Alpy Sztubajskie, Tyrol, Austria, 2017.07

Alpy Sztubajskie, 2017.07

To nasz pierwszy wyjazd w Alpy Austriackie. Niby byliśmy już w Alpach Bawarskich i Julijskich, odwiedziliśmy też Dolomity, ale wyprawa w sam środek Alp Wschodnich to trochę co innego. Alpy Sztubajskie zadziwiły nas swoją uniwersalnością. Spodziewaliśmy się wielkich dolin i szczytów z lodowcami niedostępnych dla przeciętnego turysty. Zastaliśmy prawdziwe góry dla każdego. Można tu znaleźć trudne ferraty i ambitne podejścia na trzytysięczniki. Jest mnóstwo szlaków dla typowych górołazów (choćby Stubaier Höchenweg od schroniska do schroniska przez kolejne doliny, przełęcze i szczyty). Są trasy odpowiednie dla rodzin z dziećmi i ludzi w każdym wieku i kondycji. Są intensywnie zagospodarowane okolice kilku kolejek gondolowych, gdzie wytyczono nawet ścieżki w pełni dostępne dla dziecięcych wózków (!) i każdy może poczuć się jak w wysokich górach. Ale są też dzikie i niedostępne miejsca, do których docierają nieliczni.

Jako turyści, dla których pierwowzorem gór są Tatry, liczyliśmy na bliższe zapoznanie się z krajobrazem lodowcowym. Nie zawiedliśmy się. Każda podchodząca w okolicę głównej grani alpejskiej dolina oferowała widok z lodowcami w tle. Wiele szlaków wprowadza na granie i szczyty, umożliwiając bezpośrednią konfrontację ze spływającą masą lodu. Nie marzymy o poszukiwaniu drogi przez labirynt szczelin czy wspinaniu się na stromych lodowcowych podejściach, ale możliwość zobaczenia takiego krajobrazu z bliska była dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Trochę brakowało nam jedynie takiego prawdziwego, ciemnosmreczyńskiego lasu. W Sztubajach doliny i ich co łagodniejsze zbocza są bardzo intensywnie wypasane. Drzewa i kosodrzewina porastają praktycznie tylko bardziej niedostępne zbocza. Za to można podziwiać stada krów, owiec i kóz. Nie trzeba też czekać na pojawienie się widoków dopiero po przekroczeniu granicy lasu. Coś za coś.

Stałym elementem krajobrazu są też naprawdę imponujące potoki, biorące często początek w topiących się latem lodowcach. Tworzą one niespotykane w Tatrach rozlewiska na płaskich łąkach i potężne kaskady i wodospady na kolejnych progach dolin. Górskie stawy w letnim słońcu mają kolory morskich lagun… Po prostu trzeba samemu to zobaczyć, a jeżeli nie macie takiej możliwości to zapraszamy do naszej relacji!

Z praktycznego punktu widzenia przydatne jest zakupienie Stubai Card (64 euro za dorosłego i 32 euro za dziecko), dającej możliwość korzystania przez 5 z 7 kolejnych dni z kolejek gondolowych w dolinie oraz kilku dodatkowych atrakcji, w tym parku wodnego StuBay. Z innych przywilejów „karcianych” warto wspomnieć o możliwości nieodpłatnego korzystania ze środków komunikacji publicznej. Niektóre (oczywiście odpowiednio droższe) kwatery i pensjonaty oferują Stubai Card w cenie noclegów.

Planując wyjazd w Alpy, warto odpowiednio wcześniej zostać członkiem Alpenverein. W cenie członkostwa otrzymujemy międzynarodowe turystyczne ubezpieczenie, obejmujące nie tylko turystykę górską, ale też po prostu wyjazdy zagraniczne na cały rok. Dodatkowo w schroniskach możemy korzystać ze zniżek na noclegi i specjalnych, w miarę tanich posiłków, tzw. Bergsteigessen za 8 euro/porcja. Przy członkostwie dwóch dorosłych osób dzieci otrzymują członkostwo z wszelkimi uprawnieniami bez dodatkowych opłat.

Ambitni turyści mogą w Alpach Sztubajskich zdobywać poszczególne szczyty z programu Seven Summits Stubai (Zuckerhütl, Wilder Freiger, Habicht, Rinnenspitze, Serles, Hoher Burgstall, Elfer). Zdobycie każdego z nich potwierdzamy perforacją na specjalnej karcie (dostępnej w punktach informacji turystycznej). Uwaga: wejście na szczyty Zuckerhütl i Wilder Freiger wymaga odpowiedniego sprzętu i doświadczenia w turystyce lodowcowej.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek (zapraszamy!):

Dzień 1. Podróż i ruiny starej walcowni w Nietulisku

Dzień  2. Podróży cd. Salzburg – miasto Mozarta

Dzień 3. Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher, czyli wysokie góry dla każdego

Dzień 4. Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

Dzień 5. Innsbruck – stolica Tyrolu

Dzień 6. Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte – alpejski szlak jak z bajki

Dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Dzień 8. Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

Dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

Dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

Dzień 11. Podróż powrotna i czeskie Brno w deszczu

Alpy Sztubajskie, dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

23 lipca 2017, niedziela

Rano pogoda, potem kłębiące się chmury, po 16:00 burza, do 20 stopni

Ferrata Höllenrachen i Rinnenspitze

Okolice schroniska Franza Senna mają do zaoferowania kilka krótkich ferrat i interesujących wycieczek, w tym na trzytysięczniki. Wybieramy najbardziej spektakularną z ferrat i niezbyt trudny, widokowy szczyt. Rinnenspitze to świetna góra na pierwszy trzytysięcznik dla osób, które dotąd chodziły najwyżej po Tatrach. Trudności nie przekraczają tych z Orlej Perci i ograniczają się do samej kopuły szczytowej. A fakt zdobycia trzytysięcznika bez podjazdu kolejką może być powodem do dumy ;-).

Jesteśmy „troszeczkę” zmęczeni wczorajszym przewyższeniem, ale za oknem pogoda ładna, a w planach na dzisiaj Rinnenspitze… Trzeba zabić w sobie śpiocha i ruszać w długą!

Naszym punktem startowym jest dzisiaj parking w przysiółku Oberiss na końcu doliny Oberbergtal. To ponad 10 kilometrów i ok. 800 m przewyższenia od Milders, z którego startuje ta droga. Już sam przejazd doliną oferuje przepiękne widoki na alpejskie łąki i przysiółki w otoczeniu wielkich szczytów. Stada krów dodają jeszcze krajobrazowi uroku.

Wjeżdżamy w wąską drogę odgałęziającą się w miejscowości Milders za Naustift.

Droga wprowadza w głąb doliny Oberbergtal, jednego z odgałęzień Stubaital.

Można wjechać aż do wioski Oberiss na wysokość 1742 m

Parking w ostatnim przysiółku jest płatny (jedyny płatny parking na tym wyjeździe, za jeden dzień 5 euro), ale przy dłuższym pobycie opłata sukcesywnie spada, do 24 euro za 7-14 dniowe parkowanie. Uwaga! Automat przyjmuje TYLKO monety, a drugi automat do rozmieniania pieniędzy był zepsuty. Na szczęście mieliśmy dokładnie 5 euro w bilonie.

Pierwszy etap dzisiejszej wędrówki prowadzi nas do Franz-Senn Hütte. To tylko nieco ponad 400 m przewyższenia. Tradycyjnie podchodzimy zakosami na pierwszy próg doliny. Za nami z dna Oberbergtal unoszą się malownicze chmury po nocnej burzy. Dalszy odcinek jest bardziej płaski. Mijamy niewielki Alpein Alm, uroczo położony na ogładzeniach polodowcowych. Ostatnie kilkadziesiąt metrów do schroniska Franza Senna podchodzimy w pobliżu pięknego, rwącego w wąwozie potoku.

Dalej już jechać nie można. Zostawiamy samochód na płatnym parkingu i ruszamy w górę.

Tuż przy parkingu znajduje się bacówka Oberris – czeka na głodnych górołazów

Przy szlakach dojściowych do schronisk piękne, widokowe ławeczki zachęcają do odpoczynku

Szlak do schroniska Franza Senna wspina się zakosami na próg doliny

Docieramy na halę Alpeiner Alm

Mała, ale uroczo położona bacówka Alpein Alm.

Chmury odgrywają dziś dla nas bogaty spektakl

Dolina w chmurach, u nas świeci słońce

Niżej bacówka Alpeiner Alm , wyżej schronisko Franza Senna czekają na zmęczonych turystów

Potok Alpeiner wyciął w skałąch głęboki wąwóz.

Drewniane płotki odgradzają pastwiska na alpejskich halach

Schronisko Franza Senna powstało w 1885 r. i zostało nazwane na cześć jezuity – propagatora alpejskiej turystyki

Okolica schroniska Franza Senna to ważny węzeł szlaków.

Omijamy schronisko i kierujemy się wprost w głąb doliny. Przechodzimy przez ogromną, płaską jak stół, nieco podmokłą łąkę. To najpewniej obszar dawnego jeziora polodowcowego. Obecnie łąkę przecinają liczne odnogi potoku, który tutaj płynie stosunkowo leniwie, tworząc piękne rozlewiska. W tej okolicy spotykamy kilka rodzin z dziećmi, które są zachwycone obcowaniem z taką „podmokłą” przyrodą. Zresztą w ogóle alpejskie schroniska są bardzo przyjazne dla dzieci, przy każdym jest plac zabaw dla najmłodszych, a dla tych starszych są ogrody wspinaczkowe, tyrolki itp.

Wyższe piętro doliny Oberbergtal wydaje nam się dnem dawnego jeziora cyrkowego

Postój nad potokiem Alpiner w towarzystwie uroczej jałówki

Pastwiska de lux, prawda?

Na płaskim piętrze doliny Oberbergtal potok Alpiner płynie spokojnie i szeroko.

Byki byczą się tu na całego

Ferrata Höllenrachen

Naszym pierwszym celem jest ferrata Höllenrachen. To taka atrakcja dla dorosłych dzieci. Trasa ma kilkadziesiąt metrów, ale prowadzi po skałach i głazach w wąwozie, którym płynie rwący lodowcowy potok. Woda szumi głośno, w powietrzu unosi się wilgotna mgła. W dwóch miejscach przechodzi się na drugą stronę potoku. Cały czas poruszamy się pod głazami i skałami w miejscach, gdzie potok tworzy kaskady, woda wokół pieni się, kotłuje i chlapie na wszystkie strony!

Nie jest to atrakcja dla osób, które nigdy nie mają żadnego doświadczenia ferratowego. A wypuszczanie się tutaj bez autoasekuracji byłoby już skrajnie nieodpowiedzialne (o czym zresztą jasno informują tablice na obu krańcach trasy). W razie porwania przez potok lodowcowy nie ma szans na ratunek. Skały są nie tylko wyślizgane, ale jeszcze mokre. Do tego dochodzą emocje związane z rwącym i huczącym pod nami nurtem potoku. Mocniejsze bicie serca gwarantowane!

Wychodzimy na światło dzienne i … ufff, potrzebujemy wytchnienia. Urządzamy sobie przeuroczy postój na łące na zboczu doliny nad potokiem. Towarzyszy nam jedna, a potem dwie młode krowy, wyraźnie zaciekawione naszą obecnością. Naprzeciwko na łące byczą się byczki, kwiatuszki pachną – sielanka na całego!

My wchodzimy na kolejny próg – tu bierze swój początek ferrata Höllenrachen.

Schodzimy do tytułowych piekielnych czeluści

Ferrata Höllenrachen prowadzi przez progi skalne i kotły potoku Alpeiner.

Lepiej nie iść tędy po obfitych opadach – droga moża być niebezpieczna.

Ferrata ma trudność C-D, ale trudości psychiczne są momentami większe

Kto pierwszy się odważy? Tak, tak, droga wiedzie w dół!

W najsłynniejszym miejscu – Kotle Czarownic – trzeba przeprawić się na drugą stronę po rozwieszonej linie

Uff, jak miło znów wyjść na światło dzienne

Jedno jest pewne – Höllenrachen to naprawdę spora dawka emocji

Tylko nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół…

Ludzie spotkani przy wejściu na ferratę ostrzegają nas, że byli tam wczoraj i szczególnie na drugim odcinku jest bardzo mokro – wyszli z zupełnie mokrymi ubraniami i butami. My już po przejściu przez pierwszy kocioł byliśmy pochlapani. Do Kotła Czarownic (Hexelkessel), najtrudniejszego (wycenianego na E) miejsca z przejściem na rękach po linie (jest też tyrolka, dobrze jest też mieć własną dodatkową taśmę z karabinkiem dla odciążenia rąk) nie wchodzimy. Poprzestajemy na zajrzeniu pod skały z każdej strony potoku. Przy obecnym wysokim stanie wody (codzienne burze) przejście po linie byłoby niebezpieczne (woda kotłuje się tam zaledwie jakieś półtora metra poniżej poziomu liny, na której trzeba się podwiesić). W najlepszym wypadku mielibyśmy całkiem zmoczone buty i spodnie. Przechodzimy górą po kamieniach i zadowoleni zdejmujemy ferratowy ekwipunek. To była naprawdę fajna przygoda!

Emocje do ostatnich kroków.

Wejście na Rinnenspitze

Dziś od rana zwracamy baczną uwagę na pogodę – przez cały dzień zapowiadane są opady konwekcyjne. Chmury tworzą piękny teatr, to zasłaniając, to odkrywając piękne widoki. Na razie nie widać tendencji do wypiętrzania się chmur, godzina jeszcze młoda (11:30), więc decydujemy się na próbę wejścia na Rinnenspitze (3003 m n.p.m.).

Wracamy do rozstaju szlaków przy schronisku i zaczynamy podejście. Zakosy, potem trawers, przy tym widoki na piękny wąwóz, wyżłobiony przez potok poniżej schroniska, i oczywiście otoczenie doliny. Szlak im wyżej, tym bardziej „tatrzański”, szczególnie odcinki ułożone z granitowych głazów jako żywo przypominają nam podejście z Murowańca na Krzyżne. Robimy postój w pobliżu rozgałęzienia szlaków nad Rinnensee i na przełęcz Rinnenniederl. Gdy ruszamy na szczyt, jest on ukryty w obłokach, które jednak chwilami się przerzedzają. Mamy więc nadzieję nie tylko na wejście, lecz także na jakieś widoki.

Ruszamy na Rinnenspitze. Schronisko Franza Senna zostaje w dole.

… podobnie jak piękny potok Alpeiner

Na rozstaju szlaków wybieramy odgałęzienie na

Odsłaniają się wyższe piętra doliny, zwieńczonej majestatycznym lodowcem.

Potok Alpeiner wypływa wprost z lodowca

Nasza ścieżka wprowadza w surowe skalne otoczenie

Ostatnie przyczółki roślinności

Pod nami pięknie widać staw Rinnensee (2650 m n.p.m.)

Wspinamy się dość wygodnymi, chociaż stromymi zakosami, szybko zdobywając wysokość. Ostatnie 15 minut pokonujemy już w uprzężach i kaskach. Rozpięta jest lina, która może przy dobrych warunkach nie wszędzie jest potrzebna, ale pozwala na komfortowe pokonanie jednego czy dwóch nieco trudniejszych eksponowanych miejsc (wycena trudności: A-B). Trudności nie przekraczają tych znanych tatrzańskiemu turyście z Orlej Perci.

Szczyt Rinnenspitze chowa się w chmurach

Pierwsze spojrzenie na wielki lodowiec Lüsener

Ubezpieczona ścieżka wprowadza na grań

Postrzępiona grań szczytowa Rinnenspitze.

Po skałach (trudności A-B) wchodzimy na szczyt

Ostatnie metry do szczytu

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m.

Na szczycie Rinnenspitze (3003 m n.p.m., nasz drugi trzytysięcznik zdobyty „z gleby”!) spotyka nas niemiła niespodzianka – dookoła widać tylko chmury. No nic – robimy zdjęcia i szykujemy się do zejścia, a tu nagle na chwilę, jakby specjalnie dla nas widoki się odsłaniają. Szybko robimy zdjęcia, nawet mamy wspólne, bo dołączyła do nas para innych turystów, i uciekamy z powrotem. Za chwilę słyszymy pierwszy grzmot, potem znowu robi się spokojniej, więc ok. 200 m pod szczytem robimy krótki postój, żeby uzupełnić kalorie.

Rinnenspitze – 3003 m n.p.m., w tle Lüsener Ferner

Pod nami zieleni się staw Rinnensee

Poszarpana grań sprowadza na przełęcz Rinnennieder (2899 m n.p.m.)

Imponujący Lüsener Ferner

Schodzimy. Jak na równoważni.

Ostatnie spojrzenie na lodowiec Lüsener

W okolicy połączenia ze szlakiem znad Rinnensee robi się ciemno i zaczyna się solidna burza. Zbiegamy w miejsce w miarę bezpieczne, nie wystawione na wyładowania atmosferyczne, i przykrywamy się naszymi „plandekami”. Takie porządne poncho, którym można się całkowicie okryć i przeczekać silne opady, to dobra rzecz. Kucamy skuleni między głazami, a burza huczy wokół nas. Na szczęście wszystko trwa tylko 15 minut, więc jak tylko przestaje padać, wstajemy z niewygodnej pozycji, zwijamy „plandeki” i ruszamy dalej. Praktycznie nie zmokliśmy, a najważniejsze, że mamy suche buty! Na dodatek czeka nas nagroda – u naszych stóp rozciąga się przepiękna tęcza. Tak wyraźnych kolorów tęczy jeszcze chyba nigdy nie widzieliśmy!

Po burzy nad Rinnenspitze

Tak pięknego spektalku dawno nie widzieliśmy

W górach jest wszystko, co kocham…

Po kilku chwilach słońca chmury od początku zaczynają swój taniec. Obawiając się kolejnej burzy, przyspieszamy kroku i postanawiamy znowu minąć schronisko, kierując się wprost na parking. Odległe grzmoty utwierdzają nas w podjętej decyzji. Schodzimy dzięki temu nad wyraz szybko pomimo sporego już zmęczenia. Po drodze jeszcze tankujemy przed powrotną drogą i oddajemy nasze karty zniżkowe w automacie w centrum Neustift (kaucja 2 euro). Udaje nam się uniknąć kolejnego deszczu, który oglądamy już przez okna naszej kwatery w Neugastein. Ale mieliśmy cudowny dzień pełen wrażeń!

Pożegnanie z doliną Oberbergtal

Bacówki w Oberiss czekają na zmęczonych turystów

Oberiss. Jak tu jechać?

No dobra, jeden zero dla krów

Nasza trasa w liczbach: 9,5 godziny (ok. 8:30-18:00), 1300 m przewyższenia, 12 km

Plan na dziś.

Alpy Sztubajskie, dzień 8. Ferrata Fernau.

21 lipca 2017, piątek

Rano pięknie, ok. 12:00 nagłe załamanie pogody z burzą i gradem, a potem znowu ładnie, do 22 st.

Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

To bardzo dobra propozycja na kilkugodzinne okienko pogodowe dla turystów zaznajomionych z żelaznymi perciami. Wjazd kolejką praktycznie do samego punktu startu ferraty, łatwy powrót w bezpieczne miejsce, do tego na deser widokowy szczyt. Trudności D.

Prognozy na dzisiaj zapowiadają przelotne burze przez właściwie cały dzień. Długa graniowa wędrówka odpada. Planujemy więc wjazd kolejką do Dresdner Hütte i próbę wejścia na Hinterer Daunkopf. Rano jednak przypominamy sobie, że obok schroniska jest jeszcze atrakcyjna ferrata! Nie jest zbyt długa (ok. 2 godziny na szczyt) i szybko można wrócić do schroniska po jej przejściu, więc patrząc na pogodę (póki co piękne błękitne niebo), powinniśmy zdążyć.

Po wjeździe kolejką (tylko pierwszy etap do stacji pośredniej, nomen omen Fernau) ruszamy spod schroniska ok. 9:00. Najpierw ścieżką na północ za drogowskazem na Drezno;-) , potem odbijamy na progu doliny Fernau w lewo i w górę podchodzimy kilka minut pod ścianę. Na początku ferraty postawiono stosowną tabliczkę z rzetelną informacją o trudnościach, których możemy się spodziewać. Tuż obok urządzono miniogród wspinaczkowy z odcinkami oznaczonymi trudnością A, C i D – można tu spróbować swoich sił przed wejściem w trudniejszy teren. Uwaga! Na szczyt Egesengrat wiodą dwie ferraty, ferrata Fernau (D) i sportowa ferrata Fernau Expres. Początek ferraty Fernau Expres, opisywanej jako ekstremalnie trudna (E), znajduje się nieco wyżej i bardziej na lewo – przed podejściem baliśmy się, żeby ich przypadkiem nie pomylić ;-).

Wysiadamy na niższej pośredniej stacji kolejki Stubaier Gletscher.

Ścieżka w 15 min doprowadza do początku ferraty.

Schronisko Dresdner Hütte zostaje za nami.

Piękny próg doliny Fernautal.

Ścieżkę słabo widać, ale strzałka na kamieniu pomaga w orientacji.

Przed nami grań Egesengrat (2631 m n.p.m.) – poprowadzono na nią dwie ferraty.

Tabliczka informująca o początku ferraty i spodziewanych trudnościach.

Przez pierwsze 45 minut wspinamy się bez większych problemów. Trudności są na poziomie akceptowalnym (C, C/D), ale trzeba się trochę napracować rękami, bo znaczna część drogi biegnie pionowo w górę. Przyjemność sprawia nam kontakt z granitową skałą, jest dużo naturalnych punktów podparcia dla rąk i nóg. Do tej pory minęliśmy może ze dwa nieco problemowe miejsca. Przychodzi pora na problem nr 1. Przed nami wyrasta wąska szczelina skalna, w którą wprowadza nasza droga. Chwilę zastanawiamy się, jak się przeciśniemy z naszymi nieźle wypchanymi plecakami, ale nic, trzeba po prostu spróbować. Każde z nas stosuje nieco inną taktykę, ale po odrobinie gimnastyki oboje jakoś się mieścimy. Problemem jest tu głównie brak swobody ruchów przy jednoczesnej konieczności wspięcia się nieco w górę. Na szczęście nie ma tam ekspozycji. Ta pojawia się (nie po raz pierwszy ani nie ostatni dzisiaj) na następnych metrach, ale to nam nie przeszkadza, mimo że właśnie ten odcinek wyceniany jest na D. Problem nr 2 jest nieco wyżej i wymaga od nas o wiele więcej wysiłku  i pogłówkowania. Kłopot polega na baaardzo dużej przerwie między punktami podparcia przy jednoczesnej konieczności sporego (nieco odpychającego) podciągnięcia się w górę i w lewo. Lina była poprowadzona też jakoś tak nieszczęśliwie, że właściwie bardziej przeszkadzała niż pomagała. R jeszcze jakoś się wgramolił, opierając się o skałę biodrem i wciągając się górę. M., próbując szukać podparcia dla nóg, wklinowała sobie stopę w szczelinę i miała problem z wyciągnięciem jej – druga stopa nie miała na tyle pewnego punktu podparcia, by przenieść na nią ciężar ciała (co przychodzi do głowy kobiecie w takiej sytuacji? Dzięki Ci, Panie, że nie wzięłam dziś swoich nowych butów Salewy, na które wydałam połowę swojej pensji, tylko te stare trupy ;)). Pewnie można by pokonać to miejsce siłowo, podciągając się na rękach, ale chyba nie mamy do tego odpowiednich muskułów;-). Na szczęście nosimy w plecaku kilka pętli z taśmy i linę. Pętle okazały się świetne jako podwieszony (na klamrze znajdującej się powyżej) punkt podparcia dla nogi i mamy happy end! – M. z uśmiechem pokonała trudne miejsce (żeberko?). Po raz pierwszy w naszej karierze na ferratach musieliśmy posiłkować się dodatkowymi gadżetami.

Zaczynamy od podejścia stromą ścianą.

Dolina Fernautal zostaje coraz bardziej w dole. Emocji nie brakuje.

M. szuka schodów. O kurczę, nie ma…

Ferrata prowadzi wąską szczeliną skalną – uwaga na plecaki

Za szczeliną przeszliśmy eksponowany trawers, teraz znów stromo w górę.

Nareszcie łatwiejsze miejsce na przepięcie karabinków.

Jedno z trudniejszych miejsc – stromo w górę w lekkiej przewieszce.

Nasza dzisiejsza autostrada.

Dalej trudności nie przekraczają znanego nam z innych ferrat poziomu (C, C/D). Kilka prawie pionowych ścianek, mijamy ferratową księgę wejść (nie omieszkamy się wpisać!), jeszcze kilkanaście metrów i – hurra! – jesteśmy na szczycie! Obie ferraty (Fernau i Fernau Expres) kończą się w jednym miejscu, z którego na szczyt Egesengrat (2631 m n.p.m.) podchodzi się tylko dobre kilka minut łatwą i niezbyt stromą ścieżką.

Obowiązkowy wpis w księdze wejść.

Ostatni ferratowy odcinek.

Hurra! Udało się! To była naprawdę szczera radość.

Piękna Fernautal u naszych stóp.

Na wierzchołek Egesengrat wprowadza trawiasta ścieżka.

W nagrodę – piękny taras widokowy.

Rzut oka w kierunku Schaufelspitze, na który weszliśmy pierwszego dnia w ramach aklimatyzacji.

Jesteśmy dzisiaj naprawdę z siebie dumni, bo była to najtrudniejsza z ferrat, na których byliśmy. Z założenia nie traktujemy ferrat sportowo i nie idziemy w góry dla wyczynu. Najbardziej lubimy widokowe przejścia, a dzisiejsze do takich należy. Można oczywiście krzywić się na zniszczenia przyrody spowodowane przez kolejki, wyciągi i drogę w okolicy ferraty, ale nadal jej otoczenie pozostaje malownicze i ciekawe.

Na szczycie Egesengrat robimy sobie dłuższy odpoczynek, korzystając z pięknego słońca. Spoglądamy głównie na zachodnią stronę z widokiem na Wilde Grube i jezioro Mutterberger See. Rozważamy, czy podejść na przełęcz obok Hinterer Daunkopf, czy może odwiedzić wspomniane jezioro. Wstępnie wygrywa druga opcja, więc pakujemy się i ruszamy w dół w okolice jeziorka Egesen See.

Brawo my! Egesengtrat (2631 m n.p.m.).

Przed nami piękna panorama okolicznych trzytysięczników.

Odpoczynek z widokiem na staw Mutterberger See.

To prawdziwa nagroda za trudy dzisiejszej trasy.

Szlak zejściowy wiedzie najpierw przyjemną ścieżką przez grań.

Potem zakosy sprowadzają do doliny Fernautal.

W ciągu kilku minut plany biorą w łeb. Z sąsiedniej doliny Sulzenau ni stad ni zowąd nadciągają czarne chmury. W okolicy stawu zmieniamy decyzję – odwrót w stronę schroniska. Zaczynamy szybko schodzić w kierunku Dresdner Hütte, ale i tak po 5 minutach łapie nas najpierw deszcz, a potem prawdziwa nawałnica z wiatrem i gradem. Wszystko trwa może kilka minut, ale pogoda nadal jest na tyle niestabilna, że nie decydujemy się na wyjście na eksponowany teren. Jak dobrze, że na ferracie pogoda wytrzymała! Mijamy schronisko i idziemy wprost do stacji kolejki. Na dole świeci już słońce – tutaj nawet nie padało.

Mijamy stawek Egesensee.

Zbiegamy do Dresdner Hütte – zaraz złapie nas burza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy do domu na obiad, zapisujemy trasę i planujemy w szczegółach jutrzejszą wyprawę na Wilder Freigera.

A po południu – przygotowujemy się na jutrzejszą wycieczkę.

Nasza trasa w liczbach: 3,5 godziny (bez przejazdu kolejką); 350 m przewyższenia, ok 3 km. Ferrata obiektywnie trudna (ale bez przesady, do przejścia), choć dość krótka.

Wieczorem jedziemy na małe zakupy upełniające do Neustift i podjeżdżamy do miejscowości Patsch popatrzeć z oddali na słynny Most Europa, należący do największych tego typu budowli na świecie. Most zbudowano w latach 60. Spektakularna niemal 800-metrowa konstrukcja, przerzucona 190 m powyżej lustrem rzeki, faktycznie robi wrażenie. Jadąc autostradą, która biegnie tym mostem, łatwo nawet przegapić tę atrakcję – z samochodu niewiele widać. Znacznie lepiej oglądać most z pewnego oddalenia – podjechać do miejscowości Patsch lub (co jest chyba lepszym rozwiązaniem) udać się na punkt widokowy, położony przy południowej stronie mostu. Dodatkowym atutem jest piękne wysokogórskie otoczenie Doliny Sztubajskiej, widoczne na horyzoncie.

Most Europa leży dokładnie u wylotu Doliny Sztubajskiej.

Most Europa – jeden z najwyższych w Europie.

Zachód słońca w okolicy Innsbrucka.

Wycieczka była przyjemna, choć to chyba najdroższe zdjęcia w naszym życiu – za przejechanie tego odcinka autostrady Brenner pobierana jest opłata. My jakimś cudem trafiliśmy na dwa punkty poboru opłat i całość kosztowała nas 5,50 euro…

Alpy Sztubajskie, dzień 4. Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

17 lipca 2017, poniedziałek

Piękny dzień, przed wieczorem chmurzy się, ale bez opadów, do 24 st.

Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrata Austrii?

Długo zastanawialiśmy się jaką trasę wybrać na dzisiaj. Największym problemem okazałą się… pogoda! A dlaczego? Bo ładna i pewna, więc trzeba ten dzień wykorzystać jak najlepiej. A z drugiej strony pewnie dzisiaj będziemy mieli kryzys kondycyjny… No i co tu wybrać?

Ferrata Ilmspitze

Rano zjeżdżamy kilka kilometrów do centrum Neustift pod kolejkę Panoramabahn Elfer. Parking niby spory, ale już w znacznym stopniu zajęty. Kolejka gondolowa wywozi nas (w ramach naszej Stubai Card bezłatnie) na wysokość ok. 1800 m n.p.m.

Nie tracąc czasu, odnajdujemy odpowiedni kierunek i o 9:30 ruszamy w stronę doliny Pinnistal. Mijamy łąkę, z której startują paralotniarze, i oryginalną platformę widokową. Po podejściu kilkudziesięciu metrów w górę zaczynamy bardzo przyjemne zejście na halę Pinnisalm. Przyjemnie wytrasowana ścieżka trawersuje zbocza Elferspitze, stopniowo obniżając się na dno doliny. Przed nami piękne alpejskie widoki na wschodnie otoczenie doliny z imponującym Kirchdachspitze. Ach, byłby to piękny spacer z dziećmi!

Kolejka Panoramabahn Elfer wwozi nas na wysokość 1790 m.

Neustift im Stubaital zostaje w dole – wrócimy tu dopiero wieczorem.

Hale przy górnej stacji kolejki to ulubione miejsce startu paralotniarzy.

Mijamy punkt widokowy i idziemy na południe.

Zejście w dolinę Pinnistal to prawdziwa przyjemność.

Ścieżka wije się wśród soczystej zieleni w prawdziwie alpejskich widoków.

Szlak sprowadza w dolinę w okolicy schroniska Pinnisalm.

Po niespełna 40 minutach docieramy na halę Pinnisalm (1560 m n.p.m.). Wybierając wjazd kolejką, a następnie zejście do doliny, oszczędziliśmy sobie 600 m wysokości i około dwie godziny podejścia, które czekałoby nas, gdybyśmy zaczęli dzisiejszą wycieczkę z przysiółka Neder. Do tego miejsca można też dostać się minibusem Pinnisshuttle, który zawozi turystów aż do ostatniej hali w dolinie – Karalm. To jednak spory koszt (13 euro/osoba), a wjazd kolejką „załatwiamy” w ramach Stubai Card.

Dnem doliny prowadzi kamienista, wygodna droga, którą sprawnie zaczynamy zdobywać wysokość. Po pół godziny meldujemy się na hali Karalm (ok. 1750 m n.p.m.). Tu jest ostatni gościniec, w którym można się posilić i odpocząć. Podobny był na Pinnisalm (i jeszcze jeden niżej, na Issenangeralm, miniemy go dopiero w drodze powrotnej). Oboje zgadzamy się, że w tej okolicy są bardzo przyjemne, łatwo dostępne szlaki dla rodzin z dziećmi. Można na przykład zrobić sobie bardzo przyjemną kilkugodzinną pętlę spod górnej stacji kolejki do Elferhütte, dalej przez Panoramaweg zejść na halę Karalm, a potem po zejściu na halę Pinnisalm wejść z powrotem do górnej stacji kolejki ścieżką, którą my schodziliśmy w dolinę.

My teraz nie korzystamy z oferty bacówek – dłuższy postój planujemy dopiero w schronisku na przełęczy Pinnisjoch. Ścieżka wprowadza na przełęcz wyjątkowo wygodnymi zakosami – nawet specjalnie nie czuje się tu zdobywania wysokości. Zachwycamy się alpejskimi kwiatkami – co najmniej kilka gatunków nie przypomina naszych tatrzańskich roślin, więc nie możemy się oprzeć pokusie robienia zdjęć. Szczególnie ładne są „takie różowe” (potem sprawdzamy ich nazwę – różaneczniki alpejskie) – tworzą całe barwne połacie na pograniczu hal i kosodrzewiny – piękne!

Ruszamy w górę doliny Pinnistal.

Po chwili mijamy schronisko Karalm (1747 m n.p.m.).

Za schroniskiem ścieżka zaczyna piąć się zakosami na przełęcz.

Podziwiamy różaneczniki alpejskie.

Nazw niektórych kwiatów nawet nie znamy

…ale i tak są piękne!

Wygodnie poprowadzone zakosy wprowadzają na wysokość 2370 m.

W pewnym momencie na naszej drodze staje urocza ławeczka – chyba czeka specjalnie na nas! Nie możemy się oprzeć i robimy sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie kalorii. Idziemy już prawie dwie godziny i dochodzimy do poziomu 2000 m – należy nam się!

Przez pewien czas szlak ma mniejsze nachylenie i prowadzi pięknymi halami. Ich uroki doceniły też alpejskie krowy, które postanowiły nie wpuścić nas do swojego królestwa. Na szczęście po spojrzeniu im głęboko w oczy dały obejść się bokiem:) Tutejsze krowy są wyjątkowo czyste i… ładne – nadają się wprost do reklamy wiadomej czekolady ;-).

Oj, chyba nie przejdziemy dalej…

Tutejsze hale są intensywnie wypasane.

Krowy pięknie komponują się z alpejskim krajobrazem.

Przed nami jeszcze ostatnia porcja zakosów i po niespełna trzech godzinach meldujemy się na przełęczy Pinnisjoch (2370 m n.p.m.). Tuż za nią skrywa się urocze schronisko Innsbrucker Hütte. Zasiadamy na słonecznym tarasie z pięknym widokiem na otoczenie doliny Gschnitztal i zamawiamy po radlerku, a do tego Apfelstrudel i ciasto morelowe – pycha!

Przed nami przełęcz Pinnisjoch.

Stąd już tylko krok do bardzo przyjemnego schroniska Insbrucker Hütte (2370 m).

Przełęcz Pinnisjoch to popularne miejsce odpoczynku.

Widok na południowe otoczenie doliny Gschnitzal.

Na zachodzie majaczy dumnie Habicht (3277 m n.p.m.).

O 13:00 pokrzepieni ruszamy dalej. Spoglądamy z przełęczy, że do naszego Ilmspitze jest całkiem niedaleko. Jaka tam godzina podejścia do ferraty, eee, przesada – myślimy. Szlak jest bardzo przyjemny – ścieżka wchodzi pomiędzy dolomitowe skały, prowadzi głównie po prawej (wschodniej) stronie grani to podchodząc trochę, to opadając. Po ok. 20 minutach zaczynają się ubezpieczenia, zakładamy więc sprzęt, jak każą, chociaż trudności nie trwają długo. Po 40 minutach widzimy w oddali drogowskazy w dwie strony – aaa, to pewnie to rozejście się dróg wejściowej i zejściowej na nasz szczyt – mówimy sobie… Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że to dopiero odejście szlaku na szczyt Kalkwand, a przed nami jeszcze prawie pół godziny drogi pod Ilmspitze. Szlak jest jednak przyjemny – prowadzi widokowym grzbietem przez kopulaste wzniesienia aż do podnóża Ilmspitze. Dojście to jednak faktycznie bita godzina, nie chce być inaczej… Patrzymy na zegarki – oj, wcześnie w domu to my dziś nie będziemy.

My ruszamy na wschód, w kierunku szczytu Kalkwand.

Wchodzimy w dolomitowy park skalny.

Dolina Pinnistal została daleko w dole.

Nasza ścieżka trawersuje stoki Kalkwanda (2564 m n.p.m.).

Dolomitowe wychodnie skalne mają bajkowe kształty.

Rzut oka za siebie – jaki piękny mamy dziś szlak!

Przed nami widać już nasz cel – szczyt Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Na szczyt Ilmspitze prowadzi piękna, dość wymagająca ferrata.

Ze dawnego schronu, który kiedyś stał przy początku ferraty, została już tylko kupa desek. Zadziwia nas brak ludzi – od przełęczy nie spotkaliśmy nikogo, teraz na ferracie przed nami jedna dziewczyna znika po chwili w skałach. Teraz kolej na nas. Hmm, początek ferraty nie zachęca –  tak jakoś jest pionowo i odpychająco, i nie wiadomo gdzie nogę postawić – tu są najtrudniejsze miejsca, wyceniane w miejscowej broszurce na C/D. Jak na nasz gust na pierwszym (ale krótkim) odcinku D jak się patrzy. Zastanawiamy się, czy iść wyżej, bo dużą ilością czasu to my dzisiaj nie dysponujemy. Szkoda nam jednak nie wejść na szczyt, skoro weszliśmy aż tutaj, M. udało wgramolić się jakoś na pierwszy pionowy próg; męska decyzja, idziemy!  Dalej, zgodnie z opisem ferraty w przewodniku, trudności z każdym krokiem maleją i droga robi się naprawdę ciekawa i w miarę wygodna. Można mieć uwagi do słabego naciągnięcia liny, ale kto by tam czepiał się szczegółów.

Początek ferraty do łatwych nie należy.

Jak już tu weszliśmy, nie ma odwrotu – droga zejściowa jest dużo łatwiejsza.

Przełęcz zostaje coraz bardziej w dole.

Dzielnie wspinamy się coraz wyżej.

Odwracamy się do tyłu i odnajdujemy szlak, którym przyszliśmy.

Wyżej teren staje się łatwiejszy.

Rzut oka na piękny Elferspitze.

Gdzie by tu dalej?:)

Piękny powietrzny trawers.

Jedna z głównych atrakcji ferraty – duży krok nad głęboką szczeliną.

Jak człowiek zerka w dół, w głowie może się zakręcić.

A nad tymi czeluściami piekielnymi musimy zrobić krok!.

Pod szczytem spotkamy jeszcze mroczny komin z zaklinowanym blikiem skalnym.

R. wdrapuje się na szczyt. Już prawie, prawie!

Po drodze atrakcji co nie miara, a trudności nie wychodzą poza dobre C. Sporo prawie pionowych ścian, fajny krok nad głęboką rozpadliną (dreszczyk emocji gwarantowany!), ciemny kominek z zaklinowanym nad głowami głazem… Ostatni odcinek granią przed szczytem i nareszcie – jesteśmy na Ilmspitze (2692 m n.p.m.)! Po krótkiej ocenie pogody decydujemy się odpocząć nieco niżej, bo zbierające się na horyzoncie chmury świadczą o tym, że w ciągu kilkunastu minut może nadciągnąć burza. Schodzimy kilkadziesiąt metrów tą samą drogą, a potem za strzałką z napisem „ABSTEIG” skręcamy na wschód (schodząc – w lewo) i tutaj dopiero rozsiadamy się na zasłużony odpoczynek. Pijemy cudowną herbatkę i wcinamy kanapki. Kłębiące się chmury nie pozwalają nam się zrelaksować – ruszamy dalej – odpoczniemy w schronisku.

Na szczycie Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Widok z Ilmspitze na północny wschód.

…i na zachód, w stronę Habichta.

To wszystko w oprawie pięknych dolomitowych skałek.

Na postój pozwalamy sobie dopiero w łatwiejszym terenie.

Zejście początkowo jest całkiem przyjemne – trochę drabinek, trawersy malowniczymi półkami skalnymi. Przypomina nam się ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo z zeszłego roku. Dalej jednak robi się mniej przyjemnie – zaczynają się uciążliwe piargi, dużą część trasy stanowi bardzo niewygodne i niezbyt bezpieczne zejście żlebem wypełnionym kruchym materiałem skalnym. Do tego ciągle słyszymy niepokojący hałas spadających kamieni. Dopiero po dłuższej chwili dowiadujemy się, co jest źródłem tych obsunięć – to duże stado kozic! Na szczęście teraz są już poniżej nas, więc możemy odetchnąć z ulgą – nie strącą na nas kamieni.

W pewnym momencie przekraczamy źleb, zsuwając się z asekuracją kilkudziesięciometrowej liny. Dalej już prawym brzegiem żlebu po piargach, ale wzdłuż skał. Znowu jak w Dolomitach. Dopiero po ponad godzinie dostrzegamy przed nami w dole ścieżkę wyprowadzającą z powrotem do początku ferraty. A tu znowu niespodzianka – nasze znajome kozice znowu są nad nami i zrzucają sporo kamieni na naszą ścieżkę. Próbujemy je przepędzić krzykiem, ale mają nas w…. Cóż nam pozostaje – po zrobieniu kilku zdjęć (niestety kozice zlewają się ze skalnym tłem) i sprawdzeniu kasków ruszmy naprzód. Na szczęście kozice jakby nam się przyglądały i na te kilkanaście sekund zastygły w bezruchu i nie zrzuciły nam nic na głowę :-). Nie mieliśmy dotąd pojęcia, że taki piękny kierdel kozic (było ich ponad dwadzieścia sztuk) może stanowić tak duże niebezpieczeństwo w górach!

Zejście z Ilmspitze prowadzi inną, łatwiejszą drogą.

Trawersujemy pięknymi półkami skalnymi.

Czujemy się jak w Dolomitach.

Pokonanie stromej ściany ułatwia szereg klamer.

Ścieżka sprowadza do gigantycznego żlebu. To niezbyt przyjemny odcinek.

Rzut oka do góry – stamtąd zeszliśmy!

Teraz przed nami już tylko bezpieczna droga powrotna. Zmęczeni, gramolimy się ścieżką z powrotem do punktu startu ferraty (droga zejściowa sprowadza żlebem ponad 100 m niżej niż punkt wyjścia). Zbliża się już 18:00, więc każdy krok w górę po całym dniu wędrówki zaczyna być bolesny. Droga dojściowa, tak przyjemna kilka godzin temu, teraz męczy i dłuży się. Szczególnie podejścia, a jest ich kilka, dają się nam we znaki. Goni nas jednak groźba deszczu i burzy.

Kończymy herbatę z jednego termosu, zostawiając drugi „na czarną godzinę”. W pośpiechu kubek z termosu zalicza upadek w przepaść. No trudno, mówimy sobie. Po chwili jednak kilkadziesiąt metrów niżej czeka na nas jakby nigdy nic na naszej ścieżce – ale zaliczył przygodę! Będzie miał co opowiadać „przy herbacie”;-). O 18:30 z niekłamaną radością witamy znajome schronisko i zasiadamy w cieplutkiej jadalni.

Przed nami przyjemna ścieżka, choć trzeba uważać na spadające kamienie!

Mimo zmęczenia nie pozostajemy obojętni na uroki szlaku.

I wreszcie upragniony widok – Insbrucker Hütte i OBIAD!

Atmosfera w Innsbrucker Hütte jest naprawdę schroniskowa (w dobrym tego słowa znaczeniu) – jadalnia przytulna, jest gitara i akordeon, gry dla dorosłych i dzieci. Chciałoby się tu zamieszkać. Dzisiaj jednak nie jesteśmy do tego przygotowani. Szybko zjadamy bardzo dobre spaghetti, popijamy piwem, herbatą i (podejrzanie kakaowym) cappuccino, i o 19:20 ruszamy na dół.

Przed nami – bagatela – 1400 m wysokości zo zgubienia i ok. 11 km zejścia. Na szczęście ścieżka jest wygodna i bezpieczna. Pogoda się nieco poprawiła, więc spokojnie schodzimy znanymi wygodnymi zakosami i dalej drogą dnem doliny Pinnisalm. Przed 21:00 robimy krótki postój, wypijając resztę herbaty („czarna godzina” nadeszła!) i lecimy dalej. Szlak na chwilę zbacza pomiędzy zabudowania i przez chwilę prowadzi leśną ścieżką, co trochę nas niepokoi, bo robi się już prawie zupełnie ciemno, czołówki co prawda w plecaku czekają w gotowości, ale i tak to żadna przyjemność. Po chwili na szczęście wracamy do znanej szerokiej drogi, która w zapadającym zmroku jest znacznie pewniejsza.

Zadziwia nas spore nachylenie drogi, utrzymujące się aż do samego wylotu doliny, wyraźnie większe niż w jej wyższej części, ale cóż – gdzieś trzeba zgubić te 1400 m przewyższenia! Tylko nasze nogi nie chcą tego zrozumieć. Przed 22:00 meldujemy się u wylotu doliny w Neder i skręcamy zgodnie z drogowskazem na Neustift. Droga ku naszemu (i naszych nóg) niezadowoleniu znowu pnie się trochę w górę, ale potem już sprowadza do centrum Neustift. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to zakosy po łące sprowadzające za drogowskazem do mostku na rzece i prosto pod dolną stację kolejki, gdzie czeka nasza bryka. Udało się!!! Znowu będzie co wspominać!

Znajoma przełęcz Pinnisjoch. Zaczynamy schodzić mocno wieczorową porą.

Po prawej uśmiecha się do nas Ilmspitze – tutaj dziś byliśmy!

Przy schronisku Karalm spotykamy takie słodziaki!

Gigantyczna, pęknięta na pół wanta za schroniskiem Pinnisalm.

Neustift witamy już późnym wieczorem.

Dzisiejsza nasza trasa to właściwie materiał na dwie wycieczki. Dojście do schroniska Innsbrucker Hütte na przykład z okolic górnej stacji kolejki Panoramabahn Elfer to świetna propozycja na rodzinny górski spacer. A przejście ferraty na Ilmspitze to osobna spora wycieczka ze schroniska (zajęła nam ponad 5 godzin). Zadziwiło nas to, że w tej części trasy spotkaliśmy tylko jedną osobę – przed nami na ferracie i jeszcze z daleka widzieliśmy jedną osobę na szczycie Ilmspitze. Podczas podejścia spotkaliśmy kilkanaście osób, a podczas zejścia minęliśmy kilka w górnej części zakosów.

W naszej pamięci grań z Kalkwand i Ilmspitze pozostanie jako jeden z najładniejszych szlaków, przypominający nam bardzo zeszłoroczne szlaki w Dolomitach. Wapienne, miejscami równie białe i kruche skały, piękne formacje skalne, emocjonująca ferrata – mimo zmęczenia po stokroć było warto!

Nasza dzisiejsza trasa – piękna, ale wymagająca

Dzisiejsza trasa w liczbach:
13 godzin, 25 km, przewyższenie ok. 1600 m w górę i 2400 m w dół

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity. Każdy miłośnik gór, który je zobaczy, przepadnie. Białe, strzeliste turnie na tle soczystej zielonej trawy, fantastyczne formacje skalne, pocztówkowe krajobrazy. To góry inne niż wszystkie. Nie ma tu długich grani głównych i walnych dolin, w zamian mamy oddzielone głębokimi dolinami samodzielne gniazda górskie, a każde z nich inne – kapryśna Marmolada z czapą lodowca, podobna do warowni majestatyczna Sella, trzy kłócące się o urodę siostry Tofany, księżycowy płaskowyż Pale… Dolomity przecina gęsta sieć szlaków. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oczywiście wizytówką tych gór są via ferraty – ubezpieczone szlaki wspinaczkowe, ale mamy też typowe szlaki wysokogórskie, idealne do trekkingów, i mnóstwo wygodnych ścieżek dla całej rodziny. Infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta – tak wielu schronisk nie widzieliśmy chyba w żadnych innych górach, co nie znaczy że w Dolomitach nie ma miejsc niedostępnych i dzikich. Jak każda kochanka Dolomity mają też wady – ogromne piarżyska i luźny materiał skalny zasypujący ścieżki zmuszają do rozważnego stawiania kroków – niezbędnym  wyposażeniem turysty górskiego powinien być kask i kijki. Ale czy kogoś bez wad dałoby się pokochać? Powiemy jedno: przez ponad tydzień wspinaliśmy się na ferratach i wędrowaliśmy po dolomitowych szlakach i wiemy jedno: na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz. W planowaniu tras nieocenioną pomocą były dla nas poszczególne tomy przewodnika „Dolomity” Dariusza Tkaczyka, a także świetnie opracowane serwisy jarekkardasz.republika.pl oraz wdolomitach.pl. Rekonesans za nami, przed nami – mamy nadzieję – dokładne poznawanie tych gór, grupa po grupie.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

...po chwili zostaje za nami..

Dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

28. ...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

Górny Rynek

 

Alpspitze

Alpy Bawarskie – pierwsza ferrata

11 sierpnia 2012, sobota

Rano pochmurno, w ciągu dnia się rozpogadza, 21oC, w górach przewalające się chmury, ok. 10-12oC

Na pierwszy dzień wybieramy trasę aklimatyzacyjną, czyli niezbyt długą, a jednocześnie na sporej wysokości i trochę dającą w kość. Pada na Alpspitze, bo można skrócić sobie podejście kolejką na Osterfelderkopf (bagatela – prawie 1300 m przewyższenia), a sama trasa jest niebanalna (ferrata) i różnorodna.

Charakterystyczny trójkątny kształt Alpspitze góruje nad Garnisch-Partenkirchen, jak Giewont nad naszym Zakopanem (jak na zdjęciu powyżej). Budzi respekt, jednak ferrata nie jest szczególnie trudna, świetnie nadaje się dla początkujących miłośników żelaznych dróg.

Jak to pierwszego dnia bywa, nie zrywamy się zbyt wcześnie. Ok. 10:00 z trudem udaje nam się wyjechać. Niestety pierwotnie ładna pogoda od rana zdąża się zepsuć – niebo zasnuwa się chmurami zasłaniając widoki właściwie od poziomu ok. 1000 m n.p.m. Zaczynamy nawet rozważać wariant zastępczy – podejście do wąwozu Partnach, tym bardziej, że nasze wątpliwości skutecznie podsyca pani z kasy, informując nas, że na górnej stacji kolejki jest 8oC, a widoczność ogranicza się do 30 m… W końcu jednak, pchani optymistycznym oczekiwaniem poprawy widoczności, docieramy na Osterfelderkopf o 10:40 i po drobnych kłopotach orientacyjnych (chmury chwilami zasłaniają prawie wszystko) ruszamy w kierunku szczytu.

Wejście ferratą na Alpsitze

Na wejście wybieramy wariant via ferratą. Ta trasa podobno słynie z dużej ekspozycji, ale, może z powodu zasłonięcia przez chmury pełnej głębi widoku, nie odczuwamy tego. Droga jest po prostu naszpikowana żelastwem (niewiele fragmentów bez zabezpieczeń), a trudności techniczne na niej są naprawdę niewielkie. Słoweńskie ferraty były zdecydowanie trudniejsze.

Najprzyjemniej idzie nam się pierwszą, bardziej urozmaiconą częścią ferraty, z kilkoma sympatycznymi drabinkami; potem zaczyna się maszerowanie w sznureczku, a i droga jest bardziej monotonna (zakosy z „poręczą” na umiarkowanie nachylonym zboczu). Zaskakuje nas ilość ludzi na trasie przy niezbyt zachęcającej pogodzie (jak u nas na Orlej, czyli niestety sporo). Przez zatory nasz czas wejścia jest niezbyt imponujący (2,5 godziny). Warto było zaryzykować wjechanie na Osterfelderkopf we mgle.

Szczyt Alpspitze witamy już w pełnym słońcu, które – jak na zamówienie – przygrzewa nam przez całe pół godziny odpoczynku. Z dość rozległego wierzchołka (wystarczająco duży, by pomieścić kilkadziesiąt osób) są zapewne piękne widoki: nam, pomimo słońca, odsłaniają się one tylko częściowo i na chwilę – dobre i to! (odnajdujemy nawet szczyt Zugspitze).

Zejście wschodnią granią Alpspitze

Na trasę zejściową obieramy szlak prowadzący wschodnią granią Alpspitze. Zejście okazuje się równie trudne technicznie jak ferrata, choć tu trudności są innego rodzaju – po prostu trasa uległa dużej erozji turystycznej i schodząc po ciągle usuwających się spod nóg kamyczkach, trzeba uważać by wraz z nimi nie pojechać na pupie na sam dół. Na deser czeka na nas dość oryginalna atrakcja – tunel wykuty dla turystów w skale. To bardzo wygodne, ale jednak cieszymy się, że podobnych ułatwień nie zafundowano naszym Tatrom.

Zejście zajmuje nam prawie 2 godziny i trochę się dłuży, pewnie głównie przez to, że chmury skutecznie zasłaniają nam wszystkie widoki. Wycieczkę kończymy przejściem przez mostek z dwóch lin zawieszonych jedna nad drugą między dwiema skałkami (atrakcja nieobowiązkowa, ale fajna adrenalinka i dużo zabawy) oraz posiłkiem w kolejkowej restauracji (niestety, o tej porze do wyboru są już tylko parówki i biała kiełbasa, więc jemy oba te rarytasy). Szybko i sprawnie zjeżdżamy kolejką na dół. Dziś nie żałujemy wydanych pieniędzy: jak to pierwszego dnia, nogi już mają co nieco do powiedzenia, więc chętnie unikamy schodzenia kolejnych 1300 m w dół.

Dolna stacja kolejki na Osterfelderkopf, Ga-Pa.

Kolejka na Osterfelderkopf.

 

 

Zakładamy ferratowy ekwipunek.

Zakładamy ferratowy ekwipunek.

Via ferrata na Alpsitze.

Via ferrata na Alpsitze.

Zaiste żelazna perć...

Zaiste żelazna perć…

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Idziemy w sznureczku.

Idziemy w sznureczku.

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

R. na Alpspitze - mamy jakiś widok!.

R. na Alpspitze – mamy jakiś widok!.

Wschodnie zejście z Alpspitze.

Wschodnie zejście z Alpspitze.

Mamy do wyboru aż dwie trasy. R. wybrał lewą.

Mamy do wyboru aż dwie trasy. R. wybrał lewą.

Trawers półką wykutą w skale.

Trawers półką wykutą w skale.

Wschodnie zejście z Alpspitze - tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze – tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze - tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze – tunel (!) dla turystów.

Trochę zabawy na koniec.

Trochę zabawy na koniec.

Przyda nam się obiad...

Przyda nam się obiad…

Hala w Ga-Pa z widokiem na Alpy Ammergauer.

Hala w Ga-Pa z widokiem na Alpy Ammergauer.

Masyw Waxenstein w tle.

Masyw Waxenstein w tle.

Wieczorem z lubością odpoczywamy i nadrabiamy zaległości z wczoraj w zapiskach i opisywaniu zdjęć.