Ślęża szlakiem z Sobótki

Na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą

Ślęża – najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego − to góra pełna tajemnic. Od czasów starożytnych była ważnym ośrodkiem kultu pogańskiego – prawdopodobnie czczono tu boga słońca i inne bóstwa przyrody. Pamiątką po dawnych czasach są niesamowite kamienne rzeźby kultowe, oznaczone charakterystycznym krzyżem. Ślęża jest też bardzo ciekawa geologicznie i przyrodniczo – jej obszar jest chroniony ochroną rezerwatową. Mimo skromnej wysokości (717 m n.p.m.) dumnie góruje nad okolicą – ma dużą wybitność (ponad 500 m), więc wejście na szczyt na pewno poczujemy w nogach. Prowadzące na nią  szlaki nie są jednak trudne i przy odpowiedniej pogodzie nadają się dla każdego – no, może poza maluszkami w wózkach – dla nich lepiej będzie zabrać nosidło.

Zazdrościmy wrocławianom, że mają w zasięgu półgodzinnego dojazdu taki piękny kawałek gór. Możliwość poczucia prawdziwie górskiego szlaku pod nogami, spędzenia kilku godzin na świeżym powietrzu w pięknym lesie – bezcenne! W piękną listopadową niedzielę przeszliśmy jedną z popularniejszych tras – na Ślężę z Przełęczy pod Wieżycą. Wejście żółtym szlakiem z Sobótki jest dłuższe niż z Tąpadła, ale pozwala odwiedzić wieżę widokową na Wieżycy i zobaczyć trzy pogańskie rzeźby kultowe.

5 listopada 2017, niedziela

Przepiękny jesienny dzień, słoneczko, lekki wiatr na szczycie, do 13 st.

Pięć lat temu wiosną weszliśmy na Ślężę z Przełęczy Tąpadła. To był piękny spacer w wiosennej scenerii (relacja tutaj). Tym razem odwiedzamy Ślężę późną jesienią, przy okazji powrotu z weekendowego wypadu w Masyw Śnieżnika ze starszymi chłopcami.

Rano sprawnie zwijamy się z naszej mety w Siennej. O 8:45 jesteśmy po śniadaniu i kompletnie spakowani ruszamy w drogę. Dojazd do Sobótki zajmuje nam godzinę i 45 minut. Podjeżdżamy na parking w pobliżu Przełęczy pod Wieżycą, przy ul. Armii Krajowej. Poza weekendem można podjechać aż pod punkt wyjścia szlaków przy schronisku. Dzisiaj jest niedziela, więc musimy zostawić samochód na parkingu kilkaset metrów dalej.

Ślęża przed nami! Autostrada do nieba:)

Szlak na Ślężę wychodzi tuż przy Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Pozytywnie zaskakują nas zmiany, jakie zaszły w tym miejscu. Byliśmy tutaj 5 lat temu na obiedzie, jadąc na majówkę w Góry Kamienne. Widzimy, że sam budynek został wyremontowany, zadbano również o uatrakcyjnienie  jego otoczenia. Jest estetycznie, obok ogromny plac zabaw – mini park linowy dla dzieci. Poza tym „dorosły” park linowy i park tyrolkowy.

Dom Turysty PTTK „Pod Wieżycą”

Ruszamy w górę żółtym szlakiem. Ścieżka wiedzie przez piękny las. Jeszcze nie wszystkie liście opadły i pięknie złocą się w jesiennym słońcu. Pod nogami dywan bukowych liści. Podejście na Wieżycę „urozmaicają” nam dziś liczne leżące w poprzek szlaku drzewa, które przewrócił zeszłotygodniowy huraganowy wiatr o wdzięcznym imieniu – nomen omen –  Grzegorz 😉. Niektóre przeskakujemy, pod innymi przechodzimy, a jeszcze inne trzeba obchodzić dookoła.

Ruszamy żółtym szlakiem w kierunku Wieżycy i Ślęży.

Wichura sprzed kilku dni ustawiła nam niezły tor przeszkód.

Raz górą, raz dołem – niezła gimnastyka!

Wejście na szczyt Wieżycy prowadzi całkiem stromymi kamiennymi schodami.

Szlak jest poprowadzony dość stromo, ale dzięki temu szybko zdobywamy wysokość – pół godziny i stawiamy się na szczycie. Wieżyca to niewysoki (415 m n.p.m.) szczyt w północnym ramieniu Ślęży. Atrakcyjności dodaje mu kamienna wieża widokowa. Wysoka na 15 m budowla została zbudowana w 1907 r. Z zainteresowaniem czytamy, że w czasach niemieckich na szczycie zapalano znicz, w którym płonął ogień w noc świętojańską –  na pamiątkę dawnych wierzeń. Wstęp jest płatny (5 zł dorosły, 4 zł dziecko), ale warto, bo z zalesionego wierzchołka niewiele widać, a z wieży otwiera się szeroki widok na Przedgórze Sudeckie i Sudety. Poza sezonem wieża jest otwarta w weekendy, w zimie najczęściej bywa zamknięta. Kto nie chce pokonywać dodatkowego przewyższenia podczas wejścia na Ślężę, może ominąć szczyt Wieżycy, wędrując spod schroniska najpierw czarnym, a potem czerwonym szlakiem

110-letnia wieża widokowa na szczycie Wieżycy (415 m n.p.m.)

Widok z wieży wart jest swojej ceny.

Przez bezpłatną (!) lunetę można np. spojrzeć na szczyt Ślęży.

Jeszcze kawałek drogi przed nami…

Na Wieżycy jemy drugie śniadanie i … rozbieramy się. Wczoraj na Śnieżniku była istna zima, dziś inna pora roku. Kurtki zimowe i czapki to była gruba przesada😊

Przed nami druga część podejścia na Ślężę. Droga cały czas prowadzi bukowym lasem, „ozdobionym” dywanem granitowych głazów. Po drodze koniecznie trzeba zwrócić uwagę na dwie pogańskie rzeźby kultoweniedźwiedzia (podobnego do tego ze szczytu Ślęży) i tzw. Pannę z Rybą. Na niedźwiedziu dobrze widać znak ukośnego krzyża – symbolu solarnego. Kultowa rola Ślęży sięga czasów starożytnych. To wyjątkowe miejsce w polskich górach.

Szlak z Wieżycy sprowadza kilkadziesiąt metrów w dół, potem znów zaczyna się podejście.

Idziemy po dywanie z bukowych liści.

Zbocza Ślęży są usiane granitowymi głazami.

Znakom szlaków na Ślężę towarzyszy charakterystyczna sylwetka niedźwiedzia.

Pogańskie rzeźby kultowe – panna z rybą i niedźwiedź.

Trudno uwierzyć, że rzeźby mają grubo ponad tysiąc lat!

Pięknie zachowany znak solarny na grzbiecie niedźwiedzia.

Rzeźby kultowe są zabezpieczone daszkiem i siatką.

Szlak jest prawdziwie górski.

A aura przypomina wiosnę.

Chłoniemy promienie jesiennego słońca.

Na szczycie stawiamy się po ponad dwóch godzinach od ruszenia z parkingu. To wbrew pozorom całkiem wymagające podejście – na odcinku ok. 5 km pokonujemy ponad 500 m różnicy wysokości. Zmęczeni? I dobrze, tak ma być! Szczyt Ślęży jest arcyciekawy, jednak zanim obejrzymy go dokładniej, zatrzymujemy się na chwilę oddechu w Domu Turysty PTTK na Ślęży. Obecny budynek został zbudowany ponad 100 lat temu i jest dość estetyczny. Malowidła na ścianach nawiązują do symboliki dawnych kultów, na drewnianych ławach widać charakterystyczną sylwetę kamiennego niedźwiedzia. Na dobry obiad nie ma się tu jednak co nastawiać. Można zjeść potrawy z grilla przed schroniskiem, w środku dostaniemy zupę i filet z indyka z chlebem, szarlotkę, ciepłe i zimne napoje. Wszystko podawane w plastiku. Toalety – hmmm – o tym lepiej nie pisać. Te niewygody wynikają – jak nam się wydaje – z braku dostępu do bieżącej wody na szczycie Ślęży. W ciepłej porze roku najprzyjemniej usiąść gdzieś na zewnątrz. Kopuła szczytowa jest rozległa i porośnięta trawą. Turyści dysponują wiatami i miejscami ogniskowymi.

Ślęża – po raz kolejny z chłopcami. Hurra!

Za nami Dom Turysty PTTK,,Na Ślęży”

Zasłużona przerwa obiadowa:)

Będąc na Ślęży, trzeba koniecznie zajrzeć do kamiennego kościółka Nawiedzenia NMP. Świątynia pochodzi z końca XVII w., w poł. XIX w została odbudowana po pożarze. Od końca 2014 r. znowu odprawiane są tu msze (dziś o 14.00).

Ponad 300-letni kościółek Nawiedzenia NMP został niedawno odrestaurowany.

Budynek Domu Turysty PTTK z wieży kościółka prezentuje się najokazalej.

Ostatnie spojrzenie na ślężański kościółek.

Warto wejść na wieżę kościółka (wstęp 5 zł, dzieci za darmo), żeby spojrzeć z lotu ptaka na kopułę szczytową Ślęży. Jeszcze rozleglejsze widoki można podziwiać z wieży widokowej, usytuowanej przy niebieskim szlaku ok. 100 m od kościoła (schody typu drabinowego, realnie dla dzieci od min. ok. 5-6 lat).

Wieża widokowa na Ślęży

Wejście jest dość strome, ale już sześciolatki powinny sobie poradzić.

Wejść warto, zdecydowanie warto!

Widoki ze szczytu wieży są naprawdę rozległe.

Niestety, przejrzystość powietrza nie jest najlepsza.

Często można stąd dostrzec sudeckie pasma i szczyty.

Opuszczamy wieżę, idziemy przywitać się z niedźwiedziem.

Obiektem, który jednak najsilniej kojarzy nam się ze Ślężą, jest niedźwiedź – starożytna pogańska rzeźba kultowa. Nie mogliśmy dzisiaj zrozumieć, dlaczego składuje się tuż przy nim stertę opału na ognisko – ślężański niedźwiedź powinien być przecież pięknie wyeksponowany.

Ślężański niedźwiedź – starożytna rzeźba kultowa – dzisiaj prawie zasypana drewnem na ognisko:/

To jeden z najbardziej znanych symboli Ślęży

Na szczycie Ślęży spędziliśmy prawie dwie godziny – krócej naprawdę się nie dało. To niesamowicie atrakcyjny turystycznie wierzchołek. Zaczynamy schodzić na dół tuż przed 15.00.

Droga powrotna mija nam oczywiście dużo sprawniej i szybciej niż podejście. Przez większość czasu idziemy w towarzystwie innych turystów – piękna pogoda zrobiła swoje😊 Tym razem omijamy Wieżycę – odbijamy z żółtego szlaku na czerwony, a potem na czarny. Jest dużo szybciej. I mniej ludzi. Zejście ze Ślęży zajmuje nam nieco ponad godzinę.

Schodzimy tą samą drogą.

…tylko omijamy czerwonym i czarnym szlakiem szczyt Wieżycy.

Na zakończenie wycieczki wstępujemy jeszcze do Domu Turysty PTTK „Pod Wieżycą”. Jej, tu to dopiero mają jedzenie… – szkoda, że obiad już zjedzony. Pijemy szybką kawę i wskakujemy do samochodu – przed nami dziś jeszcze droga powrotna do Warszawy. A jutro od rana praca i szkoła. Jak dobrze było przenieść się choć na chwilę do innego świata – znów będziemy tęsknić za tymi widokami. I za tym zmęczeniem w nogach😊

Śnieżnik, Kowadło i Ślęża z dziećmi w listopadzie

 

Trzy listopadowe dni, trzy szczyty Korony Gór Polski – Kowadło w Górach Złotych, Śnieżnik i Ślęża. Jak dobrze móc pokazać dzieciom szlaki, po których dotąd chodziliśmy tylko we dwoje! Mimo kapryśnej pogody było pięknie – zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z poszczególnych wycieczek.

Dzień 1. Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Dzień 1. Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Dzień 2. Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Dzień 3. Ślęża szlakiem z Sobótki

Tradycyjnie próbujemy osłodzić sobie najgorszy miesiąc w roku późnojesiennym wypadem w góry. To wspaniale oswaja pogodę i działa jak najlepszy lek przeciwdepresyjny. Zazwyczaj jeździliśmy we dwoje, od zeszłego roku przyczepiły się do nas dwa (czasem trzy😊) rzepy. Tym razem najmłodszy rzepik zostaje z Babcią (dziękujemy!), a z nami jadą dwa starsze. Wypad z nimi to jednak prawdziwa przyjemność. Opłacało się ciągać towarzystwo w góry od małego bajtla. Teraz mamy całkiem dzielnych kompanów, którym niestraszna ani pogoda, ani całodzienna włóczęga po górskich szlakach. Chłopcy spisali się na medal!

Zatrzymujemy się w Siennej – małej wiosce u stóp Czarnej Góry w masywie Śnieżnika. Siedem lat temu spędziliśmy tu dwa tygodnie ferii zimowych (relacja tutaj). Wyjazd bogaty we wrażenia i turystyczne (o atrakcyjności Kotliny Kłodzkiej nikogo oczywiście przekonywać nie trzeba), i narciarskie – Czarna Góra to świetne miejsce na rodzinny narciarski wyjazd – wręcz wymarzone do nauki jazdy na nartach. Chętnie wracamy w miejsce, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień. Podobnie jak wtedy, teraz też zatrzymujemy się w przemiłej Wojciecówce (https://sienna.spanie.pl/ ) – klimat starego sudeckiego domu, sympatyczni gospodarze, pyszne jedzenie. Weekend przedłużamy tylko o jeden dzień, a przenosimy się w inny świat. Wyjeżdżamy w czwartek po pracy ok. godziny 16.00 Jedzie się dość sprawnie, dwa postoje po drodze, przed 22.00 jesteśmy na miejscu. Nie możemy uwierzyć, że czekają nas dwa dni na szlaku – a właściwie nawet trzy – w drodze powrotnej w niedzielę planujemy wejść jeszcze na Ślężę! Cudownie jest móc się tak oderwać.

Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Pętla z Kletna przez Śnieżnik do Siennej (lub odwrotnie) to kilkunastokilometrowa trasa ukazująca piękno Masywu Śnieżnika. Dzięki zapleczu w postaci Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”, gdzie można się ogrzać i zjeść ciepły posiłek, wycieczkę można zrealizować w każdej porze roku. Wjazd wyciągiem na Czarną Górę ograniczyłby do minimum zdobywanie wysokości (przy odwrotnym kierunku marszu), niestety, dzisiaj wyciąg był nieczynny. Może to i dobrze, bo w tym kierunku szlak przeszliśmy niespełna 7 lat temu, chętnie poznamy inną drogę.

4 listopada 2017, sobota

Przebłyski słońca, pułap chmur powyżej 1200 m n.p.m., w partiach szczytowych silny wiatr, ok. 7 st.

Kletno – Śnieżnik – Sienna

Na dzisiaj prognozy pogody są łaskawe, więc decyzja zapadła już wczoraj – atakujemy Śnieżnik! Podjeżdżamy z Siennej 4 kilometry na poznany wczoraj parking na obrzeżach Kletna i ruszamy żółtym szlakiem na Śnieżnik. Pierwsze półtora kilometra trasy prowadzi asfaltową drogą, doprowadzającą pod Jaskinię Niedźwiedzią (zdecydowanie warta odwiedzenia! – zobaczcie sami, relacja tutaj) Dzisiaj wychodzimy kilka minut przed 9:00, więc kręcą się tutaj dopiero pojedynczy turyści.

Dalej szlak prowadzi szutrową, a potem gruntową drogą. Nie wiemy, czy to chłopcy są dzisiaj tacy dzielni, czy to szlak jest tak wygodnie nachylony. Niezależnie od przyczyny, idzie się nam wyjątkowo dobrze i nadzwyczaj łatwo zdobywamy ponad 500 m przewyższenia, dochodząc do Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”. Po drodze robimy krótki postój na wygodnej ławie w połowie drogi. Wyrównanie poziomu cukru i cieplutka herbatka działa cuda.

Szczyt na Śnieżnik rozpoczyna się przy Jaskini Niedźwiedziej.

Szlak wiedzie zwężającą się doliną Kleśnicy, tzw. Gęsią Gardzielą.

Przekraczanie strumyczków to świetna przygoda na szlaku!

Wyżej wędrujemy przez jesienny las mieszany.

Za Przełęczą Śnieżnicką szlak wypłaszcza się.

Docieramy na Halę pod Śnieżnikiem.

W schronisku meldujemy się przed 11:00. Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” im Zbigniewa Fastnachta to jedno z najstarszych schronisk w Polsce. Główną jego część stanowi tzw. szwajcarka, czyli typowe sudeckie schronisko ufundowane przez Mariannę Orańską w 1871 r. Obecny swój kształt zawdzięcza remontom przeprowadzanym od lat osiemdziesiątych przez obecnego patrona, wieloletniego gospodarza, Zbigniewa Fastnachta. W ostatnich latach schronisko nadal pięknieje, od naszej ostatniej wizyty pojawił się bardziej stylowy dach i drewniane okna – z przyjemnością porównujemy zdjęcia dzisiejsze i te sprzed 7 lat (relacja z naszego poprzedniego wejścia na Śnieżnik tutaj).

Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” to jedno z najstarszych polskich schronisk.

Schronisko zostało ufundowane w 1871 r. przez królewnę Mariannę Orańską.

Jeszcze kilkanaście lat temu w budynku nie było elektryczności.

Chwila rozgrzania przed wejściem na Śnieżnik.

Zaskakuje nas duża ilość ludzi zarówno w samym schronisku, jak i na okolicznych szlakach. To chyba zasługa weekendu oraz odbywającego się dzisiaj jakiegoś biegu górskiego, którego uczestnicy licznie przewijają się wśród turystów pieszych. Sprawnie pałaszujemy gulasz i ruszamy na szczyt Śnieżnika.

Na całym podejściu towarzyszy nam mgła (idziemy w chmurach) i bardzo silny wiatr. Chłopcy są arcydzielni i sprawnie wchodzą na szczyt, pomimo naprawdę silnych podmuchów. Obowiązkowe zdjęcia jako dokumentacja wejścia na kolejny szczyt Korony Gór Polski, chwila poplątania się wokół ruin wieży widokowej i wracamy.

Śnieżnik zasługuje na dokładniejsze „oględziny”. Uwagę każdego zwracają ruiny wieży widokowej. Zbudowana pod koniec XIX w. w stylu niemieckiego romantycznego historyzmu, miała charakter okrągłej baszty z niewielkim budynkiem schroniska. Po wojnie polskie władze nie były zainteresowane jej konserwacją. Nie po drodze było im zwłaszcza z patronem wieży, cesarzem Wilhelmem I, uznawanym za wroga Polaków. Wieża niszczała, aż w 1973 r. podjęto decyzję o jej wysadzeniu, jakoby ze względu na zagrożenie, jakie powodowała dla turystów. Runęła jednak dopiero po zastosowaniu podwójnych ładunków wybuchowych…

Poza wieżą w kopule szczytowej można odnaleźć źródła Morawy, jednej z większych czeskich rzek, oraz pobliskie pozostałości po schronisku księcia Liechtensteina. Nieopodal ruin schroniska stoi też kamienna rzeźba słonia. To wszystko jeszcze musimy dokładnie obejrzeć przy następnej wizycie, bo dzisiaj mgła i silny wiatr uniemożliwiły nam dłuższe przebywanie na wierzchołku.

Szlak na Śnieżnik wchodzi w obszar rezerwatu ścisłego.

Las, chmury i szlak przed nami. Bajka.

Las zapewnia chwilową ochronę przed silnymi podmuchami wiatru.

Ostatni odcinek szlaku wiedzie wzdłuż granicy z Czechami.

Jeszcze dwa kroki i będziemy na szczycie. Widoczność zerowa.

Śnieżnik (1425 m n.p.m.)

Dobrze widać pozostałości wysadzonej w 1973 r. wieży widokowej.

Śnieżnik. Wycieczka w komplecie.

Resztki wieży zapewniają nam osłonę przed wiatrem.

Pozostałości wieży to najwyższy punkt na kopule szczytowej Śnieżnika.

Charakterystyczną cechą Masywu Śnieżnika są silnie wypłaszczone wierzchołki.

Wierzchołek Śnieżnika jest bardzo rozległy – we mgle wygląda trochę jak preria.

Śnieżnik leży na dziale wodnym zlewisk Morza Czarnego i Bałtyckiego.

Na szczycie wiatr nie pozwala na dłuższy odpoczynek.

Warunki, w jakich wchodziliśmy na Śnieżnik nie nie były oczywiście wymarzone, wiatr omal głów nam nie pourywał, ale satysfakcja ze wspólnego wejścia – bezcenna: )

Cała „wyprawa szczytowa” zajęła nam nieco ponad godzinę. Po powrocie do schroniska w jadalniach zastajemy jeszcze więcej osób. Po chwili na szczęście zwalniają się miejsca w drugiej sali i możemy po odstaniu w kolejce delektować się pysznym obiadem. Szczególnie polecamy zestawy z gulaszem i szarlotkę z dodatkiem jagód (jest naprawdę przepyszna)!

Najedzeni i wypoczęci, postanawiamy nieco wydłużyć drogę powrotną. Pamiętając z zimowego wejścia przyjemny szlak prowadzący grzbietem łączącym Przełęcz Śnieżnicką i Czarną Górę, decydujemy się na trasę w kierunku Siennej. Na Przełęczy Śnieżnickiej nie skręcamy w prawo za żółtymi znakami do Kletna, tylko za czerwonymi w lewo w stronę Czarnej Góry.

Szlak jest przyjemnie odludny, co jest miłą odmianą po nieźle zatłoczonej trasie na Śnieżnik. Początkowo wprowadza na rozległy szczyt Żmijowca (1153 m n.p.m.), pozwalając po drodze spojrzeć z widokowej wychodni skalnej na otoczenie doliny Kleśnicy. Dalej sprowadza łagodnie na Przełęcz Żmijowa Polana. Tutaj zatrzymujemy się na zasłużony odpoczynek. Minęło już półtorej godziny od wyjścia ze schroniska, przeszliśmy w tym czasie prawie 6 kilometrów. Chłopcy idą dzisiaj praktycznie w naszym tempie – wspaniali kompani nam wyrośli!

Schodzimy w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej.

Za drzewami majaczy Czarna Góra.

Przyszliśmy z prawej strony, z Kletna, teraz skręcimy w lewo, na Sienną.

Wychodnie skalne na spłaszczeniu szczytowym Żmijowca.

Pięknie stąd widać otoczenie Doliny Kleśnicy.

W oddali majaczy Stronie Śląskie.

Idziemy w kierunku Żmijowca.

Rzut oka za siebie. Król Śnieżnik schował się w chmurach.

Lasy zniszczone przez zanieczyszczenia związkami siarki . Obecnie robi się nowe nasadzenia.

Czarna Góra w pełnej krasie. W zimie to świetny ośrodek narciarski.

Zniszczone monokultury świerkowe zastępuje się bukami, modrzewiami i jaworami.

Przełęcz Żmijowa Polana (1049 m n.p.m.)

W całkiem zacisznej wiacie (doceniamy to zwłaszcza przy dzisiejszym wietrze) zjadamy kanapki i popijamy herbatą i kawą. Jest wspaniale, ale pora ruszać do domu, bo za chwilę zrobi się ciemno.

Rezygnujemy z podejścia kolejne 150 m w górę na szczyt Czarnej Góry z wieżą widokową (byliśmy na niej w zimie, widok rzeczywiście jest wspaniały, warto, relacja tutaj). To już byłoby za dużo. Ruszamy w dół wprost do trasy narciarskiej (A). Nie jest to może najwygodniejsze zejście ze względu na spore nachylenie, ale za to dość szybko tracimy wysokość.

Ostatnie kilkaset metrów idziemy letnim torem dla rowerów, a potem mijamy „armię” armatek śnieżnych, które w gotowości czekają na nadchodzący sezon zimowy. Trasy po modernizacji ośrodka wyglądają zachęcająco. Planujemy wrócić tutaj zimą za parę lat, kiedy Grześ będzie zdobywał swoje pierwsze szlify na dwóch deskach.

Skręcamy teraz w kierunku Siennej, wkraczając na tereny narciarskie.

Zimą Czarna Góra zamienia się w raj dla narciarzy.

Wszystko czeka w pełnym pogotowiu.

W Siennej M. z chłopcami schodzi prosto do naszej Wojciecówki. R skręca w prawo na drogę do Kletna, po naszą brykę, która została na tamtejszym parkingu.

Późnobarokowy kościółek św. Michała Archanioła w Siennej.

Nasz czas: 7,5 godziny (z postojami); łącznie 16 km i 800 m przewyższenia.

Nasza dzisiejsza trasa – na czerwono.

Jeszcze raz wielka pochwała dla Tymka i Sebka za dzisiejszą wycieczkę. Dla obu Śnieżnik jest najwyższym szczytem, jaki zdobyli bez podjeżdżania kolejką/wyciągiem. Dla Sebusia dodatkowo był to najdłuższy dystans i przewyższenie, jakie pokonał jednego dnia na własnych nogach. Brawo, chłopaki!

Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Kowadło – atrakcyjny i łatwo dostępny szczyt Korony Gór Polski

Lokalny koniec świata, leśne ścieżki, wychodnia skalna, a do tego jeszcze prawdziwe ametysty pod nogami! To wszystko znaleźliśmy, wchodząc na jeden z najłatwiejszych do zdobycia szczytów Korony Gór Polski – Kowadło. Góry Złote, podobnie jak inne sudeckie pasma świetnie nadają się na rozpoczęcie (lub kontynuację) zdobywania KGP.

3 listopada 2017, piątek

Chociaż nie wszyscy geografowie i kartografowie zgadzają się z dość arbitralnym podziałem na Góry Złote i Bialskie, Klub Zdobywców Korony Gór Polski uznaje pogląd, że Kowadło jest najwyższym szczytem Gór Złotych. Chłopcy jeszcze nie odwiedzili tego miejsca, a od naszej wycieczki minęło już prawie 7 lat – chętnie przypomnimy sobie ten szlak i pokażemy go dzieciom.

Nasz szlak wychodzi z miejscowości Bielice. Z tego samego miejsca można iść też na Rudawiec – najwyższy szczyt Gór Bialskich. Bez problemu można połączyć obie wycieczki, tę na Kowadło i tę na Rudawiec, w jedną; oczywiście trzeba wtedy dysponować ładnymi kilkoma godzinami czasu. My dziś nie zdążymy już odwiedzić Rudawca, ale wycieczka na Kowadło też nam sprawia wiele frajdy – łatwa i krótka, w sam raz na krótkie listopadowe popołudnie.

Samochód można zostawić na wyznaczonym miejscu parkingowym. My przez pomyłkę zostawiamy auto kilkaset metrów wcześniej, ale nie żałujemy dodatkowego spaceru – po obu stronach drogi stoją stare poniemieckie chałupy – jedne ładnie odnowione, inne prezentują całą gamę Stasiukowskich smaczków. Takie miejsca z klimatem bardzo lubimy. R. szybko wraca po samochód i podjeżdża na właściwy parking i wkrótce razem kontynuujemy wędrówkę zielonym szlakiem.

Wieś Bielice – stąd ruszamy na Kowadło.

Bielice to najdalej na wschód wysunięta miejscowość Kotliny Kłodzkiej.

Stasiukowskie klimaty

Tu rozdzielają się szlaki na Rudawiec i na Kowadło.

Nasz szlak skręca pod kątem prostym w lewo.

Najpierw idziemy szeroką bitą drogą, zostawiając za sobą zabudowania Bielic.

Warto patrzeć pod nogi!

Byliśmy przekonani, że największą atrakcją dla chłopców będzie podejście granicznym grzbietem bogato ozdobionym fantazyjnymi formami skalnymi. Tymczasem okazuje się, że najciekawsze leży u naszych stóp. Czy to gencjana się komuś rozlała? Nie, wśród białawych ubłoconych kamieni pokrywających drogę leżą prawdziwe ametysty! Chłopcy przez kolejne kilkaset metrów z wypiekami na twarzy nie odrywają oczu od drogi i znajdują kolejnych kilka ślicznych kamieni. Nie są to oczywiście „jubilerskie” okazy, ale nawet bez pięknych szlifów są naprawdę piękne!

Bogactwo minerałów tych okolic – wystarczy spojrzeć na kolory kamyków pod nogami.

Ametyst znaleziony dziś na szlaku na Kowadło. Magia Sudetów!

Najpierw idziemy drogą jezdną, potem szlak skręca w prawo, by poprowadzić ścieżką w świerkowym tunelu. Po kolejnych kilkuset metrach osiągamy graniczną przecinkę. Idziemy na szczyt żółtym szlakiem – jest może nieco trudniej, ale dużo ciekawiej. Zielone polskie znaki w pewnym momencie zbaczają w lewo i opuszczają przecinkę, by wrócić do niej dopiero na szczycie. Idzie się tamtędy wygodniej, ale opuszcza się interesujące przejście przez podszczytowe skałki.

Mamy dziś do pokonania niecałe 300 m przewyższenia.

Po dotarciu do grzbietu granicznego skręcamy pod kątem prostym w lewo.

Idziemy razem z żółtymi znakami czeskiego szlaku.

To wycieczka do odbycia – przy odpowiednich warunkach – o każdej porze roku.

Z wychodni skalnych otwierają się rozległe widoki na Góry Bialskie.

Aby podwiać takie widoki, lepiej w partii szczytowej iść czeskim żółtym niż polskim zielonym szlakiem.

Unieść głowę też warto…

My nigdzie nie zbaczamy i po chwili nudna przecinka zmienia się w bajkowe skalne otoczenie. Chłopcy cieszą się, że po skałach wchodzi się pod górę jak po schodach. Atrakcji na dziś jednak jeszcze nie koniec. W pewnym momencie Tymo wypatruje parę ciekawych ptaków. Z daleka przypominają trochę samice bażanta. R. udaje się zbliżyć do jednego z nich na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcie. Ptak właśnie korzystał z wodopoju w zagłębieniu skalnej misy. Wieczorem udaje nam się ustalić, że spotkaliśmy prawdziwie rzadki okaz – jarząbka zwyczajnego. Ptaki te zimują w Polsce, ale spotkać je można właściwie tylko w niektórych pasmach górskich.

R. udaje się upolować aparatem rzadkiego jarząbka zwyczajnego.

Jarząbek zimuje w Polsce, można go spotkać na terenach górskich.

Kowadło – samotnie na szczycie

W okolicy wierzchołka najpierw mijamy czeskie oznaczenie szczytu z prawdziwą książką wejść, do której oczywiście się wpisujemy. Postój urządzamy sobie przy „polskim” wierzchołku – więcej tu miejsca na rodzinny popas.  Kanapki, słodycze, kawka, herbatka, zmęczenie w nogach… czegóż chcieć więcej! Niestety, czas szybko płynie i przed 15:30 trzeba zacząć schodzić, żeby zmrok nie zastał nas na szlaku – listopadowy dzień jest krótki.

Kowadło – najwyższy szczyt polskich Gór Złotych (989 m n.p.m.).

Jest i księga wejść, wpisujemy się koniecznie!

Szczyt Kowadła to świetne miejsce na postój.

Szykując się do drogi…

Listopad w górach – jest super, spróbujcie!

Na zejście wybieramy porzucony przedtem zielony szlak. Kilka lat temu ocenialiśmy go jako dość mylny na tym odcinku. Tym razem jednak, pokonując go w odwrotnym kierunku, nie zauważamy takiego problemu. Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej, schodzimy sprawnie i tuż po 16:00 meldujemy się przy samochodzie. To był naprawdę udany dzień!

Szlak zielony to łatwiejszy wariant do schodzenia – omija skałki podszczytowe.

Widok na Dolinę Górnej Białej Lądeckiej i Bielice.

Ścieżka wije się przez bukowy las.

Schodzimy z powrotem do Bielic.

Na wysychającym kamieniu utworzyło się serduszko – to zdjęcie to kwintesencja naszej dzisiejszej wycieczki!

Nasz czas (tempo rodzinne): ponad godzinę w górę i niespełna 40 minut w dół.

Nasza dzisiejsza trasa – na fioletowo.

Opis naszego wcześniejszego, zimowego wejścia na Kowadło tutaj.

Wejście na Kowadło to krótka wycieczka, my odbyliśmy ją po południu – rano tego samego dnia oglądaliśmy Jaskinię Niedźwiedzią – jedną z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Opis tutaj – polecamy!

Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Jaskinia Niedźwiedzia

To najdłuższa jaskinia w Sudetach – długość jej korytarzy sięga aż 4,5 kilometra – i jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Przyozdobiona licznymi formami naciekowymi, jest prawdziwą perłą ziemi kłodzkiej. Jaskinia swa nazwę zawdzięcza znalezionym w jej namuliskach kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Warto wcześniej zamówić bilety, bo ochrona mikroklimatu jaskini pozwala na jednorazowe wejście maksymalnie 15-osobowych grup i w sezonie bywa trudno o wolne miejsca. Zwiedzanie z przewodnikiem zajmuje ok. 45 min.

03.11.2017, piątek

Pochmurno, rano przelotny deszcz, ok. 6 st.

Plan na dzisiaj był zgoła inny – dwa szczyty Korony Gór Polski: Rudawiec i Kowadło. Niestety, po pysznym śniadaniu w Siennej zaczyna siąpić deszcz. Szybka burza mózgów i zmiana planów. Rezerwujemy wejście do Jaskini Niedźwiedziej na 10:40, mając nadzieję, że po południu uda się jeszcze wejść na Kowadło – według prognoz pogoda z biegiem dnia ma się poprawić.

Dojazd do Kletna wąską dróżką z Siennej zajmuje dosłownie kilka minut. „Na pamięć” zajeżdżamy na parking, znany z zimowej wizyty w jaskini. Po chwili jednak zostajemy przegonieni przez tubylca z logo „Przewodnik” na polarze („Znaku zakazu Pan nie widzi?!!!”). Mamy zjechać na położony niżej parking. M. z chłopcami ruszają więc w górę, a R. grzecznie zjeżdża na parking 200 m dalej. No, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze – tu oczywiście musimy zapłacić („jedyne” 15 zł). Beneficjentem okazuje się PTTK, co sprawia, że łatwiej nam przełknąć tę utratę gotówki 😉.

Podejście doliną Kleśnicy

Spacer od parkingu do jaskini spokojnym krokiem zajmuje niespełna pół godziny. Idziemy przez piękny las, pokryty dywanem bukowych liści. W dole szumi kaskadami potok Kleśnica. Można ten dystans podjechać melexem, ale przechadzka naprawdę jest bardzo przyjemna. Chwila moment i stawiamy się pod jaskinią.

Kletno. Nasz cel – Jaskinia Niedźwiedzia.

Od parkingu do jaskini idziemy ok. 30 min przez ładny, bukowy las.

Można też podjechać melexem, ale taki spacer to sama przyjemność.

Listopadowo-bukowy dywan pod nogami.

Pawilon wejściowy jest przestrzenny, szybko przypominamy sobie wszystko, co oglądaliśmy kilka lat temu – rekonstrukcje niedźwiedzia i lwa jaskiniowego oraz szkielet niedźwiedzia jaskiniowego, a nawet… szafeczki na depozyt, którymi siedem lat temu tak bardzo interesował się nasz roczny Sebuś 😉. Jak miło odświeżyć stare wspomnienia! Kupujemy bilety – udaje nam się dostać na jeszcze wcześniejszą godzinę – 10:20.

Wejście do jaskini znajduje się na wysokości 800 m n.p.m.

W pawilonie wystawowym największe wrażenie robi szkielet niedźwiedzia jaskiniowego.

Niedźwiedź jaskiniowy mógł ważyć nawet pół tony.

W pawilonie wystawowym można też oglądać ciekawą interaktywną makietę masywu Śnieżnika.

Dla każdego coś miłego

Trasa turystyczna prowadzi środkowym piętrem jaskini. Zaraz po wejściu spoglądamy w Wielką Szczelinę, która prowadzi do dolnych partii jaskini. Tamtędy prowadzi niedawno udostępniona turystom trasa ekstremalna (link: http://jaskinianiedzwiedzia.pl/trasa-ekstremalna.html). Trzygodzinna przygoda pod okiem speleologów to musi być coś! Nasi chłopcy jednak muszą jeszcze parę lat poczekać – ta przyjemność dostępna jest dla śmiałków od 16 roku życia. Warto dodać, że Jaskinia Niedźwiedzia jest dostępna również dla osób niepełnosprawnych (skrócony wariant trasy turystycznej).

Jaskinia Niedźwiedzia – speleologia w pigułce

Nawet jednak przy wyborze klasycznej trasy zwiedzanie jaskini jest bardzo interesujące. Pierwsze sale i korytarze nie mają szaty naciekowej poza mlekiem wapiennym. Ta część jaskini była zasypana materiałem namuliskowym. Poznajemy szczegóły dotyczące odkrycia jaskini, jej budowę geologiczną, dowiadujemy się, jak przebiegała eksploracja i proces udostępniania korytarzy dla turystów.

Do drugiej części jaskini przechodzimy korytarzem wykutym w pięknym marmurze. Tutaj możemy z bliska nie tylko zobaczyć, lecz także wyjątkowo dotknąć (poza tym przejściem obowiązuje zakaz dotykania ścian jaskini) tej pięknej skały, zwanej Białą Marianną na cześć XIX-wiecznej właścicielki tych terenów – Marianny Orańskiej. Prawdziwa uczta dla oczu zaczyna się dopiero teraz. Podziwiamy bardzo bogatą szatę naciekową. Poza typowymi formami naciekowymi szczególny podziw wzbudza w nas m.in. imponująca kaskada, przypominająca spektakularny lodospad, oraz świetnie zachowane i fantazyjnie ukształtowane misy martwicowe. Jaskinia Niedźwiedzia jest naprawdę bardzo piękna.

Trasa turystyczna wiedzie środkowym piętrem Jaskini Niedźwiedziej.

Podziwiamy piękne misy martwicowe.

Czaszka lwa jaskiniowego.

Jaskinia Niedźwiedzia ma piękną szatę naciekową.

Stalaktyty żyją – u końca każdego wisi kropelka wody.

Dyskretne oświetlenie trasy zwiedzania podkreśla naturalne piękno jaskini.

Jedna z najbardziej znanych form w jaskini – 8-metrowa kaskada.

Kalcytowe cuda natury.

Misy martwicowe niektórym przypominają pola ryżu widziane z lotu ptaka.

Ten oryginalny stalagmimit nosi nazwę ‚lichtarza’ – forma zadziwia regularnością.

Najpiękniejsza część jaskini to Sala Pałacowa i Korytarz Stalaktytowy.

Bogactwo form naciekowych zachwyca przepychem.

Wychodzimy pełni wrażeń i głodni. Dzieci nie darują nam jednak odwiedzin w sklepie z pamiątkami. Do dziś chłopcy hołubią kupione tu kilka lat temu odblaski w kształcie misiów. Dzisiaj kupujemy podobny Grzesiowi – będzie do kompetu. Starszaki kupują śliczną maskotkę-nietoperza i pamiątkową monetę. Wszyscy pijemy gorącą herbatkę z termosu i ruszamy w drogą powrotną. Do samochodu zbiegamy dosłownie w kilkanaście minut.

Po zwiedzeniu jaskini wracamy na parking w Kletnie.

To jeszcze nie koniec na dzisiaj

Po drodze do Bielic, skąd wyruszymy szlakiem na Kowadło szukamy dobrego miejsca, żeby coś przekąsić. Świetnym miejscem okazuje się wypatrzona przez chłopców na reklamie przy parkingu Rukola – restauracja w hotelu Morawa w Starej Morawie. Zajadamy się pysznymi kluchami w wersjach z łososiem i kurczakiem. Sebuś woli konkretny kotlet – dla każdego coś smacznego ;-). Dobrze przyrządzony szpinak z dodatkami smakuje wszystkim. Teraz pora na porcję górskiej wędrówki  – wycieczkę na Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych (opis wycieczki na Kowadło tutaj).

Właściwie powinniśmy podziękować pogodzie, bo tylko dzięki porannym opadom odwiedziliśmy dzisiaj Jaskinię Niedźwiedzią! Cudownie było przypomnieć sobie bogactwo jej form naciekowych i przebieg trasy turystycznej. Ostatnio nie zwróciliśmy uwagi choćby na piękno marmurów, otaczających jaskiniowe sale i korytarze. Jaskinia Niedźwiedzia zostanie na wiele kolejnych lat w naszych wspomnieniach

Rezerwat „Sine Wiry” – przełom Wetliny

4 maja 2017, czwartek

Rano ładnie, potem się chmurzy i o 13:00 burza i spory deszcz

Rezerwat „Sine Wiry” – przełom Wetliny

Po powrocie Sebusia-rekonwalescenta planujemy mniej forsującą wycieczkę. Wybór pada na pobliski rezerwat „Sine Wiry”. Rezerwat chroni malowniczy przełomowy odcinek rzeki Wetliny wraz z otaczającą roślinnością.  Na końcu Dołżycy skręcamy w drogę do Bukowska, przejeżdżamy przez miejscowość Buk i parkujemy w Polankach w pobliżu drogi, którą szliśmy do Łopienki. Tamta droga prowadziła na zachód, a nasza dzisiejsza trasa wiedzie ogólnie na wschód. Drogowskazy oznajmiają, że do granic rezerwatu dzieli nas jedynie 2,5 km spaceru.

Szutrowa wygodna droga prowadzi najpierw na północ, wschodnim brzegiem Solinki. Po chwili skręca na wschód w górę biegu Wetliny, która w tej okolicy wpada do Solinki. Przez pierwsze kilometry główną atrakcją są… kałuże, które okupuje nasz Grześ, niezmordowanie wrzucając do nich kamienie (zwane przez niego „kamelami”). Droga to wznosi się (częściej i dłużej), to opada przez piękny wiosenny las. Po lewej między drzewami wartko płynie Wetlina. Po około godzinie spaceru naszym tempem (Grześ ten fragment trasy pokonał na własnych nóżkach, zatrzymując się przy chyba każdej kałuży) docieramy do czerwonej tablicy z nazwą rezerwatu. W pobliżu jest spora wiata, w której urządzamy postój na drugie śniadanie i grzejemy zupkę dla Grzesia.

Punkt wyjścia drogi do rezerwatu „Sine Wiry”.

Drogę ubarwiają piękne kaczeńce.

Po lewej stronie płynie Solinka.

Po wczorajszej burzy na drodze pełno kałuż.

Nasza droga to wznosi się, to opada.

Grześ dziś sam przechodzi prawie 3 km!

Wszystko jest interesujące…

Dlatego idziemy tempem ślimaka – jak ten napotkany na drodze.

Po godzinie dochodzimy wreszcie do granic rezerwatu.

Wetlina w Sinych Wirach płynie niespokojnie.

Przełom Wetliny w Sinych Wirach

Wszystkie większe wiry miały kiedyś swoją nazwę.

Przez kilkadziesiąt minut kropi deszcz, ale wychodzimy w dalszą drogę pewni, że zaraz przestanie padać, a my będziemy mogli kontynuować spacer. Spokojnie oglądamy pieniący się nurt Wetliny, robimy zdjęcia.  Deszcz jednak jak na złość z każdą chwilą się wzmaga. Optymistycznie nastawieni, przechodzimy jeszcze do przodu ponad kilometr ze śpiącym w nosidle Grzesiem. Docieramy do punktu, skąd pięknie widać zakole Wetliny pieniącej swe wody kilkadziesiąt metrów poniżej drogi. W tej okolicy ścieżki przyrodnicze sprowadzają nad samą rzekę i pozwalają z bliska poprzyglądać się, jak woda przebija się przez skały. Tu właśnie zaczyna się najciekawszy odcinek trasy. Niestety, dziś musimy obejść się smakiem. Wzmagający się deszcz i grzmoty zmuszają nas do odwrotu, prawdopodobnie tuż przed miejscem, gdzie ścieżką można zejść nad sam brzeg Wetliny. Co robić, musimy zadowolić się zdjęciami pięknego zakola Wetliny z góry… i wrócić tu kiedyś w przyszłości!

Idziemy dalej na wschód.

Z góry podziwiamy przełom Wetliny.

Droga przez dłuższy czas prowadzi ponad poziomem rzeki.

Knieć błotna bardzo ubarwia nasz spacer.

Wracamy w ulewie – tego nie było w planach!

Ostatnie spojrzenie na burzliwy nurt Wetliny.

Pada i pada – teraz rzekę mamy na drodze.

Wracamy do samochodu szybkim krokiem w coraz intensywniejszym deszczu. Tak leje, że mokniemy nawet w kurtkach z membraną i pod parasolami. Na szczęście Grzesiowi, który jak zwykle w nosidle obudził się po kilkunastu minutach, bardzo podoba się ten mokry marszobieg.

Mimo że nie mieliśmy możliwości dokładnego pomyszkowania po rezerwacie „Sine Wiry”, dzisiejsza wycieczka była bardzo przyjemna. Spokojne obcowanie z przyrodą ukazującą swoje piękne oblicze w tysiącach odcieni wiosennej zieleni dostarczyło nam, starym, wielu wspaniałych wrażeń. Rezerwat „Sine Wiry ” to świetne miejsce na spacer z dziećmi, także przy nieco gorszej pogodzie. Główną szutrową drogą można wygodnie przejechać wózkiem dziecięcym. Widzieliśmy też kilkoro rowerzystów i wydaje się nam, że już 6-7 letnie dzieci bez problemu pokonałyby tę trasę na dwóch kółkach. Ciekawa wydaje się zwłaszcza możliwość przejechania rowerem (lub przejścia) wzdłuż Wetliny przez dawne zapomniane miejscowości Zawój, Łuh i Jaworzec aż do Kalnicy. Prowadzi tamtędy ścieżka historyczna Bieszczady Odnalezione. Koniecznie musimy tu wrócić!

Nasz czas: 11:00–13:30 w górę i w dół, ok. 7 km i 200 m przewyższenia.

Wieczorem czas na pożegnanie z Bieszczadami. Kolacja przy ognisku jest bardzo przyjemna. Ale nie chce się wracać!

Pożegnalny wieczór w Bieszczadach.

Grześ żegna się z Dołżycą.

Jeszcze tu wrócę!

Dwernik Kamień – idealna wycieczka dla rodzin

3 maja 2017, środa

Rano ciepło i parno, do 20 stopni, po południu burze

Nasiczne–Dwernik Kamień (wejście szlakiem, zejście ścieżką przyrodniczą)

Dziś spotyka nas jedno smutne i jedno wesołe wydarzenie – rano wyjeżdżają Towarzysze naszego wyjazdu, przez co od razu robi się cicho i pusto. Dziękujemy, Kochani, za kolejną super udaną wspólną eskapadę! Kto z nami będzie wieczorem siedział przy ognisku, no kto?… Weselsze mamy za to popołudnie – R. przywozi z powrotem Sebusia! Ale się za nim stęskniliśmy! Ale po kolei.

Po śniadaniu wybieramy się na wycieczkę na Dwernik Kamień. To idealna propozycja dla rodzin z dziećmi. Trasa kameralna (kilkadziesiąt razy rzadziej uczęszczana niż ta wczorajsza), nietrudna i niedługa, prowadząca przez piękne bukowe lasy, z uroczym punktem widokowym (wspaniale widać okolice Tarnicy oraz połoniny Wetlińską i Caryńską) i grzędami skalnymi na szczycie. Partie szczytowe Dwernik-Kamienia zostały uznane za pomnik przyrody.

Punktem wyjścia szlaku jest niewielki przysiółek Nasiczne (wygodny parking samochodowy). Czerwono znakowana ścieżka wspina się leśną drogą przez bukowy las. Rozwijające się liście buków urzekają seledynem. Las wydaje się tętnić życiem – tu przebiegnie jaszczurka, tu coś zaszumi w zaroślach, w partiach szczytowych spod nóg uciekają żmije (uwaga, widzieliśmy kilka na własne oczy!). Ścieżka jest dużo mniej błotnista niż ta wczorajsza. Po chwili przecinamy leśną drogę i wchodzimy na przyjemną polanę widokową z miejscem do odpoczynku. Nasza trasa kieruje się dalej na północny zachód. Nachylenie jest dość komfortowe i wchodzi się wygodnie – po ok. półtorej godziny stajemy na szczycie. Według znaków wejście zajmuje 1 godz. 10 min, ale my się nie spieszyliśmy – Grzesiek sporo szedł sam, wiele razy zatrzymywaliśmy się na zdjęcie, na chrupkę, na łyka wody. Wprawny turysta na szczyt z Nasicznego wejdzie w godzinę.

Nasiczne. Stąd ruszamy. Najpierw jednak Grześ sprawdza, co w głowie się kryje.

Ścieżka wznosi się przez bukowy las. Grześ dzielnie na własnych nóżkach.

Urzeka nas seledyn bukowych liści.

Szlak wprowadza na polanę widokową z miejscem odpoczynku.

W oddali majaczy Połonina Caryńska.

Przechodzimy obok piaskowcowej wychodni skalnej.

Ciekawe, co tam jest napisane?

Bieszczady porasta piękna buczyna karpacka.

Ten sędziwy buk zapewne wiele pamięta.

Leśnia biżuteria.

Ścieżka osiąga grzbiet i skręca w lewo.

Zza drzew zaczynają pokazywać się widoki.

Grzbietowy odcinek szlaku w kilka minut wprowadza na szczyt.

Buki karłowacieją i mają coraz bardziej wymyślne kształty.

Na szczycie Dwernik Kamienia (1004 m n.p.m.) rozsiadamy się na dłuższy postój. Grześ wsuwa podgrzaną zupę, my kanapki. Gdybyśmy mogli, chętnie rozkoszowalibyśmy się widokiem – połoniny widać jak na dłoni, w dodatku dziś pogoda dba o spektakl specjalnie dla nas – co chwila przed nami wiatr przewiewa chmury, tworzące coraz to inne konfiguracje. W towarzystwie dwuipółlatka spokojny odpoczynek to jednak fikcja. Młodego trzeba pilnować, bo choć szczyt jest rozległy i idealnie nadaje się od odpoczynku, z grzęd skalnych niepilnowane dziecko łatwo może spaść. Dziś na szczęście Grzesiek znalazł sobie stosunkowo bezpieczną zabawę – wrzucanie kamieni do kałuży, która zebrała się w zagłębieniu skalnym, co zapewniło nam chwilę oddechu 🙂

Szczyt Dwernik Kamienia zdobią spektakularne wychodnie skalne.

Dwernik Kamień (1004 m). Pięknie stąd widać Wetlińską, Caryńską i Rawki pośrodku.

Hura, jesteśmy na Dwernik Kamieniu!

Pokazujemy Rawki, na których byliśmy dzień wcześniej.

Modrzewie przyciągają wzrok swym jasnozielonym kolorem.

Grzesiek ma swój pomysł na postój.

Wrzucanie kamyczków do wody!

… i uciakanie rodzicom…

Wracamy wariantem wschodnim, przez ścieżkę przyrodniczą „Dwernik Kamień”. To nieco dłuższa opcja, jednak jeszcze mniej uczęszczana i pozwalająca na doskonały kontakt z przyrodą. Szczególnie przyjemny jest początkowy fragment, wiodący zalesionym grzbietem. Wąska dróżka prowadzi przez piękna buczynę karpacką, potem wprowadza na leśną drogę, gdzie robi się miejscami trochę błotniście. Oba warianty łączą się ze sobą na dole. Wybierając wariant przez ścieżkę, trzeba uważać na znaki – nie ma tu zwykłych znaków szlaku ani typowych dla ścieżek przekreślonych kwadratów, tylko białe strzałki namalowane na drzewach.

Wyjrzymy, co tam widać.

W tym miejscu od szlaku odłącza się ścieżka turystyczna (na wprost).

Ścieżka prowadzi najpierw grzbietem przez piękną buczynę.

Grzesiek rozmienia kolejny kilometr.

Oznaczenia są dość mylne, zerkamy na mapę.

Nasza ścieżka teraz szybko gubi wysokość.

Kolory wiosennego lasu są bajkowe.

Gdy dojdziemy do leśnej drogi, trzeba skręcić w prawo.

Nasz czas: 10:45-14:15 w górę i w dół, ok. 400 m przewyższenia

Po południu R. jedzie po Sebusia w stronę Rzeszowa. Na spotkanie wyjeżdża mu Dziadek Janek. Sebuś zostaje przechwycony w okolicy Dynowa. Dziękujemy Babci Stasi i Dziadkowi Jankowi za pomoc w sytuacji awaryjnej! W tym czasie w Dołżycy szaleje burza. Dobrze, że nie złapała nas szlaku!

Popołudniowa burza w Dołżycy. Dobrze, że nie złapała nas na szlaku.

A jeszcze przed chwilą było tak pięknie…

Wycieczka na Wielką Rawkę i Krzemieniec (Kremenaros)

2 maja 2017, wtorek

Umiarkowane zachmurzenie, temperatury prawie letnie, a deszcz dopiero wieczorem

Przełęcz Wyżniańska – Mała Rawka – Wielka Rawka – Kremenaros (Krzemieniec)

W ostatni dzień naszego wspólnego bieszczadowania wybieramy się na Rawki i Krzemieniec. To dość długa i momentami nużąca trasa, ale bez trudności technicznych – w dzień z odpowiednią pogodą nadaje się dla odpowiednio wyekwipowanych rodzin z dziećmi. Trudy zmęczenia wynagradza moc wrażeń. Szlak ma bieszczadzki oddech. Jak już wdrapiemy się na Małą Rawkę, zapomnimy o całym trudzie. Rawki mają sławę jednego z najlepszych bieszczadzkich punktów widokowych – podobno przy dobrej pogodzie widać stąd nawet Tatry! Dziś widoczność nie jest aż tak dobra, jednak nawet mimo to widoki z Rawek zapadają w pamięć. Największym utrudnieniem wędrówki jest dziś zalegające na szlaku błoto i pośniegowa breja. Naszą poprzednią, listopadową wycieczkę na Rawki (z pięknymi widokami na dole, ale z zerową widocznością na górze) opisujemy tutaj.

Ruszamy z zatłoczonego parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej. Na szczęście większość turystów rusza na północ w kierunku Połoniny Caryńskiej (fotorelacja z pięknej jesiennej wycieczki na Caryńską tu); naszą trasę wybiera mniej osób – ruch turystyczny jest oczywiście nasilony, ale nie bardzo uciążliwy.

Zazwyczaj odcinki szlaków do schronisk nie oferują widoków i są mało interesujące. Dojście do Bacówki PTTK Pod Małą Rawką przeczy tej zasadzie. Cały czas towarzyszą nam piękne widoki na połoniny, panoramy są rozległe, a wijąca się droga niezwykle malownicza. Z maluszkiem warto podejść nawet 20 minut tylko do bacówki, a wycieczka dostarczy wspaniałych wrażeń. Schronisko przyjmuje turystów już prawie od 40 lat i wciąż cieszy się dużą popularnością. W bacówce jest przyjemna, domowa atmosfera, można tu też dobrze zjeść – testowaliśmy na sobie 🙂

Parkujemy na Przełęczy Wyżniańskiej (855 m) i ruszamy przed siebie.

Wokół feeria wiosennych barw.

Przed nami rysuje się grzbiet Rawek.

Przy bacówce skręcamy w prawo. Jeszcze przez chwilę towarzyszy nam widok na Caryńską.

My dziś oczywiście idziemy dalej. Przy schronisku szlak skręca w prawo i wchodzi w bukowy las. Po chwili do uszu dobiega szum potoku, tworzącego tu malownicze kaskady. Szlak wznosi się coraz stromiej w górę – na stosunkowo niedużym odcinku musimy wejść 400 m w górę. Robi się nużąco, a sytuacji nie ułatwia śliskie błoto pod nogami. W partiach szczytowych szlak na szczęście się wypłaszcza. Jeszcze kilka kroków i stajemy na szczycie Małej Rawki (1272 m n.p.m.). Z chęcią rozsiadamy się na trawie na krótki postój. Pod nami lasy w wiosennej zieleni, a tutaj płaty śniegu i zupełnie jeszcze brązowe trawy – na tej wysokości wiosna jeszcze na dobre się nie rozgościła. Maluchy z apetytem zjadają obiadowe słoiczki, grzane w kubkach z gorącą wodą z termosu. Sielankę przerywa krzyk Grześka – chwila nieuwagi, a on już odkręcił termos i jego zawartość wylał sobie na nogi. Szybko ściągamy mu spodnie – na szczęście oparzenie jest niewielkie. Jak to przy dzieciach trzeba ciągle uważać! Dobrze, że mamy kilka sztuk zapasowych ubrań – te mokre wywieszamy na plecaku – na końcu wycieczki są już zupełnie suche.

Szlak wprowadza w piękny bukowy las.

Na razie idzie się bardzo przyjemnie – właściwe podejście jeszcze przed nami.

Niektóre buki mają tak wymyślne kształty, że trudno schować aparat.

Po prawej potok tworzy malownicze kaskady.

Z kumplem podchodzi się o niebo łatwiej niż w samotności.

Im wyżej, tym trudniejsze warunki na szlaku.

Hura! Mała Rawka (1272 m n.p.m.)!

Trzeba wrzucić coś na ząb.

A potem można podziwiać widoki… W tle majaczy Wetlińska.

Po odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Wielkiej Rawki. Dookoła wspaniałe widoki, więc wędrówka to sama przyjemność, tym bardziej, że idziemy właściwie po jednej poziomicy – przełączka rozdzielająca Rawki jest bardzo płytka. 20 minut marszu i stajemy na szczycie Wielkiej Rawki (1304 m) z charakterystycznym betonowym słupem geodezyjnym. Ten znak rozpoznawczy Wielkiej Rawki stanowił niegdyś element sieci geodezyjnej I stopnia, co oznacza, że w stosunku do m.in. rawiańskiego słupa definiowano mapy. Choć urodą nie grzeszy, turyści niezmiennie robią sobie z nim zdjęcie. Jak byliśmy tu ostatnio, widać było tylko ten słup;), teraz na szczęście mamy możliwość podziwiania szerszej panoramy – widok na każdą stronę jest bardzo rozległy.

Ruszamy dalej. Przed nami Wielka Rawka w całej okazałości.

Grzbietowy odcinek wędrówki jest niesamowicie przyjemny.

Na szczytach barwy jeszcze zupełnie jesienne – ale wiosna już tu idzie!

Przełączka rozdzielająca obie Rawki jest bardzo płytka, więc wędrówka nie jest męcząca.

Pięknie poprowadzona ścieżka wprowadza na kulminację Wielkiej Rawki.

Dla niezdecydowanych. W każdą stronę równie pięknie!

Karłowate buki są jeszcze popielato-wrzosowe.

Rzut oka za siebie – jak pięknie prezentuje się stąd Mała Rawka!

Ach, jak te Bieszczady chwytają za serce…

Wielka Rawka (1304 m) i obowiązkowe zdjęcie pod słupem geodezyjnym.

Chwila wytchnienia na Wielkiej Rawce – pod nogami mamy cały świat!

Z Wielkiej Rawki obniżamy się ok. 200 metrów na przełęcz oddzielającą Rawkę od Kremenarosa, przeklinając w duchu perspektywę późniejszego nadrabiania straconej wysokości. To ciekawy odcinek, bo niemal w całości biegnie polsko-ukraińską granicą. Dodatkową atrakcją są na swój sposób malownicze słupy graniczne – biało-czerwony i niebiesko-żółty szpaler to wdzięczny temat fotograficzny i frajda dla dzieciaków – raz można być w jednym kraju, a za chwilę w drugim! Najciekawiej jest jednak na szczycie granicznego Krzemieńca (Kremenarosa, 1221 m n.p.m.) – zbiegają się tu granice trzech państw – Polski, Ukrainy i Słowacji. Miejsce trójstyku jest oznaczone symbolicznym trójściennym obeliskiem – fotki obowiązkowe! Krzemieniec nie oferuje widoków, ale ze względu na ten wymiar symboliczny jest szczytem ze wszech miar wartym odwiedzenia!

Zejście z Wielkiej Rawki w kierunku Kremenarosa

Schodzi się cudownie lekko. Tylko potem trzeba będzie nadrobić straconą wysokość.

Szlak zbliża się do granicy polsko-ukraińskiej.

Grześ bardzo dzielnie idzie sam, zbierając z wszystkich stron pochwały.

Raz w Polsce…

…a raz na Ukrainie!

Szlak sprowadza na położoną ok. 200 m niżej przełęcz.

Tu rozsiadamy się na drugi dłuższy postój. Starszaki zalegają na trawie, za to Grzesiek kipi energią, mimo że znaczną część drogi przeszedł dziś na własnych nóżkach. Maluchy miewają lepsze i gorsze dni. Jak dobrze, że na dzisiejszą wycieczkę wypadł Grześkowi akurat ten lepszy:) Nasz najmłodszy turysta przeszedł dziś na własnych nogach ok. 1/4 całego dystansu i prawie nie marudził!

Szczyt Kremenarosa (1221 m) – wycieczka do zdjęcia!

Zdecydowanie zasłużyliśmy na odpoczynek.

Niektórzy mają nawet miejsca leżące!

…i twardy jak kamień plecak pod moją głową…

Wracamy tą samą drogą. Najgorszy punkt programu to oczywiście ponowne podejście pod Wielką Rawkę po obniżeniu się na przełęcz za Kremenarosem. Odcinek daje się we znaki, ale bez przesady – wysokość zdobywamy dość szybko. Kolejne trudniejsze miejsce to strome zejście z Małej Rawki – na szlaku leży błoto pośniegowe i nietrudno o pośliźnięcie i upadek, o co martwią się zwłaszcza tatusiowie taszczący najmłodszych turystów na plecach. Na szczęście wszystko przebiega bez problemów i już niedługo znów meldujemy się przy bacówce. Kupowanie pamiątkowych koszulek, stemplowanie pocztówek i można wracać na dół.

Było miło, ale co robić – wracamy.

Zeszło się łatwo, gorzej z ponownym podejściem.

Grześ kipi dziś energią. Znowu nam gdzieś ucieka.

Już trochę zmęczeni, ale nie ma rady, idziemy dalej.

Od tej strony Wielka Rawka prezentuje się wyjątkowo pięknie.

Wielka Rawka za nami, idziemy w kierunku Małej.

Takie widoki chciałoby się zapisać w głowie na jak najdłużej.

Za Małą Rawką, delikatnie mówiąc, warunki na szlaku nie należą do najlepszych.

Skręcamy na ostatnią prostą do Bacówki pod Małą Rawką.

Jeszcze chwila i stajemy przy schronisku. Teraz trudniej zebrać całą wycieczkę do zdjęcia.

Jak tylko stajemy na parkingu, zaczyna padać deszcz. Ale mieliśmy dziś szczęście – chmury kłębiły się na horyzoncie przez cały dzień! Wycieczka była bardzo udana, do polecenia na każdą porę roku. Po opadach szlak bywa jednak – jak to w Bieszczadach – bardzo błotnisty. Zimą trzeba też pamiętać, że okolice Rawek to jeden z niewielu w Bieszczadach terenów, gdzie możliwe jest zejście lawin. Przy stabilnej pogodzie można się tu wybrać nawet z 6-7 letnimi dziećmi zaprawionymi w górskich wędrówkach (lub z młodszymi w nosidełkach).

Nasz czas: 10:15-16:45, ok. 12 km i 700-800 m przewyższenia

Wieczór mamy przemiły. Wspólne ognisko, żarty, śpiewanie – tak nam wesoło, że dołączają się  do nas nawet inni goście z naszej kwatery! Dzieciaki szybko znajdują wspólny język z sympatycznym harcerzem Michałem z Poznania (pozdrawiamy!). Szkoda, że wspólny wyjazd tak szybko dobiega końca.

Pożegnalne ognisko Bieszczady 2017.

Kto ma dzieci, ten… zmienia plany!

1 maja 2017, poniedziałek

Nareszcie piękny dzień, temperatura stopniowo rośnie do 15 stopni, podmuchy chłodnego wiatru

Kto ma dzieci, ten… zmienia plany

Wczoraj Sebuś był taki trochę niewyraźny – marudził i nie miał na nic siły. Dzisiaj sprawa się wyjaśnia – angina… A mieliśmy o 8:00 ruszać na Tarnicę! Plecaki spakowane, a tu bach! No, niestety, kto ma dzieci, ten… musi czasem zmienić plany…

Tymek jest bardzo zawiedziony taką koleją rzeczy, bo reszta jego kolegów szykuje się do drogi. Nasi cudowni Znajomi przygarniają jednak naszą najstarszą latorośl. Radość Tyma trudno opisać. W dziesięć minut robimy kanapki, pakujemy go i wysyłamy na najwyższy szczyt Bieszczadów. Tomku, Kasiu, Dorotko, Sławku, Januszu i Arku, bardzo Wam dziękujemy!!!

Wciąż jednak pozostaje nam problem, jak rozdzielić nasze młodsze pociechy, żeby Grześ też się nie rozchorował. Nieocenioną pomocą okazują się Dziadkowie. Zgadzają się zaopiekować Sebkiem. Kolejne pośpieszne pakowanie i o 9:30 R. z Sebkiem ruszają do Rzeszowa. Na bieszczadzkich krętych drogach biedny Sebuś trochę się męczy, ale dzielnie znosi trudy podróży i po południu odpoczywa już u Babci i Dziadka.

M. w tym czasie zwiedza z Grzesiem najbliższe okolice naszej kwatery. Idą na plac zabaw, do pieska, do kotka, do drugiego kotka, nad strumyczek itp.

Widok ze stoków Horodka w kierunku Cisnej.

Spodoba się tu wszystkim szukającym ciszy i spokoju.

Oglądamy z Grzesiem sympatycznego psa naszych gospodarzy.

…i szukamy kotka. Tylko gdzie ten kotek?

O, są, nawet aaa, kotki dwa. Takie piękne – tylko w Dołżycy!

Wkrótce po popołudniowej drzemce Grzesia wraca z Rzeszowa R. Po wspólnym obiedzie ruszamy w poszukiwaniu leśnej drogi, która według mapy łączy się ze szlakiem na Łopiennik. Im wyżej się wspinamy, tym szersze widoki rozpościerają się przed i za nami. Wiosenne barwy, te wszystkie odcienie zieleni podobają się nam chyba jeszcze bardziej niż jesienne. Jak miło tak iść przed siebie! Spotykamy jadących konno gości z naszego kompleksu agroturystycznego. Konie pięknie wpisują się w bieszczadzkie krajobrazy. Nie przedłużamy jednak spaceru, bo zaraz wrócą dzisiejsi dzielni zdobywcy Tarnicy, a wśród nich nasz Tymo.

Piękne okolice Dołżycy.

Horodek w świetle przedwieczornego słońca.

Spotykamy wycieczkę konną.

Czas wracać.

Dwunastoosobowa wyprawa z naszym Tymkiem w składzie zdobyła dzisiaj nie tylko najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, ale pokonała całą dwudziestokilkukilometrową pętlę z Wołosatego przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec z powrotem do Wołosatego. Wśród nich był nawet jeden dzielny siedomiolatek  (brawo, Olku!). Wrócili niesamowicie opaleni, trochę zmęczeni i… ubłoceni po szyję, ale pełni wrażeń, którymi przez cały wieczór dzielili się z pozostałymi uczestnikami naszej bieszczadzkiej eskapady.

Wieczorem czcimy udaną wycieczkę wspólnymi lodami i kolejnym śpiewograniem w naszej świetlico-jadalni. Dwie piosenki dedykujemy Sebusiowi przez telefon. Nasz synek bardzo się wzrusza (i my też…!). Sebusiu, bardzo nam Ciebie brakuje!

Zagroda pokazowa żubrów w Mucznem i Łopienka – dawny ośrodek kultu Maryjnego

30 kwietnia 2017, sobota

Deszcz i śnieg, temperatura jak w zimie 

Zagroda pokazowa żubrów w Mucznem

Sprawdzamy te prognozy i sprawdzamy. Od rana miało nie padać, a pada. Reklamacja! Temperatura bez zmian. Ale pogódka! Modele ICM przewidują jednak poprawę w ciągu najbliższych godzin. Uzbrajamy się więc w kurtki przeciwdeszczowe i stuptuty, i zwarci i gotowi podjeżdżamy na Przełęcz Wyżniańską z zamiarem wejścia na Połoninę Caryńską. Opady jednak zamiast ustawać, tylko się nasilają – w pewnym momencie zaczyna padać nawet deszcz ze śniegiem. W takich warunkach z dzieciakami musimy odpuścić.

Pakujemy się więc z powrotem do samochodów i podjeżdżamy ok. 40 min do osady Muczne, leżącej w dolinie potoku o tej samej nazwie. Główną atrakcją turystyczną Mucznego jest zagroda pokazowa żubrów. Zagroda jest niewielka, zajmuje tylko 7 hektarów, ale dzięki temu łatwiej wypatrzeć głównych bohaterów. Dla zwiedzających wybudowano dwa tarasy widokowe. Żubry jednak dziś robią nam psikusa i uciekają nam w przeciwległy kraniec zagrody – gdyby komuś przydarzyło się to samo, należy wrócić do szosy i podejść nią ok. 200 m w kierunku południowym, po czym skręcić w prawo w następną leśną drogę. Pozwoli to na spacer południowym skrajem zagrody i podpatrzenie uciekinierów.

Spacer po Mucznem jest bardzo przyjemny; właściwie jedyne, co nam przeszkadza, to pogoda – cały czas popaduje deszczyk. Dzieciaki chętnie oglądają największe ssaki lądowe Europy. Grześ mówi, że żubry to „krowy”. W sumie połowicznie ma chłopak rację:)  My, starzy, chętnie czytamy informacje z tablic informacyjnych. Dowiadujemy się m.in., że żubry zostały reintrodukowane w Bieszczadach w latach 60. i obecnie w kilku stadach żyje tu ok. 280 sztuk. Czy wiedzieliście, że Polska ma najliczniejszą populację żubrów na świecie? – żyje u nas ok. 30% wszystkich osobników tego gatunku!

Po pożegnaniu z żubrami wracamy do domu na obiad. Nareszcie przestaje padać, a zza chmur wygląda słońce. Tak niewiele trzeba, by zaczarować widok za oknem!

Zagroda pokazowa żubrów w Mucznem zajmuje obszar 7 hektarów.

Dla turystów zbudowano dwa tarasy widokowe. Co y tego, skoro żubry nam uciekły!

Zawsze jednak możemy podziwiać budzącą się do życia przyrodę.

W poszukiwaniu żubrów. Wchodzimy w drogę przylegającą do zagrody od południowej strony.

Hura! Mamy go!

Niczym paparazzi obserwujemy rodzinną sielankę.

Króla puszczy mało interesuje zamieszanie, jakie wywołuje swoją obecnością.

Dama z łasiczką, a Tymo … z żubrem!

A gdyby tak wejść za ogrodzenie… – myśli Grzesiek.

Łopienka – dawny ośrodek kultu Maryjnego

Po obiedzie wybieramy się wszyscy do Łopienki – nieistniejącej już dawnej wsi słynnej z cerkwi z cudowną ikoną Matki Bożej. Uroczo położona u stóp Łopiennika wioska miała  burzliwą historię. Kiedyś pełna życia, słynęła z najstarszej (XVIII w. ) murowanej cerkwi w Bieszczadach, Łopienka była ważnym ośrodkiem kultu Maryjnego. Jak chce legenda, niegdyś w koronie lipy objawiła się tu 7-letniej dziewczynce Matka Boska w postaci cudownej ikony. Szybko wystawiono odpowiednią kaplicę, a potem zbudowaną tuż obok cerkiew z cudownym obrazem. W 1946 r. mieszkańcy Łopienki zostali wysiedleni do ZSRR. Cerkiew zaczęła niszczeć, a jej wyposażenie rozkradano. Ikona na szczęście znalazła schronienie w kościele w Polańczyku. W latach 70. rozpoczęto starania o odbudowę cerkwi – prace były prowadzone do 2011 r.

Cerkiew w Łopience jest cały czas otwarta, za zwiedzanie nie są pobierane opłaty. Wewnątrz znajduje się kopia cudownego obrazu. Chętni mogą kupić cegiełkę na odbudowę świątyni. Niesamowicie klimatyczne miejsce! Polecamy na rodzinny spacer, na dzień „kondycyjny” lub deszczowy! Kiedyś do Łopienki nie można było podjeżdżać samochodem, teraz można zaparkować przy samej cerkwi – my jednak radzimy zostawić samochód przy szosie. Spacer będzie dużo przyjemniejszy.

Dobrzy piechurzy mogą kontynuować wędrówkę z Łopienki w kierunku północno-zachodnim, my jednak ze względu na zbliżający się wieczór zarządzamy odwrót.

Droga do Łopienki zaczyna się nieco na południe od miejscowości Buk.

Nasza droga uroczo wije się doliną potoku.

Idziemy wzdłuż jednego z dopływów Solinki.

… na którym miejscami oglądamy malownicze odsłonięcia skalne

Mijamy stanowiska bieszczadzkich smolarzy.

Nie możemy powstrzymać chęci bliższego przyjrzenia się miejscu ich pracy.

Za surowiec do wypału służy zazwyczaj drewno bukowe.

Bukowe kłody pakuje się do pieca i czeka, aż ulegną zwęgleniu.

Idziemy dalej. Po dawnej wiosce nie zostało nic.

Wszystkie kolory wiosny.

Wiatę turystyczną zbudowano na miejscu dawnej karczmy.

Zespół cerkiewny w Łopience.

…obejmuje odbudowaną XVIII-wieczną cerkiew

…zrekonstruowaną drewnianą dzwonnicę

…oraz odbudowaną XIX-wieczną kaplicę grobową.

Przycerkiewne nagrobki w dużej mierze zostały zniszczone.

Grześ w Łopience.

W środku można zobaczyć kopię cudownej ikony Matki Bożej z Dzieciątkiem.

Oryginalna ikona przetrwała w Polańczyku dzięki poświęceniu księdza F. Stopy.

Cerkiew p.w. św. Paraskiewy była najstarsza murowaną cerkwią w Bieszczadach.

Figura Chrystusa Bieszczadzkiego została wykonana z kawałków surowego bieszczadzkiego drewna.

Wycieczka podobała się wszystkim. Mistyczny klimat dawnego miejsca kultu, możliwość podpatrzenia stanowisk pracy bieszczadzkich smolarzy, dookoła piękna budząca się do życia przyroda. Dzieciakom szczególnie spodobała się wypalona stara lipa, rosnąca nieopodal cerkwi. Jej wnętrze spokojnie mogło pomieścić do 4 osób (choć niektórzy mówią nawet o dziesięciu!).

Przy cerkwi rośnie charakterystyczna stara lipa – te drzewa tradycyjnie wiązano z postacią Maryi.

W środku spokojnie mieści się kilka osób.

Jak pięknie prezentuje się na takim tle knieć błotna.

Spojrzenie na zachód, w stronę dawnej górnej wsi.

Ostatni rzut oka na serce dawnej Łopienki.

Wracamy.

Ach, te wiosenne kolory!

Grzesiek przeważającą część spaceru przechodzi na własnych nóżkach i  niespecjalnie chce wsiadać do nosidła. Jesteśmy dumni z krzepy najmłodszego członka naszej rodziny, ale jednak wspólne przemieszczanie się na dłuższe dystanse stało się ostatnio dużo trudniejsze. Starsze dzieciaki są zajęte sobą i o nie właściwie nie musimy się martwić.

Wieczór spędzamy przy ognisku, jednak zimno dość wcześnie wygania nas do łóżek.