Czupel

Czupel – najwyższy szczyt Beskidu Małego

Nazwa pasma wiąże się z jego niewielką powierzchnią. Beskid Mały pokryty jest stosunkowo gęstą siecią szlaków. Na Czupel można dostać się z kilku kierunków. My wybieramy chyba najkrótsze wejście z Przełęczy Przegibek.

Beskid Mały był dla nas jak dotąd przede wszystkim mało… znany! Do tej pory byliśmy tylko niespełna 10 lat temu na górze Żar, ale… kolejką. Chętnie zapoznaliśmy się dzisiaj z grupą Magurki Wilkowickiej – zachodnią częścią Beskidu Małego.

Wycieczka udała nam się niejako przy okazji. Wracamy dzisiaj z trzydniowego wypadu w Tatry ze starszymi chłopcami (relacja tutaj). Piękna zimowa aura pozwala nam zrealizować nieśmiało planowany wypad na ostatni z 28 szczytów Korony Gór Polski!

Realizacji planów trzeba było trochę pomóc – zrujnowaliśmy się dzisiaj, wstając o 5:40. Śniadanie, ogarnianie, pakowanie się na wycieczkę i zgarnianie wszystkich rzeczy z wyjazdu. Uff… Po trzech godzinach ruszamy. Po kolejnych dwóch i pół meldujemy się na Przełęczy Przegibek. Zaskakuje nas widok blisko setki samochodów zaparkowanych na sporym placu parkingowym i na poboczu wzdłuż drogi. Myśleliśmy, że to będzie kameralny spacerek, a tu takie zaskoczenie! Ale w sumie to tylko kilka kilometrów od Bielska-Białej, a pogoda sprzyja dziś weekendowej aktywności.

Czupel z Przełęczy Przegibek przez Magurkę

4 marca 2018, niedziela

Po mroźnej (-15 st.) nocy piękny dzień, ok. -4 st.

Z Przełęczy Przegibek na Magurkę – najkrótsze dojście do schroniska

Ruszamy w stronę Schroniska PTTK na Magurce za niebieskimi znakami. Szlak kilkoma bardziej stromymi odcinkami skraca przydługie serpentyny szerokiej drogi wspinającej się na stoki Magurki Wilkowickiej. Podejście nią jest dobrą alternatywą dla rodzin z małymi dziećmi. Pozwala wygodnie korzystać z wózka czy sanek. Okresowo nasze niebieskie znaki prowadzą też właśnie tą drogą, wówczas nachylenie jest mniejsze.

Ruszamy niebieskim szlakiem z Przełęczy Przegibek.

Początkowo szlak rusza dość stromo w górę.

Później znaki przechodzą na łagodniejszą stokówkę.

Odsłaniają się małobeskidzkie widoki.

Trochę stromiej, ale jak pięknie…

W takim słońcu zima da się lubić!

Szybko zdobywamy wysokość.

A baliśmy się, że nie będzie tu śniegu…

W pobliżu szczytu Magurki sieć szlaków gęstnieje, niebieski szlak to łączy się z innymi, to znowu oddziela, na koniec idziemy trasą oznaczoną aż pięcioma kolorami! Do tego mijamy zakręt trasy narciarstwa biegowego, na której odbywają się właśnie zawody. Ale tu ruch!

Przed szczytem Magurki droga się wypłaszcza.

Dołączają się żółte znaki.

Tu już towarzyszą nam znaki w aż czterech kolorach.

Schronisko PTTK na Magurce.

A to nasz pierwszy cel.

Po godzinie meldujemy się przed naszym pierwszym celem. Schronisko PTTK na Magurce zajmuje budynek dawnego niemieckiego schroniska, postawiony w tym miejscu ponad 100 lat temu, w 1913 r. Udaje nam się zająć właśnie zwalniany stolik na werandzie, gdzie mamy nieco więcej spokoju niż w głównej sali.

Schronisko PTTK na Magurce.

Schronisko PTTK na Magurce.

Schronisko PTTK na Magurce.

Sople przypominają, jaki mróz był dzisiaj w nocy.

Mimo dobrej organizacji pracy kuchni (panie wzywają po posiłki przy użyciu numerków z kasy), trzeba swoje odstać, żeby zamówić jedzonko. Decydujemy się na kluski na parze z malinami, a chłopcy biorą zapiekankę i oscypki z grilla. Czekając na nasze porcje degustujemy tutejsze jagodzianki i ciastka z orzechami. Są świeżutkie i pyszne! A kluski okazują się rzeczywiście strzałem w dziesiątkę (widzieliśmy rekomendacje w Internecie – podpisujemy się pod nimi! Rewelacja!). Kupujemy jeszcze znaczki turystyczne i podbijamy nasze książeczki KGP i ruszamy.

Chyba nie doczekamy się na ten deser!

Warto było czekać!

Z Magurki na Czupel – przyjemnym beskidzkim grzbietem

Dalszy odcinek naszego spaceru prowadzi nadal niebieskim szlakiem. Początkowo idziemy trasami narciarstwa biegowego. Na szczęście dzisiejsze zawody już się skończyły i mijają nas tylko pojedynczy narciarze. W ogóle dla narciarzy biegowych jest tu bardzo fajna infrastruktura, łącznie z wypożyczalnią w specjalnym pawilonie, przed którym właśnie rozdawano nagrody za dzisiejsze zawody.

Na Magurce powstał ośrodek narciarstwa biegowego z prawdziwego zdarzenia.

Mamy nawet okazję zobaczyć ratrak odświeżający ślady dla biegówek.

Idzie się wygodnie, różnice wysokości są niewielkie, na horyzoncie widać już nasz cel. Z tej perspektywy Czupel wznosi się tylko kilkadziesiąt metrów ponad grzbiet, którym idziemy. Po około 45 minutach meldujemy się pod niewielką tabliczką „szczytową” umieszczoną na drzewie. Obok niszczeje dawna kapliczka w pniu spróchniałego drzewa.

Czupel

Po półgodzinnym spacerze przed nami ukazuje się Czupel.

Czupel

Już zaraz będziemy!.

Czupel

Ukoronowanie naszej KGP.

Czupel

Czupel (939 m n.p.m), najwyższy szczyt Beskidu Małego.

Północne stoki Czupla porasta młody las.

Czupel

Pora wracać – jeszcze tylko jeden rzut jabłuszkiem:)

Cieszymy się bardzo, bo udało nam się skompletować wszystkie szczyty Korony Gór Polski! Dzięki tej cudownej inicjatywie poznaliśmy wiele zakątków polskich gór, w które może nigdy byśmy nie dotarli. Nie zamierzamy na tym poprzestać i będziemy nadal odwiedzać wszystkie pasma polskich Karpat i Sudetów, w różnych porach roku. Na szczyty należące do Korony Gór Polski też będziemy zaglądać, bo chłopcom jeszcze pozostało trochę do zaliczenia.

Nie zatrzymujemy się na dłuższy postój, bo przed nami jeszcze kilka godzin jazdy do domu. Wracamy tą samą drogą. Na tym odcinku i na trasie zejściowej spotykamy już nieco mniej osób. Ogólnie okolica bardzo zachęca do aktywnego wypoczynku. Poza narciarzami spotykamy biegaczy, rowerzystów i mnóstwo rodzin z dziećmi z sankami i innym sprzętem zjazdowym. Nasi chłopcy też wracają do swojego ulubionego wycieczkowego zajęcia z tego wyjazdu, czyli do zjazdów na jabłuszkach.

Czy to mała ryjówka?

Z Czupla z powrotem na Magurkę Wilkowicką.

Spacer grzbietem jest dzisiaj samą przyjemnością.

Na południu można doparzeć się szczytu Skrzycznego.

Za schroniskiem trochę mylimy drogę, ale wracamy wspominaną wcześniej drogą jezdną na nasz niebieski szlak i już bez przygód docieramy do samochodu.

Trzy plecaki, pięć kolorów szlaków… od przybytku głowa nie boli!.

Beskidzka kapliczka na stoku Magurki Wilkowickiej.

Wypad na Czupel jest na tyle krótki, że można sobie pozwolić na to wejście nawet po drodze w góry lub z gór. W podobny sposób kilka miesięcy temu odwiedziliśmy Ślężę wracając z Masywu Śnieżnika (relacja tutaj) i polecamy takie rozwiązanie. Dzięki temu dzień powrotu staje się kolejnym dniem przygód!

Nasz czas: 11:15 – 15:45, 11 km, 400 m przewyższenia.

Zimowy Park Rozrywki Snowlandia, Zakopane

Śnieżny Labirynt, Śnieżny Zamek i Pałac Królowej Śniegu – Zimowy Park Rozrywki Snowlandia w Zakopanem

Po powrocie ze szlaku, nacieszeni górskimi panoramami, jesteście w pełni usatysfakcjonowani planem pobytu, ale dzieciaki narzekają na brak atrakcji? Warto zabrać je do Zimowego Parku Rozrywki Snowlandia w Zakopanem. Poszukiwanie wyjścia z największego na świecie labiryntu śnieżnego, zdobywanie śnieżnego zamku i przechadzka po magicznych, rzeźbionych w śniegu i lodzie komnatach Pałacu Królowej Śniegu to zdecydowanie lepszy pomysł dla spragnionych rozrywki niż błąkanie się od kramu do kramu po hałaśliwych Krupówkach. Zajrzeliśmy tam z pewną nieśmiałością, bo zasadniczo nie lubimy atrakcji nastawionych na wyczyszczenie turystom portfeli, ale trzeba przyznać, że wychodzimy usatysfakcjonowani. Szczególnie podobały nam się piękne lodowo-śnieżne rzeźby w najnowszej atrakcji kompleksu – Pałacu Królowej Śniegu.

3 marca 2018, sobota

Snowlandia zadebiutowała w sezonie 2015/2016 r. Pod Wielką Krokwią zbudowano największy na świecie labirynt ze śniegu. Atrakcja zdobyła duże uznanie turystów. Poza poszukiwaniem wyjścia z lodowego labiryntu możemy też zdobyć śnieżny zamek i wspiąć się na jego 16-metrowe baszty, odwiedzić minizoo i poszaleć na torze saneczkowym. W tym roku kompleks wzbogacił się o nową atrakcję – Pałac Królowej Śniegu. O mały włos byśmy tu nie zajrzeli, a byłby to wielki błąd – to wg nas najciekawsza rzecz w całej Snowlandii. W śnieżnych komnatach eksponowane są rzeźby ze śniegu i lodu, wykonane przez artystów z Podhala i Słowacji. Naprawdę warto tam zajrzeć. Szczegóły (ceny biletów, godziny otwarcia itp.) sprawdzicie na stronie http://www.snowlandia.pl/

Chłopakom najbardziej podobał się śnieżny labirynt – znalezienie wyjścia to wcale nie taka łatwa sprawa, a M. – Pałac Królowej Śniegu. Ogólnie świetna rodzinna atrakcja.

Zaczynamy zabawę od zwiedzenia Śnieżnego Zamku.

Śnieżne korytarze prowadzą do śnieżnych komnat.

Znaleźliśmy nawet salę tronową!

Śnieżny zamek jest cały zbudowany… oczywiście ze śniegu!

Kulminacją budowli są 16-metrowe baszty.

Z górnej kondygnacji świetnie widać całość kompleksu wraz ze słynnym labiryntem śnieżnym.

Ściany zamku zdobią śnieżne płaskorzeźby.

Skoro już wdrapaliśmy się na baszty, możemy schodzić na dół.

Przed nami kolejna atrakcja – śnieżny labirynt – największy na świecie!

Śnieżny labirynt pierwszy raz zbudowano w sezonie 2015-2016.

Pierwotnie miał powierzchnię ok. 2500 m kw., obecnie – 3000 m kw.

Jak stąd wyjść? – może na górze znajdzie się jakaś podpowiedź.

Nareszcie znaleźliśmy wyjście, ale zabawa była przednia!

Dwa Minotaury unieszkodliwione.

A na deser – Pałac Królowej Śniegu.

To chyba sala reprezentacyjna. Idealna do przyjmowania gości.

Królowa łaskawie wysłuchała interesantów.

Sebuś szuka wyjścia – drzwi, niestety, zamknięte…

Znaleźliśmy sypialnię królowej.

Co komnata, inna atrakcja.

Te rzeźby podobały nam się chyba najbardziej.

Ze śniegu zbudowano nawet powóz królowej, zaprzężony w konie!

Przed nami magiczne lustro Królowej Śniegu.

Chyba jeden z jego odłamków wpadł do oka Kaja.

Piękne lodowe dekoracje.

Ciekawe, dokąd też prowadzą te drzwi?

Na koniec trafiliśmy do lochów.

Więzione są tam śnieżne potwory.

W czasie gdy my oglądamy śnieżne zamki i labirynty, R. odsiaduje swoje na konferencji.

Wieczorem spotykamy się wszyscy na Krupówkach – pierwotnie mieliśmy zajrzeć do Bąkowej Zohyliny na Piłsudskiego, ale nie było wolnych miejsc, więc poniosło nas do Sabały. Oscypki z żurawiną, borowikowa w chlebku i deser z pysznych naleśników na słodko były naprawdę przepyszne (choć niestety niezbyt tanie:/) – w sam raz na pożegnalną kolację.

Dolina Kościeliska zimą

Dolina Kościeliska – zimowy spacer z dziećmi do schroniska Ornak

Kto był w Tatrach i choć raz nie wędrował Doliną Kościeliską? My też wędrowaliśmy nią niezliczoną ilość razy, najczęściej jednak traktując ją jako „podejściówkę” – rozgrzewkę przed wycieczkami w wyższe partie Tatr Zachodnich, i irytując się na nieprzebrane tłumy turystów, płynące Kościeliską w sezonie. Spróbujcie jednak potraktować spacer Doliną Kościeliską jako cel sam w sobie. Wycieczka z dziećmi może być idealnym do tego pretekstem. Najlepiej przyjechać tu poza sezonem – pusta droga będzie o wiele przyjemniejsza – i w innej porze roku niż zazwyczaj. Najpiękniejsza dolina Tatr Zachodnich ukaże się nam wtedy w zupełnie innej odsłonie – niezależnie od tego, ile razy wcześniej ją przemierzaliśmy.

3 marca 2018, sobota

Słońce, do -10 stopni – piękna zima!

Wycieczka Doliną Kościeliską to żelazny punkt rodzinnego pobytu w Tatrach. Spacer jest bardzo łatwy – dostępny nawet dla terenowych wózków dziecięcych – i niezwykle malowniczy. Schronisko Ornak, w którym można ogrzać się i zjeść coś pysznego – stanowi dodatkowe ułatwienie dla rodziców wędrujących z maluszkami czy osób starszych. Cała wycieczka niespiesznym tempem zajmuje ok. 4 godziny (półtorej godziny w górę, nieco mniej w dół plus postoje fotograficzne i dłuższy odpoczynek w schronisku).

Z parkingu w Kirach ruszamy o 9:30. Idzie się bardzo wygodnie i przyjemnie. Chętnie oglądamy Kościeliską w zimowej odsłonie – byliśmy tu wiele razy w różnych porach roku, ale jakoś do tej pory nie trafiliśmy na słoneczny, mroźny dzień. Zmiana dekoracji sprawia, że nawet miejsca, które doskonale znamy, wydają się nam inne.

Przechodzimy przez Niżnią Bramę.

Prawie jak lodospad.

Chętnie pokazujemy dzieciom wszystkie znane nam miejsca. Niżnia Brama, Wyżnia Kira Miętusia, Stare Kościeliska ze zbójnicką kapliczką, Brama Kraszewskiego, Hala Pisana – odpowiednie fragmenty Nyki same otwierają się w naszej głowie. W słonecznej pogodzie doskonale prezentuje się skalne otoczenie doliny. Jedyna zmiana, jaką zauważamy, to ogromne ubytki w drzewostanach – efekt huraganowych halnych z 2013 i 2014 r. Drzewa leżą na stokach jak zapałki – aż żal patrzeć. No ale trudno, prędzej czy później przyroda zrobi z tym porządek.

Najpierw idziemy przez Wyżnią Kirę Miętusią.

Na horyzoncie majaczy zaśnieżony Błyszcz.

Kapliczka zwana zbójnicką na polanie Stare Kościeliska.

Idąc przez polanę Stare Kościeliska nasycamy oczy promieniami słońca.

W nocy spadła odrobina świeżego śniegu.

A teraz góry spowite są słońćem.

W drodze do góry zatrzymujemy się na chwilę na Hali Pisanej. Nie żebyśmy byli jakoś bardzo zmęczeni, ale miło tak się nie spieszyć i posiedzieć sobie z gorącą herbatką na zaśnieżonych ławach. Po takim odsapnięciu ostatnie pół godziny do schroniska Ornak mijają nie wiadomo kiedy.

Dla takich chwil warto tu przyjechać!.

Postój na Hali Pisanej.

Nawet na postoju słoneczko przyjemnie nas dogrzewa.

Wschodnie otoczenie Hali Pisanej.

Na skale można dopatrzeć się starych napisów – dlatego Hala Pisana!.

W skałach Raptawickiej Turni chłopcy dopatrzyli się ludzkiej twarzy i sfinksa.

Schronisko Ornak (1108 m n.p.m.) to jedno z naszych ulubionych tatrzańskich schronisk. Nie za duże, nie za małe, malowniczo położone na Małej Polance Ornaczańskiej i takie ładne! Siadamy w ciepłej jadalni i zjadamy wczesny obiad, poprawiony szarlotką. Do tej pory byliśmy przekonani, że ta z Ornaku jest najsmaczniejsza w całych Tatrach, ta dzisiejsza jednak nie była najlepsza – ale to jedyne, na co możemy narzekać. Zupa gulaszowa jest wspaniała, słońce mocno przygrzewa przez okna – jak wiosną!

Schronisko Ornak, w tle skały Raptawickiego Muru.

A na południu majaczy Błyszcz.

Wracamy tą samą drogą. Niestety, o tej porze Kościeliską wędruje już dużo więcej turystów niż dwie godziny wcześniej, co trochę psuje wrażenia ze spaceru. Chłopcom jednak to najwyraźniej nie przeszkadza, starają się nawet zjeżdżać na jabłuszku na co stromszych odcinkach szlaku. Jabłuszka w końcu lądują w plecaku – chłopaki testują dziki stromy zjazd na Hali Pisanej, co nie kończy się zbyt dobrze – Tymo zalicza bolesny wjazd z wybiciem do śnieżnego dołka. Obolały, resztę spaceru zalicza na nogach.

Czas schodzić, chociaż ciągnęłoby nas jeszcze gdzieś dalej…

Jabłuszkowe harce skończyły się dzisiaj niegroźnymi potłuczeniami.

W Kirach jesteśmy dość wcześnie – ok. 14.00. Planowaliśmy jeszcze wypad na Stoły, ale w końcu z bólem serca rezygnujemy – R. musi jeszcze po południu stawić się na konferencji. Trudno, pójdziemy innym razem – najchętniej zimą. Wycieczka i tak była bardzo udana – taka nieambicjonalna, rodzinna, słoneczna.

Nasz czas: 9:30-14:00, 12 km w obie strony i tylko 170 m przewyższenia.

Kopieniec i Polana Olczyska

Na Kopieniec i Polanę Olczyską, z Cyrhli do Kuźnic

Łatwa, ale ciekawa wycieczka reglowa. Po drodze urocze polany z zabytkowymi szałasami pasterskimi, jedno z największych w Tatrach wywierzysk, no i oczywiście piękny widok z Kopieńca na cały wachlarz tatrzańskich szczytów. Można spokojnie zabrać tu dzieci o każdej porze roku – z maluchami nie musimy przecież wchodzić na Kopieniec (zejście jest miejscami dość strome), można wybrać wariant przecinający polanę wzdłuż zabytkowych szałasów.

2 marca 2018, piątek

Rano słonecznie, potem pogoda się psuje, od ok. -10 do -5 stopni

 

Toporowa Cyrhla – Kopieniec

Ruszamy z Toporowej Cyrhli. To najwyżej położona dzielnica Zakopanego – leży na wysokości ok. 1000 m. Ciekawie prezentuje się stąd Zakopane, wciśnięte między regle, i pasmo gubałowskie.

Do Cyrhli dojeżdżamy busem. Od przystanku trzeba się cofnąć kilkaset metrów szosą do punktu wyjścia szlaku. Nie bardzo jest tu gdzie na spokojnie zostawić samochód, a przy tym nie będziemy musieli schodzić w to samo miejsce – zejdziemy sobie do Kuźnic.

Ścieżka początkowo mija pojedyncze zabudowania, potem wchodzi w las. Łagodne nachylenie szlaku i piękna zimowa sceneria sprawiają, że spacer to sama przyjemność. Bawimy się w rodzinne układanie absurdalnych historyjek (każdy wymyśla po kawałku, im śmieszniej, tym lepiej;-) i wymyślanie piosenek zawierających słowa na daną literę. Fajnie, że wzięliśmy ze sobą dzieci. Chyba i one cieszą się taką wędrówką przed siebie i byciem razem tak po prostu.

Szlak na Kopieniec opuszcza szosę Oswalda Balzera w Cyrhli.

Początkowo mijamy jeszcze zabudowania gospodarskie.

Niespecjalnie się spieszymy, więc na północnym krańcu Polany pod Kopieńcem stawiamy się dopiero po godzinie od wyjścia. Mamy tu dwie drogi do wyboru: albo łatwy spacer na wprost wzdłuż szałasów pasterskich, albo prawy wariant, wprowadzający na szczyt Kopieńca. Wybieramy tę drugą, bardziej widokową opcję. Chwila postoju na drugie śniadanie i sesję fotograficzną szałasów. Bardzo ładnie zachował się tu dawny układ rzędówki, świetnie widoczny z góry, ze szlaku na Kopieniec.

Droga wspina się coraz stromiej przez pięknie zaśnieżony las.

Na skraju Polany Kopieniec skręcamy w stronę szczytu Kopieńca.

I zasiadamy na popas z pięknym widokiem.

Polana Kopieniec z rzędowo ustawionymi szałasami dawnej wioski pasterskiej.

Na polanie gazduje baca Jan Jasionek.

Warto pomyszkować pomiędzy szałasami.

Jeszcze spojrzenie z górnej strony polany i trzeba wracać do reszty wycieczki.

Polana Kopieniec

A z miejsca postoju widoczek jest bajkowy.

Podejście na szczyt Kopieńca (1328 m n.p.m.) z północnego krańca polany nie jest długie – zajmuje ok. 15-20 minut. Ścieżka jest niemęcząca i przyjemnie nachylona. Szczyt Kopieńca to dobry punkt widokowy – ponoć można tu podziwiać wachlarz tatrzańskich szczytów „od Hawrania po Osobitą”. My, niestety, nigdy do widoku z Kopieńca szczęścia nie mieliśmy. Tradycji widocznie musiało stać się zadość i tym razem – jak tylko wchodzimy na górę, niknie gdzieś bezchmurna pogoda, towarzysząca nam od rana, a niebo zaciąga się mgiełką. Najbardziej uparty jest chyba grzbiet Koszystej, bo on nie chce (ku naszej uciesze) schować się w chmurach – dobre i to!

Wraz z wysokością widok nabiera głębi.

Kopieniec

Szczyt Kopieńca (1328 m n.p.m).

Widoczność się pogarsza, ale Giewont i Nosal jeszcze widać.

Zbocza Nosala i okolice Nosalowej Przełęczy są ogołocone z drzew przez wiatrołomy.

Koszysta artystycznie

Kopieniec – Polana Olczysko

Zejście z Kopieńca na południe jest dużo bardziej strome niż to od północy. W lecie pewnie nie robi to wielkiej różnicy, ale w warunkach zimowych już tak. Raków co prawda nie zakładamy, choć dwa rodzaje tych turystycznych mamy w plecakach, uprawiamy za to kontrolowane zjazdy. My na butach, a chłopaki – hmm – oczywiście na czterech literach. Nie jest przepaściście, nie ma skał, a niech sobie jadą. Gdy szlak się wypłaszcza, dodatkowo wyjmują jabłuszka, przytroczone od rana do plecaków i czekające na właśnie tę okazję. Co tam widoki. Dla chłopaków to właśnie jest atrakcja dnia!

Zaczynamy schodzić (zjeżdżać…) z Kopieńca.

Trasa zjazdu jest całkiem stroma.

Szybko osiągamy górny kraniec Polany Kopieniec.

Zielony szlak skręca na zachód i prowadzi nas prosto do Polany Olczyskiej. Ścieżka wiedzie w dół przez las, okazji do zjazdów na jabłuszkach mnóstwo, droga mija więc nad wyraz sprawnie. Przechodzimy most na Potoku Olczyskim i stajemy na wschodnim krańcu Polany Olczyskiej. Drewniane stoły i ławy czekają chyba specjalnie na nas – czas na mały postój.

I zjeżdżamy dalej w stronę Polany Olczyskiej.

Chłopaki pędzą aż się kurzy!

Prawie jak na torze bobslejowym.

Pył śnieżny pokrył Tyma aż po czubek czapki!

W oddali widać już Nosalową Przełęcz, tamtędy będziemy szli.

Kopieniec

Kopieniec zostaje za nami.

Drugi odpoczynek robimy na ławie przy rozstaju na Polanie Olczyskiej.

Z zaspy jak z drona.

Lubimy wędrować zimą. Wycieczka wymaga oczywiście starannego wyekwipowania i przygotowania, ale to doświadczenie spędzenia całego dnia na powietrzu w zimowej aurze, śniegowych postojów, dorzucania śniegu do kubków z gorącą herbata jest bezcenne. Chłopaki widać też połknęli haczyk, a może endorfiny ich zalały, bo micha śmieje im się od ucha do ucha i żarty się trzymają ich równo.

Polana Olczyska – Nosalowa Przełęcz – Kuźnice

Przecinamy Polanę Olczyską jej południowym skrajem. To miejsce bardzo atrakcyjne dla turysty z powodu (a) dwóch zabytkowych szałasów i (b) wywierzyska – jednego z największych w Tatrach. Nie ma potoku, nie ma potoku i – ta daaam – jest potok! Średnio wypływa stąd 500 l wody na sekundę, a w mokrych okresach roku nawet kilkakrotnie więcej. Zima oczywiście nie jest najlepszym momentem do oglądania wywierzysk. Warto wejść na drewniany pomost, zbudowany w 2005 r. – stąd bardzo dobrze widać głównego bohatera.

Górny skraj Polany Olczyskiej ozdabia uroczy szałas.

Kilkanaście lat temu odpoczywaliśmy na ławce przed nim.

Nieopodal szałasu można podziwiać ze specjalnego tarasu imponujące (szczególnie przy wysokim stanie wód) Wywierzysko Olczyskie.

Z Polany Olczyskiej czeka nas jeszcze niewielkie podejście na Nosalową Przełęcz (1103 m n.p.m.). Szliśmy tym szlakiem kilkanaście lat temu i nie możemy nadziwić się, jak bardzo zmarniał przez ten okres las. Wiatrołomy, korniki – to teraz miejsce nie do poznania. Z jednej strony przykro patrzeć na takie połacie powalonych drzew, z drugiej – widać, że przyroda sama rodzi sobie z problemem. Wszędzie w górę pną się liściaste gatunki – może w końcu monokultura świerkowa zmieni się w mieszany, odporniejszy las. Trzeba też przyznać, że na wiatrołomach szlak zyskał też bardzo pod względem widokowym. Ładnie widać Kopieńce i Nosal, chętnie też patrzymy na Wielką Kopę Królową i szlak przez Boczań.

Kopieniec

Kopieniec (po prawej) został już daleko za nami.

Nieco ponad pół godziny i stajemy na Nosalowej Przełęczy. Nasza ścieżka krzyżuje się tu z nartostradą z Gąsienicowej. My trzymamy się znaków zółtego szlaku i po chwili dochodzimy do niebieskich znaków szlaku przez Boczań. Tam skręcamy w prawo i po chwili stajemy w Kuźnicach.

Nasz czas: 10:00-14:40, 8,5 km, ok. 420 m przewyższenia

W Zajeździe Kuźnickim stajemy na szybki obiad, a potem do busa i do domku!

Po południu R. idzie na konferencję, a M. z chłopcami odrabiają lekcje, ogarniają wszystko itp. Wieczorkiem jeszcze wyrywamy się wspólnie na spacer na Krupówki. Poza sezonem nawet tu jest na swój sposób przyjemnie. Dochodzimy do dolnej stacji kolejki na Gubałówkę i wracamy z powrotem.

Gęsia Szyja i Rusinowa Polana zimą

Gęsia Szyja i Rusinowa Polana – łatwa wycieczka z prawdziwie wysokogórskim widokiem

To świetna zimowa trasa dla całej rodziny. Krótka, ciekawa, bez trudności technicznych i zagrożenia lawinowego. Wysiłek podejścia rekompensuje prawdziwie wysokogórskimi widokami. Dla rodzin z młodszymi lub mniej wytrwałymi dziećmi polecamy spacer tylko na przepiękną Rusinową Polanę. Można także  wybrać dojście z Wierchporońca (nieco dłuższe, ale z mniejszym przewyższeniem) i Zazadniej przez Wiktorówki.

1 marca 2018, czwartek

Przepiękny dzień, bardzo mroźno, ale na słońcu jest bardzo przyjemnie, do -8 st. (rano -21…)

Rano z duszą na ramieniu próbujemy odpalić naszą brykę… Czy -21 stopni nie okaże się zabójcze dla akumulatora? Tak dobrze pamiętamy zeszłoroczne przejścia z Gór Orlickich… Na szczęście obawy się nie sprawdzają – jedziemy!  Droga Oswalda Balzera całkiem dobrze utrzymana, słoneczko coraz piękniej przygrzewa. Parkujemy na Palenicy Białczańskiej i ruszamy przed siebie – jest pięknie!

Na Rusinową Polanę z Palenicy Białczańskiej

Niebieski szlak na Rusinową Polanę skręca w prawo tuż za punktem poboru opłat za wstęp do TPN. Podejście jest łatwe i wygodne, tylko w paru miejscach nieco bardziej strome. Promienie słońca pomagają nam się rozgrzać w kilkunastostopniowym mrozie, podobnie jak coraz szersze widoki na otoczenie Doliny Białej Wody. Po godzinie docieramy na Rusinową Polanę, a po kolejnych kilkunastu minutach meldujemy się w miejscu spotkania szlaków z Zazadniej i Wierchporońca.

Ruszamy na Rusinową Polanę niebieskim szlakiem z Palenicy Białczańskiej.

Gradacja kornika i wiatrołomy odcisnęły swoje piętno w okolicznych lasach.

…ale dzięki temu możemy cieszyć się pięknymi widokami na otoczenie Doliny Białej Wody.

Na Rusinowej wybieramy sobie jedną z kilkunastu ław i rozkładamy się na dłuższy odpoczynek. Słoneczko grzeje, widoki (i kanapki) przepyszne, czegóż chcieć więcej! Rusinowa Polana słynie z pięknej panoramy – rzeczywiście, widoki na Tatry Bielskie i wschodnią część słowackich Tatr Zachodnich są wspaniałe. Postrzępione szczyty oglądane z tej perspektywy równie dobrze mogłyby uchodzić za pięciotysięczniki, prawda? Doznania potęguje dziewiczy śnieg i przyjemna cisza. Dobrze przyjechać w Tatry poza sezonem i móc się cieszyć samotnością – w lecie maszerowalibyśmy w tłumie, a dziś dopiero tutaj spotykamy pierwszych turystów.

Na wysokości ok. 1200 m dochodzimy do Rusinowej Polany.

Rusinowa Polana to dawne tereny wypasowe.

Obecnie to jeden z najlepszych punktów widokowych na wschodnią część Tatr Wysokich.

Drewniane ławy zachęcają do odpoczynku.

Restauracja Rusinowa – jak moglibyśmy nie skorzystać?!

Uzbrojeni w raczki, na Gęsią, gotowi, start!

Najpierw jeszcze czeka nas pożegnanie z Rusinową Polaną.

Rusinowa Polana – Gęsia Szyja

Gęsia Szyja (1489 m n.p.m.) to jeden z najbardziej atrakcyjnych celów wycieczek w Tatrach, godny polecenia nawet mniej doświadczonym turystom. Bez żadnych trudności technicznych, bez zdobywania oszałamiających wysokości możemy cieszyć się prawdziwie wysokogórskim otoczeniem. To od lat jedno z naszych ulubionych miejsc w Tatrach. Świetna wycieczka dla całej rodziny, również w zimie.

Na Gęsią z Rusinowej Polany wchodzi się – w zależności od kondycji – między pół godziny a godzinę. Przed nami nieco bardziej stromy odcinek, więc zakładamy chłopcom raczki turystyczne. Nie były może niezbędne, ale ułatwiały wchodzenie na pierwszym, najbardziej stromym fragmencie podejścia – letnie drewniane schodki zamieniają się zimą w prawie idealny biały skos. Na środku wyrobiona rynna od tyłkoślizgów – jak tor bobslejowy. Kto wie, czy i my nie skorzystamy z niej w drodze powrotnej;)?

Podejście na Gęsią Szyję rozpoczynamy w południowo zachodnim skraju Rusinowej Polany.

Przed nami prawie 300-metrowe podejście.

Podczas podejścia towarzyszą nam fantastyczne widoki – za nami Tatry Bielskie z kulminacją Hawrania

Drewniane schodki w zimie idealnie kryją się pod śniegiem.

Za to w dół będzie łatwiej – wyraźny tor tyłkozjazdów nie pozostawia wątpliwości co do najpopularniejszej techniki.

Raczki turystyczne były na tym odcinku bardzo przydatne.

Wyżej szlak się wypłaszcza, widoki nikną, za to wchodzimy w piękny zimowy las.

Z wizytą u Królowej Śniegu.

Większość wysokości już pokonaliśmy, jeszcze chwilka i będziemy u celu!

Im dalej, tym upłaz staje się coraz węższy.

Ostatnie podejście wprowadzi nas na kulminację Gęsiej Szyi.

Gęsia Szyja to jeden z najatrakcyjniejszych reglowych szlaków w Tatrach.

Przez cały dzisiejszy dzień czas chłopcy bardzo dzielnie maszerowali, ale podczas tego podejścia przeszli samych siebie. Wchodzili naprawdę sprawnie mimo sporego nachylenia i narastającego zmęczenia. Wysiłek zrekompensował nam piękny widok z „wykończonego” dolomitowymi skałkami wierzchołka Gęsiej Szyi. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej na drugiej, bardziej widokowej kulminacji wracamy na dłuższy postój na pierwszy, nieco obszerniejszy wierzchołek. Reszta kanapek, kolejny termos z herbatą i ruszamy w dół.

Na Gęsiej Szyi spotkamy charakterystyczne dolomitowe skałki.

I – hurra! – jesteśmy na Gęsiej Szyi (1489 m n.p.m.)

Gęsia Szyja to jeden z najwspanialszych punktów widokowych w Tatrach.

Panorama z Gęsiej obejmuje ok. 50 tatrzańskich szczytów.

Na horyzoncie majaczą słowackie szczyty z kulminacją Lodowego.

Do Morskiego Oka dzisiaj nie poszliśmy, za to możemy z odległości podziwiać jego piękne otoczenie!.

R. wyskoczył jeszcze na panoramkę.

Z Gęsiej Szyi dobrze widać też Koszystą i Wołoszyn.

Zmiana kierunku to też zmiana techniki marszu. Raczki i kijki lądują w plecaku. Teraz chłopcy testują zbieganie z poślizgiem! Teren jest nieprzepaścisty i bezpieczny, więc tylko z uśmiechem patrzymy na ich szaleńtwa. Największą radość wywołuje… zjazd na pupie! Tymek podpatrzył technikę z użyciem plastikowej siatki, a Sebuś preferuje technikę dowolną… My usiłujemy nadążyć, trenując zjazd figurowy na butach. Śmiechu jest sporo, a wysokość wytraca się sama. Chwila moment i z powrotem stawiamy się na Rusinowej Polanie.

Schodzimy z powrotem na Rusinową.

Zejście z Gęsiej Szyi. Przed nami jak na dłoni Tatry Bielskie i Jagnięcy Szczyt.

Czy to Hawrań, czy Kilimandżaro?

Jeszcze chwila i znów będziemy na Rusinowej Polanie.

Na pierwszym planie Czerwona Skałka.

Zejście na Rusinową. Techniki są różne.

Niektórzy preferują …upozjazd.

Inni idą w ich ślady:)

Widoki na otoczenie Doliny Białej Wody są dzisiaj po prostu oszałamiające. Ponownie okrążając Rusinową, R. ma duże trudności, żeby chociaż na chwilę odłożyć aparat do pokrowca. Poza samymi górami zachwyca nas dzisiaj przepiękne zimowe słońce.

Powrót z Rusinowej Polany do Palenicy Białczańskiej

Wracamy tą samą drogą. Zejście jest już łatwe i naprawdę szybkie. Chłopaki zbiegają i przewracają się w śnieg. Jest cudnie!

Rusinowa Polana teraz zalana jest popołudniowym słońcem.

Obchodząc Rusinową Polanę, trudno odłożyć aparat.

Ostatnie spojrzenie w stronę Gęsiej Szyi.

Po dawnej wiosce pasterskiej pozostały tylko pojedyncze szałasy.

W lecie na Rusinowej prowadzony jest kulturowy wypas owiec.

Z Rusinowej Polany wracamy na Palenicę Białczańską.

Początkowo planowaliśmy nieco dłuższą trasę – przez Gęsią Szyję, Rówień Waksmundzką i Polanę pod Wołoszynem do schroniska PTTK w Dolinie Roztoki. Z powodu bardzo mroźnej aury jednak zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie na Gęsiej zawrócić. Chłopcy byli bardzo zadowoleni z tego rozwiązania, bo wchodząc, już szykowali się na zjeżdżanie na pupie w drodze powrotnej 😉 A my nie chcieliśmy ich niepotrzebnie przeforsować – rodzinna wycieczka ma być przecież dla wszystkich przyjemnością. Nie ma więc tego złego!

Nasz czas: 10:30–15:45, niespełna 9 km i ponad 500 m przewyższenia

Tatry – trzy zimowe wycieczki dla całej rodziny

Dla górołazów każdy pretekst do wyjazdu w góry jest dobry. Konferencja w Zakopanem… Hmmm, to może byśmy przy okazji tak we dwoje pojechali i wyskoczyli sobie na jakąś miłą traskę? Tak, tak, świetny pomysł! Jedziemy! No, ale ostatnio byliśmy we dwoje w Bieszczadach, a dzieci dopytują, kiedy znowu zabierzemy je w góry… No niech będzie, jedziemy we czworo! Najmłodszy Grześ na zimowe (i naprawdę mroźne!) warunki w Tatrach jeszcze się nie nadaje, więc tym razem zostaje z Babcią i Dziadkiem. Pozostaje zamówić dobrą pogodę i wstrzelić się w okienko pomiędzy kaszlami i katarami dzieciaków… A jak nam się udało, zobaczcie sami! Poniżej propozycje trzech zimowych tatrzańskich wycieczek z dziećmi.

Dzień 1. Gęsia Szyja i Rusinowa Polana – łatwa wycieczka z prawdziwie wysokogórskim widokiem

Dzień 2. Kopieniec – Polana Olczyska – Kuźnice

Polana Kopieniec

Dzień 3. Dolina Kościeliska zimą

Śnieżny Labirynt, Śnieżny Zamek i Pałac Królowej Śniegu – Zimowy Park Rozrywki Snowlandia – czy warto?

Wyjazd, mimo że zorganizowany przy okazji obowiązków zw. z pracą, udał się rewelacyjnie. Pogodę mieliśmy naprawdę przepiękną – taki mocny mroźny akcent na zakończenie zimy, a chłopcy jako towarzysze wypraw sprawdzili się znakomicie. Choć pierwotnie planowaliśmy spędzić ten weekend na kursie lawinowym w Murowańcu, w końcu cieszymy się, że wzięliśmy ze sobą dzieci. Świetni kompani do górskich wędrówek nam rosną!

 

Połonina Wetlińska zimą

Połonina Wetlińska – najrozleglejsza połonina w Bieszczadach – jest piękna o każdej porze roku. Jesienią romantyczna, latem przyjazna dla wszystkich, zimą nabiera surowego charakteru. Przy dobrych warunkach pogodowych wycieczka nie będzie trudna, trzeba jednak pamiętać, że to, co latem jest przyjemnym spacerem, w warunkach zimowych wymaga dużo wysiłku i może zmienić się w poważną wyprawę górską. Przy mgle i leżącym śniegu łatwo o pobłądzenia. Wiatr – tak często tu wiejący – w ujemnych temperaturach przeszywa do szpiku kości – mieliśmy dziś całkiem niezłą tego próbkę. Przy pięknej pogodzie zimowe widoki z Wetlińskiej są jednak niezapomniane. Jeśli zawędrujemy na Przełęcz Orłowicza, warto jeszcze wybrać się na nieodległy Smerek – to fantastyczny punkt widokowy.

25 stycznia 2018

Słoneczna zimowa aura, na dole ok zera, na górze ok. -8 stopni i bardzo silny wiatr

Dzień zaczynamy wcześnie. W Bieszczady ruszamy rano z Rzeszowa, gdzie przywieźliśmy dzień wcześniej Sebusia na ostatnie dni ferii u Babci i Dziadka. Udaje nam się wyjechać przed 6:30. O 9:30 stawiamy się już w Brzegach Górnych, skąd rozpoczynamy naszą wycieczkę.

Jeśli zależy Wam na szybkim i wygodnym dostaniu się na Połoninę Wetlińską, lepiej wybrać drogę z Przełęczy Wyżnej – szlak stamtąd jest zdecydowanie bardziej uczęszczany i lepiej przetarty. My tym razem wybieramy czerwono znakowaną ścieżkę z Brzegów Górnych – nigdy nią jeszcze nie szliśmy.

Połonina Wetlińska z Brzegów Górnych

Szlak z Brzegów jest rzadziej wybieranym dojściem na połoninę niż ten z Przełęczy Wyżnej, ale nie znaczy to, że nie jest wykorzystywany w ogóle. Widać wyraźne ślady skitourowców. W ciągu ostatnich dni przed nami szło też tędy kilka osób. Ścieżka jest dość wygodnie i równomiernie nachylona, więc sprawnie zdobywa się wysokość. Przez większość czasu towarzyszą nam piękne widoki na Caryńską.

Ruszamy z Brzegów Górnych.

Za nami wyłania się piękna Połonina Caryńska.

Wyżej las jest już pięknie zaszroniony.

Chwilami podejście przez buczynę jest całkiem strome.

Podczas podejścia raz tylko mamy problemy orientacyjne – nasz dzisiejszy szlak jest, widać, chyba częściej wybierany przez skitourowców niż turystów pieszych – ślady zjazdów są momentami znacznie lepiej widoczne niż wydeptana ścieżka. Jak łatwo się domyślić, staje się w końcu to, co stać się musiało – idziemy esem-floresem narciarzy, a zwykły szlak gdzieś się gubi. Na szczęście dołączamy do znakowanej ścieżki jeszcze przed skałkami podszczytowymi. No, przez chwilę jest może mniej wygodnie, ale przyjemność wędrowania w dziewiczym śniegu przysłania wszystkie niedogodności.

Czujemy się jak w bajce.

Dostojna Caryńska znowu nas śledzi.

I znowu bardziej stromy fragment szlaku.

Grzbiet osiągamy między malowniczo położonymi skałkami.

Jeszcze nie wiemy, jak zaraz będzie wiało.

Wiatr na razie jeszcze nam nie przeszkadza.

Krajobraz przed nami staje się księżycowy.

Nasza wycieczka miała dotąd charakter czysto rekreacyjny. Wszystko zmienia się, gdy tylko wychodzimy poza górną granicę lasu. Dołącza do nas nasz nieodłączny towarzysz dzisiejszej wycieczki. Wiatr. Właściwie powinniśmy powiedzieć „wicher” – porywy są momentami tak silne, że trudno nam utrzymać się w pozycji pionowej. Mimo rękawiczek grabieją ręce, zimno wciska się w każdą szczelinę. Porywy wiatru były zdecydowanie największym utrudnieniem dzisiejszej wycieczki – ale z drugiej strony dzięki nim wędrówka była dla nas takim prawdziwym doświadczeniem surowej przyrody – no a w końcu dla takich prawdziwych przeżyć też idzie się w góry, prawda?

Połonina Wetlińska zimą

Po dojściu do „Chatki Puchatka” przed nami otwierają się nie – jak wiosną – trawiaste przestrzenie, lecz iście księżycowy krajobraz. Wokół śnieg dziwacznie urzeźbiony przez wszechobecny wiatr. Od 2015 r., kiedy Chatkę przejął od PTTK Bieszczadzki Park Narodowy – obiekt zmienił klasyfikację ze schroniska na schron turystyczny. Obecnie nie można już liczyć tu na posiłek, ale można wejść, nieco się ogrzać, przenocować w spartańskich warunkach.

Chatka Puchatka przycupnęła pod samą kulminacją Hasiakowej Skały (1232 m).

Tu nareszcie się rozgrzejemy!

Chatka Puchatka jest dzisiaj polukrowana.

Ostatnie spojrzenie na Schron BdPN i ruszamy dalej.

Jemy kanapki, popijamy herbatą z termosu i ruszamy dalej w kierunku Przełęczy Orłowicza.

Ścieżka biegnąca Połoniną Wetlińską jest długa – ma ok. 8 km długości. Gdyby nie wiatr-siłacz, dzisiejsza wycieczka byłaby samą przyjemnością. Po prawej zostawiamy Roh, bo szlak prowadzi przez kulminację Osadzkiego Wierchu. Za nami pięknie widać Caryńską. W oddali wyłaniają się Rawki. Z boku pyszni się Hnatowe Berdo, przed nami dumnie wyrasta Smerek. A to wszystko w pięknej zimowej scenerii… R. nie może się rozstać z aparatem – wieczorem okazuje się, że zrobiliśmy ponad 300 zdjęć – każdy krok nas zachwycał!

Główne kulminacje Połoniny Wetlińskiej – Osadzki Wierch i Roh – przed nami.

Prawdziwa śnieżna zima kończy się kilka kilometrów na północ od połonin.

Roh (1255 m) zostawiliśmy po prawej, zbliżamy się do Osadzkiego Wierchu.

Osadzki Wierch (1253 m)

Ze zboczy Osadzkiego Wierchu widać, jak już oddaliliśmy się od Hasiakowej Skały i Caryńskiej.

Kulminacja Wetlińskiej – wyżej już tylko słońce!

Ostatnie spojrzenie z Połoniną Caryńską w tle.

Teraz przed nami Hnatowe Berdo (po lewej) i Smerek.

Smerek widać jak z lotu ptaka.

A ku ku!

Grzbiet Hnatowego Berda wygląda bardzo dostojnie.

Smerek powoli się przybliża.

Chmury dzisiaj często ubarwiają nasze widoki.

Kulminacje Wetlińskiej, od lewej – Roh, Osadzki Wierch i Hnatowe Berdo.

Przez chwilę szlak prowadzi zalesionym garbem.

Smerek znowu zaczyna nas mamić swoim urokiem.

Po ok. półtorej godziny marszu stawiamy się na Przełęczy Orłowicza (1078 m n.p.m.). Oj, odpoczęłoby się chwilę, ale jak to zrobić w takich warunkach? Schodzimy kilkanaście metrów poniżej grzbietu i przysiadamy za oszadzionym karłowatym świerkiem. Do siadania w zimie od lat świetnie sprawdza się nam płachta izolacyjna na szybę samochodową  – znacznie mniejsza niż karimata. Wieje trochę mniej, jednak nie na tyle, by postój sprawiał przyjemność.

Wejście na Smerek

Z przełęczy żółtym szlakiem chcemy wrócić do Wetliny. Jest jednak tak pięknie, że postanowiliśmy nieco przedłużyć wycieczkę i zrobić szybki wypad na Smerek (1222  m n.p.m.). To jeden z najpiękniejszych bieszczadzkich szczytów, a przy tym fantastyczny punkt widokowy. 20 min w jedną stronę, chwila na szczycie, 15 min w drugą – i jesteśmy z powrotem.

Niższy wierzchołek Smereka jest udostępniony turystycznie.

Widoki są bardzo rozległe, chociaż dzisiaj nieco ograniczone przez chmury.

Smerek stanowi piękne wykończenie pasma połonin.

Stalowy krzyż upamiętnia śmierć turysty porażonego prądem w 1978 r.

Obniżające się słońce wyostrza rysy Połoninie Wetlińskiej.

Z Przełęczy Orłowicza do Wetliny

Żółty szlak sprowadzający z Przełęczy Orłowicza do Wetliny jest wygodny i bardzo dobrze przedeptany. Jak tylko opuszczamy rejon grzbietowy, przestaje wiać. Co za miła odmiana! Po 15 minutach od przełęczy znajduje się bardzo porządna wiata – świetne miejsce na odpoczynek. I my zatrzymujemy się tu na chwilę, dopijamy herbatę (jest już, niestety tylko letnia – zapomnieliśmy wziąć nakrętki od naszych najlepszych termosów i musimy zadowalać się takimi, które ciepło zamiast zatrzymywać w sobie, oddają na zewnątrz…). Do Wetliny schodzimy znaczniej szybciej niż przewidują to informacje na mapach. Po godzinie (z odpoczynkiem) jesteśmy na dole. Ale mieliśmy piękny spacer!

W kilkanaście minut schodzimy z powrotem na Przełęcz Orłowicza.

Jeszcze nie wiemy, że zaraz przestanie wiać.

Iść, ciągle iść, w stronę słońca…

Buczyna pokryła się bajkową szadzią.

Żółty szlak sprowadza nas do Wetliny przez rozległe pola.

Dobrze, że udało się wrócić na Połoninę Wetlińską – ostatni raz byliśmy tu pewnego pięknego wrześniowego dnia 2011 r. Chłopcy jeszcze byli bardzo mali – Sebuś miał dopiero niecałe dwa lata. Wtedy doszliśmy tylko do Chatki Puchatka, co i tak uznaliśmy za wielkie rodzinne osiągnięcie😊 Ale pogoda również była prześliczna. Relacja tutaj.

W Wetlinie szybko odnajdujemy naszą kwaterę. Nasz gospodarz zgadza się nas podwieźć do Brzegów Górnych, gdzie rano zostawiliśmy samochód. Z radością witamy tę możliwość – hurra, nie będziemy musieli robić sobie dodatkowego spacerku 10 km asfaltem!

Wieczorem wybieramy się jeszcze na obiad do absolutnie godnej polecenia karczmy „Paweł nie całkiem święty” w miejscowości Smerek. Jak dobrze wreszcie zjeść coś ciepłego!

Nasz czas: 9:30-16:30, ok. 16,5 km, 750 m  górę i 850 m w dół.

Tu mieszkamy: Noclegi u Boguszów, Wetlina 136. Niewielki, ale sympatyczny i czyściutki dwuosobowy pokój z aneksikiem kuchennym i niezależnym wejściem. Bardzo dobry jak na nasze potrzeby.

Zimowy wypad w Bieszczady

Choroba bieszczadzka – co robić, gdy dopadnie nas zimą?

Choroba bieszczadzka. Może dopaść każdego i o każdej porze roku, szczególnie groźna dla zapalonych włóczykijów i górołazów. Im dłuższa terapia, tym skuteczniejsza, choć nie zapobiega, niestety, nawrotom choroby. Tym razem testujemy czterodniową zimową terapię. Połonina Wetlińska, Tarnica-Halicz-Rozsypaniec, Tworylne, Krywe i źródła Sanu  – czujecie tęsknotę w sercu? To znak, że niechybnie zaraza Was nie ominęła. Podobnie jak nas. Zapraszamy w zimowe Bieszczady!

Dzień 1. Połonina Wetlińska zimą

Dzień 2. Hulskie, Krywe i Tworylne – spacer do serca zapomnianych Bieszczadów

Dzień 3. Tarnica – Halicz – Rozsypaniec

Dzień 4. Doliną Górnego Sanu do grobu Hrabiny, Bukowiec – Sianki

Ślęża szlakiem z Sobótki

Na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą

Ślęża – najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego − to góra pełna tajemnic. Od czasów starożytnych była ważnym ośrodkiem kultu pogańskiego – prawdopodobnie czczono tu boga słońca i inne bóstwa przyrody. Pamiątką po dawnych czasach są niesamowite kamienne rzeźby kultowe, oznaczone charakterystycznym krzyżem. Ślęża jest też bardzo ciekawa geologicznie i przyrodniczo – jej obszar jest chroniony ochroną rezerwatową. Mimo skromnej wysokości (717 m n.p.m.) dumnie góruje nad okolicą – ma dużą wybitność (ponad 500 m), więc wejście na szczyt na pewno poczujemy w nogach. Prowadzące na nią  szlaki nie są jednak trudne i przy odpowiedniej pogodzie nadają się dla każdego – no, może poza maluszkami w wózkach – dla nich lepiej będzie zabrać nosidło.

Zazdrościmy wrocławianom, że mają w zasięgu półgodzinnego dojazdu taki piękny kawałek gór. Możliwość poczucia prawdziwie górskiego szlaku pod nogami, spędzenia kilku godzin na świeżym powietrzu w pięknym lesie – bezcenne! W piękną listopadową niedzielę przeszliśmy jedną z popularniejszych tras – na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą. Wejście żółtym szlakiem z Sobótki jest dłuższe niż z Tąpadła, ale pozwala odwiedzić wieżę widokową na Wieżycy i zobaczyć trzy pogańskie rzeźby kultowe.

5 listopada 2017, niedziela

Przepiękny jesienny dzień, słoneczko, lekki wiatr na szczycie, do 13 st.

Pięć lat temu wiosną weszliśmy na Ślężę z Przełęczy Tąpadła. To był piękny spacer w wiosennej scenerii (relacja tutaj). Tym razem odwiedzamy Ślężę późną jesienią, przy okazji powrotu z weekendowego wypadu w Masyw Śnieżnika ze starszymi chłopcami.

Rano sprawnie zwijamy się z naszej mety w Siennej. O 8:45 jesteśmy po śniadaniu i kompletnie spakowani ruszamy w drogę. Dojazd do Sobótki zajmuje nam godzinę i 45 minut. Podjeżdżamy na parking w pobliżu Przełęczy pod Wieżycą, przy ul. Armii Krajowej. Poza weekendem można podjechać aż pod punkt wyjścia szlaków przy schronisku. Dzisiaj jest niedziela, więc musimy zostawić samochód na parkingu kilkaset metrów dalej.

Ślęża przed nami! Autostrada do nieba:)

Szlak na Ślężę wychodzi tuż przy Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Pozytywnie zaskakują nas zmiany, jakie zaszły w tym miejscu. Byliśmy tutaj 5 lat temu na obiedzie, jadąc na majówkę w Góry Kamienne. Widzimy, że sam budynek został wyremontowany, zadbano również o uatrakcyjnienie  jego otoczenia. Jest estetycznie, obok ogromny plac zabaw – mini park linowy dla dzieci. Poza tym „dorosły” park linowy i park tyrolkowy.

Dom Turysty PTTK „Pod Wieżycą”

Ruszamy w górę żółtym szlakiem. Ścieżka wiedzie przez piękny las. Jeszcze nie wszystkie liście opadły i pięknie złocą się w jesiennym słońcu. Pod nogami dywan bukowych liści. Podejście na Wieżycę „urozmaicają” nam dziś liczne leżące w poprzek szlaku drzewa, które przewrócił zeszłotygodniowy huraganowy wiatr o wdzięcznym imieniu – nomen omen –  Grzegorz 😉. Niektóre przeskakujemy, pod innymi przechodzimy, a jeszcze inne trzeba obchodzić dookoła.

Ruszamy żółtym szlakiem w kierunku Wieżycy i Ślęży.

Wichura sprzed kilku dni ustawiła nam niezły tor przeszkód.

Raz górą, raz dołem – niezła gimnastyka!

Wejście na szczyt Wieżycy prowadzi całkiem stromymi kamiennymi schodami.

Szlak jest poprowadzony dość stromo, ale dzięki temu szybko zdobywamy wysokość – pół godziny i stawiamy się na szczycie. Wieżyca to niewysoki (415 m n.p.m.) szczyt w północnym ramieniu Ślęży. Atrakcyjności dodaje mu kamienna wieża widokowa. Wysoka na 15 m budowla została zbudowana w 1907 r. Z zainteresowaniem czytamy, że w czasach niemieckich na szczycie zapalano znicz, w którym płonął ogień w noc świętojańską –  na pamiątkę dawnych wierzeń. Wstęp jest płatny (5 zł dorosły, 4 zł dziecko), ale warto, bo z zalesionego wierzchołka niewiele widać, a z wieży otwiera się szeroki widok na Przedgórze Sudeckie i Sudety. Poza sezonem wieża jest otwarta w weekendy, w zimie najczęściej bywa zamknięta. Kto nie chce pokonywać dodatkowego przewyższenia podczas wejścia na Ślężę, może ominąć szczyt Wieżycy, wędrując spod schroniska najpierw czarnym, a potem czerwonym szlakiem

110-letnia wieża widokowa na szczycie Wieżycy (415 m n.p.m.)

Widok z wieży wart jest swojej ceny.

Przez bezpłatną (!) lunetę można np. spojrzeć na szczyt Ślęży.

Jeszcze kawałek drogi przed nami…

Na Wieżycy jemy drugie śniadanie i … rozbieramy się. Wczoraj na Śnieżniku była istna zima, dziś inna pora roku. Kurtki zimowe i czapki to była gruba przesada😊

Przed nami druga część podejścia na Ślężę. Droga cały czas prowadzi bukowym lasem, „ozdobionym” dywanem granitowych głazów. Po drodze koniecznie trzeba zwrócić uwagę na dwie pogańskie rzeźby kultoweniedźwiedzia (podobnego do tego ze szczytu Ślęży) i tzw. Pannę z Rybą. Na niedźwiedziu dobrze widać znak ukośnego krzyża – symbolu solarnego. Kultowa rola Ślęży sięga czasów starożytnych. To wyjątkowe miejsce w polskich górach.

Szlak z Wieżycy sprowadza kilkadziesiąt metrów w dół, potem znów zaczyna się podejście.

Idziemy po dywanie z bukowych liści.

Zbocza Ślęży są usiane granitowymi głazami.

Znakom szlaków na Ślężę towarzyszy charakterystyczna sylwetka niedźwiedzia.

Pogańskie rzeźby kultowe – panna z rybą i niedźwiedź.

Trudno uwierzyć, że rzeźby mają grubo ponad tysiąc lat!

Pięknie zachowany znak solarny na grzbiecie niedźwiedzia.

Rzeźby kultowe są zabezpieczone daszkiem i siatką.

Szlak jest prawdziwie górski.

A aura przypomina wiosnę.

Chłoniemy promienie jesiennego słońca.

Na szczycie stawiamy się po ponad dwóch godzinach od ruszenia z parkingu. To wbrew pozorom całkiem wymagające podejście – na odcinku ok. 5 km pokonujemy ponad 500 m różnicy wysokości. Zmęczeni? I dobrze, tak ma być! Szczyt Ślęży jest arcyciekawy, jednak zanim obejrzymy go dokładniej, zatrzymujemy się na chwilę oddechu w Domu Turysty PTTK na Ślęży. Obecny budynek został zbudowany ponad 100 lat temu i jest dość estetyczny. Malowidła na ścianach nawiązują do symboliki dawnych kultów, na drewnianych ławach widać charakterystyczną sylwetę kamiennego niedźwiedzia. Na dobry obiad nie ma się tu jednak co nastawiać. Można zjeść potrawy z grilla przed schroniskiem, w środku dostaniemy zupę i filet z indyka z chlebem, szarlotkę, ciepłe i zimne napoje. Wszystko podawane w plastiku. Toalety – hmmm – o tym lepiej nie pisać. Te niewygody wynikają – jak nam się wydaje – z braku dostępu do bieżącej wody na szczycie Ślęży. W ciepłej porze roku najprzyjemniej usiąść gdzieś na zewnątrz. Kopuła szczytowa jest rozległa i porośnięta trawą. Turyści dysponują wiatami i miejscami ogniskowymi.

Ślęża – po raz kolejny z chłopcami. Hurra!

Za nami Dom Turysty PTTK,,Na Ślęży”

Zasłużona przerwa obiadowa:)

Będąc na Ślęży, trzeba koniecznie zajrzeć do kamiennego kościółka Nawiedzenia NMP. Świątynia pochodzi z końca XVII w., w poł. XIX w została odbudowana po pożarze. Od końca 2014 r. znowu odprawiane są tu msze (dziś o 14.00).

Ponad 300-letni kościółek Nawiedzenia NMP został niedawno odrestaurowany.

Budynek Domu Turysty PTTK z wieży kościółka prezentuje się najokazalej.

Ostatnie spojrzenie na ślężański kościółek.

Warto wejść na wieżę kościółka (wstęp 5 zł, dzieci za darmo), żeby spojrzeć z lotu ptaka na kopułę szczytową Ślęży. Jeszcze rozleglejsze widoki można podziwiać z wieży widokowej, usytuowanej przy niebieskim szlaku ok. 100 m od kościoła (schody typu drabinowego, realnie dla dzieci od min. ok. 5-6 lat).

Wieża widokowa na Ślęży

Wejście jest dość strome, ale już sześciolatki powinny sobie poradzić.

Wejść warto, zdecydowanie warto!

Widoki ze szczytu wieży są naprawdę rozległe.

Niestety, przejrzystość powietrza nie jest najlepsza.

Często można stąd dostrzec sudeckie pasma i szczyty.

Opuszczamy wieżę, idziemy przywitać się z niedźwiedziem.

Obiektem, który jednak najsilniej kojarzy nam się ze Ślężą, jest niedźwiedź – starożytna pogańska rzeźba kultowa. Nie mogliśmy dzisiaj zrozumieć, dlaczego składuje się tuż przy nim stertę opału na ognisko – ślężański niedźwiedź powinien być przecież pięknie wyeksponowany.

Ślężański niedźwiedź – starożytna rzeźba kultowa – dzisiaj prawie zasypana drewnem na ognisko:/

To jeden z najbardziej znanych symboli Ślęży

Na szczycie Ślęży spędziliśmy prawie dwie godziny – krócej naprawdę się nie dało. To niesamowicie atrakcyjny turystycznie wierzchołek. Zaczynamy schodzić na dół tuż przed 15.00.

Droga powrotna mija nam oczywiście dużo sprawniej i szybciej niż podejście. Przez większość czasu idziemy w towarzystwie innych turystów – piękna pogoda zrobiła swoje😊 Tym razem omijamy Wieżycę – odbijamy z żółtego szlaku na czerwony, a potem na czarny. Jest dużo szybciej. I mniej ludzi. Zejście ze Ślęży zajmuje nam nieco ponad godzinę.

Schodzimy tą samą drogą.

…tylko omijamy czerwonym i czarnym szlakiem szczyt Wieżycy.

Na zakończenie wycieczki wstępujemy jeszcze do Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Jej, tu to dopiero mają jedzenie… – szkoda, że obiad już zjedzony. Pijemy szybką kawę i wskakujemy do samochodu – przed nami dziś jeszcze droga powrotna do Warszawy. A jutro od rana praca i szkoła. Jak dobrze było przenieść się choć na chwilę do innego świata – znów będziemy tęsknić za tymi widokami. I za tym zmęczeniem w nogach😊

Śnieżnik, Kowadło i Ślęża z dziećmi w listopadzie

 

Trzy listopadowe dni, trzy szczyty Korony Gór Polski – Kowadło w Górach Złotych, Śnieżnik i Ślęża. Jak dobrze móc pokazać dzieciom szlaki, po których dotąd chodziliśmy tylko we dwoje! Mimo kapryśnej pogody było pięknie – zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z poszczególnych wycieczek.

Dzień 1. Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Dzień 1. Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Dzień 2. Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Dzień 3. Ślęża szlakiem z Sobótki

Tradycyjnie próbujemy osłodzić sobie najgorszy miesiąc w roku późnojesiennym wypadem w góry. To wspaniale oswaja pogodę i działa jak najlepszy lek przeciwdepresyjny. Zazwyczaj jeździliśmy we dwoje, od zeszłego roku przyczepiły się do nas dwa (czasem trzy😊) rzepy. Tym razem najmłodszy rzepik zostaje z Babcią (dziękujemy!), a z nami jadą dwa starsze. Wypad z nimi to jednak prawdziwa przyjemność. Opłacało się ciągać towarzystwo w góry od małego bajtla. Teraz mamy całkiem dzielnych kompanów, którym niestraszna ani pogoda, ani całodzienna włóczęga po górskich szlakach. Chłopcy spisali się na medal!

Zatrzymujemy się w Siennej – małej wiosce u stóp Czarnej Góry w masywie Śnieżnika. Siedem lat temu spędziliśmy tu dwa tygodnie ferii zimowych (relacja tutaj). Wyjazd bogaty we wrażenia i turystyczne (o atrakcyjności Kotliny Kłodzkiej nikogo oczywiście przekonywać nie trzeba), i narciarskie – Czarna Góra to świetne miejsce na rodzinny narciarski wyjazd – wręcz wymarzone do nauki jazdy na nartach. Chętnie wracamy w miejsce, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień. Podobnie jak wtedy, teraz też zatrzymujemy się w przemiłej Wojciecówce (https://sienna.spanie.pl/ ) – klimat starego sudeckiego domu, sympatyczni gospodarze, pyszne jedzenie. Weekend przedłużamy tylko o jeden dzień, a przenosimy się w inny świat. Wyjeżdżamy w czwartek po pracy ok. godziny 16.00 Jedzie się dość sprawnie, dwa postoje po drodze, przed 22.00 jesteśmy na miejscu. Nie możemy uwierzyć, że czekają nas dwa dni na szlaku – a właściwie nawet trzy – w drodze powrotnej w niedzielę planujemy wejść jeszcze na Ślężę! Cudownie jest móc się tak oderwać.