Śnieżnik, Kowadło i Ślęża z dziećmi w listopadzie

 

Trzy listopadowe dni, trzy szczyty Korony Gór Polski – Kowadło w Górach Złotych, Śnieżnik i Ślęża. Jak dobrze móc pokazać dzieciom szlaki, po których dotąd chodziliśmy tylko we dwoje! Mimo kapryśnej pogody było pięknie – zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z poszczególnych wycieczek.

Dzień 1. Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Dzień 1. Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Dzień 2. Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Dzień 3. Ślęża szlakiem z Sobótki

Tradycyjnie próbujemy osłodzić sobie najgorszy miesiąc w roku późnojesiennym wypadem w góry. To wspaniale oswaja pogodę i działa jak najlepszy lek przeciwdepresyjny. Zazwyczaj jeździliśmy we dwoje, od zeszłego roku przyczepiły się do nas dwa (czasem trzy😊) rzepy. Tym razem najmłodszy rzepik zostaje z Babcią (dziękujemy!), a z nami jadą dwa starsze. Wypad z nimi to jednak prawdziwa przyjemność. Opłacało się ciągać towarzystwo w góry od małego bajtla. Teraz mamy całkiem dzielnych kompanów, którym niestraszna ani pogoda, ani całodzienna włóczęga po górskich szlakach. Chłopcy spisali się na medal!

Zatrzymujemy się w Siennej – małej wiosce u stóp Czarnej Góry w masywie Śnieżnika. Siedem lat temu spędziliśmy tu dwa tygodnie ferii zimowych (relacja tutaj). Wyjazd bogaty we wrażenia i turystyczne (o atrakcyjności Kotliny Kłodzkiej nikogo oczywiście przekonywać nie trzeba), i narciarskie – Czarna Góra to świetne miejsce na rodzinny narciarski wyjazd – wręcz wymarzone do nauki jazdy na nartach. Chętnie wracamy w miejsce, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień. Podobnie jak wtedy, teraz też zatrzymujemy się w przemiłej Wojciecówce (https://sienna.spanie.pl/ ) – klimat starego sudeckiego domu, sympatyczni gospodarze, pyszne jedzenie. Weekend przedłużamy tylko o jeden dzień, a przenosimy się w inny świat. Wyjeżdżamy w czwartek po pracy ok. godziny 16.00 Jedzie się dość sprawnie, dwa postoje po drodze, przed 22.00 jesteśmy na miejscu. Nie możemy uwierzyć, że czekają nas dwa dni na szlaku – a właściwie nawet trzy – w drodze powrotnej w niedzielę planujemy wejść jeszcze na Ślężę! Cudownie jest móc się tak oderwać.

Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Pętla z Kletna przez Śnieżnik do Siennej (lub odwrotnie) to kilkunastokilometrowa trasa ukazująca piękno Masywu Śnieżnika. Dzięki zapleczu w postaci Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”, gdzie można się ogrzać i zjeść ciepły posiłek, wycieczkę można zrealizować w każdej porze roku. Wjazd wyciągiem na Czarną Górę ograniczyłby do minimum zdobywanie wysokości (przy odwrotnym kierunku marszu), niestety, dzisiaj wyciąg był nieczynny. Może to i dobrze, bo w tym kierunku szlak przeszliśmy niespełna 7 lat temu, chętnie poznamy inną drogę.

4 listopada 2017, sobota

Przebłyski słońca, pułap chmur powyżej 1200 m n.p.m., w partiach szczytowych silny wiatr, ok. 7 st.

Kletno – Śnieżnik – Sienna

Na dzisiaj prognozy pogody są łaskawe, więc decyzja zapadła już wczoraj – atakujemy Śnieżnik! Podjeżdżamy z Siennej 4 kilometry na poznany wczoraj parking na obrzeżach Kletna i ruszamy żółtym szlakiem na Śnieżnik. Pierwsze półtora kilometra trasy prowadzi asfaltową drogą, doprowadzającą pod Jaskinię Niedźwiedzią (zdecydowanie warta odwiedzenia! – zobaczcie sami, relacja tutaj) Dzisiaj wychodzimy kilka minut przed 9:00, więc kręcą się tutaj dopiero pojedynczy turyści.

Dalej szlak prowadzi szutrową, a potem gruntową drogą. Nie wiemy, czy to chłopcy są dzisiaj tacy dzielni, czy to szlak jest tak wygodnie nachylony. Niezależnie od przyczyny, idzie się nam wyjątkowo dobrze i nadzwyczaj łatwo zdobywamy ponad 500 m przewyższenia, dochodząc do Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”. Po drodze robimy krótki postój na wygodnej ławie w połowie drogi. Wyrównanie poziomu cukru i cieplutka herbatka działa cuda.

Szczyt na Śnieżnik rozpoczyna się przy Jaskini Niedźwiedziej.

Szlak wiedzie zwężającą się doliną Kleśnicy, tzw. Gęsią Gardzielą.

Przekraczanie strumyczków to świetna przygoda na szlaku!

Wyżej wędrujemy przez jesienny las mieszany.

Za Przełęczą Śnieżnicką szlak wypłaszcza się.

Docieramy na Halę pod Śnieżnikiem.

W schronisku meldujemy się przed 11:00. Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” im Zbigniewa Fastnachta to jedno z najstarszych schronisk w Polsce. Główną jego część stanowi tzw. szwajcarka, czyli typowe sudeckie schronisko ufundowane przez Mariannę Orańską w 1871 r. Obecny swój kształt zawdzięcza remontom przeprowadzanym od lat osiemdziesiątych przez obecnego patrona, wieloletniego gospodarza, Zbigniewa Fastnachta. W ostatnich latach schronisko nadal pięknieje, od naszej ostatniej wizyty pojawił się bardziej stylowy dach i drewniane okna – z przyjemnością porównujemy zdjęcia dzisiejsze i te sprzed 7 lat (relacja z naszego poprzedniego wejścia na Śnieżnik tutaj).

Schronisko PTTK „Na Śnieżniku” to jedno z najstarszych polskich schronisk.

Schronisko zostało ufundowane w 1871 r. przez królewnę Mariannę Orańską.

Jeszcze kilkanaście lat temu w budynku nie było elektryczności.

Chwila rozgrzania przed wejściem na Śnieżnik.

Zaskakuje nas duża ilość ludzi zarówno w samym schronisku, jak i na okolicznych szlakach. To chyba zasługa weekendu oraz odbywającego się dzisiaj jakiegoś biegu górskiego, którego uczestnicy licznie przewijają się wśród turystów pieszych. Sprawnie pałaszujemy gulasz i ruszamy na szczyt Śnieżnika.

Na całym podejściu towarzyszy nam mgła (idziemy w chmurach) i bardzo silny wiatr. Chłopcy są arcydzielni i sprawnie wchodzą na szczyt, pomimo naprawdę silnych podmuchów. Obowiązkowe zdjęcia jako dokumentacja wejścia na kolejny szczyt Korony Gór Polski, chwila poplątania się wokół ruin wieży widokowej i wracamy.

Śnieżnik zasługuje na dokładniejsze „oględziny”. Uwagę każdego zwracają ruiny wieży widokowej. Zbudowana pod koniec XIX w. w stylu niemieckiego romantycznego historyzmu, miała charakter okrągłej baszty z niewielkim budynkiem schroniska. Po wojnie polskie władze nie były zainteresowane jej konserwacją. Nie po drodze było im zwłaszcza z patronem wieży, cesarzem Wilhelmem I, uznawanym za wroga Polaków. Wieża niszczała, aż w 1973 r. podjęto decyzję o jej wysadzeniu, jakoby ze względu na zagrożenie, jakie powodowała dla turystów. Runęła jednak dopiero po zastosowaniu podwójnych ładunków wybuchowych…

Poza wieżą w kopule szczytowej można odnaleźć źródła Morawy, jednej z większych czeskich rzek, oraz pobliskie pozostałości po schronisku księcia Liechtensteina. Nieopodal ruin schroniska stoi też kamienna rzeźba słonia. To wszystko jeszcze musimy dokładnie obejrzeć przy następnej wizycie, bo dzisiaj mgła i silny wiatr uniemożliwiły nam dłuższe przebywanie na wierzchołku.

Szlak na Śnieżnik wchodzi w obszar rezerwatu ścisłego.

Las, chmury i szlak przed nami. Bajka.

Las zapewnia chwilową ochronę przed silnymi podmuchami wiatru.

Ostatni odcinek szlaku wiedzie wzdłuż granicy z Czechami.

Jeszcze dwa kroki i będziemy na szczycie. Widoczność zerowa.

Śnieżnik (1425 m n.p.m.)

Dobrze widać pozostałości wysadzonej w 1973 r. wieży widokowej.

Śnieżnik. Wycieczka w komplecie.

Resztki wieży zapewniają nam osłonę przed wiatrem.

Pozostałości wieży to najwyższy punkt na kopule szczytowej Śnieżnika.

Charakterystyczną cechą Masywu Śnieżnika są silnie wypłaszczone wierzchołki.

Wierzchołek Śnieżnika jest bardzo rozległy – we mgle wygląda trochę jak preria.

Śnieżnik leży na dziale wodnym zlewisk Morza Czarnego i Bałtyckiego.

Na szczycie wiatr nie pozwala na dłuższy odpoczynek.

Warunki, w jakich wchodziliśmy na Śnieżnik nie nie były oczywiście wymarzone, wiatr omal głów nam nie pourywał, ale satysfakcja ze wspólnego wejścia – bezcenna: )

Cała „wyprawa szczytowa” zajęła nam nieco ponad godzinę. Po powrocie do schroniska w jadalniach zastajemy jeszcze więcej osób. Po chwili na szczęście zwalniają się miejsca w drugiej sali i możemy po odstaniu w kolejce delektować się pysznym obiadem. Szczególnie polecamy zestawy z gulaszem i szarlotkę z dodatkiem jagód (jest naprawdę przepyszna)!

Najedzeni i wypoczęci, postanawiamy nieco wydłużyć drogę powrotną. Pamiętając z zimowego wejścia przyjemny szlak prowadzący grzbietem łączącym Przełęcz Śnieżnicką i Czarną Górę, decydujemy się na trasę w kierunku Siennej. Na Przełęczy Śnieżnickiej nie skręcamy w prawo za żółtymi znakami do Kletna, tylko za czerwonymi w lewo w stronę Czarnej Góry.

Szlak jest przyjemnie odludny, co jest miłą odmianą po nieźle zatłoczonej trasie na Śnieżnik. Początkowo wprowadza na rozległy szczyt Żmijowca (1153 m n.p.m.), pozwalając po drodze spojrzeć z widokowej wychodni skalnej na otoczenie doliny Kleśnicy. Dalej sprowadza łagodnie na Przełęcz Żmijowa Polana. Tutaj zatrzymujemy się na zasłużony odpoczynek. Minęło już półtorej godziny od wyjścia ze schroniska, przeszliśmy w tym czasie prawie 6 kilometrów. Chłopcy idą dzisiaj praktycznie w naszym tempie – wspaniali kompani nam wyrośli!

Schodzimy w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej.

Za drzewami majaczy Czarna Góra.

Przyszliśmy z prawej strony, z Kletna, teraz skręcimy w lewo, na Sienną.

Wychodnie skalne na spłaszczeniu szczytowym Żmijowca.

Pięknie stąd widać otoczenie Doliny Kleśnicy.

W oddali majaczy Stronie Śląskie.

Idziemy w kierunku Żmijowca.

Rzut oka za siebie. Król Śnieżnik schował się w chmurach.

Lasy zniszczone przez zanieczyszczenia związkami siarki . Obecnie robi się nowe nasadzenia.

Czarna Góra w pełnej krasie. W zimie to świetny ośrodek narciarski.

Zniszczone monokultury świerkowe zastępuje się bukami, modrzewiami i jaworami.

Przełęcz Żmijowa Polana (1049 m n.p.m.)

W całkiem zacisznej wiacie (doceniamy to zwłaszcza przy dzisiejszym wietrze) zjadamy kanapki i popijamy herbatą i kawą. Jest wspaniale, ale pora ruszać do domu, bo za chwilę zrobi się ciemno.

Rezygnujemy z podejścia kolejne 150 m w górę na szczyt Czarnej Góry z wieżą widokową (byliśmy na niej w zimie, widok rzeczywiście jest wspaniały, warto, relacja tutaj). To już byłoby za dużo. Ruszamy w dół wprost do trasy narciarskiej (A). Nie jest to może najwygodniejsze zejście ze względu na spore nachylenie, ale za to dość szybko tracimy wysokość.

Ostatnie kilkaset metrów idziemy letnim torem dla rowerów, a potem mijamy „armię” armatek śnieżnych, które w gotowości czekają na nadchodzący sezon zimowy. Trasy po modernizacji ośrodka wyglądają zachęcająco. Planujemy wrócić tutaj zimą za parę lat, kiedy Grześ będzie zdobywał swoje pierwsze szlify na dwóch deskach.

Skręcamy teraz w kierunku Siennej, wkraczając na tereny narciarskie.

Zimą Czarna Góra zamienia się w raj dla narciarzy.

Wszystko czeka w pełnym pogotowiu.

W Siennej M. z chłopcami schodzi prosto do naszej Wojciecówki. R skręca w prawo na drogę do Kletna, po naszą brykę, która została na tamtejszym parkingu.

Późnobarokowy kościółek św. Michała Archanioła w Siennej.

Nasz czas: 7,5 godziny (z postojami); łącznie 16 km i 800 m przewyższenia.

Nasza dzisiejsza trasa – na czerwono.

Jeszcze raz wielka pochwała dla Tymka i Sebka za dzisiejszą wycieczkę. Dla obu Śnieżnik jest najwyższym szczytem, jaki zdobyli bez podjeżdżania kolejką/wyciągiem. Dla Sebusia dodatkowo był to najdłuższy dystans i przewyższenie, jakie pokonał jednego dnia na własnych nogach. Brawo, chłopaki!

Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Kowadło – atrakcyjny i łatwo dostępny szczyt Korony Gór Polski

Lokalny koniec świata, leśne ścieżki, wychodnia skalna, a do tego jeszcze prawdziwe ametysty pod nogami! To wszystko znaleźliśmy, wchodząc na jeden z najłatwiejszych do zdobycia szczytów Korony Gór Polski – Kowadło. Góry Złote, podobnie jak inne sudeckie pasma świetnie nadają się na rozpoczęcie (lub kontynuację) zdobywania KGP.

3 listopada 2017, piątek

Chociaż nie wszyscy geografowie i kartografowie zgadzają się z dość arbitralnym podziałem na Góry Złote i Bialskie, Klub Zdobywców Korony Gór Polski uznaje pogląd, że Kowadło jest najwyższym szczytem Gór Złotych. Chłopcy jeszcze nie odwiedzili tego miejsca, a od naszej wycieczki minęło już prawie 7 lat – chętnie przypomnimy sobie ten szlak i pokażemy go dzieciom.

Nasz szlak wychodzi z miejscowości Bielice. Z tego samego miejsca można iść też na Rudawiec – najwyższy szczyt Gór Bialskich. Bez problemu można połączyć obie wycieczki, tę na Kowadło i tę na Rudawiec, w jedną; oczywiście trzeba wtedy dysponować ładnymi kilkoma godzinami czasu. My dziś nie zdążymy już odwiedzić Rudawca, ale wycieczka na Kowadło też nam sprawia wiele frajdy – łatwa i krótka, w sam raz na krótkie listopadowe popołudnie.

Samochód można zostawić na wyznaczonym miejscu parkingowym. My przez pomyłkę zostawiamy auto kilkaset metrów wcześniej, ale nie żałujemy dodatkowego spaceru – po obu stronach drogi stoją stare poniemieckie chałupy – jedne ładnie odnowione, inne prezentują całą gamę Stasiukowskich smaczków. Takie miejsca z klimatem bardzo lubimy. R. szybko wraca po samochód i podjeżdża na właściwy parking i wkrótce razem kontynuujemy wędrówkę zielonym szlakiem.

Wieś Bielice – stąd ruszamy na Kowadło.

Bielice to najdalej na wschód wysunięta miejscowość Kotliny Kłodzkiej.

Stasiukowskie klimaty

Tu rozdzielają się szlaki na Rudawiec i na Kowadło.

Nasz szlak skręca pod kątem prostym w lewo.

Najpierw idziemy szeroką bitą drogą, zostawiając za sobą zabudowania Bielic.

Warto patrzeć pod nogi!

Byliśmy przekonani, że największą atrakcją dla chłopców będzie podejście granicznym grzbietem bogato ozdobionym fantazyjnymi formami skalnymi. Tymczasem okazuje się, że najciekawsze leży u naszych stóp. Czy to gencjana się komuś rozlała? Nie, wśród białawych ubłoconych kamieni pokrywających drogę leżą prawdziwe ametysty! Chłopcy przez kolejne kilkaset metrów z wypiekami na twarzy nie odrywają oczu od drogi i znajdują kolejnych kilka ślicznych kamieni. Nie są to oczywiście „jubilerskie” okazy, ale nawet bez pięknych szlifów są naprawdę piękne!

Bogactwo minerałów tych okolic – wystarczy spojrzeć na kolory kamyków pod nogami.

Ametyst znaleziony dziś na szlaku na Kowadło. Magia Sudetów!

Najpierw idziemy drogą jezdną, potem szlak skręca w prawo, by poprowadzić ścieżką w świerkowym tunelu. Po kolejnych kilkuset metrach osiągamy graniczną przecinkę. Idziemy na szczyt żółtym szlakiem – jest może nieco trudniej, ale dużo ciekawiej. Zielone polskie znaki w pewnym momencie zbaczają w lewo i opuszczają przecinkę, by wrócić do niej dopiero na szczycie. Idzie się tamtędy wygodniej, ale opuszcza się interesujące przejście przez podszczytowe skałki.

Mamy dziś do pokonania niecałe 300 m przewyższenia.

Po dotarciu do grzbietu granicznego skręcamy pod kątem prostym w lewo.

Idziemy razem z żółtymi znakami czeskiego szlaku.

To wycieczka do odbycia – przy odpowiednich warunkach – o każdej porze roku.

Z wychodni skalnych otwierają się rozległe widoki na Góry Bialskie.

Aby podwiać takie widoki, lepiej w partii szczytowej iść czeskim żółtym niż polskim zielonym szlakiem.

Unieść głowę też warto…

My nigdzie nie zbaczamy i po chwili nudna przecinka zmienia się w bajkowe skalne otoczenie. Chłopcy cieszą się, że po skałach wchodzi się pod górę jak po schodach. Atrakcji na dziś jednak jeszcze nie koniec. W pewnym momencie Tymo wypatruje parę ciekawych ptaków. Z daleka przypominają trochę samice bażanta. R. udaje się zbliżyć do jednego z nich na tyle, żeby zrobić dobre zdjęcie. Ptak właśnie korzystał z wodopoju w zagłębieniu skalnej misy. Wieczorem udaje nam się ustalić, że spotkaliśmy prawdziwie rzadki okaz – jarząbka zwyczajnego. Ptaki te zimują w Polsce, ale spotkać je można właściwie tylko w niektórych pasmach górskich.

R. udaje się upolować aparatem rzadkiego jarząbka zwyczajnego.

Jarząbek zimuje w Polsce, można go spotkać na terenach górskich.

Kowadło – samotnie na szczycie

W okolicy wierzchołka najpierw mijamy czeskie oznaczenie szczytu z prawdziwą książką wejść, do której oczywiście się wpisujemy. Postój urządzamy sobie przy „polskim” wierzchołku – więcej tu miejsca na rodzinny popas.  Kanapki, słodycze, kawka, herbatka, zmęczenie w nogach… czegóż chcieć więcej! Niestety, czas szybko płynie i przed 15:30 trzeba zacząć schodzić, żeby zmrok nie zastał nas na szlaku – listopadowy dzień jest krótki.

Kowadło – najwyższy szczyt polskich Gór Złotych (989 m n.p.m.).

Jest i księga wejść, wpisujemy się koniecznie!

Szczyt Kowadła to świetne miejsce na postój.

Szykując się do drogi…

Listopad w górach – jest super, spróbujcie!

Na zejście wybieramy porzucony przedtem zielony szlak. Kilka lat temu ocenialiśmy go jako dość mylny na tym odcinku. Tym razem jednak, pokonując go w odwrotnym kierunku, nie zauważamy takiego problemu. Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej, schodzimy sprawnie i tuż po 16:00 meldujemy się przy samochodzie. To był naprawdę udany dzień!

Szlak zielony to łatwiejszy wariant do schodzenia – omija skałki podszczytowe.

Widok na Dolinę Górnej Białej Lądeckiej i Bielice.

Ścieżka wije się przez bukowy las.

Schodzimy z powrotem do Bielic.

Na wysychającym kamieniu utworzyło się serduszko – to zdjęcie to kwintesencja naszej dzisiejszej wycieczki!

Nasz czas (tempo rodzinne): ponad godzinę w górę i niespełna 40 minut w dół.

Nasza dzisiejsza trasa – na fioletowo.

Opis naszego wcześniejszego, zimowego wejścia na Kowadło tutaj.

Wejście na Kowadło to krótka wycieczka, my odbyliśmy ją po południu – rano tego samego dnia oglądaliśmy Jaskinię Niedźwiedzią – jedną z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Opis tutaj – polecamy!

Wejście na Orlicę – najwyższy polski szczyt Gór Orlickich

27 grudnia 2016, wtorek

Pogoda zmienia się o 180 stopni: od rana deszcz zamienia się w śnieg, temperatura oscyluje w okolicy zera (choć nasz termometr od wczoraj uparcie twierdzi, że jest -65,8 🙂 )

Na Orlicę – najwyższy polski szczyt Gór Orlickich

Orlica (1084 m n.p.m.) to najwyższy polski szczyt Gór Orlickich (choć żeby być zupełnie w zgodzie z prawdą, trzeba przyznać, że sam wierzchołek Orlicy – Vrchmezí – leży w Czechach, kilka metrów od granicy z Polską). Byliśmy już na niej  chłopcami kilka lat temu przy okazji wiosennego pobytu w Górach Stołowych (relacja tutaj), ale wtedy był ciepły maj, no a przy tym Sebuś nie wszedł sam, tylko został wniesiony w nosidle. Teraz odwiedzamy Orlicę w zupełnie innej scenerii, a Sebuś wchodzi honorowo na własnych nogach.

Wycieczka na Orlicę jest wymarzona dla rodzin z małymi dziećmi – szlak niedługi, wygodny i łagodnie nachylony. Okolica Orlicy jest też świetnym punktem wypadowym dla narciarzy biegowych. Punkt startu naszej wycieczki znajduje się ok. 1,5 km od ostatnich wyciągów w Zieleńcu – trzeba wypatrzeć znaki zielone, odbijające na zachód od drogi. Wprowadzają one w leśną drogę – można tu wygodnie zostawić samochód. Parkujemy i ruszamy przez siebie. Cały czas mocno sypie śnieg, więc naciągamy kaptury na głowę. Droga pod górę to sielanka. Grześ chętnie pakuje się do sanek, trochę też idzie na własnych nóżkach, chłopcy ruszają z kopyta przed siebie. Po ok. 40 minutach wypatrujemy miejsce, gdzie trzeba opuścić szlak i skręcić w las. Z naszej ostatniej wycieczki pamiętamy, że sam wierzchołek Orlicy NIE znajduje się na znakowanym szlaku – trzeba odbić w lewo ścieżką w las w miejscu, gdzie szlak skręca o 90 stopni. Po 10 minutach będziemy na szczycie.

Punkt wyjścia zielonego szlaku

Zawierucha śniegowa niestraszna prawdziwym turystom!

Większość szlaku na Orlicę wiedzie wygodną leśną drogą.

Do szczytu już tylko kilkaset metrów.

Przy skręcie rozdzielamy się. Śnieg na nieznakowanej ścieżce jest nieudeptany i przepadający, a Grześ już zaczyna marudzić – R. z naszym najmłodszym turystą zarządza więc odwrót do samochodu, a M. z chłopcami wchodzą na samą górę. Przejście krótkiego odcinku nieznakowanej ścieżki jest z perspektywy M. dość męczące, bo przy każdym kroku noga lamie cienką lodową powłoczkę i  zapada się w śnieg. Dzieci mają lepiej – są lżejsze. Sebek nie zapada się prawie w ogóle, Tymo tylko co drugi krok. M. się męczy, a oni mają ubaw po pachy – mówią, ze w niezapadaniu się pomaga im moc rycerzy Jedi, a Mama jest po ciemnej stronie Mocy 🙂 . Ten odcinek wycieczki podoba im się chyba najbardziej.

Skręcamy w lewo w nieznakowaną leśną ścieżkę.

Przez chwilę idziemy przecinką graniczną.

Chłopcy siadają na małe co nieco, a M. próbuje zorientować się, gdzie dokładnie jest szczyt.

Jeszcze kilka kroków ścieżką przez urokliwy las.

Urządzamy sobie krótki postój na herbatę i małe co nieco przy słupku granicznym. Chłopcy mają dziką radość z chłodzenia herbaty czystym śniegiem. Potem jeszcze wyskakujemy na sam wierzchołek zrobić upamiętniające zdjęcia na szczycie do naszej dokumentacji Korony Gór Polski. Pierwsze zaskoczenie: obelisk na szczycie. Nie było go tutaj, jak byliśmy na Orlicy kilka lat temu. Obelisk został postawiony na jesieni 2012 dla upamiętnienia trzech ważnych postaci, które zdobyły wierzchołek Orlicy: cesarza Józefa II, Johna Quincy’ego Adamsa oraz najbliższego naszemu sercu Fryderyka Chopina. Kamień, na którym podczas naszej ostatniej wycieczki chłopcy wsuwali banana jest zupełnie zasypany śniegiem – aż trudno go teraz wypatrzeć.

I jesteśmy – na szczycie Orlicy (1084 m n.p.m.).

Na tym głazie poprzednio robiliśmy sobie odpoczynek – teraz ledwo wyróżnia się spod śniegu

Powrót mija nam błyskawicznie. Wycieczki ze starszakami to już sama przyjemność. R. zdecydowanie miał mniej sielankowo. Grześ marudził i nie chciał ani jechać na sankach, ani wsiąść do nosidła, ani iść na swoich nóżkach. W końcu zasnął kilka minut przed samochodem – najgorsza opcja z naszego punktu widzenia, bo mieliśmy nadzieję, że utnie sobie drzemkę w domku, a my będziemy mieli chwilę oddechu. No cóż, po raz kolejny to nasz dwulatek układa nam plan dnia 🙂 Mimo wszystko wycieczka była bardzo przyjemna. Orlica jest też godna polecenia jako cel przyjemnego zimowego spaceru, trzeba tylko mieć na uwadze to, że przy dużych śniegach nieznakowana ścieżka na szczyt może nie być przedeptana.

Pora na dół.

Drzewa pokrywa delikatny szron – było pięknie!

Nasz czas: 12:00-14:00, niecałe 200 m przewyższenia.

Po południu R. z chłopcami jadą na rekonesans do Zieleńca. Załatwiają lekcje na nartach na kolejny dzień, robią niezbędne zakupy, a na deser szaleją na jabłuszku na przywyciągowej górce. W tym czasie M. bawi się z Grzesiem z domku. R. sprawdza w Zieleńcu (…  hura, polski zasięg!) prognozy na kolejne dni – jutro ma być pogodnie, co tu zaplanować?

Wejście na Lubomir i wieczorna wycieczka do Bacówki na Maciejowej

30 października 2016, niedziela

Pochmurno, z przejaśnieniami i przelotnym mżawko-śniegiem, do 6 stopni

Lubomir

Po wczorajszym wieczornym spacerze po kasińskich torach wszystkim dobrze się śpi. Noc dzisiaj o godzinę dłuższa (zmiana czasu), my jednak „przekładamy” dodatkową godzinę na wtorek – wtedy bardziej się przyda!

Wstajemy bez zbędnego ociągania się, żeby w miarę wcześnie znaleźć się na szlaku. Przy śniadaniu zastanawiamy się, czy wchodzić na Lubomir od strony Węglówki, czy wybrać dużo dłuższą trasę przez schronisko Kudłacze. Ze względu na Grześka staje na wejściu z Węglówki.

Podjeżdżamy na przełęcz Jaworzyce, a stamtąd jeszcze ok. kilometra drogą asfaltową w kierunku przysiółka Parylówka na niewielki parking (według instrukcji dojazdu zamieszczonej na stronie obserwatorium na Lubomirze).

Szlak początkowo prowadzi przez kilkaset metrów asfaltową drogą. Grześ dzielnie maszeruje na własnych nóżkach, niewiele ustępując tempem starszakom. Dopiero przy ostatnich zabudowaniach R. ładuje go do nosidła i dogania resztę ferajny. Dalej Grześ dzielnie siedzi na plecach taty i próbuje śpiewać piosenki – najlepiej wychodzi mu… „Sto lat”:)

Ruszamy na Lubomir.

Ruszamy na Lubomir.

Grześ najpierw dzielnie idzie sam. Kolory jesieni są bajkowe.

Grześ najpierw dzielnie idzie sam. Kolory jesieni są bajkowe.

Asfalt zmienia się w kamienistą drogę, która wprowadza nas w las, coraz stromiej wspinając się na stoki Lubomira. W lesie kamienista nawierzchnia okresowo zamienia się w mocno błotnisty beskidzki szlak pokryty dywanem bukowych liści. Błotnistość jednak jest znośna i nie przeszkadza naszym dzielnym chłopakom. Nachylenie jest jednak spore i przez ostatnie minuty mocno wyglądamy już szczytu. W końcu – jest! Budynku Obserwatorium Astronomicznego im. Tadeusza Banachiewicza nie da się z niczym pomylić. Informacje z drogowskazu przy parkingu są mocno zachęcające – 45 minut i 1,5 km nie wygląda źle. Rzeczywiście jednak wejście z dzieciakami zajmuje nam około godziny.

Beskid Wyspowy (właściwie Makowski) - spróbujcie się nie zakochać.

Beskid Wyspowy (właściwie Makowski) – spróbujcie się nie zakochać.

Dojście na Lubomir nie nastręcza żadnych problemów technicznych.

Dojście na Lubomir nie nastręcza żadnych problemów technicznych.

Typowa dzisiejsza pogoda - z serii 'wszystko się może zdarzyć'.

Typowa dzisiejsza pogoda – z serii ‚wszystko się może zdarzyć’.

Właśnie dlatego późną jesienią kochamy góry.

Właśnie dlatego późną jesienią kochamy góry.

Wzdłuż całej trasy stoją tablicy ścieżki dydaktycznej.

Wzdłuż całej trasy stoją tablicy ścieżki dydaktycznej.

Za nami otoczenie Śnieżnicy.

Za nami otoczenie Śnieżnicy.

Końcowy odcinek szlaku.

Końcowy odcinek szlaku.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Lubomira.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Lubomira.

Szczyt Lubomira zajmuje Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza.

Szczyt Lubomira zajmuje Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza.

Organizowane są tu regularnie prelekcje astronomiczne i pokazy nieba.

Organizowane są tu regularnie prelekcje astronomiczne i pokazy nieba.

Na szczycie czytamy informację, że od dzisiaj (zmiana czasu) obserwatorium jest czynne dla turystów w weekendu od 12:00 do 15:15. Perspektywa czekania ponad godzinę na zimnym wietrze na możliwość ogrzania się we wnętrzu budynku skutecznie nas odstrasza. Rezygnujemy więc z prelekcji astronomicznej i poprzestajemy na pamiątkowych zdjęciach – w końcu musimy mieć dokumentację ze zdobycia kolejnego szczytu Korony Gór Polski (Lubomir – 904 m n.p.m. – to najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego)! [wiele osób zalicza jednak Lubomir do Beskidu Wyspowego, a za najwyższy szczyt Makowskiego uważa Mędralową].

Lubomir (904 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego.

Lubomir (904 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego.

Na pewno odwiedzimy jeszcze obserwatorium, bo bardzo kusi nas perspektywa podejrzenia jego pracy, a szczególnie kilkugodzinne nocne pokazy nieba (organizowane zwykle raz w miesiącu, w pogodne weekendy – szczegóły na stronie internetowej: http://obserwatorium.lubomir.weglowka.pl/).

Grześ na szczycie… robi siusiu – to jego wielkie osiągnięcie ostatnich dni – już nawet nie chce sikać w pieluchę. Dzisiaj przy temperaturze 3 stopni, wiejącym wietrze i prószącym śnieżku jest to nieco kłopotliwe, ale musimy to dźwignąć ;-). Zaraz potem nasza najmłodsza pociecha zaczyna ryczeć jakby ktoś ją zarzynał, rzucając się w histerii na ziemi prosto w błotniste, mokre liście. Widocznie przeszkodziliśmy mu w jakimś jego zamierzeniu. Bywa i tak, zwłaszcza gdy przebija się właśnie drugi trzonowiec… To właśnie chwila z rodzaju tych, które potem człowiek skrzętnie wymazuje ze swojej pamięci:)

Bez zbędnej zwłoki kierujemy się w drogę powrotną. Grześ od razu uspokaja się w nosidle, a starszaki prawie zbiegają na dół. Idą sobie we dwóch kilkadziesiąt metrów przed nami – ale mamy dorosłe dzieci!

Wracamy tą samą drogą.

Wracamy tą samą drogą.

Gdy na chwilę zaświeci słońce, światło jest bajkowe.

Gdy na chwilę zaświeci słońce, światło jest bajkowe.

Pod nogami bukowe liście, jak to jesienią.

Pod nogami bukowe liście, jak to jesienią.

W panoramie bez problemu odnajdujemy Śnieżnicę.

W panoramie bez problemu odnajdujemy Śnieżnicę (ta środkowa…).

Wchodząc w górę ok. kilometr za parkingiem zauważyliśmy Gościniec pod Lubomirem i teraz stwierdzamy, że może uda nam się zjeść tam obiad schodząc na dół. Po dwudziestu minutach zejścia meldujemy się w obszernej, ciepłej restauracji.

Obiad w Gościńcu pod Lubomirem

To prawdziwy strzał w dziesiątkę! Jest ciepło, przestronnie i miło. Grześ spokojnie pałaszuje na obiad zupkę, a my nie możemy doczekać się na pyszne pierogi z mięsem, które poprawiamy pierogami z jagodami i naleśnikami z serem – pychota! Wszyscy wychodzimy najedzeni i zadowoleni.

Grześ miał gdzie pobiegać, bo sala restauracji jest całkiem spora. Mimo to jak tylko dochodzimy do asfaltu, wypuszczamy go z nosidła. Biegnie w dół na wyścigi z Tymkiem i Sebkiem. Wszyscy chłopcy zresztą dzisiaj spisali się na medal. Tymo dźwigał spory górski plecak z częścią naszego zaopatrzenia i zachowywał się jak prawdziwy starzy brat. Seba sprawnie wchodził, nie narzekając pomimo prawie 300 m przewyższenia i niezbyt wygodnego nachylenia szlaku. A Grześ prawie nie marudził i dzielnie przeszedł razem ponad kilometr trasy.

Nasz czas: 10:45–13:30 (wg „starego” czasu letniego), ok. 3,5 km i niespełna 300 m przewyższenia.

 

Zielonym szlakiem do Bacówki na Maciejowej

Po dzisiejszej wycieczce porządnie sobie odpoczęliśmy w Stacji Kasina, Grześ się wyspał… Co zrobimy z wieczorem?… Oczywiście – znowu pójdziemy w góry! Tym razem do dwukrotnie już przez nas odwiedzanej Bacówki na Maciejowej. Po ciemku i z czołówkami – chłopaki będą mieć dodatkową atrakcję. A przy tym tak bardzo smakowały nam tamtejsze racuchy z jagodami… 🙂

Nie chce nam się podchodzić nieco nużącym czarnym szlakiem wzdłuż trasy wyciągu (szliśmy zresztą tamtędy już dwa razy). Podjeżdżamy więc drogą z Raby Niżnej przez Olszówkę i dalej wzdłuż żółtego szlaku aż do miejsca, gdzie odłącza się od niego zielony szlak. Po drodze chwilami dość mocno pada deszcz, ale mamy nadzieję na poprawę pogody. I faktycznie, jak tylko dojeżdżamy, przestaje padać. Parkujemy już o zmroku i zaczynamy naszą przygodę.

Ruszamy w okolic Olszówki. Właśnie zmierzcha.

Ruszamy w okolic Olszówki. Właśnie zmierzcha.

Wyjmujemy czołówki i ciemność nam niestraszna.

Wyjmujemy czołówki i ciemność nam niestraszna.

Zielony szlak prowadzi stąd dość ostro w górę leśną drogą mocno zniszczoną przez zrywkę drewna. Po ostatnich opadach idziemy błotnistym parowem, którym ze zmiennym natężeniem płynie woda. Po kilkunastu minutach zaczynamy się zastanawiać, czy nie zarządzić odwrotu, jednak nareszcie szlak skręca w prawo i zaczyna trawersować stoki Barda, gdzie od razu robi się wygodniej.

Nadal okresowo jest bardzo błotniście, ale mamy dłuższe odcinki całkiem wygodnej leśnej drogi. Nie jest tak płasko, jak wydawałoby się na mapie, raczej cały czas w górę lub w dół. Dołączamy do czerwonego szlaku, który ostatecznie zaprowadzi nas do celu.

Po 40 minutach zauważamy w prześwitach między drzewami światła. Na ich podstawie próbujemy zlokalizować schronisko. Po chwili przekonujemy się, że światła pochodzą z podgórskich osad, a schronisko wyłania się w nieco innym miejscu, na prawo od ścieżki. Tak czy siak, widok światła po blisko godzinnej wędrówce bardzo nas cieszy!

Bacówka na Maciejowej - gdy dochodzimy, widać tylko tyle.

Bacówka na Maciejowej – gdy dochodzimy, widać tylko tyle.

Za to w środku jak zwykle przyjemnie i przytulnie.

Za to w środku jak zwykle przyjemnie i przytulnie.

W bacówce rozczarowuje nas tylko brak racuchów. Poza tym atmosfera jest jak zwykle ciepła, przytulna, gościnna. W kominku wesoło trzaska ogień. Cieplutko. Mili gospodarze tłumaczą, że już posprzątali kuchnię po dwudniowym pobycie dużej grupy i nie bardzo chcą zaczynać wszystko od nowa. Ostatecznie na dzisiejszą kolację jemy… szarlotkę! Pieczona dzisiejszej nocy smakuje naprawdę świetnie. Towarzystwo sernika i ciasta drożdżowego tworzy kompletny zestaw. Grześ nie gustuje w ciastach, ale zjada jogurciki i kanapkę, zachwycając się płonącym w kominku ogniem.

Wszystkim bardzo podoba się taka kolacja. Jesteśmy jedynymi gośćmi w schronisku. Na pamiątkę kupujemy znaczki turystyczne ze schroniska z postanowieniem, że zaczniemy kupować je w kolejnych odwiedzanych atrakcjach turystycznych. Zawsze to lepsza rzecz do kolekcjonowania dla dzieciaków niż głupie naklejki z albumów.

Po degustacji wszystkich ciast. Pora do domu.

Po degustacji wszystkich ciast. Pora do domu.

Robi się już późno, więc zbieramy się do powrotu. Tym razem droga mija jakoś szybciej i bez większych problemów trafiamy do naszego doblaka zostawionego na poboczu.

Zdecydowanie nie namawiamy nikogo do krążenia po górach w nocy. Jesteśmy jednak całkiem dobrze wprawieni regularnymi spacerami nocą po lasach w okolicach naszej mazowieckiej działki. Dziś mamy aż … pięć czołówek. Przezorny zawsze ubezpieczonyJ Dla dzieciaków taki spacer był prawdziwą przygodą z lekkim dreszczykiem emocji. A i dla nas było to ciekawe i nowe przeżycie. Szczególnie fajny był moment odnalezienia schroniska.

Nocny spacer świetnie uchwycony okiem Tyma.

Nocny spacer świetnie uchwycony okiem Tyma.

Nasz czas: 17:45–20:00, ok.1,5 km i po 100 m przewyższenia w każdą stronę