Beskid Śląski, część II

 7 marca 2009, sobota

Rano załamuje nas deszcz, który potem na szczęście przechodzi w mokry śnieg

Przedpołudniowa wycieczka M. i R.: Jawornik – Soszów

Podjeżdżamy samochodem do Jawornika, rozmawiając cały czas o wczorajszej radosnej nowinie. Ośrodek narciarski Wisła-Soszów wywiera na nas bardzo korzystne wrażenie – nowoczesny, o rodzinnym charakterze (specjalny „wyciąg dla przedszkolaka” itp.). Może nie ma tu zbyt wielu tras i nie są one zbyt długie, ale te, które są, mają przyjemne nachylenie – na pewno można sobie miło pojeździć.

Skuleni pod parasolami wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na górę, po czym podchodzimy na szczyt (20’) brzegiem trasy narciarskiej. Ze szczytu ponoć podziwiać można piękny widok, my dziś widzimy tylko mleko.

Schodzimy na odpoczynek i coś ciepłego do schroniska Soszów – w środku bardzo przyjemna, rodzinna, schroniskowa atmosfera. Zjeżdżamy wyciągiem (ale mokro!) na dół.

Wycieczka do Bielska-Białej (16:00-18:45)

Jesteśmy dzielnymi turystami, więc nie zniechęca nas podający deszcz ze śniegiem. Chcemy coś zjeść w środku zwiedzania, ale jakoś nie spotykamy żadnej zachęcającej knajpy, więc napychamy Tyma chrupami i decydujemy się zaliczyć wszystko za jednym zamachem, po czym w drodze powrotnej zahaczyć o regionalną karczmę, którą widzieliśmy z samochodu. Pada coraz bardziej, więc robimy sprint pod parasolami po największych atrakcjach miasta, Tymo dzielnie nam towarzyszy w nosidle, R. trzyma mapę i pilnuje drogi, M. spod parasola robi zdjęcia. W ten sposób oglądamy w Bielsku: Plac Chrobrego z przyciągającym wzrok witrażem, rynek w Bielsku, zamek Sułkowskich (XIV-XIX), budynek Teatru Polskiego i poczty oraz Katedrę Św. Mikołaja (XV), a w Białej rynek z kamienicą Pod Żabami (Tymusiowi bardzo się podoba, żaby nazywamy Moniką i Minerwą) i kościołem ewangelickim (XVIII) oraz deptak (ul. 11 listopada).

Mimo nieszczególnej aury humory wszystkim dopisują i wspomnienia z wycieczki mamy bardzo dobre.

Ośrodek narciarski Soszów.

Ośrodek narciarski Soszów.

Na Wielki Soszów.

Na Wielki Soszów.

Czy to Tatry?

Czy to Tatry?

Schronisko 'Soszów'.

Schronisko ‚Soszów’.

Na rynku w Bielsku.

Na rynku w Bielsku.

Teatr Polski, XIX w.

Teatr Polski, XIX w.

Monika i Minerwa.

Monika i Minerwa.

Ul. Przechod schodowy ;-), Biała.

Ul. Przechod schodowy ;-), Biała.

8 marca 2009, niedziela

W nocy nasypało ok. 30 cm świeżego świtu, od rana już nie pada, a po południu wychodzi słońce!

Wycieczka do Cieszyna (10:00-13:20)

Cieszyn zachwyca nas bardzo ładną starówką. Na rynku M. robi kilka zdjęć, po czym przenosimy się na Wzgórze Zamkowe. Koniecznie trzeba tu zajrzeć, odwiedzając Beskid Śląski! Można obejrzeć tu XIV-wieczną Wieżę Piastowską (Tymo wchodzi sam po b. stromych 120 schodach) i – uwaga uwaga – rotundę św. Mikołaja z … XI w (znaną m.in. z banknotu 20-złotowego). Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że rotundę zwiedza się samemu, po uprzednim pobraniu (na dowód osobisty) wielkiego klucza w Wieży Piastowskiej. Wrażenia są niezapomniane – to w końcu 1000 lat historii Polski!

Wracamy przez czeski Cieszyn – ale fajnie, że to takie łatwe po Schengen!

Wycieczka na Stożek M. + R. (14:00-18:00)

Droga przez Przełęcz Salmopolską utrudniona z powodu parkujących na drodze samochodów. Zatrzymujemy się na parkingu dla narciarzy i podchodzimy pod dolną stację wyciągu krzesełkowego. Kolej jest dość krótka (240 m różnicy wysokości), ale trasy wyglądają na fajne (jest trasa czarna, czerwona i niebieska) i niezatłoczone; ośrodek sprawia wrażenie nowoczesnego. Z górnej stacji wyciągu podchodzimy kilkaset metrów do ładnego i uroczo położonego schroniska PTTK Stożek. Doczytujemy, że to pierwsze polskie schronisko w Beskidach. Pijemy sobie herbatkę, jesteśmy sami w jadalni. Schodzimy w dół w pięknym słońcu.

W drodze powrotnej zajeżdżamy do kościoła w Łabajowie z dołączoną wieżą drewnianą z XVI w.

Wieża Piastowska, XIV w.

Wieża Piastowska, XIV w.

Wieża Piastowska, XIV w.

Wieża Piastowska, XIV w.

Widok na Cieszyn z Wieży Piastowskiej.

Widok na Cieszyn z Wieży Piastowskiej.

Rotunda Św. Mikołaja, XI w.

Rotunda Św. Mikołaja, XI w.

Cieszyński rynek

Cieszyński rynek

Z Łabajowa pod Stożek.

Z Łabajowa pod Stożek.

Do dolnej stacji kolejki na Stożek.

Do dolnej stacji kolejki na Stożek.

Ośrodek narciarski Wisła-Stożek.

Ośrodek narciarski Wisła-Stożek.

Grzbietem Stożka.

Grzbietem Stożka.

Schronisko na Stożku (957 m n.p.m.).

Schronisko na Stożku (957 m n.p.m.).

9 marca 2009, poniedziałek

Walka zimy z wiosną. Od wysokości Szczyrku prawie cały dzień pada śnieg, niżej – deszcz

Wycieczka (z przygodami) do Chaty Wuja Toma (9:30-13:15)

Po drodze zatrzymujemy się na zdjęcie przed drewnianym kościółkiem Św. Jakuba (XVIII) w Szczyrku. Chcemy też zajechać do Sanktuarium na Górce, ale – jak się okazuje – wybieramy złą, nieodśnieżaną drogę i musimy się wycofywać (przy okazji zakopując się w zaspie = przygoda I).

Spacer na Przełęcz Karkoszczonka

Idziemy przez bajkowo zasypany śniegiem las, uważając na czapy śniegu spadające z drzew. Wyglądamy na przełęcz, ale niestety nie ma widoku, tylko jedno wielkie mleko.

Chata Wuja Toma to prywatne schronisko w niedużym drewnianym budynku, ale w środku panuje prawdziwie schroniskowa atmosfera. Tymo biega jak szalony – nadrabia kilometry spędzone w nosidle. Wsuwamy z apetytem kiełbasę z chlebem, wracamy tą samą drogą.

Przygoda II spotyka nas w drodze powrotnej. Po ostatnich opadach śniegu całą drogę pokrywa śnieżna breja i nasza Fabia nie może wyjechać z miejsca postojowego. Próbujemy różnych sposobów – wypychania (z pomocą innych kierowców), bujania, wszystko na nic. W końcu udaje się wyjechać za pomocą łańcuchów (które wcześniej – jak na złość – na amen się splątały).

Popołudniowa przejażdżka M. + R.

Najpierw chcemy jechać do Koniakowa, ale po boksowaniu już na samym początku drogi na przełęcz zmieniamy plany. Podjeżdżamy na parking w Bielsku-Białej i ucinamy sobie krótki spacer do schroniska na Dębowcu. Ciągle pada. Niestety, dziś wyjątkowo gospodarze wyjechali i schronisko jest zamknięte, więc nie zaliczamy ani herbatki, ani pieczątki.

Usatysfakcjonowani tylko częściowo postanawiamy kontynuować wycieczkę – podjeżdżamy do Ustronia i wjeżdżamy na Równicę po schroniskową pieczątkę dla Tymusia. Prześladuje nas chyba jakiś pech – i to schronisko z powodu jakiejś awarii okazuje się zamknięte. Ale może i dobrze się stało – w końcu lądujemy w znanej Kolibie pod Czarcim Kopytem. Nawet tylko dla kolacji w tej karczmie warto było tu wjechać. Wita nas stylowe wnętrze w starej chałupie (obok „stodoła” z paleniskiem), zaaranżowane na piekło. A wokół ciemny i mglisty wieczór. Ale atmosfera! Zjadamy po porcji przepysznych pierogów i zarządzamy powrót.

Schronisko na Stożku (957 m n.p.m.).

Schronisko na Stożku (957 m n.p.m.).

Na Przełęcz Karkoszczonka.

Na Przełęcz Karkoszczonka.

Na Przełęczy Karkoszczonka.

Na Przełęczy Karkoszczonka.

Chata Wuja Toma (pod przełęczą).

Chata Wuja Toma (pod przełęczą).

Schronisko Na Dębowcu.

Schronisko Na Dębowcu.

Jedziemy na Równicę.

Jedziemy na Równicę.

Koliba pod Czarcim Kopytem.

Koliba pod Czarcim Kopytem.

Koliba pod Czarcim Kopytem.

Koliba pod Czarcim Kopytem.

10 marca 2009, wtorek

Przed południem bajkowa pogoda: słońce i śnieg, w górach -1, na dole do 3 stopni

Kolejką na Szyndzielnię (bis) i wejście na Klimczok (9:20-13:00)

Wjazd – jak poprzednio – przyjemny, a na górze po prostu bajka: wszystko pokryte świeżym śniegiem i szadzią. Do tego idziemy jako pierwsi po świeżo wyratrakowanym stoku – to bardzo przyjemne.

W schronisku na Szyndzielni jemy obiad. Tymusiowi udaje się kupić drewnianego kotka – pamiątkę, którego wypatrzył sobie ostatnio. Kotek otrzymuje imię Malwa. W drodze powrotnej Tymo mówi do Babci „Nie WEZMUJ tego kotka, bo to mój ulubiony”.

Wycieczka do Koniakowa i Istebnej (M. + R.)

W czasie drzemki Tyma jedziemy we dwoje z planem zwiedzenia Koniakowa i kupna słynnych koronek, ale na miejscu większość lokalików oferujących regionalne produkty okazuje się zamknięta – cóż, jesteśmy w środku tygodnia poza sezonem. W Istebnej z kolei całujemy klamkę w chacie Kawuloka (izbie regionalnej) – zaglądamy tylko do środka przez okno i uciekamy do samochodu przed śnieżycą. Randkę kończymy wizytą w regionalnej karczmie w Koniakowie, jest bardzo miło.

Wracamy przez przełęcz Kubalonkę i Salmopolską.

O, tu wpada do tunelu!.

O, tu wpada do tunelu!.

Na Szyndzielnię.

Na Szyndzielnię.

 Szyndzielni na Klimczok.

Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Szyndzielni na Klimczok.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

Z Klimczoka na Szyndzielnię.

11 marca 2009, środa, dzień pożegnalny

Pogoda brzydka: poniżej 700 m deszcz i deszcz ze śniegiem, wyżej śnieg

Wycieczka do Ustronia i na Czantorię (M. + R.), 9:20-14:20

Przez całą drogę mocno pada i zastanawiamy się, czy w ogóle jest sens wjeżdżać na górę. W końcu decydujemy się – i dobrze! Wjeżdżamy na Czantorię nowym, 4-osobowym wyciągiem krzesełkowym – w sezonie na pewno tłumy, dziś jeździli pojedynczy narciarze. Z wyciągu nie mogliśmy obejrzeć całej trasy (jest czerwona i niebieska z niezłym przewyższeniem plus ośla łączka dla dzieci). Wjeżdżamy pod parasolami.

Na górze, zwątpieni, idziemy do baru na herbatkę. Ogrzani decydujemy się jednak przespacerować na szczyt Czantorii. To dobra decyzja: dzięki niej mamy piękny, zimowy spacer w sypiącym śniegu. Ścieżka przetarta przez pojedyncze osoby. Wzdłuż niej mnóstwo uśpionych teraz atrakcji turystycznych (park linowy, sokolarnia, plac zabaw…).

Na szczycie Czantorii punkty gastronomiczne i wieża widokowa. My widzimy mleko i brodzimy w śniegu do kolan. Podchodzimy jeszcze 10-15’ do czeskiego schroniska pod Czantorią – tu szlak lepiej przetarty. Samo schronisko niezbyt urodziwe, ale klimatyczne, jemy wyprażany ser. Powrót tą samą drogą.

Pożegnalna wycieczka do Żywca, 16:00-19:45

Trochę nam się nie chce jechać, bo znowu pada, a czeka nas pakowanie, ale w końcu się mobilizujemy – z czego finalnie jesteśmy bardzo zadowoleni. Po drodze zahaczamy o Sanktuarium Matki Boskiej na Górce – już jesteśmy mądrzejsi i wiemy, że w warunkach zimowych trzeba jechać tu drogą jak do hotelu Orle Gniazdo. Ciekawe miejsce: kamienny kościół z cudownym źródełkiem obok, piękny widok na Szczyrk.

Potem już prosto do celu. Żywiec bardzo nam się podoba, i to mimo złej pogody. Zwarte, ładnie odnowione centrum z miłymi butikami. Podczas spaceru oglądamy Park Habsburgów z pałacem (XIX) i zamkiem (XVI, piękne krużganki na dziedzińcu), katedrę (XV), kamienną dzwonnicę (XVIII), miły rynek z ratuszem oraz gotycki kościół św. Krzyża kryty gontem (XIV). Cały spacer obfituje we wrażenia turystyczne i sprawia nam wielką przyjemność. Tymcio grzecznie siedzi w nosidle.

Na pożegnalną kolację idziemy wszyscy do Karczmy Żywieckiej. Strzelamy sobie takie porcje, że mało nie pękamy. Tymo długo nie chciał wchodzić do knajp, ale wzięliśmy go na sposób – jajka z niespodzianką, które w tajemniczy sposób znajdują się w pobliżu stolika, przy którym jemy.

Wieczorem, chcąc nie chcąc, pakujemy się o domu. Wiemy, że teraz przez jakiś czas będzie u nas posucha w aktywnych wyjazdach, ale za to następnym razem pojedziemy już w powiększonym gronie!

Na Wielką Czantorię.

Na Wielką Czantorię.

Wielka Czantoria.

Wielka Czantoria.

Wielka Czantoria.

Wielka Czantoria.

Sanktuarium Maryjne na Górce w Szczyrku.

Sanktuarium Maryjne na Górce w Szczyrku.

Żywiecki Pałac Habsburgów (XIX w).

Żywiecki Pałac Habsburgów (XIX w).

Żywiecki Zamek Habsburgów (XVI w).

Żywiecki Zamek Habsburgów (XVI w).

Katedra (XV w) w Żywcu.

Katedra (XV w) w Żywcu.

Żywiecki rynek z ratuszem.

Żywiecki rynek z ratuszem.

Gotycki Kościół Św. Krzyża, XIV w.

Gotycki Kościół Św. Krzyża, XIV w.

Beskid Śląski, część I

 28 lutego 2009, sobota

Całkiem ładny dzień, sporo słońca, przelotny deszcz ze śniegiem, 0-3 stopnie

Warszawa – Olsztyn – Szczyrk

Dzielnie wstajemy o 5:15 i półtorej godziny później już jesteśmy w drodze. Na Katowickiej ruch umiarkowany, bez przestojów, większe natężeniu ruchu przez Śląsk. Trochę nam ciasno w samochodzie, bo M. cudem rano przypomina sobie o nosidle, dopychamy je w ostatniej chwili, ale nie mieści się już w bagażniku i – o radości – jedzie z nami w środku.

Continue reading

Beskid Śląski, 2009.03

Beskid Śląski to idealne pasmo na rozpoczęcie przygody górskiej z kilkulatkiem. Takiego nagromadzenia atrakcji dla dzieci i takiego stopnia przystosowania infrastruktury turystycznej dla najmłodszych nie spotkaliśmy chyba w żadnym innym beskidzkim paśmie. Place zabaw przy schroniskach to tutaj norma. Wiele możliwości zaplanowania krótkich tras, ale z jakimś „celem”, który może przyciągnąć malucha, i duży wybór atrakcji podgórskich. Wyjazd z niespełna trzyletnim Tymusiem jest więc bardzo udany. Jedzie z nami Babcia (wielkie dzięki!), która umożliwia nam trochę wypadów we dwoje. Pobyt w Szczyrku wspominamy też wyjątkowo z innego powodu – w jego trakcie dowiadujemy się o ciąży M. – a to oznacza wyjątkowo pomyślną wiadomość – nasza rodzina obieżyświatów niebawem się powiększy! Hura, marzyliśmy o tym o dawna! Continue reading

Beskid Żywiecki, 2008.12

Wyjazd w okresie świąteczno-noworocznym to gwarancja wysokich cen i tłumów w kurortach. A wyjazd w okresie przedświątecznym? Pusto, spokojnie, a infrastruktura turystyczna w pełnej gotowości. Jeśli do tego uda się wyrwać tylko we dwoje, to już chyba lepiej być nie może. Taka bajka przytrafiła nam się naprawdę w grudniu 2008, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Continue reading

Słowacja – Niskie (i Wysokie) Tatry, tydz. II

4 lutego 2008, poniedziałek

Chmury, wiatr i deszcz, 3 stopnie

Po wczorajszym przepięknym dniu pogoda zupełnie się zepsuła. Wiatr, deszcz i panta rei. W związku z tym zaplanowaliśmy wycieczkę w bardziej cywilizowane okolice – do pobliskiego Liptowskiego Mikulasza.

Szybko obejrzeliśmy rynek i okolice (Plac Wyzwolicieli i ul. 1 Maja), m.in. Kościół św. Mikołaja i ratusz, i przenieśliśmy się do Muzeum Ochrony Przyrody i Speleologii (czy – po słowacku wdzięczniej – Jaskiniarstwa). Continue reading

Słowacja – Niskie Tatry, tydzień I

 29 stycznia 2008, wtorek

Najpierw deszcz, mgła i ciemno, potem tylko mżawka i mgła, ok. 1 stopnia

Wyjeżdżamy z Warszawy o 4.30 rano. Ciemno, na katowickiej tir za tirem. Wyjazd rano jednak zawsze się opłaca: Tymuś po chwili konwersacji o „zimowych wakacjach” zasypia i budzi się dopiero w Częstochowie. W związku z tym udaje się nam wykonać najbardziej optymistyczny plan: dojechać jedną porcją aż za Koziegłowy.

Zatrzymujemy się w znanym nam miejscu na śniadanie. Tymuś ogląda choinki i biega jak szalony. Continue reading

Tatry, 2007.10

Po ponad rocznej abstynencji od tatrzańskich szlaków postanawiamy urządzić sobie małe święto – wyrwać się na przedłużony weekend tylko we dwoje! Na początku mamy wiele obaw – Tymuś nigdy nie zostawał na tak długo bez nas, szczególnie dla M. rozstanie jest trudne, ale w końcu zdobywamy się na odwagę. Na pewno ogromnym ułatwieniem jest to, że możemy zostawić T. pod troskliwą opieką Babci i Dziadka (wielkie dzięki!). Wbrew naszym obawom Tymo znosi rozłąkę rewelacyjnie – na pewno to my bardziej ją przeżywaliśmy, nie on. Możemy cieszyć się górami i wyjątkowo łaskawą jak na tę porę roku pogodą.

10 października 2007, środa

Noc mglista, od 10 do 2 stopni

Wyjeżdżamy wieczorem – R. po pracy podjeżdża pod M. zaraz po zakończeniu jej zajęć ze studentami, pijemy szybką kawę z automatu i o 19.00 ruszamy w drogę!

W Warszawie korki, do Janek przebijamy się 40 min. Katowicką duży ruch (zwłaszcza tirów), ale jedzie się już sprawie. Nowe radary przybywają jak grzyby po deszczu. Po ok. 180 km zmieniamy się za kierownicą, wcześniej podpierając się jeszcze jedną kawą.

Autostradą jedzie się jak zawsze drogo i niewygodnie (remonty widać nigdy się nie skończą). Najbardziej do wiwatu dała nam jednak mgła, zwłaszcza na remontowanej obwodnicy Krakowa. Mimo że bardzo lubimy być w drodze, to jednak nie jesteśmy entuzjastami nocnych podróży.

Po raz kolejny zmieniamy się na stacji po skręcie na Zakopiankę – kolejna kawa pozwala nam zebrać siły na ostatnią część drogi. Na szczęście na tym odcinku jest już niewielki ruch. Udaje się nam złapać dobrego zająca, co bardzo ułatwia nocną jazdę we mgle, i bez przeszkód dojeżdżamy na miejsce. Jest 1:40. Cała droga zajęła nam 6 godz. 40 min (z 2 postojami).

Szybciutko się rozpakowujemy i zasypiamy na materacach na podłodze. Tym razem mamy lokum w samych Kuźnicach, wiec cieszymy się, że jutro nie będziemy mieli daleko do punktu wyjścia szlaków.

11 października 2007, czwartek

Jesień jak lato, słońce i 14 stopni

Chcemy choć troszkę się wyspać, a jesienny dzień jest krótki, więc wybieramy na dziś niezbyt długą trasę: Ścieżką nad Reglami przez Grzybowiec na Giewont (tędy jeszcze na Giewont nie wchodziliśmy).

Ścieżką nad Reglami przez Przełęcz Białego, Czerwoną Przełęcz do Polany Strążysk

W kierunku Kalatówek ciągnie sporo ludzi – co prawda jest środek tygodnia, ale pogoda jest naprawdę prześliczna. Bardzo malowniczy jest zwłaszcza pierwszy odcinek ścieżki (do Przełęczy Białego) – podziwiamy piękną jesień i widoki na okolice Zakopanego, mijamy fotogeniczne skałki i mostki. Marzymy sobie, jak fajnie będzie tu przyjść kiedyś z dzieciakami.

Polana Strążysk zalana słońcem. Bardzo miły odpoczynek w herbaciarni przy pierniku, szarlotce i gorącej herbatce.

Polana Strążysk-Giewont

Najpierw dość stromy, ale wygodny szlak przez las. Potem ścieżka zaskakuje nas swoim urokiem, w słonecznej jesiennej scenerii wygląda po prostu bajkowo. Piękne widoki na Dolinę Małej Łąki i jej otoczenie oraz na Giewont.

Wchodząc, spotykamy sporo wracających turystów, nawet całe wycieczki, ale wybraliśmy się później niż wszyscy, więc na szczycie i w drodze powrotnej możemy się już cieszyć samotnością. Mamy wyjątkową okazję posiedzieć sobie na szczycie Giewontu tylko we dwoje, przy chylącym się ku zachodowi słońcu. Wspominamy nasze poprzednie wycieczki na Giewont, oglądamy widok na Tatry Wysokie i Zachodnie (przykryte malowniczymi mgłami).

Zejście przez Kondratową i Kalatówki

Stopniowo pogrążamy się w cieniu zachodzącego słońca. Nie spotykamy praktycznie nikogo. Jest bardzo klimatycznie.

Na Kalatówkach jemy późny obiad.

Ostatni odcinek pokonujemy już w mroku, z radością witamy światełka Kuźnic.

Nasz czas: 10:00-18:45, ok 17 km i 1400 m różnicy wzniesień.

Przełęcz Białego.

Przełęcz Białego.

Ścieżką nad Reglami - widoki.

Ścieżką nad Reglami – widoki.

Polana Strążysk.

Polana Strążysk.

Przez Przeł. w Grzybowcu na Giewont.

Przez Przeł. w Grzybowcu na Giewont.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Na Giewoncie.

Na Giewoncie.

Babia Góra.

Tam daleko… Babia Góra.

Piękne Tatry z Giewontu.

Piękne Tatry z Giewontu.

12 października 2007, piątek

Jesień jak jesień, rano ładnie i słonecznie, potem zachmurza się, a od 15:00 deszcz

Dziś pora na coś większego: wybieramy się na Skrajny Granat i Przełęcz Karb

Przez Boczań na Halę Gąsienicową i nad Czarny Staw Gąsienicowy

Rano przymrozek, ale wędrówka szybko nas rozgrzewa. Powrót w znajome okolice budzi wiele miłych wspomnień.

Na szlaku zaledwie parę osób. W Murowańcu zamawiamy herbatkę z szarlotką. Patrzymy z rozbawieniem na (chyba) miejscowego psa, który przyszedł z wiaderkiem w zębach, prosząc o jedzenie.

W drodze nad Czarny Staw znowu tradycyjnie przegapiamy głaz z tabliczką upamiętniającą Karłowicza.

Na Skrajny Granat

Szlak poprowadzony bardzo stromo, przypomina ścieżkę znad Zielonego Stawu Kieżmarskiego na Jagnięcy. W górnej części trochę wspinaczki skalnej, tylko w jednym miejscu łańcuch. Niestety, zawróciliśmy spod samego szczytu, bo ścieżka była niemiłosiernie oblodzona, a nie mieliśmy ze sobą raków. Ale nawet z tej wysokości możemy się cieszyć przepięknymi widokami na Czarny Staw Gąsienicowy i jego otoczenie.

Cały czas martwimy się, czy pogoda wytrzyma – prognozy są niedobre, a w oddali widać już nadchodzący front.

Odwrót spod Skrajnego Granatu zostawił w nas pewien niedosyt, więc nad Czarnym Stawem powstał pomysł, żeby wyskoczyć jeszcze na Karb. Oczywiście szybko doczekał się realizacji.

Przez Przełęcz Karb do Murowańca

Wchodzimy w iście ekspresowym tempie (25 min). Na przełęczy szybko pstrykamy zdjęcia (poprzednio gdy tu byliśmy, padła nam bateria w aparacie) i podziwiamy piękny widok na wszystkie Stawy Gąsienicowe i otoczenie.

Po pierwszych krokach zejścia łapie nas krótka (na razie) fala deszczu ze śniegiem. Definitywnie rozpaduje się już po zejściu z przełęczy. Do Murowańca docieramy już w znienawidzonych „plandekach”. Na szczęście szybko rozgrzewamy się plackiem po zbójnicku z buraczkami i ogórkiem małosolnym – jak zwykle pyszne, a porcje ogromne!

Przez Jaworzynkę do Kuźnic

Aż do Karczmiska szliśmy w chmurach – po raz kolejny przekonujemy się, jak błyskawicznie w górach zmienia się pogoda. Zejście trochę się dłuży, zwłaszcza, że jest mokro, zimno i ślisko. Ostatni odcinek pokonujemy już po ciemku, jak wczoraj.

Po powrocie cieszymy się, że pogoda pozwoliła nam dziś na wycieczkę wysokogórską – zapowiadane załamanie spóźniło się o kilka godzin, co sprawiło, że mogliśmy wybrać się wyżej i dłużej pocieszyć się jesienną aurą.

Nasz czas: 7:30-18:30, 21 km, ok. 1500 m różnicy wzniesień

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Tatry Zachodnie.

Tatry Zachodnie.

Żółta Turnia.

Żółta Turnia.

W drodze na Skrajny Granat.

W drodze na Skrajny Granat.

Czarny Staw Gąsienicowy.

Czarny Staw Gąsienicowy.

Stawy Gąsienicowe, Giewont.

Stawy Gąsienicowe, Giewont.

13 października 2007, sobota

Jesień jak zima, o pogodzie lepiej nie pisać: około zera i śnieg z deszczem

Na plany ostatniego dnia naszej randki największy wpływ miała pogoda – po prostu nie dało się dziś iść wyżej w góry. Zrobiliśmy sobie więc bardziej leniwy, spokojniejszy dzień – ale może to i dobrze!

Do schroniska w Dolinie Chochołowskiej

Wychodzimy z nadzieją, że w ciągu dnia pogoda się poprawi i uda nam się wejść na Trzydniowiański. Dzięki temu mamy sporo zapału i do schroniska docieramy w niespełna półtorej godziny. Po drodze sypie śnieg, spotykamy niewiele osób. Za to szałasy z białymi dachami wyglądają bardzo malowniczo.

W schronisku niewielki ruch. Pijemy grzańca, zajadamy szarlotkę, łudzimy się rychłą poprawą pogody.

Po jakimś czasie podejmujemy niechętnie słuszną – jak się potem okazało – decyzję o powrocie na dół.

W drodze powrotnej znów kilka razy łapie nas śnieżyca, a do tego w twarz wieje przenikliwy wiatr – odczuwalna temperatura minus 5.

Schodząc, widzimy wesele wjeżdżające bryczkami na Polanę Chochołowską. Współczujemy pannie młodej, biedna, na tym mrozie….

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Popołudniowe spacery

Spacer po centrum Zakopanego

Cieszymy się, że możemy odwiedzić stare kąty. Jest tak zimno, że musieliśmy się ubrać zupełnie po zimowemu. Zadziwia nas duża ilość ludzi – chyba są jakieś zawody na Wielkiej Krokwi.

Na Krupówkach jak zawsze męczący tłum. Oglądamy stragany, kupujemy drewniany pociąg dla Tyma i ładne rzeźbione obrazki do dziecinnego pokoju.

Na Gubałówkę przez Choćkowskie

Mimo niezachęcającej pogody nie mogliśmy oprzeć się pokusie wejścia na Gubałówkę przez Choćkowskie. To taki sympatyczny szlak. Ożywają miłe wspomnienia…

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Urządzamy sobie krótką przechadzkę pustym grzbietem Gubałówki. Oglądamy nowowybudowane domki i hit sezonu: park linowy. Wracamy kolejką (w X kursuje do 19:30).

Jemy kolację w znajomej karczmie góralskiej. Jest przemiło. Gra kapela, najadamy się do syta, strzelamy sobie po grzańcu.

Powrót pieszo do Kuźnic

Dawno nie spędziliśmy tak miłych chwil. Na dworze zimno, ciemno i mokro, a nam różowo przed oczami. Jednak chwilka odpoczynku od dziecka może zdziałać cuda! I jak się potem chce wracać! Nie spieszymy się, wleczemy się noga za nogą – jak za starych dobrych czasów.

Stary wagonik kolejki.

Kuźnice – stary wagonik kolejki na Kasprowy.

Bieszczadzka Gwiazdka część II – zapomniane wsie

 30.12.2013, poniedziałek

Odczuwalnie chłodniej, z przebłyskami słońca, ok. 4 stopni

Jaworzec

Nasyceni miejskimi atrakcjami, nabieramy ochoty na spacer w przyrodzie. Jako nasz cel obieramy Bacówkę PTTK Jaworzec. W Kalnicy skręcamy w lewo, po czym po przejechaniu kawałka parkujemy samochód na poboczu i dalej idziemy już pieszo. Droga wiedzie uroczą bieszczadzką doliną wzdłuż biegu Wetliny, widoki cieszą oczy. Walory turystyczne tego spaceru podnosi dodatkowo fakt, że wiedzie on po terenie dawnej wsi Jaworzec, której mieszkańcy (ponad 500 osób) zostali po wojnie wysiedleni na tereny północno-wschodniej Polski. Obecnie po dawnej wsi nie został ani jeden budynek, zabudowania spalono, zniszczono nawet cerkiew. Obecność zdziczałych drzew owocowych może tylko świadczyć o istnieniu w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu wcale niemałej wsi. Wzdłuż drogi rozstawiono niedawno tablice informacyjne, z których turysta może dowiedzieć się o historii Jaworzca i o tym, w jakiej jego części aktualnie się znajduje. Continue reading

Bieszczadzka Gwiazdka część I – Baligród, Lesko, Solina, Sanok

Niedziela, 22 grudnia 2013

Pogoda iście wiosenna: nawet do 8 stopni i słońce

Warszawa-Kraczkowa

Po wczorajszym zamieszaniu (całe pakowanie przeplatane lataniem do lekarza z chłopakami i podawaniem im leków…) uznajemy, że wyjazd o 9:15 to sukces.

Jedzie się bardzo dobrze, nie ma tirów, a pogoda piękna. Zatrzymujemy się dwukrotnie: raz w Radomiu na drugie śniadanie (na skierowane do chłopców pytanie, co będą jedli, Sebuś odpowiada, że cukier…)), raz na stacji benzynowej ok. 80 km od Rzeszowa. Mimo to stawiamy się u Dziadków już przed 15:00, czyli cała droga zajmuje nam ok. 5,5 godziny. Zjadamy przepyszny obiad, M. sobie trochę odpoczywa, chłopaki wyładowują nadmiar energii, zostawiamy Regusię i dalej w drogę.

Kraczkowa-Bystre

Zgodnie z naszymi przewidywaniami chłopaki zaraz zasypiają. Nam się jedzie w sumie bez problemów, choć już nie tak dobrze jak wcześniej – jest ciemno i droga jest dużo gorsza. Przejechanie 120 km zajmuje ok. 2 godzin. Na miejscu jesteśmy o 19:45.

Ośrodek Leśna Polana, Bystre

Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. Wygodny, ciepły dwupoziomowy domek z kominkiem i piękny las dookoła. Na miejscu zastajemy nawet pozostałości śniegu – niestety pewnie wszystko się stopi w najbliższych dniach.

 

Poniedziałek, 23 grudnia 2013

Od rana wszystko płynie, ok. 5 stopni, rano pochmurno, potem słońce

Rano z przyjemnością wyglądamy przez okno i oglądamy leśnie widoki.

Po śniadaniu idziemy na rekonesans po najbliższej okolicy. Chłopaki mają mnóstwo frajdy, ślizgając się po oblodzonej drodze – jednak dzieciom niewiele do szczęścia potrzeba. Podchodzimy pod ośrodek narciarski przy ośrodku Bystre – wyciąg chodzi, mamy nadzieję, że w kolejnych dniach chłopakom uda się wypróbować tutejsze trasy. Dzieciaki wypatrują stromą drogę w dół, idealną do zjeżdżania na jabłuszkach, po czym oddają się temu zajęciu przez najbliższe pół godziny. Są przeszczęśliwi. Ściągamy ich dopiero wtedy, gdy zauważamy, że buty Tyma są kompletnie przemoczone.

Bystre. Na spacer!.

Bystre. Na spacer!.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Lokalne klimaty.

Lokalne klimaty.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Artyzm w pełnej krasie.

Artyzm w pełnej krasie.

A ile radości!.

A ile radości!.

Po powrocie do domu i ubraniu towarzystwa w suche ciuchy podporządkowujemy się sygnałom wysyłanym przez nasze burczące brzuchy i wybieramy się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na obiad. Ulotki zostawione w naszym domku informują o dwóch pizzeriach w Baligrodzie, ale – ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu – jednej nie znajdujemy w ogóle, drugą z trudem, a i tak potem okazuje się (jeszcze) zamknięta. Realizujemy więc Plan B i ruszamy w kierunku wypatrzonego na mapie schroniska PTTK Kropiwne w Bystrem. Plan B również okazuje się niewypałem – przejeżdżamy drogą w jedną i w druga stronę parę kilometrów, a schroniska jak nie było, tak nie ma (potem okazuje się, że jego strona internetowa nie działa – czyżby schronisko było już zamknięte?). W końcu lądujemy na obiedzie w restauracji ośrodka wypoczynkowego Bystre. Nie ma tego złego – najadamy się do syta, jest smacznie i nie przesadnie drogo.

Po południu rozpakowujemy zakupy zrobione przy okazji w Baligrodzie i trochę się lenimy.

Chłopaki wybierają się jeszcze na spacer po ciemku „naszą” drogą dalej do góry. Jest straszna chlapa, więc wracają dość szybko.

Wieczorem słuchamy przy kominku audiobooka o Zezi i Gillerze – jest bardzo miło.

 

Wtorek, 24 grudnia 2013, Wigilia

Nie do wiary: 8 stopni i słońce

Po śniadaniu zgarniamy rzeczy potrzebne na dwa dni i o 9:15 wyruszamy do Dziadków w kierunku na Rzeszów. Na miejscu jesteśmy niewiele przed południem.

O 16:00 zaczynamy uroczystą Wigilię. Objadamy się niemiłosiernie, przychodzi Mikołaj, ani się spostrzegamy i robi się wieczór. Chłopcy pięknie bawią się ze starszym kuzynem, a nastoletnia Gabrysia chętnie chwilami zajmuje się Sebuniem – na wieczór mamy dzieciaki z głowy.

 

Środa, 25 grudnia 2013

Wiosennej pogody cd – temperatura dochodzi nawet do 10 stopni

Dzień zaczynamy Mszą Świętą w kościele farnym w Łańcucie. Potem czas na świąteczny obiad – obżarstwa ciąg dalszy. Miło spędzać rodzinne święta, ale po dwóch dniach za stołem chętnie wyrywamy się o 15:00 do naszego bieszczadzkiego domku. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Wita nad domek wygrzany kominkowym ciepłem – pani gospodyni zajrzała tu wcześniej, żeby napalić przed naszym przyjazdem.

Spędzamy prawdziwie świąteczny wieczór – zawieszamy nastrojowe światełka, śpiewamy kolędy przy kominku, przychodzą nawet dwie grupy kolędników. Dopiero czujemy, że odpoczywamy.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.


 

26.12.2013, czwartek

Iście wiosenna aura, 10 stopni, Tymo nawet wypatrzył stokrotki na trawniku

Baligród

Jako że z nart nici, przerzucamy się na zwiedzanie i piesze wycieczki. Dziś przed południem wybieramy się na spacer do położonego tuż obok Baligrodu. Parkujemy przy rozległym rynku, którego układ sięga XVII w. Chłopaki od razu biegną do stojącego na środku czołgu. Co prawda po Bieszczadach jeździły czołgi innego typu, jednak chłopców to nie zraża –  uważnie badają szczegóły konstrukcyjne pojazdu.

Rynek w Baligrodzie.

Rynek w Baligrodzie.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Następnie kierujemy kroki do położonego kilkaset metrów dalej kirkutu. Cmentarz jest przepięknie położony na wzgórzu – już sama malowniczość terenu i piękny widok z góry na Baligród mogłyby być dobrą motywacją do wycieczki w te stronę. Chłopcy biegają po trawiastych pagórkach, a M. idzie z bliska obejrzeć kirkut. Kilkadziesiąt macew (najstarsza z pocz. XVII w.) jest zarośniętych trawą, część zachowała się w dobrym, część w dużo gorszym stanie. Cały teren jest zaniedbany. Pofałdowane krajobrazy przywodzą nam na myśl Bobową. Takie miejsca w wyjątkowy sposób skłaniają do refleksji i do wyciągania nie zawsze pozytywnych wniosków…

Na baligrodzki kirkut.

Na baligrodzki kirkut.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

Widok na Baligród z góry.

Widok na Baligród z góry.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Po odwiedzeniu kirkutu chłopaki zabawiają chwilę na nieco podniszczonym placu zabaw w centrum Baligrodu, a M. idzie zrobić zdjęcie XIX-wiecznej cerkwii Uśpienia – największej murowanej cerkwi w Bieszczadach (świątynia przeszła ostatnio generalny remont). Potem podjeżdżamy jeszcze pod (niezbyt spektakularne) pozostałości wałów XVII-wiecznego zamku Balów (ród rycerski z XIV w.; miasto nazwane na cześć jego założyciela) i przejeżdżamy obok dwóch położonych niemal naprzeciw siebie kościołów katolickich – starego i nowego, w którym obecnie odbywają się nabożeństwa.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Opuszczamy Baligród, myśląc o dawnej bogatej i różnorodnej kulturze tego rejonu – dziś współistnienie obok siebie niemal w idealnej równowadze Żydów, grekokatolików, katolików i Bojków pozostaje tylko wspomnieniem, o którym przypominają baligrodzkie zabytki.

Żernica Wyżna

Drugi punkt dzisiejszego programu urzekł nas, gdy tylko wypatrzyliśmy go na mapie. Kawałek za Baligrodem w prawo odgałęzia się droga w kierunku dawnej wsi – obecnie już niemal zupełnie wyludnionej, po 4 km doprowadza do cerkiewki (1800 r), po czym kończy się. Taki lokalny koniec świata. Całość oprawiona w piękne pofałdowane krajobrazy. Niesamowicie malownicze miejsce. Chłopaki biegają wesoło zaraz po wypuszczeniu ich z samochodu – po spędzeniu dwóch dni za stołem dziś rozsadza ich energia.

Wracając zahaczamy jeszcze o baligrodzki cmentarz wojenny.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Żernica Wyżna - lokalny koniec świata.

Żernica Wyżna – lokalny koniec świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Napis jest wymowny...

Napis jest wymowny…

Popołudniowy spacer w kierunku Roztok Dolnych

Po południu wybieramy się na spacer leśną drogą w pobliżu naszego ośrodka. Grudniowy dzień jest bardzo krótki i zaraz po 15:00 robi się szaro. Droga jest błotnista, z pozostałościami  lodu. Mimo to spacer jest bardzo przyjemny. Sielanka kończy się w momencie, gdy Sebuś przewraca się jak długi na brejowatą drogę, przemaczając sobie dokumentnie spodnie. Nie ma wyjścia, zawracamy.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczór przy kominku z grami i innymi rodzinnymi rozrywkami rekompensuje nam jednak skróconą przechadzkę. Znów nawiedzają nas dwie grupy kolędników – dziś otwieramy im już mniej chętnie:)

 

27.12.2013, piątek

Pogoda nie do wiary: 13 stopni i słońce – wiosna

Lesko

Dzisiejsza wycieczka do Leska satysfakcjonuje nas pod wszelkimi względami – od przyrodniczych po architektoniczno-kulturowe. Atrakcje są położone niedaleko od siebie i spacer po mieście nie jest forsujący nawet dla małych dzieci. Miasteczko jest urokliwe, a słynna leska synagoga na długo zostaje w pamięci.

Wizytę w Lesku zaczynamy od podjechania samochodem na parking w pobliżu słynnego Kamienia Leskiego. Ścieżka po chwili doprowadza do imponującej grzędy skalnej – odkryta skała ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów, osiągając miejscami wysokość nawet 20 m. Ścieżki umożliwiają obejście skały dookoła. Taki spacer pozwala na docenienie jej rozmiaru, jest przy tym bardzo atrakcyjny dla chłopców. Wycieczka do rezerwatu przyrody Kamień Leski to żelazny punkt programu, szczególnie z dziećmi.

Rezerwat Kamień Leski.

Rezerwat Kamień Leski.

Szlak jak w górach.

Szlak jak w górach.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Oglądamy go z każdej strony.

Oglądamy go z każdej strony.

Kamień Leski - imponujące rozmiary.

Kamień Leski – imponujące rozmiary.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Po leśnym spacerze podjeżdżamy do centrum Leska. Parkujemy na Nowym Rynku i ruszamy na spacer. Zaraz po wyjściu z samochodu lokalizujemy ładny budynek XIX-wiecznego ratusza z ciekawym „dłutowatym” dachem. Potem kierujemy się w kierunku słynnej leskiej synagogi (XVI/XVII w.). Widzieliśmy ją już wielokrotnie w różnych publikacjach turystycznych i bardzo cieszyliśmy się, że zobaczymy ją wreszcie na własne oczy. Budynek, wyróżniający się niezwykle oryginalną okrągłą wieżą, łączył funkcje kultowe z obronnymi. Obecnie nie służy już celom religijnym (mieści galerię bieszczadzkiej sztuki), ale jego niezwykła sylwetka nadal przyciąga wzrok. Niedaleko synagogi, na wzgórzu znajduje się jeden z najcenniejszych cmentarzy żydowskich w Polsce, z nagrobkami nawet z XVI w. Brama jest zamknięta, ale przechodząca pani podpowiada nam, do którego domu trzeba zapukać, by uzyskać klucz (żółty budynek po przeciwnej stronie ulicy). Chętnie korzystamy z okazji i wchodzimy na teren kirkutu. Usytuowanie na wzgórzu, wśród starych drzew sprawia, że miejsce jest niezwykle malownicze, jednak widok zniszczonych, porosłych mchem i niekiedy poprzewracanych macew składnia do smutnych refleksji. Tymo pyta, dlaczego obecnie nie ma kto dbać o żydowskie groby. Odpowiadamy, jak umiemy…

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Szkoda, że fontanna nieczynna...

Szkoda, że fontanna nieczynna…

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Około południa zaczyna nam burczeć w brzuchach, więc dobrze się składa, że na ul. Moniuszki lokalizujemy przyzwoitą pizzerię. Pokrzepieni pizzą i dużą porcją sałatek chętnie ruszamy dalej. Podchodzimy pod późnogotycki (XVI w.) kościół parafialny (barokowa dzwonnica w remoncie), po czym cofamy się na kameralny, zadrzewiony stary rynek. Na balkonie jednej z otaczających go kamienic R. wypatruje opisywaną w przewodniku kratę z motywem menory, stanowiącą niegdyś … część wyposażenia leskiej synagogi. Ostatnim punktem programu podczas pobytu w Lesku jest zahaczenie o XVI-wieczny zamek Kmitów (obecnie pensjonat), sąsiadujący z miłym parkiem zamkowym.

Późnogotycki kościół parafialny.

Późnogotycki kościół parafialny.

Stary rynek.

Stary rynek.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Zamek Kmitów (XVI).

Zamek Kmitów (XVI).

Cała wycieczka do Leska jest przesympatyczna.

W drodze powrotnej do Bystrego zajeżdżamy w Baligrodzie na myjnię samochodową. M. podziwia heroiczne zmagania R. z tłustym bieszczadzkim błotem, które aż za dobrze zadomowiło się na karoserii naszego samochodu.

Późnym popołudniem chłopaki podchodzą jeszcze pod wyciąg narciarski na Dzidową i palą po ciemku zimne ognie.

Wieczorem kolejna sesja przy kominku ze szwedzkim serialem Millenium – mamy możliwość dobrze utrwalić sobie książkę.

 

28.12.2013, sobota

Wieczorem nawet na chwilę złapał przymrozek, ale potem znowu ciepło, piękny wiosenny i słoneczny dzień, do 12 st.

Solina

Wykorzystujemy ten – prawdopodobnie już ostatni – tak słoneczny dzień na spacer nad „bieszczadzkim morzem”. Już sam dojazd drogą wijącą się wśród wzgórz sprawia nam dużą frajdę. Spacer po długiej na ponad 600 metrów koronie zapory w promieniach zimowego (a jakby wiosennego…) słońca to naprawdę wielka przyjemność! Nawet podmuchy wiatru są dzisiaj całkiem ciepłe.

W stronę Jaworu idziemy prawie sami, okolica przystani też jest zupełnie opustoszała. Po krótkim odpoczynku na ławeczce (chłopcy piją soczki, wszyscy wygrzewamy się na słoneczku) ruszamy z powrotem. Tym razem na zaporze jest już więcej spacerowiczów. Chłopcy urządzają wyścigi, a Sebuś opowiada przygodnym turystom o dzidzi, od której będzie starszy, a która teraz jest u mamy w brzuchu:)

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Jezioro Solińskie.

Jezioro Solińskie.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Uśpiona przystań.

Uśpiona przystań.

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Chłopcy szaleją...

Chłopcy szaleją…

Ciekawe, do czego służą te urządzenia...

Ciekawe, do czego służą te urządzenia…

Potem buszujemy przez chwilę po kramach w poszukiwaniu jakiejś sensownej pamiątki. Planowaliśmy nowe poduszeczki, ale w końcu za namową chłopców decydujemy się na „pukawki”, strzelające gumowymi korkami na nitce. Chłopcy są przeszczęśliwi i cały dzień bawią się nową zabawką. Tymuś stwierdza nawet, że to najlepsza pamiątka, jaką kiedykolwiek miał!

Kramy w Solinie.

Kramy w Solinie.

Na koniec idziemy do restauracji w pobliżu głównego parkingu. Wczesny obiad poprawia nam humory. Tymuś zjada ulubione spaghetti, Sebuś pierogi ruskie, a my barszcz z uszkami i placki ziemniaczane z gulaszem. Budynek ośrodka jest dość niepozorny, ale w środku zadbany, a z okien restauracji jest piękny widok na jezioro Solińskie i otoczenie zapory.

Naprawdę warto zajrzeć do Soliny, bo ogrom największej zapory w Polsce budzi prawdziwy respekt, a jezioro i otaczające je wzgórza są przepiękne. Niestety, sama najbliższa okolica zapory to po prostu totalny odpustowy chaos. W porównaniu z tym zakopiańskie Krupówki są po prostu świetnie zorganizowane… Niestety tu i tu króluje komercja i nie są to wymarzone miejsca do spokojnego wypoczynku i obcowania z naturą. Na szczęście brzegi jeziora solińskiego są dostatecznie długie, żeby znaleźć jakąś zaciszną zatoczkę…

Wracając do domu, zatrzymujemy się na chwilę w Średniej Wsi, by sfotografować najstarszy w Bieszczadach drewniany,  XVI-wieczny kościół Narodzenia NMP i rzucić okiem na położony obok park podworski z okazami kilkusetletnich dębów i lip.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Chłopcy o dziwo nie zasypiają w drodze powrotnej. W ogóle należy im się duża pochwała, bo nie marudzili, tylko dzielnie (nawet ze sporymi harcami…) pokonali trasę ok. trzykilometrowego spaceru. Świetni z nich kumple.

Po południu, chcąc skorzystać z reszty słonecznego dnia, wychodzimy przed 15:00 na spacer drogą w kierunku Rabego. Nadal miejscami przeszkadza strasznie kleiste błoto, więc zawracamy w okolicy skrętu do starego kamieniołomu. Spacer zaczynamy i kończymy na należącym do naszego ośrodka placu zabaw, a największą atrakcją znowu są zimne ognie, rozświetlające zapadający zmrok.

Przedwieczorny spacer.

Przedwieczorny spacer.

Zimne ognie.

Zimne ognie.

Potem delektujemy się spokojnym wieczorem z chłopcami, m.in. oglądamy początek „Strażników marzeń”. Potem oczywiście kolejna część „Millennium”… Kominek grzeje aż za bardzo, więc nauczeni wczorajszym doświadczeniem (było tak gorąco, że Sebuś i my nie mogliśmy spać…) nie dokładamy zbyt wiele do ognia.

 

29.12.2013, niedziela

W nocy b. silny wiatr, dzień znów z częstymi przebłyskami słońca i temperaturą w okolicy 10 stopni

Sanok

Niedzielę przeznaczamy na wycieczkę do tego pięknie położonego nad Sanem miasta. Zaczynamy od dwugodzinnego spaceru po jednym z największych i najciekawszych w Polsce skansenów. Sanockie muzeum budownictwa ludowego wyróżnia się arcyciekawą ekspozycją etnograficzną – na pagórkowatym, częściowo zalesionym terenie można zobaczyć przykłady budownictwa bojkowskiego, łemkowskiego, a także typowego dla zamieszkujących tereny bardziej na północ Pogórzan i Dolinian. Dla chłopaków wycieczka do sanockiego skansenu to przede wszystkim miły spacerek – biegają, rozładowując nadmiar energii, cieszą się lizakami i przerwą na małe co nieco, chętnie zaglądają do udostępnionych wnętrz. Obaj są doskonałymi kompanami – jesteśmy dumni zwłaszcza z Sebusia, który – mimo że jest naszym najmłodszym turystą – ma dziś chyba najwięcej siły i bez problemu spędza dwie godziny na nogach (drugą połowę dystansu niemal bez przerwy biegną razem z Tymkiem). Dla nas oglądanie obiektów zgromadzonych w skansenie to prawdziwa gratka – cały teren jest podzielony na działy (zrekonstruowany małomiasteczkowy galicyjski rynek, Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie, Dolinianie oraz dział poświęcony historii wydobycia i przetwarzania ropy naftowej), co ułatwia turyście zorientować się, co akurat ogląda. Najbardziej zapada nam w pamięć XVIII-wieczna bojkowska cerkiew grekokatolicka z Grąziowej (z oryginalnym dachem, bez kopuł, przypominającym stóg siana) oraz  – również bojkowska – maleńka, prześliczka cerkiewka z Rosolina (XVIII w.), efektowna łemkowska cerkiew grekokatolicka z Ropek (pocz. XIX w.) z pięknymi drewnianymi kopułami oraz drewniany kościół  z Bączala Dolnego (XVII); chętnie oglądamy też rekonstrukcję małomiasteczkowego rynku – gdy oglądaliśmy taki rynek w litewskim skansenie w Rumszyszkach, narzekaliśmy, że w polskich skansenach najczęściej można zobaczyć tylko budynki wiejskie. Wszyscy kończymy spacer zadowoleni. Żałujemy tylko, że skansenowa karczma jest poza sezonem nieczynna (pilnuje jej tylko biały, wyjątkowo spasiony kot); chłopcy też pewnie doceniliby jakiś ukłon w stronę dzieci typu ludowy plac zabaw itp. Ale ogólnie rzecz biorąc, wizyta w sanockim skansenie jest bez dwóch zdań warta polecenia rodzicom z dziećmi w każdym wieku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Wypasiony strażnik skansenu...

Wypasiony strażnik skansenu…

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna...).

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna…).

Galicyjski Rynek.

Galicyjski Rynek.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Bojkowskie chaty.

Bojkowskie chaty.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Wewnątrz piękny ikonostas.

Wewnątrz piękny ikonostas.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Zaglądamy do wnętrza.

Zaglądamy do wnętrza.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Łemkowska chata.

Łemkowska chata.

Łemkowska wieś.

Łemkowska wieś.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Sanok z terenu skansenu.

Sanok z terenu skansenu.

Sektor naftowy.

Sektor naftowy.

Sektor Pogórzan.

Sektor Pogórzan.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Zagroda Pogórzan.

Zagroda Pogórzan.

Coś dla małych strażaków.

Coś dla małych strażaków.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Spacer na świeżym powietrzu wszystkim zaostrza apetyty. Podjeżdżamy do centrum Sanoka i dalsze zwiedzanie zaczynamy od położonej na rynku regionalnej karczmy, oferującej dania bojkowskie, łemkowskie i ukraińskie. To miejsce, w którym wizyty nie będą żałować wszyscy miłośnicy prawdziwych, zapomnianych smaków. Próbujemy zupy łewesz, chlipców, hreczanyków i stolników – kto jest ciekawy, jak smakują te zagadkowe potrawy, sam powinien spróbować. Chłopaki pałaszują pierogi (ruskie i z mięsem) z mąki razowej. Palce lizać.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Posileni regionalnymi specjałami chętnie spacerujemy po sympatycznym sanockim rynku (kamieniczki XIX, XX w.). Odnajdujemy kościół franciszkanów (XVII, i XVIII, przeb. XIX w.), chłopcy oglądają urządzoną przed nim szopkę; lokalizujemy  ratusz, wyglądamy na zamkniętą dla ruchu samochodowego ul. 3 Maja. Po wizycie na rynku przenosimy się pod sanocki zamek (XIV, przeb. XVI w.). Z tej niegdyś imponującej budowli przetrwało do dzisiejszych czasów tylko skrzydło. Nie decydujemy się na obejrzenie ogromnej kolekcji ikon (XV-XIX w.) oraz wystawy malarstwa Beksińskiego, uznając, że byłoby to już po całym dniu na nogach zbyt trudne wyzwanie dla chłopców, ale wchodzimy na urządzony na miejscu niezachowanej baszty punkt widokowy, z którego rozlega się bardzo malownicza panorama na San i pofalowany krajobraz Gór Słonnych.

Sanocki rynek.

Sanocki rynek.

Zachodnia pierzeja rynku.

Zachodnia pierzeja rynku.

Ratusz w Sanoku.

Ratusz w Sanoku.

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Widać miejsce po dawnej studni.

Widać miejsce po dawnej studni.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońca Sebuś.

Obrońca Sebuś.

Widok na San i Góry Słonne.

Widok na San i Góry Słonne.

Wracając na parking, spoglądamy jeszcze na położoną niedaleko zamku XVIII-wieczną cerkiew Trójcy Świętej.

Sanok to przesympatyczne miasto, oferujące turystom w każdym wieku dużo do zobaczenia. Rodzinom z dziećmi szczególnie polecamy wizytę w sanockim skansenie i odwiedzenie podzamkowego punktu widokowego z urzekającą panoramą, na pewno nie będzie się też  żałować spróbowania dawnych specjałów w regionalnej karczmie.

Po południu chłopaki jadą na 18:00 na mszę do Leska. Wracają witani ciepłym ogniem z kominka. Wieczorem kończymy naszą przygodę z sagą Millennium.