Sierpc

Poniedziałek Wielkanocny w Sierpcu, 2012.04.09

Piękne wiosenne słoneczko, 9oC

Po wczorajszym całodziennym świątecznym obżarstwie z radością witamy możliwość aktywnego spędzenia drugiego dnia Świąt.

Już jakiś czas temu M. wypatrzyła, że Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu organizuje w Poniedziałki Wielkanocne specjalne atrakcje dla zwiedzających: tradycyjne gry i zabawy wielkanocne. Uznajemy to za wspaniałą inicjatywę i idealny pomysł na spędzenie świątecznego dnia w wyjątkowej atmosferze, na świeżym powietrzu. Decyzja zapada szybko: jedziemy! Na wyprawę dają namówić się też Dziadkowie, więc jedziemy zadowoleni, że będzie i aktywnie, i świątecznie, i rodzinnie.

Mimo 126 km dzielących Warszawę od Sierpca, dystans nie daje się we znaki. Siódemka i dziesiątka w świąteczny dzień są bardzo przepustowe i – co najważniejsze – wolne od TIR-ów.

Sierpecki skansen z nawiązką spełnia nasze oczekiwania.

Wszędzie widać rękę dobrego gospodarza. Placówka reklamuje się bodajże od samego Płońska. Dyrekcja ma rzeczywiście pomysł na skansen. Regularnie organizowane są w niej różnego rodzaju imprezy – od „niedziel w skansenie” z zespołami ludowymi po większe cykliczne atrakcje, np. na święta czy Dzień Dziecka. Widać dbałość o każdy szczegół ekspozycji. Wnętrza chałup są bardzo starannie zaaranżowane, różnie w zależności od pory roku. Obsługa jest niezwykle miła, przyjazna dzieciom; pracownicy skansenu chętnie opowiadają o obiektach. Zwiedzający czuje się tu naprawdę mile widzianym gościem. Widać, że skansen tętni życiem – na polach przed chałupami odbywają się prace gospodarskie, w zagrodach żyją zwierzęta. Wszystko (nawet toalety) jest bardzo estetyczne i utrzymane w klimacie dawnej wsi. Mimo że skansen nie wyróżnia się może jakąś imponującą liczbą obiektów, jego cały charakter jest naprawdę szczególny, tak że ma się ochotę przyjechać tu raz jeszcze.

Dzisiejsza impreza – „Gry i zabawy wielkanocne” – jest wprost wymarzona dla rodzin z dziećmi. Zwiedzanie skansenu nie było dziś po prostu chodzeniem od zagrody do zagrody, jak można by się było tego spodziewać. Przed niemal każdą zagrodą została bowiem przygotowana specjalna atrakcja – gra czy zabawa, w którą dawniej bawiono się w okresie wielkanocnym.

Nasi chłopcy byli naprawdę zachwyceni. Zaczęli od gry w toczenie drewnianych jaj z górki. Potem przyszła kolej na zabawę ze śmigusową sikawką z strzelanie wodą do celu (no, to był naprawdę hit dla dzieciaków i nie tylko), grę w jajka, w kręga, toczenie obręczy, chodzenie na szczudłach i huśtawkę wielkanocną. Dobrze się bawiły i dzieciaki, i my: wszyscy chętnie próbowaliśmy swoich sił w dawnych zabawach, Dziadek próbował nawet stanąć na szczudłach. Było dużo śmiechu i dobrej zabawy. Brawo dla organizatorów!

Muzeum Wsi Mazosieckiej w Sierpcu.

Muzeum Wsi Mazosieckiej w Sierpcu.

Ustalamy plan gry.

Ustalamy plan gry.

Witamy się z sierpeckimi gospodarzami.

Witamy się z sierpeckimi gospodarzami.

.... i oglądamy dawny młyn.

…. i oglądamy dawny młyn.

Czyje jajo potoczy sie dalej, ten wygrywa.

Czyje jajo potoczy sie dalej, ten wygrywa.

Kościół z Drążdżewa, XVIII w.

Kościół z Drążdżewa, XVIII w.

Tymek i Mirek-Euro 2012 też tu byli.

Tymek i Mirek-Euro 2012 też tu byli.

Chłopcy nie dali się odciągnąć od płotka.

Chłopcy nie dali się odciągnąć od płotka.

...chowamy się za róg chałupy - może pójdą za nami.

…chowamy się za róg chałupy – może pójdą za nami.

Dyngusowe sikawki.

Dyngusowe sikawki.

Nikt nie mógł się im oprzeć.

Nikt nie mógł się im oprzeć.

Ale najlepiej szło Sebusiowi.

Ale najlepiej szło Sebusiowi.

... i Tymusiowi.

… i Tymusiowi.

Ach, ten błękit.

Ach, ten błękit.

Przygotowania do Wielkanocy.

Przygotowania do Wielkanocy.

Tu była gra w jajka - Tymo wygrał.

Tu była gra w jajka – Tymo wygrał.

Piękna wierzbowa aleja.

Piękna wierzbowa aleja.

18. Ta kapliczka też nas urzekła.

To gołębnik - Tymo poznał - i chyba lamus.

To gołębnik – Tymo poznał – i chyba lamus.

Jak to drzewiej bywało.

Jak to drzewiej bywało.

A tak wyglądało śniadanie wielkanocne.

A tak wyglądało śniadanie wielkanocne.

Święcono potrawy w chacie najbogatszego gospodarza.

Święcono potrawy w chacie najbogatszego gospodarza.

Gra w kręga.

Gra w kręga.

U R. widać pełne zaangażowanie.

U R. widać pełne zaangażowanie.

Tymo próbuje swoich sił w toczeniu obręczy.

Tymo próbuje swoich sił w toczeniu obręczy.

Chodzenie na szczudłach naprawdę nie jest łatwe.

Chodzenie na szczudłach naprawdę nie jest łatwe.

Choć tak się każdemu wydaje...

Choć tak się każdemu wydaje…

Tymo po instruktażu dał radę.

Tymo po instruktażu dał radę.

R. nie chciał być gorszy.

R. nie chciał być gorszy.

Kierunek wiatrak.

Kierunek wiatrak.

Widok na dawną wieś mazowiecką.

Widok na dawną wieś mazowiecką.

Jedna z zagród w sierpeckim muzeum.

Jedna z zagród w sierpeckim muzeum.

Huśtawka wielkanocna.

Huśtawka wielkanocna.

Lepsza niż na placu zabaw.

Lepsza niż na placu zabaw.

Można odpocząć w stylowej XVIII-wiecznej karczmie.

Można odpocząć w stylowej XVIII-wiecznej karczmie.

W ogóle wszystko jest stylowe.

W ogóle wszystko jest stylowe.

Chłopców zaczarowała kapela.

Chłopców zaczarowała kapela.

Wizytę w Sierpcu zakończyliśmy szybkim obejrzeniem sierpeckich zabytków (po odpowiednim, hmmm, przygotowaniu chłopców – wybiegani siedzieli w samochodzie i ze stoickim spokojem znosili postoje na zdjęcia:): kościoła benedyktynek (kon. XV w.) z barokowym klasztorem, późnogotyckiego kościoła farnego z masywną, wyróżniającą się wieżą, niewielkiego kościoła Świętego Ducha (pocz. XVI w.), zbudowanego niegdyś jako kaplica szpitalna, i sympatycznego XIX-wiecznego ratusza, mieszczącego część zbiorów Muzeum Wsi Mazowieckiej.

Ratusz (XIX) w Siercpu.

Ratusz (XIX) w Siercpu.

Późnogotycki kościół farny, Sierpc.

Późnogotycki kościół farny, Sierpc.

Kościół benedyktynek (kon. XV).

Kościół benedyktynek (kon. XV).

Po powrocie do domu jednogłośnie uznaliśmy, że mieliśmy w tym roku przemiłe, rodzinne Święta!

Wycieczka kończy się  jak zazwyczaj.

Wycieczka kończy się jak zazwyczaj.

Stawy Raszyńskie

Rezerwat przyrody „Stawy Raszyńskie”, 2011.11.20

 

Rezerwat terenu Stawów Raszyńskich chroni miejsca lęgowe ponad stu gatunków ptaków.

Ile razy, wracając trasą katowicką do Warszawy, patrzyliśmy w korku na zarośla otaczające stawy w Raszynie… Już jakiś czas temu podjęliśmy decyzję, że musimy tam pojechać na spacer.

Czynnikiem sprawczym wycieczki był sylwester, a mówiąc ściślej – konieczność zapłacenia za bilety w jednym z raszyńskich hoteli.

Okazja okazją, niezależnie od wszystkiego sama wycieczka jest super udana i absolutnie godna polecenia.

Początek trasy przed okazałym pałacykiem – dawnym zajazdem (kon. XVIII w.) w Falentach.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Pałac w Falentach, kon. XVIII w.

Pałac w Falentach, kon. XVIII w.

Idziemy urokliwą ścieżką wśród liści przez dawny park pałacowy do początku właściwej ścieżki przyrodniczej.

Trasa (uwaga – nijak nieoznaczona; ratuje nas zdjęcie schematycznej mapki, które przezornie zrobiliśmy na początku) wiedzie szerokimi groblami wśród kilku stawów. Wypatrujemy ptaków, choć pora roku na to nie najodpowiedniejsza.

Obowiązkowo zaliczamy wszystkie trzy wieże obserwacyjne. W stawach chyba pospuszczano wodę. Wyglądają osobliwie, jak pustynia Gobi.

Chłopcy turyści na medal. S. przeszedł chyba ponad 2 km, resztę pojechał w wózku, a Tymuś przebiegł całą prawie pięciokilometrową trasę. T. najbardziej podobały się wieże widokowe, a S. – rzucanie z nich kamieni i patyków.

Kawałek prawdziwej przyrody tuż za rogiem Warszawy… Polecamy!

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Rezerwat przyrody Stawy Raszyńskie.

Wracamy do samochodu.

Wracamy do samochodu.

 

Powsin – ogród botaniczny

Ogród botaniczny w Powsinie, 2011.04.25

 

Do powsińskiego ogrodu botanicznego zaglądaliśmy przez bramę już w październiku przy okazji wizyty w Parku Kultury z mocnym postanowieniem, że konieczne musimy przyjechać tu na wiosnę.

Do realizacji planu dochodzi w piękne popołudnie Wielkanocnego Poniedziałku. Dowiedziawszy się, że w ogrodzie właśnie zakwitły magnolie, po prostu musieliśmy to przyjechać.

Ogród botaniczny, służący pierwotnie celom naukowym, został udostępniony dla zwiedzających w 1990 roku i dziś stanowi arcyciekawe miejsce weekendowych spacerów Warszawiaków (jakiś czas temu otrzymał miano „Magicznego Miejsca Warszawy”).

Naszym chłopakom bardzo się tu podoba. Na początku Tymo szaleje na hulajnodze, ale zaraz potem porzuca ją na rzecz hasania po ogrodowych alejkach. Najbardziej podoba mu się ciekawie zaaranżowana część przedstawiająca rośliny wysokogórskie: wąską ścieżką można „wspiąć” się na szczyty kilku sztucznie usypanych górek, omijając „skały” i czując się jak w prawdziwych górach. Tymusia nie można było stąd wyciągnąć. Sebusia z kolei najbardziej interesują prostsze zajęcia: jest w siódmym niebie, gdy pozwalamy mu bezkarnie pogrzebać rękami w ziemi, poszukać patyków i kamyczków.

Dzieciaki na pewno nie docenią ogromnej różnorodności rosnących w ogrodzie roślin, ale pobiegać naprawdę jest gdzie: teren ogrodu jest bardzo rozległy. A rodzice ze spaceru nie wracają znudzeni. My gorąco polecamy wycieczkę do ogrodu właśnie w okresie kwitnących magnolii: to naprawdę bajkowy, niezapomniany widok.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Dzień Magnolii, ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Dzień Magnolii, ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Dzień Magnolii, ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Dzień Magnolii, ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

Ogród botaniczny PAN w Powsinie.

 

Podkowa Leśna

Podkowa Leśna, 2010.11.14

 

Nazywana miastem-ogrodem Podkowa Leśna rzeczywiście sprawia miłe wrażenie. Mimo listopadowej aury. Z przyjemnością patrzymy na zieleń podkowiańskiego parku z ciekawym budynkiem kasyna, przydomowe ogródki i naturalny charakter rezerwatu „Parów sójek”

Spacer zaczynamy od Absolutnie Zawsze Fascynujących Torów Kolejowych z nastrojowym budynkiem dworca kolejki WKD. Kolejnym hitem dla Tyma okazuje się wieża transformatorowa (T. ostatnio przeżywa fascynację liniami energetycznymi i wszystkim, co się z tym wiąże).

WKD Podkowa Leśna.

WKD Podkowa Leśna.

Z wyjątkowej atmosfery słynie podkowiański kościół pw. Św. Krzysztofa (30. XX w.). Budynek świątyni jest otoczony niezwykle nastrojowym ogrodem, mającym w założeniu stanowić przedłużenie świątyni. Oczka wodne, drewniane ptaszki siedzące na drzewach, miłe alejki… Bardzo podoba nam się to miejsce.

Kościół Św. Krzysztofa.

Kościół Św. Krzysztofa.

Ogród - przedłużenie kościoła.

Ogród – przedłużenie kościoła.

Ogród - przedłużenie kościoła.

Ogród – przedłużenie kościoła.

Przechadzamy się uliczkami Podkowy Leśnej. Oglądamy starsze (niektóre naprawdę piękne) i nowsze domy. Wypatrujemy Aidę – pałacyk myśliwski Stanisława Lilpopa, do którego przyjeżdżał wypocząć Jarosław Iwaszkiewicz.

Willa Aida, 1900r.

Willa Aida, 1900r.

Miło przespacerować się po  mieście harmonijnie zabudowanym, w pomysłem na siebie, bez bloków.

Park miejski w Podkowie Leśnej.

Park miejski w Podkowie Leśnej.

Spacer kończymy, jak zazwyczaj, wizytą na placu zabaw:)

Powsin – Park Kultury, 2010.10.31

Powsin – Park Kultury, 2010.10.31

 

Mimo końca października pogoda jest naprawdę przepiękna: aż żal siedzieć w domu. W niedzielę zgarniamy dzieciaki i wybieramy się na spacer po Parku Kultury w Powsinie.

To dość duży leśny kompleks (bezpośrednio przylegający do Lasu Kabackiego), nastawiony na aktywne spędzanie czasu: jest dużo różnych boisk, basen na wolnym powietrzu, amfiteatr, plac zabaw; można nawet pograć w szachy i brydża. W niedzielne popołudnie trudno tu o odosobnienie.

Budynki, bary, ogólnie cale zaplecze aż prosi się o remont; cały pomysł Parku Kultury jest naprawdę świetny, wymaga tylko doinwestowania.

Nas jednak takie drobiazgi nie zniechęcają: najbardziej podoba nam się to, że zaraz za miastem można naprawdę pooddychać przyrodą. Jest piękny wąwóz, drzewa w jesiennych barwach i mnóstwo szeleszczących liści pod nogami. Tymuś biega jak nakręcony, a Sebuś grzecznie drzemie w spacerówce: po leśnych alejkach bez problemu można pojeździć wózkiem z pompowanymi kołami.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

Wejscie do Ogrodu Botanicznego PAN.

Wejscie do Ogrodu Botanicznego PAN.

Park Kultury w Powsinie.

Park Kultury w Powsinie.

 

Konstancin-Jeziorna, 2010.10.30

Konstancin-Jeziorna – uzdrowisko o krok od Warszawy

 

Sebuś – roczniak – coraz częściej ma swoje zdanie. Trudno się zmobilizować i wybrać gdzieś z naszą trzódką, ale potem – co za satysfakcja!

Zaczynamy od wizyty w centrum handlowym Stara Papiernia, urządzonym w dawnej fabryce papieru. Starą Papiernię zwiedzamy „szlakiem gastronomicznym”, poszukując restauracji, w której można by zjeść obiad i spokojnie nakarmić i przewinąć Sebunia. W centrum handlowym czuć ducha starej wytwórni. Surowa cegła, gdzieniegdzie widać w podłodze wodę i stare maszyny papierni.

Centrum handlowe w starej papierni, Konstancin.

Centrum handlowe w starej papierni, Konstancin.

Najedzeni, ruszamy na spacer wzdłuż Jeziorki do Parku Zdrojowego, po drodze oglądając zaporę na rzece. Sebuś zasypia niemal od razu, Tymuś biegnie jak mały motorek. Park Zdrojowy miły, częściowo wypielęgnowany, częściowo w stylu dzikiego ogrodu.

Wzdłuż Jeziorki.

Wzdłuż Jeziorki.

Zapora na Jeziorce.

Zapora na Jeziorce.

Spędzamy niemal pół godziny w tężni (wg Tymusia – w „dymiącej ścianie”). W wysiedzeniu zalecanego czasu inhalacji bardzo pomaga lizak:)

Tężnia (70. XX) w Konstancinie.

Tężnia (70. XX) w Konstancinie.

Kuracja (...lizakowa) w tężni.

Kuracja (…lizakowa) w tężni.

Kończymy wycieczkę spacerem ulicami Konstancina, oglądając starsze i nowe wille. Te dawne (XIX/XX w.), najcenniejsze, są naprawdę piękne, każda w swoim stylu, ale – ku naszemu zdziwieniu – przeważnie zaniedbane. Nowsze domy niektóre bardzo luksusowe. Ciekawy przegląd architektury z okresu ponad wieku.

Willa Natemi, XIX-XX w.

Willa Natemi, XIX-XX w.

Jedna z odnowionych willi (historycyzm).

Jedna z odnowionych willi (historycyzm).

Przemyśl

Spacer po Przemyślu

i zwiedzanie Muzeum Dzwonów i Fajek

2012.12.22

-7oC, całkowite zachmurzenie

Mamy właściwie jedno przedpołudnie na spokojną wycieczkę, więc musimy nieźle się nagłowić, co wybrać, gdzie zabrać naszego australijskiego gościa (jesteśmy na świątecznej wizycie u Rodziców R. z bardzo miłym gościem – Justynką z Australii). Po przejrzeniu wszystkich naszych „planów do zrobienia”, wybieramy Przemyśl. Po pierwsze: to cel oddalony tylko o godzinę drogi od domu Dziadków, co nam bardzo odpowiada, a po drugie – i najważniejsze – to miasto pełne zabytków, mające wielowiekową i wielokulturową historię, uznawane za jedno z najpiękniejszych w Polsce.

Parkujemy na ciekawym, bo nieregularnym i pochyłym rynku, gdzie naszą uwagę przykuwają od razu trzy rzeczy: my zwracamy uwagę na pięknie zachowane, stare kamieniczki (XVI-XVIII w.), niektóre z podcieniami, natomiast chłopcom podoba się zwłaszcza nawiązująca do herbu miasta fontanna z niedźwiedzicą i niedźwiadkami i pięknie przystrojone przez uczniów lokalnych szkół choinki (np. z bombkami – niedźwiadkami).

Rynek w Przemyślu.

Rynek w Przemyślu.

Fontanna nawiązująca do herbu miasta.

Fontanna nawiązująca do herbu miasta.

Mieszczańskie kamieniczki (XVI-XVIII) w Przemyślu.

Mieszczańskie kamieniczki (XVI-XVIII) w Przemyślu.

Mieszczańskie kamieniczki (XVI-XVIII) w Przemyślu.

Mieszczańskie kamieniczki (XVI-XVIII) w Przemyślu.

Choinki na przemyskim rynku.

Choinki na przemyskim rynku.

Z rynku idziemy dość stromo w górę w kierunku przemyskiego zamku, po drodze mijając archikatedrę (XV w., przeb. XVIII, XIX, XX w.). Naszą uwagę przykuwają zwłaszcza przepiękne kute drzwi i tablica upamiętniająca 500-lecie bitwy od Grunwaldem. Obok katedry stoi osobno ponad 70-metrowa barokowa dzwonnica (bud. XVIII–pocz. XX w.).

Katedra (XV, przeb. XVIII, XIX) i barokowa (XVIII) dzwonnica.

Katedra (XV, przeb. XVIII, XIX) i barokowa (XVIII) dzwonnica.

Przemyska katedra (XV, przeb. XVIII, XIX).

Przemyska katedra (XV, przeb. XVIII, XIX).

Katedra (XV, przeb. XVIII, XIX) i barokowa (XVIII) dzwonnica.

Katedra (XV, przeb. XVIII, XIX) i barokowa (XVIII) dzwonnica.

Przemyska katedra (XV, przeb. XVIII, XIX).

Przemyska katedra (XV, przeb. XVIII, XIX).

Drzwi do katedry.

Drzwi do katedry.

Tablica upamiętniająca 500-lecie bitwy pod Grunwaldem.

Tablica upamiętniająca 500-lecie bitwy pod Grunwaldem.

Wnętrze przemyskiej katedry.

Wnętrze przemyskiej katedry.

Brama prowadząca na dziedziniec zamku (zb. w XIV w. przez Kazimierza Wielkiego, przeb. XVI w., w znacznej części rozebrany w XVIII w.) jest – nie wiedzieć czemu – zamknięta (jest przecież sobotnie przedpołudnie) – zadowalamy się więc obejrzeniem zamkowych murów obronnych z zewnątrz. Zamkowa baszta przypomina nam tę z Krasiczyna. Chłopców najbardziej interesuje jednak chrupiący śnieg przed zamkiem i śliska ulica, którą wracamy do centrum.

Późnorenesansowy (XVII) zamek.

Późnorenesansowy (XVII) zamek.

Baszta przemyskiego zamku.

Baszta przemyskiego zamku.

Po podejściu pod zamek kierujemy się w stronę wspaniałych przemyskich kościołów. Takie zagęszczenie świątyń na metr kwadratowy doprawdy rzadko się spotyka. W jednej linii, jeden nad drugim, znajdują się tu kościoły: franciszkanów (XVIII w.) z charakterystycznymi barokowymi posągami przed wejściem, pięknie odnowiona, imponująca katedra grekokatolicka (XVII w.) i  – najwyżej położony – kościół karmelitów bosych (XVII w.) z przepiękną amboną w kształcie łodzi (XVIII w.; zachwyciła nawet chłopców). Obchodzimy świątynię dookoła i rzucamy okiem na ładnie zachowany fragment murów obronnych Przemyśla.

Kościół Franciszkanów (XVIII), Przemyśl.

Kościół Franciszkanów (XVIII), Przemyśl.

Kościół Franciszkanów (XVIII), Przemyśl.

Kościół Franciszkanów (XVIII), Przemyśl.

Katedra grekokatolicka (świątynia pojezuicka), XVII.

Katedra grekokatolicka (świątynia pojezuicka), XVII.

Katerda grekokatolicka (świątynia pojezuicka), XVII.

Katerda grekokatolicka (świątynia pojezuicka), XVII.

Kościół Karmelitów Bosych i katedra grekokatolicka.

Kościół Karmelitów Bosych i katedra grekokatolicka.

Kościół Karmelitów Bosych (XVII).

Kościół Karmelitów Bosych (XVII).

Kazalnica (XVIII) w kościele Karmelitów Bosych.

Kazalnica (XVIII) w kościele Karmelitów Bosych.

Fragmenty dawnych murów miejskich Przemyśla.

Fragmenty dawnych murów miejskich Przemyśla.

Ostatnim punktem programu jest wizyta w niespotykanym chyba nigdzie indziej Muzeum Fajek i Dzwonów. Muzeum mieści się w nieodłącznie kojarzonej z Przemyślem barokowej Wieży Zegarowej (XVIII w., pierwotnie miała być fragmentem projektowanej katedry grekokatolików). Można tu obejrzeć dwie niezwykłe ekspozycje: wystawę prezentującą dorobek przemyskich ( i nie tylko) mistrzów fajkarstwa oraz ekspozycję dzwonów kościelnych (eksponaty nawet z XVIII w.) i okrętowych (nas najbardziej zainteresował tzw. dzwon nurkowy – nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z czymś takim). Zainteresowani mogą zgłębić wiedzę o procesie produkcji dzwonów. Ukoronowaniem wizyty w muzeum jest podziwianie panoramy miasta ze szczytu wieży. Schodząc, kupujemy chłopcom po pamiątkowym dzwoneczku, co dopełnia wrażeń. Polecamy to niezwykłe muzeum i dla dużych i dla małych! (jedyna jego wada – nie ma – o zgrozo – toalety).

Wieża Zegarowa (XVIII) w Przemyślu.

Wieża Zegarowa (XVIII) w Przemyślu.

Wchodzimy do przemyskiego Muzeum Fajek i Dzwonów.

Wchodzimy do przemyskiego Muzeum Fajek i Dzwonów.

Już przed wejściem witają nas dzwony.

Już przed wejściem witają nas dzwony.

Potem oglądamy fajki - tu wodne.

Potem oglądamy fajki – tu wodne.

Niektóre fajki są naprawdę wymyślne.

Niektóre fajki są naprawdę wymyślne.

Dla chłopców fajki są raczej abstrakcyjne, na szczęście.

Dla chłopców fajki są raczej abstrakcyjne, na szczęście.

Faje i fajki - cd.

Faje i fajki – cd.

Kolejne ekspozycje są coraz wyżej.

Kolejne ekspozycje są coraz wyżej.

Wchodzimy do krainy dzwonów.

Wchodzimy do krainy dzwonów.

Weszliśmy na sam szczyt Wieży Zegarowej.

Weszliśmy na sam szczyt Wieży Zegarowej.

A gdyby tak można było zadzwonić...

A gdyby tak można było zadzwonić…

Oglądamy przemyskie świątynie z góry.

Oglądamy przemyskie świątynie z góry.

Teraz w szerszym planie.

Teraz w szerszym planie.

Nad nami już tylko herbowy niedźwiedź.

Nad nami już tylko herbowy niedźwiedź.

Żegnają się z nami dzwony, oczywiście.

Żegnają się z nami dzwony, oczywiście.

Nie zapominajmy o niedźwiedziu.

Nie zapominajmy o niedźwiedziu.

Ostatni rzut oka na Wieżę Zegarową.

Ostatni rzut oka na Wieżę Zegarową.

Przemyśl słynie też z pozostałości ogromnych fortów (twierdza Przemyśl ustępowała w XIX w. jedynie dwóm innym w Europie). Ten rarytas zostawiamy sobie na osobną wycieczkę, gdy Sebuś będzie już troszkę większy.

Lublin

Zimowy spacer po lubelskiej starówce

2012.12.21

-12oC, cały dzień trzyma mróz!

 

Zaczynamy dzisiaj nasz świąteczny wypad do Dziadków do Rzeszowa; towarzyszy nam miły gość – Justynka z Australii!

Chcemy pokazać Justynce coś ciekawego, co można by zobaczyć przy okazji postoju w drodze. Wybór pada na Lublin.

Niestety, docieramy na miejsce dopiero ok. 15:00, a zapadający zmrok, duży mróz i ograniczenie czasowe (nie chcemy dotrzeć do Dziadków zbyt późno) nie pozwalają nam na pełne poznanie uroków tego pięknego miasta. Jednak nawet półgodzinny spacer zaowocował powzięciem solennej obietnicy, że na pewno jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Wizytę w Lublinie zaczynamy od przejścia przez imponującą gotycko-barokową Bramę Krakowską, która przenosi nas na bardzo malownicze uliczki starówki.

Brama Krakowska (XIV), Lublin

Brama Krakowska (XIV), Lublin

Wchodzimy na starówkę w Lublinie

Wchodzimy na starówkę w Lublinie

Rzut oka na Bramę Krakowską z drugiej strony

Rzut oka na Bramę Krakowską z drugiej strony

Kiszki grają nam marsza z głodu, więc kolejnym punktem programu jest wizyta w klimatycznej restauracji Czarcia Łapa, położonej niedaleko bramy. Chłopcy dostają po balonie z helem, co wystarcza im do pełni szczęścia; a my wszyscy rozkoszujemy się pysznym jedzeniem i ciepłem.

Restauracja to to, czego nam trzeba

Restauracja to to, czego nam trzeba

Jak dobrze...

Jak dobrze…

Gdy wychodzimy, jest już zupełnie ciemno. Utrudnia to niewątpliwie podziwianie detali architektonicznych (a szkoda, bo na starówce zachowało się mnóstwo pięknych mieszczańskich kamieniczek), choć musimy przyznać, że oświetlone uliczki wyglądają naprawdę bajkowo. Jedyne, co przeszkadza, to siarczysty mróz – właśnie ze względu na niego (Sebuś marznie) zmuszeni jesteśmy ograniczyć zwiedzanie do minimum.

Na chwilę zatrzymujemy się na rynku, gdzie oglądamy budynek ratusza (dawną siedzibę Trybunału Koronnego), przebudowany przez Merliniego w XVIII w. w stylu klasycystycznym (co – jak zgodnie przyznajemy – nadało mu cechy zupełnie „nieratuszowe”).

Lubelski ratusz (XVI, XVII, przeb. XVIII)

Lubelski ratusz (XVI, XVII, przeb. XVIII)

Potem kierujemy się w kierunku nieodłącznie kojarzonego z Lublinem zamku (XIV, przeb. XIX w. z przeznaczeniem na więzienie). Budowla jest ładnie podświetlona, co podkreśla jej rozmiary i regularność form. Niestety, późna pora nie pozwala nam obejrzeć tego, na co nastawialiśmy się najbardziej – zamkowej kaplicy z XV-wieczną bizantyjską polichromią i słynnego odcisku czarciej łapy na zamkowym stole. Nie chce być inaczej, musimy tu wrócić na dłużej.

Zamek (XIV, przeb. XIX)

Zamek (XIV, przeb. XIX)

Na koniec podchodzimy pod XIV-wieczny kościół dominikanów (przeb. XVI i XVII w.). Zamiast zwiedzania wnętrz świątyni chłopców bardziej zainteresowała naturalnych rozmiarów szopka, urządzona przed wejściem. Szczerze mówiąc, my też chętnie postaliśmy tu dłużej – pod szopką planowany był koncert, więc ustawiono dmuchawy tłoczące ciepłe powietrze – właśnie tego było nam trzeba.

Wycieczka baczność!

Wycieczka baczność!

Kościól Dominikanów (XIV, przeb. XVI, XVII)

Kościól Dominikanów (XIV, przeb. XVI, XVII)

Szopka przy Kościele Dominikanów

Szopka przy Kościele Dominikanów

Wracamy tą samą drogą. Opuszczamy starówkę, przechodząc przez pięknie oświetloną Bramę Krakowską. Do samochodu docieramy zziębnięci, ale pełni miłych wspomnień. Na pewno do Lublina jeszcze wrócimy.

Brama Krakowska po zmroku

Brama Krakowska po zmroku

Żegnamy Lublin ostatnim zerknięciem na Bramę Krakowską

Żegnamy Lublin ostatnim zerknięciem na Bramę Krakowską

Wojciechów

Muzeum Kowalstwa w wieży ariańskiej

30 września 2012, niedziela                                     

rano deszcz, potem piękne słońce, choć znacznie chłodniej, 16 stopni

Do Wojciechowa wracamy przy okazji jesiennego pobytu u Dziadków (połączonego z dwudniowym wypadem w Bieszczady) – urządzamy sobie tu postój w drodze powrotnej do Warszawy.

Właściwie wstępnie nie planowaliśmy już o nic zahaczać, tylko jechać prosto do domu, ale takie rozwiązania chyba nie leżą w naszej naturze… Już kilka kilometrów za Rzeszowem R. proponuje zajrzeć do wieży ariańskiej w Wojciechowie. Miejsce znane nam jest już z naszej wcześniejszej wycieczki do Nałęczowa, widnieje też na naszej liście rzeczy „do obejrzenia”. Nikogo nie trzeba specjalnie namawiać. Chłopcy zresztą od rana dopytywali się, czy dziś też będzie jakaś „wyprawa”.

Postój w Wojciechowie  satysfakcjonuje całą rodzinę. My zwracamy uwagę przede wszystkim na samą późnogotycką wieżę ariańską (1. poł. XVI w.), pełniącą niegdyś funkcje mieszkalne i obronne; natomiast chłopcy na każdym kroku szukają okazji do psot. Na szczęście wszystkim podoba się niewielkie, ale ciekawe Muzeum Kowalstwa (jedyne w Polsce), urządzone na najwyższej kondygnacji budynku.  Można w nim zobaczyć tradycyjny warsztat kowala z paleniskiem, miechem (którego działanie sprawdza ku swej wielkiej uciesze Tymo) i kowalskimi narzędziami. Naszą uwagę najbardziej przykuwają jednak kunsztowne wyroby sztuki użytkowej, wytwarzane przez kowali podczas corocznych lipcowych spotkań. Co roku pracom przewodzi inny temat: a to krzesła, a to lustra, a to świeczniki, a to dachowe kurki. Z pewnością warto odwiedzić Wojciechów właśnie podczas tej imprezy, ale już samo oglądanie tych przedmiotów wystawionych w muzeum naprawdę cieszy oczy.

Wieża Ariańska (XVI w.) w Wojciechowie

Wieża Ariańska (XVI w.) w Wojciechowie

Wchodzimy do środka

Wchodzimy do środka

Od wejścia zwracają uwagę piękne detale

Od wejścia zwracają uwagę piękne detale

Naprawdę prześliczne...

Naprawdę prześliczne…

Lustra - temat Warsztatów Kowalskich 2012

Lustra – temat Warsztatów Kowalskich 2012

 Jest na czym oko zaczepić

Jest na czym oko zaczepić

Wchodzimy do Muzeum Kowalstwa

Wchodzimy do Muzeum Kowalstwa

Muzeum Kowalstwa w Wojciechowie

Muzeum Kowalstwa w Wojciechowie

Takim rybkom wody nie trzeba wymieniać

Takim rybkom wody nie trzeba wymieniać

R. tłumaczy, co to są zawiasy

R. tłumaczy, co to są zawiasy

Kowal potrafi wyczarować nawet obraz

Kowal potrafi wyczarować nawet obraz

Warsztat pracy kowala

Warsztat pracy kowala

Tymo nadaje się do zawodu

Tymo nadaje się do zawodu

Po obejrzeniu Muzeum Kowalstwa sympatyczna pani sprowadza nas na niższą kondygnację, gdzie w jednej sali urządzono muzeum regionalne. Prezentowane eksponaty wpisują się w temat „jak to drzewiej bywało”. Nam najbardziej podoba się makieta średniowiecznego grodziska, którego wojciechowska wieża w kolejnych wiekach stała się częścią, natomiast na chłopców jak lep na muchy działa stoisko z pamiątkami. Natychmiast wypatrują małe drewniane „kowalskie” młoteczki. Kupujemy im, a niech się cieszą (nota bene S. wyłamuje swojemu młotkowi trzonek już na schodach zejściowych z muzeum, co jednak nie odbiera mu całej radości).

Chłopcy nie przepuszczą stoiska z pamiątkami

Chłopcy nie przepuszczą stoiska z pamiątkami

Rekonstrukcja dawnego grodziska

Rekonstrukcja dawnego grodziska

Wizytę w Wojciechowie kończymy przemiłym piknikiem na drewnianych stołach ustawionych na terenie dawnego grodziska. Doskonale stąd widać dawne wały grodziska. Jesienne barwy drzew sprawiają, że chwila ma swój niepowtarzalny klimat. Chłopcy dają nam chwilę wytchnienia, bo bez reszty zajmują ich jabłka pospadane z rosnącej na terenie grodziska jabłonki. Przez cały ten czas jesteśmy jedynymi turystami odwiedzającymi Wojciechów.

Piknik pod Wieżą Ariańską

Piknik pod Wieżą Ariańską

Piknik pod Wieżą Ariańską - jesteśmy tylko my!

Piknik pod Wieżą Ariańską – jesteśmy tylko my!

Ostatnie spojrzenie na wojciechowską wieżę

Ostatnie spojrzenie na wojciechowską wieżę

Wieża ariańska i muzeum kowalstwa w Wojciechowie nie stanowią na pewno sztampowych atrakcji tłumnie odwiedzanych przez turystów. Ale tym bardziej warto tu zajrzeć. Duch historii czający się w późnogotyckiej wieży, pozostałości dawnego grodziska, ciekawe dla całej rodziny muzeum kowalstwa z dobrze zaopatrzonym stoiskiem z pamiątkami – czy to nie gotowy przepis na idealny przerywnik w podróży?

Bieszczady, 2012.09

Bieszczadzkie babie lato

wrzesień 2012

 

Jesienna konferencja R. jest dla nas doskonałym pretekstem do wypadu w Bieszczady. Prognozy pogody są bardzo zachęcające, więc cieszymy się tym bardziej. Pierwotnie planujemy wyjechać tylko we dwoje, a chłopców zostawić z Dziadkami, ale tak bardzo cieszą się na wspólny wyjazd, że decydujemy się nieco okroić nasze plany górskie i wyjechać całą rodziną.

 

26 września 2012, środa                                             

dzień jak wspomnienie lata, 25 stopni i słońce!

Warszawa – Kraczkowa

Rano zwykły dzień, R. idzie normalnie do pracy, a chłopcy do szkoły i przedszkola. M. zostaje w domu i uwija się jak może, by spakować nas wszystkich na wyjazd. Nieco po 15:00 stawiamy się już zwarci i gotowi pod szkołą/przedszkolem, odbieramy chłopaków i w długą!

Wyjazd z Warszawy jest po prostu koszmarny. Dość powiedzieć, że po godzinie ledwo dojeżdżamy z Woli w okolice Okęcia. W pobliżu Tarczyna już wszyscy mamy dosyć, więc zarządzamy postój pod znakiem czerwonego M. Chłopcy przegryzają coś i szaleją na placu zabaw, my wzmacniamy się kawą.

Potem na szczęście jedzie się już lepiej, choć właściwie resztę drogi musimy odbyć po ciemku. Ok. 20:00 zatrzymujemy się w McD w Ostrowcu Świętokrzyskim, dajemy Sebusiowi twarożek na kolację i podziwiamy kolejne rekordy czasu Tyma w labiryncie Gym&Fun. M. spaceruje jeszcze chwilę z Regą i wsiadamy na ostatnią porcję jazdy. Tymo zasypia niemal od razu, za to Sebuś robi wszystko, żeby nie zasnąć. Na szczęście pora dnia robi swoje i w końcu – uff – także w okolicach jego fotelika zalega cisza.

Dojeżdżamy do Rzeszowa i Dziadków ok. 22:30.

 

27 września 2012, czwartek                                                      

aż trudno uwierzyć: 26 stopni (choć wietrznie)

Kraczkowa – Polańczyk – Strzebowiska

Po wczorajszym pośpiechu mamy ochotę na odrobinę relaksu. Nie śpieszymy się zanadto i zabawiamy u Dziadków aż do wczesnego obiadu. Dopiero ok. 12:30 przyjmujemy azymut Bieszczady.

Pierwszy postój wypada około 14:30 w Polańczyku, gdzie R. szybko załatwia swoje sprawy, a M. spaceruje z chłopcami po parku zdrojowym. Przechadzka po leśnych alejkach wśród dostojnych drzew to prawdziwy relaks. Schodzimy stromymi ścieżkami aż nad brzegi zatoczki Jeziora Solińskiego. Chłopaki biegają i wypatrują wśród drzew kolejnych wiewiórek (stwierdzamy ze smutkiem, że widzimy same ciemne, te amerykańskie). Po niedługim czasie dołącza do nas R. i jemy przemiły podwieczorek (ach, te maliny!) na parkowej ławeczce. Delektujemy się miłym ciepłym wiatrem – pewnie to już ostateczne pożegnanie lata.

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

Przed 16:00 ruszamy w dalszą drogę. Za Polańczykiem skręcamy na Terkę i tym samym wjeżdżamy na boczne drogi. Od razu robi się przepięknie, malowniczo. Koniec września to chyba najwcześniejsza możliwa pora do cieszenia się pięknymi kolorami jesieni w górach. Wybiegani chłopcy odpływają w samochodzie, więc mamy możliwość w ciszy delektować się pięknym krajobrazem.

Docieramy na miejsce przed 17:00. Tym razem na metę wybraliśmy sobie niewielką miejscowość Strzebowiska, która wita nas przepięknym widokiem na Połoninę Wetlińską. Szybko odnajdujemy panią Jolę, która pokazuje nam nasz domek i bierzemy się za szybkie rozpakowywanie. Wynajmujemy dolną kondygnację domku, mamy do dyspozycji dwie sypialenki, aneks kuchenny i obszerny przedpokój z drewnianym stołem; jak na nasze potrzeby super.

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Chłopaki długo biegają po zielonym terenie dookoła domku (niewielki, ale miły plac zabaw, miejsce na ognisko i – o zgrozo – stawek, który natychmiast lokalizuje Sebuś), a potem Tymo sprawnie uzupełnia część zadań, które dziś robiłby w szkole.

Wieczorem panowie wybierają się na krótki spacer po okolicy, a M. kończy nas rozpakowywać.

Idziemy spać z wielką nadzieją, że prognozowane na jutro załamanie pogody pozwoli nam odbyć wycieczkę w góry.

 

28 września 2012, piątek

pogoda znowu cudowna, ok. 22oC i słoneczko, chociaż rano powietrze ostre

Wieczorem przeżyliśmy chwile grozy, gdy usłyszeliśmy czyjeś kroki na tarasie górnego apartamentu (który jest nad naszym sufitem) i baliśmy się, że to złodzieje… Dopiero rano wyjaśniło się, że to przyjechali w nocy nowi goście.

Na szczęście zapowiadane załamanie pogody okazało się bardzo krótkie, tylko nad ranem chwilę popadało, potem szybko się rozpogodziło i pogoda zafundowała nam przepiękną, ciepłą złotą polską jesień.

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno...

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno…

Przełęcz Wyżnia – Chatka Puchatka

Dzisiejszą wycieczkę rozpoczęliśmy na Przełęczy Wyżniej, kierując się żółtym szlakiem na Połoninę Wetlińską do schroniska Chatka Puchatka.

Zaskoczyła nas naprawdę duża liczba turystów na szlaku, zwłaszcza jak na zwykły wrześniowy piątek. Szło sporo osób w średnim i „mocno średnim” wieku oraz kilka dużych grup.

Szlak wygodny, w przeważającej części szeroką kamienistą drogą. Otoczenie niezwykle malownicze – znaczna część trasy wiedzie przez piękne jesienne buczyny, a na końcu odsłaniają się po prostu bajkowe widoki na obie połoniny, okolice Tarnicy i pozostałe okoliczne szczyty. Cieszymy się słońcem i prawdziwie letnią pogodą.

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Nasz cel przed nami

Nasz cel przed nami

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Czas na pierwszy postój

Czas na pierwszy postój

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Połonina Wetlińska w tle

Połonina Wetlińska w tle

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Połonina Caryńska o rzut beretem

Połonina Caryńska o rzut beretem

Po nacieszeniu oczu widokami kierujemy się na odpoczynek do Chatki Puchatka. Schronisko jest położone przepięknie, a brak wody, prądu i spartańskie warunki nadają mu niepowtarzalny klimat. Zgodnie stwierdzamy jednak, że miejsce byłoby jeszcze przyjemniejsze, gdyby gospodarz zadbał bardziej o porządek i czystość…

Zjadamy dość drogi żurek (jedyne, co było do jedzenia) i popijamy herbatą z cytryną.

Chatka Puchatka

Chatka Puchatka

W drewnie mieszka leśny duszek...

W drewnie mieszka leśny duszek…

Droga powrotna mija bardzo sprawnie. Dokarmiamy jeszcze Sebusia na punkcie widokowym na Przełęczy Wyżniej i wracamy samochodem do domku.

Nasz dzisiejszy spacer to świetna trasa na spacer z dziećmi: ma dobre nachylenie (choć kamienie na drodze mogą być dla małych nóżek męczące) i jest najkrótszym dojściem na połoninę.

Tymuś bez problemu wchodzi i schodzi całą trasę, bawiąc się patykami i słuchając opowieści M. Sebuś w górę sporo jedzie w nosidełku, ale z czasem się rozkręca i coraz więcej idzie na własnych nóżkach. W dół schodzi już samodzielnie około 2/3 trasy, zmęczenie okazuje właściwie już na ostatniej prostej.

Najlepszą zabawę chłopcy mieli ze zrywaniem owoców głogu, które Sebuś ochrzcił mianem „bomb bomb”.

Nasz czas: (9:30-14:00 w obie strony z odpoczynkami)

Bieszczadzka jesień

Bieszczadzka jesień

Czas z powrotem

Czas z powrotem

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Gdzie są 'bomby bomby'...

Gdzie są 'bomby bomby’…

Braterska miłość

Braterska miłość

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Bieszczadzkie klimaty

Bieszczadzkie klimaty

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Po południu S. ucina sobie zasłużoną drzemkę w domku, a Tymuś uzupełnia lekcje ze szkoły i biega na świeżym powietrzu po terenie dookoła domku.

Wypad do Bacówki pod Honem

Po małym podwieczorku wybieramy się jeszcze odwiedzić kolejne bieszczadzkie schronisko.

Jedziemy do Cisnej i podjeżdżamy w pobliże Bacówki pod Honem. Podchodzimy z chłopcami ostatni dość stromy kawałek drogą (ok. 300 m), żeby jeszcze trochę zmęczyć ich przed spaniem.

Schronisko położone na polanie, odznacza się prawdziwie górską atmosferą, a przy tym, w przeciwieństwie do poprzedniego, jest zadbane i czyste.

Jemy pyszne naleśniki z serem (domowym) i dżemem, popijamy herbatką (za rozsądną cenę) w oryginalnej jadalni, gdzie „ubrania wiszą na suficie”, jak to powiedział Sebuś – na ścianach i suficie powieszone są koszulki z pamiątkowymi wpisami gości.

Do domu wracamy już o zmroku i podziwiamy panoramę połonin w świetle księżyca w pełni…

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem - świetne miejsce na kolację

Bacówka pod Honem – świetne miejsce na kolację

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

 

29 września 2012, sobota

rano przepięknie i słonecznie, potem się trochę chmurzy, ale i tak temperatura letnia, do 21 stopni

Ranek mamy gorący, bo oprócz standardowego wyszykowania się na wycieczkę musimy się jeszcze spakować do domu i na nocleg do Dziadków. Mimo to udaje nam się dość sprawnie zebrać i już o 9:30 wskakujemy zwarci i gotowi do samochodu.

Spacer do Bacówki pod Małą Rawką

Pierwotnie planujemy wejść aż na Małą Rawkę, ale z uwagi to, że Sebuś jest niewyraźny i znów coś mocniej kaszle (w końcu kończy się na Bactrimie…) i że musimy wrócić w okolice Rzeszowa na 16:00 na urodzinowy obiad kuzynki chłopców, Gabrysi, skracamy spacer do około kilometrowego podejścia do Bacówki pod Małą Rawką. Może i dobrze się stało, bo nie śpieszymy się, pozwalaliśmy chłopakom na ich małe szczęścia w postaci wypatrywania owoców głogu (wspominane już „bomby bomby”) i wrzucania kamieni do wody, a my mogliśmy do woli delektować niezwykle malowniczymi okolicami obu połonin w jesiennej szacie. Jest naprawdę przepięknie… Zadziwia nas duża ilość ludzi na szlakach, turyści głównie w średnim i starszym wieku, przewija się też sporo studentów. Czujemy się jak w środku wakacyjnego sezonu na tatrzańskich ścieżkach.

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

Do zdjęcia gotowi, start!

Do zdjęcia gotowi, start!

Widok na okolice Tarnicy

Widok na okolice Tarnicy

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Krok w krok za starszym bratem

Krok w krok za starszym bratem

Jesienny stok Rawki

Jesienny stok Rawki

Jesienne pejzaże

Jesienne pejzaże

Bacówka pod Małą Rawką wita nas przytulnym wnętrzem i przepysznymi naleśnikami z jagodami. Aaach… Objadamy się jak bąki.

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Droga zejściowa mija szybko, do parkingu mamy blisko, a chłopcom w dół jak zawsze maszeruje się znacznie sprawniej.

Nasz czas: 10:15-12:45

Ach, ta jesień

Ach, ta jesień

Jesienne barwy

Jesienne barwy

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Z parkingu pod Małą Rawką jedziemy już prosto do Dziadków. Sebuś zasypia niemal natychmiast, Tymusia pod koniec też morzy sen. Droga przez Bieszczady cieszy oczy, potem tylko męczą nas coraz to nowe zakręty i kolejne obszary zabudowane. 180 km jedziemy 2,5 godziny.

Po południu świętujemy wszyscy 13. urodziny Gabrysi. A my cieszymy się, że udało nam się wyrwać na ten wyjazd i zobaczyć w pięknym jesiennym słońcu niezwykle malownicze bieszczadzkie krajobrazy. W Bieszczady wrócimy na pewno jeszcze nie raz, bo ciągną, oj ciągną!