Fryburg Bryzgowijski – tylko tutaj zwiedzanie na bosaka!

Które dziecko nie lubi brodzić nogami w wodzie? A gdybyście wyobrazili sobie miasteczko, którego starówkę można zwiedzać, maszerując do kostek w przyjemnej chłodnej wodzie? Niemożliwe? Ależ jak najbardziej możliwe – trzeba tylko przyjechać do Fryburga!

13 sierpnia 2017, niedziela

Piękny, wakacyjny dzień, 24 stopnie i słoneczko

Fryburg Bryzgowijski

Stare otwarte kanały,  zwane Bächle, służyły niegdyś do nawadniania miejskich ogrodów, miały też istotne znaczenie jako element ochrony przeciwpożarowej. Świetnie zachowały się do dziś, dostarczając gigantycznej frajdy wszystkim najmłodszym turystom odwiedzającym Fryburg. To Bächle były dziś oczywiście największą atrakcją dla naszych chłopców😊 Warto tu zajrzeć, spędzając wakacje w Schwarzwaldzie – Fryburg ma podobno najcieplejszy klimat w całych Niemczech!

Kanały niegdyś służyły do nawadniania ogrodów, zapewniały też ochronę przed pożarem.

Co powiecie na takie zwiedzanie miasta?

Miasto przez wieki pozostawało pod panowaniem Habsburgów, po reformacji było jednym z największych bastionów wiary katolickiej. Najbardziej znanym zabytkiem Fryburga jest doskonale zachowana ogromna gotycka katedra, która jakimś cudem ocalała z bombardowań II wojny światowej. Podobnie jak większość turystów, my też rozpoczynamy zwiedzanie Fryburga od odwiedzenia tej przepięknej świątyni. O dziwo, oglądanie wnętrza okazuje się interesujące dla wszystkich naszych dzieci – nawet trzyletni Grześ ogólnie zachowywał się bardzo przyzwoicie, upodobał sobie przechadzanie się wzdłuż długich rzędów ławek i oglądanie pięknych witraży; no, może sielanka skończyła w momencie, w którym postanowił wykąpać się w ogromnej misie z wodą święconą i zaczął wkładać palce do nosa maszkaronów zdobiących płyty nagrobne, sprawdzając, czy mają katar – ale przecież nawet najlepszym zdarzają się wpadki😉 Starszym chłopcom można już całkiem sporo poopowiadać o stylach architektonicznych i elementach wyposażenia kościoła. Dziś bardzo podoba im się znajdowanie na starych witrażach symboli dawnych cechów – butów (szewcy), nożyczek (krawcy) czy bochenków chleba (piekarze).

Piękna gotycko-romańska katedra to największa atrakcja turystyczna Fryburga.

Romański budynek rozbudowywano w stylu gotyckim. Dobudowano m.in. gotyckie prezbiterium.

To jedna z niewielu wież nieprzebudowywanych po okresie średniowiecza.

Świątynia jest ogromna. Całość mieści się w kadrze dopiero z puntku widokowego na Wzgórzu Zamkowym nad miastem.

Widzicie ten frapujący element dekoracji? Brno widać nie ma widać monopolu na gołe pośladki;)

Niesamowite gotyckie prezbiterium ze sklepieniem sieciowym.

Piękna późnogotycka ambona.

Bardzo podobają nam się gotyckie rzeźby.

Wydają się pełne emocji.

XIII-wieczne witraże z zachowanym oryginalnym kolorowym szkłem.

Zespół naturalnej wielkości rzeźb przedstawiających Ostatnią Wieczerzę

Sielanka rodzinnego zwiedzania kończy się w momencie, w którym Grzesiek postanawia się wykąpać…

Katedra jest naprawdę zachwycająca. Wyobraźcie sobie już samą kruchtę wieży z ponad 400 rzeźbami z XIII w.?! Budowę świątyni rozpoczęto ok. 1200 r. Najpierw romańska, potem rozbudowywano ją w stylu gotyckim. Ogromne wrażenie wywiera piękne gotyckie prezbiterium, można je obejść (trzeba wcześniej kupić bilet – warto, bo to doskonała okazja do obejrzenia pięknych bocznych kaplic). Bardzo żałujemy, że z powodu remontu zamknięte było wejście na wieżę – podobno dobrze stąd widać Fryburg, Kaiserstuhl i Wogezy.

Zachwycająca kruchta w wieży. Na tympanonie narodziny i męka Chrystusa oraz Sąd Ostateczny.

Zachowało się tu ponad 400 rzeźb z końca XIII w.!

Po obejrzeniu katedry pora na spacer po starówce. Przechadzka jest bardzo przyjemna – dzieciaki nie marudzą, zachwycone brodzeniem w kanałach Bächle. My wodą nie idziemy, ale też nie narzekamy – chodniczki są pięknie brukowane drobnymi kamyczkami, tu i ówdzie widać misternie poukładane mozaiki, wykonane z kamieni ogładzonych przez wody Renu.

Zaczynamy oczywiście od placu katedralnego, gdzie uwagę naszą zwraca (poza katedrą, rzecz jasna😊) gotycki budynek Historycznego Domu Towarowego. Potem kierujemy się w stronę Bramy Szwabskiej, stanowiącej pozostałość średniowiecznych umocnień. Warto stąd zajść na nabrzeże Gewerbekanal – dzieciaki ucieszą się z odnalezienia głowy krokodyla, groźnie wystającej z wody. Krokodyl znaleziony, możemy iść w kierunku placu ratuszowego. R. biega z aparatem, fotografując Nowy Ratusz i XVI-wieczne kamienice mieszczańskie, w których kiedyś miał siedzibę uniwersytet. Dzieciaki w tym czasie wesoło chlapią się w wodzie – oj, Grzesiowi chyba trzeba będzie zmienić spodenki na suche 🙂

Z katedry wychodzimy na Plac Katedralny.

Średniowieczny budynek Historycznego Domu Towarowego podobał nam się chyba najbardziej.

Klimat Fryburga urzeka.

Dzieci zwracają uwagę na co innego. Już wypatrzyły wodę. A będzie jej coraz więcej!

Mamo, mamo, mogę zdjąć buty? Możesz, możesz!

Kanały Bächle to największa atrakcja dla małych turystów.

Można brodzić w nich nogami, można puszczać łódeczki – co kto chce!

Drogą ‚wodną’ można zwiedzić niemal całą starówkę. Dzieci będą zachwycone!

Piękne mozaiki na chodnikach to jeden z wyróżników Fryburga.

Oberlinden. W tle Brama Szwabska.

Brama Szwabska to pozostałość dawnych średniowiecznych fortyfikacji.

Idąc wzdłuż kanału, można wypatrzeć nawet głowę groźnego krokodyla!

Dama z jednorożcem – jedna z najstarszych dekoracji w mieście.

Dama z jednorożcem zdobi budynek Nowego Ratusza.

XVI-wieczny budynek Starego Ratusza.

Nasz spacer po starówce kończymy przejściem niezwykle fotogenicznej ulicy Franciszkańskiej. Przy XVI-wiecznej kamienicy pod numerem 3, zwanej Domem pod Wielorybem, ukrywał się kiedyś Erazm z Rotterdamu, uciekając do Bazylei po okresie reformacji.

Konsynuujemy spacer niezwykle malowniczą ulicą Franciszkańską.

Niektórzy konsekwentnie trzymają się szlaku mokrej stopy.

Widać już słynny Dom pod Wielorybem z pocz. XVI w.

Po reformacji ukrywał się tu Erazm z Rotterdamu.

Kończymy spacer po starówce, czas wreszcie założyć buty.

Gotowi na dalsze zwiedzanie!

Ostatni rzut oka na fryburską katedrę.

Ostatni punkt naszego pobytu we Fryburgu to wjazd kolejką na wzgórze zamkowe (Schlossberg). Nazwa pochodzi od zamku, który niegdyś zajmował szczyt wzniesienia – budowla została zburzona w XVIII stuleciu; obecnie turyści cenią sobie to miejsce jako punkt widokowy na miasto i okolicę. Ogólnie atrakcja okazuje się niewypałem – bilety na kolejkę linowo-terenową są horrendalnie drogie (16,5 euro za naszą rodzinę w obie strony). W przewodniku pisali, że na samym szczycie jest wieża widokowa z pięknym widokiem na Fryburg i okolicę, więc mozolnie wspinamy się ścieżką w górę (20 min w jedną stronę, można wjechać wózkiem dziecięcym, ale wymaga to od rodzica niezłej kondycji😉), tylko po to, żeby przekonać się, że wieża z powodu remontu jest wyłączona z użytkowania (nie było o tym żadnej informacji na dolnej stacji kolejki). No ale nic, nie zawsze wszystko się udaje, sam spacer i tak był przyjemny. Na zakończenie pobytu we Fryburgu w przyparkingowym sklepie kupujemy sobie lody. Takie małe szczęście dla dzieciaków😊

Starówka Fryburga leży w cieniu Wzgórza Zamkowego (Schlossberg).

Połowę drogi można wjechać kolejką linowo-terenową.

Kiedyś na tej trasie kursowały malutkie gondolki.

Widok na katedrę z górnej stacji kolejki.

My dzielnie wchodzimy na sam szczyt – stoi tam wieża widokowa, z której rozciąga się wspaniały widok na miasto i okolicę.

Na szczycie wzgórza stał niegdyś zamek, zniszczony przez Francuzów w XVIII w.

Wieża widokowa niestety zamknięta – ale szkoda!

Trudno, spoglądamy na Fryburg z prześwitów między drzewami.

Widok na południowe dzielnice miasta.

Wzgórze zamkowe z częścią staromiejską łączy urokliwa kładka dla pieszych.

Fryburg to świetny cel rodzinnego spaceru. Dorosłych zachwyci przepiękna romańsko-gotycka  katedra i sielska atmosfera staromiejskich uliczek, dzieci będą się cieszyć brodzeniem w płytkich kanałach – z tego powodu wycieczkę dobrze zaplanować na ciepły dzień, bo inaczej pozbawimy najmłodszych podstawowej atrakcji Fryburga.

Po powrocie Grześ był tak zmęczony, ze zasnął, nie zdążywszy nawet wejść na łóżko.

 

Zamek Bruchsal i rewelacyjne Niemieckie Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych

Kto by nie chciał samemu pokręcić korbą katarynki, zaprogramować pozytywkę czy uruchomić wielki orchestrion? To wszystko jest możliwe w fantastycznym Niemieckim Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych, które ma swoją siedzibę w głównym budynku zamku Bruchsal.

11 sierpnia 2017, piątek

Dalej brzydko i zimno

Zamek Bruchsal i Niemieckie Muzeum Mechanicznych Instrumentów Muzycznych

Muzeum gromadzi jedną z największych na świecie kolekcji instrumentów mechanicznych. Pozytywki, katarynki, pianole, wielkie orchestriony – ich wspólną cechą jest to, że gra na nich odbywa się bez udziału człowieka, tj. człowiek może je uruchomić (np. kręcąc korbką), ale nie wygrywać na nich oryginalnych melodii – te zostały wcześniej zapisane na walcach z wypustkami bądź perforowanych taśmach. Choć instrumenty mechaniczne były znane już w starożytności, szczyt swojej popularności przeżywały w XVIII i XIX w.; potem wyparły je adaptery i magnetofony. Zwiedzając muzeum, myśleliśmy sobie, ze mimo że nie każdy potrafił grać i śpiewać, od zawsze musiała towarzyszyć ludziom chęć zabrania muzyki ze sobą, zaproszenia jej do swojego domu. Automatyczne instrumenty umożliwiły odtwarzanie muzyki przez każdego.

W muzeum najwspanialsze jest to, że wielu eksponatów samemu można dotykać! Tu Sebuś sprawdza, jak powstawały dźwięki w wielkich orchestrionach.

Od zegarów z kukułką po współczesne keyboardy – rozłożona na trzech piętrach ekspozycja zabiera nas w fascynującą podróż po historii ujarzmiania muzyki. Uwierzcie, że wizytą w muzeum będą zachwyceni nie tylko melomani. W pierwszym rzędzie zachwyconych będą stały dzieci. A dlaczego? Bo wielu instrumentów można dotykać i samemu na nich grać! Szczególnie sale na najniższym piętrze to taki wielki muzyczny plac zabaw. Można samemu zaprogramować pozytywkę, wtykając do walca w odpowiednie miejsca plastikowe bolce; można sprawdzić, jak działa katarynka, można potańczyć przy dźwiękach wielkich orchestrionów (dziś – ku uciesze pracowników muzeum – uskuteczniał to nasz Grzesio) – te wielkie oszklone szafy grające istotnie odtwarzały muzykę godną orkiestry! Specjalny walec obracał się, wprawiając w ruch cymbały, dzwonki, struny, bębny czy organy. A jakie one były głośne! Wyobrażacie sobie wstawić taki mebel do współczesnego mieszkania? Sąsiedzi chyba żyć by nam nie dali!

Bruchsal wita nas deszczem.

Ale nie pada tak bardzo, żeby nie docenić harmonii barokowego zespołu budynków.

Ekspozycja muzealna zaczyna się od zegarów z kurantami.

A te organy miały uświetniać wnętrza Titanica, na ich szczęście nie zostały wykonane na czas.

Tymo zaprogramował dla Grzesia melodię ,,Stary Donald”:)

Fach kataryniarza w ręku.

Ten orchestrion zaskoczył nas pięknym (i bardzo głośnym!) marszem.

Kolejny orchestrion uświetniający uliczne festyny.

Ten wygląda jak ołtarz przeniesiony wprost z kościoła.

Na kolejnym piętrze ekspozycja instrumentów z salonów arystokracji.

Muzyczne pudełko (music box) z wymiennymi walcami.

A to uliczne pianino z androidem – postacią ruszającą się podczas wykonywania utworu.

Niby zwykła szafa, a tu nagle jak nie huknie!

Różnorodność instrumentów przyprawia o zawrót głowy.

Ekspozycja jest nie tylko ciekawa, ale też estetyczna.

Nie potrafimy zliczyć, ile rodzajów instrumentów dzisiaj widzieliśmy.

I tak dochodzimy do współczesnych technologii.

Wizyta w muzeum w Bruchsal okazała się strzałem w dziesiątkę Zachwyt dzieci przypieczętowały zakupy w sklepie z pamiątkami – można tu kupić przeróżne pozytywki, nawet takie ze specjalnymi taśmami do samodzielnego perforowania (samemu można programować, jaką melodię będą wygrywały). My takie kupiliśmy naszym starszym chłopcom (16 euro), nieco uszczuplając nasz portfel, ale naprawdę było warto – a co tam, w celu równoważenia budżetu upichcimy dziś sobie obiad w domu😉

Bilet  do muzeum instrumentów mechanicznych (20 euro bilet rodzinny) umożliwia też zwiedzenie pięknych wnętrz zamku Bruchsal – XVIII-wiecznej rezydencji książąt-biskupów Spiry. Obecny wygląd zamku to efekt przebudowy po zniszczeniach II wojny światowej, jednak nawet teraz można podziwiać piękną architekturę stworzoną przez mistrzów niemieckiego baroku. Ogromny zespół pałacowy obejmuje 50 budynków. Z głównego budynku zamku wychodzi się do ogrodów w stylu francuskim. Nam dziś pogoda nie pozwoliła na spacery, ale i tak w pełni usatysfakcjonowało nas zwiedzenie muzeum i przechadzka po zamkowych wnętrzach. Warto było tu jechać dwie godziny w jedną stronę (do sensowności czego mieliśmy wątpliwości aż do dzisiejszej wycieczki). Polecamy! To świetna atrakcja na deszczowy dzień.

Reprezentacyjne wnętrza zamku Bruchsal robią wrażenie.

Chociaż dzisiaj traktujemy je nieco po macoszemu.

Harmonia panuje tu nie tylko w warstwie muzycznej.

Oryginalna owalna klatka schodowa zajmuje znaczną część budynku.

Będąc w środku nie zauważyliśmy, że pogoda nic a nic się nie zmieniła.

Żegnamy Bruchsal i polecamy nie tylko melomanom i nie tylko na deszczowy dzień!

Nasz czas: 10:00-16:30 cała wycieczka, w tym 12:30-14:30 zwiedzanie muzeum.

Skansen schwarzwaldzki w Gutach – idealne miejsce na rodzinną wycieczkę

Vogtsbauernhof, bo tak brzmi niemiecka nazwa tego skansenu, powinien być żelaznym punktem każdego pobytu w Schwarzwaldzie. Oczywiście szczególnie dla rodzin z dziećmi, bo to najmłodsi zawsze najchętniej zwiedzają muzea na wolnym powietrzu. Tutejszy skansen ma wiele atrakcji przewidzianych szczególnie dla małych turystów. Najmłodszym spodoba się myszkowanie po ogromnych domach, pełnych zakamarków i tajemniczych schodków, przejść i schowków. A jak do tego dodamy kilka świetnie przygotowanych miejsc do zabawy, możliwość karmienia zwierzaków i przyjemny plac zabaw, to otrzymamy wymarzony wakacyjny dzień. Tak przynajmniej ocenili go nasi chłopcy! Continue reading

Baden-Baden i północna część Schwarzwaldu

Być w Schwarzwaldzie i nie odwiedzić Baden-Baden – to byłoby niewybaczalne! Większość tutejszych budynków pamięta czasy belle époque. W XIX w. Baden-Baden stawało się letnią stolicą Europy. Bywali tutaj najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie z całego kontynentu. Dzisiaj także na deptakach i uliczkach mieszają się języki z różnych stron Europy. Często słychać rosyjski, ale też francuski, włoski, hiszpański. Bardzo tu międzynarodowo. Obawialiśmy się tłumów, a było całkiem kameralnie, oczywiście jak na światowej sławy kurort!

7 sierpnia 2017, poniedziałek

Pięknie, cieplutko – do 27 stopni

Baden-Baden i północna część Schwarzwaldu

Minusem dzisiejszego planu dnia jest długi dojazd z naszego Kienbronn. Razem z tankowaniem i wizytą w myjni samochodowej podróż zajmuje prawie 2 godziny. Parkujemy w samym centrum miasta, na parkingu Kongresshaus (wjeżdżając od strony autostrady, trzeba przejechać przez tunel pod miastem i kierować się według drogowskazów na tenże parking, cena 1,5 euro za godzinę, 15 za dobę). W promieniu kilometra mamy większość atrakcji kurortu.

Najpierw kierujemy się w stronę Lichtentaler Allee. To najpiękniejszy deptak Baden-Baden, prowadzący nad brzegiem rzeki Oos. Żwirową aleją między pięknymi drzewami można przejść parę kilometrów na południe, aż do opactwa w Lichtenthal. Dzisiaj nie zdążyliśmy tego zrobić. Nie zobaczyliśmy też otwartego w 2004 r. Muzeum Friedera Burdy, w którym można obejrzeć obrazy Picassa i powojennych artystów ze Stanów (np. Pollocka) i Niemiec. W Baden-Baden można też zwiedzić Narodową Galerię Sztuki (Staatliche Kunsthalle). Cóż, może następnym razem… Z dziećmi i tak byłoby trudno delektować się ekspozycją;-)

Prosto z parkingu kierujemy się w stronę głównych zabytków kurortu. Promenada wzdłuż rzeki Oos nie przytłacza, jest przyjemnie kameralna, między drzewami wyłaniają się piękne gmachy hoteli. Można odnieść wrażenie, że niewiele się tu zmieniło od czasów belle époque. Skręcamy w lewo za strzałkami na Kurhaus i wchodzimy w elegancką, pełną butików aleję. Oglądanie sklepowych wystaw może przyprawić o zawrót głowy. Bawimy się w poszukiwanie najbardziej absurdalnych cen – kto da więcej?

Wychodzimy z podziemnego parkingu Kongresshaus i taki widok mamy przed oczami

Wzdłuż rzeczki Oos urządzono urokliwą trasę spacerową – można dojść aż do Lichtenthal.

Kto nie lubi spacerów, może wybrać przejażdżkę bryczką.

Gmach teatru przy alei Lichtentaler.

Serce Baden-Baden bije w… kasynie

Na początku naszego spaceru oglądamy dom zdrojowy (Kurhaus) – neoklasycystyczny gmach z lat 20. XIX w. W jego prawym skrzydle znajduje się najstarsze i najbardziej luksusowe kasyno w Niemczech. Ten najbardziej reprezentacyjny gmach miasta nie zatrzymuje jednak na dłużej naszej uwagi – cóż, zawartość portfeli nie ta;) Zajrzeliśmy do środka tylko na chwilę, bo Grześ nie był akurat skłonny porzucić wrzucania kamyczków do kratek odpływowych przed budynkiem…

Baden-Baden

Dom zdrojowy – Kasyno to serce Baden-Baden.

Baden-Baden

Miasto zdobią piękne kompozycje kwiatowe.

Kolejny punkt naszego spaceru to pijalnia wód mineralnych (Trinkhalle). Budynek robi na nas duże wrażenie. Na ścianach zewnętrznej galerii pod kolumnadą można podziwiać piękne obrazy ilustrujące lokalne legendy. Wreszcie udaje nam się zapakować Grzesia do wózka (tylko dzięki lizakowi – które dziecko ich nie lubi, to świetny patent na chwilę spokoju podczas zwiedzania zazwyczaj nudnych dla dzieci miast!). Po spacyfikowaniu Młodego szybszym krokiem przechodzimy na prawy brzeg Oos.

Baden-Baden

Piękny budynek pijalni wód.

Malowidła ścienne przedstawiają lokalne legendy.

A my nie zabawiamy tu dłużej i kierujemy się na przeciwny brzeg rzeki Oos.

Starówka, czyli luksusowe butiki i malownicze zaułki

Urokliwymi wąskimi uliczkami wspinamy się pod górę, mijając wystawy sklepów najlepszych światowych marek. Idziemy m.in. przez Lange Strasse i Hirschstrasse, unikając w ten sposób wnoszenia wózka po schodach. W końcu docieramy na zaskakująco pusty i spokojny Marktplatz na tyłach dostojnego gmachu późnogotyckiej kolegiaty. Grześ wysiada z wózka i z zachwytem biegnie do poidełka-fontanny, której woda spływa wprost na chodnik. Jest cieplutko, jak fajnie chlapać się na bosaka! Nie mamy serca odmawiać Grześkowi tej przyjemności, więc atak na Nowy Zamek (Neues Schloss) przypuszczają tylko R. ze starszymi chłopcami.

Dawna rezydencja margrabiów Badenii znajduje się obecnie w prywatnych rękach, taras jest jednak ogólnodostępny. Już samo wejście tutaj jest bardzo przyjemne. Schody prowadzą przez urocze zakamarki, sprawiające, że czujemy się jak w krajach południowej Europy. Chłopców ciekawią wygrzewające się na ścianach budynków jaszczurki i usiłujące utrzymać się na pionowych ścianach rośliny, nawet nasze poczciwe dziewanny potrafią tego dokonać. W ogrodach widać kilkumetrowe rododendrony i araukarie. Do Nowego Zamku warto jednać podejść przede wszystkim ze względu na widok. Z zamkowego tarasu pięknie widać dolinę Oos i miasto Baden-Baden przycupnięte wśród schwarzwaldzkich wzgórz.

Stroma uliczka wprowadza na Marktplatz.

Czujemy się jak w śródziemnomorskim miasteczku.

Urokliwy zbieg dwóch ulic.

Marktplatz z późnogotycką kolegiatą.

Nad nami góruje renesansowy Nowy Zamek – zaraz tam wejdziemy.

Pięknie widać stąd kolegiatę.

I całe Baden-Baden, położone w dolinie rzeki Oos.

Na tyłach łaźni rzymskich znajduje się piękny śródziemnomorski ogród.

Nasi kuracjusze zaraz będą chyba zażywać kąpieli leczniczych.

Wycieczka na zamek zakończona, Grzesiek wychlapany, więc już w komplecie schodzimy w stronę Römerplatz. Przechodzimy obok zbudowanego w 1877 r. pięknego pałacu Friedrichsbad. Mieści on ekskluzywne, kilkunastoetapowe łaźnie rzymsko-irlandzkie. Dla nas niestety niedostępne, bo wstęp jest możliwy dopiero od 14 rż. (kąpiele nago). W podziemiach budynku można oglądać (niestety według informacji pani z recepcji łaźni tylko w godzinach 15-16) częściowo odrestaurowane łaźnie rzymskie (Römische Badruinen) z multimedialnymi prezentacjami dawnego wyglądu. W pobliżu znajduje się także kąpielisko Caracalla-Therme, znacznie tańsze i dostępne dla dzieci powyżej 7 lat.

Zbliża się pora obiadu, gdzie by tu coś zjeść? Zamiast udać się do wcześniej upatrzonej kebabo-pizzerii, dajemy się skusić podrzędnej knajpie umiejętnie podszywającej się pod lokalną badeńską restaurację. Jedzenie drogie, niezbyt smaczne, nieakceptowane przez Grzesia… Ale na plus miłe stoliki z widokiem na pobliskie uliczki, zupełnie jak we Włoszech. Grześ ma gdzie spacerować, więc oczekiwanie na posiłek też mija bezproblemowo.

Odrestaurowany budynek łaźni rzymskich.

W budynku łaźni można poza zażywaniem kąpieli obejrzeć pozostałości łaźni z czasów rzymskich.

Obiad – najlepiej przy stolikach na ulicy!

W Baden-Baden można spokojnie spędzić calutki dzień. Niestety Grześ w samochodzie nie spał i w wózku (znając jego tegoroczne zwyczaje) na pewno nie zaśnie, więc z bólem serca rezygnujemy ze spaceru słynną promenadą wzdłuż Oos i wracamy na parking.

Aby osłodzić sobie nieco nie do końca zrealizowane plany turystyczne, postanawiamy wrócić do naszego domku w Kienbronn bardziej czasochłonną, ale za to malowniczą drogą nr 500. Schwarzwaldhochstrasse prowadzi wzdłuż całego Schwarzwaldu, mijając wiele miejsc interesujących turystycznie i punktów widokowych. Wspinamy się długim podjazdem w okolice najwyższego szczytu północnej części Schwarzwaldu – Hornisgrinde (1164 m n.p.m.). Za oknami piękne lasy i chwilami rozległe widoki. Po drodze oglądamy dwie główne atrakcje w okolicy: Mummelsee i Allerheiligen.

Punkt widokowy na północy Schwarzwaldu

Mummelsee

Niewielkie jeziorko polodowcowe rozsiadło się na wysokości 1036 m n.p.m., prawie pod samym szczytem Hornisgrinde. Zatrzymaliśmy się tutaj z myślą o krótkiej kąpieli dla chłopców. Miejsce jednak nie jest szczególnie godne polecenia. Parking spory, chociaż i tak trudno znaleźć wolne miejsce. Samo jezioro okazało się maleńkie i niespecjalnie urocze, bo po prostu otoczone lasem. Możliwości kąpieli brak. Ale przemysł turystyczny wyciska z okolicy, ile się tylko da. Ogromne sklepy z pamiątkami, duży górski hotel z restauracją na tarasie i barem szybkiej obsługi na dole, stoliki porozstawiane nad brzegiem jeziora, wypożyczalnia rowerków wodnych i łódek, no i oczywiście tłumy ludzi…

Ale są też plusy. Na przykład przyjemny plac zabaw, możliwość zanurzenia nóg w przyjemnej wodzie czy przespacerowania się wokół jeziorka. Na koniec kawałek schwarzwaldzkiego tortu i wszyscy są zadowoleni! Chłopcy kupili sobie pamiątki, więc w dobrych humorach ruszamy w dalszą drogę.

Zaglądamy nad brzegi Mummelsee- niewielkiego jeziorka polodowcowego.

Jeziorko nie nadaje się do kąpieli, ale można po nim popływać na rowerach wodnych.

Chłopców satysfakcjonuje nawet możliwość pobrodzenia po brzegu.

Degustacja słynnego tortu schwarzwaldzkiego.

Świetnie zaopatrzony sklep z pamiątkami nie może się obejść bez symbolu Schwarzwaldu – zegarów z kukułką.

Ruiny w Allerheiligen

Po krótkim błądzeniu (z powodu nie do końca precyzyjnych drogowskazów) wreszcie trafiamy na właściwy parking. Dojście zajmuje dosłownie kilka minut asfaltową drogą. Grześ zbiegając, zalicza glebę i obciera oba kolana, ale nasz trzyletni turysta dzielnie znosi niewygody.

O tej porze (zbliża się 18:00) przy ruinach plączą się tylko pojedyncze osoby. Jest kameralnie, wręcz refleksyjnie. Początki klasztoru sięgają głębokiego średniowiecza, a czasy największego rozkwitu przypadają na XVIII w. Później budynki klasztorne trzykrotnie trawił pożar, a na koniec w wieżę uderzył piorun. W 1816 r. zdecydowano o częściowej rozbiórce budynków. Na szczęście niedługo później w regionie zaczęła się rozwijać turystyka, dzięki czemu zachowano pozostałości, które możemy oglądać do dzisiaj.

Allerheilingen

Można tu oglądać ruiny XIII-wiecznego klasztoru.

To niezwykle malownicze miejsce.

Opactwo zostało zniszczone przez pożary i uderzenie pioruna.

Miejscami zachowały się pozostałości dawnych sklepień.

Klasztor przeżywał swoją świetność w XVIII stueciu.

Dziś dawnej świetności możemy się tylkko domyślać.

W ruinach jesteśmy tylko małymi mróweczkami.

Ruiny klasztowu Wszystkich Świętych w Allerheilingen – jedno z pięknych zapomnianych miejsc.

Około dwa kilometry dalej znajdują się jeszcze ciekawe wodospady Allerheiligen. Nasz Grzesiek jednak jest już bardzo marudny, bo nadal nie zasnął, nawet w samochodzie, a i chłopcy też już są zmęczeni po całym turystycznym dniu. Rezygnujemy więc z tej atrakcji i przyjmujemy kierunek dom.  I tak mieliśmy dziś przebogaty dzień, dzień pełen schwarzwaldzkich wrażeń!

Nasz czas: 9:30–19:30. Cztery godziny spędziliśmy w Baden-Baden, godzinę nad Mummelsee i pół godziny przy ruinach w Allerheiligen. Same przejazdy (ponad 200 km) zajęły około 4 godziny (plus tankowanie i myjnia).

Schiltach – najbardziej fotogeniczne schwarzwaldzkie miasteczko

6 sierpnia 2017, niedziela

Słonecznie, po południu do 23 stopni

Wczoraj wieczorem położyliśmy tylko dzieciaki do łóżek i padliśmy. Rano obudził nas widok stosów toreb do rozpakowania. Ponieważ po wczorajszej podróży zupełnie nie chciało nam się śpieszyć, urządziliśmy sobie leniwe przedpołudnie. Chłopcy chętnie biegali po wspaniałym terenie naszej agroturystyki, a M. ogarniała bagaże. Nasi gospodarze przynieśli nam 10 świeżutkich jajek – akurat na obiadową jajecznicę! Potem położyliśmy Grześka spać w łóżeczku i w efekcie wybraliśmy się na wycieczkę dopiero po południu. Rzadko na wakacjach funkcjonujemy tak leniwie – od czasu do czasu warto urządzić sobie taki eksperyment😉

Schiltach

To niewielkie, ale niezwykle malownicze schwarzwaldzkie miasteczko, leżące tuż obok naszego Kienbronn. Brak tu może odosobnionych, wyróżniających się zabytków – właściwie całe miasteczko jest jednym wielkim zabytkiem – na starym mieście pięknie zachowały się XVI-wieczne domy szachulcowe. Warto zatrzymać się dłużej na oryginalnym trójkątnym pochylonym ryneczku. Możemy wyobrazić sobie, że przenieśliśmy się na koniec XVIII w. – od 1971 r, kiedy to miasto trawił wielki pożar, miejsce to pozostało niezmienne. Na środku rynku stoi miejska fontanna – wzmianki o niej pojawiały się już w XV w, trzy stulecia później została odrestaurowana. Doskonałym zwieńczeniem popołudniowego spaceru jest chlapanie się w rzece Kinzig, przepływającej przez serce Schwarzwaldu. Chłopcy mieli tylko pochodzić po wodzie, ale (w przypadku Tymka i Sebka) – skakanie po kamieniach zakończyło się niezamierzoną kąpielą w ubraniu😊

Przez Schiltach przepływa jedna z głównych rzek Schwarzwaldu – Kinzig.

Gotowi na zwiedzanie!

Hauptstrasse – jedna z głównych ulic Schiltach.

Skręcamy w boczną uliczkę prowadzącą w kierunku ratusza.

W Schiltach pięknie zachowała siś kilkusetletnia szachulcowa zabudowa.

Pochyły trójkątny rynek jest bardzo oryginalny.

Rynek pozostaje w niezmienionym kształcie od pożaru w 1791 r.

Fontanna na rynku była już wzmiankowana w XV w.

Stara zabudowa jest niesamowicie harmonijna.

Do kamienic prowadzą piękne kolorowe drzwi.

Nad uliczkami zwieszają się stare szyldy.

Wąskie uliczki są zupełnie nieprzystosowane do transportu samochodowego.

Kolejne piękne drzwi – takie spotykaliśmy dziś na każdym kroku.

W drodze powrotnej kolejny raz zaglądamy na rynek.

Znów kierujemy się w stronę Hauptstrasse.

W perspektywie ulicy wieża kościoła ewangelickiego – jednego z największych w Badenii.

A na deser – chlapanie w rzece Kingiz.

Za nami prawdziwie schwarzwaldzkie widoki.

Chłopaki okupują rzeczne kamienie.

Nawet Grześ dał się skusić na zabawy w rzece.

Szwajcaria Saksońska – most Bastei i Labirynt

Szwajcaria Saksońska to nasz przystanek w podróży na rodzinne wakacje do Schwarzwaldu. Jak tam jest pięknie! Na razie zobaczyliśmy tylko słynny most Bastei i szukaliśmy drogi w skalnym Labiryncie, ale ten jeden dzień tylko zaostrzył nam apetyty. Na pewno jeszcze tu wrócimy!

 

4 sierpnia 2017, piątek

Częściowe zachmurzenie, ok. 25 stopni – idealna pogoda na wakacje

Szwajcaria Saksońska

Szukając miejsca na nocleg po drodze do Schwarzwaldu i wertując przewodniki, zobaczyliśmy na zdjęciach miejsca jak z bajki: most Bastei,  rozsiadłą na szczycie wzgórza twierdzę Königstein, meandrującą Łabę, której dolina została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Szwajcaria Saksońska, zwana też Saską Szwajcarią, obejmuje niemiecką część Gór Połabskich i oferuje jedne z najpiękniejszych krajobrazów w Niemczech. Część obszaru chroniona jest w formie parku narodowego. Krajobraz  Szwajcarii Saksońskiej jest bardzo zróżnicowany. Szczególnie malownicze są skały z piaskowca, które w wyniku erozji uzyskały niezwykle wymyślne kształty. Malownicze ściany skalne wystrzelają niemal pionowo do góry –  to raj dla wspinaczy i miłośników pięknych krajobrazów. Wytyczono tu wiele szlaków zarówno na krótkie spacery, jak i na wielogodzinne i wielodniowe wycieczki. Przez jeden dzień Szwajcarii Saksońskiej absolutnie nie można zwiedzić –można jedynie się przekonać, że człowiek chętnie tu wróci raz jeszcze, i to jak najszybciej!

W ogóle bardzo nam się podobają wschodnie Niemcy, zwłaszcza jak już zjedziemy z autostrady. Miasteczka i wioski są takie autentyczne, gdzieniegdzie podniszczone. Wszędzie dużo starej szachulcowej zabudowy, przy wąskich uliczkach stoją urokliwe stare kościółki z wysokimi wieżami.

Szwajcaria Saksońska – co wybrać na jeden dzień pobytu z dziećmi?

Do Szwajcarii Saksońskiej przywabił nas – jak zapewne wielu turystów przed nami – fantastyczny most Bastei. Nie chcieliśmy tu jednak zaglądać w najbardziej obleganych godzinach – ta jedna z największych atrakcji turystycznych wschodnich Niemiec w sezonie letnim przyciąga dzień w dzień tysiące turystów. Przeciskanie się w tłumie może jednak obrzydzić nawet najpiękniejsze miejsce – decydujemy się więc odłożyć Bastei na wieczór. Będzie i pusto, i światło będzie lepsze. Wybieramy miejsce dużo mniej popularne, ale niesamowicie atrakcyjne dla dzieci – grupę skał zwaną Labiryntem.

Labirynt – fantastyczne formacje skalne na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal

Z punktu widzenia dziecka to lepsze niż najlepszy plac zabaw! Z punktu widzenia dorosłego: możliwość obejrzenia ciekawych naturalnych formacji skalnych, przypominających nasze Błędne Skały. Niedługa, ale bardzo atrakcyjna trasa. Żelazna atrakcja turystyczna dla rodzin z dziećmi! Ścieżka kluczy między piaskowcowymi skałami o najwymyślniejszych kształtach, przeciska się przez wąskie szczeliny i ciemne tunele. W odnalezieniu trasy zwiedzania pomagają strzałki z kolejnymi numerkami – od 1 do 29. Jeśli jakieś przejście oceniamy jako za trudne dla nas lub dla naszych pociech, można bez problemu je obejść i znaleźć własną, łatwiejszą ścieżkę.

Trasa jest świetna dla dzieci w każdym wieku (choć maluchów z oczu nie można tu spuścić – w wielu miejscach można spaść), w ograniczonym stopniu nadaje się dla dziecięcych wózków. W wąskich przejściach trudno zmieścić się z plecakiem lub nosidłem (ale zawsze można znaleźć bezproblemowe obejście). Spacer po Labiryncie (tempem rodzinnym:) zajmuje ok. półtorej godziny. Grupa skał „Labirynt” znajduje się na północ od miejscowości Rosenthal-Bieletal. Nam dojazd zajął sporo czasu – ze względu na remonty i zamknięcia drogi w okolicy miejscowości Leupoldis-Hain musieliśmy szukać objazdów, ale w normalnych warunkach powinno dojechać się bezproblemowo. Samochód można zostawić na leśnym parkingu.

Wszyscy nasi chłopcy są zachwyceni wycieczką. Tymo odważnie wspina się na najwyższe skały, Sebuś dzielnie przeciska się przez ciemne przesmyki, Grześ nie boi się niczego – jeśli tylko trzyma za rękę Mamę lub Tatę😊

Skalny Labirynt znajduje się nieco na północ od miejscowości Rosenthal Bielatal.

Można się tu dostać, jadąc drogą S169.

To wielka frajda dla dzieci!

Ścieżka turystyczna kluczy pomiędzy skałami.

To jedna z głównych atrakcji na trasie – drabinka doprowadza do wąskiego, ciemnego przesmyku między skałami.

…. którym musimy się przecisnąć!

Dzieciaki są zachwycone.

Po drugiej stronie czeka na nas R. z Grześkiem – oni poszli łatwiejszą drogą.

Oj, chyba w zejściu będzie musiał pomóc Tata.

W znalezieniu drogi przydatne są strzałki z kolejnymi numerkami.

Halo, chłopaki, jak ja mam do Was przejść?

Grześka nie zraża konieczność wdrapywania się na kolejne głazy.

Z prawej strony zaczaił się na nas zaklęty w skałę potwór z jednym okiem.

Znaleźliśmy świetną miejscówę na drugie śniadanie.

Uwaga! Snajperzy na skałach!

Piaskowce przybierają fantastyczne kształty.

Skały podziurawione przez erozję jak szwajcarski ser.

To bardzo fotogeniczna wycieczka.

Ścieżka wprowadza w kolejny tunel skalny. Grześ dzielnie idzie na pierwszy ogień.

Dzieciom bardzo podobają się takie tajemnicze przejścia.

Nasz dzisiejszy hit. Tylko Grzesiek poszedł nie tam, gdzie trzeba.

Profesjonalista komponuje kolejny kadr.

A co jest największą frajdą?

Przeskakiwanie kolejnych głębokich szczelin!

Atrakcja na koniec – wąziutki przesmyk skalny. Plecaki na głowy!

Po południu jemy obiad, który przywieźliśmy sobie jeszcze z domu, i kładziemy Grześka spać na drzemkę do łóżeczka – jutro planujemy przejazd do Schwarzwaldu, Biedak, pewnie znów spokojnie sobie nie pośpi.

Most Bastei

Ten wyjątkowo fotogeniczny most, zawieszony nad lustrem Łaby, to chyba najbardziej znana atrakcja Szwajcarii Saksońskiej. To jeden z niewielu przykładów sytuacji, kiedy ingerencja człowieka w krajobraz nie zeszpeciła otoczenia, a wręcz przeciwnie – dodała krajobrazowi wiele tajemniczości i wzbogaciła go o  baśniowy wymiar. Nazwa pochodzi od formacji skalnej, nazwanej „basztą” (bastei) właśnie. Skała góruje niemal 200 m nad lustrem Łaby. To miejsce o długich tradycjach turystycznych – pierwszy drewniany most przerzucono w tym miejscu niemal 200 lat temu – kładka połączyła Bastei z pozostałościami średniowiecznego zamku Neurathen. Z mostu dobrze widać znane formacje skalne: Lilienstein i Pfaffenstein oraz słynną twierdzę Königstein zajmującą całą wierzchowinę wzgórza Königstein (360 m n.p.m.).

Szwajcaria Saksońska

Słynny most Bastei widziany z jednego z pierwszych punktów widokowych.

Szwajcaria Saksońska

Natura i dzieło rąk ludzkich tworzą tu harmonijną całość.

Te skały mają ponad 100 m wysokości!

Szwajcaria Saksońska

Most stoi prawie 200 m powyżej poziomy przepływającej tuż obok Łaby.

Zwiedzanie w tłumie odbiera Bastei wiele uroku. Rozwiązanie = przyjechać tu wcześnie rano lub wieczorem. U nas pierwsza opcja odpada, jednak druga doskonale zdaje egzamin. Przyjeżdżamy na parking przed 18:30. Towarzyszą nam tylko nieliczni turyści Dodatkowy atut wybrania tej pory dnia to piękne światło – fotografie wyjdą dużo ładniej niż w południe. Na spokojne pospacerowanie po Bastei oraz odwiedzenie ruin twierdzy i okolicznych punków widokowych potrzeba ok. 2 godzin (ale można zaplanować też okrężny kilkugodzinny spacer). Samochód można zostawić na dużym płatnym parkingu, znajdującym się ok. 10 min drogi od Bastei.

Późne popołudnie to świetna pora na spacer po moście Bastei.

…chociaż część skał już pogrążyła się w wieczornym cieniu.

Kurort Rathen rozłożył się nad Łabą.

Łaba płynie prawie 200 m pod nami.

Most zamyka imponująca formacja skalna.

Z cyklu „prawie jak”… Dunajec w Pieninach!

Szwajcaria Saksońska

Twierdza Königstein majaczy na horyzoncie.

Będąc na moście Bastei, koniecznie trzeba odwiedzić pozostałości średniowiecznej twierdzy Neurathen (wstęp dodatkowo płatny, jednak wieczorem nie są już pobierane opłaty). Zwiedzanie jest niesamowicie atrakcyjne pod względem widokowym – to spacer po wierzchołkach strzelistych piaskowcowych skał, połączonych ze sobą mostkami. Z twierdzy nie zachowało się prawie nic, jednak odpowiednie tablice (również w języku polskim) informują o dawnym rozkładzie architektonicznym warowni.

Idziemy na spacer po pozostałościach twierdzy Neurathen.

Tutejsze kładki i schodki przypadły do gustu chłopakom.

Szwajcaria Saksońska

Mijamy kolejny punkt widokowy na most.

Szwajcaria Saksońska

Tamte kolosy też są niczego sobie.

Kolejna metalowa kładka.

A co tam jest? … Anioł!

A na co patrzy Grześ? Oczywiście na jadący w dole pociąg!

Szwajcaria Saksońska

Jeszcze tylko jedno spojrzenie z punktu widokowego na most i twierdzę.

Wszyscy nasi chłopcy są dziś wyjątkowo dzielnymi kompanami. Starsi chłopcy chętnie zajmują się fotografowaniem (do tego głownie służą im komórki na wyjazdach), dla Grześka bardziej atrakcyjne są schodki i kamyczki. O wejście do nosidła prosi dopiero po półtorej godziny spaceru (a przed południem całą trasę w labiryncie przeszedł na własnych nogach).

Tak dzisiejszą wycieczkę zapamiętał Sebuś. Polecamy namawianie dzieciaków do pisania dzienników podróży. Taka pamiątka jest bezcenna:)

Nasz czas (bez dojazdów): Labirynt: ok. 11.30-13.30; Bastei: 18:30-20:30

 

Szwajcaria Saksońska – prolog,

czyli jak tam dotarliśmy

Wyjeżdżając na wakacje z dziećmi dalej niż 1000 km (lub dłużej niż 10 godzin jazdy), zwykle planujemy nocleg po drodze. Gdy w przewodniku po Niemczech zobaczyliśmy zdjęcie słynnego mostu Bastei, od razu wiedzieliśmy, gdzie zatrzymamy się tym razem😉Zmobilizowaliśmy się do wygospodarowania dodatkowego pół dnia wolnego w pracy, dzięki czemu mamy dodatkowy cały dzień (piątek) na zwiedzanie!

3 sierpnia 2017, czwartek

Podróż do Schwarzwaldu, dzień 1.

R wraca z pracy o 12:00, M. finalizuje trwające od kilku dni pakowanie i ok. 14:00 wyjeżdżamy. Kierunek: Szwajcaria Saksońska!

Zatrzymujemy się na placu postojowym przy ekspresówce S8 ok. 30 km przed Wrocławiem. Najlepszą zabawką starszaków okazują się foliowe worki puszczane na wietrze. Świetnie się bawimy w „Baloniku nasz malutki” i „Idzie zuch, wicher dmucha”. Jak to czasem niewiele trzeba, żeby było fajnie.

Postój nr 1 na ekspresówce przed Wrocławiem

Kolejny postój robimy na stacji w Bolesławcu przy granicy polsko-niemieckiej (trzeba zjechać ok. kilometr z autostrady, ale jest dużo taniej). Jemy zapiekanki i hotdogi, siedząc na krawężniku przy samochodzie. Grzesiek pierwszy raz w życiu je hotdoga! Jednak trzylatek a dwulatek to zupełnie inna bajka.

Ekskluzywna kolacja przed granicą polsko-niemiecką

Po zjeździe z autostrady droga prowadzi przez tajemnicze wąwozy między porośniętymi lasem skalnymi ścianami. Przy zapadającym zmroku wszystko wydaje się bardzo tajemnicze. Przejeżdżamy przez Bad Schandau – główny ośrodek turystyczny Szwajcarii Saksońskiej. Baśniowa atmosfera sprawia, że pięknie podświetlony w nocy punkt widokowy na zboczu nad Łabą przypomina Sebusiowi rzecznego potwora. Na miejsce docieramy nie bez przygód, ale o tym za chwilę ;-).

Nasz przejazd: 14:00-22:00, 630 km

 

Nasza meta,

czyli nocleg z przygodami

Dwa noclegi zaplanowaliśmy spędzić w malutkim domku przy granicy z Czechami. Nasza Krysia (tak ochrzciliśmy głos w naszej nawigacji) prowadzi nas dzielnie aż do ostatniego miasteczka. W Reinhardtsdorf-Schöna każe nam skręcić w ślepą uliczkę. Dopiero po chwili znajdujemy właściwy skręt na naszą drogę. A ta ciągnie się i ciągnie. W końcu wyprowadza nas z miejscowości i wprowadza do lasu. O matko, gdzie my jedziemy? Stromą i wąziutką dróżką zjeżdżamy aż na dworzec kolejki podmiejskiej (S-Bahn). Zatrzymujemy się, patrzymy – widać numer 102, ale domku ze zdjęć ani śladu…

Jest już po 22:00, ciemno…Rzucamy się do komórek, żeby sprawdzić jeszcze raz adres. Na Airbnb stoi jak nic 102… Na szczęście w końcu znajdujemy też indywidualną stronę gospodarza ferienhaus-elisabeth.de i tam okazuje się, że to 102D. Ta jedna literka dodatkowo oznacza, że musimy zawrócić i podjechać kilkaset metrów z powrotem w górę. Tam już znajdujemy główny dom (zajęty przez innych gości) i nasz domek ukryty za nim. Szybko kłądziemy dzieci, sami zasypiamy po ogarnięciu niezbędnych rzeczy już po północy.

Reinhardtsdorf-Schöna, Bahnhofstrasse 102.

Jest całkiem przytulnie, wygodnie i czysto. Może poza łazienką (brak kabiny, woda z prysznica leci na całą podłogę). Ogólnie dobre wykorzystanie stosunkowo niewielkiej powierzchni. Grześ śpi w naszym łóżeczku turystycznym, chłopcy na dwóch „górnych” łóżkach, my pod nimi na rozkładanej kanapie.

Czar pryska o 7:30 rano. Z sąsiedniego większego domu do wynajęcia słychać każdy hałas, bo dzieli nas tylko ok. półtora metra – okna w okna. A po 8:00 zaczynają się naprawdę wielkie hałasy – ktoś wali w nasze ściany i sufit! No tak, w nocy zauważyliśmy rusztowania dookoła domku. Przez cały dzień trwa rozbiórka istniejącego dachu – nie do wiary – w NASZYM DOMKU! – hałas jest straszny, do tego tuż pod oknami spadają części dachu i plączą się wytatuowani fachmani z gołymi klatami. W sumie samo życie, ale gospodarz ani nie uprzedził nas przed przyjazdem, ani nie przeprosił w trakcie pobytu za utrudnienia. Natomiast nie omieszkał uprzedzić dwa dni temu, że za pościel trzeba zapłacić 10 euro za osobę… Szkoda gadać! Napiszemy odpowiednią opinię na Airbnb…

Remont dachu. O zgrozo! Na naszym domku!

Te niedogodności zepsuły ogólne wrażenie, bo sam domek był całkiem wygodny i (w porównaniu z innymi noclegami w okolicy) niedrogi – kosztował 104 euro za dwa noclegi (plus koszty pościeli). Z drugiej strony jednak – zostanie w naszej pamięci!

Schwarzwald – wymarzone miejsce na wakacje z dziećmi

sierpień 2017

Rok temu po chłodnych wakacjach w Danii (dwa tygodnie na Półwyspie Jutlandzkim opisujemy tutaj) zapragnęliśmy cieplejszej lokalizacji. Otwieramy rodzinny koncert życzeń! My najbardziej chcielibyśmy spędzić lato w górach, wśród pięknej przyrody i zwiedzić kilka interesujących zespołów staromiejskich; dzieci, zachwycone zeszłorocznym Legolandem, proszą o park rozrywki i możliwość popluskania się w jeziorze. Jak pogodzić nasze potrzeby? Patrzymy na mapę Europy i jest! And the winner is …. Schwarzwald! Po drodze odwiedzimy zjawiskową Szwajcarię Saksońską i średniowieczny Rothenburg. Szykuje się smakowity wyjazd! Continue reading