Ferrata Benini – wstęp do słynnej Via della Bocchette

Mimo że najczęściej jest porównywana z innymi częściami Via della Bocchette – słynnej królowej ferrat – trasa Sentiero Benini zdecydowanie zasługuje na uwagę. Pozwala zapoznać się z surowym pięknem górnych partii Brenty, prowadzi nietrudnymi, a widokowymi pólkami, a w dodatku jest łatwo dostępna z górnej stacji kolejki na Passo Groste – okrężną trasę można więc bez problemu zrobić w jeden dzień.

Trudności ferratowe są niewielkie – trasa dobrze nadaje się na początek przygody z żelaznymi perciami. Najciekawszym, choć też najtrudniejszym momentem jest eksponowane zejście na przełęcz Tuckett – turyści wędrujący stromymi drabinkami na pewno pomyślą o tej z Koziej Przełęczy:) – tutaj jednak podobnych drabinek jest dużo, dużo więcej.

Po zakończeniu ferraty czeka nas zejście łatwym lodowczykiem do przepięknie położonego schroniska Tuckett, a potem łagodne podejście na przełęcz Passo Groste. Kto zdąży na kolejkę, na koniec wycieczki wygodnie zjedzie na dół, oszczędzając sobie pokonywania niepotrzebnego przewyższenia. Nam ta sztuka się nie udała, a jak to się skończyło – zobaczycie na koniec wpisu 😉

Ferrata Benini

2021.07.03

Informacje praktyczne

Punkt startowy to dolna stacja kolejki gondolowej na Passo Groste – aby tu dotrzeć, jadąc od dołu doliny Rendena przez Madonnę di Campiglio przejeżdżamy tunelem i niedaleko za jego wylotem zjeżdżamy na parking o nazwie Fortini (pod taką nazwą figuruje w Google Maps). Całodzienny postój w lipcu 2021 kosztował nas 5 euro. Za bilet w obie strony na całą trasę gondolki na Passo Groste zapłaciliśmy 21 euro za jedną osobę. Kolejka w sezonie jest czynna od 8:30 do 17:00.

Trudności na trasie nie przekraczają tych znanych z trudniejszych tatrzańskich szlaków. W tym roku wyjątkowo duże ilości śniegu powodowały jednak więcej kłopotów orientacyjnych oraz technicznych. Często trzeba było wypatrywać znaków szlaku gdzieś po drugiej stronie śnieżnego pola, a niektóre płaty śniegu były nieprzyjemnie strome i pokonywanie ich wiązało się ze sporą dawką adrenaliny. Przy zlodzeniu zdecydowanie przydałby się tu ekwipunek zimowy. W dniu naszej wycieczki jednak ani śnieg, ani lodowczyk nie były zlodzone, nie wyjmowaliśmy więc raków ani mini-raczków, chociaż w innych warunkach zdecydowanie mogłyby okazać się przydatne.

Z opisów trasy wynika, że zwykle (szczególnie w sierpniu) śnieg spotyka się właściwie tylko na lodowczyku pod przełęczą Tuckett, na zejściu do schroniska. My przechodziliśmy tę trasę na początku lipca po wyjątkowo przedłużającej się zimie – zapewne z tego powodu śniegu było dużo więcej niż zwykle.

Istnieje krótszy wariant zejścia do schroniska Tuckett, zwany Dallagiacomo. Pozwala on ominąć ostatni (ale naszym zdaniem najciekawszy!) fragment ferratowy i lodowczyk pod przełęczą Tuckett. W dzisiejszych śnieżnych warunkach znalezienie miejsca odejścia tego szlaku było jednak bardzo trudne orientacyjnie, ale nie zmartwiło nas to jakoś bardzo – i tak nastawialiśmy się na ferratowe zejście na przełęcz.

Przejście Sentiero Benini od Passo Groste do Bocca del Tuckett zajęło nam pełne 5 godzin (wliczając ok. 45 minut postojów) – zwykle tyle czasu zajmuje dojście do schroniska Tuckett. Zamknięcie pętli szlakiem od schroniska Tuckett do Passo Groste to dodatkowe 1,5-2 godziny. Możliwe jest też zejście ze schroniska Tuckett do Madonny di Campiglio – zajmie to nieco więcej czasu, ale uniezależnia nas od czasu pracy kolejki gondolowej.

Sentiero Alfredo Benini – dojście do początku odcinka ferratowego

Od budynku górnej stacji kolejki na Passo Groste idziemy za znakami szlaku nr 305 – będziemy nim podążać aż do Bocca del Tuckett. Kierujemy się w stronę Cima Groste, której sylwetka w miarę zbliżania się do niej robi się coraz bardziej majestatyczna. Po lewej mamy przed sobą górne piętro doliny Flavona. Przypomina nam ono ogromne pola ryżu albo zastygłą lawę, w tym roku widok jest jeszcze bardziej urozmaicony z powodu zalegającego na „tarasach” śniegu. Ta osobliwość jest szczególnie dobrze widoczna z wyższej perspektywy, z trawersu ściany Cima Groste.

Już podchodząc do ściany Cima Groste, napotykamy pierwsze pola śnieżne – na razie niewielkie. A śniegu na trasie będzie dzisiaj jeszcze bardzo, baaardzo dużo.

Okolice Passo Groste są dużym centrum narciarstwa zjazdowego z całą infrastrukturą dla miłośników białego szaleństwa.


Na Passo Groste znajduje się tu duży węzeł szlaków turystycznych.


Wybieramy szlak nr 305.


Za nami zostaje piękna sylwetka Pietra Grande, której zbocze trawersuje Sentiero Gustavo Vidi. Tą ferratą będziemy szli już za kilka dni!


Cima Groste swym majestatycznym kształtem zaczyna główną grań Brenty.


Roślinność górska jest tu wielką rzadkością.


Na szlaku zalegają rozległe po przeciągającej się zimie płaty śniegu.


Za nami zostaje skaliste i surowe górne piętro doliny Flavona.


Odpoczynek przed wejściem na ferratę Alfredo Benini.

Właściwa ferrata Benini

Po około godzinie podejścia meldujemy się przy tabliczce oznaczającej początek ferraty. Trawers ściany Cima Groste nie sprawia żadnych trudności, idziemy wygodnymi naturalnymi półkami skalnymi, są tutaj jedynie króciutkie odcinki z ubezpieczeniami.

Pierwsza przełęcz, do której wcięcia sprowadza nas szlak, to Bocchetta dei Camosci (2774 m). Podobnie jak wiele innych przełęczy na trasie słynnych ferrat Bocchette, tę przełęcz tylko trawersujemy, mogąc przez krótką chwilę nacieszyć się widokami po zachodniej stronie grani. Nasz szlak póki co nadal prowadzi jej wschodnią stroną.

Przed nami teraz imponujący trawers ściany Cima Falkner do najwyżej położonego punktu trasy (2910 m n.p.m.). Po drodze mijamy kolejny spory płat śnieżny – tym razem udaje się nam obejść go od góry, ale w jednym miejscu trzeba było się dosłownie przeciskać między ogromną czapą śniegu a skałami (zupełnie jakbyśmy byli w szczelinie brzeżnej lodowca).

Kolejny etap trasy to dobrze ubezpieczone zejście – bez istotnych trudności, niestety tutaj towarzyszą nam już chmury, zasłaniając piękne widoki – największy atut ferraty Benini. Z pozoru łatwy trawers Campanile di Vallesinella utrudnia nam kolejny, tym razem bardzo stromy płat śniegu. Jego przejście zdecydowanie nie należy do przyjemnych. Późniejszym latem jednak raczej nie będziecie mieć tu żadnych problemów.

Szlak sprowadza nas teraz na przełęcz Bocca Alte di Vallesinella – tu ścieżka przechodzi na zachodnią stronę grani, gdzie przed oczami ukazuje się nam ogromne pole śnieżne. To teren zajmowany kiedyś przez lodowiec Vedretta di Vallesinella Superiore – zwykle w jego miejscu można spotkać co najwyżej niewielkie płaciki śniegu, a dzisiaj cały teren pokrywa gruba warstwa białego śniegu. Przez pole śnieżne schodzimy dobre kilkanaście minut, mając początkowo spore wątpliwości orientacyjne (w końcu spod śniegu znaków nie widać…).

Sentiero Benini to najbardziej wysunięty na północ fragment głównej trasy turystycznej Brenty – Via della Bocchette.


To jednocześnie jeden z najłatwiejszych, choć wcale nie nudnych odcinków Bocchetty:)


Zaczynamy marsz szeroką półką skalną.


Z tej perspektywy ogromne „pola ryżowe” albo wielkie połacie lawy pokryte śniegiem (kto wymyśli jeszcze inne skojarzenie?) wyglądają zjawiskowo!


Za nami zostaje dolina Flavona z jej wschodnim otoczeniem.


Przed nami wspaniała ściana Cima Falkner.


Za chwilę będziemy ją trawersować widoczną z daleka wznoszącą się półką skalną.


Przed nami pierwsza dzisiaj przełęcz – Bocchetta dei Camosci.


Mamy okazję wyjrzeć na zachodnią stronę grani.


Przed nami rysuje się wschodnia ściana imponującej grani Cima Falkner.


Idziemy nadal wygodną półką skalną.


Takich trudności jednak nikt nie opisywał… Wierzcie, było trudniej niż to wygląda na zdjęciu.


Półka stopniowo wprowadza nas coraz wyżej.


Wielkie cielsko Cima Groste majaczy już w oddali.


To też ostatni moment na spojrzenie wstecz na dolinę Flavona.


Półka choć wygodna, bywa momentami eksponowana.


Po osiągnięciu kulminacji całej trasy zaczynamy pierwsze dłuższe ubezpieczone zejście.


Odcinek typowo ferratowy jest krótki i niezbyt trudny.


Trawersy stromych płatów śniegu dostarczają naprawdę dużej dawki emocji.


Śnieg zalega też w niektórych żlebach, które musimy przeciąć. To niezbyt miły punkt programu.

Na tym odcinku wędrówkę uprzyjemniają nam przebłyski słońca i przepiękne widoki na otaczające szczyty, w tym na wyrastającą przed nami charakterystyczną iglicę skalną Castelletto Superiore. Czujemy się trochę jak na księżycu, trochę jak na innej planecie – jest po prostu przepięknie!

Po przejściu na zachodnią stronę grani napotykamy ogromne pole śnieżne w miejscu dawnego lodowca.


Za nami zostaje Campanilla di Vallesinella.


W chmurach jej zbocza wyglądają jeszcze bardziej tajemniczo.


A my schodzimy w stronę ciekawej turni.


To iglica Castelletto Superiore – na prawo od niej schodzi w dół wariant Dallagiacoma.

Na pożegnanie z Sentiero Benini czeka na nas najbardziej emocjonujący jego ferratowy odcinek. Podchodzimy pod ścianę Bocca Sella i zaczynamy ciekawe technicznie zejście na przełęcz Bocca del Tuckett. Kilka stromych drabinek, w tym jedna nieco przewieszona, sprowadza nas w stronę przełęczy, do tego parę odcinków trawersujących do kolejnych drabin. Trudności na tym odcinku nie przekraczają B, ale ekspozycja robi swoje – to lubimy!

Zaczynamy ostatni, najciekawszy odcinek ferratowy.


Drabiny są naprawdę niczego sobie:)


Prawie jak na zejściu na Kozią Przełęcz:)


A tak to wygląda z dołu.


Podczas krótkiego trawersu wyłania się pod nami zaśnieżona przełęcz Tuckett.


Przed nami ściana, przez którą prowadzi początkowy odcinek ferraty Bocchette Alte.


Rozgałęzienie szlaków na przełęczy Tuckett.

Zejście z Bocca del Tuckett do schroniska Tuckett

Na tym fragmencie podążamy szlakiem nr 303. W dzisiejszych warunkach zajmujący górny odcinek trasy lodowczyk był w całości pokryty śniegiem. W razie zlodzenia powierzchni przydać mogłyby się raki. Otoczenie jest piękne, ale my niestety coraz bardziej się spieszymy – mamy jeszcze nadzieję, że zdążymy na ostatnią kolejkę:) A czyją matką jest nadzieja? No właśnie!

Przed nami całkowicie zaśnieżona droga zejściowa.


Śnieg kończy się dopiero niedaleko schroniska.


Otoczenie Rifugio Tuckett zasłane jest ogromnymi blokami skalnymi.


Szybko mijamy budynki schroniska i prawie biegniemy w stronę Passo Groste.

Powrót ze schroniska Tuckett

Szlak na Passo Groste ma numer 316. To bardzo przyjemny trawers zachodnich stoków grani Brenty, jednak my nie mamy specjalnie głowy do podziwiania pięknych okoliczności przyrody – pędzimy nim, jak tylko możemy, tracąc z każdą chwilą nadzieję na powrót kolejką i ostatnie siły w nogach…

Za nami zostaje ciemna ściana Torrione di Vallesinella – a te chmury już niosą solidny bdeszcz, który złapie nasz już za chwilę.

Zatrzymujemy się dosłownie 20 minut przed celem, bo wiemy już, że nie uda nam się zdążyć na gondolkę – a zabraknie nam – kurczę – ledwie kilka minut. Standard – taki scenariusz (bilet na wyciąg w kieszeni, a przewyższenie – niestety – w nogach…) przerabialiśmy już milion razy. I po co było się tak spieszyć… Na domiar złego zaczyna (zgodnie zresztą z prognozami) padać. Po krótciutkim postoju na kilka łyków herbaty i zmianę stroju na przeciwdeszczowy zaczynamy zejście w stronę naszego parkingu. Najpierw podążamy szlakiem numer 331 do Rifugio Graffer. Leje coraz bardziej. A przed nami kolejne przygody.

Mieliśmy trzymać się drogi technicznej wijącej się w dół wzdłuż trasy kolejki. Taki był plan. Skusiła nas jednak ścieżka wiodąca bezpośrednio wzdłuż kolejki, przez co oddaliliśmy się od drogi, a potem nie chciało nam się na nią wracać i od pośredniej stacji postanowiliśmy „skrócić” sobie drogę idąc ścieżką na prawo od kolejki. I wiecie, jak to się skończyło. Kto drogi prostuje, ten w polu nocuje. Mądrzy, ominęliśmy jeden niepozorny rozstaj ścieżki i zamiast wzdłuż kolejki urządziliśmy sobie spacer przez… hale Malga Vagliana i Malga Vaglianella… Te dodatkowe kilka kilometrów z wodą chlupiącą (naprawdę chlupiącą!) w butach i kilka fragmentów podejścia zamiast prostego zejścia w dół spowodowało niezły wysyp szczegółowych określeń włoskich zakrętów… Na osłodę jednak już na ostatnim odcinku zatrzymali się spontanicznie dwaj przemili włoscy wspinacze i absolutnie bezinteresownie zaproponowali nam, że zwiozą nas na dół! Nie musimy mówić, jak bardzo byliśmy im wdzięczni! Dziękujemy, Ragazzi!

Na dole byliśmy tak mokrzy, że mogliśmy wyciskać każdą część naszej garderoby, a z butów już od pewnego czasu woda wylewała się górą. Nie ma co, niezłą aklimatyzację sobie strzeliliśmy. Mimo to i tak uważamy dzisiejszą trasę za przepiękne rozpoczęcie włoskich wakacji w Dolomitach Brenta!

Nasz czas razem z całą, pełną przygód drogą zejściową to 9 godzin (sama pętla z Passo Groste zajęłaby 7 godzin).