Południowy Schwarzwald – Jeziora Schluchsee i Titisee

Ostatniego dnia naszego pobytu w Schwarzwaldzie wracamy do południowej części regionu, jednak tym razem nie podążamy szlakiem najwyższych widokowych szczytów, tylko największych jezior – Schluchsee i Titisee. To pierwsze jest jeziorem zaporowym i stanowi największy schwarzwaldzki zbiornik wodny. To drugie ma pochodzenie polodowcowe i urokliwie chowa się wśród zielonych wzgórz. Położone przy jego brzegu Titisee-Neustadt i Hinterzarten to gwarne i pełne turystów kurorty-uzdrowiska. 

W obu jeziorach można się kąpać, ale brzegi nie wszędzie nadają się do kąpieli (np. nad jeziorem Titisee kąpieliska znajdziemy po północnej stronie) – najlepiej sprawdzić na mapie, gdzie wyznaczono miejsca do kąpieli. Osoby, które chcą uciec od gwaru kurortów, mogą wybrać kąpiel w znacznie mniejszym jeziorze Windgfäll-weiher, położonym nieco na północ od Schluchsee.

17 sierpnia 2017, czwartek

Częściowe zachmurzenie, ok. 23 stopni

Południowy Schwarzwald – jeziora Schluchsee i Titisee 

 

Po raz kolejny wybieramy się na południe Schwarzwaldu i po raz kolejny mamy podobne obserwacje na temat różnic między północą i południem Czarnego Lasu.

Południe słynie z najwyższych widokowych szczytów, z których niezalesionych wierzchołków rozciągają się spektakularne widoki. Są tu najbardziej znane schwarzwaldzkie jeziora. Te atrakcje jak magnes przyciągają turystów, stąd też trudniej tu o samotność na szlakach. Jednocześnie rzeźba terenu jest nieco inna. Mimo wyższej wysokości względnej częściej spotyka się tu szczytowe wypłaszczenia, przypominające nam nieco nasze Góry Izerskie.

Środkowy Schwarzwald nie może się pochwalić najwyższymi szczytami, a wierzchołki wzniesień najczęściej porasta las (na kilku szczytach podziwianie panoram umożliwiają wieże widokowe), jednak też jest tu bardzo malowniczo. To tu – jak nam się wydaje – bije serce Czarnego Lasu. Jadąc wąskimi lokalnymi dróżkami co chwilę spotyka się tradycyjne domy schwarzwaldzkie jakby żywcem wyjęte ze skansenu. Drogi są puste, uroczo wiją się przez leśne wzniesienia – to raj dla rowerzystów.

My dziś jedziemy na południe Schwarzwaldu. Naszym głównym celem są największe jeziora – chłopcy bardzo ucieszyli się perspektywą orzeźwiającej kąpieli. My z kolei liczymy na piękne widoki, urozmaicone taflami niebieskiej wody.

Zaczynamy od odwiedzenia jeziora Schluchsee. Kąpanie zostawiamy na później, teraz celujemy w najlepszy punkt widokowy na okolicę – wieżę widokową Riesenbühl  (1097 m n.p.m.). Wieża znajduje się na południe od miejscowości Schluchsee. Samochód można zostawić na leśnym parkingu. Na szczyt, na którym stoi wieża widokowa, można dojść leśną drogą, a potem – za znakami – ścieżką przyjemnie wijącą się wśród jeżyn i malin. Spacer w górę zajmuje ok. pół godziny i wymaga pokonania ok. 100 m przewyższenia. Wieża jest bardzo solidna. Pięknie stąd widać jezioro Schluchsee i okolicę. I przy wieży, i przy parkingu są przyjemne miejsca odpoczynku. Idealne miejsce na krótki spacer z dziećmi.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu na obrzeżach Schluchsee.

Nieopodal urządzono miłe miejsce odpoczynku.

Cel naszego spaceru wyłania się zza drzew.

Bzzzzzz!

Potem skręcamy w prawo w ścieżkę wprowadzającą na szczyt wzniesienia.

Drzew coraz mniej.

Wokół polne kwiaty, maliny i jeżyny.

Kto zmęczony, siada, kto nie – prosto na górę!

Ze ścieżki otwierają się urokliwe widoki na Schluchsee.

Wieża Riesenbühlturm – jesteśmy!

Konstrukcja zadziwia swoją solidnością.

Wszyscy dzielnie wchodzimy na górę.

…podziwiając coraz szersze widoki

Wieża rozsiadła się na wysokości 1097 m n.p.m.

Pięknie stąd widać Schluchsee.

To największy zbiornik wodny w Schwarzwaldzie.

Ściąga z panoramy – dla tych, którzy nie wiedzą, co widzą.

Na wieży podoba się i tym dużym, i tym małym!

Schwarzwaldzkie widoki chwytają za serce.

U podnóża wieży urządzono zadaszone miejsce odpoczynku.

Z racji pięknej pogody wybraliśmy kamienie.

Oststni rzut oka na wieżę Riesenbühl.

…i pora na dół.

Górna część ścieżki oferuje piękne widoki na jezioro.

Tu widoki się kończą – zaraz wkroczymy w las.

A w lesie – równie pięknie!

Sesja Rodzice by Tymo:)

Trasa naszego spaceru.

Na jezioro Schluchsee patrzyliśmy z góry, więc jezioro Titisee postanawiamy zobaczyć z perspektywy tafli jego wody😊 – wybieramy się na kąpielisko w znanym uzdrowisku Titisee-Neustadt. Na mapie sprawa wydawała się prosta, plaża z kąpieliskiem zaznaczona była na północno-zachodnim brzegu jeziora. Najpierw zajechaliśmy na parking położony obok miasta, ale daleko od jeziora, potem nawigacja zaprowadziła nas na parking dla… autobusów! Na szczęście w końcu zaufaliśmy naszym nosom geografów i przejechaliśmy przez miasto, kierując się w stronę brzegu jeziora. Tuż za parkiem zdrojowym zobaczyliśmy parking z napisem „Badestelle”, co niezmiernie nas ucieszyło!

Plaża w Titisee

Parking płatny 2 euro za pierwszą, kolejne 1 euro za kolejną godzinę płatny z góry w parkomacie. Nie ma zbyt wiele miejsca, ale nam się akurat trafiło i to w cieniu! Plaża jest bardzo przyjemna, zejście po drobnych kamyczkach, dno stopniowo zagłębia się w toń jeziora. Przy nabrzeżu jest obszerny, trawiasty teren do plażowania. Do tego sympatyczne, drewniane przebieralnie, toalety i stoisko z lodami i przekąskami. Obok wypożyczalnia sprzętu wodnego. Część terenu zagrodzona – budowane są jeszcze prysznice, więc będzie pełna kulturka ;-).

My oczywiście zaliczamy pobyt z przygodami. Jeszcze przed dotarciem na plażę Grześ tak się nam wyrywa do jeziora, że w końcu zalicza wywrotkę na betonowy chodnik i ponownie rozbija sobie oba kolana, które właśnie prawie się zagoiły od upadku w Allerheiligen. Jego krzyki słyszy chyba całe Titisee. Potem Sebusia boleśnie żądli osa. I jak tu się zrelaksować w takich okolicznościach przyrody? 😉

Jezioro Titisee – świetne miejsce na kąpiel!

Można brodzić nogami w chłodnej wodzie.

… a można kąpać się na całego!

Najpierw spacer górski, potem kąpiel – wymarzony wakacyjny dzień.

A na deser – oczywiście lody!

Bo strasznie tu fajnie!

Taki okaz grzyba mijamy po drodze do Kienbronn!

W końcu M. wyskoczyła, żeby utrwalić go na zdjęciu.

Jest zjawiskowy!

Sama kąpiel jest jednak bardzo przyjemna i sprawia starszym chłopcom (w tym R.) wiele frajdy. W tym czasie M. brodzi z Grzesiem przy brzegu, wrzucając kamyczki do wody i zajmując się tymi podobnymi maluchowo-jeziornymi atrakcjami. Nie chce nam się opuszczać Titisee, zwłaszcza, że mamy w perspektywie wieczorne pakowanie, skomplikowane przez dwa noclegi po drodze. Czy Wy też tak nie lubicie pakowania przed podróżą powrotną?

A wieczorem – pakujemy się do domu. Żeby tylko nie zapomnieć Grzesia!

Fryburg Bryzgowijski – tylko tutaj zwiedzanie na bosaka!

Które dziecko nie lubi brodzić nogami w wodzie? A gdybyście wyobrazili sobie miasteczko, którego starówkę można zwiedzać, maszerując do kostek w przyjemnej chłodnej wodzie? Niemożliwe? Ależ jak najbardziej możliwe – trzeba tylko przyjechać do Fryburga!

13 sierpnia 2017, niedziela

Piękny, wakacyjny dzień, 24 stopnie i słoneczko

Fryburg Bryzgowijski

Stare otwarte kanały,  zwane Bächle, służyły niegdyś do nawadniania miejskich ogrodów, miały też istotne znaczenie jako element ochrony przeciwpożarowej. Świetnie zachowały się do dziś, dostarczając gigantycznej frajdy wszystkim najmłodszym turystom odwiedzającym Fryburg. To Bächle były dziś oczywiście największą atrakcją dla naszych chłopców😊 Warto tu zajrzeć, spędzając wakacje w Schwarzwaldzie – Fryburg ma podobno najcieplejszy klimat w całych Niemczech!

Kanały niegdyś służyły do nawadniania ogrodów, zapewniały też ochronę przed pożarem.

Co powiecie na takie zwiedzanie miasta?

Miasto przez wieki pozostawało pod panowaniem Habsburgów, po reformacji było jednym z największych bastionów wiary katolickiej. Najbardziej znanym zabytkiem Fryburga jest doskonale zachowana ogromna gotycka katedra, która jakimś cudem ocalała z bombardowań II wojny światowej. Podobnie jak większość turystów, my też rozpoczynamy zwiedzanie Fryburga od odwiedzenia tej przepięknej świątyni. O dziwo, oglądanie wnętrza okazuje się interesujące dla wszystkich naszych dzieci – nawet trzyletni Grześ ogólnie zachowywał się bardzo przyzwoicie, upodobał sobie przechadzanie się wzdłuż długich rzędów ławek i oglądanie pięknych witraży; no, może sielanka skończyła w momencie, w którym postanowił wykąpać się w ogromnej misie z wodą święconą i zaczął wkładać palce do nosa maszkaronów zdobiących płyty nagrobne, sprawdzając, czy mają katar – ale przecież nawet najlepszym zdarzają się wpadki😉 Starszym chłopcom można już całkiem sporo poopowiadać o stylach architektonicznych i elementach wyposażenia kościoła. Dziś bardzo podoba im się znajdowanie na starych witrażach symboli dawnych cechów – butów (szewcy), nożyczek (krawcy) czy bochenków chleba (piekarze).

Piękna gotycko-romańska katedra to największa atrakcja turystyczna Fryburga.

Romański budynek rozbudowywano w stylu gotyckim. Dobudowano m.in. gotyckie prezbiterium.

To jedna z niewielu wież nieprzebudowywanych po okresie średniowiecza.

Świątynia jest ogromna. Całość mieści się w kadrze dopiero z puntku widokowego na Wzgórzu Zamkowym nad miastem.

Widzicie ten frapujący element dekoracji? Brno widać nie ma widać monopolu na gołe pośladki;)

Niesamowite gotyckie prezbiterium ze sklepieniem sieciowym.

Piękna późnogotycka ambona.

Bardzo podobają nam się gotyckie rzeźby.

Wydają się pełne emocji.

XIII-wieczne witraże z zachowanym oryginalnym kolorowym szkłem.

Zespół naturalnej wielkości rzeźb przedstawiających Ostatnią Wieczerzę

Sielanka rodzinnego zwiedzania kończy się w momencie, w którym Grzesiek postanawia się wykąpać…

Katedra jest naprawdę zachwycająca. Wyobraźcie sobie już samą kruchtę wieży z ponad 400 rzeźbami z XIII w.?! Budowę świątyni rozpoczęto ok. 1200 r. Najpierw romańska, potem rozbudowywano ją w stylu gotyckim. Ogromne wrażenie wywiera piękne gotyckie prezbiterium, można je obejść (trzeba wcześniej kupić bilet – warto, bo to doskonała okazja do obejrzenia pięknych bocznych kaplic). Bardzo żałujemy, że z powodu remontu zamknięte było wejście na wieżę – podobno dobrze stąd widać Fryburg, Kaiserstuhl i Wogezy.

Zachwycająca kruchta w wieży. Na tympanonie narodziny i męka Chrystusa oraz Sąd Ostateczny.

Zachowało się tu ponad 400 rzeźb z końca XIII w.!

Po obejrzeniu katedry pora na spacer po starówce. Przechadzka jest bardzo przyjemna – dzieciaki nie marudzą, zachwycone brodzeniem w kanałach Bächle. My wodą nie idziemy, ale też nie narzekamy – chodniczki są pięknie brukowane drobnymi kamyczkami, tu i ówdzie widać misternie poukładane mozaiki, wykonane z kamieni ogładzonych przez wody Renu.

Zaczynamy oczywiście od placu katedralnego, gdzie uwagę naszą zwraca (poza katedrą, rzecz jasna😊) gotycki budynek Historycznego Domu Towarowego. Potem kierujemy się w stronę Bramy Szwabskiej, stanowiącej pozostałość średniowiecznych umocnień. Warto stąd zajść na nabrzeże Gewerbekanal – dzieciaki ucieszą się z odnalezienia głowy krokodyla, groźnie wystającej z wody. Krokodyl znaleziony, możemy iść w kierunku placu ratuszowego. R. biega z aparatem, fotografując Nowy Ratusz i XVI-wieczne kamienice mieszczańskie, w których kiedyś miał siedzibę uniwersytet. Dzieciaki w tym czasie wesoło chlapią się w wodzie – oj, Grzesiowi chyba trzeba będzie zmienić spodenki na suche 🙂

Z katedry wychodzimy na Plac Katedralny.

Średniowieczny budynek Historycznego Domu Towarowego podobał nam się chyba najbardziej.

Klimat Fryburga urzeka.

Dzieci zwracają uwagę na co innego. Już wypatrzyły wodę. A będzie jej coraz więcej!

Mamo, mamo, mogę zdjąć buty? Możesz, możesz!

Kanały Bächle to największa atrakcja dla małych turystów.

Można brodzić w nich nogami, można puszczać łódeczki – co kto chce!

Drogą ‚wodną’ można zwiedzić niemal całą starówkę. Dzieci będą zachwycone!

Piękne mozaiki na chodnikach to jeden z wyróżników Fryburga.

Oberlinden. W tle Brama Szwabska.

Brama Szwabska to pozostałość dawnych średniowiecznych fortyfikacji.

Idąc wzdłuż kanału, można wypatrzeć nawet głowę groźnego krokodyla!

Dama z jednorożcem – jedna z najstarszych dekoracji w mieście.

Dama z jednorożcem zdobi budynek Nowego Ratusza.

XVI-wieczny budynek Starego Ratusza.

Nasz spacer po starówce kończymy przejściem niezwykle fotogenicznej ulicy Franciszkańskiej. Przy XVI-wiecznej kamienicy pod numerem 3, zwanej Domem pod Wielorybem, ukrywał się kiedyś Erazm z Rotterdamu, uciekając do Bazylei po okresie reformacji.

Konsynuujemy spacer niezwykle malowniczą ulicą Franciszkańską.

Niektórzy konsekwentnie trzymają się szlaku mokrej stopy.

Widać już słynny Dom pod Wielorybem z pocz. XVI w.

Po reformacji ukrywał się tu Erazm z Rotterdamu.

Kończymy spacer po starówce, czas wreszcie założyć buty.

Gotowi na dalsze zwiedzanie!

Ostatni rzut oka na fryburską katedrę.

Ostatni punkt naszego pobytu we Fryburgu to wjazd kolejką na wzgórze zamkowe (Schlossberg). Nazwa pochodzi od zamku, który niegdyś zajmował szczyt wzniesienia – budowla została zburzona w XVIII stuleciu; obecnie turyści cenią sobie to miejsce jako punkt widokowy na miasto i okolicę. Ogólnie atrakcja okazuje się niewypałem – bilety na kolejkę linowo-terenową są horrendalnie drogie (16,5 euro za naszą rodzinę w obie strony). W przewodniku pisali, że na samym szczycie jest wieża widokowa z pięknym widokiem na Fryburg i okolicę, więc mozolnie wspinamy się ścieżką w górę (20 min w jedną stronę, można wjechać wózkiem dziecięcym, ale wymaga to od rodzica niezłej kondycji😉), tylko po to, żeby przekonać się, że wieża z powodu remontu jest wyłączona z użytkowania (nie było o tym żadnej informacji na dolnej stacji kolejki). No ale nic, nie zawsze wszystko się udaje, sam spacer i tak był przyjemny. Na zakończenie pobytu we Fryburgu w przyparkingowym sklepie kupujemy sobie lody. Takie małe szczęście dla dzieciaków😊

Starówka Fryburga leży w cieniu Wzgórza Zamkowego (Schlossberg).

Połowę drogi można wjechać kolejką linowo-terenową.

Kiedyś na tej trasie kursowały malutkie gondolki.

Widok na katedrę z górnej stacji kolejki.

My dzielnie wchodzimy na sam szczyt – stoi tam wieża widokowa, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto i okolicę.

Na szczycie wzgórza stał niegdyś zamek, zniszczony przez Francuzów w XVIII w.

Wieża widokowa niestety zamknięta – ale szkoda!

Trudno, spoglądamy na Fryburg z prześwitów między drzewami.

Widok na południowe dzielnice miasta.

Wzgórze zamkowe z częścią staromiejską łączy urokliwa kładka dla pieszych.

Fryburg to świetny cel rodzinnego spaceru. Dorosłych zachwyci przepiękna romańsko-gotycka  katedra i sielska atmosfera staromiejskich uliczek, dzieci będą się cieszyć brodzeniem w płytkich kanałach – z tego powodu wycieczkę dobrze zaplanować na ciepły dzień, bo inaczej pozbawimy najmłodszych podstawowej atrakcji Fryburga.

Po powrocie Grześ był tak zmęczony, ze zasnął, nie zdążywszy nawet wejść na łóżko.

 

Triberg – najwyższe wodospady w Niemczech. Spacer na wychodnię skalną Rappenfelsen

Wizyta w Tribergu to obowiązkowy punkt programu wakacji w Schwarzwaldzie. Miasto umiejętnie podkreśla to, z czego słynie, czyli długą tradycję produkowania zegarów z kukułką. Jeśli dodamy do tego najwyższe wodospady w Niemczech i największy na świecie zegar z kukułką, nie będzie nas trzeba długo namawiać do odwiedzenia tego miejsca.
Continue reading

Zamek Bruchsal i rewelacyjne Niemieckie Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych

Kto by nie chciał samemu pokręcić korbą katarynki, zaprogramować pozytywkę czy uruchomić wielki orchestrion? To wszystko jest możliwe w fantastycznym Niemieckim Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych, które ma swoją siedzibę w głównym budynku zamku Bruchsal.

11 sierpnia 2017, piątek

Dalej brzydko i zimno

Zamek Bruchsal i Niemieckie Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych

Muzeum gromadzi jedną z największych na świecie kolekcji instrumentów mechanicznych. Pozytywki, katarynki, pianole, wielkie orchestriony – ich wspólną cechą jest to, że gra na nich odbywa się bez udziału człowieka, tj. człowiek może je uruchomić (np. kręcąc korbką), ale nie wygrywać na nich oryginalnych melodii – te zostały wcześniej zapisane na walcach z wypustkami bądź perforowanych taśmach. Choć instrumenty mechaniczne były znane już w starożytności, szczyt swojej popularności przeżywały w XVIII i XIX w.; potem wyparły je adaptery i magnetofony. Zwiedzając muzeum, myśleliśmy sobie, ze mimo że nie każdy potrafił grać i śpiewać, od zawsze musiała towarzyszyć ludziom chęć zabrania muzyki ze sobą, zaproszenia jej do swojego domu. Automatyczne instrumenty umożliwiły odtwarzanie muzyki przez każdego.

W muzeum najwspanialsze jest to, że wielu eksponatów samemu można dotykać! Tu Sebuś sprawdza, jak powstawały dźwięki w wielkich orchestrionach.

Od zegarów z kukułką po współczesne keyboardy – rozłożona na trzech piętrach ekspozycja zabiera nas w fascynującą podróż po historii ujarzmiania muzyki. Uwierzcie, że wizytą w muzeum będą zachwyceni nie tylko melomani. W pierwszym rzędzie zachwyconych będą stały dzieci. A dlaczego? Bo wielu instrumentów można dotykać i samemu na nich grać! Szczególnie sale na najniższym piętrze to taki wielki muzyczny plac zabaw. Można samemu zaprogramować pozytywkę, wtykając do walca w odpowiednie miejsca plastikowe bolce; można sprawdzić, jak działa katarynka, można potańczyć przy dźwiękach wielkich orchestrionów (dziś – ku uciesze pracowników muzeum – uskuteczniał to nasz Grzesio) – te wielkie oszklone szafy grające istotnie odtwarzały muzykę godną orkiestry! Specjalny walec obracał się, wprawiając w ruch cymbały, dzwonki, struny, bębny czy organy. A jakie one były głośne! Wyobrażacie sobie wstawić taki mebel do współczesnego mieszkania? Sąsiedzi chyba żyć by nam nie dali!

Bruchsal wita nas deszczem.

Ale nie pada tak bardzo, żeby nie docenić harmonii barokowego zespołu budynków.

Ekspozycja muzealna zaczyna się od zegarów z kurantami.

A te organy miały uświetniać wnętrza Titanica, na ich szczęście nie zostały wykonane na czas.

Tymo zaprogramował dla Grzesia melodię ,,Stary Donald”:)

Fach kataryniarza w ręku.

Ten orchestrion zaskoczył nas pięknym (i bardzo głośnym!) marszem.

Kolejny orchestrion uświetniający uliczne festyny.

Ten wygląda jak ołtarz przeniesiony wprost z kościoła.

Na kolejnym piętrze ekspozycja instrumentów z salonów arystokracji.

Muzyczne pudełko (music box) z wymiennymi walcami.

A to uliczne pianino z androidem – postacią ruszającą się podczas wykonywania utworu.

Niby zwykła szafa, a tu nagle jak nie huknie!

Różnorodność instrumentów przyprawia o zawrót głowy.

Ekspozycja jest nie tylko ciekawa, ale też estetyczna.

Nie potrafimy zliczyć, ile rodzajów instrumentów dzisiaj widzieliśmy.

I tak dochodzimy do współczesnych technologii.

Wizyta w muzeum w Bruchsal okazała się strzałem w dziesiątkę Zachwyt dzieci przypieczętowały zakupy w sklepie z pamiątkami – można tu kupić przeróżne pozytywki, nawet takie ze specjalnymi taśmami do samodzielnego perforowania (samemu można programować, jaką melodię będą wygrywały). My takie kupiliśmy naszym starszym chłopcom (16 euro), nieco uszczuplając nasz portfel, ale naprawdę było warto – a co tam, w celu równoważenia budżetu upichcimy dziś sobie obiad w domu😉

Bilet  do muzeum instrumentów mechanicznych (20 euro bilet rodzinny) umożliwia też zwiedzenie pięknych wnętrz zamku Bruchsal – XVIII-wiecznej rezydencji książąt-biskupów Spiry. Obecny wygląd zamku to efekt przebudowy po zniszczeniach II wojny światowej, jednak nawet teraz można podziwiać piękną architekturę stworzoną przez mistrzów niemieckiego baroku. Ogromny zespół pałacowy obejmuje 50 budynków. Z głównego budynku zamku wychodzi się do ogrodów w stylu francuskim. Nam dziś pogoda nie pozwoliła na spacery, ale i tak w pełni usatysfakcjonowało nas zwiedzenie muzeum i przechadzka po zamkowych wnętrzach. Warto było tu jechać dwie godziny w jedną stronę (do sensowności czego mieliśmy wątpliwości aż do dzisiejszej wycieczki). Polecamy! To świetna atrakcja na deszczowy dzień.

Reprezentacyjne wnętrza zamku Bruchsal robią wrażenie.

Chociaż dzisiaj traktujemy je nieco po macoszemu.

Harmonia panuje tu nie tylko w warstwie muzycznej.

Oryginalna owalna klatka schodowa zajmuje znaczną część budynku.

Będąc w środku nie zauważyliśmy, że pogoda nic a nic się nie zmieniła.

Żegnamy Bruchsal i polecamy nie tylko melomanom i nie tylko na deszczowy dzień!

Nasz czas: 10:00-16:30 cała wycieczka, w tym 12:30-14:30 zwiedzanie muzeum.