu zajrzeć! Nasza relacja (wraz z pięknymi legendami) tutaj (można też kliknąć na zdjęcie poniżej).

W rezerwacie „Źródła Rzeki Łyny” dziesiątki źródeł wysiękowych daje początek Łynie

Krynica Morska bis

2-5 lipca 2017

W niedzielę wieczorem R. wraca do pracy, a M. do środy zostaje z wszystkimi chłopcami, Babcią i Dziadkiem. Wszystkie plany turystyczne (Frombork, granica z Rosją w Piaskach) spalają nam na panewce ze względu na pogodę – i w niedzielę, i we wrotek jest zimno, pada i wieje. Udaje nam się tylko krótka wycieczka do parku linowego w Krynicy (trasy dla chętnych w każdym wieku), niestety również zakończona zupełnym przemoknięciem.

Park linowy w Krynicy Morskiej.

Tymo eksploruje trasę wysoką.

A Sebuś – średnią.

Dzikom w Krynicy nie przeszkadza pogoda.

Wręcz przeciwnie – miewają się znakomicie.

W poniedziałek pogoda jest lepsza, więc przed południem udaje nam się chwilę poplażować, a po południu – pójść na spacer do latarni w Krynicy Morskiej. Krynicką latarnię opisywaliśmy już w zeszłym roku (relacja tutaj). Budowla ma już ponad 60 lat – starą latarnię zniszczyły wycofujące się wojska niemieckie. Jest pomalowana na charakterystyczny czerwony kolor. Warto wejść na górę ze względu na piękny widok na Morze Bałtyckie i wody Zalewu Wiślanego. Uwaga: latarni nie mogą zwiedzać dzieci młodsze niż 4 lata ze względu – jak sądzimy – na stromą drabinkę znajdującą się tuż przed szczytem latarni. M. ze starszakami wchodzi na górę, a z Grzesiem zgadza się zostać na dole Babcia Urszula. Wycieczka do latarni morskiej jest super – powinna być obowiązkowym punktem programu dla wszystkich odwiedzających Krynicę.

Latarnia w Krynicy Morskiej.

Schodki wiodą na wysokość 26 metrów.

Prosta, ale jaka piękna konstrukcja!

Drabinka pod samym szczytem jest bardzo stroma, ale krótka.

Na górze można z bliska oglądać urządzenia świetlne – niczym w gabinecie luster.

Chłopcy, mama prosi do zdjęcia!

Z latarni pięknie widać Zalew Wiślany.

I całą Mierzeję Wiślaną.

Grześ za mały na zwiedzanie latarni, dokazywał na dole.

Podczas tego wyjazdu udaje nam się zrobić jeszcze jeden miły spacer. W niedzielę jedziemy na poszukiwanie rezerwatu przyrody „Buki Mierzei Wiślanej”, który znajduje się w okolicy miejscowości Przebrno nad Zalewem Wiślanym. Rezerwat jest jednak bardzo dobrze ukryty dla zwiedzających. Brak jakiejkolwiek tabliczki informującej o jego położeniu, nie mówiąc już o szlaku czy ścieżce dydaktycznej. Jesteśmy pełni dobrych chęci, więc chwilę błądzimy z internetową mapą, na której jest zaznaczona dokładna lokalizacja rezerwatu – ani od strony drogi łączącej Krynicę ze Sztutowem, ani od strony Zalewu Wiślanego (wieś Przebrno) nie udaje nam się jednak do niego trafić. Kończymy na nierezerwatowym (ale zapewne równie miłym) spacerze polnymi drogami nad brzegiem Zalewu Wiślanego. Jedną z głównych atrakcji są dziś dla nas wyraźne tropy borsuka, które towarzyszą nam podczas całej wycieczki.

Nie znaleźliśmy rezerwatu Buki Mierzei Wiślanej.

Więc spacerujemy w okolicy wsi Przebrno.

Przy brzegach Zalewu Wiślanego.

Dookoła mnóstwo ambon.

Na jedną z nich wchodzimy – jaki fajny widok!

Drugie śniadanie w plenerze smakuje lepiej niż w domu.

Powoli zbieramy się do powrotu.

Czym prędzej do najbliższej kałuży!

Główna atrakcja naszego spaceru – ślady borsuka.

Szedł naszą trasą niedawno przed nami.

We wtorek wieczorem R. wraca z pracy. Udaje nam się jeszcze wyrwać we dwoje na wieczorny spacer brzegiem morza (tym razem idziemy w stronę Kątów Rybackich – ale wieje!), a w środę rano już pędzimy w stronę Warszawy.

Wieczorny spacer w stronę Kątów Rybackich.

Ale wieje! Ale fajnie!

Noce na oceanie … – nie, na plaży w Krynicy!

Wieczorem na plaży można spotkać nawet syrenę!

O podróży nie ma co pisać – mkniemy autostradą i nigdzie się nie zatrzymujemy – R. musi jeszcze po południu zdążyć do pracy. Spotyka nas tylko jedna interesująca rzecz – trafiamy akurat na otwieranie mostu zwodzonego w Rybinie. Most na Szkarpawie został zbudowany jeszcze przed wojną, potem przez długie lata nie działał. Dziesięć lat temu udało się wreszcie zrewitalizować szlak wodny na Wiśle Królewieckiej i wyremontować most (zainteresowanych odsyłamy np. tutaj). Obserwowanie pracy mostu to wielka atrakcja dla nas wszystkich!

Most zwodzony w Rybinie na Szkarpawie.

Most otwiera się codziennie o stałych porach.

Pogoda nad morzem w tym roku się chłopcom nie udała, no ale pooddychali jodem, zmienili klimat, pobiegali po plaży – dziękujemy ogromnie Babci i Dziadkowi za zorganizowanie wnukom takich wspaniałych wakacji! Dla nas wożenie i odwożenie chłopców znad morza to jak zawsze okazja do zobaczenia czegoś ciekawego na miejscu i po drodze 🙂

 

Rezerwat Źródła Rzeki Łyny

Rezerwat Źródła Rzeki Łyny im. profesora Romana Kobendzy

1 lipca 2017, sobota

Dość chłodno, porywisty wiatr, prześwieca słońce, do 20 st.

To jedno z takich miejsc, o których nie wiedzieliśmy, że istnieją, a jak już do nich zawitaliśmy, to poczuliśmy, że czekają specjalnie na nas, są jak z bajki. Piękna przyroda, unikatowa w skali europejskiej nizinna erozja wsteczna, wspaniała trasa turystyczna. Wybieracie się z dzieciakami w okolice Mazur lub jedziecie nad morze? Koniecznie trzeba tu zajrzeć!

Łynę odwiedzamy przy okazji podróży z Warszawy do Krynicy Morskiej. Jadąc nad morze, jak zwykle wahamy się, czy jechać autostradą czy krajową siódemką. Czas przejazdu w okolice Zatoki Gdańskiej jest podobny, ale decydujemy się na  siódemkę, bo po drodze łatwiej zatrzymać się na jakiś turystyczny postój.

Rezerwat źródeł rzeki Łyny wypada dokładnie w połowie drogi, kilka kilometrów za Nidzicą. Zbaczamy z ekspresówki i po kilkuset metrach jesteśmy w innym świecie. Wąska, mazurska, trochę dziurawa droga w pięknym szpalerze drzew prowadzi nas do przeuroczej miejscowości Łyna. Jest tu kościół z 1726 r. i niewielki cmentarz z okresu I wojny światowej, trochę kwater agroturystycznych. Czas płynie dużo wolniej. Przejeżdżamy miejscowość i kierujemy się na położony półtora kilometra dalej parking.

Do miejscowości Łyna prowadzi urocza droga obsadzona szpalerem drzew.

W Łynie znajduje się zabytkowy kościół z 1726 r.

Rezerwat przyrody „Źródła rzeki Łyny” im. prof. Romana Kobendzy

Po wyjściu z samochodu z wrażenia głos nam odbiera. Niby nic takiego, ale jakie piękne! Ciągnące się po horyzont pagórkowate pola „gryki jak śnieg białej”. Niemal w tym samym czasie zaczynamy mówić Mickiewiczowską Inwokacją. Jeszcze nie weszliśmy do rezerwatu, a już trudno nam schować aparat. Grzesiek, całkowicie pochłonięty kamyczkami, którymi wysypany jest parking, pozwala nam nawet na chwilę oddechu.

Dla turystów zwiedzających Rezerwat Źródeł Rzeki Łyny zorganizowany jest rozległy parking.

Grzesiowi spodobały się zwłaszcza drewniane stojaki na rowery.

Tuż obok znajduje się przepiękne białe pole gryki.

Od razu przypomina nam się Mickiewiczowska Inwokacja.

Nie możemy oderwać oczu.

Z parkingu do rezerwatu prowadzi odnowiona kamienista droga. Schemat szlaków prowadzących przez rezerwat nie jest zbyt czytelny (kolory szlaków są wyblakłe, nie ma dobrych punktów odniesienia, a wyraźnie pomogłoby to w orientacji). Trzeba iść prosto utwardzoną drogą przez las, która doprowadzi nas do granic rezerwatu. Po ok. 15 minutach spaceru docieramy do Osady Łyńskiego Młyna. Czy uwierzycie, że rzeka została w tym miejscu spiętrzona (dla potrzeb lokalnego młyna) już w XIV w.? Osada stanowi od niedawna własność Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Planowane jest utworzenie Muzeum Źródeł Rzeki Łyny i lokalnego centrum badawczo-dydaktycznego. Budynek dawnego młyna jest już pięknie odnowiony, inne jeszcze czekają na renowację. Spoglądamy chwilę na spiętrzone wody Łyny tworzące malownicze leśne jeziorko i ruszamy na pętlę wokół obszaru źródliskowego rzeki Łyny (za młynem trzeba skręcić w prawo).

Szeroka brukowana droga doprowadza do granic rezerwatu.

Warto dobrze popatrzeć na schemat szlaków – potem jest ich jak na lekarstwo.

Dla wszystkich planujących odwiedzenie tego miejsca – schemat trudno znaleźć w Internecie. Nasz parking – ten najbardziej z lewej strony.

Idziemy najpierw drogą prowadzącą do łyńskiego młyna.

Osada Łyński Młyn jest obecnie własnością Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Zabytkowy budynek młyna został w 2011 r. pięknie odrestaurowany.

Pierwszy młyn stanął w tym miejscu już w XIV w.

Z tego samego okresu pochodzi pierwsze spiętrzenie wód Łyny.

Nasz szlak podchodzi stromo pod górę przez piękny mieszany las, a my od razu czujemy się jak w górach. Grzesiek dziarsko maszeruje przed siebie z kieszeniami obładowanymi kamieniami, które zamierza wrzucać do pierwszej napotkanej po drodze kałuży. Po chwili od wygodnie poprowadzonego szlaku odłączają się drewniane schodki sprowadzające na tarasik widokowy. Tu czeka na nas główna dzisiejsza atrakcja. Wydawać by się mogło, że taras to po prostu zejście wprost w… środek niewielkiego bagienka, ale nic bardziej mylnego. Ten niepozorny błotnisty krąg to właśnie jedno ze źródeł wysiękowych. Na obszarze kilkudziesięciu metrów kwadratowych woda przesącza się na powierzchnię i spływa malutkim strumyczkiem. Przez lata skały i gleba są wymywane tak, że źródło powoli się cofa, tworząc w zboczu spore, półkoliste nisze – tzw. cyrki dolinne. To jest właśnie proces erozji wstecznej, który zwykle można zaobserwować tylko w górach. Na obszarze nizin to ewenement na skalę europejską! Niestety, bardzo trudno jest ująć to zjawisko na zdjęciach – trzeba tu przyjechać i zobaczyć wszystko na własne oczy!

Nasz szlak wiedzie rozległą doliną o stromych zboczach.

W tej okolicy dziesiątki wypływających strumyków dają początek Łynie.

Drewniane pomosty umożliwiają zobaczenie nisz źródliskowych – tzw. cyrków dolinnych.

Na zdjęciach wyglądają niepozornie, ale to na dolinach prawdziwa rzadkość!.

Takich źródeł widać z naszej ścieżki dobrych kilka, a w okolicy jest ich znacznie więcej. Rezerwat obejmuje dość rozległą dolinę z licznymi bocznymi wąwozami, wyjątkowo malowniczo porośniętą pięknym, miejscami ponad 100-letnim lasem mieszanym.

Piękne są tu nie tylko źródła Łyny.

Cała otaczająca przyroda zachwyca.

Na obszarze rezerwatu urządzono kilka miejsc odpoczynku.

Jedno z nich ozdabia piękny głaz narzutowy.

Ukształtowanie powierzchni sprawia, że czujemy się zupełnie jak w górach.

Taka urozmaicona wędrówka bardzo podoba się Grzesiowi.

Koniecznie trzeba zaglądać na pomosty boczne.

Na obszarze źródliskowym las miejscami tonie w wodzie.

Strome zbocza doliny Łyny.

Łaz w górę, raz w dół.

Przez teren rezerwatu przebiega zielony i żółty szlak turystyczny.

Liczne strumyczki ze źródeł wysiękowych dają początek Łynie.

Na naszym dzisiejszym szlaku czeka na nas jeszcze jedna ciekawostka  – staropruski kurhan. Miejsce jest dobrze oznaczone tablicami informacyjnymi. To regularne wzgórze, charakterystyczne dla dawnych miejsc kultu. Kurhan był świętym miejscem dla Prusów zamieszkujących niegdyś te ziemie. Czy wiecie, że na szczycie tego wzgórza do tej pory nie chce wyrosnąć żadne drzewo, a jak już wykiełkuje, to usycha w ciągu kilku miesięcy? Musi się tu kryć jakaś tajemnica!

Staropruski kurhan – do tej pory na szczycie nie chce wyrosnąć żadne drzewo.

Okolice źródeł Łyny fascynować musiały ludzi od bardzo dawna. Już w XIV w. spiętrzono wody Łyny dla potrzeb lokalnego młyna. Do dzisiaj przetrwało też kilka legend związanych z Łyną. Jedna z nich opowiada o pięknej Lanie, która nieszczęśliwie zakochała się w młodzieńcu. Jej łzy miały zapoczątkować bieg uroczej Łyny. Inna historia mówi o córce Króla Tysiąca Jezior i jej mężu Jaśku. Ich szczęśliwe małżeństwo zakończyło się tragicznie. Jaśka przygniotło drzewo, a Łyna uratowała mu życie, zrywając z ogrodu ojca życiodajny kwiat. Złamała w ten sposób zasadę zabraniającą powrotu do wodnego świata osobie, która zdecydowała się go opuścić. Za karę kochanka została zamieniona w piękną rzekę, a Jaśko na swoją prośbę został przemieniony w wierzbę, zwieszającą do nurtu rzeki swoje gałązki (pełny tekst legendy jest dostępny na przykład tutaj).

Po ok. półtorej godziny niespiesznego spaceru stawiamy się z powrotem przy samochodzie. Wycieczka była niezwykle miła. Szlak (żółty, potem zielony) poprowadzony jest wygodnie po (miejscami całkiem stromo jak na tereny nizinne) nachylonych zboczach doliny Łyny. Ścieżka jest jednak bardzo wygodnie i bezpiecznie wytrasowana, z licznymi schodkami, podestami i kładkami, praktycznie cały czas z poręczą. My wspomagaliśmy się nosidłem, ale terenowy wózek dałby radę (poza schodkami sprowadzającymi na tarasy i kładki widokowe i jeżeli nie byłoby więcej błota niż dzisiaj), chociaż byłoby o raczej duże wyzwanie dla szofera takiego pojazdu – nosidło lub chusta lepiej się sprawdzą.

A to gwóźdź programu – wrzucanie kamyczków do wody!

Czujny R. jest tuż obok – Grześ wyraźnie liczy na kąpiel.

Grześ zszedł na własnych nóżkach do młyna, potem chwilkę wędrował w nosidle, a dalej znowu maszerował sam, wypatrując kolejnych „kałuż”, do których mógłby powrzucać choć kilka kamyków. Na koniec, już w samochodzie (R. wyjechał kilkaset metrów na spotkanie nieco zmęczonego piechura) spałaszował resztę drugiego śniadania i chętnie wpakował się do swojego fotelika, żeby odpocząć podczas drugiej połowy przejazdu nad morze. I o to chodziło!

Atrakcyjność rezerwatu przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. To obowiązkowy punkt programu dla mniej lub bardziej zapalonych przyrodników lub geografów. Równie zadowoleni będą wszelkiej maści miłośnicy leśnych spacerów i rodzice z dziećmi, którym nie będzie szkoda około półtorej godzinki na spokojne zwiedzenie rezerwatu. Wybiegane dzieci na pewno lepiej zniosą dalszą drogę nad morze lub jezioro.

Łyna, największa rzeka województwa warmińsko-mazurskiego, nie jest dopływem Wisły. Kieruje swe wody na północny wschód i wpada ponad 250 km dalej do Pregoły, już na terenie Obwodu Kaliningradzkiego, a dalej jej wody docierają oczywiście do Bałtyku. Malowniczość swych źródeł zawdzięcza ostatnim zlodowaceniom. Dzisiejsza wycieczka całkowicie nas zaskoczyła swoją atrakcyjnością. Koniecznie musicie tu zajrzeć!

Łyna płynie na północny wschód i wpada potem do Pregoły, a wraz z nią do Morza Bałtyckiego.

Kamień Tatarski

Tatary: Kamień Tatarski – największy głaz narzutowy na Mazurach

25 czerwca 2017, niedziela

Spore zachmurzenie, przelotne opady deszczu, ok. 20 stopni

Jeśli będziecie kiedyś przejeżdżali siódemką przez okolice Nidzicy, koniecznie trzeba zboczyć nieco z drogi do miejscowości Tatary i poszukać największego na Mazurach głazu narzutowego – Tatarskiego Kamienia.To cudowne miejsce na postój z dziećmi. Wokół żywej duszy, za to piękne mazurskie pola z majaczącym na horyzoncie nidzickim zamkiem, dwie wygodne ławeczki, no i najlepszy możliwy plac zabaw – głaz, na który można się wspinać (konieczny baczny nadzór nad dziećmi, z głazu łatwo można spaść!). Głaz ma 19 m obwodu i 6,5 m długości. Kiedyś ponoć był znacznie większy, ale sukcesywnie odłupywano go do potrzeb budowlanych – m.in. wyrabiano z niego kamienie młyńskie. Każdy na pewno zwróci uwagę na kulę armatnią, przyczepioną na górze głazu. Kula ta upamiętnia legendę, według których kula wystrzelona z murów Nidzicy odstraszyła w 1656 r. Tatarów od zdobycia miasta (stąd nazwa głazu). Inna wersja mówi, że kula trafiła w talerz z jadłem tatarskiego wodza. Obie wersje są mocno naciągane, ale dają pole wyobraźni. Najlepiej przyjechać tu samemu i samemu poszukać przy głazie pamiątek po czambułach tatarskich.

Malownicza polna droga doprowadzająca do Tatarskiego Kamienia

Tatarski Kamień leży na polach wsi Tatary

Oto i on – Tarski Kamień.

To największy głaz narzutowy na Mazurach.

Tkwiąca na szczycie kula upamiętnia związaną z tatarskimi czambułami legendę.

Wystrzelona z murów Nidzicy armatnia kula odstraszyła Tatarów od zdobycia miasta.

Tatarski Kamień to wspaniały plac zabaw.

Trzeba tylko bacznie pilnować dzieci – łatwo stąd spaść.

Za to duma ze zdobycia kamienia – bezcenna.

Okolice Tatarskiego Kamienia to doskonałe miejsce na postój z dziećmi.

Polne drogi wiją się uroczo między polami.

A na horyzoncie majaczy nidzicki zamek.

My odwiedziliśmy to miejsce przy okazji powrotu z Grzesiem znad morza, gdzie zostawiliśmy starszych chłopców na wakacje z Babcią i Dziadkiem.

 

Malbork

Pociągiem do Malborka

10 czerwca 2017

Piękny, słoneczny i ciepły poranek, popołudnie chłodniejsze i deszczowe, średnio ok. 19 stopni.

Malborskiego zamku nikomu przedstawiać nie trzeba. Ta dawna siedziba wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego (a potem jedna z rezydencji królów Polski), budowana od końca XIII w., to największy na świecie gotycki zamek i wspaniały przykład średniowiecznej architektury rezydencyjno-obronnej, w 1997 wpisany na listę UNESCO. A co powiedzielibyście na to, żeby wybrać się tam z dzieciakami pociągiem i to w towarzystwie kilku zaprzyjaźniony rodzin? Czy można wyobrazić sobie lepszy plan na czerwcową sobotę?

Z resztą ekipy spotykamy się na dworcu Warszawa Centralna (a właściwie jeszcze chwilę wcześniej w tramwaju) parę minut po siódmej rano. O 7:23 już siedzimy wygodnie w pociągu. Razem zajmujemy prawie trzy przedziały! Ale nam fajnie! Dzieciaki siedzą razem, my im oczywiście nie przeszkadzamy i w gronie 18 plus😊  mamy nareszcie okazję na spokojnie sobie pogadać. Podróż pociągiem, jeśli tylko jest dogodne połączenie kolejowe, ma prawie same plusy – zwłaszcza gdy jedzie się większą grupą. Po dwóch i pół godziny jesteśmy na miejscu.

Malbork wita nas pięknym zabytkowym budynkiem dworca. Obiekt został zbudowany w 1891 r. i z założenia miał być wizytówką miasta. Faktycznie, prezentuje się wspaniale. Warto zajrzeć do środka – ceramiczne podłogi i rzeźbione drewniane stropy są prawdziwą ozdobą budynku.

Jedziemy! W pociągu wesoło, szczególnie dzieciakom.

Stacja Malbork – załoga stawiła się w kompecie

Malborski dworzec to prawdziwa wizytówka miasta.

Wnętrza można przenieść prosto do kadru filmowego.

Z dworca kierujemy się tam, gdzie każdy szanujący się turysta swoje kroki skierować powinien. 15 minut i stajemy przed budynkiem zamkowych kas. Wszystkim, którzy odwiedzali Malbork więcej niż kilka lat temu (jak M….), rzucają się w oczy trzy zmiany. Po pierwsze: muzealne kasy nie są już na terenie podzamcza, tylko przed zamkową bramą, w nowym, specjalnie wybudowanym budynku. Tu kupuje się bilety i zamawia przewodników. Po drugie: na teren warowni wchodzi się przez historyczne wejście do zamku – przez niedawno odrestaurowaną tzw. Bramę Nową. Wreszcie  po trzecie – i najważniejsze – po 70 latach na swoje dawne miejsce wróciła malborska Madonna. Ogromna XIV-wieczna 8-metrowa figura Matki Bożej z Dzieciątkiem została zrekonstruowana i na powrót osadzona  we wnęce okiennej prezbiterium zamkowego kościoła. Aż trudno wyobrazić sobie ogrom prac koniecznych, by odtworzyć tysiące pokrywających figurę Madonny fragmentów szklanej mozaiki. Zniszczona podczas walk z Armią Czerwoną w 1945 r., Madonna teraz znów patrzy na malborską ziemię swoim łagodnym wzrokiem. Trudno przejść obok niej obojętnie.

Przez Bramę Nową za chwilę wejdziemy na teren zamku.

Poza bramą niedawno odtworzono też figurę NMP, zniszczoną w 1945 r.

W 2015 r. Madonna po 70 latach wróciła do zamkowej niszy.

Zwiedzanie malborskiego zamku z przewodnikiem odbywa się po 3-godzinnej trasie dla dorosłych lub po nieco krótszej trasie rodzinnej. Niestety, na tę drugą już miesiąc wcześniej nie było biletów. Zamówiliśmy więc (dzięki, Dorotko, za całe Twoje zaangażowanie we wszystkie sprawy organizacyjne!) przewodnika specjalnie dla naszej grupy z prośbą, by był to ktoś, kto poprowadzi zwiedzanie w sposób interesujący dla dzieci. Pani, która nas oprowadzała, nieco rozminęła się z naszymi oczekiwaniami – za dużo było suchej historii, z za mało informacji dot. realiów zakonnego życia, legend i ciekawostek, ale dzieciakom i tak się podobało – wspaniale trzymały fason podczas prawie trzygodzinnego zwiedzania!

Baszta Nowa i Brama Nowa – wchodzimy.

Przechodzimy przez bramę, a przed nami kolejna.

Kolejne pierścienie murów obronnych przedzielała fosa wypełniona wodą.

Przed nami już fortyfikacje Zamku Średniego i Zamku Wysokiego.

Kolejna brama z broną w pełnej okazałości.

Surowe piękno

Bo jest tu co zwiedzać, oj jest. Na zespół zamkowy z Malborku składają się: przedzamcze, Zamek Średni z Pałacem Wielkich Mistrzów oraz Zamek Wysoki.

Zaczynamy od Zamku Średniego. Wieli Refektarz, Pałac Wielkich Mistrzów, Refektarze letni i zimowy – wspaniałość architektury średniowiecznej, którą można podziwiać w Malborku, przyprawia o zawrót głowy. Nam, starym, chyba najbardziej spodobała się oryginalna konstrukcja Letniego Refektarza – całe sklepienie wspiera się tu na jednym centralnym smukłym filarze. Według  legendy wojska Władysława Jagiełły podczas oblężenia próbowały wcelować kulą armatnią w ten newralgiczny element konstrukcyjny, jednak kula – jak podają współczesne wyliczenia – chybiła celu ledwie o 6 cm. Tkwiącą w ścianie słynną kulę armatnią można oglądać do dziś.

Dziedziniec Zamku Średniego – sam dziedziniec jest większy niż niejeden zamek.

Wielki Refektarz.

Letni refektarz z charakterystycznym radialnym sklepieniem, wspartym na jednym filarze.

Tu wielki mistrz przyjmował dostojnych gości.

Piękny jest tu każdy szczegół.

Zdobienia w Pałacu Wielkich Mistrzów malowano farbami zieloną i czerwoną, z najdroższymi barwnikami.

Dzieciaki może mniej niż dorośli zwracały uwagę na architekturę, ale w Średnim Zamku nie zabrakło ciekawostek i dla nich – na przykład bardzo spodobał im się zmyślny system ogrzewania zamku (hypocaustum) – z otworów umieszczonych pod posadzką do zamkowych pomieszczeń dostawało się ogrzane powietrze – akumulatorem ciepła były umieszczone na niższych kondygnacjach rozgrzane kamienie. Naszym najmłodszym turystom bardzo przypadła do gustu również wystawa zbroi i uzbrojenia, udostępniona do zwiedzania w kilku pomieszczeniach Zamku Średniego. Średniowieczne miecze, maczugi, łuki, pistolety i ciekawe rodzaje broni z Bliskiego Wschodu – niezwykle bogata ekspozycja obejmuje elementy uzbrojenia od średniowiecza do ubiegłego stulecia. Obserwując dzieciaki, mieliśmy wrażenie, że patrzą na eksponaty, jakby chciały skompletować sobie ekwipunek w grze Minecraft ustawionej na tryb przetrwanie😊 Na Zamku Średnim można oglądać również niezwykle ponoć ciekawą wystawę wyrobów z bursztynu, ale na to nie starczyło już dziś czasu.

Dzieciakom najbardziej spodobał się średniowieczny system ogrzewania.

Źródłem ciepła były rozgrzane w palenisku kamienie.

Wchodzimy na wystawę broni i uzbrojenia.

Mamy tu elementy uzbrojenia krzyżackiego, ale nie tylko.

Dzieciakom podobają się zwłaszcza te bardziej wymyślne.

Wystawa to prawdziwy rarytas dla miłośników militariów.

Po zwiedzeniu wnętrz Zamku Średniego czas na chwilę przerwy. Na dziedzińcu można kupić gorące napoje, skorzystać z toalety, pójść do sklepu z pamiątkami. Taka chwila oddechu wszystkim jest potrzebna.

Pokrzepieni ruszamy dalej. Teraz kierujemy się w kierunku wspaniałego czworobocznego Zamku Wysokiego, uznawanego za jeden z najwspanialszych przykładów europejskiego gotyku. Przechodzimy przez bramy na dziedziniec i pierwsze, co się rzuca w oczy, to nie finezyjna architektura zamku, tylko ażurowe celofanowe instalacje Ludwiki Ogorzelec. Artystka tworzy na całym świecie,  znana jest głownie z cyklu rzeźb „Krystalizacja Przestrzeni”. Malborska instalacja jest jednym z elementów tego cyklu. Lekkie, przypominające pajęczyny powietrzne instalacje przyciągają oczy, tylko czy akurat dziedziniec malborskiego zamku to odpowiednie miejsce do ich eksponowania? Gotycka architektura i współczesna celofanowa instalacja tworzą stylistyczny dysonans. Ten zgrzyt stanowi oczywiście interesujący kontekst interpretacyjny z artystycznego punktu widzenia, ale czy jest pożądany z punktu widzenia turysty zainteresowanego głownie architekturą zamku? Pewnie ilu turystów, tyle zdań. W każdym razie my dziś nie byliśmy w stanie zrobić żadnego zdjęcia dziedzińca, na którym nie łapałyby się celofanowe konstrukcje.

Wchodzimy na teren Zamku Wysokiego.

To jeden z najwspanialszych przykładów architektury rezydencyjno-obronnej w Europie.

Dziedziniec Zamku Wysokiego.

Na tę wieżę za chwilę będziemy wchodzić.

Na dziedzińcu zamontowano instalację ‚Krystalizacja przestrzeni’ Ludwiki Ogorzelec.

W średniowiecznej oprawie instalacje Ludwiki Ogorzelec przywodzą na myśl wielkie pajęczyny.

Zamek Wysoki to niezwykle łakomy kąsek dla fanów średniowiecznej architektury. Wszystko tu jest wspaniałe. Gdybyśmy mieli wybrać jedną rzecz na zasadzie „zobaczyć to i umrzeć”, wybór padłby chyba na zamkowe krużganki i Złotą Bramę. To główne wejście do zamkowego kościoła, ozdobione płaskorzeźbami ilustrującymi przypowieść o roztropnych i nieroztropnych pannach, po prostu zachwyca. Chciałoby się stać i patrzeć, i patrzeć, i patrzeć, i fotografować kolejne detale, ale co zrobić – pani przewodnik przeprowadza grupę dalej. Z radością odnotowujemy, że zamkowy kościół pw. NMP przeszedł renowację i prezentuje się zachwycająco – niedawno odtworzono nawet oryginalne sklepienia. Na ścianach wzrok przyciągają średniowieczne freski. Aaach….

Nam najbardziej podobają się średniowieczne krużganki.

Piękny każdy detal

Złota Brama – wejście do zamkowego kościoła pw. NMP.

Figury Panien Roztropnych

Uszkodzony w 1945 r. kościół został niedawno pięknie odrestaurowany.

Ścianę zdobi fresk przedstawiający Ostatnią Wieczerzę.

W innych częściach zamku wcale nie jest mniej ciekawie. W pamięć zapada nam zwłaszcza długa, reprezentacyjna sala refektarza z pięknym krzyżowo-żebrowym sklepieniem, wsparta na siedmiu smukłych kolumnach – każdej wykonanej z granitu w innym kolorze. Dzieciakom podoba się za to w kapitularzu – kiedyś omawiano tu wszystkie najważniejsze sprawy dotyczące zakonu. Dziś pamiątką po tych czasach jest drewniany okazały tron – każdy może tu usiąść i poczuć się jak Wielki Mistrz – którą to okazję skwapliwie wykorzystują nasze dzieciaki.

Kapitularz – wnętrze było puste, dostojników sadzano pod ścianami.

Sklepienia są po prostu bajkowe.

Przechodzimy do kolejnych części zamku

Trudno schować aparat…

Reprezentacyjny refektarz konwentu.

Filary z granitu o różnych kolorach podpierają krzyżowo-żebrowe sklepienie.

Piękne posadzki reprezentacyjnych pomieszczeń.

Dla najmłodszych turystów najciekawsze są jednak chyba dwa inne miejsca – kuchnia konwentu ze stołem zastawionym potrawami czekającymi na braci i – przede wszystkim – gdanisko, czyli wieża latrynowa. No czy może być coś ciekawszego niż zobaczyć, gdzie krzyżak chadzał piechotą? I do czego służyły mu poukładane równiutko liście kapusty? Oczywiście, że nie!

Dzieciom bardzo podoba się dawna kuchnia konwentu.

A co dzieciom podoba się najbardziej? Oczywiście krzyżacka toaleta!.

Zwiedzanie malborskiego zamku kończymy wejściem na wieżę. Obowiązują na to oddzielne bilety (8 zł normalny, 6 zł ulgowy), ale warto, bo z góry świetnie prezentuje się i sam zamek, i zabytkowe centrum Malborka, uroczo przytulone do Nogatu. Podczas zejścia przytrafia nam się mała przygoda. Ot, nic wielkiego, tylko … gubią nam się dzieciaki😊 Na szczęście nie wszystkie i na szczęście te starsze. Dzwonimy – drrryń, drrryń – odbierają. – Gdzie jesteście? – A na dole, w takiej dużej sali! Pękamy ze  śmiechu. „W takiej dużej sali” – no to wszystko jasne! 😊 Zguby na szczęście szybko się znajdują – okazuje się, że zeszły tą samą klatką schodową, którą wchodziliśmy na wieżę, podczas gdy reszta zeszła schodami przeznaczonymi dla schodzących.

Klimatyczne wąskie przejścia w murach.

Widok z zamkowej wieży na dziedziniec Zamku Średniego.

Dobrze widać stąd strategiczne położenie zamku.

Również dziedziniec Zamku Wysokiego pięknie prezentuje się z góry.

Wyjście z zamku wiedzie przez zamkowe piwnice.

Z zewnątrz jeszcze raz podziwiamy Pałac Wielkich Mistrzów.

Jedna z bram wiodących do zamku.

Spotykamy nawet żywe sowy!

Zwiedzanie zamku trwało bite trzy godziny. To brzmi imponująco, ale czas naprawdę szybko zleciał i ani przez chwilę nie narzekaliśmy na nudę. Rady dla turystów odwiedzających Malbork z dziećmi: zdecydujcie się na trasę rodzinną – jest krótsza i przewodnicy dostosowują swoje opowieści do potrzeb najmłodszych turystów. Przewodnika można zamówić wcześniej przez telefon (informacje tutaj). Po drugie: zaopatrzcie się w coś do picia i w jakiś drobiazg do pochrupania. Na dziedzińcu jest wprawdzie malutka kawiarenka, ale lepiej mieć coś własnego. Po trzecie: dla maluchów zabierzcie wózek. Można nim pokonać większość trasy, a gdy zmęczony maluch uśnie, będzie mu wygodniej. Zapewne najoptymalniej jest zwiedzać malborski zamek z dziećmi 5-6 letnimi i starszymi, dla młodszych cały program może być zbyt męczący, ale to zależy od dziecka. Dziś razem z nami zwiedzała dwuipółletnia Amelka (Amelko, pozdrawiamy!) i spisywała się znakomicie. W połowie zwiedzania jest możliwość skorzystania z toalety. Po obejrzeniu zamkowych wnętrz warto przejść kładką dla pieszych na drugą stronę Nogatu – całe założenie zamkowe prezentuje się z tej perspektywy wyjątkowo pięknie.

Warto przejść pieszą kładką na drugą stronę Nogatu.

Zamek prezentuje się stąd wyjątkowo ładnie.

Poszczególne jego części nakładają się na siebie, tworząc zwartą bryłę.

Malborski zamek w pełnej okazałości

Po zwiedzeniu zamku kierujemy się na z góry upatrzone pozycje do knajpy na obiad. Sławek zamówił nam stoliki dla 17 osób (dzięki!), co teraz doceniamy w dwójnasób – pogoda się zepsuła i obiad jest tym, czego potrzebujemy najbardziej. Dzieciaki usadzamy przy jednym dużym stole, sami zajmujemy drugi. Jak fajnie! Za oknem pada, ale  co nam to przeszkadza? Przed bite dwie godziny nie możemy się zmobilizować do ruszenia się z miejsca.

Wizytę w Malborku kończymy spacerem po starówce. Starówka to może określenie na wyrost – poza kilkoma perełkami nie zachowała się tu zwarta dawna zabudowa, a średniowieczne zabytki tkwią wśród współczesnych bloków. Mimo to dla tych perełek spacer zrobić sobie warto, tym bardziej, że wszystko jest blisko siebie i nie trzeba pokonywać dużych odległości. Najpierw oglądamy urokliwy budynek ratusza – ratusz zbudowano w XIV w., potem uległ zniszczeniu, ale został zrekonstruowany. Obecnie mieści się tu miejski dom kultury. Uchylamy drzwi i miła pani zaprasza nas do środka. Warto wejść na piętro – czeka tu nie lada gratka – piękny stary piec kaflowy. Niedaleko ratusza stoją dwie gotyckie bramy do miasta – Brama Mariacka i Brama Garncarska. Na koniec zaglądamy do starego kościoła św. Jana, wzniesionego w drugiej połowie XIV w. Zwracamy uwagę na piękną XIV-wieczną granitową chrzcielnicę. Warto popatrzeć do góry i odnaleźć oryginalny XVII-wieczny żyrandol z figurą Matki Bożej, osadzoną między rogami jelenia.

Ratusz w Malborku sięga korzeniami połowy XIV w.

Piękny przykład dawnej architektury municypalnej.

Wnętrze ratusza kryje piękny stary piec kaflowy.

Brama Garncarska powstała w końcu XIV w.

A to jej starsza koleżanka, Brama Mariacka.

Kościół św. Jana.

Trójnawowe wnętrze świątyni.

Po zwiedzeniu świątyni można pójść za budynek i zobaczyć, jak pięknie i monumentalnie prezentuje się stąd malborski zamek. My tak właśnie robimy – to idealne pożegnanie z Malborkiem.

Pożegnanie z Malborkiem.

Ostatni rzut oka na malborski zamek

Teraz już prosto na dworzec, bo pociąg nie poczeka. O 18:15 pędzimy już po szynach z powrotem w kierunku domu. Dzieciaki znów siedzą w osobnym przedziale, ale teraz jakoś tak tam spokojniej – hmmm, czyżby były zmęczone?

Wracamy z wycieczki pełni wrażeń, z poczuciem doskonale spędzonego dnia. Czy to możliwe, że od naszego wyjścia z domu minęło tylko niewiele ponad 12 godzin? A tyle się działo! I towarzystwo mieliśmy takie doborowe! Ale było fajnie!

Cerkiew w Uluczu

5 maja 2017, piątek

Pada prawie cały dzień, do 15 st.

Mokry koniec bieszczadzkiej majówki

Nasz wyjazd nieubłaganie dobiega końca – już od rana pakujemy się na przejazd do Dziadków.

Ostatni dzień zamierzamy oczywiście spędzić na szlaku – zaplanowaliśmy sobie przyjemny spacer do osuwiskowych Jeziorek Duszatyńskich. Wszystko gotowe, gorąca herbata w termosach, plecaki spakowane. Dziś jednak znów pogoda krzyżuje nam szyki. Przed 10:00 zaczyna padać i… nie przestaje właściwie do wieczora. Co robić, zmieniamy plan z Jeziorek Duszatyńskich na cerkiew w Uluczu, na którą też od dawna ostrzyliśmy sobie zęby.

Ostatni rzut oka na spowite mgłami Bieszczady.

Żal odjeżdżać…

Jeszcze przed odjazdem z Dołżycy udaje nam się jeszcze umówić chłopaków na wizytę w Komnacie Zagadek. To jedyny w Bieszczadach escape room, fabułą zadań nawiązujący do tematyki książek o Harrym Potterze. Delikwent ma godzinę na wydostanie się z pomieszczenia, piętrzą się przed nim różne zagadki. Dla naszych chłopców wizyta w Komnacie Zagadek była prawdziwą frajdą.  Nawet dorośli nie narzekaliby to na nudę. Cena dość wysoka, ale warto – polecamy (http://www.komnatazagadek.pl/)!

Chłopcy w Komnacie Zagadek – podgląd na monitorze obsługi.

Przed opuszczeniem Bieszczadów kierujemy się jeszcze do Majdanu, aby kupić górskie serki i pamiątki dla chłopców. Zakupy są bardzo udane, ale deszcz nadal pada. Ostatecznie rezygnujemy więc z górskich planów i ruszamy w kierunku Ulucza. Już dawno bardzo chcieliśmy odwiedzić to miejsce i dzisiaj nadarzyła się okazja!

Cerkiew w Uluczu

Jeśli ktoś chce o krok zbliżyć się do nieba, powinien odwiedzić wzgórze cerkiewne w Uluczu. Klimat tego miejsca jest naprawdę niesamowity – trzaba to poczuć na własnej skórze!

Świątynia jest z najstarszych zachowanych drewnianych cerkwi w Polsce, długo była uznawana nawet za tę najstarszą. Obecne badania datują jej powstanie na 1659 r. Świątynia wznosi się bliżej nieba, na wzgórzu Dębnik nas Sanem. Początkowo była użytkowana przez zakon Bazylianów, a od połowy XVIII w. stała się ośrodkiem pielgrzymkowym. O historii obronnej tego miejsca świadczą dobrze widoczne wały ziemne. Obecnie cerkiew stanowi oddział terenowy Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Do cerkwi dojeżdżamy pięknymi (choć krętymi i miejscami dziurawymi jak szwajcarski ser) drogami w okolicy Gór Słonnych. W Uluczu podjeżdżamy pod dom nr 16, gdzie można dostać klucze do cerkwi. Niestety, miejscowa kustoszka grzecznie nakłania nas do rezygnacji ze swoich usług – właśnie wróciła ze wzgórza świątynnego i niespecjalnie ma ochotę na kolejną wycieczkę w deszczu. Trudno, rozumiemy, na zwiedzanie wnętrza przyjedziemy tu kiedyś raz jeszcze.

Na wzgórze cerkiewne ruszamy więc sami prosto z niewielkiego parkingu. Podejście nie jest długie, ale w naszym gronie zajmuje ponad 15 minut, bo Grześ robi wszystko, tylko nie idzie we właściwym kierunku. Dodatkowo po dzisiejszym deszczu droga jest błotnista i śliska. Idziemy ścieżką przez piękny las, pokonując kilkadziesiąt metrów wzniesienia. A na szczycie wzgórza doznajemy wrażenia, że przenieśliśmy się o parę wieków wstecz. I że jesteśmy o kilka kroków bliżej Szefa.

Cerkiew ma bardzo oryginalną bryłę. Wszędzie pachnie starym drewnem, wokół pozostałości wałów obronnych.  Leśne kwiaty porastające wzgórze cerkiewne nieśmiało wyłaniają się z mgły. To wszystko sprawia, że wszyscy (…no, może poza Grześkiem) ściszamy głosy i poddajemy się magii chwili. Ulucz to magiczne miejsce. Przekonajcie się sami!

Wieś Ulucz nad Sanem liczy dziś nie więcej niż kilkanaście domów.

Cerkiew pw. Wniebowstąpienia Pańskiego leży na wzgórzu Dębnik (344 m n.p.m.).

Po drodze mijamy kapliczkę z figurką Matki Boskiej – wg legendy to tu miała powstać cerkiew.

Wały ziemne na szczycie wzgórza zdradzają dawny charakter obronny kompleksu.

Cerkiew w Uluczu do niedawna uchodziła za najstarszą drewnianą cerkiew w Polsce.

Obecnie datuje się jej powstanie na 1659 r.

Dookoła widać pozostałości przycerkiwnego cmentarza.

Dawne nagrobki, widziane od tyłu, tworzą piękną perspektywę

Dzisiejsza aura tylko podkreśla niezwykłą atmosferę tego miejsca.

Czujecie ten zapach i tą wilgoć w powietrzu?

Cerkiew to jedyna pozostałość znajdującego się tu klasztoru Bazylianów.

Świętynia została zbudowana z drewna jodłowego.

Każde źdźbło trawy pokrywa dziś mokra mgiełka

Wierzymy, że takie stare drewno ma duszę…

Po dłuższej chwili wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje w samochodzie, gdzie na Grzesia czeka już podgrzana w międzyczasie zupka. Jeszcze przed drzwiami samochodu łapie nas kolejny deszcz i nie odpuszcza nam do końca podróży. Jak dobrze, że podczas spaceru nie padało.

Po zwiedzeniu Ulucza już prosto przyjmujemy azymut Rzeszów. Majówkę kończymy z przytupem – w nocy u Dziadków Grzesiek dostaje temperatury 39 stopni, a sobotę spędzamy u lekarzy i w laboratoriach. Taaaak, wyjazdy z dziećmi… Ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Te wspomnienia są do wyparcia – niech w głowach zostaną nam tylko bieszczadzkie widoki w całej palecie barw wczesnowiosennej zieleni!

Rezerwat „Sine Wiry” – przełom Wetliny

4 maja 2017, czwartek

Rano ładnie, potem się chmurzy i o 13:00 burza i spory deszcz

Rezerwat „Sine Wiry” – przełom Wetliny

Po powrocie Sebusia-rekonwalescenta planujemy mniej forsującą wycieczkę. Wybór pada na pobliski rezerwat „Sine Wiry”. Rezerwat chroni malowniczy przełomowy odcinek rzeki Wetliny wraz z otaczającą roślinnością.  Na końcu Dołżycy skręcamy w drogę do Bukowska, przejeżdżamy przez miejscowość Buk i parkujemy w Polankach w pobliżu drogi, którą szliśmy do Łopienki. Tamta droga prowadziła na zachód, a nasza dzisiejsza trasa wiedzie ogólnie na wschód. Drogowskazy oznajmiają, że do granic rezerwatu dzieli nas jedynie 2,5 km spaceru.

Szutrowa wygodna droga prowadzi najpierw na północ, wschodnim brzegiem Solinki. Po chwili skręca na wschód w górę biegu Wetliny, która w tej okolicy wpada do Solinki. Przez pierwsze kilometry główną atrakcją są… kałuże, które okupuje nasz Grześ, niezmordowanie wrzucając do nich kamienie (zwane przez niego „kamelami”). Droga to wznosi się (częściej i dłużej), to opada przez piękny wiosenny las. Po lewej między drzewami wartko płynie Wetlina. Po około godzinie spaceru naszym tempem (Grześ ten fragment trasy pokonał na własnych nóżkach, zatrzymując się przy chyba każdej kałuży) docieramy do czerwonej tablicy z nazwą rezerwatu. W pobliżu jest spora wiata, w której urządzamy postój na drugie śniadanie i grzejemy zupkę dla Grzesia.

Punkt wyjścia drogi do rezerwatu „Sine Wiry”.

Drogę ubarwiają piękne kaczeńce.

Po lewej stronie płynie Solinka.

Po wczorajszej burzy na drodze pełno kałuż.

Nasza droga to wznosi się, to opada.

Grześ dziś sam przechodzi prawie 3 km!

Wszystko jest interesujące…

Dlatego idziemy tempem ślimaka – jak ten napotkany na drodze.

Po godzinie dochodzimy wreszcie do granic rezerwatu.

Wetlina w Sinych Wirach płynie niespokojnie.

Przełom Wetliny w Sinych Wirach

Wszystkie większe wiry miały kiedyś swoją nazwę.

Przez kilkadziesiąt minut kropi deszcz, ale wychodzimy w dalszą drogę pewni, że zaraz przestanie padać, a my będziemy mogli kontynuować spacer. Spokojnie oglądamy pieniący się nurt Wetliny, robimy zdjęcia.  Deszcz jednak jak na złość z każdą chwilą się wzmaga. Optymistycznie nastawieni, przechodzimy jeszcze do przodu ponad kilometr ze śpiącym w nosidle Grzesiem. Docieramy do punktu, skąd pięknie widać zakole Wetliny pieniącej swe wody kilkadziesiąt metrów poniżej drogi. W tej okolicy ścieżki przyrodnicze sprowadzają nad samą rzekę i pozwalają z bliska poprzyglądać się, jak woda przebija się przez skały. Tu właśnie zaczyna się najciekawszy odcinek trasy. Niestety, dziś musimy obejść się smakiem. Wzmagający się deszcz i grzmoty zmuszają nas do odwrotu, prawdopodobnie tuż przed miejscem, gdzie ścieżką można zejść nad sam brzeg Wetliny. Co robić, musimy zadowolić się zdjęciami pięknego zakola Wetliny z góry… i wrócić tu kiedyś w przyszłości!

Idziemy dalej na wschód.

Z góry podziwiamy przełom Wetliny.

Droga przez dłuższy czas prowadzi ponad poziomem rzeki.

Knieć błotna bardzo ubarwia nasz spacer.

Wracamy w ulewie – tego nie było w planach!

Ostatnie spojrzenie na burzliwy nurt Wetliny.

Pada i pada – teraz rzekę mamy na drodze.

Wracamy do samochodu szybkim krokiem w coraz intensywniejszym deszczu. Tak leje, że mokniemy nawet w kurtkach z membraną i pod parasolami. Na szczęście Grzesiowi, który jak zwykle w nosidle obudził się po kilkunastu minutach, bardzo podoba się ten mokry marszobieg.

Mimo że nie mieliśmy możliwości dokładnego pomyszkowania po rezerwacie „Sine Wiry”, dzisiejsza wycieczka była bardzo przyjemna. Spokojne obcowanie z przyrodą ukazującą swoje piękne oblicze w tysiącach odcieni wiosennej zieleni dostarczyło nam, starym, wielu wspaniałych wrażeń. Rezerwat „Sine Wiry ” to świetne miejsce na spacer z dziećmi, także przy nieco gorszej pogodzie. Główną szutrową drogą można wygodnie przejechać wózkiem dziecięcym. Widzieliśmy też kilkoro rowerzystów i wydaje się nam, że już 6-7 letnie dzieci bez problemu pokonałyby tę trasę na dwóch kółkach. Ciekawa wydaje się zwłaszcza możliwość przejechania rowerem (lub przejścia) wzdłuż Wetliny przez dawne zapomniane miejscowości Zawój, Łuh i Jaworzec aż do Kalnicy. Prowadzi tamtędy ścieżka historyczna Bieszczady Odnalezione. Koniecznie musimy tu wrócić!

Nasz czas: 11:00–13:30 w górę i w dół, ok. 7 km i 200 m przewyższenia.

Wieczorem czas na pożegnanie z Bieszczadami. Kolacja przy ognisku jest bardzo przyjemna. Ale nie chce się wracać!

Pożegnalny wieczór w Bieszczadach.

Grześ żegna się z Dołżycą.

Jeszcze tu wrócę!

Dwernik Kamień – idealna wycieczka dla rodzin

3 maja 2017, środa

Rano ciepło i parno, do 20 stopni, po południu burze

Nasiczne–Dwernik Kamień (wejście szlakiem, zejście ścieżką przyrodniczą)

Dziś spotyka nas jedno smutne i jedno wesołe wydarzenie – rano wyjeżdżają Towarzysze naszego wyjazdu, przez co od razu robi się cicho i pusto. Dziękujemy, Kochani, za kolejną super udaną wspólną eskapadę! Kto z nami będzie wieczorem siedział przy ognisku, no kto?… Weselsze mamy za to popołudnie – R. przywozi z powrotem Sebusia! Ale się za nim stęskniliśmy! Ale po kolei.

Po śniadaniu wybieramy się na wycieczkę na Dwernik Kamień. To idealna propozycja dla rodzin z dziećmi. Trasa kameralna (kilkadziesiąt razy rzadziej uczęszczana niż ta wczorajsza), nietrudna i niedługa, prowadząca przez piękne bukowe lasy, z uroczym punktem widokowym (wspaniale widać okolice Tarnicy oraz połoniny Wetlińską i Caryńską) i grzędami skalnymi na szczycie. Partie szczytowe Dwernik-Kamienia zostały uznane za pomnik przyrody.

Punktem wyjścia szlaku jest niewielki przysiółek Nasiczne (wygodny parking samochodowy). Czerwono znakowana ścieżka wspina się leśną drogą przez bukowy las. Rozwijające się liście buków urzekają seledynem. Las wydaje się tętnić życiem – tu przebiegnie jaszczurka, tu coś zaszumi w zaroślach, w partiach szczytowych spod nóg uciekają żmije (uwaga, widzieliśmy kilka na własne oczy!). Ścieżka jest dużo mniej błotnista niż ta wczorajsza. Po chwili przecinamy leśną drogę i wchodzimy na przyjemną polanę widokową z miejscem do odpoczynku. Nasza trasa kieruje się dalej na północny zachód. Nachylenie jest dość komfortowe i wchodzi się wygodnie – po ok. półtorej godziny stajemy na szczycie. Według znaków wejście zajmuje 1 godz. 10 min, ale my się nie spieszyliśmy – Grzesiek sporo szedł sam, wiele razy zatrzymywaliśmy się na zdjęcie, na chrupkę, na łyka wody. Wprawny turysta na szczyt z Nasicznego wejdzie w godzinę.

Nasiczne. Stąd ruszamy. Najpierw jednak Grześ sprawdza, co w głowie się kryje.

Ścieżka wznosi się przez bukowy las. Grześ dzielnie na własnych nóżkach.

Urzeka nas seledyn bukowych liści.

Szlak wprowadza na polanę widokową z miejscem odpoczynku.

W oddali majaczy Połonina Caryńska.

Przechodzimy obok piaskowcowej wychodni skalnej.

Ciekawe, co tam jest napisane?

Bieszczady porasta piękna buczyna karpacka.

Ten sędziwy buk zapewne wiele pamięta.

Leśnia biżuteria.

Ścieżka osiąga grzbiet i skręca w lewo.

Zza drzew zaczynają pokazywać się widoki.

Grzbietowy odcinek szlaku w kilka minut wprowadza na szczyt.

Buki karłowacieją i mają coraz bardziej wymyślne kształty.

Na szczycie Dwernik Kamienia (1004 m n.p.m.) rozsiadamy się na dłuższy postój. Grześ wsuwa podgrzaną zupę, my kanapki. Gdybyśmy mogli, chętnie rozkoszowalibyśmy się widokiem – połoniny widać jak na dłoni, w dodatku dziś pogoda dba o spektakl specjalnie dla nas – co chwila przed nami wiatr przewiewa chmury, tworzące coraz to inne konfiguracje. W towarzystwie dwuipółlatka spokojny odpoczynek to jednak fikcja. Młodego trzeba pilnować, bo choć szczyt jest rozległy i idealnie nadaje się od odpoczynku, z grzęd skalnych niepilnowane dziecko łatwo może spaść. Dziś na szczęście Grzesiek znalazł sobie stosunkowo bezpieczną zabawę – wrzucanie kamieni do kałuży, która zebrała się w zagłębieniu skalnym, co zapewniło nam chwilę oddechu 🙂

Szczyt Dwernik Kamienia zdobią spektakularne wychodnie skalne.

Dwernik Kamień (1004 m). Pięknie stąd widać Wetlińską, Caryńską i Rawki pośrodku.

Hura, jesteśmy na Dwernik Kamieniu!

Pokazujemy Rawki, na których byliśmy dzień wcześniej.

Modrzewie przyciągają wzrok swym jasnozielonym kolorem.

Grzesiek ma swój pomysł na postój.

Wrzucanie kamyczków do wody!

… i uciakanie rodzicom…

Wracamy wariantem wschodnim, przez ścieżkę przyrodniczą „Dwernik Kamień”. To nieco dłuższa opcja, jednak jeszcze mniej uczęszczana i pozwalająca na doskonały kontakt z przyrodą. Szczególnie przyjemny jest początkowy fragment, wiodący zalesionym grzbietem. Wąska dróżka prowadzi przez piękna buczynę karpacką, potem wprowadza na leśną drogę, gdzie robi się miejscami trochę błotniście. Oba warianty łączą się ze sobą na dole. Wybierając wariant przez ścieżkę, trzeba uważać na znaki – nie ma tu zwykłych znaków szlaku ani typowych dla ścieżek przekreślonych kwadratów, tylko białe strzałki namalowane na drzewach.

Wyjrzymy, co tam widać.

W tym miejscu od szlaku odłącza się ścieżka turystyczna (na wprost).

Ścieżka prowadzi najpierw grzbietem przez piękną buczynę.

Grzesiek rozmienia kolejny kilometr.

Oznaczenia są dość mylne, zerkamy na mapę.

Nasza ścieżka teraz szybko gubi wysokość.

Kolory wiosennego lasu są bajkowe.

Gdy dojdziemy do leśnej drogi, trzeba skręcić w prawo.

Nasz czas: 10:45-14:15 w górę i w dół, ok. 400 m przewyższenia

Po południu R. jedzie po Sebusia w stronę Rzeszowa. Na spotkanie wyjeżdża mu Dziadek Janek. Sebuś zostaje przechwycony w okolicy Dynowa. Dziękujemy Babci Stasi i Dziadkowi Jankowi za pomoc w sytuacji awaryjnej! W tym czasie w Dołżycy szaleje burza. Dobrze, że nie złapała nas szlaku!

Popołudniowa burza w Dołżycy. Dobrze, że nie złapała nas na szlaku.

A jeszcze przed chwilą było tak pięknie…