Między Szrenicą a Śnieżką – głównym grzbietem Karkonoszy zimą

Klasyk klasyków. Karkonoska wycieczka popularna od stuleci. Prowadzący grzbietami szlak jest niezwykle widokowy. Odcinek między Śnieżnymi Kotłami i Przełęczą Karkonoską oferuje naszym zdaniem jedne z najpiękniejszych widoków w Karkonoszach. Zimą zazwyczaj dobrze przedeptany i wyraźnie oznaczony tyczkami – uwaga, przebieg szlaku w niektórych miejscach (np. w okolicy Wielkiego Szyszaka) jest inny niż latem. Aby skrócić wycieczkę, można wjechać na główną grań wyciągiem na Szrenicę lub – jeśli chcemy iść ze wschodu na zachód – na Kopę. Wycieczka całodniowa, w warunkach zimowych nieco męcząca i wymagająca odpowiedniego przygotowania, ale odpłacająca  masą wrażeń i widokami  jak z bajki.

Continue reading

Czarny szlak na Śnieżkę i zejście przez Kocioł Małego Stawu – idealna zimowa trasa?

Królowej Karkonoszy nikomu przedstawiać nie trzeba. Wchodzimy Śląską Drogą, czyli czarnym, najkrótszym szlakiem z Karpacza na Śnieżkę. Trasa zejściowa jest równie atrakcyjna, bo pozwala odwiedzić trzy piękne karkonoskie schroniska i zajrzeć do przepięknego kotła Małego Stawu.

Wycieczka to karkonoski klasyk. Zimą widoki są naszym zdaniem równie piękne jak latem, a sama wędrówka dostarcza dużej dawki emocji, gdy na grani przenikają nas zimne podmuchy wiatru. W wersji z podjazdem wyciągiem na Kopę to świetny wybór także dla rodzin z nieco starszymi dziećmi.

Pętla z Karpacza z wejściem na Śnieżkę i trzema schroniskami po drodze

Informacje praktyczne

Najlepiej zostawić samochód na jednym z parkingów w okolicy dolnej stacji wyciągów ośrodka Kapracz Ski Arena. Kto chce uniknąć mozolnego wchodzenia, może skorzystać z kolei linowej Zbyszek, czynnej zimą w godzinach 9:00–16:00. Cena biletu za przejazd w obie strony to 50 zł, za sam wjazd zapłacimy 45 zł (ulgowe są tańsze o 15 zł). Na pocieszenie dodamy, że w cenie mamy już bilet wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego.

Mimo że wjazd wyciągiem zdecydowanie skraca wycieczkę, my zdecydowanie polecamy pieszą wędrówkę. Najkrótsza droga czarnym szlakiem na szczyt Śnieżki zajmuje 2,5 godziny. Na zejście niebieskim i zielonym szlakiem (z ominięciem zamkniętego zimą odcinka tego pierwszego) potrzeba około 3 godziny marszu (w obu przypadkach podajemy czasy bez postojów).

Śnieżka – królowa Karkonoszy.

Przejście całej trasy zajęło nam 7 godzin (razem z trzema postojami: w bufecie przy górnej stacji kolei Zbyszek, w Śląskim Domu i w Samotni). Polecamy taki rozkład trasy zimą, bo trzy razy można się rozgrzać i najeść, a odcinki pomiędzy postojami nie przekraczają półtorej godziny. Najbardziej męczące jest oczywiście podejście na Kopę, to w końcu prawie 600 m przewyższenia. Podjazd wyciągiem pozwala tego uniknąć i jednocześnie skrócić czas wycieczki o ok. półtorej godziny.

Złe miłego początki

Miało być zupełnie inaczej, ale wyszło świetnie. Planowaliśmy dzisiaj przejście grzbietu Karkonoszy od Przełęczy pod Śnieżką do Szrenicy. Specjalnie zamówiliśmy taksówkę do Karpacza, żeby czerwonym szlakiem „wrócić” do Szklarskiej, gdzie mieszkamy. Niestety po dojeździe (…który kosztował nas 90 zł:/) i dojściu do dolnej stacji kolejki na Kopę okazało się, że nowiutki Zbyszek (uruchomiony wiosną, niespełna rok temu) z powodu wiatru nie działa i prawdopodobnie będzie uruchomiony dopiero o 11:00. To dla nas wieści do bani. Dwie godziny opóźnienia oznaczają fiasko naszych planów. Jako że nie potrafimy bezczynnie czekać, decydujemy się na najszybsze podejście na górę pieszym szlakiem.

Śląską Drogą na Śnieżkę – ruszamy.

Czarnym szlakiem na Kopę

Wchodzimy dawną Śląską Drogą. Przed wybudowaniem kolei linowej na Kopę w 1959 r. była to najpopularniejsza trasa wejściowa na Śnieżkę. Dzisiaj szlakiem wędrowali poza nami tylko pojedynczy turyści (spotkaliśmy jedynie cztery osoby). Idziemy prostą drogą przez las. Jedynym urozmaiceniem są przecinające szlak w dwóch miejscach nartostrady.

Uuuups, narty zostały w domu!

Robi się ciekawiej, gdy szlak dociera do Białego Jaru. To miejsce najpoważniejszego wypadku lawinowego w historii polskich gór. W 1968 r. w ogromnej lawinie zginęło tutaj aż 19 osób, którzy podążali szlakiem na Śnieżkę (nota bene podobnie jak dziś my, w związku z zamknięciem kolei krzesełkowej). Na szczęście nasz czarny szlak omija najbardziej zagrożony obszar lawinowy, dodatkowo dodatkowo tablice ostrzegają przed zbaczaniem z trasy. Prowadzący przez Biały Jar odcinek żółtego szlaku do Strzechy Akademickiej jest w zimie zamknięty właśnie z powodu bardzo dużego zagrożenia lawinowego.

Szlak wyprowadził z doliny Złotego Potoku i wprowadził na brzeg Białego Jaru.

Biały Jar to jedno z najbardziej lawiniastych miejsc w Karkonoszach.

Widoki powoli się rozszerzają – przed nami oświetlony promieniami słońca grzbiet, a za nami – widoki na Kotlinę Jeleniogórską i kocioł Wielkiego Stawu. Jednak jeszcze piękniejsze widowisko przygotowały nam dzisiaj słońce i wiatr. Promienie słońca flirtują z nami, wyglądając zza bajkowych kształtów zaśnieżonych i zaszronionych świerczków, a wiatr przegania w świetle słońca tumany śniegu. Złośliwiec przenika nas do szpiku kości i trochę nam przy tym zasypuje szlak, ale tutaj, już ponad górną granicą lasu, prowadzą nas wzorowo ustawione tyczki.

Kotlina Jeleniogórska zostaje za nami.

Nie ma to jak spotkać inną parę turystów na szlaku. Zwyczajowa wymiana zdjęć:)

Nasza ścieżka skręca w prawo i kieruje nas na zbocza Kopy.

Rzut oka za siebie – w oddali kocioł Wielkiego Stawu

Pod Kopą trwa właśnie magiczny spektakl.

Głównymi dyrygentami tej orkiestry są słońce i wiatr.

Siedmiu krasnoludków już mamy – czekamy na Królewnę Śnieżkę!

Nie ukrywamy, że trochę nas wkurzył widok już uruchomionego wyciągu, gdy dotarliśmy na wypłaszczenie wierzchołka Kopy. W końcu został puszczony kilkanaście minut wcześniej niż o 11:00, ale pierwsi pasażerowie dotarli to dosłownie 5 minut przed nami, więc w sumie nie straciliśmy czasu, a zyskaliśmy sporo dodatkowych wrażeń!

Przemarznięci i nieźle zmęczeni zgodnie stwierdzamy, że dzisiaj nie ma już sensu maszerować grzbietem na Szrenicę i dalej do Szklarskiej, bo taka wyprawa mogłaby skończyć się w najlepszym wypadku przemarznięciem i powrotem do domu późnym wieczorem, a my w końcu przyjechaliśmy tutaj, żeby cieszyć się górami i sobą! To, co oszczędziliśmy na wjeździe kolejką, przeznaczymy na powrotną taksówkę do Szklarskiej. Dzisiaj wejdziemy na Śnieżkę, a schodząc odwiedzimy kocioł Małego Stawu i piękną Samotnię.

Już bez niepotrzebnego pośpiechu wchodzimy do bufetu przy górnej stacji kolei na Kopę. Żurek z kanapkami smakuje tu zupełnie przyzwoicie. Można też za opłatą (2 zł) skorzystać z toalety.

Śląska Droga była niegdyś najpopularniejszą trasą wejściową na Śnieżkę.

Szybkie ogrzanie w barze przy górnej stacji wyciągu na Kopę – tego nam było trzeba!

Z Kopy na Śnieżkę

Tą trasą na Królową Karkonoszy wędrujemy już trzeci raz. Ale dotychczas zawsze korzystaliśmy z podjazdu kolejką – jeszcze zabytkowym jednoosobowym Zbyszkiem. Śnieżkę odwiedziliśmy w 2012 r. zimą z niespełna 6-letnim Tymkiem (link do relacji tutaj) i wiosną 2016 roku z wszystkimi trzema chłopcami (tę wycieczkę opisujemy tutaj).

Dzisiaj wędrujemy w pełnym słońcu, w przepięknej zimowej scenerii. Słońce to szczególny rarytas na Śnieżce – notuje się tutaj prawie 300 pochmurnych dni w ciągu roku! Droga wejściowa na Śnieżkę to chyba najbardziej zatłoczony szlak w Karkonoszach, ale przy tak pięknych okolicznościach przyrody nie przeszkadza to nam aż tak bardzo.

Czarny szlak za chwilę doprowadzi nas do grzbietu głównego.

A oto i Królewna Śnieżka we własnej osobie!

Równia pod Śnieżką pokazuje swoje piękne zimowe oblicze.

Uwaga na potwory wyskakujące z zamarzniętych torfowisk!

Przed nami Przełęcz pod Śnieżką i Dom Śląski.

Nawet tablice informacyjne zostały wytwornie przystrojone przez zimę.

Zimą ze względu na znaczne zagrożenie lawinowe zamknięty jest czerwony szlak, sprowadzający do Kotła Łomniczki (tym samym niedostępny jest fragment Głównego Szlaku Sudeckiego). Z tego samego powodu zamknięta jest też Droga Jubileuszowa, czyli niebieski szlak na Śnieżkę. Zimą najwyższy szczyt Karkonoszy zdobyć można zakosami prowadzącymi po zachodniej grani Śnieżki.

Szlak jest miejscami śliski, ale nie są to oblodzenia, więc porządne górskie buty spokojnie dają radę. Raczki zostają dzisiaj w plecaku. Niezależnie od tego wysokość robi swoje i wchodząc, czujemy już w nogach te ponad 800 m przewyższenia.

Upská jámá – imponujący kocioł polodowcowy po stronie czeskiej.

Ściany kotła mają ponad 350 m wysokości.

Śnieżka – najwyższy szczyt Karkonoszy

Z radością witamy szczyt. Warto tu zabawić na dłużej, ale dzisiaj mimo słonecznej pogody wiatr mocno uprzykrza nam życie. Z biegiem lat coraz bardziej podobają nam się arcyoryginalne spodki budynku obserwatorium na Śnieżce. Stoją tutaj już od 1976 r. Szczyt jest przez to zdecydowanie niepowtarzalny.

Charakterystyczny budynek obserwatorium na szczycie Śnieżki został wybudowany w 1976 r.

Nasilony ruch turystyczny trwa na Śnieżce niemal przez cały rok.

Widok na południowy-wschód.

Widok ze Śnieżki w kierunku przełęczy Okraj.

Warto wspomnieć też o innych budynkach stojących na wierzchołku. Szczególnie ciekawa jest kaplica św. Wawrzyńca. Ma ona bardzo harmonijną bryłę w kształcie rotundy o średnicy 7 m. Kaplica wystawiona została na szczycie już w 1681 r. przez ród Schaffgotschów. Ludzie przez całe wieki pielgrzymowali tutaj, prawdopodobnie w ten sposób przyczyniając się do popularyzacji turystyki (uwierzycie, że w XVIII w. Śnieżka była najczęściej odwiedzaną górą Europy?!). Obecnie w kaplicy msza św. Jest odprawiana tylko raz w roku (10 sierpnia) w intencji przewodników górskich.

Kaplica św. Wawrzyńca została ufundowana w XVII w. przez ród Schaffgotschów.

Kaplica ma kształt rotundy o średnicy zaledwie 7 m. W dzisiejszej scenerii prezentuje się nieziemsko.

Przykładem znacznie prostszej architektury jest budynek czeskiej poczty. Wygląda trochę jak kontener, ale mamy za co go cenić – to najwyżej położony urząd pocztowy w Republice Czeskiej (Śnieżka to oczywiście najwyższy szczyt Czech). W budynku można się ogrzać i skorzystać z niewielkiego bufetu. Poczta stoi tutaj od 2008 r., została postawiona na miejscu rozebranego w 2004 r. niewielkiego schroniska Česká bouda.

Najwyżej położony urząd pocztowy w Czechach.

Od 2014 r. na szczyt można też wjechać nowoczesną koleją gondolową z miejscowości Pec pod Sněžkou. Wcześniej, do 2012 r., pracował w jej miejscu wyciąg krzesełkowy. Dzisiaj, pewnie z powodu wiatru, kolej nie działa. I dobrze, bo ludzi i tak jest tutaj sporo 😉

Ze szczytu zachwyca nas szczególnie widok na Przełęcz pod Śnieżką. Stąd najlepiej widać, jak oddziela ona dwa ogromne kotły polodowcowe – po polskiej stronie Kocioł Łomniczki, a po czeskiej Upską Jamę. Spojrzenie z lotu ptaka na Śląski Dom dopełnia szczęścia.

Schodzimy sprawnie i po nieco ponad godzinie od wyruszenia z Kopy meldujemy się w Śląskim Domu. Ale tu tłoczno! Na grzane piwo czekamy strasznie długo, a na dodatek nie jest ono ani zbyt dobre, ani zbyt dobrze zagrzane… No nic, za to w międzyczasie zjadamy kanapki i kupujemy drobiazgi dla chłopców. Tutejsze stoisko z pamiątkami jest wyjątkowo dobrze zaopatrzone;-).

Pora wracać. Pod nami jak na dłoni Równia pod Śnieżką.

Śląski Dom wygląda z góry jak makieta czy zabawka

W oddali Lučni bouda t- największe czeskie schronisko w Karkonoszach.

Ze Śląskiego Domu do Samotni

Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej – czerwonym szlakiem –  idziemy teraz na zachód. Po tym, jak czarny szlak wraca na Kopę, trasa robi się bardziej kameralna. Wchodzimy na szeroko rozciągnięte wzniesienie Smogorni. To chyba najbardziej rozległy masyw w Karkonoszach. To właśnie w jej zbocza wgryza się kocioł Małego Stawu. Po dotarciu do tego miejsca skręcamy w prawo i zaczynamy schodzić niebieskim szlakiem w kierunku Karpacza.

Grzbietową Drogą Przyjaźni idziemy na zachód.

Zaklęci w śnieżne bryły poddani Królowej Śniegu czekają na wiosnę. W oddali szlak na Kopę.

Spotykamy nawet skrzydlatego konia!

Śnieżka zostaje za nami.

Z uwagi na kaplicę św. Wawrzyńca Śnieżka była kiedyś górą pielgrzymkową.

Ostatnie chwile słońca. Zaraz szczelnie zakryją je chmury.

Czerwony grzbietowy szlak tuż przed Spaloną Strażnicą

Coraz wyraźniej rysuje się przed nami kocioł Małego Stawu.

A przed nami odsłania się Kotlina Jeleniogórska.

Zaraz kocioł Małego Stawu odsłoni się nam w pełnej okazałości.

Po prawej stronie widzimy szlak na Kopę, którym wędrowaliśmy dziś rano.

Nasza trasa obchodzi kocioł od wschodu i południa, po czym doprowadza do pięknej Strzechy Akademickiej. Dzisiaj zaglądamy tu tylko na moment, bo dłuższy postój planujemy w Samotni. Chyba śmiało można powiedzieć, że to najpiękniej położone schronisko w Karkonoszach. W zimowej i już niestety pochmurnej scenerii czujemy się co prawda, jakbyśmy oglądali czarno-biały film, ale mimo to jest tu po prostu pięknie i imponująco zarazem. Zimą ze ścian kotła Małego Stawu często schodzą lawiny, ale samo schronisko jest bezpiecznie położone. Zadziwia nas informacja, że w jednym ze żlebów na południowej ścianie kotła w marcu są rozgrywane zawody narciarskie o puchar Samotni.

Schronisko Strzecha Akademicka rozsiadło się na hali Złotówka.

To największe schronisko turystyczne w polskich Sudetach,

Obszerne wnętrza czekają na turystów.

Sama Samotnia, podobnie jak wiele karkonoskich schronisk, ma bardzo długą historię. Już w XVII w. stała tutaj pasterska buda. Obecny budynek był wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany, sala jadalna ma ponad 100 lat, a dzwon z wieżyczki już w XIX w. ogłaszał alarm z powodu wypadku w górach. Warto dodać, że schronisko nosi imię Waldemara Siemaszki – wieloletniego zasłużonego gospodarza Samotni.

Schronisko Samotnia jest urokliwie położone w kotle Małego Stawu.

To drugi co do wielkości kocioł polodowcowy w Karkonoszach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ściany kotła mają ok. 200 m wysokości. Na dnie leży Mały Staw – teraz zupełnie schowany pod śniegiem.

W Samotni na pewno nie jest samotnie!

Zejście z Samotni do Karpacza (pod wyciąg na Kopę)

Schodzimy do naszego dzisiejszego punktu wyjścia. Odcinek szlaku poniżej Samotni jest zimą zamknięty, bo prowadzi pod urwistymi i lawiniastymi ścianami kotła Małego Stawu. Myśleliśmy, że będziemy z tego powodu musieli wracać pod górę w stronę Strzechy Akademickiej, żeby zejść do Karpacza. Okazało się jednak, że zimową alternatywę stanowi droga dojazdowa do schroniska, prowadząca nieco bardziej na wschód niż sam niebieski szlak.

Niebieskim szlakiem wracamy do Karpacza.

Zejście jest bardzo wygodne. Po osiągnięciu polany Bronka Czecha skręcamy w prawo w zielony szlak i sprawnie schodzimy do punktu wyjścia. W międzyczasie zamówiliśmy powrotny transport tym samym Taxobusem ze Szklarskiej. Koszt jest spory, ale co mamy zrobić, jak poza letnim sezonem nie ma innego bezpośredniego połączenia między Karpaczem a Szklarską Porębą…? Gdybyśmy wiedzieli, że wyciąg na Kopę rano nie będzie pracował i ostatecznie zrobimy ten piękny szlak z Karpacza, to przyjechalibyśmy własnym samochodem, ale nie ma co więcej gdybać – dzień był wspaniały i to jest najważniejsze!

Wokół Śnieżki i Ostrzycy, 2016.05

Po niezwykle udanej zeszłorocznej eskapadzie ze znajomymi w Beskid Śląski w tym roku wszyscy jesteśmy zgodni: znowu jedziemy razem w góry. Tym razem podnosimy poprzeczkę i wysokość n.p.m.:) – wybór pada na Karkonosze. Pięć zaprzyjaźnionych rodzin z gromadą dzieciaków w wieku od kilkunastu miesięcy do 10 lat. Karkonoskie szlaki są nasze! Wieczorne śpiewy niech usłyszą całe Sudety zachodnie! Pozdrawiamy wszystkich towarzyszy naszej wyprawy, a szczególnie mocno Karolinkę z małą Amelką, która rozchorowała się i została w domu – machaliśmy dziewczynom z każdego szczytu!

 

26 maja, czwartek

Pochmurno, 18 stopni

Warszawa – Maciejowiec

Chcieliśmy wyruszyć wczoraj, ale M. musiała zostać dłużej w pracy i w końcu zastał nas wieczór. Przenosimy wyjazd na czwartek rano. Wypada nam przez to wycieczka do kopalni uranu w Kowarach i na zamek Chojnik. Chlip chlip, co zrobić, zaczniemy wspólny program od piątku.

Zabijamy w sobie śpiocha, wstajemy o 4:30 i o 6:20 już pędzimy A2 na Łódź. Jedzie się sprawnie, choć natężenie ruchu spore. Grześ spisuje się bardzo dobrze – udało się nam rozszerzyć repertuar akceptowanej przez niego muzyki o Koniec Świata i Zabili mi żółwia, tu chrupka, tu paluszek zmieniamy płyty i kilometry jakoś lecą. Na śniadanie pod znakiem literki M stajemy w Łodzi. Potem druga długa porcja jazdy – na nowej ekspresówce w ogóle nie ma lokali gastronomicznych. Udaje nam się coś wypatrzeć dopiero po ponad dwóch godzinach, niedaleko przez zjazdem na Złotoryję. Lokal jest zatłoczony, drogi i w ogóle nie do powtarzania, ale co zrobić, skoro przy nowej drodze nie było żadnej alternatywy. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów miało pójść gładko, a dłużyło się i dłużyło. Co chwila spotykaliśmy procesje – to przecież Boże Ciało – tam gdzie mogliśmy, szukaliśmy alternatywnych dróg, gdzie nie, trzeba było czekać. Na szczęście wreszcie wszystkie przeszkody zostają za nami i bez problemów docieramy do celu.

Nasz czas: 6:20-14:15, ok. 490 km

Nasza meta to agroturystyka Sokolik w Maciejowcu. Maciejowiec jest  położony na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, tuż obok malowniczego zielonego szlaku, prowadzącego przez Dziki Wąwóz do zapory w Pilchowicach. Zadbany teren z dużym placem zabaw, czysto, komfortowo wyposażone pokoje i apartamenty rodzinne, przemili gospodarze – świetne miejsce do wypoczynku z dziećmi.

Maciejowiec. Jesteśmy na miejscu.

Maciejowiec. Jesteśmy na miejscu.

Dzień kończymy wspólnym ogniskiem, a potem spać – musimy zebrać siły na jutrzejszą górską wyprawę!

 

27 maja, piątek

Przez cały dzień pogoda niepewna, chmury się kłębią, ale w końcu nie pada, na dole 18 stopni

Karpacz-Kopa-Śnieżka-Dom Śląski- Strzecha Akademicka-Samotnia-Karpacz

Dzisiejszy dzień to chyba jeden z naszych największych wyczynów turystycznych. Zapomnijcie o Alpach, ferratach, orlich perciach – wyprawa na Śnieżkę z niespełna dwulatkiem (i dwójką starszego rodzeństwa) to jest dopiero coś! W dodatku Grzesiek sprawy nie ułatwia – jeśli tylko nie pozwala mu się na robienie tego, na co ma akurat ochotę, albo nie wychodzi mu jakiś autorski plan działania, wpada w dziką wściekłość (dziś w Domu Śląskim jakiś pan przebąkiwał coś o pomocy społecznej…). Oczywiście nie znaczy to, że nie zdarzają się chwile sielankowe – zdarzają się, i to dość często. Dzieci zadowolone, wokół piękne okoliczności przyrody, my robimy to, co lubimy najbardziej. Generalnie jednak w naszym składzie na razie lekko nie jest.

Z pewną nieśmiałością rozpoczynamy więc dzisiejszy dzień – czy my naprawdę chcemy tę przygodę w pocie czoła? To ciągłe bieganie za Grześkiem, poganianie Sebusia, dźwiganie na plecach ekwipunku, martwienie się, czy maluchy nie przemarzną, czy pogoda wytrzyma. Chcemy? No dobra, chcemy. No to ruszamy!

Rano wszyscy jesteśmy punktualni i o 8:40 ruszamy zwartą kolumną pięciu samochodów w stronę Karpacza. Tam czeka nas obowiązkowe odstanie godziny w kolejce do wyciągu – cóż, uroki długiego weekendu i popularnego miejsca. W większym gronie czas jednak mija szybko i wesoło. Ani się oglądamy i już po chwili siedzimy na chybotliwych jednoosobowych krzesełkach rodem ze skansenu kolei linowych. Ale w sumie w tym tkwi ich urok. Tymo jedzie sam, Sebuś na kolanach M., R. w parze z Grzesiem. Mimo naszych obaw wjazd z Grzesiem traumatyczny nie jest, oczywiście naszego najmłodszego turystę trzeba trochę zabawiać, co by się obywatel za szybko nie znudził, pilnować spadających czapek i mocno trzymać. Plecak i nosidło udaje nam się puścić osobnym krzesełkiem (na bilet bagażowy), co znacząco ułatwia sprawę.

Zbyszkiem na Kopę.

Zbyszkiem na Kopę.

Przed nami majaczy nasz cel i ... nasz plecak!

Przed nami majaczy nasz cel i … nasz plecak!

Na Kopie (1377 m n.p.m.) jesteśmy ok. 10:30. Nie odpoczywamy, tylko ruszamy od razu na Przełęcz pod Śnieżką – prognozy zapowiadają popołudniowe pogorszenie pogody. Grześ po poranku pełnym atrakcji od razu zasypia w nosidle. Uff, jeden z głowy. R. szybkim krokiem zmierza więc w stronę Śnieżki – nie wiadomo, ile ta sielanka potrwa.

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!.

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!.

Tyły zabezpiecza M. z Sebusiem. Sebuś jest dziś bardzo dzielnym turystą, ale podczas wejścia miewa chwile słabości – a to siły nie ma, a to buty się rozwiązują. M. z ciężkim plecakiem anielsko usiłuje zachować spokój ducha. Stara się  zwracać uwagę na tak charakterystyczne dla śnieżki gołoborza i coraz rozleglejsze widoki – Śnieżka jest najwybitniejszym szczytem Polski i zdecydowanie góruje nad okolicą. Marsz uprzykrzają tłumy ludzi na szlaku – na podejściu szlakiem ‘na wprost’ trudno się wyminąć czy na chwilę zatrzymać. Na szczęście odległość nie jest duża i ok. 12:00 jesteśmy już na szczycie.

Królowa Karkonoszy na największą wybitność spośród polskich szczytów.

Królowa Karkonoszy na największą wybitność spośród polskich szczytów.

Grześ zasnął niemal od razu.

Grześ zasnął niemal od razu.

Cel wydaje się tak blisko...

Cel wydaje się tak blisko…

Imponujący czeski Kocioł Upy.

Imponujący czeski Kocioł Upy.

Rówień pod Śnieżką jak na dłoni.

Rówień pod Śnieżką jak na dłoni.

Na Śnieżkę wspinamy się jak mrówki w mrowisku.

Na Śnieżkę wspinamy się jak mrówki w mrowisku.

Hura, dotarliśmy na Śnieżkę (1602 m n.p.m.).

Hura, dotarliśmy na Śnieżkę (1602 m n.p.m.).

Widoczność ze Śnieżki nie jest dziś najlepsza.

Widoczność ze Śnieżki nie jest dziś najlepsza.

Tu czeka nas niespodzianka (choć właściwie spodzianka – czytaliśmy o tym przed wyjazdem) – restauracja i cały dolny spodek obserwatorium są z przyczyn technicznych nieczynne, w związku z tym nie ma toalety, nie ma gdzie wejść i się ogrzać, o jedzeniu nie wspominając. Czeska poczta zapchana do granic możliwości. W innym składzie nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi, ale wędrując z Grzesiem, którego trzeba nakarmić i przewinąć, to spore utrudnienie. W dodatku Sebuś zgłasza pilną potrzebę odwiedzenia schroniska, więc z M. robią szybki odwrót na dół. Na szczycie zostaje R. z Grzesiem, Tymem i resztą naszej ekipy. Grześ zjada jogurcik, ale postój do przyjemnych nie należy, bo wieje, a kamienie utrudniają małym nóżkom samodzielne chodzenie. Ale co tam – zdobycie Królowej Karkonoszy wymaga ofiar! Wszyscy chłopcy pobijają przy tym swój rekord wysokości (1602 m n.p.m.).

M. z Sebciem czeka na wszystkich 200 m n.p.m. niżej, w Śląskim Domu. Ale tu dzisiaj tłoczno i drogo! Czekamy w kolejce i do toalety, i do zamówienia posiłku. Z trudem zajmujemy jakiś wolny stolik. Dom Śląski prezentował się zupełnie inaczej mroźną zimą 2012 r., kiedy wchodziliśmy na Śnieżkę z małym Tymkiem – wtedy było tu pusto i przytulnie.

W schronisku zjadamy obiad. Łatwo nie jest, bo Grzesia frustrują suwaczki w torbie, którą nie chcą się otwierać tak jak on chce, w związku z czym urządza spektakularne wycie. Po tym odpoczynku jesteśmy chyba jeszcze bardziej zmęczeni niż przed:) W takim kontekście decyzja o kontunuowaniu marszruty przez Samotnię zamiast zjechania w dół Zbyszkiem wydaje nam się heroiczna. Na koniec dnia jednak bardzo cieszymy się z podjętej decyzji! Grześ jest potem dużo bardziej łaskawy, a przede wszystkim po zejściu z grzbietowej autostrady szlaki od razu robią się rzadziej uczęszczane, a bardziej malownicze.

Graniowa Droga Przyjaźni jak autostrada.

Graniowa Droga Przyjaźni jak autostrada.

Przechodzimy obok znanej nam z zimowych zjazdów narciarskich Strzechy Akademickiej. Z zaciekawieniem wyczytujemy, że to jedno z najstarszych schronisk w Karkonoszach – poprzedniczka Strzechy dawała schronienie wędrowcom już w XVII w. Teraz to obiekt o imponujących rozmiarach, przystosowany do masowego ruchu. Na postój udajemy się jednak 10 minut dalej, do niezwykle klimatycznego schroniska Samotnia. Samotnia jest położona w kotle polodowcowym nad brzegiem Małego Stawu. Jesteśmy tu po raz pierwszy i urok tego miejsca po prostu nas urzeka. Postój w ogóle jest niezwykle miły Spotykamy się z resztą ekipy, co bardzo cieszy starszych chłopców, Grześ biega wesoło, wlewając wodę to do plecaka, to do nosidła, mimo biegania za nim mamy w sumie chwilę oddechu. Samo ponadstuletnie schronisko też jest niezwykle miłe. Charakterystyczna wieżyczka, przytulny drewniany wystrój – ma się ochotę tu wracać.

Kocioł Małego Stawu - najpierw widzimy go z góry.

Kocioł Małego Stawu – najpierw widzimy go z góry.

Strzecha Akademicka przed nami!

Strzecha Akademicka przed nami!

Schronisko Samotnia jest przepięknie położona nad Małym Stawem.

Schronisko Samotnia jest przepięknie położona nad Małym Stawem.

Charakterystyczna wieżyczka Samotni z XIX-wiecznym dzwonem odlanym w Jeleniej Górze.

Charakterystyczna wieżyczka Samotni z XIX-wiecznym dzwonem odlanym w Jeleniej Górze.

Kocioł Małego Stawu oglądany z poziomu stawu.

Kocioł Małego Stawu oglądany z poziomu stawu.

Opuszczamy Samotnię i dalej w drogę.

Opuszczamy Samotnię i dalej w drogę.

Ostatni odcinek wiedzie do Karpacza najpierw niebieskim, potem zielonym szlakiem malowniczą Doliną Pląsawy. Im niżej, tym szlaki mniej uczęszczane i węższe, bardziej naturalne – zupełnie na odwrót niż w innych górach. Grześ po raz drugi zasypia. Starsi chłopcy trochę już skarżą się na zmęczenie nóg – ale mają dziś prawo – mamy w nogach prawie 900 m różnicy wysokości. Mimo to droga mija w sumie miło i sprawnie. O 18:00 meldujemy się na dole.

Sebuś przełamał kamień!

Sebuś przełamał kamień!

Machamy Śnieżce na pożegnanie.

Machamy Śnieżce na pożegnanie.

Schodzimy Doliną Pląsawy.

Schodzimy Doliną Pląsawy.

Punkt widokowy na Dolinę Pląsawy.

Punkt widokowy na Dolinę Pląsawy.

Dobrze, że zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę – Grześ dał radę, my z  nim daliśmy radę, frajda dla starszaków pierwsza klasa i głowa pełna wrażeń. Przy parkingu kupujemy chłopakom pamiątki – drewniany miecz dla S. i łuk dla Tyma – to chyba cieszy ich dziś najbardziej.

Wieczorem rezygnujemy z naszego zwyczajowego ogniska – w Maciejowcu grzmi i leje jak z cebra. Chłopcy idą więc spać wcześniej niż wczoraj – ale może to i dobrze, odpoczynek po wczorajszej trasie wszystkim się należy!

Nasz czas: 10:30 (na Kopie) – 18:00 (w Karpaczu), ok. 11 km  i 900 m przewyższenia.

 

28 maja, sobota

Cały dzień na zmianę burze z ulewami i okresy ładnej pogody, do 18 stopni

Zamiast Szrenicy – Wodospad Szklarki i Chybotek

Planowaliśmy na dzisiaj wjazd na Szrenicę i zejście z zahaczeniem o wodospad Kamieńczyka. Niestety nie dość, że poranek zepsuł nam Grześ pobudką o 5:15, to jeszcze przed 8:00 zaczęło lać… Pomimo to zaryzykowaliśmy i wyjechaliśmy o 9:40 do Szklarskiej Poręby licząc, że tam jest inna pogoda. O dziwo nie pomyliliśmy się – po kilku kilometrach zaczęło się przejaśniać, a nad Karkonoszami po nocnych burzach zaświeciło słońce.

Prognozy są jednak niepomyślne, więc obawiając się opadów i burz w kolejnych godzinach, nie ryzykujemy wjazdu kolejką na Szrenicę. W zamian planujemy szereg drobniejszych atrakcji.

Najpierw zatrzymujemy się w pobliżu Wodospadu Szklarki. Najbliższe parkingi są zajęte, ale kilkaset metrów niżej w zatoczce drogi udaje nam się znaleźć miejsce dla wszystkich naszych samochodów. Może to i lepiej, bo dojście prowadzącym wzdłuż Kamiennej szlakiem (po drugiej stronie rzeki niż szosa, za zielonymi i niebieskimi znakami) jest bardzo przyjemne. Spienione wody Kamiennej przypominają nam tatrzańskie potoki.

Szlak prowadzi nad samym brzegiem bystrego nurtu Szklarki.

Szlak prowadzi nad samym brzegiem bystrego nurtu Szklarki.

Dochodzimy do skrzyżowania z czarnym szlakiem, gdzie można kupić bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego (doceniamy nasze Karty Dużej Rodziny, które zwalniają nas z opłat:)). Najpierw kierujemy się w lewo. W kilka minut podchodzimy 400 m do wodospadu Szklarki – drugiego co do wysokiści karkonoskiego wodospadu. Ponad trzynastometrowa kaskada podoba się wszystkim, potok huczy, strumień wody malowniczo zwęża się u dołu. Uroków wodospadu nie docenia oczywiście Grześ, który za to chętnie wpatruje się w wody potoku Szklarka spływające poniżej wodospadu, wzdłuż szlaku prosto do Kamiennej. M. zagląda jeszcze do pięknego wnętrza schroniska PTTK Kochanówka. Przy wodospadzie tłum, w środku żywej duszy. Ten zabytkowy budynek z klimatycznie urządzonym wnętrzem zbudowano tutaj jako gospodę dla turystów odwiedzających wodospad w 1868 r.

Idziemy grzecznie jedną grupą.

Idziemy grzecznie jedną grupą.

Jesteśmy u celu! Wodospad Szklarki w pełnej okazałości.

Jesteśmy u celu! Wodospad Szklarki w pełnej okazałości.

Grześ też dał się tu przynieść.

Grześ też dał się tu przynieść.

Schronisko PTTK Kochanówka.

Schronisko PTTK Kochanówka.

...ma wyjątkowo klimatyczne wnętrze.

…ma wyjątkowo klimatyczne wnętrze.

Po odwiedzeniu Szklarki pora na atrakcję nr 2. Wracamy czarnym szlakiem do kasy i parkingów, przechodzimy przez drogę i wchodzimy na przeciwległe zbocze. Początkowo trzymamy się znaków czarnego szlaku, a potem skręcamy w lewo  w wyraźną drogę ze znakami szlaku rowerowego. Po chwili z lewej strony dołączają się znaki niebieskiego szlaku, które prowadzą nas w prawo w kierunku drugiej dzisiejszej atrakcji – granitowej grupy skalnej o nazwie Chybotek. Skąd nazwa? Ano stąd, że najwyżej położoną skałę można całkiem nieźle rozkołysać. Dzieciaki, słysząc słowa legendy o zakopanych pod głazem skarbach rozbójników, z zapałem zabierają się do chybotania Chybotkiem. Czegóż to przyroda nie wymyśli! Dzisiaj dodatkową atrakcją był „wodospad Chybotek” – w zagłębieniach skalnych (a może to odciski pośladków Kunegundy z zamku Chojnik?) po rannych opadach zgromadziła się woda, którą nasza czeredka z upodobaniem wychlapywała na dół.

Do Chybotka wiedzie piękny leśny szlak.

Do Chybotka wiedzie piękny leśny szlak.

Chybotek w całej okazałości.

Chybotek w całej okazałości.

Nowy wodospad.

Nowy wodospad.

A to źródło wodospadu... Odcisk pośladków Kunegundy.

A to źródło wodospadu… Odcisk pośladków Kunegundy.

Teraz już szybko schodzimy tą samą drogą do okolicy parkingów i kierujemy się do samochodów (ponownie szlakiem wzdłuż Kamiennej).

Wracamy do samochodów szlakiem wzdłuż Kamiennej.

Wracamy do samochodów szlakiem wzdłuż Kamiennej.

Od śniadania minęło trochę czasu, pora na obiad! Z pewnymi trudnościami parkujemy w okolicy centrum Szklarskiej Poręby i znajdujemy upatrzoną wcześniej (dzięki, Sławku!) Karczmę Karkonoską. To dobry wybór dla rodzin z dziećmi – wnętrza są przestronne, do tego miłe tarasy ze stolikami nad rzeką. Składamy zamówienia, starsze dzieci rozmawiają przy osobnym stoliku, Grześ zamyka i otwiera drzwi na tarasy – sielanka…

Planujemy właśnie na popołudnie atrakcję nr 3, czyli podejście do Wodospadu Kamieńczyka, gdy nagle zaczyna padać. Najpierw kropi, potem robi się burza z prawdziwą ulewą i gradem. Zjadamy obiad, zadowoleni, że przeczekamy nawałnicę pod dachem. Po chwili jednak emocje narastają, bo za oknami mamy dynamiczny burzowy spektakl. Ulicą płynie prawdziwa rzeka, sięgająca do połowy kół samochodów. Woda z ulicy wlewa się przez krawężniki prosto do rzeki, tworząc prawdziwy wodospad, któremu ze względu na kolor wody dzieci szybko nadają wdzięczną nazwę „Brudasek”. Robi się groźnie, gdy woda z jednego z tarasów, nie znajdując ujścia, zaczyna napływać przez drzwi do naszej sali. Dzieci rozemocjonowane przeżywają „powódź”. Ulewa cały czas się nasila, na szczęście gospodarzom restauracji wreszcie udaje się poprawić odpływ z tarasu, a nadmiar wody z ulicy na mostku odpompowują do rzeki strażacy. Cała akcja po prostu zachwyca młodszych chłopców, którzy wszystko z zapartym tchem podziwiają z okiem restauracji. Przedłużająca się ulewa zmusza nas do zamówienia jeszcze kawy i deseru (pyszna szczególnie szarlotka na ciepło, ale deser lodowy też do polecenia). Patrząc naszymi oczami, wycieczka nie wypaliła – mieliśmy w końcu wjechać na Szrenicę – jednak dzieci są w pełni usatysfakcjonowane atrakcjami dzisiejszego dnia. Tymo, zapytany na koniec wyjazdu, który dzień mu się najbardziej podobał, powiedział, że właśnie ten z ulewą. Bo cały czas byliśmy razem i mogliśmy oglądać niepowtarzalny wodospad Brudasek:)

Atrakcje okołoobiednie - za oknem ulewa i Wodospad Brudasek.

Atrakcje okołoobiednie – za oknem ulewa i Wodospad Brudasek.

W końcu deszcz przestaje padać. Wszyscy wracają do samochodów, a my niestety dajemy się jeszcze naciągnąć naszym dzieciom na stoisko z pamiątkami, przez co łapie nas kolejna ulewa. W deszczu dobiegamy do samochodu i wracamy prosto na naszą metę w Maciejowcu.

Po południu i wieczorem dajemy dzieciakom wybawić się do woli na terenie. W tym roku hitem są drewniane miecze i łuki kupione na tutejszych stoiskach z pamiątkami. Potem robimy ognisko, śpiewamy z gitarą itp. Jest przemiło. To chyba największy urok wspólnych wyjazdów.

A wieczorem... Płonie ognisko i szumią knieje!.

A wieczorem… Płonie ognisko i szumią knieje!.

29 maja, niedziela

Nareszcie pięknie: 24 stopnie i słońce

Jak na złość pogoda dzisiaj od rana cudna – tak by się chciało ruszyć razem w góry. Niestety, wszyscy nasi towarzysze odjeżdżają dziś do domu, tylko my zostajemy jeden dzień dłużej. Rano robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, dziękujemy sobie wspólnie za miły pobyt i każdy rusza w swoją stronę.

My pakujemy dzieciaki do samochodu i ruszamy na wycieczkę. Po wczorajszej burzy mózgów decydujemy się dziś pomyszkować trochę po okolicy. Na pierwszy ogień idzie Ostrzyca Proboszczowicka – najwyższe wzniesienie Pogórza Kaczawskiego ( 501 m n.p.m.). Zęby na nią ostrzyliśmy sobie już od dawna. Kto myśli że w Polsce nie ma wulkanów, jest w błędzie – powinien pojechać na Pogórze Kaczawskie – Krainę Wygasłych Wulkanów. Oczywiście te nasze już nie dymią, ale prezentują się bardzo okazale. Ostrzyca jest uznawana za najpiękniejszy polski wulkan, a przy tym za jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Sudetach Zachodnich – ze szczytu pięknie prezentują się Karkonosze, Góry Kaczawskie i Izerskie. W dodatku mamy tu jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza i rezerwat przyrody w okolicy szczytu – smakowity kątek dla miłośnika przyrody i pięknych plenerów. Dojście jest dość krótkie, lecz spektakularne, a cała wycieczka – niezwykle atrakcyjna dla rodzin z dziećmi. Dookoła piękna przyroda, inni turyści pojawiają się tylko od czasu do czasu – nasz przedpołudniowy spacer to prawdziwy odpoczynek.

Ostrzyca Proboszczowicka w rzepakowej oprawie.

Ostrzyca Proboszczowicka w rzepakowej oprawie.

Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie ma wulkanów, Pogórze Kaczawskie zaprasza!

Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie ma wulkanów, Pogórze Kaczawskie zaprasza!

Drogowskazy na Ostrzycę - również stary niemiecki.

Drogowskazy na Ostrzycę – również stary niemiecki.

Podjeżdżamy do Proboszczowic i w pobliżu kościoła skręcamy w nieutwardzoną drogę wiodącą na leśny parking. Jest tu świetnie zorganizowane miejsce wypoczynku – ogromna zadaszona wiata, miejsce na ognisko z grillem, ułożone drewno czeka na strudzonych turystów. Gisiek dosypia w samochodzie, więc przodem idzie M. ze starszakami. Idziemy najpierw ok. 15 minut drogą przez piękny las, potem szlak skręca pod kątem ostrym w lewo i zaczyna się główny punkt programu – strome wejście na szczyt po kilkuset bazaltowych schodkach. Po wczorajszych opadach skały są śliskie i trzeba uważać, ale dzieciakom bardzo się podoba. Podoba im się, że skała, po której idziemy jest prawie czarna – jak z piekła rodem – tak właśnie wygląda bazanit – skała zbliżona do bazaltu. Naszą uwagę przyciągają zwłaszcza spektakularne bazaltowe gołoborza – a to wszystko w oprawie bujnej roślinności. Podejście się nie dłuży i po kolejnych 15 minutach stajemy na szczycie. Postój jest bardzo przyjemny pod każdym względem. Dzieciakom podobają się zwłaszcza imponujące szczytowe wulkaniczne skałki, nam – przepiękna panorama. Grzesiek próbuje (z powodzeniem…) wspinać się gdzie tylko może – zamiłowanie do gór ma chyba we krwi. W tak pięknym miejscu drugie śniadanie smakuje wyjątkowo dobrze. Nawet Grzesia udaje się w miarę bezproblemowo nakarmić. Ostrzycę jednogłośnie zaliczamy do naszych ulubionych miejsc. Dobrze, że nie dotarła tu jeszcze masowa turystyka.

W krainie zieleni.

W krainie zieleni.

Wkraczamy na teren rezerwatu - atrakcje dopiero się zaczną.

Wkraczamy na teren rezerwatu – atrakcje dopiero się zaczną.

Kilkaset bazaltowych schodków wprowadza na szczyt.

Kilkaset bazaltowych schodków wprowadza na szczyt.

Bazaltowe gołoborza do zdjęcia!

Bazaltowe gołoborza do zdjęcia!

Bazanitowe świadectwo dawnych czasów.

Bazanitowe świadectwo dawnych czasów.

Hura, dotarliśmy na szczyt! 501 m n.p.m.

Hura, dotarliśmy na szczyt! 501 m n.p.m.

Ostrzyca to jeden z najlepszych punktów widokowych w Sudetach Zachodnich.

Ostrzyca to jeden z najlepszych punktów widokowych w Sudetach Zachodnich.

Ale tu suuuuuper!

Ale tu suuuuuper!

Najmłodszy władca wulkanów.

Najmłodszy władca wulkanów.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Wracamy. Ta lipa nas urzekła.

Wracamy. Ta lipa nas urzekła.

W pierwotnych planach myśleliśmy jeszcze od odwiedzeniu najstarszego drzewa w Polsce – ok 1300-letniego cisu w Henrykowie Lubańskim, a także zamków Czocha i Kliczków, ale ze względu na długi dojazd tym razem odpuszczamy. W zamian kierujemy się do Wlenia. To kolejne (podobnie jak pobliski Siedlęcin z genialną ‘freskową’ wieżą rycerską) miejsce warte polecenia wszystkim lubiącym zboczenie z utartych szlaków. We Wleniu zachowało się dużo dawnej zabudowy i miasteczko ma swój własny prowincjonalny urok. Zatrzymujemy się na chwilę na rynku. Oglądamy skromny, ale urokliwy ratusz z wieżyczką (obecna postać z pocz. XIX w). Napis nad wejściem łaciński napis głosi Po deszczu słońce z popiołów odradza się feniks. Fajny klimat. Przed ratuszem fotogeniczny stuletni fontanno-pomnik Gołębiarki.

Ratusz we Wleniu. Przed nami pomnik gołębiarki.

Ratusz we Wleniu. Przed nami pomnik gołębiarki.

Wleń. Jak my lubimy takie klimaty...

Wleń. Jak my lubimy takie klimaty…

Gdzie by tu dalej...

Gdzie by tu dalej…

Nie zwiedzamy już barokowego wleńskiego pałacu książęcego, tylko kierujemy się prosto do rezerwatu Góra Zamkowa z ruinami  średniowiecznego zamku. Do naszych czasów zachowała się XII-wieczna sześciokątna wieża, reszta jest w ruinie. Cały kompleks zwiedza się na własną rękę, czyli tak jak lubimy najbardziej. Chłopcom najbardziej podoba się wejście na wieżę – a raczej to, że w wieży jest zupełnie ciemno. Jeśli ktoś się nie boi i dobrze trzyma się poręczy, po pokonaniu spiralnych schodów staje na szczycie wieży, który jest jednocześnie dobrym punktem widokowym na malowniczą Dolinę Bobru – brawo, chłopaki, to atrakcja dla śmiałków! Grzesiowi we Wleniu też bardzo się podoba. Biega sam po ścieżkach rezerwatu, mało nóżek nie pogubi. Wracając, M. zagląda jeszcze do barokowego pałacu Lenno – obiekt wraz z otoczeniem ma ogromny potencjał i aż prosi się o remont. W środku mieści się klimatyczna kawiarnia.

Idziemy do zamku ścieżką na tyłach Pałacu Lenno.

Idziemy do zamku ścieżką na tyłach Pałacu Lenno.

Zamek książęcy we Wleniu. Do naszych czasów zachowała się XIII-wieczna wieża.

Zamek książęcy we Wleniu. Do naszych czasów zachowała się XIII-wieczna wieża.

Ruiny zamku książęcego we Wleniu.

Ruiny zamku książęcego we Wleniu.

Dzielny Grześ wszedł na wieżę!

Dzielny Grześ wszedł na wieżę!

Na wieży wleńskiego zamku.

Na wieży wleńskiego zamku.

Ze średniowiecznego zamku książęcego zostały tylko ruiny.

Ze średniowiecznego zamku książęcego zostały tylko ruiny.

Z wieży roztacza się piękny widok na dolinę Bobru.

Z wieży roztacza się piękny widok na dolinę Bobru.

Chłopcy sprawdzają, jaki był widok przez okna.

Chłopcy sprawdzają, jaki był widok przez okna.

Barokowy pałac Lenno.

Barokowy pałac Lenno.

Brama wejściowa do pałacu Lenno nosi tylko ślad dawnej świetności.

Brama wejściowa do pałacu Lenno nosi tylko ślad dawnej świetności.

Ostatni punkt programu to oczywiście obiad. Dziś obiad pożegnalny, więc jemy w miejscu nie byłe jakim –  podjeżdżamy do Siedlęcina, a dalej do Perły Zachodu. Budynek jest niezwykle malowniczo położony na urwistej skale nad zaporowym Jeziorem Modrym, powstałym ze spiętrzenia wód Bobru. Kiedyś było to schronisko PTTK, dziś „Perła” nadal należy do PTTK, ale w standardzie zdecydowanie przesunęła się o oczko wyżej. Obiekt doskonale wykorzystał fundusze na modernizację (taki sam lifting przydałby się schodkom prowadzącym do kładki i samej kładce nad jeziorem) i teraz pobyt tutaj to sama przyjemność. Oryginalnie i stylowo. A jedzenie – mniam – porcje ogromne i takie pyszne. Te polędwiczki… Mmmm… Tylko obsługa mogłaby być milsza, ale dziś ruch był spory, więc usprawieliwiamy. Po obiedzie wszyscy wspinamy się na widokową wieżyczkę, a potem oczywiście idziemy na obowiązkowy spacer przez kładkę przewieszoną nad jeziorem. Gisiek zasypia w nosidle, więc nie spieszymy się z powrotem. Oglądamy imponujące formacje skalne, spacerujemy ścieżką najpierw wzdłuż północnego brzegu jeziora (rety, co za idioci wrzucają tu tyle śmieci!), potem po drugiej stronie – zrobiono tu ścieżkę rowerowo spacerową, prowadzącą aż do Jeleniej Góry.

Przed nami wyłania się Perła Zachodu.

Przed nami wyłania się Perła Zachodu.

Perła Zachodu.

Perła Zachodu.

Budynek jest przepięknie położony nad Jeziorem Modrym.

Budynek jest przepięknie położony nad Jeziorem Modrym.

Perła w środku. Czekamy na obiad.

Perła w środku. Czekamy na obiad.

Uszereguj łobuzy od największego do najmniejszego.

Uszereguj łobuzy od największego do najmniejszego.

Kładka nad Jeziorem Modrym.

Kładka nad Jeziorem Modrym.

Idziemy na drugą stronę.

Idziemy na drugą stronę.

Nad Jeziorem Modrym - do zdjęcia!.

Nad Jeziorem Modrym – do zdjęcia!.

Po drugiej stronie czekają na nas malownicze grupy skał.

Po drugiej stronie czekają na nas malownicze grupy skał.

I ścieżka wzdłuż jeziora.

I ścieżka wzdłuż jeziora.

Ostatnie spojrzenie na Perłę Zachodu.

Ostatnie spojrzenie na Perłę Zachodu.

A na deserek - spacer ścieżką spacerowo-rowerową w stronę Jeleniej Góry.

A na deserek – spacer ścieżką spacerowo-rowerową w stronę Jeleniej Góry.

Czas biegnie nieubłaganie, a wieczorem czeka nas perspektywa pakowania – pozostaje więc nam już tyko wrócić do samochodu. A wieczorem – ach, pomińmy to milczeniem, lepiej planować kolejne wyprawy!

***

Choć pogoda była w kratkę i plany górskie wypaliły połowicznie, wyjazd był bardzo przyjemny. Towarzystwo doborowe, wycieczki bardzo różnorodne. Niesamowicie interesujące turystycznie te nasze Sudety. Górsko, turystycznie, geologicznie. Ciekawe zabytki, piękne góry, niespotykane na innych terenach poniemieckie budownictwo – do takiego wniosku dochodziliśmy zawsze, odwiedzając kilkanaście sudeckich pasm górskich przy okazji kompletowania szczytów KGP. W Karkonosze wrócimy na pewno jeszcze nie raz – na razie dopiero je liznęliśmy – ale równie chętnie odwiedzimy inne sudeckie pasma i podgórskie miejscowości. Dorotko i Sławku, dziękujemy za zaplanowanie tras i „ducha organizacyjnego” imprezy, a wszystkim naszym kompanom –  za wspaniałe towarzystwo!