Hulskie, Krywe i Tworylne – zapomniane wsie Bieszczadów

Hulskie, Krywe i Tworylne – spacer do serca zapomnianych Bieszczadów

Niegdyś kwitnące życiem, liczące po kilkuset mieszkańców wsie. Dzisiaj odludne i zapomniane, skłaniające do zadumy nad ludzkim losem. Aby odkryć ich tajemnice, nie wystarczy podjechać samochodem i wyskoczyć „na zdjęcie”. Trzeba przemaszerować kilkanaście kilometrów, z dala od wszelkiej cywilizacji. Zimą łatwiej odnaleźć zarastające ruiny, chociaż w innych porach roku zapewne widoki są ładniejsze. Kto chce odszukać prawdziwego ducha tych ziem, koniecznie musi zajrzeć w ten jeden z dzikszych zakątków Bieszczadów. Całej trasy ze względu na długość i problemy orientacyjne nie polecamy na spacer z dziećmi, ale dla tych nieco starszych można zaproponować odwiedzenie samego Krywego z przejściem łącznie kilkukilometrowej pętli, którą tworzą dwie ścieżki historyczno-przyrodnicze (znakowane odpowiednio kolorem czerwonym i niebieskim).

26 stycznia 2018, piątek

Pochmurno i trochę wietrznie, do 5 st.

O wyprawie do Tworylnego marzyliśmy już od naszego ostatniego wiosennego pobytu w Bieszczadach. Takie miejsca przypominają, że Bieszczady nie są tylko kategorią turystyczną, ale też – a może przede wszystkim – historyczno-kulturową. Bez odwiedzenia dawnych wyludnionych wsi trudno jest tak naprawdę poznać te góry.

Szukając opisu dojścia do Tworylnego, znaleźliśmy wiele wyczerpujących informacji na fantastycznej stronie www.twojebieszczady.net. Znajdziemy tu i część przewodnikową, i bogate opisy poszczególnych dawnych bieszczadzkich wsi. Bardzo dziękujemy autorom portalu! Dzięki Wam zajrzeliśmy także do Hulskiego i Krywego! Trasa naszego spaceru jest też dobrze opisana w przewodniku „Bieszczady z plecakiem” wydawnictwa Bezdroża.

Hulskie

Planujemy rozpocząć wycieczkę od strony Zatwarnicy. Na mapie droga jest zamknięta zaraz za kościołem, tymczasem okazuje się, że w realu zakazu wjazdu nie ma, a liczne ślady opon wiodą w górę – jedziemy więc dalej! Po trzech kilometrach docieramy na teren dawnej wsi Hulskie. Przystajemy, żeby zobaczyć pozostałości cmentarza i cerkwi z dzwonnicą.

Zarówno teren cmentarza, jak i cerkwisko są ogromnie zaniedbane. Można wręcz odnieść wrażenie, że komuś zależy na tym, aby te zabytki nie przetrwały próby czasu. Na cmentarzu nie ocalał w całości żaden krzyż, a z dzwonnicy i cerkwi pozostały resztki murów. Poukładane na sobie prawie bez zaprawy, sprawiają wrażenie, jakby miały za chwilę się rozpaść. Brak jakiejkolwiek tablicy informacyjnej, zabezpieczenia przed dalszymi uszkodzeniami…

Hulskie. Zaczynamy naszą podróż po zapomnianych wsiach.

Ruiny cerkwi pw. św. Parasekwii w Hulskiem.

Świątynia została zbudowana w 1820 r., obecnie zostały z niej tylko niszczejące ruiny.

Ruiny przypominają obecnie kamienie poukładane jeden na drugim. Oby nie zniszczały zupełnie…

Do cerkwi przylega dawny cmentarz.

Już po powrocie z wycieczki, zaintrygowani tym stanem rzeczy, doczytaliśmy, że w okolicy miało miejsce wiele dziwnych wydarzeń. Ktoś niszczył tworzone ścieżki turystyczne, tablice informacyjne, były nawet podpalenia. Nigdy nie znajdowano sprawców. Można się tylko domyślać, komu mogło na tym zależeć – okolicznym mieszkańcom? A może myśliwym, bo w okolicy zwierzyny jest rzeczywiście dużo? Szybko opuszczamy Hulskie, bo czujemy się tu trochę jak intruzi.

Krywe

Jedziemy kolejne dwa kilometry i parkujemy na prowizorycznym parkingu przy odgałęzieniu drogi do Krywego. Dalej i tak obowiązuje zakaz wjazdu, a droga jest tak rozjeżdżona, że przejechać nią mogą chyba tylko prawdziwe terenówki albo traktory. Kilkaset metrów dalej na środku drogi widzimy jakąś dziwną przeszkodę. Okazuje się, że to pozostawiona stara przyczepka z drewnem opałowym. Chyba utknęła tu przy gorszych warunkach drogowych.

Po chwili przed nami odsłania się piękny widok na dolinę u stóp wzgórza Ryli, którą zajmowała przed wojną wieś Krywe. Nasza droga wiedzie przez wzgórze, z którego podziwiamy zarówno krajobraz po dawnej wsi, z górującymi nad nim ruinami cerkwi, jak i stoki Otrytu, Dwernika czy ginące dzisiaj w złowrogich chmurach połoniny.

Z Hulskiego do Krywego. Przed nami wzniesienie Ryli (622 m n.p.m.).

Na drodze niespodzianka – dojechać do Krywego nie zawsze się daje…

Widok z Rylego na tereny dawnej wsi Krywe. Pośrodku wzgórze z ruinami cerkwi.

Na terenie dawnej wsi jest obecnie zamieszkały tylko jeden dom.

Cerkiew została zbudowana w 1842 r. Zajrzymy tu w drodze powrotnej.

Schodzimy na teren dawnej wsi Krywe.

Z Krywego wiodła kiedyś droga do Tworylczyka i Tworylnego.

Mijamy pozostałości po dawnym dworze w Krywem.

Schodzimy do doliny w dolnej części dawnej wsi. Zatrzymujemy się tu na herbatkę w przydrożnym rowie. Po chwili ruszamy dalej, po drodze mijając pozostałości dawnych budynków dworskich w Krywem. Dotąd towarzyszyły nam czerwone znaki ścieżki turystycznej. Dalej idziemy już po prostu leśną drogą, albo raczej tym, co z niej zostało. W zimie nie ma jednak problemu ze znalezieniem dróżki, w lecie pewnie często trzeba w tym miejscu przedzierać się przez bujną roślinność. Dodatkowo ślady ścinki drewna wskazują, że najdalej kilka dni temu leśnicy powycinali i usunęli zagradzające drogę przewrócone drzewa i gałęzie, więc mamy dziś komfortowe przejście.

Tworylne

Idziemy początkowo wzdłuż Sanu, potem ścieżka to wznosi się, to opada. Musimy przejść przez dwa niewielkie potoczki. Trzeci, większy, o mało nas nie zatrzymał! Lód przy dodatniej temperaturze okazał się niebezpieczny, ale udało się przejść (nie bez emocji!) po zaśnieżonej kłodzie. Jeszcze tylko ostatnie podejście na przełączkę Dił i wychodzimy na łąki położone ponad dawnym Tworylnem. Widok jest rzeczywiście niezwykły.

Kładek brak, przejście potoczków ułatwiają kamienie.

Droga zbliża się do Sanu.

Do końca lat 90. istniał most na Sanie w Krywem, teraz nie można się tu dostać zza rzeki.

Droga wiedzie w kierunku dawnego przysiółka Tworylczyk.

Potok Tworylczyk. I duży problem – jak go przejść?

Ćwiczenie równowagi na śliskiej kłodzie przyprawia o szybsze bicie serca.

Droga do nieba. Zaraz osiągniemy wzgórze Dił.

…i otworzy się przed nami piękny widok na dolinę Tworylnego.

Oglądamy pozostałości dwóch cmentarzy. Dalej droga biegnie dawną Aleją Dworską, po której pozostały rzędy starych, regularnie posadzonych drzew. Znajdujemy schodki do niemieckiej strażnicy z czasów II wojny światowej, a potem zbaczamy na prawo do stosunkowo dobrze zachowanej dzwonnicy parawanowej. Obok stała kiedyś drewniana cerkiew z 1876 r.

Wchodząc do Tworylnego od strony Krywego, najpierw zobaczymy dawny cmentarz.

Pozostałości cmentarza chyba każdego skłonią do zadumy.

Na cmentarzu zachowało się kilkanaście nagrobków i krzyży.

Niektóre krzyże są już odłamane.

Można jeszcze wypatrzeć jakiś czytelny napis.

W Tworylnem właściwie są dwa cmentarza – jeden po jednej, a drugi – po drugiej stronie drogi.

Mijamy ruiny dawnej strażnicy niemieckiej.

Najlepiej zachowany zabytek Tworylnego – pozostałości dzwonnicy parawanowej.

Na cerkwisku zachowały się fragmenty podmurówki dawnej cerkwi.

Dawna aleja dworska.

Majestatyczne stare drzewa znaczą przebieg dawnej drogi do dworu.

Dalszą drogę zagradzają nam zarośnięte rozlewiska z wielką tamą zbudowaną przez bobry. Na środku rozlewiska żeremie, wystające niemal dwa metry ponad lustro wody – kolos! Wszystko pięknie, ale jak tu przejść na drugą stronę – do pozostałości dawnych zabudowań dworskich? Próbujemy przejść po bobrowej tamie, ale mróz już odpuścił i miejscami jest tak grząsko, że całe buty toną w błocie. Odpuszczamy… Jest już 14:30. Pora na chwilę odpoczynku i trzeba myśleć o powrocie – za dobrą godzinę zacznie się robić ciemno.

Przez rozlewisko trudno przejść suchą stopą.

Lód, niestety, za cienki, żeby po nim chodzić…

No nic, tędy nie dojdziemy – choć ruiny stajni dworskiej są tuż tuż przed nami.

Siedzimy, siedzmy, i głowimy się, jak by tu obejść mokradła. W końcu wpadamy na pomysł, żeby spróbować  obejść rozlewisko od południa. Robimy porządny użytek z nóg i… udało się! Pozostałości obory i stodoły dworskiej są imponujące, a i widok na teren Tworylnego od tej strony zacny. Cieszymy się, że aż tutaj doszliśmy! Teraz już naprawdę musimy wracać – powrót przez wyludnione wsie w zupełnej ciemności jakoś nam się nie uśmiecha.

Udało się obejść dookoła i są! Ruiny stajni dworskiej w Tworylnem.

Tuż obok znajdziemy pozostałości stodoły dworskiej.

Po dawnej świetności majątku nie pozostał nawet ślad.

Wracamy. Ostatni rzut oka na aleję dworską.

Krywe – ruiny cerkwi pw. św. Paraskewii

Do Krywego idzie nam się całkiem sprawnie (nieco ponad godzinę). Tu zgodnie z wcześniejszym planem postanawiamy nieco zmienić marszrutę.

Przy ruinach zabudowań dworskich skręcamy w prawo za niebieskimi znakami kolejnej ścieżki turystycznej. W zapadającym powoli zmroku prowadzi nas ona grzbietem prosto na szczyt wzgórza Diłok. Znajdziemy tu dawny cmentarz i najlepiej zachowane ruiny cerkwi w Bieszczadach. Trudno też nie zatrzymać się na chwilę zadumy przy jedynym współczesnym grobie. Antonina Majsterek, zmarła ponad dwa lata temu gospodyni jedynego gospodarstwa agroturystycznego w Krywem, pozostała tu na zawsze…

Mury cerkwi pw. św. Paraskewii i sąsiadującej z nią dzwonnicy są naprawdę dobrze zachowane. Doskonale widać dawny układ świątyni, zawieruchę dziejową przetrwały też resztki posadzki. Przez wybite okna do środka wtarga coraz gęstszy mrok, a nam ciarki przechodzą po plecach….

I znów w Krywem. Tym razem przechodzimy tuż obok ruin cerkwi św. Parasekwii.

To najlepiej zachowane ruiny cerkwi w Bieszczadach.

Układ cerkwi zachował się doskonale.

Widać też pozostałości terakotowej posadzki.

Zapada zmrok, a my czujemy ciarki na plecach.

Niestety, czas nas goni i musimy opuścić to niezwykłe miejsce, bo robi się już naprawdę ciemno. Przed nami jeszcze „tylko” podejście na stok Ryli i już będziemy prawie przy samochodzie. Okazuje się, że pokonanie tych ostatnich ponad stu metrów różnicy wzniesień po całym dniu wędrówki idzie nam jakoś wyjątkowo opornie. Mamy w końcu w nogach już 15 kilometrów, a ostatnio odpoczywaliśmy ponad dwie godziny temu. Usprawiedliwia nas fakt, że to dzisiaj największe podejście na naszej trasie 😉. Do samochodu docieramy już w zupełnych ciemnościach.

Nasz czas: 11:00 – 17:20, 16,5 km, łącznie około 300-400 m przewyższenia (nie licząc zajmujących łącznie dwie godziny dojazdów i wizyty w Hulskiem).

Wspaniała trasa, należąca do żelaznego repertuaru bieszczadzkich włóczykijów, skłania do zadumy i na długo zapada w pamięć. Dla wszystkich prawdziwych miłośników Bieszczadów.

Gmunden i Gmundenberg – gdyby komuś pięknych widoków było jeszcze mało:)

Gmunden i Gmundenberg

To niewielkie miasteczko w Górnej Austrii jest bardzo przyjemnym celem spaceru. Zadowoli zarówno miłośnika pięknych widoków – leży nad niezwykle malowniczym jeziorem Traun, otoczonym górami –  jak i amatorów romantycznych zakątków (kto nie zakocha się w XVI-wiecznym zamku z arkadowym dziedzińcem, położnym na wysepce nad jeziorem i połączonym ze stałym lądem pomostem?) oraz.. rodziców z dziećmi, szukających miejsca do wybiegania swoich pociech – kręte alejki położonego na półwyspie parku Toscana nadają się do tego wprost idealnie. Jeśli będziecie w okolicy Gmunden, koniecznie trzeba podjechać na widokowe wzgórze Gmundenberg – widok na całe otoczenie jeziora Traun jest po prostu bajkowy! My oba miejsca odwiedzamy w drodze powrotnej z Alp Salzburskich do domu.

6 stycznia 2017, sobota

Słoneczny, prawie wiosenny dzień, w porywach do 10 stopni

Ranek w Abtenau upływa nam pod znakiem pakowania, a to zdecydowanie do przyjemności nie należy. Humoru nie poprawia nam perspektywa ponownego rychłego wpadnięcia w wir codziennych obowiązków. Uff, wreszcie ok. 10:00 udaje nam się wyjechać z solennym postanowieniem, że w Alpy Salzburskie przyjedziemy raz jeszcze, tym razem latem.

Pożegnanie z Abtenau, nawet balony stąd dzisiaj odlatują!

Tradycyjnie postanawiamy umilić sobie podróż postojem turystycznym. Dziś mamy właściwie dwa postoje – i to jakie! Widoki, które dziś otwierały się przed nami, wydawały się bardziej fototapetą niż rzeczywistym krajobrazem. Że też istnieją tak piękne miejsca na świecie!

Johannesberg, Traunkirchen

Z Abtenau ruszamy na północny wschód w stronę Gmunden. Mamy okazję nacieszyć się jeszcze przepięknymi zimowymi widokami górskimi – potem z każdym kilometrem będzie mniej i gór, i zimy. Zatrzymujemy się na chwilę na punkcie widokowym na kaplicę Johannesberg (Johannesbergkapelle) w Traunkirchen, pięknie położoną na skalistym cyplu nad jeziorem Traun.

Kaplica Johannesberg góruje nad Traunkirchen, a szczyt Traunstein (1691 m n.p.m.) – nad Traunsee.

Widokowe Gmundenberg

Pięknych widoków na dziś nie koniec – dopiero się zaczyna. Za cel obieramy wzgórze Gmundenberg (833 m n.p.m.), położone 9 km na  południowy zachód od Gmunden i słynące jako pyszny punkt widokowy na otoczenie jeziora Traun (Traunsee) – najgłębszego jeziora Austrii (maksymalna głębokość to ponad 190 m). Na szczyt wzgórza można wjechać samochodem – jest tu spory parking, gasthaus oferujący ciepłe posiłki, punkt widokowo-piknikowy. Gmundenberg przecinają liczne szlaki piesze i rowerowe. Piękne miejsce.

Chłopcy chętnie rozprostowują nogi i biegną trawiastą ścieżką na punkt widokowy z charakterystycznymi ławko-konstrukcjami w kształcie litery „G”. Grześ biega, buja się na ławce-huśtawce i cieszy się słońcem – aura dziś zupełnie wiosenna. My oczy nie możemy oderwać od widoków. Oj, jak ciężko będzie wracać do domu…

Traunsee i góry Salzkammergut z punktu widokowego na Gmundenerberg.

Pod nami oba zamki Ort, znak rozpoznawczy Gmunden.

Chłopcom spodobała się zmyślna konstrukcja litery G.

W oddali wzniesienia Salzkammergut-Berge.

Na chwilę okupujemy ławkę.

I wspólnie…

…lecimy do Gmunden!

Gmunden

Z Gmundenberg zjeżdżamy prosto do miasteczka Gmunden, położonego na północnym krańcu Traunsee. Samochód wygodnie (i bezpłatnie) można zaparkować na parkingu przy Parku Toscana. Zostawiamy auto i ruszamy w kierunku jeziora.  Przede wszystkim zależy nam na zobaczeniu wodnego zamku Ort, połączonego ze stałym lądem groblą-pomostem.

W Gmunden właściwie są dwa zamki Ort – lądowy i wodny. Zamek został ufundowany  pod koniec XI w. W kolejnych latach często zmieniał właścicieli. W 1595 r. jeden z nich sprzedał zamek miastu Gmunden, żyjącego z przeładunku soli, potem Schloss Ort znów zmieniał gospodarzy, aż w 1869 r. został sprzedany wielkiemu księciu Toskanii. Pamiątką po tym okresie jest willa Toscana, zbudowana na półwyspie nad jeziorem.

Villa Toscana (II połowa XIX w.)

Już sam spacer do zamku jest bardzo przyjemny. Wędrujemy nad brzeg jeziora zielonymi alejkami parku Toscana. Już od brzegu wody otwierają się piękne widoki na zamek.

Półwysep obiega promenada z przepięknym widokiem na Traunsee.

Przy dzisiejszym wiosennym słońcu łatwo się zapomnieć, patrząc na pięknie ośnieżone szczyty.

Z zamkiem lądowym (Ort Landschloss) zamek wodny jest połączony tylko pomostem.

Dla tego zamku zmieniliśmy dzisiaj trasę podróży.

Sam Schloss Ort jest niewielki, ale ma niepowtarzalny urok. Zamek wodny jest niezwykle malowniczo położony na wysepce na jeziorze. Sama wysepka jest tak mała, że nie mieści się na niej nic poza zamkiem – jak w kreskówkach! Warto obejść zamek ścieżką dookoła – plenery są przepiękne. Koniecznie trzeba zajrzeć na dziedziniec zamku – są tu piękne arkadowe krużganki z XVI w., przypominające nam nieco te znane z naszego Baranowa Sandomierskiego.

Stąd zamek Ort prezentuje się jeszcze piękniej.

Zamek Ort bywa też nazywany zamkiem wodnym.

Za nami pozostał zamek lądowy.

A cały czas oczy uciekają w kierunku gór.

Trójkątny dziedziniec zamku Ort.

Widzimy poziomy wody podczas powodzi w minionych stuleciach.

Przez bramę w tej wieży weszliśmy na dziedziniec.

Dzięki makiecie możemy sobie wyobrazić widok na zamek z góry.

Podoba nam się!

Spoglądamy na ratusz w Gmunden, dzisiaj tam już nie dotrzemy.

A tu można zakluczyć swój związek…

Ostatnie spojrzenie na Traunsee.

Czas wracać na stały ląd.

Sam zamek i jego otoczenie to fantastyczne miejsce na spacer z dziećmi. Zielono, kameralnie, bez samochodów, no i jak pięknie! Szkoda tylko, że czas tak szybko leci – zwiedzając z dziećmi, tempo jest zazwyczaj bardzo wolne i robi się znacznie mniej, niż się zakładało. Tak jest i tym razem. Tu kamienie do wody, tu w bucie coś uwiera, tu trzeba poszukać toalety i nie wiadomo kiedy z kwadransa robi się godzina, a z godziny dwie. W końcu rezygnujemy z planowanego spaceru na plac ratuszowy (nieco ponad półtora kilometra od zamku) – a szkoda, bo mieliśmy wielką ochotę zobaczyć renesansowy ratusz z ceramicznymi dzwonami wieżowymi. Czeka nas jednak jeszcze kilkugodzinna podróż powrotna.

Podróż powrotna i nocleg w Bohuminie

Po opuszczeniu Gmunden nigdzie już nie zbaczamy – suniemy autostradami, a widoki górskie stopniowo, lecz nieubłagalnie zamieniają się w nizinne.

Na obiad stajemy w przyautostradowej knajpce z sieci Auto Grill – nie jest może najtaniej (bez kupowania napojów da się przeżyć), ale porcje lasagne znikają z talerzy chłopaków w ekspresowym tempie.

Na nocleg – podobnie jak w drodze w tamtą stronę – zatrzymujemy się w czeskim Bohuminie tuż przy granicy z polską. Ponownie stwierdzamy, że apartament „U staré pekárny” to doskonałe miejsce na nocleg – bardzo przestronny i stosunkowo niedrogi.

Późnym wieczorem po zagonieniu do łóżek chłopaków urządzamy sobie małe święto, delektując się oglądaniem i selekcjonowaniem zdjęć. Ale mieliśmy dziś piękny dzień! Gdybyśmy nigdzie się nie zatrzymali, mielibyśmy przed oczami tylko kolejne kilometry autostrady, a tak – widoki były bajkowe!

Na szczęście po każdym wyjeździe pozostają wspomnienia…

Nasz czas: 10:00-11:15 – przejazd w okolice Gmunden.
Na wzgórzu i w zamku spędziliśmy łącznie ok. 2,5 godz.
13:45-19:45 Gmunden-Bohumin. Przez cały dzień ok. 630 km.

 

Dolne Jezioro Gosau – jeden z najbardziej znanych górskich plenerów w Austrii

Dolne Jezioro Gosau (Vorderer Gosausee– bajkowe widoki na pożegnanie Alp Salzburskich

To powinien być żelazny punkt rodzinnego programu turystycznego w Alpach Salzburskich. Jezioro jest niezwykle malowniczo położone, obramowane z trzech stron strzelistymi pasmami górskimi. Widok na Dachstein z jego lodowcem, wyłaniający się zza jeziora sprawi, że trudno Wam będzie wyjąć aparat z ręki – to jeden z najbardziej znanych górskich plenerów w Austrii. Spacer wokół jeziora jest łatwy i dostępny dla każdego – w letnich warunkach zajmuje około godziny i wymaga pokonania ok. 4,5 km. W zimie (i z dziećmi) zapewne nieco więcej, nie zawsze też da się obejść całe jezioro – śnieg z nawisów skalnych czasami zasypuje ścieżkę. Warto jednak przespacerować się chociaż kilkaset metrów i wrócić – wtedy najlepiej zacząć okrążać jezioro z lewej strony – tu widoki są najpiękniejsze.

5 stycznia 2017, piątek

Pogoda zrobiła nam prezent na pożegnalny dzień: piękne słoneczko i kilka stopni na plusie

Od rana urządzamy rodzinną burzę mózgów, czy ostatni dzień pobytu poświęcić na pożegnalne narty, czy na spacer wokół jeziora Gosau. Starsi chłopcy pewnie woleliby jeszcze trochę poszusować, ale na nas perspektywa wędrówki w górskim otoczeniu działa jak lep na muchy. W końcu wybór pada na jezioro. I dobrze! Bo niewybaczalnym grzechem byłoby być tak blisko i nie odwiedzić tego przepięknego miejsca!

Panorama otoczenia jeziora z północnego brzegu Vorderer Gosausee.

Jezioro leży na wysokości 933 m n.p.m. Wycieczka nie jest męcząca, bo prawie na samo miejsce można podjechać samochodem – od parkingu nad brzeg wody jest może ze 200 m. A potem ruszamy przed siebie. Zachwyty czas zacząć!

Parkujemy w pobliżu dolnej stacji kursującej w lecie kolejki gondolowej Gosaukammbahn na Zwiesealm.

W oddali majaczy Hoher Dachstein.

Rodzinka w komplecie, idziemy!

Chwila, moment, tylko tu odśnieżymy!

Vorderer Gosausee to typowe jezioro polodowcowe. Ma niecałe 2 km długości i do 500 m szerokości. Maksymalna głębokość wynosi 82 m. Zbiornik jest zasilany głownie przez podziemne źródła. Jezioro jest bardzo popularne wśród nurków (są dwa wyznaczone miejsca do nurkowania) ze względu na krystalicznie czystą wodę. Skały wokół jeziora przyciągają też amatorów wspinaczki – wytyczono tu niedługie, ale malowniczo poprowadzone ferraty (trudność B-C). Wszyscy inni turyści ściągają tu głownie dla widoków – jezioro Gosau to jeden z pocztówkowych plenerów Austrii. My dziś też nie możemy się napatrzeć, co wymyśliła natura. Przed nami króluje Dachstein. Z lewej imponujące ściany szczytu  Grosser Donnerkogel i masywu Goasukamm. Nad jeziorem unosi się tajemnicza mgiełka. Jest cudnie!

Masyw Dachsteinu w zimowej odsłonie.

Postrzępiona grań pasma Gosaukamm.

Idziemy dalej wschodnim brzegiem jeziora.

Tempo mamy spacerowe.

Donnerkogel ze swoją świtą.

Droga wokół jeziora prowadzi kilkadziesiąt metrów ponad jego taflą.

Planujemy oczywiście obejście całego jeziora. Początkowo trasa wiedzie szeroko odśnieżoną drogą. Potem zamienia się w ścieżkę pieszą – wąsko przedeptaną w zimie, ale wygodną.  Spacer staje się bardziej emocjonujący, gdy dochodzimy do galeryjki wykutej w stromo opadającej skalnej ścianie. W zimie trzeba uważać na lodowe sople, które mogę oderwać się i spaść na dół. Od kilku dni temperatura jest mocno dodatnia, więc zamiast lodowych nawisów z góry spada na nas deszcz kropelek wody.

Ze skał dość intensywnie leje się woda.

Pod pionowymi skałami trasa wiedzie po mostkach.

Grzesiowi bardzo podoba się spacer.

A dwa starsze łobuzy nie wychodzą ze śnieżnych zasp.

Donnerkogel został za nami.

W lecie można spróbować tu swoich sił na krókiej ferracie.

Sople i mgły – woda tworzy nam piękną scenerię.

Starsi chłopcy dawno już zapomnieli o tym, że nie poszli na narty i cieszą się spacerem równie mocno jak my. Tylko pewnie z nieco innych powodów. Oczywiście, przyznają, że jest „bardzo ładnie”, ale z większym zaangażowaniem zajmują się próbami dorzucenia śniegowych kul do tafli wody i przewalaniem śniegu jabłuszkami do zjeżdżania (skoro nie dało się pojeździć, dobre i to😉).

Dalej trasa spaceru wiedzie wykutą w skałach galeryjką.

Cały czas trzeba uważać na dzieci, bo pod kilkadziesiąt metrów pod nami jest zimna toń jeziora.

Dalej już nie idziemy – może innym razem…

Drabinka łączy górną i dolną ferratkę.

Wracamy tą samą drogą.

U starszaków robota wre, aż miło.

Grzesiek na zmianę – raz cały w skowronkach baraszkuje na śniegu, raz narzeka, że coś jest „źle w bucie”. Skarpetki zsuwające się podczas chodzenia w butach zimowych zatruły nam już niejedną wycieczkę😉 Ale przecież nie może być idealnie, nie? Ogólnie rodzinny spacer był przewspaniały – mieliśmy chyba najpiękniejsze z możliwych pożegnanie z Alpami Salzburskimi.

Kto sturla się z zaspy? Byle nie do jeziora!

A teraz kto dalej dorzuci śnieżką?

Niestety, nie udało nam się obejść całego jeziora – mniej więcej w 1/3 trasy, przy końcu galeryjki skalnej, przejście zagrodził śnieg, który usypał się stromo z nawisów skalnych. Ścieżka była, ale wąziutka, a barierka zasypana. Tuż obok urwisko prowadzące do jeziora. Mimo że kluczowy fragment był zapewne krótki – potem ścieżka wchodziła w las i na pewno sami byśmy poszli dalej, dziś rozsądek górą: nie będziemy ciągnąć tu dzieci.

Dla takich widoków warto odpuścić kilka zjazdów na nartach.

Kulminacja masywu Dachstein w zimowej odsłonie.

Chętnie wrócimy nad jezioro Gosau w cieplejszej porze roku, choć zapewne wtedy jest oblegane przez turystów, a dziś mogliśmy się cieszyć przechadzką w samotności. W lecie warto zrobić sobie spacer również nad Górne Jezioro Gosau, jednak jest on znacznie bardziej wymagający – wymaga pokonania sporego przewyższenia.

Po południu (obiad po raz kolejny ‘budżetowo’ pichcimy sami) R. zabiera chłopców do Bischofshofen. Trwają właśnie kwalifikacje do ostatniego z konkursów Czterech Skoczni. M. w tym czasie bawi się w kopciucha i próbuje z lepszym lub gorszym skutkiem ogarnąć pakowanie.

Bischofshofen – kwalifikacje do ostatnich zawodów Turnieju Czterech Skoczni.

Hallstatt – wizytówka Austrii

Hallstatt

Jeśli chcielibyśmy zdefiniować idealną atrakcję turystyczną, to Hallstatt spełniłoby chyba wszystkie kryteria takiej atrakcji. Piękne położenie, ciekawe zabytki, niezwykła i tajemnicza historia, a do tego najstarsza na świecie kopalnia soli. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że najpiękniejsze jest to, co różnorodne, tak jak tutejszy widok – skaliste, teraz ośnieżone góry, wody jeziora, w których przegląda się przeurocze miasteczko przyklejone do stromego nabrzeża, stare zabytki i tajemnice sprzed wieków. Hallstatt to wizytówka Austrii. Cały rejon został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

3 stycznia 2017, środa

Rano pogodnie, od południa leje i pada mokry śnieg, ok. 2 st.

Prognoza przewiduje na dzisiaj parogodzinne okienko pogodowe, więc staramy się wyjechać w miarę wcześnie, mając nadzieję, że pogoda pozwoli nam na zwiedzenie Hallstatt nie w deszczu. To zaledwie pół godziny jazdy od Abtenau, gdzie mieszkamy – grzechem byłoby nie skorzystać z okazji obejrzenia miejsca z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety słońce znika za chmurami jeszcze przed dojazdem na miejsce, co znacząco utrudnia komponowanie pięknych ujęć (a wizyta w Hallstatt to chyba marzenie wielu amatorów fotografii!).

Przepiękne Hallstatt – wizytówka Austrii – dziś wybieramy się tam my! Cały region Hallstatt został wpisany na listę UNESCO.

Parkujemy na głównym podziemnym parkingu (jedynym z wolnymi miejscami), co zmusza nas do nieco dłuższej przechadzki co centrum. Nie żałujemy, bo udając się prosto w stronę brzegu jeziora, trafiamy na piękny widokowy półwysep nad jeziorem Halstättersee. Miejsce jest wykorzystywane w lecie jako plaża i kąpielisko – dzieciaki na pewno byłyby zachwycone i kąpielą w jeziorze, i zabawami na placach zabaw. Półwysep został usypany z materiału skalnego uzyskanego podczas drążenia w latach 60. XX w. tuneli dla dróg dojazdowych pod wzgórzem Hallberg.

Po dojeździe do jeziora Hallstättersee otwierają się pierwsze widoki na Hallstatt.

Na brzegiem stają drewniane budynki rybackie.

500 m powyżej miasteczka znajduje się kopalnia soli, jedna z najstarszych na świecie.

Półwysep widokowy, utworzony z materiału pozyskanego podczasu budowy tunelu dojazdowego przez Hallberg.

Przed zbudowaniem drogi Seestraße do miasta można było dotrzeć tylko łodzią lub ścieżkami konnymi.

Schodzimy na chwilę nad jezioro Hallstättersee.

W lecie dzieciaki mogą szaleć na wodnym i tradycyjnym placu zabaw.

Nabrzeżne uliczki otaczają stare drewniane domki.

Hallstatt to jedno z najpiękniejszych miasteczek Austrii.

Bardzo się cieszymy, że je odwiedziliśmy!

Alexander von Humboldt nazwał Hallstatt najwspanialszym ‚lake village’ na świecie.

Dalej podążamy w stronę centrum miejscowości uliczkami wzdłuż nabrzeża jeziora. Zachwycają nas zarówno same widoki, jak i stara, często drewniana zabudowa Hallstatt. Im bliżej centrum, tym nabrzeże robi się bardziej strome, a domy wyrastają dosłownie jedne nad drugimi. Od zawsze brakowało tutaj miejsca na rozrastanie się miasteczka, ale to właśnie dzięki temu jest ono dzisiaj tak piękne. Uliczki są wąskie, przejścia często prowadzą krętymi schodkami wciśniętymi pomiędzy domy. Miejscowość słynie z tego, że wąskie uliczki uniemożliwiały tradycyjne poprowadzenie procesji w Boże Ciało i konieczne było organizowanie jej łodziami na jeziorze! Tradycja ta jest kultywowana do dziś.

Droga wzdłuż jeziora doprowadza nas do centrum.

Zachwyca nas konstrukcja drewnianych garaży dla łódek.

Miasteczko jest otoczone stromymi zboczami – rozrasta się ‚wzwyż’.

W Muzeum Hallstatt prezentowane są eksponaty z wykopalisk archeologicznych.

Im bliżej centrum, tym węższe uliczki.

uliczki są tak wąskie, że procesja Bożego Ciała odbywa się tradycyjnie na jeziorze.

Nad miastem góruje kościół katolicki (Katholishe Pfarrkirche).

Aby się tam dostać, musimy przejść zadaszonymi schodami.

Dominantę krajobrazu Hallstatt stanowi dość typowa, smukła wieża neogotyckiego kościoła ewangelickiego. Cenniejszym zabytkiem jest jednak położony kilkadziesiąt metrów wyżej na zboczu XV-wieczny kościół katolicki. Gotycka budowla zwieńczona jest skonstruowanym w późniejszych latach dachem, którego kształt przypomina pagodę. Ciekawe jest także dwunawowe wnętrze z cennym wyposażeniem, m.in. wykonanym ok. 1500 r. drewnianym ołtarzem, w którego kształcie i bogactwie zdobień można dopatrzeć się wpływów nadchodzącego renesansu. Wokół kościoła umiejscowiony jest kameralny cmentarz parafialny. To w podziemiach tutejszej kaplicy skrywa się jedna z największych tajemnic miasteczka.

Drugą świątynią Hallstatt jest XIX-wieczny kościół protestancki.

W ścianach są wejścia do budynków mieszkalnych.

Obok drzwi normalny numer ulicy, skrzynka pocztowa…

Kościół katolicki zbudowano w XV w.

Szczególnie cennym elementem wyposażenia jest drewniany ołtarz z 1500 r.

Podwójny chór kościoła był częstym elementem późnogotyckiej architektury tych okolic.

Do kościoła przylega niewielki cmentarz św. Michała.

Z uwagi na brak miejsca, czaszki zmarłych składowano w cmentarnej kaplicy.

Cmentarna kaplica czaszek

W niewielkim pomieszczeniu zgromadzono ponad 1200 czaszek okolicznych mieszkańców. Wszystko z powodu niewielkiej powierzchni cmentarza. Po 10-20 latach od pochówku konieczna była ekshumacja zwłok, aby zrobić miejsce dla ciał kolejnych mieszkańców. Czaszki i zachowane kości zmarłych gromadzono w przycmentarnej kaplicy. Wyjątkowy jest nie tylko sam fakt gromadzenia przez kilkaset lat czaszek, lecz także trwający od 1720 r. zwyczaj ich malowania w kolorowe wzory oraz umieszczania daty śmierci i nazwiska nieboszczyka. Dominuje wzornictwo zaczerpnięte z przyrody, często kolorowe i z bogatą symboliką. Liść laurowy jest znakiem zwycięstwa, bluszcz – życia, róża – miłości, liść dębu – sławy i chwały. Są również węże symbolizujące szatana, a w jednej z czaszek obok krzyża nadal tkwi złoty ząb! Widać ogromny szacunek dla zmarłych i kunszt artystów zdobiących specjalnie oczyszczane czaszki.

Kaplica św. Michała służy mieszkańcom Hallstatt od pocz. XVII w.

Ciała wyjmowano z grobów po 10-20 latach od pochówku i oczyszczano kości.

Charakterystyczne malowidła na czaszkach symbolizowały miłość do zmarłych.

Na czaszkach są zapisane nazwiska zmarłych i daty ich śmierci.

Tradycja malowania czaszek zaczęła się od XVIII w.

Ostatnią czaszkę umieszczono tu w 1995 r. – widać nawet złoty ząb zmarłej.

W kostnicy cmentarnej znajduje się obecnie 1200 czaszek, 610 pomalowanych.

Spod kościoła na zbocze prowadzą dość strome schodki. To tędy wg przewodnika można dostać się w około godzinę do prawdopodobnie najstarszej na świecie kopalni soli Salzwelten. To opcja dla wytrawnych piechurów (R. z Grzesiem nawet dzisiaj próbowali, ale schody były bardzo oblodzone, a ostatecznie spłoszyła nas ulewa 😉). Dla „przeciętniaków” dostępna jest kolejka linowo-terenowa, która podwozi turystów kilkaset metrów w górę w pobliże wylotu tuneli kopalni. W zimie ta atrakcja jednak jest niedostępna, więc będzie powód, aby tu kiedyś wrócić! Ciekawa jest nie tylko sama kopalnia, której początki sięgają nawet 3000 lat p.n.e., a wydobycie soli trwa do dzisiaj. Zachwycający jest podobno także widok z góry na całą okolicę.

R. z Grzesiem wędrują jeszcze ścieżką nad cmentarzem – można nią dotrzeć aż do kopalni w Salzbergu.

Również dla miłośników archeologii Hallstatt ma wiele do zaoferowania. Okoliczne znaleziska świadczą o ogromnym kunszcie miejscowych rzemieślników i górników. Przyjął się nawet termin „kultura halsztacka”, której wpływy obejmowały znaczny obszar Europy. Zabytki dokumentujące ogromny rozwój produkcji rzemieślniczej i obróbki metali, w tym związanej z eksploatacją złóż soli, znajdują się w wielu austriackich muzeach oraz w tutejszym Muzeum Hallstatt. Pochodzą one głównie z wykopalisk, mających swój początek w XIX w. i obejmujących m.in. ponad 2000 grobów. Kultura halsztacka swój rozkwit miała od ok. 800 do 400 r p.n.e.

Przyklejone do górskiego zbocza Hallstatt przypominało nam położony na brzegu Boki Kotorskiej czarnogórski Perast (relacja z przecudnej Czarnogóry tutaj), a przejście schodami przez tunel między domami nasuwało skojarzenia z rumuńską Sighișoarą (o Ruminii piszemy tutaj, zaczarowała nas od pierwszego wejrzenia). Niebywałe, jak wiele ma do zaoferowania turystom to wyjątkowe miasteczko. Trudno więc dziwić się tłumom przybywającym tutaj z całego świata (dzisiaj zwiedzających było naprawdę sporo, szczególnie Azjatów, trudno sobie wyobrazić, ile osób przybywa tu w letnie dni…). Zadziwiła nas informacja, którą znaleźliśmy przypadkiem w sieci, że kilka lat temu Chińczycy… uwaga, uwaga! –  skopiowali u siebie całe miasteczko Hallstatt, oczywiście nie pytając nikogo o zdanie!!! (https://www.news24.com/Travel/Chinese-secretly-copy-Austrian-town-20120604) Myśląc o tym wszystkim, współczuliśmy dzisiaj tutejszym mieszkańcom, szczególnie pamiętającym jeszcze czasy sprzed pół wieku, kiedy nie docierały tu żadne większe drogi… Jakże bardzo zmieniło się ich życie przez ten czas! Na szczęście Hallstatt pozostaje nadal właściwie niezmienione i  mamy nadzieję, że nadal tak zostanie!