Śnieżnik, Kowadło i Ślęża z dziećmi w listopadzie

 

Trzy listopadowe dni, trzy szczyty Korony Gór Polski – Kowadło w Górach Złotych, Śnieżnik i Ślęża. Jak dobrze móc pokazać dzieciom szlaki, po których dotąd chodziliśmy tylko we dwoje! Mimo kapryśnej pogody było pięknie – zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z poszczególnych wycieczek.

Dzień 1. Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Dzień 1. Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych

Dzień 2. Rodzinna wycieczka na Śnieżnik

Dzień 3. Ślęża szlakiem z Sobótki

Tradycyjnie próbujemy osłodzić sobie najgorszy miesiąc w roku późnojesiennym wypadem w góry. To wspaniale oswaja pogodę i działa jak najlepszy lek przeciwdepresyjny. Zazwyczaj jeździliśmy we dwoje, od zeszłego roku przyczepiły się do nas dwa (czasem trzy😊) rzepy. Tym razem najmłodszy rzepik zostaje z Babcią (dziękujemy!), a z nami jadą dwa starsze. Wypad z nimi to jednak prawdziwa przyjemność. Opłacało się ciągać towarzystwo w góry od małego bajtla. Teraz mamy całkiem dzielnych kompanów, którym niestraszna ani pogoda, ani całodzienna włóczęga po górskich szlakach. Chłopcy spisali się na medal!

Zatrzymujemy się w Siennej – małej wiosce u stóp Czarnej Góry w masywie Śnieżnika. Siedem lat temu spędziliśmy tu dwa tygodnie ferii zimowych (relacja tutaj). Wyjazd bogaty we wrażenia i turystyczne (o atrakcyjności Kotliny Kłodzkiej nikogo oczywiście przekonywać nie trzeba), i narciarskie – Czarna Góra to świetne miejsce na rodzinny narciarski wyjazd – wręcz wymarzone do nauki jazdy na nartach. Chętnie wracamy w miejsce, z którym wiąże się tak wiele miłych wspomnień. Podobnie jak wtedy, teraz też zatrzymujemy się w przemiłej Wojciecówce (https://sienna.spanie.pl/ ) – klimat starego sudeckiego domu, sympatyczni gospodarze, pyszne jedzenie. Weekend przedłużamy tylko o jeden dzień, a przenosimy się w inny świat. Wyjeżdżamy w czwartek po pracy ok. godziny 16.00 Jedzie się dość sprawnie, dwa postoje po drodze, przed 22.00 jesteśmy na miejscu. Nie możemy uwierzyć, że czekają nas dwa dni na szlaku – a właściwie nawet trzy – w drodze powrotnej w niedzielę planujemy wejść jeszcze na Ślężę! Cudownie jest móc się tak oderwać.

Jaskinia Niedźwiedzia – jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce

Jaskinia Niedźwiedzia

To najdłuższa jaskinia w Sudetach – długość jej korytarzy sięga aż 4,5 kilometra – i jedna z najpiękniejszych jaskiń w Polsce. Przyozdobiona licznymi formami naciekowymi, jest prawdziwą perłą ziemi kłodzkiej. Jaskinia swa nazwę zawdzięcza znalezionym w jej namuliskach kościom niedźwiedzi jaskiniowych. Warto wcześniej zamówić bilety, bo ochrona mikroklimatu jaskini pozwala na jednorazowe wejście maksymalnie 15-osobowych grup i w sezonie bywa trudno o wolne miejsca. Zwiedzanie z przewodnikiem zajmuje ok. 45 min.

03.11.2017, piątek

Pochmurno, rano przelotny deszcz, ok. 6 st.

Plan na dzisiaj był zgoła inny – dwa szczyty Korony Gór Polski: Rudawiec i Kowadło. Niestety, po pysznym śniadaniu w Siennej zaczyna siąpić deszcz. Szybka burza mózgów i zmiana planów. Rezerwujemy wejście do Jaskini Niedźwiedziej na 10:40, mając nadzieję, że po południu uda się jeszcze wejść na Kowadło – według prognoz pogoda z biegiem dnia ma się poprawić.

Dojazd do Kletna wąską dróżką z Siennej zajmuje dosłownie kilka minut. „Na pamięć” zajeżdżamy na parking, znany z zimowej wizyty w jaskini. Po chwili jednak zostajemy przegonieni przez tubylca z logo „Przewodnik” na polarze („Znaku zakazu Pan nie widzi?!!!”). Mamy zjechać na położony niżej parking. M. z chłopcami ruszają więc w górę, a R. grzecznie zjeżdża na parking 200 m dalej. No, jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze – tu oczywiście musimy zapłacić („jedyne” 15 zł). Beneficjentem okazuje się PTTK, co sprawia, że łatwiej nam przełknąć tę utratę gotówki 😉.

Podejście doliną Kleśnicy

Spacer od parkingu do jaskini spokojnym krokiem zajmuje niespełna pół godziny. Idziemy przez piękny las, pokryty dywanem bukowych liści. W dole szumi kaskadami potok Kleśnica. Można ten dystans podjechać melexem, ale przechadzka naprawdę jest bardzo przyjemna. Chwila moment i stawiamy się pod jaskinią.

Kletno. Nasz cel – Jaskinia Niedźwiedzia.

Od parkingu do jaskini idziemy ok. 30 min przez ładny, bukowy las.

Można też podjechać melexem, ale taki spacer to sama przyjemność.

Listopadowo-bukowy dywan pod nogami.

Pawilon wejściowy jest przestrzenny, szybko przypominamy sobie wszystko, co oglądaliśmy kilka lat temu – rekonstrukcje niedźwiedzia i lwa jaskiniowego oraz szkielet niedźwiedzia jaskiniowego, a nawet… szafeczki na depozyt, którymi siedem lat temu tak bardzo interesował się nasz roczny Sebuś 😉. Jak miło odświeżyć stare wspomnienia! Kupujemy bilety – udaje nam się dostać na jeszcze wcześniejszą godzinę – 10:20.

Wejście do jaskini znajduje się na wysokości 800 m n.p.m.

W pawilonie wystawowym największe wrażenie robi szkielet niedźwiedzia jaskiniowego.

Niedźwiedź jaskiniowy mógł ważyć nawet pół tony.

W pawilonie wystawowym można też oglądać ciekawą interaktywną makietę masywu Śnieżnika.

Dla każdego coś miłego

Trasa turystyczna prowadzi środkowym piętrem jaskini. Zaraz po wejściu spoglądamy w Wielką Szczelinę, która prowadzi do dolnych partii jaskini. Tamtędy prowadzi niedawno udostępniona turystom trasa ekstremalna (link: http://jaskinianiedzwiedzia.pl/trasa-ekstremalna.html). Trzygodzinna przygoda pod okiem speleologów to musi być coś! Nasi chłopcy jednak muszą jeszcze parę lat poczekać – ta przyjemność dostępna jest dla śmiałków od 16 roku życia. Warto dodać, że Jaskinia Niedźwiedzia jest dostępna również dla osób niepełnosprawnych (skrócony wariant trasy turystycznej).

Jaskinia Niedźwiedzia – speleologia w pigułce

Nawet jednak przy wyborze klasycznej trasy zwiedzanie jaskini jest bardzo interesujące. Pierwsze sale i korytarze nie mają szaty naciekowej poza mlekiem wapiennym. Ta część jaskini była zasypana materiałem namuliskowym. Poznajemy szczegóły dotyczące odkrycia jaskini, jej budowę geologiczną, dowiadujemy się, jak przebiegała eksploracja i proces udostępniania korytarzy dla turystów.

Do drugiej części jaskini przechodzimy korytarzem wykutym w pięknym marmurze. Tutaj możemy z bliska nie tylko zobaczyć, lecz także wyjątkowo dotknąć (poza tym przejściem obowiązuje zakaz dotykania ścian jaskini) tej pięknej skały, zwanej Białą Marianną na cześć XIX-wiecznej właścicielki tych terenów – Marianny Orańskiej. Prawdziwa uczta dla oczu zaczyna się dopiero teraz. Podziwiamy bardzo bogatą szatę naciekową. Poza typowymi formami naciekowymi szczególny podziw wzbudza w nas m.in. imponująca kaskada, przypominająca spektakularny lodospad, oraz świetnie zachowane i fantazyjnie ukształtowane misy martwicowe. Jaskinia Niedźwiedzia jest naprawdę bardzo piękna.

Trasa turystyczna wiedzie środkowym piętrem Jaskini Niedźwiedziej.

Podziwiamy piękne misy martwicowe.

Czaszka lwa jaskiniowego.

Jaskinia Niedźwiedzia ma piękną szatę naciekową.

Stalaktyty żyją – u końca każdego wisi kropelka wody.

Dyskretne oświetlenie trasy zwiedzania podkreśla naturalne piękno jaskini.

Jedna z najbardziej znanych form w jaskini – 8-metrowa kaskada.

Kalcytowe cuda natury.

Misy martwicowe niektórym przypominają pola ryżu widziane z lotu ptaka.

Ten oryginalny stalagmimit nosi nazwę ‚lichtarza’ – forma zadziwia regularnością.

Najpiękniejsza część jaskini to Sala Pałacowa i Korytarz Stalaktytowy.

Bogactwo form naciekowych zachwyca przepychem.

Wychodzimy pełni wrażeń i głodni. Dzieci nie darują nam jednak odwiedzin w sklepie z pamiątkami. Do dziś chłopcy hołubią kupione tu kilka lat temu odblaski w kształcie misiów. Dzisiaj kupujemy podobny Grzesiowi – będzie do kompetu. Starszaki kupują śliczną maskotkę-nietoperza i pamiątkową monetę. Wszyscy pijemy gorącą herbatkę z termosu i ruszamy w drogą powrotną. Do samochodu zbiegamy dosłownie w kilkanaście minut.

Po zwiedzeniu jaskini wracamy na parking w Kletnie.

To jeszcze nie koniec na dzisiaj

Po drodze do Bielic, skąd wyruszymy szlakiem na Kowadło szukamy dobrego miejsca, żeby coś przekąsić. Świetnym miejscem okazuje się wypatrzona przez chłopców na reklamie przy parkingu Rukola – restauracja w hotelu Morawa w Starej Morawie. Zajadamy się pysznymi kluchami w wersjach z łososiem i kurczakiem. Sebuś woli konkretny kotlet – dla każdego coś smacznego ;-). Dobrze przyrządzony szpinak z dodatkami smakuje wszystkim. Teraz pora na porcję górskiej wędrówki  – wycieczkę na Kowadło – najwyższy szczyt Gór Złotych (opis wycieczki na Kowadło tutaj).

Właściwie powinniśmy podziękować pogodzie, bo tylko dzięki porannym opadom odwiedziliśmy dzisiaj Jaskinię Niedźwiedzią! Cudownie było przypomnieć sobie bogactwo jej form naciekowych i przebieg trasy turystycznej. Ostatnio nie zwróciliśmy uwagi choćby na piękno marmurów, otaczających jaskiniowe sale i korytarze. Jaskinia Niedźwiedzia zostanie na wiele kolejnych lat w naszych wspomnieniach

XLIV Maraton Pieszy po Puszczy Kampinoskiej

Rokrocznie na jesieni w Puszczy Kampinoskiej jest rozgrywany Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego. Można startować na dystansach 50, 75 lub 100 km, na trasach dziennych lub nocnych. W tym roku po raz pierwszy bierzemy w nim udział – ale na pewno nie ostatni. Kampinoski maraton wpisujemy na stałe w nasz kalendarz imprez! Poniżej nasza relacja oraz spis niezbędnego – naszym zdaniem – ekwipunku. Continue reading

Szwajcaria Saksońska – most Bastei i Labirynt

Szwajcaria Saksońska to nasz przystanek w podróży na rodzinne wakacje do Schwarzwaldu. Jak tam jest pięknie! Na razie zobaczyliśmy tylko słynny most Bastei i szukaliśmy drogi w skalnym Labiryncie, ale ten jeden dzień tylko zaostrzył nam apetyty. Na pewno jeszcze tu wrócimy!

 

4 sierpnia 2017, piątek

Częściowe zachmurzenie, ok. 25 stopni – idealna pogoda na wakacje

Szwajcaria Saksońska

Szukając miejsca na nocleg po drodze do Schwarzwaldu i wertując przewodniki, zobaczyliśmy na zdjęciach miejsca jak z bajki: most Bastei,  rozsiadłą na szczycie wzgórza twierdzę Königstein, meandrującą Łabę, której dolina została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Szwajcaria Saksońska, zwana też Saską Szwajcarią, obejmuje niemiecką część Gór Połabskich i oferuje jedne z najpiękniejszych krajobrazów w Niemczech. Część obszaru chroniona jest w formie parku narodowego. Krajobraz  Szwajcarii Saksońskiej jest bardzo zróżnicowany. Szczególnie malownicze są skały z piaskowca, które w wyniku erozji uzyskały niezwykle wymyślne kształty. Malownicze ściany skalne wystrzelają niemal pionowo do góry –  to raj dla wspinaczy i miłośników pięknych krajobrazów. Wytyczono tu wiele szlaków zarówno na krótkie spacery, jak i na wielogodzinne i wielodniowe wycieczki. Przez jeden dzień Szwajcarii Saksońskiej absolutnie nie można zwiedzić –można jedynie się przekonać, że człowiek chętnie tu wróci raz jeszcze, i to jak najszybciej!

W ogóle bardzo nam się podobają wschodnie Niemcy, zwłaszcza jak już zjedziemy z autostrady. Miasteczka i wioski są takie autentyczne, gdzieniegdzie podniszczone. Wszędzie dużo starej szachulcowej zabudowy, przy wąskich uliczkach stoją urokliwe stare kościółki z wysokimi wieżami.

Szwajcaria Saksońska – co wybrać na jeden dzień pobytu z dziećmi?

Do Szwajcarii Saksońskiej przywabił nas – jak zapewne wielu turystów przed nami – fantastyczny most Bastei. Nie chcieliśmy tu jednak zaglądać w najbardziej obleganych godzinach – ta jedna z największych atrakcji turystycznych wschodnich Niemiec w sezonie letnim przyciąga dzień w dzień tysiące turystów. Przeciskanie się w tłumie może jednak obrzydzić nawet najpiękniejsze miejsce – decydujemy się więc odłożyć Bastei na wieczór. Będzie i pusto, i światło będzie lepsze. Wybieramy miejsce dużo mniej popularne, ale niesamowicie atrakcyjne dla dzieci – grupę skał zwaną Labiryntem.

Labirynt – fantastyczne formacje skalne na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal

Z punktu widzenia dziecka to lepsze niż najlepszy plac zabaw! Z punktu widzenia dorosłego: możliwość obejrzenia ciekawych naturalnych formacji skalnych, przypominających nasze Błędne Skały. Niedługa, ale bardzo atrakcyjna trasa. Żelazna atrakcja turystyczna dla rodzin z dziećmi! Ścieżka kluczy między piaskowcowymi skałami o najwymyślniejszych kształtach, przeciska się przez wąskie szczeliny i ciemne tunele. W odnalezieniu trasy zwiedzania pomagają strzałki z kolejnymi numerkami – od 1 do 29. Jeśli jakieś przejście oceniamy jako za trudne dla nas lub dla naszych pociech, można bez problemu je obejść i znaleźć własną, łatwiejszą ścieżkę.

Trasa jest świetna dla dzieci w każdym wieku (choć maluchów z oczu nie można tu spuścić – w wielu miejscach można spaść), w ograniczonym stopniu nadaje się dla dziecięcych wózków. W wąskich przejściach trudno zmieścić się z plecakiem lub nosidłem (ale zawsze można znaleźć bezproblemowe obejście). Spacer po Labiryncie (tempem rodzinnym:) zajmuje ok. półtorej godziny. Grupa skał „Labirynt” znajduje się na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal. Nam dojazd zajął sporo czasu – ze względu na remonty i zamknięcia drogi w okolicy miejscowości Leupoldis-Hain musieliśmy szukać objazdów, ale w normalnych warunkach powinno dojechać się bezproblemowo. Samochód można zostawić na leśnym parkingu.

Wszyscy nasi chłopcy są zachwyceni wycieczką. Tymo odważnie wspina się na najwyższe skały, Sebuś dzielnie przeciska się przez ciemne przesmyki, Grześ nie boi się niczego – jeśli tylko trzyma za rękę Mamę lub Tatę😊

Skalny Labirynt znajduje się nieco na północ od miejscowości Rosenthal Bielatal.

Można się tu dostać, jadąc drogą S169.

To wielka frajda dla dzieci!

Ścieżka turystyczna kluczy pomiędzy skałami.

To jedna z głównych atrakcji na trasie – drabinka doprowadza do wąskiego, ciemnego przesmyku między skałami.

…. którym musimy się przecisnąć!

Dzieciaki są zachwycone.

Po drugiej stronie czeka na nas R. z Grześkiem – oni poszli łatwiejszą drogą.

Oj, chyba w zejściu będzie musiał pomóc Tata.

W znalezieniu drogi przydatne są strzałki z kolejnymi numerkami.

Halo, chłopaki, jak ja mam do Was przejść?

Grześka nie zraża konieczność wdrapywania się na kolejne głazy.

Z prawej strony zaczaił się na nas zaklęty w skałę potwór z jednym okiem.

Znaleźliśmy świetną miejscówę na drugie śniadanie.

Uwaga! Snajperzy na skałach!

Piaskowce przybierają fantastyczne kształty.

Skały podziurawione przez erozję jak szwajcarski ser.

To bardzo fotogeniczna wycieczka.

Ścieżka wprowadza w kolejny tunel skalny. Grześ dzielnie idzie na pierwszy ogień.

Dzieciom bardzo podobają się takie tajemnicze przejścia.

Nasz dzisiejszy hit. Tylko Grzesiek poszedł nie tam, gdzie trzeba.

Profesjonalista komponuje kolejny kadr.

A co jest największą frajdą?

Przeskakiwanie kolejnych głębokich szczelin!

Atrakcja na koniec – wąziutki przesmyk skalny. Plecaki na głowy!

Po południu jemy obiad, który przywieźliśmy sobie jeszcze z domu, i kładziemy Grześka spać na drzemkę do łóżeczka – jutro planujemy przejazd do Schwarzwaldu, Biedak, pewnie znów spokojnie sobie nie pośpi.

Most Bastei

Ten wyjątkowo fotogeniczny most, zawieszony nad lustrem Łaby, to chyba najbardziej znana atrakcja Szwajcarii Saksońskiej. To jeden z niewielu przykładów sytuacji, kiedy ingerencja człowieka w krajobraz nie zeszpeciła otoczenia, a wręcz przeciwnie – dodała krajobrazowi wiele tajemniczości i wzbogaciła go o  baśniowy wymiar. Nazwa pochodzi od formacji skalnej, nazwanej „basztą” (bastei) właśnie. Skała góruje niemal 200 m nad lustrem Łaby. To miejsce o długich tradycjach turystycznych – pierwszy drewniany most przerzucono w tym miejscu niemal 200 lat temu – kładka połączyła Bastei z pozostałościami średniowiecznego zamku Neurathen. Z mostu dobrze widać znane formacje skalne: Lilienstein i Pfaffenstein oraz słynną twierdzę Königstein zajmującą całą wierzchowinę wzgórza Königstein (360 m n.p.m.).

Szwajcaria Saksońska

Słynny most Bastei widziany z jednego z pierwszych punktów widokowych.

Szwajcaria Saksońska

Natura i dzieło rąk ludzkich tworzą tu harmonijną całość.

Te skały mają ponad 100 m wysokości!

Szwajcaria Saksońska

Most stoi prawie 200 m powyżej poziomy przepływającej tuż obok Łaby.

Zwiedzanie w tłumie odbiera Bastei wiele uroku. Rozwiązanie = przyjechać tu wcześnie rano lub wieczorem. U nas pierwsza opcja odpada, jednak druga doskonale zdaje egzamin. Przyjeżdżamy na parking przed 18:30. Towarzyszą nam tylko nieliczni turyści Dodatkowy atut wybrania tej pory dnia to piękne światło – fotografie wyjdą dużo ładniej niż w południe. Na spokojne pospacerowanie po Bastei oraz odwiedzenie ruin twierdzy i okolicznych punków widokowych potrzeba ok. 2 godzin (ale można zaplanować też okrężny kilkugodzinny spacer). Samochód można zostawić na dużym płatnym parkingu, znajdującym się ok. 10 min drogi od Bastei.

Późne popołudnie to świetna pora na spacer po moście Bastei.

…chociaż część skał już pogrążyła się w wieczornym cieniu.

Kurort Rathen rozłożył się nad Łabą.

Łaba płynie prawie 200 m pod nami.

Most zamyka imponująca formacja skalna.

Z cyklu „prawie jak”… Dunajec w Pieninach!

Szwajcaria Saksońska

Twierdza Königstein majaczy na horyzoncie.

Będąc na moście Bastei, koniecznie trzeba odwiedzić pozostałości średniowiecznej twierdzy Neurathen (wstęp dodatkowo płatny, jednak wieczorem nie są już pobierane opłaty). Zwiedzanie jest niesamowicie atrakcyjne pod względem widokowym – to spacer po wierzchołkach strzelistych piaskowcowych skał, połączonych ze sobą mostkami. Z twierdzy nie zachowało się prawie nic, jednak odpowiednie tablice (również w języku polskim) informują o dawnym rozkładzie architektonicznym warowni.

Idziemy na spacer po pozostałościach twierdzy Neurathen.

Tutejsze kładki i schodki przypadły do gustu chłopakom.

Szwajcaria Saksońska

Mijamy kolejny punkt widokowy na most.

Szwajcaria Saksońska

Tamte kolosy też są niczego sobie.

Kolejna metalowa kładka.

A co tam jest? … Anioł!

A na co patrzy Grześ? Oczywiście na jadący w dole pociąg!

Szwajcaria Saksońska

Jeszcze tylko jedno spojrzenie z punktu widokowego na most i twierdzę.

Wszyscy nasi chłopcy są dziś wyjątkowo dzielnymi kompanami. Starsi chłopcy chętnie zajmują się fotografowaniem (do tego głownie służą im komórki na wyjazdach), dla Grześka bardziej atrakcyjne są schodki i kamyczki. O wejście do nosidła prosi dopiero po półtorej godziny spaceru (a przed południem całą trasę w labiryncie przeszedł na własnych nogach).

Tak dzisiejszą wycieczkę zapamiętał Sebuś. Polecamy namawianie dzieciaków do pisania dzienników podróży. Taka pamiątka jest bezcenna:)

Nasz czas (bez dojazdów): Labirynt: ok. 11.30-13.30; Bastei: 18:30-20:30

 

Szwajcaria Saksońska – prolog,

czyli jak tam dotarliśmy

Wyjeżdżając na wakacje z dziećmi dalej niż 1000 km (lub dłużej niż 10 godzin jazdy), zwykle planujemy nocleg po drodze. Gdy w przewodniku po Niemczech zobaczyliśmy zdjęcie słynnego mostu Bastei, od razu wiedzieliśmy, gdzie zatrzymamy się tym razem😉Zmobilizowaliśmy się do wygospodarowania dodatkowego pół dnia wolnego w pracy, dzięki czemu mamy dodatkowy cały dzień (piątek) na zwiedzanie!

3 sierpnia 2017, czwartek

Podróż do Schwarzwaldu, dzień 1.

R wraca z pracy o 12:00, M. finalizuje trwające od kilku dni pakowanie i ok. 14:00 wyjeżdżamy. Kierunek: Szwajcaria Saksońska!

Zatrzymujemy się na placu postojowym przy ekspresówce S8 ok. 30 km przed Wrocławiem. Najlepszą zabawką starszaków okazują się foliowe worki puszczane na wietrze. Świetnie się bawimy w „Baloniku nasz malutki” i „Idzie zuch, wicher dmucha”. Jak to czasem niewiele trzeba, żeby było fajnie.

Postój nr 1 na ekspresówce przed Wrocławiem

Kolejny postój robimy na stacji w Bolesławcu przy granicy polsko-niemieckiej (trzeba zjechać ok. kilometr z autostrady, ale jest dużo taniej). Jemy zapiekanki i hotdogi, siedząc na krawężniku przy samochodzie. Grzesiek pierwszy raz w życiu je hotdoga! Jednak trzylatek a dwulatek to zupełnie inna bajka.

Ekskluzywna kolacja przed granicą polsko-niemiecką

Po zjeździe z autostrady droga prowadzi przez tajemnicze wąwozy między porośniętymi lasem skalnymi ścianami. Przy zapadającym zmroku wszystko wydaje się bardzo tajemnicze. Przejeżdżamy przez Bad Schandau – główny ośrodek turystyczny Szwajcarii Saksońskiej. Baśniowa atmosfera sprawia, że pięknie podświetlony w nocy punkt widokowy na zboczu nad Łabą przypomina Sebusiowi rzecznego potwora. Na miejsce docieramy nie bez przygód, ale o tym za chwilę ;-).

Nasz przejazd: 14:00-22:00, 630 km

 

Nasza meta,

czyli nocleg z przygodami

Dwa noclegi zaplanowaliśmy spędzić w malutkim domku przy granicy z Czechami. Nasza Krysia (tak ochrzciliśmy głos w naszej nawigacji) prowadzi nas dzielnie aż do ostatniego miasteczka. W Reinhardtsdorf-Schöna każe nam skręcić w ślepą uliczkę. Dopiero po chwili znajdujemy właściwy skręt na naszą drogę. A ta ciągnie się i ciągnie. W końcu wyprowadza nas z miejscowości i wprowadza do lasu. O matko, gdzie my jedziemy? Stromą i wąziutką dróżką zjeżdżamy aż na dworzec kolejki podmiejskiej (S-Bahn). Zatrzymujemy się, patrzymy – widać numer 102, ale domku ze zdjęć ani śladu…

Jest już po 22:00, ciemno…Rzucamy się do komórek, żeby sprawdzić jeszcze raz adres. Na Airbnb stoi jak nic 102… Na szczęście w końcu znajdujemy też indywidualną stronę gospodarza ferienhaus-elisabeth.de i tam okazuje się, że to 102D. Ta jedna literka dodatkowo oznacza, że musimy zawrócić i podjechać kilkaset metrów z powrotem w górę. Tam już znajdujemy główny dom (zajęty przez innych gości) i nasz domek ukryty za nim. Szybko kłądziemy dzieci, sami zasypiamy po ogarnięciu niezbędnych rzeczy już po północy.

Reinhardtsdorf-Schöna, Bahnhofstrasse 102.

Jest całkiem przytulnie, wygodnie i czysto. Może poza łazienką (brak kabiny, woda z prysznica leci na całą podłogę). Ogólnie dobre wykorzystanie stosunkowo niewielkiej powierzchni. Grześ śpi w naszym łóżeczku turystycznym, chłopcy na dwóch „górnych” łóżkach, my pod nimi na rozkładanej kanapie.

Czar pryska o 7:30 rano. Z sąsiedniego większego domu do wynajęcia słychać każdy hałas, bo dzieli nas tylko ok. półtora metra – okna w okna. A po 8:00 zaczynają się naprawdę wielkie hałasy – ktoś wali w nasze ściany i sufit! No tak, w nocy zauważyliśmy rusztowania dookoła domku. Przez cały dzień trwa rozbiórka istniejącego dachu – nie do wiary – w NASZYM DOMKU! – hałas jest straszny, do tego tuż pod oknami spadają części dachu i plączą się wytatuowani fachmani z gołymi klatami. W sumie samo życie, ale gospodarz ani nie uprzedził nas przed przyjazdem, ani nie przeprosił w trakcie pobytu za utrudnienia. Natomiast nie omieszkał uprzedzić dwa dni temu, że za pościel trzeba zapłacić 10 euro za osobę… Szkoda gadać! Napiszemy odpowiednią opinię na Airbnb…

Remont dachu. O zgrozo! Na naszym domku!

Te niedogodności zepsuły ogólne wrażenie, bo sam domek był całkiem wygodny i (w porównaniu z innymi noclegami w okolicy) niedrogi – kosztował 104 euro za dwa noclegi (plus koszty pościeli). Z drugiej strony jednak – zostanie w naszej pamięci!

Schwarzwald – wymarzone miejsce na wakacje z dziećmi

sierpień 2017

Rok temu po chłodnych wakacjach w Danii (dwa tygodnie na Półwyspie Jutlandzkim opisujemy tutaj) zapragnęliśmy cieplejszej lokalizacji. Otwieramy rodzinny koncert życzeń! My najbardziej chcielibyśmy spędzić lato w górach, wśród pięknej przyrody i zwiedzić kilka interesujących zespołów staromiejskich; dzieci, zachwycone zeszłorocznym Legolandem, proszą o park rozrywki i możliwość popluskania się w jeziorze. Jak pogodzić nasze potrzeby? Patrzymy na mapę Europy i jest! And the winner is …. Schwarzwald! Po drodze odwiedzimy zjawiskową Szwajcarię Saksońską i średniowieczny Rothenburg. Szykuje się smakowity wyjazd! Continue reading

Alpy Sztubajskie, Tyrol, Austria, 2017.07

Alpy Sztubajskie, 2017.07

To nasz pierwszy wyjazd w Alpy Austriackie. Niby byliśmy już w Alpach Bawarskich i Julijskich, odwiedziliśmy też Dolomity, ale wyprawa w sam środek Alp Wschodnich to trochę co innego. Alpy Sztubajskie zadziwiły nas swoją uniwersalnością. Spodziewaliśmy się wielkich dolin i szczytów z lodowcami niedostępnych dla przeciętnego turysty. Zastaliśmy prawdziwe góry dla każdego. Można tu znaleźć trudne ferraty i ambitne podejścia na trzytysięczniki. Jest mnóstwo szlaków dla typowych górołazów (choćby Stubaier Höchenweg od schroniska do schroniska przez kolejne doliny, przełęcze i szczyty). Są trasy odpowiednie dla rodzin z dziećmi i ludzi w każdym wieku i kondycji. Są intensywnie zagospodarowane okolice kilku kolejek gondolowych, gdzie wytyczono nawet ścieżki w pełni dostępne dla dziecięcych wózków (!) i każdy może poczuć się jak w wysokich górach. Ale są też dzikie i niedostępne miejsca, do których docierają nieliczni.

Jako turyści, dla których pierwowzorem gór są Tatry, liczyliśmy na bliższe zapoznanie się z krajobrazem lodowcowym. Nie zawiedliśmy się. Każda podchodząca w okolicę głównej grani alpejskiej dolina oferowała widok z lodowcami w tle. Wiele szlaków wprowadza na granie i szczyty, umożliwiając bezpośrednią konfrontację ze spływającą masą lodu. Nie marzymy o poszukiwaniu drogi przez labirynt szczelin czy wspinaniu się na stromych lodowcowych podejściach, ale możliwość zobaczenia takiego krajobrazu z bliska była dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Trochę brakowało nam jedynie takiego prawdziwego, ciemnosmreczyńskiego lasu. W Sztubajach doliny i ich co łagodniejsze zbocza są bardzo intensywnie wypasane. Drzewa i kosodrzewina porastają praktycznie tylko bardziej niedostępne zbocza. Za to można podziwiać stada krów, owiec i kóz. Nie trzeba też czekać na pojawienie się widoków dopiero po przekroczeniu granicy lasu. Coś za coś.

Stałym elementem krajobrazu są też naprawdę imponujące potoki, biorące często początek w topiących się latem lodowcach. Tworzą one niespotykane w Tatrach rozlewiska na płaskich łąkach i potężne kaskady i wodospady na kolejnych progach dolin. Górskie stawy w letnim słońcu mają kolory morskich lagun… Po prostu trzeba samemu to zobaczyć, a jeżeli nie macie takiej możliwości to zapraszamy do naszej relacji!

Z praktycznego punktu widzenia przydatne jest zakupienie Stubai Card (64 euro za dorosłego i 32 euro za dziecko), dającej możliwość korzystania przez 5 z 7 kolejnych dni z kolejek gondolowych w dolinie oraz kilku dodatkowych atrakcji, w tym parku wodnego StuBay. Z innych przywilejów „karcianych” warto wspomnieć o możliwości nieodpłatnego korzystania ze środków komunikacji publicznej. Niektóre (oczywiście odpowiednio droższe) kwatery i pensjonaty oferują Stubai Card w cenie noclegów.

Planując wyjazd w Alpy, warto odpowiednio wcześniej zostać członkiem Alpenverein. W cenie członkostwa otrzymujemy międzynarodowe turystyczne ubezpieczenie, obejmujące nie tylko turystykę górską, ale też po prostu wyjazdy zagraniczne na cały rok. Dodatkowo w schroniskach możemy korzystać ze zniżek na noclegi i specjalnych, w miarę tanich posiłków, tzw. Bergsteigessen za 8 euro/porcja. Przy członkostwie dwóch dorosłych osób dzieci otrzymują członkostwo z wszelkimi uprawnieniami bez dodatkowych opłat.

Ambitni turyści mogą w Alpach Sztubajskich zdobywać poszczególne szczyty z programu Seven Summits Stubai (Zuckerhütl, Wilder Freiger, Habicht, Rinnenspitze, Serles, Hoher Burgstall, Elfer). Zdobycie każdego z nich potwierdzamy perforacją na specjalnej karcie (dostępnej w punktach informacji turystycznej). Uwaga: wejście na szczyty Zuckerhütl i Wilder Freiger wymaga odpowiedniego sprzętu i doświadczenia w turystyce lodowcowej.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek (zapraszamy!):

Dzień 1. Podróż i ruiny starej walcowni w Nietulisku

Dzień  2. Podróży cd. Salzburg – miasto Mozarta

Dzień 3. Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher, czyli wysokie góry dla każdego

Dzień 4. Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

Dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

Dzień 6. Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte – alpejski szlak jak z bajki

Dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Dzień 8. Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

Dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

Dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

Dzień 11. Podróż powrotna i czeskie Brno w deszczu

Rezerwat Źródła Rzeki Łyny

Rezerwat Źródła Rzeki Łyny im. profesora Romana Kobendzy

1 lipca 2017, sobota

Dość chłodno, porywisty wiatr, prześwieca słońce, do 20 st.

To jedno z takich miejsc, o których nie wiedzieliśmy, że istnieją, a jak już do nich zawitaliśmy, to poczuliśmy, że czekają specjalnie na nas, są jak z bajki. Piękna przyroda, unikatowa w skali europejskiej nizinna erozja wsteczna, wspaniała trasa turystyczna. Wybieracie się z dzieciakami w okolice Mazur lub jedziecie nad morze? Koniecznie trzeba tu zajrzeć!

Łynę odwiedzamy przy okazji podróży z Warszawy do Krynicy Morskiej. Jadąc nad morze, jak zwykle wahamy się, czy jechać autostradą czy krajową siódemką. Czas przejazdu w okolice Zatoki Gdańskiej jest podobny, ale decydujemy się na  siódemkę, bo po drodze łatwiej zatrzymać się na jakiś turystyczny postój.

Rezerwat źródeł rzeki Łyny wypada dokładnie w połowie drogi, kilka kilometrów za Nidzicą. Zbaczamy z ekspresówki i po kilkuset metrach jesteśmy w innym świecie. Wąska, mazurska, trochę dziurawa droga w pięknym szpalerze drzew prowadzi nas do przeuroczej miejscowości Łyna. Jest tu kościół z 1726 r. i niewielki cmentarz z okresu I wojny światowej, trochę kwater agroturystycznych. Czas płynie dużo wolniej. Przejeżdżamy miejscowość i kierujemy się na położony półtora kilometra dalej parking.

Do miejscowości Łyna prowadzi urocza droga obsadzona szpalerem drzew.

W Łynie znajduje się zabytkowy kościół z 1726 r.

Rezerwat przyrody „Źródła rzeki Łyny” im. prof. Romana Kobendzy

Po wyjściu z samochodu z wrażenia głos nam odbiera. Niby nic takiego, ale jakie piękne! Ciągnące się po horyzont pagórkowate pola „gryki jak śnieg białej”. Niemal w tym samym czasie zaczynamy mówić Mickiewiczowską Inwokacją. Jeszcze nie weszliśmy do rezerwatu, a już trudno nam schować aparat. Grzesiek, całkowicie pochłonięty kamyczkami, którymi wysypany jest parking, pozwala nam nawet na chwilę oddechu.

Dla turystów zwiedzających Rezerwat Źródeł Rzeki Łyny zorganizowany jest rozległy parking.

Grzesiowi spodobały się zwłaszcza drewniane stojaki na rowery.

Tuż obok znajduje się przepiękne białe pole gryki.

Od razu przypomina nam się Mickiewiczowska Inwokacja.

Nie możemy oderwać oczu.

Z parkingu do rezerwatu prowadzi odnowiona kamienista droga. Schemat szlaków prowadzących przez rezerwat nie jest zbyt czytelny (kolory szlaków są wyblakłe, nie ma dobrych punktów odniesienia, a wyraźnie pomogłoby to w orientacji). Trzeba iść prosto utwardzoną drogą przez las, która doprowadzi nas do granic rezerwatu. Po ok. 15 minutach spaceru docieramy do Osady Łyńskiego Młyna. Czy uwierzycie, że rzeka została w tym miejscu spiętrzona (dla potrzeb lokalnego młyna) już w XIV w.? Osada stanowi od niedawna własność Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Planowane jest utworzenie Muzeum Źródeł Rzeki Łyny i lokalnego centrum badawczo-dydaktycznego. Budynek dawnego młyna jest już pięknie odnowiony, inne jeszcze czekają na renowację. Spoglądamy chwilę na spiętrzone wody Łyny tworzące malownicze leśne jeziorko i ruszamy na pętlę wokół obszaru źródliskowego rzeki Łyny (za młynem trzeba skręcić w prawo).

Szeroka brukowana droga doprowadza do granic rezerwatu.

Warto dobrze popatrzeć na schemat szlaków – potem jest ich jak na lekarstwo.

Dla wszystkich planujących odwiedzenie tego miejsca – schemat trudno znaleźć w Internecie. Nasz parking – ten najbardziej z lewej strony.

Idziemy najpierw drogą prowadzącą do łyńskiego młyna.

Osada Łyński Młyn jest obecnie własnością Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Zabytkowy budynek młyna został w 2011 r. pięknie odrestaurowany.

Pierwszy młyn stanął w tym miejscu już w XIV w.

Z tego samego okresu pochodzi pierwsze spiętrzenie wód Łyny.

Nasz szlak podchodzi stromo pod górę przez piękny mieszany las, a my od razu czujemy się jak w górach. Grzesiek dziarsko maszeruje przed siebie z kieszeniami obładowanymi kamieniami, które zamierza wrzucać do pierwszej napotkanej po drodze kałuży. Po chwili od wygodnie poprowadzonego szlaku odłączają się drewniane schodki sprowadzające na tarasik widokowy. Tu czeka na nas główna dzisiejsza atrakcja. Wydawać by się mogło, że taras to po prostu zejście wprost w… środek niewielkiego bagienka, ale nic bardziej mylnego. Ten niepozorny błotnisty krąg to właśnie jedno ze źródeł wysiękowych. Na obszarze kilkudziesięciu metrów kwadratowych woda przesącza się na powierzchnię i spływa malutkim strumyczkiem. Przez lata skały i gleba są wymywane tak, że źródło powoli się cofa, tworząc w zboczu spore, półkoliste nisze – tzw. cyrki dolinne. To jest właśnie proces erozji wstecznej, który zwykle można zaobserwować tylko w górach. Na obszarze nizin to ewenement na skalę europejską! Niestety, bardzo trudno jest ująć to zjawisko na zdjęciach – trzeba tu przyjechać i zobaczyć wszystko na własne oczy!

Nasz szlak wiedzie rozległą doliną o stromych zboczach.

W tej okolicy dziesiątki wypływających strumyków dają początek Łynie.

Drewniane pomosty umożliwiają zobaczenie nisz źródliskowych – tzw. cyrków dolinnych.

Na zdjęciach wyglądają niepozornie, ale to na dolinach prawdziwa rzadkość!.

Takich źródeł widać z naszej ścieżki dobrych kilka, a w okolicy jest ich znacznie więcej. Rezerwat obejmuje dość rozległą dolinę z licznymi bocznymi wąwozami, wyjątkowo malowniczo porośniętą pięknym, miejscami ponad 100-letnim lasem mieszanym.

Piękne są tu nie tylko źródła Łyny.

Cała otaczająca przyroda zachwyca.

Na obszarze rezerwatu urządzono kilka miejsc odpoczynku.

Jedno z nich ozdabia piękny głaz narzutowy.

Ukształtowanie powierzchni sprawia, że czujemy się zupełnie jak w górach.

Taka urozmaicona wędrówka bardzo podoba się Grzesiowi.

Koniecznie trzeba zaglądać na pomosty boczne.

Na obszarze źródliskowym las miejscami tonie w wodzie.

Strome zbocza doliny Łyny.

Łaz w górę, raz w dół.

Przez teren rezerwatu przebiega zielony i żółty szlak turystyczny.

Liczne strumyczki ze źródeł wysiękowych dają początek Łynie.

Na naszym dzisiejszym szlaku czeka na nas jeszcze jedna ciekawostka  – staropruski kurhan. Miejsce jest dobrze oznaczone tablicami informacyjnymi. To regularne wzgórze, charakterystyczne dla dawnych miejsc kultu. Kurhan był świętym miejscem dla Prusów zamieszkujących niegdyś te ziemie. Czy wiecie, że na szczycie tego wzgórza do tej pory nie chce wyrosnąć żadne drzewo, a jak już wykiełkuje, to usycha w ciągu kilku miesięcy? Musi się tu kryć jakaś tajemnica!

Staropruski kurhan – do tej pory na szczycie nie chce wyrosnąć żadne drzewo.

Okolice źródeł Łyny fascynować musiały ludzi od bardzo dawna. Już w XIV w. spiętrzono wody Łyny dla potrzeb lokalnego młyna. Do dzisiaj przetrwało też kilka legend związanych z Łyną. Jedna z nich opowiada o pięknej Lanie, która nieszczęśliwie zakochała się w młodzieńcu. Jej łzy miały zapoczątkować bieg uroczej Łyny. Inna historia mówi o córce Króla Tysiąca Jezior i jej mężu Jaśku. Ich szczęśliwe małżeństwo zakończyło się tragicznie. Jaśka przygniotło drzewo, a Łyna uratowała mu życie, zrywając z ogrodu ojca życiodajny kwiat. Złamała w ten sposób zasadę zabraniającą powrotu do wodnego świata osobie, która zdecydowała się go opuścić. Za karę kochanka została zamieniona w piękną rzekę, a Jaśko na swoją prośbę został przemieniony w wierzbę, zwieszającą do nurtu rzeki swoje gałązki (pełny tekst legendy jest dostępny na przykład tutaj).

Po ok. półtorej godziny niespiesznego spaceru stawiamy się z powrotem przy samochodzie. Wycieczka była niezwykle miła. Szlak (żółty, potem zielony) poprowadzony jest wygodnie po (miejscami całkiem stromo jak na tereny nizinne) nachylonych zboczach doliny Łyny. Ścieżka jest jednak bardzo wygodnie i bezpiecznie wytrasowana, z licznymi schodkami, podestami i kładkami, praktycznie cały czas z poręczą. My wspomagaliśmy się nosidłem, ale terenowy wózek dałby radę (poza schodkami sprowadzającymi na tarasy i kładki widokowe i jeżeli nie byłoby więcej błota niż dzisiaj), chociaż byłoby o raczej duże wyzwanie dla szofera takiego pojazdu – nosidło lub chusta lepiej się sprawdzą.

A to gwóźdź programu – wrzucanie kamyczków do wody!

Czujny R. jest tuż obok – Grześ wyraźnie liczy na kąpiel.

Grześ zszedł na własnych nóżkach do młyna, potem chwilkę wędrował w nosidle, a dalej znowu maszerował sam, wypatrując kolejnych „kałuż”, do których mógłby powrzucać choć kilka kamyków. Na koniec, już w samochodzie (R. wyjechał kilkaset metrów na spotkanie nieco zmęczonego piechura) spałaszował resztę drugiego śniadania i chętnie wpakował się do swojego fotelika, żeby odpocząć podczas drugiej połowy przejazdu nad morze. I o to chodziło!

Atrakcyjność rezerwatu przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. To obowiązkowy punkt programu dla mniej lub bardziej zapalonych przyrodników lub geografów. Równie zadowoleni będą wszelkiej maści miłośnicy leśnych spacerów i rodzice z dziećmi, którym nie będzie szkoda około półtorej godzinki na spokojne zwiedzenie rezerwatu. Wybiegane dzieci na pewno lepiej zniosą dalszą drogę nad morze lub jezioro.

Łyna, największa rzeka województwa warmińsko-mazurskiego, nie jest dopływem Wisły. Kieruje swe wody na północny wschód i wpada ponad 250 km dalej do Pregoły, już na terenie Obwodu Kaliningradzkiego, a dalej jej wody docierają oczywiście do Bałtyku. Malowniczość swych źródeł zawdzięcza ostatnim zlodowaceniom. Dzisiejsza wycieczka całkowicie nas zaskoczyła swoją atrakcyjnością. Koniecznie musicie tu zajrzeć!

Łyna płynie na północny wschód i wpada potem do Pregoły, a wraz z nią do Morza Bałtyckiego.

Malbork

Pociągiem do Malborka

10 czerwca 2017

Piękny, słoneczny i ciepły poranek, popołudnie chłodniejsze i deszczowe, średnio ok. 19 stopni.

Malborskiego zamku nikomu przedstawiać nie trzeba. Ta dawna siedziba wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego (a potem jedna z rezydencji królów Polski), budowana od końca XIII w., to największy na świecie gotycki zamek i wspaniały przykład średniowiecznej architektury rezydencyjno-obronnej, w 1997 wpisany na listę UNESCO. A co powiedzielibyście na to, żeby wybrać się tam z dzieciakami pociągiem i to w towarzystwie kilku zaprzyjaźniony rodzin? Czy można wyobrazić sobie lepszy plan na czerwcową sobotę?

Z resztą ekipy spotykamy się na dworcu Warszawa Centralna (a właściwie jeszcze chwilę wcześniej w tramwaju) parę minut po siódmej rano. O 7:23 już siedzimy wygodnie w pociągu. Razem zajmujemy prawie trzy przedziały! Ale nam fajnie! Dzieciaki siedzą razem, my im oczywiście nie przeszkadzamy i w gronie 18 plus😊  mamy nareszcie okazję na spokojnie sobie pogadać. Podróż pociągiem, jeśli tylko jest dogodne połączenie kolejowe, ma prawie same plusy – zwłaszcza gdy jedzie się większą grupą. Po dwóch i pół godziny jesteśmy na miejscu.

Malbork wita nas pięknym zabytkowym budynkiem dworca. Obiekt został zbudowany w 1891 r. i z założenia miał być wizytówką miasta. Faktycznie, prezentuje się wspaniale. Warto zajrzeć do środka – ceramiczne podłogi i rzeźbione drewniane stropy są prawdziwą ozdobą budynku.

Jedziemy! W pociągu wesoło, szczególnie dzieciakom.

Stacja Malbork – załoga stawiła się w kompecie

Malborski dworzec to prawdziwa wizytówka miasta.

Wnętrza można przenieść prosto do kadru filmowego.

Z dworca kierujemy się tam, gdzie każdy szanujący się turysta swoje kroki skierować powinien. 15 minut i stajemy przed budynkiem zamkowych kas. Wszystkim, którzy odwiedzali Malbork więcej niż kilka lat temu (jak M….), rzucają się w oczy trzy zmiany. Po pierwsze: muzealne kasy nie są już na terenie podzamcza, tylko przed zamkową bramą, w nowym, specjalnie wybudowanym budynku. Tu kupuje się bilety i zamawia przewodników. Po drugie: na teren warowni wchodzi się przez historyczne wejście do zamku – przez niedawno odrestaurowaną tzw. Bramę Nową. Wreszcie  po trzecie – i najważniejsze – po 70 latach na swoje dawne miejsce wróciła malborska Madonna. Ogromna XIV-wieczna 8-metrowa figura Matki Bożej z Dzieciątkiem została zrekonstruowana i na powrót osadzona  we wnęce okiennej prezbiterium zamkowego kościoła. Aż trudno wyobrazić sobie ogrom prac koniecznych, by odtworzyć tysiące pokrywających figurę Madonny fragmentów szklanej mozaiki. Zniszczona podczas walk z Armią Czerwoną w 1945 r., Madonna teraz znów patrzy na malborską ziemię swoim łagodnym wzrokiem. Trudno przejść obok niej obojętnie.

Przez Bramę Nową za chwilę wejdziemy na teren zamku.

Poza bramą niedawno odtworzono też figurę NMP, zniszczoną w 1945 r.

W 2015 r. Madonna po 70 latach wróciła do zamkowej niszy.

Zwiedzanie malborskiego zamku z przewodnikiem odbywa się po 3-godzinnej trasie dla dorosłych lub po nieco krótszej trasie rodzinnej. Niestety, na tę drugą już miesiąc wcześniej nie było biletów. Zamówiliśmy więc (dzięki, Dorotko, za całe Twoje zaangażowanie we wszystkie sprawy organizacyjne!) przewodnika specjalnie dla naszej grupy z prośbą, by był to ktoś, kto poprowadzi zwiedzanie w sposób interesujący dla dzieci. Pani, która nas oprowadzała, nieco rozminęła się z naszymi oczekiwaniami – za dużo było suchej historii, z za mało informacji dot. realiów zakonnego życia, legend i ciekawostek, ale dzieciakom i tak się podobało – wspaniale trzymały fason podczas prawie trzygodzinnego zwiedzania!

Baszta Nowa i Brama Nowa – wchodzimy.

Przechodzimy przez bramę, a przed nami kolejna.

Kolejne pierścienie murów obronnych przedzielała fosa wypełniona wodą.

Przed nami już fortyfikacje Zamku Średniego i Zamku Wysokiego.

Kolejna brama z broną w pełnej okazałości.

Surowe piękno

Bo jest tu co zwiedzać, oj jest. Na zespół zamkowy z Malborku składają się: przedzamcze, Zamek Średni z Pałacem Wielkich Mistrzów oraz Zamek Wysoki.

Zaczynamy od Zamku Średniego. Wieli Refektarz, Pałac Wielkich Mistrzów, Refektarze letni i zimowy – wspaniałość architektury średniowiecznej, którą można podziwiać w Malborku, przyprawia o zawrót głowy. Nam, starym, chyba najbardziej spodobała się oryginalna konstrukcja Letniego Refektarza – całe sklepienie wspiera się tu na jednym centralnym smukłym filarze. Według  legendy wojska Władysława Jagiełły podczas oblężenia próbowały wcelować kulą armatnią w ten newralgiczny element konstrukcyjny, jednak kula – jak podają współczesne wyliczenia – chybiła celu ledwie o 6 cm. Tkwiącą w ścianie słynną kulę armatnią można oglądać do dziś.

Dziedziniec Zamku Średniego – sam dziedziniec jest większy niż niejeden zamek.

Wielki Refektarz.

Letni refektarz z charakterystycznym radialnym sklepieniem, wspartym na jednym filarze.

Tu wielki mistrz przyjmował dostojnych gości.

Piękny jest tu każdy szczegół.

Zdobienia w Pałacu Wielkich Mistrzów malowano farbami zieloną i czerwoną, z najdroższymi barwnikami.

Dzieciaki może mniej niż dorośli zwracały uwagę na architekturę, ale w Średnim Zamku nie zabrakło ciekawostek i dla nich – na przykład bardzo spodobał im się zmyślny system ogrzewania zamku (hypocaustum) – z otworów umieszczonych pod posadzką do zamkowych pomieszczeń dostawało się ogrzane powietrze – akumulatorem ciepła były umieszczone na niższych kondygnacjach rozgrzane kamienie. Naszym najmłodszym turystom bardzo przypadła do gustu również wystawa zbroi i uzbrojenia, udostępniona do zwiedzania w kilku pomieszczeniach Zamku Średniego. Średniowieczne miecze, maczugi, łuki, pistolety i ciekawe rodzaje broni z Bliskiego Wschodu – niezwykle bogata ekspozycja obejmuje elementy uzbrojenia od średniowiecza do ubiegłego stulecia. Obserwując dzieciaki, mieliśmy wrażenie, że patrzą na eksponaty, jakby chciały skompletować sobie ekwipunek w grze Minecraft ustawionej na tryb przetrwanie😊 Na Zamku Średnim można oglądać również niezwykle ponoć ciekawą wystawę wyrobów z bursztynu, ale na to nie starczyło już dziś czasu.

Dzieciakom najbardziej spodobał się średniowieczny system ogrzewania.

Źródłem ciepła były rozgrzane w palenisku kamienie.

Wchodzimy na wystawę broni i uzbrojenia.

Mamy tu elementy uzbrojenia krzyżackiego, ale nie tylko.

Dzieciakom podobają się zwłaszcza te bardziej wymyślne.

Wystawa to prawdziwy rarytas dla miłośników militariów.

Po zwiedzeniu wnętrz Zamku Średniego czas na chwilę przerwy. Na dziedzińcu można kupić gorące napoje, skorzystać z toalety, pójść do sklepu z pamiątkami. Taka chwila oddechu wszystkim jest potrzebna.

Pokrzepieni ruszamy dalej. Teraz kierujemy się w kierunku wspaniałego czworobocznego Zamku Wysokiego, uznawanego za jeden z najwspanialszych przykładów europejskiego gotyku. Przechodzimy przez bramy na dziedziniec i pierwsze, co się rzuca w oczy, to nie finezyjna architektura zamku, tylko ażurowe celofanowe instalacje Ludwiki Ogorzelec. Artystka tworzy na całym świecie,  znana jest głownie z cyklu rzeźb „Krystalizacja Przestrzeni”. Malborska instalacja jest jednym z elementów tego cyklu. Lekkie, przypominające pajęczyny powietrzne instalacje przyciągają oczy, tylko czy akurat dziedziniec malborskiego zamku to odpowiednie miejsce do ich eksponowania? Gotycka architektura i współczesna celofanowa instalacja tworzą stylistyczny dysonans. Ten zgrzyt stanowi oczywiście interesujący kontekst interpretacyjny z artystycznego punktu widzenia, ale czy jest pożądany z punktu widzenia turysty zainteresowanego głownie architekturą zamku? Pewnie ilu turystów, tyle zdań. W każdym razie my dziś nie byliśmy w stanie zrobić żadnego zdjęcia dziedzińca, na którym nie łapałyby się celofanowe konstrukcje.

Wchodzimy na teren Zamku Wysokiego.

To jeden z najwspanialszych przykładów architektury rezydencyjno-obronnej w Europie.

Dziedziniec Zamku Wysokiego.

Na tę wieżę za chwilę będziemy wchodzić.

Na dziedzińcu zamontowano instalację ‚Krystalizacja przestrzeni’ Ludwiki Ogorzelec.

W średniowiecznej oprawie instalacje Ludwiki Ogorzelec przywodzą na myśl wielkie pajęczyny.

Zamek Wysoki to niezwykle łakomy kąsek dla fanów średniowiecznej architektury. Wszystko tu jest wspaniałe. Gdybyśmy mieli wybrać jedną rzecz na zasadzie „zobaczyć to i umrzeć”, wybór padłby chyba na zamkowe krużganki i Złotą Bramę. To główne wejście do zamkowego kościoła, ozdobione płaskorzeźbami ilustrującymi przypowieść o roztropnych i nieroztropnych pannach, po prostu zachwyca. Chciałoby się stać i patrzeć, i patrzeć, i patrzeć, i fotografować kolejne detale, ale co zrobić – pani przewodnik przeprowadza grupę dalej. Z radością odnotowujemy, że zamkowy kościół pw. NMP przeszedł renowację i prezentuje się zachwycająco – niedawno odtworzono nawet oryginalne sklepienia. Na ścianach wzrok przyciągają średniowieczne freski. Aaach….

Nam najbardziej podobają się średniowieczne krużganki.

Piękny każdy detal

Złota Brama – wejście do zamkowego kościoła pw. NMP.

Figury Panien Roztropnych

Uszkodzony w 1945 r. kościół został niedawno pięknie odrestaurowany.

Ścianę zdobi fresk przedstawiający Ostatnią Wieczerzę.

W innych częściach zamku wcale nie jest mniej ciekawie. W pamięć zapada nam zwłaszcza długa, reprezentacyjna sala refektarza z pięknym krzyżowo-żebrowym sklepieniem, wsparta na siedmiu smukłych kolumnach – każdej wykonanej z granitu w innym kolorze. Dzieciakom podoba się za to w kapitularzu – kiedyś omawiano tu wszystkie najważniejsze sprawy dotyczące zakonu. Dziś pamiątką po tych czasach jest drewniany okazały tron – każdy może tu usiąść i poczuć się jak Wielki Mistrz – którą to okazję skwapliwie wykorzystują nasze dzieciaki.

Kapitularz – wnętrze było puste, dostojników sadzano pod ścianami.

Sklepienia są po prostu bajkowe.

Przechodzimy do kolejnych części zamku

Trudno schować aparat…

Reprezentacyjny refektarz konwentu.

Filary z granitu o różnych kolorach podpierają krzyżowo-żebrowe sklepienie.

Piękne posadzki reprezentacyjnych pomieszczeń.

Dla najmłodszych turystów najciekawsze są jednak chyba dwa inne miejsca – kuchnia konwentu ze stołem zastawionym potrawami czekającymi na braci i – przede wszystkim – gdanisko, czyli wieża latrynowa. No czy może być coś ciekawszego niż zobaczyć, gdzie krzyżak chadzał piechotą? I do czego służyły mu poukładane równiutko liście kapusty? Oczywiście, że nie!

Dzieciom bardzo podoba się dawna kuchnia konwentu.

A co dzieciom podoba się najbardziej? Oczywiście krzyżacka toaleta!.

Zwiedzanie malborskiego zamku kończymy wejściem na wieżę. Obowiązują na to oddzielne bilety (8 zł normalny, 6 zł ulgowy), ale warto, bo z góry świetnie prezentuje się i sam zamek, i zabytkowe centrum Malborka, uroczo przytulone do Nogatu. Podczas zejścia przytrafia nam się mała przygoda. Ot, nic wielkiego, tylko … gubią nam się dzieciaki😊 Na szczęście nie wszystkie i na szczęście te starsze. Dzwonimy – drrryń, drrryń – odbierają. – Gdzie jesteście? – A na dole, w takiej dużej sali! Pękamy ze  śmiechu. „W takiej dużej sali” – no to wszystko jasne! 😊 Zguby na szczęście szybko się znajdują – okazuje się, że zeszły tą samą klatką schodową, którą wchodziliśmy na wieżę, podczas gdy reszta zeszła schodami przeznaczonymi dla schodzących.

Klimatyczne wąskie przejścia w murach.

Widok z zamkowej wieży na dziedziniec Zamku Średniego.

Dobrze widać stąd strategiczne położenie zamku.

Również dziedziniec Zamku Wysokiego pięknie prezentuje się z góry.

Wyjście z zamku wiedzie przez zamkowe piwnice.

Z zewnątrz jeszcze raz podziwiamy Pałac Wielkich Mistrzów.

Jedna z bram wiodących do zamku.

Spotykamy nawet żywe sowy!

Zwiedzanie zamku trwało bite trzy godziny. To brzmi imponująco, ale czas naprawdę szybko zleciał i ani przez chwilę nie narzekaliśmy na nudę. Rady dla turystów odwiedzających Malbork z dziećmi: zdecydujcie się na trasę rodzinną – jest krótsza i przewodnicy dostosowują swoje opowieści do potrzeb najmłodszych turystów. Przewodnika można zamówić wcześniej przez telefon (informacje tutaj). Po drugie: zaopatrzcie się w coś do picia i w jakiś drobiazg do pochrupania. Na dziedzińcu jest wprawdzie malutka kawiarenka, ale lepiej mieć coś własnego. Po trzecie: dla maluchów zabierzcie wózek. Można nim pokonać większość trasy, a gdy zmęczony maluch uśnie, będzie mu wygodniej. Zapewne najoptymalniej jest zwiedzać malborski zamek z dziećmi 5-6 letnimi i starszymi, dla młodszych cały program może być zbyt męczący, ale to zależy od dziecka. Dziś razem z nami zwiedzała dwuipółletnia Amelka (Amelko, pozdrawiamy!) i spisywała się znakomicie. W połowie zwiedzania jest możliwość skorzystania z toalety. Po obejrzeniu zamkowych wnętrz warto przejść kładką dla pieszych na drugą stronę Nogatu – całe założenie zamkowe prezentuje się z tej perspektywy wyjątkowo pięknie.

Warto przejść pieszą kładką na drugą stronę Nogatu.

Zamek prezentuje się stąd wyjątkowo ładnie.

Poszczególne jego części nakładają się na siebie, tworząc zwartą bryłę.

Malborski zamek w pełnej okazałości

Po zwiedzeniu zamku kierujemy się na z góry upatrzone pozycje do knajpy na obiad. Sławek zamówił nam stoliki dla 17 osób (dzięki!), co teraz doceniamy w dwójnasób – pogoda się zepsuła i obiad jest tym, czego potrzebujemy najbardziej. Dzieciaki usadzamy przy jednym dużym stole, sami zajmujemy drugi. Jak fajnie! Za oknem pada, ale  co nam to przeszkadza? Przed bite dwie godziny nie możemy się zmobilizować do ruszenia się z miejsca.

Wizytę w Malborku kończymy spacerem po starówce. Starówka to może określenie na wyrost – poza kilkoma perełkami nie zachowała się tu zwarta dawna zabudowa, a średniowieczne zabytki tkwią wśród współczesnych bloków. Mimo to dla tych perełek spacer zrobić sobie warto, tym bardziej, że wszystko jest blisko siebie i nie trzeba pokonywać dużych odległości. Najpierw oglądamy urokliwy budynek ratusza – ratusz zbudowano w XIV w., potem uległ zniszczeniu, ale został zrekonstruowany. Obecnie mieści się tu miejski dom kultury. Uchylamy drzwi i miła pani zaprasza nas do środka. Warto wejść na piętro – czeka tu nie lada gratka – piękny stary piec kaflowy. Niedaleko ratusza stoją dwie gotyckie bramy do miasta – Brama Mariacka i Brama Garncarska. Na koniec zaglądamy do starego kościoła św. Jana, wzniesionego w drugiej połowie XIV w. Zwracamy uwagę na piękną XIV-wieczną granitową chrzcielnicę. Warto popatrzeć do góry i odnaleźć oryginalny XVII-wieczny żyrandol z figurą Matki Bożej, osadzoną między rogami jelenia.

Ratusz w Malborku sięga korzeniami połowy XIV w.

Piękny przykład dawnej architektury municypalnej.

Wnętrze ratusza kryje piękny stary piec kaflowy.

Brama Garncarska powstała w końcu XIV w.

A to jej starsza koleżanka, Brama Mariacka.

Kościół św. Jana.

Trójnawowe wnętrze świątyni.

Po zwiedzeniu świątyni można pójść za budynek i zobaczyć, jak pięknie i monumentalnie prezentuje się stąd malborski zamek. My tak właśnie robimy – to idealne pożegnanie z Malborkiem.

Pożegnanie z Malborkiem.

Ostatni rzut oka na malborski zamek

Teraz już prosto na dworzec, bo pociąg nie poczeka. O 18:15 pędzimy już po szynach z powrotem w kierunku domu. Dzieciaki znów siedzą w osobnym przedziale, ale teraz jakoś tak tam spokojniej – hmmm, czyżby były zmęczone?

Wracamy z wycieczki pełni wrażeń, z poczuciem doskonale spędzonego dnia. Czy to możliwe, że od naszego wyjścia z domu minęło tylko niewiele ponad 12 godzin? A tyle się działo! I towarzystwo mieliśmy takie doborowe! Ale było fajnie!

Majówka w Bieszczadach, 2017.05

Cztery pory roku w majowych Bieszczadach

Przed wyjazdem czytaliśmy gdzieś żart, że majówka w tym roku będzie taka gorąca, że boso w klapkach po śniegu będziemy biegali. Faktycznie, aura w tym roku była wyjątkowo kapryśna – od deszczu ze śniegiem i zupełnie zimowych temperatur poprzez letnią, słoneczną aurę po jesienne oberwanie chmury. Taka pogoda pokrzyżowała dość mocno nasze górskie plany. A może nie ma tego złego? Dzięki temu mieliśmy możliwość posmakowania bardziej kameralnych miejsc – połoniny zamieniliśmy na Łopienkę i Muczne, a Tarnicę na Dwernik Kamień i rezerwat ‚Sine Wiry’. Odkrywaliśmy też uroki bieszczadzkiej ciuchci. Najważniejsze, że czas spędziliśmy w doborowym towarzystwie – już od kilku lat na wiosnę wybieramy się na wspólny wypad w góry z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami. Chmara cudownych dzieciaków, śmiechy i żarty do późnej nocy – tego żadna pogoda nie popsuje! Dziękujemy wszystkim Towarzyszom naszego wyjazdu za fantastyczne wspólne chwile!

Bieszczady są piękne o każdej porze roku. Wczesna wiosna ma w sobie jednak coś wyjątkowo magicznego. Wszak ”anioły są całe zielone”… Bardzo lubimy ten moment w górach, gdy buki w dolinach pokrywają się seledynem, a te wyżej, jeszcze wrzosowo-popielate, wciąż czekają na wiosnę. W tym roku wyjątkowo zachwycaliśmy się wczesnomajowymi dolinami rzek – wysoki stan wód dodawał malowniczości potokom, w dolinach pojawiły się wiosenne kwiaty, bogactwo odcieni zieleni przyprawiało o zawrót głowy. Sporym utrudnieniem wędrówki było jednak wszechobecne błoto (a w wyższych partiach rozmięknięty śnieg), wyjątkowo uciążliwe o tej porze roku. Im jednak bardziej ubłocony delikwent wracał ze szlaku, im bardziej nosiło go po śladach zielonych bieszczadzkich aniołów, tym szerszy miał uśmiech na twarzy. Nawet jak przez cały dzień na plecach tachał dwuipółlatka, za rękę ciągnął siedmiolatków i pilnował jedenastoletniej, kipiącej energią zgrai 🙂 Zapraszamy do przeczytania relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Przejazd do Dołżycy i Bieszczadzka Kolejka Leśna

Dzień 3. Zagroda pokazowa żubrów w Mucznem i Łopienka – dawny ośrodek kultu Maryjnego

Dzień 4. Kto ma dzieci, ten … zmienia plany!

Dzień 5. Wycieczka na Wielką Rawkę i Krzemieniec (Kremenaros)

Dzień 6. Dwernik Kamień – idealna wycieczka dla rodzin

Dzień 7. Rezerwat „Sine Wiry” – przełom Wetliny

Dzień 8. Cerkiew w Uluczu

Wielkanoc w Muzeum Wsi Radomskiej

Muzeum Wsi Radomskiej, Poniedziałek Wielkanocny

17 kwietnia 2017

Dość pogodnie, ale zimno, rano przymrozek, w dzień do 8 st.

Nie lubicie długiego biesiadowania przy świątecznym stole? Wybierzcie się na wycieczkę i koniecznie zabierzcie ze sobą całą rodzinę! A do plecaka wielkanocne baby i mazurki. Gotowi? No to w drogę!

Położone na obrzeżach Radomia Muzeum Wsi Radomskiej to świetne miejsce na półdniowy wypad z Warszawy (podróż zajmuje zaledwie nieco ponad godzinę). To też doskonały pomysł na postój w drodze między północą a południem Polski. Radomski skansen należy do najciekawszych, jakie odwiedzaliśmy – wśród zebranych tu obiektów znajduje się wiele perełek niespotykanych gdzie indziej. W Poniedziałek Wielkanocny nie są pobierane opłaty za wstęp, jednak nie wszystkie wnętrza są udostępnione do zwiedzania. Aktualne informacje najlepiej sprawdzić na stronie skansenu. Przed wycieczką warto pobrać aplikację mobilną z opcją pracy offline (np. na tablet) i interaktywną mapką z ciekawostkami o poszczególnych obiektach – bardzo przydatna dla pobudzenia ciekawości starszych dzieci przed wycieczką! Aplikację można pobrać tutaj.

Do Muzeum Wsi Radomskiej zawitaliśmy już pięć lat temu w celu uczestniczenia w obchodach w  Niedzieli Palmowej. Aura spłatała nam jednak wówczas figla: z planów wyszły nici. Krótka relacja tutaj: Niedziela Palmowa w radomskim skansenie. Niedosyt pozostał, więc dziś, kontynuując tradycję wielkanocnych spacerów po mazowieckich skansenach (do tej pory odwiedziliśmy na Wielkanoc m.in. Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu i Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu), zaraz po śniadaniu przyjmujemy azymut na Radom. To przyjemna odmiana po wczorajszym biesiadowaniu. Przy okazji odwozimy kawałek Babcię Stasię i Dziadka Janka, wracających do Rzeszowa. Babcia Urszula i Dziadek Jerzy też dają się namówić na wspólną wycieczkę. Będziemy mieć miły rodzinny spacer, idealny na Święta!

Po niewielkich kłopotach z dojazdem (parking nie znajduje się przy Szydłowieckiej – oficjalnym adresie radomskiego skansenu; trzeba dojechać na ulicę Stawową, wjazd od Krychnowickiej) trafiamy na miejsce ok. 11:00. Muzeum Wsi Radomskiej jest uroczo położone w dolinie rzeki Mlecznej. Dzisiejsze słońce i rozwijające się listki na drzewach tworzą wspaniałą wiosenną atmosferę.

Kwietniowe przedpołudnie w Muzeum Wsi Radomskiej. Istna sielanka.

Radomski skansen powstał 40 lat temu i jest stale rozwijany. Około osiemdziesiąt obiektów pochodzących z okolic Radomia zostało zgrupowanych w kilka części. Największy obszar zajmują wiejskie chaty i zabudowania, tworzące całe zagrody, zróżnicowane pod względem miejsca pochodzenia i − jak to w skansenach (…i nie tylko;)) bywa − zamożności właścicieli. Dzisiaj te „różnice klasowe” można było dostrzec także w wielkanocnych ekspozycjach, zdobiących wnętrza mieszkalne. Z biegiem lat, zwiedzając kolejne muzea na otwartym powietrzu, coraz bardziej lubimy takie podglądanie dawnego życia. Dzisiaj szczególnie zostało nam w pamięci jedno wnętrze, bo… był tam straszny bałagan! Zupełnie tak, jakby ktoś przed chwilą wybiegł stamtąd w pośpiechu! A może byli tu przed nami złodzieje? Albo psotny kot poprzewracał wszystko ze stołu?

Chałupa z Jastrzębi pochodzi z 1870 r.

Drewniane bale pięknie komponują się z błękitem.

Ta maleńka chałupa składała się tylko z sieni i izby.

W takich najprostszych wnętrzach mieszkali biedniejsi chłopi.

Wielkanocny posiłek też był prosty.

XIX-wieczna stodoła z Mąkosów Nowych.

Bróg z zadaszeniem o regulowanej wysokości pozwalał magazynować siano.

Kargul, podejdź no do płota jako i ja podchodzę!

Co tu się mogło stać? Każdy może dopisać własny scenariusz.

Przetak świetnie się sprawdza jako pojemnik na… pisanki!

Mamy wrażenie, jakby dawni gospodarze wyszli gdzieś tylko na chwilę.

Wetknięcie palm w pola miało zapewnić obfite plony.

Nasze zmysły odpoczywają…

Wnętrza skromne, ale odświętne.

To po prawej to nie abażur, tylko chodzik dla dziecka!.

Prawdziwe perełki są oglądamy jednak w dalszej części spaceru. Zaczyna się od ogromnej sześciokątnej (!) stodoły, pochodzącej z połowy XIX w. z Grójca. To pozostałość po majątku ziemskim oficera carskiego. Forma stodoły nawiązuje do konstrukcji stodół wielkoruskich. Potem im dalej, tym ciekawiej. Wchodzimy na niewielkie wzniesienie, na którym znajduje się najstarszy budynek skansenu – uroczy drewniany kościół z Wojanowa, pochodzący z połowy XVIII w. Wyróżnia go kolorowa polichromia imitująca bogato zdobione wnętrze murowanej (!) barokowej świątyni. W pobliżu kościoła na ławeczce zalanej wiosennym słońcem urządzamy sobie miły postój. Herbata z termosów, kanapki, świąteczne baby i mazurki, no i cała rodzina razem – czegóż można chcieć więcej! Im człowiek starszy, tym bardziej docenia takie zwykłe-niezwykłe wspólne chwile:)

Sześcioboczna stodoła jest wzorowana na konstrukcjach wielkoruskich.

Drewniany kościół z Wolanowa pochodzi z 1749 r.

Malowidła ścienne miały imitować bogaty wystrój barokowej świątyni.

Gorąco polecamy taki pomysł na Poniedziałek Wielkanocny!

Idealna harmonia krajobrazu.

Kawałek dalej na zwiedzających czeka stylowa karczma, urządzona w dawnej kuźni. Dzisiaj w domu czeka na nas wielkanocny obiad, więc próbowanie lokalnych specjałów zostawiamy na inną okazję. Jeszcze chwila i docieramy do najdalej położonej części skansenu. Po prawej stronie dróżki stoi aż pięć wiatraków (niestety tylko dwa ze skrzydłami). Po lewej natomiast dumnie prezentują się zabudowania zespołu dworskiego. Najbardziej zadziwia nas nie sam dwór czy mieszkanie ekonoma, ale absolutnie wyjątkowy dwupiętrowy kurnik z gołębnikiem. Murowany kurnik powstał na planie ośmioboku, a na jego piętrze znajduje się gołębnik. Coś cudownego!

Wiatrak koźlak można było obracać drewnianym drągiem – Sebuś sprawdza, czy i jemu się uda ta sztuka.

Z koźlakiem z Grabowca sąsiaduje stuletnia chałupa z Trzemchy Dolnej.

Kolejne koźlaki. W skansenie jest też jeden paltrak.

Don Kichot poszukiwany!

Leciwy modrzewiowy dwór z Brzeziec sięga 2. połowy XVIII w.

Dwór z Pieczysk pochodzi z tego samego okresu.

W środku Wielkanoc w wersji na bogato.

Zmęczeni biesiadnicy mogli odpocząć przy ciastach i dźwiękach muzyki.

Co to za cudo? Kurnik i gołębnik w jednym!

Za zespołem dworskim znajdujemy bardzo ciekawą ekspozycję pszczelarsko-bartniczą. Kolekcja (ok. 200 uli) powstała w latach 60., jeszcze przed założeniem samego skansenu. Potem Muzeum Wsi Radomskiej przejęło kolekcję bartniczą Stefana Rosińskiego z radomskiego Muzeum Regionalnego. Obecnie można tu obejrzeć kilka rodzajów uli. Najstarsze – kłodowe – powstawały w pniach drzew, czasami po prostu przez wycięcie fragmentu drzewa bartnego. Można też zobaczyć słomiane kószki, typowe, choć różnorodne ule ramowe, rzeźbione ule figuralne, a nawet wielorodzinny ul „paśnik”. Bardzo ciekawe są też podobno różne urządzenia pszczelarskie, ale dzisiaj z racji święta nie wszędzie można było zajrzeć.

W skansenie znajduje się bogata ekspozycja bartniczo-pszczelarska.

Najbardziej przyciągają uwagę ule figuralne.

Którędy te pszczoły wlatywały i którędy wylatywały?

Ule kószki wykonywano z plecionej słomy.

Stawy dodają radomskiemu skansenowi wiele uroku.

Wracając, zaglądamy do pawilonu wystawienniczego mieszczącego wystawę maszyn i narzędzi rolniczych. Naszą uwagę przyciągają zwłaszcza kilkudziesięcioletnie ciągniki typu SAM – czyli konstruowane przez samych rolników. Inwencja twórców była rzeczywiście ogromna – niektóre wyglądają jak zabawki, a inne w ogóle nie przypominają typowych traktorów, a bardziej np. maszyny do szycia:).

Pawilon wystawienniczy mieści ekspozycję maszyn i narzędzi rolniczych.

Najbardziej podobały się nam ciągniki marki SAM.

To ciągnik czy maszyna do szycia?

Dzisiaj po macoszemu potraktowaliśmy najnowszą część skansenu – ekspozycję „Zdarzyło się kiedyś nad wodą”. Tartak, dwa młyny i zagroda pochodzą z terenów nadrzecznych i w Muzeum Wsi Radomskiej zostały rozlokowane wzdłuż Mlecznej. W pobliżu jest też ścieżka przyrodnicza z wieżą widokową na brzegu sporego stawu. Musimy tu jeszcze wrócić!

Rzut oka na skansen z trasy ‚Zdarzyło się kiedyś nad wodą’.

Stuletni młyn wodny pracował kiedyś nad rzeką Iłżanką.

Wszyscy Dziadkowie z wnukami. Dziękujemy za wspólną wycieczkę!

Wycieczka udała się znakomicie. Pogoda sprzyjała, dzieciaki zachowywały się na medal, nawet Grzesiek dzielnie towarzyszył nam w zwiedzaniu – przeszedł na własnych nóżkach całą trasę spaceru i cały czas tryskał energią. Oczywiście miał znaczny wpływ na program zwiedzania (M. chyba ze trzy razy wchodziła z nim na górę wiatraka, potem co najmniej kilkanaście razy okrążała koło młyńskie, a potem wytrwale szukała kolejnych kałuż, do których nasz najmłodszy turysta pieczołowicie wrzucał kamyczki), ale ogólnie rzecz biorąc, było zupełnie nieźle. Wróciliśmy do domu z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. I głodni. Jak dobrze zasiąść teraz do świątecznego obiadu!