Dolomity, dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

25 sierpnia 2016, czwartek

Nadal ciepło i pięknie, do 25 stopni

Marmolada

Trzy dni górskich wędrówek za nami – aklimatyzacja zakończona! Pogoda nadal piękna, więc nie ma co czekać: idziemy na Marmoladę – królową Dolomitów!

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) - nasz cel.

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) – nasz cel.

Dojazd (na Passo Fedaia) dzisiaj króciutki, zaledwie 20 minut jazdy od naszej mety. Już z drogi podziwiamy jezioro zaporowe Lago di Fedaia i oświetloną porannym słońcem Marmoladę. Ale największe zaskoczenie czeka nas już za chwilę. Pierwszy etap naszej dzisiejszej trasy pokonać mamy wyciągiem, który określano mianem „gondolowy”. Tymczasem okazuje się, że te „gondole” to ażurowe konstrukcje przypominające jako żywo… supermarketowe wózki podwieszone na długich pałąkach! Pakują nas do takiego jednego i jazda w górę! Pakują to dobre określenie, bo pan w biegu wpycha nas do tego ustrojstwa i zamyka jak bydło w zagrodzie!:) Na pewno nie jest to przejażdżka dla osób z lękiem wysokości, bo konstrukcja jest zupełnie ażurowa i osłania nas tylko do pasa. Jednak dla wszystkich odważnych to świetna atrakcja. Takim wyciągiem jeszcze nie jechaliśmy i raczej już nie pojedziemy. Wysiadamy na Pian del Falconi, na chwilkę zaglądamy do całkiem miłego wnętrza schroniska i sprawnie ruszamy. Chcemy wrócić przed zamknięciem wyciągu (aktualnie pracuje do 16:45).

Punkt startu - jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Punkt startu – jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Podejście na przełęcz Forcella Marmolada

Droga, niestety, najpierw sprowadza ponad 100 m w dół, aby ominąć wielkie skały – potem wysokość trzeba będzie nadrobić. Ścieżka kluczy między zadziwiającymi ogładzeniami lodowcowymi w nieco piarżystym terenie. Cały czas trzeba pilnować przebiegu szlaku, bo wokół sporo alternatywnych ścieżek, a oznakowanie, zwłaszcza w górnej części szlaku dojściowego, jest zdecydowanie niewystarczające i mylne (kopczyki często znajdują nie tylko przy właściwej trasie). Odczuliśmy to w drodze powrotnej, kiedy przynajmniej dwa razy zgubiliśmy na chwilę drogę.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Prawdziwe emocje zaczynają się jeszcze przed ferratą. Z daleka niepozorny lodowczyk leżący pod przełęczą okazuje się całkiem spory. Przed południem lód jest bardzo twardy, a kamienie utrudniają wbijanie raków w jego powierzchnię. Na szczęście M. uparła się, żeby raki zabrać, pomimo informcacji w wielu relacjach, że w lecie na tym szlaku najczęściej nie są one konieczne. Dzisiaj jednak praktycznie wszyscy podchodzący tym szlakiem zakładają raki, często też związują się liną i podpierają czekanami, bo zamiast rozmokniętego śniegu pod nogami mamy lód pokryty luźnym materiałem skalnym. Do podparcia wystarczyły kijki. Na szczęście przeprawa obywa się bez przygód, tylko zakładanie, a potem pakowanie raków do plecaka zajmuje sporo czasu.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Droga lodowcem kończy się pod skałami - tam zaczyna się ferrata.

Droga lodowcem kończy się pod skałami – tam zaczyna się ferrata.

Zaraz za lodowczykiem zaczyna się ostre, dobrze ubezpieczone podejście w kierunku przełęczy. Właściwie można powiedzieć, że już za lodowcem zaczyna się ferrata, chociaż nominalnie zalicza się do niej tylko odcinek od Forcella Marmolada do szczytu Punta Penia.

Wchodzimy na ferratę - kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Wchodzimy na ferratę – kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

 Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Via ferrata Marmolada

Od przełęczy podejścia stają się bardziej strome, właściwie przez znaczną część czasu wchodzimy na kolejne wielometrowe drabiny. Może nie ma jakichś wyjątkowychch wymagań technicznych, jednak pokonywanie tak długich ciągów ubezpieczeń w sporej ekspozycji męczy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Najbardziej martwiliśmy się, jak to będzie z zejściem, jeżeli trzeba będzie wymijać osoby wchodzące – szlak na Marmoladę cieszy się dużą popularnością.

 Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

 Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

 Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Rzut oka do tyłu - stamtąd przyszliśmy.

Rzut oka do tyłu – stamtąd przyszliśmy.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Opisywane w relacjach szczytowe pole śnieżne w tym roku jest wyraźnie mniejsze i w związku z tym praktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po piarżystym zboczu. Sam skraj lodowca jest miękki, więc tym razem obywamy się bez raków. Na szczycie zaskakuje nad widok brzydkiej budy letniego schroniska Capanna Punta Penia. Mimo to zaglądamy do środka i jesteśmy mile zaskoczeni. Wnętrze przytulne i ciepłe, gospodarz bardzo sympatyczny. Ceny adekwatne do wysokości, ale nareszcie mamy możliwość zamówić kluchy! Zamawiamy więc spaghetti i lecimy na krótką sesję foto na pobliski szczyt. Nasz rekord wysokości został pobity kolejny raz podczas tego wyjazdu – Marmolada wystaje 3343 m ponad poziom morza. Widoki oczywiście przepiękne, a z perspektywy szczytu nawet schronisko wygląda lepiej. Wracamy sprawnie i zaraz możemy doceniać walory smakowe naszego spaghetti, poprawionego pyszną kawą z mlekiem!

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Taka toaleta - tylko na Marmoladzie!

Taka toaleta – tylko na Marmoladzie!

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Zejście nad jezioro Lago di Fedaia

Posileni i pełni sił ruszamy w drogę powrotną. Raczej nie mamy już (i słusznie) nadziei na powrót kolejką, ale perspektywa schodzenia o 550 m więcej każe nam przyspieszyć kroku. Zejście trochę się dłuży, bo sama ferrata jest dość monotnna (prawie cały czas bardzo ostro w dół po stalowych kotwach i stopniach). Dzisiaj jakoś męczy nas pokonywanie drogi w ten sposób. Na szczęście podczas zejścia spotkamy tylko kilka wchodzących osób, więc nie ma problemów z wymijaniem się. Mocno zmęczeni przechodzimy przez Forcella Marmolada i schodzimy na skraj lodowca. Tam robimy dłuższy postój, a potem przechodzimy ponownie lodowczyk. Ciężko znaleźć dobre miejsce do zejścia z niego, bo obrzeża są zasypane drobnymi kamyczkami, po których ciężko przejść w rakach, a buty bardzo się ślizgają na wystającym miejscami lodzie. Po chwili  lodowcowych łamigłówek bezpiecznie przechodzimy ten odcinek trasy, a potem sporo błądzimy w poszukiwaniu kiepsko oznakowanego i mylnego szlaku.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Piz Boé - wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

Piz Boé – wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Przy górnej stacji kolejki „wózkowej” meldujemy się około dwie godziny po jej zamknięciu (a bilety na powrót – jak poprzednio – w kieszeni…), więc niestety czeka nas jeszcze spore zejście. Początkowo teren jest piarżysty, a później w najbliższym otoczeniu szlaku dominują zjawiska krasowe, zwłaszcza naprawdę urodziwe lejki krasowe. Chwilę odpoczynku przy rozstaju szlaków pod Col do Bousc umila nam oglądanie świstaka – warto było jednak tędy zejść!

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Nasze czasy: Wejście: 9:15 (Pian dei Fiacconi) – 13:40 (szczyt Punta Penia), zejście: 14:10–19:40 (ze szczytu na parking nad Lago di Fedaia)

Na tej wycieczce zależało nam chyba najbardziej. Wiadomo, Marmolada. Królowa Dolomitów nas nie rozczarowała. Może sama w sobie nie jest najładniejszym szczytem, ale pokryta lodowcem bardzo wyróżnia się wśród okolicznych masywów. Emocjonujące przejście przez lodowczyk, całkiem spora ferrata i zaskakująco miła atmosfera sezonowego schroniska na szczycie Punta Penia na długo pozostaną w naszej pamięci.

Trudości na tym szlaku nie są większe niż te na Orlej Perci, jednak ciągłe pokonywanie długich eksponowanych ścian może się dać psychicznie i fizycznie we znaki. Na pewno nie jest to trasa dla turystów zaczynających przygodę z ferratami, ale szlak nie powinien sprawić problemu z osobom z doświadczeniem w pokonywaniu trudniejszych wysokogórskich szlaków, o dość dobrej kondycji i przy stabilnej pogodzie. Polecamy zabranie raków na pokonywanie lodowczyka, bo – jak przypuszczamy – warunki na nim mogą być bardzo zmienne. Jeśli raki będą niepotrzebne, najwyżej zostaną w plecaku – nam się dziś bardzo przydały.

Dolomity, dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Masyw Cristallo już był, masyw Selli również, dziś przyszła pora na Tofany ( na zdjęciu powyżej widziane z masywu Selli). Spośród dostępnych szlaków wybieramy ferraty di Dentro i Formenton, umożliwiające przejście granią między Tofaną di Mezo (3244 m n.p.m.) i Tofaną di Dentro (3238 m n.p.m.) oraz zejście do pośredniej stacji kolejki.

Przejście ferratą między Tofaną di Mezzo i Tofaną di Dentro

Po drodze zatrzymujemy się fotograficznie w uroczej miejscowości Caprile, przez którą prawie codziennie przejeżdżamy.

Urocza miejscowość Caprile - widujemy ją po drodze.

Urocza miejscowość Caprile – widujemy ją po drodze.

Rano w pełnej turystów Cortinie mamy przejściowe problemy ze zlokalizowaniem dojazdu na parking pod kolejkę linową na Tofany – drogowskazów prawie brak i musimy polegać na mapie. Uff, udało się. Zaraz na parkingu spotykamy sympatyczną rodzinę z Polski, zamieniamy kilka słów, po czym szybko kupujemy bilet i prawie od razu wskakujemy do kolejki. Kolej linowa wiodąca z Cortiny na Tofanę di Mezzo to imponujące założenie inżynieryjne. Wjazd przebiega trzyetapowo, a ostatni odcinek wagonik pokonuje bez dodatkowych podpór dla liny. Wysokogórskie widoki rozlegające się dookoła dosłownie zapierają dech w piersiach. Wjazd na Tofanę jest godny polecenia choćby jako atrakcja sama w sobie, nawet dla osób nieprzepadających za wędrówkami po górach.

Z górnej stacji kolejki wychodzi się prosto na wspaniały widokowy taras, na którym można zażywać kąpieli słonecznych i rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Łatwa ścieżka wprowadza na szczyt Tofany di Mezzo (3244 m n.p.m.) – warto tu podejść te kilka minut, bo widoki faktycznie są zachwycające. A my pobijamy kolejny rekord wysokości! Nie do końca się liczy, bo jednak kolejką, ale zawsze!

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Górna stacja kolejki z tarasem - solarium, w tle masyw Cristallo.

Górna stacja kolejki z tarasem – solarium, w tle masyw Cristallo.

Sama ferrata zaczyna się nieco poniżej szczytu. Zakładamy kaski, uprzęże i lonże i ruszamy. Za nami kilkoro innych turystów – trasa ta cieszy się (zasłużenie!) dużą popularnością.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Pierwszy odcinek trasy nie jest trudny technicznie i wiedzie trawersem po półce skalnej. Jednocześnie to idealna okazja do studiowania budowy geologicznej Tofan. Spoglądamy na zostającą w tyle Tofanę di Mezzo – tu płyty skalne chyba stanęły na głowie!

Tofana di Mezzo - niesamowicie wygląda od tej strony.

Tofana di Mezzo – niesamowicie wygląda od tej strony.

Trudniej zaczyna się robić dopiero za przełęczą – opuszczamy wygodną półkę, a grań robi się powietrzna. Bardziej wymagające odcinki są jednak krótkie, a trudności nie przewyższają tych znanych z Orlej Perci. Należy uważać zwłaszcza na odcinkach bez zabezpieczeń – ścieżeczka jest wąziutka, a ekspozycja ogromna.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Patrzymy przez okno skalne, a tam - Marmolada.

Patrzymy przez okno skalne, a tam – Marmolada.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Po niespełna półtorej godziny od wyruszenia na ferratę stajemy na Tofanie di Dentro (3238 m n.p.m.). Na szczycie spotykamy niezwykle sympatyczną grupę Włochów – mocno starszych panów (80 na karku!) i naszych znajomych Państwa z parkingu. Z chęcią zatrzymujemy się na postój, bo kiszki z głodu marsza raźno grają. Znajdujemy idealny do tego celu grajdołek kilka kroków za szczytem z pozostałościami drewnianej konstrukcji. Mili panowie śmieją się, że znaleźliśmy świetną restaurację i robią nam wspólne zdjęcie 😉

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Croda Rossa na tle Alp.

Croda Rossa na tle Alp.

Ristorante Tofana.

Ristorante Tofana.

Zejście z Tofany di Dentro do pośredniej stacji kolejki

Szlak sprowadza w dół piarżystym zboczem, które stopniowo przechodzi w grań. Po doświadczeniach poprzednich dni obawialiśmy się tego piarżystego zejścia, ale tu ścieżka z zakosami utrzymała się całkiem nieźle i schodziło się przyzwoicie. Na tym odcinku bardzo pomocne są kijki.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Widoki może nie są tak rozległe jak na grani między Tofanami, ale i tak nie można oderwać od nich oczu. Szlak co chwilę zmienia swój charakter i nie dłuży się.

Tofana di Dentro od północy - jakże inna.

Tofana di Dentro od północy – jakże inna.

Po chwili musimy schować kijki i znów przypiąć się do lin asekuracyjnych, po chwili szlak znów zamienia się w ścieżkę, potem znów mamy krótkie odcinki ferratowe, potem – zejście żlebem.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Tuż przed zejściem z grani znajdujemy biwak Baracca degli Alpini. W środku miło i przytulnie. Warunki do spędzenia nocy są tu daleko lepsze niż te na biwaku przy ferracie I. Dibona.

Bivacco Baracca degli Alpini - najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

Bivacco Baracca degli Alpini – najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

We wnętrzu edukujący obrazek.

We wnętrzu edukujący obrazek.

Podczas całego zejścia głównym problemem jest niezwiązane z ziemią podłoże. Ścieżka jest wygodna, ale wąska, a jest gdzie się zsunąć. W pewnym momencie szlak przeprowadza przez malownicze okno skalne.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

I znowu ktoś zrobił nam zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

I znowu ktoś zrobił nam wspólne zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

Po przekroczeniu okna kończą się wszystkie trudności i niczym ceprostradą wędrujemy aż do pośredniej stacji kolejki (Ra Valles).

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okolice stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

Okolice stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty - Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty – Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

Cała nasza dzisiejsza wycieczka była przepiękna, godna polecenia dla każdego, kto ma doświadczenie w poruszeniu się po szlakach wysokogórskich i nie jest wrażliwy na ekspozycję.

Nasze czasy: 11:00-12:30 ferrata między Tofanami, 13:00-15:50 – zejście ferratą Formenton

Timing mamy niezły, więc postanawiamy coś zjeść w Rifugio Ra Valles. Tu jednak mają dziś tylko przekąski typu toasty. Zjeżdżamy więc kolejką na kolejną stację pośrednią. Czeka tu na nas restauracja z miłym tarasem widokowym. Dobra nasza. W menu wypatrujemy rivioli nadziewane serem, ślinka cieknie. Już mamy składać zamówienie, a tu kelner informuje nas, że właśnie przestali wydawać ciepłe posiłki. Cóż, musimy obejść się smakiem. W takiej sytuacji zjeżdżamy prosto do Cortiny i wsiadamy do samochodu z planem zatrzymania się na obiad gdzieś po drodze.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Dziś wracamy do Sottogudy drogą 638 przez przełęcz Giau (2236 m). Jechaliśmy już tędy podczas drogi z Wiednia w Dolomity, ale wtedy było ciemno i lało, no i nie było żadnych widoków. Mieliśmy ochotę odczarować tę drogę. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę, by z bliska przyjrzeć się szczytowi Ra Gusela (2595 m n.p.m.), znanemu z wielu kalendarzy z górskimi widokami. Przy okazji lokalizujemy knajpę na przełęczy. Mają kluchy, idziemy! Chcemy składać zamówienie i … słyszymy, że na ciepłe dania zapraszają dopiero od 19:30. Czy nad nami krąży dziś nasza klątwa?

Ra Gusella z Passo Giau - jedna z wizytówek Dolomitów.

Ra Gusella z Passo Giau – jedna z wizytówek Dolomitów.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Docieramy do Sottogudy głodni jak wilki. Sytuację ratują jajka, cebulka i papryka w lodówce;)

Dolomity, dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta

Wczoraj wróciliśmy tak skonani, że postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od gór i trochę się polenić. Ale gdy rano wyjrzeliśmy za okno i zobaczyliśmy bezchmurne niebo – no po prostu nie dało się zrezygnować z wycieczki.

Po burzy mózgów na dzisiejszy dzień „kondycyjny” obieramy cel wymagający niezbyt długiego i niezbyt trudnego dojścia, ale za to oferujący piękne widoki – Piz Boé (3152 m n.p.m.) – trzytysięcznik masywu Selli.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Na jego szczyt prowadzi aż sześć różnych dróg. Po namyśle odrzucamy propozycję najkrótszego i najłatwiejszego wejścia z przełęczy Forcella Pordoi – w sezonie wędrują tędy tłumy ludzi wjeżdżających kolejką na Sass Pordoi, a szlak nie jest specjalnie ciekawy. W zamian wybieramy wejście na Piz Boé od północnego-wschodu, granią Cresta Strenta. To trasa ze wszech miar warta polecenia. Widoki są przefantastyczne, a szlak ciekawy i nienużący. Trudności skalne niewielkie, choć na grani miejscami jest spora ekspozycja, co dla niektórych może zapewne stanowić problem. Sprzęt ferratowy niepotrzebny, choć kask – chyba jak na wszystkich szlakach Dolomitów – nie zawadzi.

Rano podjeżdżamy do miejscowości Corvara , skąd wyciągiem gondolowym i krzesełkowym Vallon wjeżdżamy na wysokość ponad 2500 m. Tym razem wszystko działa, nie to co wczoraj, ale radość!

Przed nami Corvara - stąd zaczniemy wycieczkę.

Przed nami Corvara – stąd zaczniemy wycieczkę.

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Spacer z górnej stacji do schroniska Kostner zajmuje ok. 15-20 min. Spod schroniska roztaczają się piękne widoki, ale nie zabawiamy dłużej, tylko ruszamy w dalszą drogę, pomni wczorajszego niezdążenia na kolejkę.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po chwili wygodna ścieżka znika – chowamy kijki i przez kolejne chwile zajęci jesteśmy pokonywaniem progów skalnych. Skała jest dobrze urzeźbiona i ten odcinek nie sprawia problemów. Piarżyste podejście na grań Cresta Strenta jest nieco męczące i trochę się dłuży, z przyjemnością stajemy wreszcie na grani.

Nasz cel - po prawej grań Cresta Strenta, po lewej - szczyt Piz Boé.

Nasz cel – po prawej grań Cresta Strenta, po lewej – szczyt Piz Boé.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Ostatni, graniowy odcinek to najprzyjemniejsza część szlaku. Ze wszystkich stron otaczają nas wspaniałe widoki, a i nudno też nie jest – grań jest wąska, dużo powietrza pod nogami, miejscami trzeba uważnie stawiać kroki.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Za nami Piz Lech Dlace - stamtąd przyszliśmy.

Za nami Piz Lech Dlace – stamtąd przyszliśmy.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Na szczyt Piz Boé wchodzimy w sznureczku innych turystów, którzy dotarli tu od strony Sass Pordoi. Okolice wierzchołka swoim zatłoczeniem przypominają nasz Giewont czy Rysy, no może poza jedną różnicą – na szczycie Piz Boé dodatkowo jest schronisko z tarasem restauracyjnym, miejscem do lądowania helikopterów itp. Naprawdę! Przez to szczyt traci zupełnie swój wysokogórski charakter – jesteśmy przecież na wysokości 3152 m! Uświadamiamy sobie, że właśnie pobijamy swój rekord – tak wysoko jeszcze nigdy nie byliśmy! Niesmak spowodowany nadmiarem szczytowej cywilizacji wynagradzają rozciągające się ze wszystkich stron wspaniałe panoramy.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył - jest tabliczka.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył – jest tabliczka.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Zejście z Piz Boé wschodnim szlakiem Rissa da Pigolérz

Gęsta sieć szlaków w okolicy Piz Boé umożliwia nam powrót do górnej stacji kolejki inną drogą. Wybieramy szlak wprowadzający na Piz Boé od wschodu, tzw. Rissa da Pigolérz. Trasa jest na pewno mniej widokowa niż szlak przez Cresta Strenta, za to szybsza i łatwiejsza.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Odpoczynek w takiej scenerii - bajka!.

Odpoczynek w takiej scenerii – bajka!.

Główną trudnością szlaku są najpierw usypujące się spod nóg piargi, a potem – zejście stromym i niewygodnym żlebem, od którego nota bene szlak wziął swoją nazwę. Kiedyś jakaś ścieżka tam była, ale teraz wszystko przeminęło z piargiem. Jest stromo, a wszystko jedzie spod nóg. Rozwieszone z boku liny specjalne nie poprawiają sytuacji. My wybraliśmy strategię schodzenia najpierw jedną, potem drugą stroną żlebu, przytrzymując się skał, ale inni turyści wybierali wariant na wprost. Który lepszy, nie wiadomo, na pewno potrzebny tu spokój i rozwaga. Przyda się też kask na głowie, szczególnie jeśli nad nami idą inne osoby.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Po pokonaniu żlebu ścieżka zmienia się w wygodną autostradę. Szczególnie przyjemnie wspominamy fragment prowadzący pod imponującymi okapami skalnymi.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

I zamykamy pętelkę - przed nami schronisko Kostner.

I zamykamy pętelkę – przed nami schronisko Kostner.

Dwie godziny ze spokojnym odpoczynkiem w środku schodzenia i stawiamy się przy górnej stacji kolejki krzesełkowej. Te okolice są bardzo licznie odwiedzane przez turystów, mimo to ani rano, ani teraz czekać na wyciąg nie musimy. Najpierw krzesełka, potem gondola i jesteśmy z powrotem w Corvarze.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Dzisiejsza wycieczka na tyle nas nie wymęczyła, że mamy ochotę jeszcze na krótki spacer na dole. Byliśmy przekonani, że włoskich knajpek będzie tu jak grzybów po deszczu, a tymczasem mamy wielki problem, by znaleźć miejsce, gdzie można coś zjeść. Już wydaje nam się, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale po zajęciu stolika pani informuje nas, że kuchnia jest czynna dopiero od 18:00. Trzeba było zjeść coś przy wyciągu – widzieliśmy przecież napis Pizza Boé, który tak bardzo nas rozbawił – a nie szukać lokalnego niewiadomoczego). Wreszcie udaje nam się znaleźć bar, w którym zjadamy pokaźną bruschettę i smaczny zawijasek z szynką i cukinią. Może robić za obiad;)

Nasze czasy: 10:40-11:00 schronisko Kostner, 11:00-13:45 wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta, 14:00-16:00  zejście szlakiem Rissa da Pigolérz

Dolomity, dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

22 sierpnia 2016, poniedziałek

Nareszcie pięknie i słonecznie, tylko jeszcze chłodno, zwłaszcza rano, w dzień do 21 st.

Ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Miało być lekko, w miarę łatwo i z pięknymi widokami, czyli tak: wjazd dwoma wyciągami na początek ferraty, przejście jej i powrót do pośredniej stacji wyciągu. Niestety, wszystko potoczyło się zupałnie inaczej.

Na pierwszy dzień dobrej pogody planujemy niezbyt trudną, ale długą i widokową ferratę Ivano Dibona. Jej przejście zajmuje około pięciu godzin, ale na sam początek ferraty wjeżdża się dwoma wyciągami. Potem trzeba jeszcze wrócić do stacji pośredniej wyciągów, ale razem można sprężyć się przed zamknięciem i być z powrotem przy samochodzie ok. 17:00. Tyle teoria.

Meldujemy się na parkingu przy Ristorante Rio Gere o 9:00.

Rio Gere - zaczynamy.

Rio Gere – zaczynamy.

Parking jest duży i bezpłatny, ale dzisiaj stosunkowo pusty. Myślimy sobie: dobra nasza, pewnie tak wcześnie przyjechaliśmy. Idziemy do kasy wyciągów, a tam wielki plakat informuje, że drugi (dłuższy) wyciąg jest … zamknięty. Po prostu zbaranieliśmy, zwłaszcza, że dzisiaj rano w Internecie jeszcze sprawdzaliśmy cennik biletów i nie było żadnej informacji na ten temat. Nie rozumiejąc do końca treści plakatu, pytamy pani w kasie, do kiedy będzie zamknięty ten wyciąg, licząc, że może za kilka dni tu wrócimy. Pani rozbraja nas zupełnie niechętną odpowiedzią „FOREVER”! Dopiero wtedy dociera do nas treść plakatu (a właściwie doczytujemy angielską wersję: „closed due to end of technical life”). Wyciąg po prostu dożył końca swoich dni!

Ale co teraz z naszym planem? Krótka burza mózgów i spojrzenie na schemat szlaków. Stwierdzamy zgodnie, że nie jedziemy nigdzie indziej, tylko próbujemy przejść chociaż kawałek ferraty, wchodząc na nią „od środka”, czyli przez żleb za połową jej trasy i próbując przejść chociaż fragment w kierunku Forcella Stounies. Kupujemy bilet na wyciąg Rio Gere – Son Forca. Liczymy, że oczywiście zdążymy nim zjechać przed zamknięciem, czyli przed 17:00.

Wyciąg jest bardzo komfortowy, w porannym chłodzie miło zamknąć pokrywę kanapy i oglądać cudne widoki. Na górze lokalizujemy nieczynny wyciąg, którym mieliśmy pokonać kolejne 710 m przewyższenia. Urocze kolorowe kubełki nadal wiszą na linie, nieświadome tego, że skończą jako żyletki. A pod kubełkami widzimy długi i stromy żleb całkowicie zasypany piargiem. A w żlebie ludzi idących w górę… Nie braliśmy pod uwagę wchodzenia tędy, bo w przewodniku spotkaliśmy opinie, że zejście nim wymaga „umiejętności poruszania się w żywym piargu”, co zdecydowanie nas nie zachęciło. Jednak ferrata Ivano Dibona korci, więc czemu i my nie mielibyśmy spróbować? Na pewno w górze są jakieś zakosy. W końcu o podchodzeniu nikt nie pisał, bo kto by podchodził, jak jest wyciąg. Tylko że teraz go nie ma!

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie...

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie…

Pierwsza część trasy idzie nam całkiem dobrze, czujemy się trochę, jakbyśmy podchodzili w górę trasą narciarską (kiedyś w ten sposób wchodziliśmy w zimie na Chopok). Im bliżej końca żlebu, tym bardziej stromo, a kamyczki coraz luźniej związane z podłożem. Piarg po prostu usypuje się spod nóg, brniemy w nim po kostki, mając wrażenie, że zaraz zjedziemy kilkadziesiąt metrów w dół. Co chwila słychać łoskot sypiących się skądś kamieni. Mało przyjemne uczucie. Na przełęcz Forcella Stounies docieramy po nieco ponad 2 godzinach zupełnie wykończeni. Wita nas widok budynku Rifugio Lorenzi. Niestety, obecnie schronisko  jest zamknięte – prawdopodobnie z racji „zakończenia życia” wyciągu straciło rację bytu. Obecnie zamiast setek czy nawet tysięcy ludzi dociera tutaj maksymalnie kilkadziesiąt osób dziennie. Dla nas to akurat dobrze, bo nie lubimy tłumów w górach i właśnie możliwość ich uniknięcia zaważyła dzisiaj o tym, że nie zmieniliśmy planów pomimo zamknięcia wyciągu. Chowamy się przed wiatrem za budynkiem kasy wyciągu, bo wieje straszliwie. Na zacienionych miejscach wiszą świeże sople.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

Odpoczynek w pięknej scenerii z żebrzącymi o jedzenie wieszczkami dobrze nas regeneruje. Ruszamy dalej! Wchodzimy po metalowych schodkach, mijając tablicę poświęconą patronowi ferraty. Potem drabinka i już – jesteśmy na grani! Widoki przecudowne – nie będziemy nawet próbować ich opisać. Po chwili pojawiają się dodatkowe atrakcje – tunel (w którym również wiszą spore sople, co pozwala prawidłowo ocenić panującą dzisiaj temperaturę…) i wiszący mostek. Podobno do niedawna właśnie do tego miejsca docierały tłumy ludzi z wyciągu. Dzisiaj tu pusto i pięknie. Mostek faktycznie robi wrażenie – buja się, w dole przepaść – wszystko tak, jak ma być!

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Spotkaliśmy tu dwoje turystów, którzy przy okazji załapali się na zdjęcie, już z następnej drabinki.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ferrata Ivano Dibona w ogóle jest przepiękna, ale te pierwsze kilkaset metrów robi zdecydowanie największe wrażenie. Na nas szczególnie odcinki samą granią z przecudownymi widokami – właśnie po to tu przyszliśmy. Stwierdzamy, że nie mamy czasu na podejście w bok na szczyt Cristallino d’Ampezzo. Pocieszamy się, że widoki z grani są prawie równie rozległe, więc zdobycie pierwszego w naszej karierze trzytysięcznika poczeka.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d'Ampezzo (3008 m).

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d’Ampezzo (3008 m).

Przez nami Tofany.

Przez nami Tofany.

Staramy się iść sprawnie, mając jeszcze nadzieję, że zdążymy na zjazd wyciągiem. Mijamy przełęcz Forcella Grande, szczyt Cresta Bianca i kolejną przełęcz Forcella Padeon. Po drodze sporo pozostałości stanowisk strzelniczych z I wojny światowej i pozostałości baraków z tego okresu.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

W jednym z baraków urządzono biwak Forcella Padeon (lub Buffa di Perrero). Zatrzymujemy się w nim na postój po około dwóch godzinach drogi. Nie chcielibyśmy tu spędzać nocy – wnętrze zawalone jakimiś rusztowaniami, nie ma drzwi, ani okien. Zimno jak w psiarni. Na odpoczynek się jednak nadaje, są nawet cztery krzesła. Powoli zdajemy sobie sprawę, że nie zdążymy na wyciąg, nawet planując zejście przed końcem ferraty. No nic, trudno, dla tych pięknych widoków warto zejść kolejne kilkaset metrów na dół!

W jednym z baraków można przenocować - biwak Buffa di Perrero.

W jednym z baraków można przenocować – biwak Buffa di Perrero.

Kolejny odcinek trasy na charakter wysokogórskiego szlaku, jednak nadal jest bardzo przyjemny. Szczególnie zapada nam w pamięć trawers Vecchio del Forame po imponujących półkach skalnych. Niesamowicie piękny szlak!

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Wędrówka granią kończy się dziś dla nas na przełęczy Forcella Alta. Po zejściu około dwustu metrów żlebem spadającym z przełęczy, ferrata Ivano Dibona zakręca w prawo, na dalszą część grani, już sporo niższej w tym miejscu. Po małym odpoczynku idziemy dalej w dół, do podnóży grani.  Myśleliśmy, że zejście będzie już łatwe i przyjemne, niestety przed nami kolejne kłopoty.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Gdy szlak sprowadził nas po niewygodnych piargach oraz skałkach i progach (częściowo ubezpieczonych – z radością witamy skały po uciążliwym zsuwaniu się na kamyczkach) okazuje się, że na sporym fragmencie szlak się obsunął i mamy do pokonania ogromną wyrwę. Robimy to z niemałymi trudnościami – częściowo zjeżdżając razem z kamieniami, niestety nie tylko drobnymi… W kolejnym żlebie napotykamy podobne kłopoty. Tutaj już jednak nie jest tak stromo, więc przeprawa idzie sprawniej.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Ostatnie dwie godziny naszej wędrówki to spory odcinek podejścia doliną Padeon u podnóży grani, którą szliśmy w kierunku Son Forca. Nie podchodzimy już do samego schroniska, tylko kierujemy się na Passo Son Forca. Kamienistą drogą, a potem szlakiem schodzimy na parking. Jesteśmy w samochodzie o ponad trzy godziny później niż planowaliśmy.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Do naszej Sottogudy docieramy już zupełnie po ciemku, o 21:30.

Nasz czas: 9:00 – 20:00 (z wjazdem wyciągiem), ok. 12 km, 1000 m w górę, 1500 m w dół

Co prawda nie udało nam się przejść całej trasy ferraty Ivano Dibona, jednak nie żałujemy naszych dzisiejszych planów ani ich realizacji. Na trasie sie zabrakło wrażeń ferratowych ani widokowych. Do tego sporo niespodzianek i nowych doświadczeń. Choćby umiejętność chodzenia po piargach i bezpiecznego zsuwania się nimi. Albo przejście szlaku „dla ludzi ze skłonnością do samoudręczenia”, jak w swoim przewodniku napisał Tkaczyk o podejściu żlebem na Forcella Staunies. Tyle wrażeń, a to dopiero pierwszy dzień naszych prawdziwych dolomickich wędrówek!

Dolomity, dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

21 sierpnia 2016, niedziela

Ok. 18 stopni, częściowe zachmurzenie, przelotny deszcz

Serrai di Sottoguda

Pogoda deszczowa, więc zamiast gór w planach mieliśmy zwiedzanie Padwy. Ale po sprawdzeniu w nawigacji, że dojazd zająłby nam trzy godziny w każdą stronę, zmieniamy plany na luźniejszy dzień i powłóczenie się po najbliższej okolicy. I dobrze! Cały czas uczymy się powstrzymywania naszej naturalnej tendencji do latania z językiem na brodzie od rana do wieczora, a potem żałowania, że nie potrafimy pozwolić sobie chociaż na chwilę nicnierobienia:)

Dom naszych gospodarzy leży tuż obok wejścia do Serrai di Sottoguda – jednego z najpiękniejszych naturalnych wąwozów Dolomitów. Plan kształtuje się więc automatycznie. Po nieśpiesznym śniadaniu (kiedy ostatnio mieliśmy taką okazję? Chyba na poprzednim wypadzie we dwoje) stajemy u wylotu wąwozu. Otrzymana od naszych gospodarzy Karta Marmolada uprawnia nas do darmowego wejścia (normalnie cena biletu to 3 Euro).

Rano wyglądamy za okno - jak pięknie! Tu mieszkamy - Sottoguda 72.

Rano wyglądamy za okno – jak pięknie! Tu mieszkamy – Sottoguda 72.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Wąwóz Serrai di Sottoguda rozciąga się na przestrzeni 2 km między miejscowościami Sottoguda i Malga Ciapéla. Idziemy wzdłuż malowniczego potoku Pettorina, a z obu stron wyrastają ponad stumetrowe ściany skalne. Surowa sceneria jest niezwykle malownicza. Niektóre odcinki przypominają nam naszą Kościeliską. Po zboczach skał nieustannie spływa woda. Zimą tworzą się tu ogromne lodospady – to miejsce jest mekką dla amatorów wspinaczki lodowej. Koniecznie musimy przyjechać tu w zimie i pokazać to miejsce dzieciom.

Wąwóz kończy się w niewielkiej miejscowości Malga Ciapéla, która leży u stóp Marmolady – królowej Dolomitów. Podchodzimy pod stację kolejki linowej, wwożącej turystów na Punta Rocca – jeden ze szczytów Marmolady. Pogoda dziś jednak marna, z widoków byłyby nici. Ograniczamy się więc tylko do kupienia pamiątek dla chłopaków, Babć i Dziadków w naprawdę świetnie zaopatrzonym sklepie z pamiątkami. Stylowo i nie zabójczo dla portfela, a to zdarza się rzadko:)

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż - znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż – znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Wodospad Franzei

Wodospad Franzei

...po chwili zostaje za nami.

…po chwili zostaje za nami.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Szlakiem z Malgi Ciapéli do Sottogudy

Prawdziwy turysta nigdy tą sama drogą nie wraca. Na mapce otrzymanej przez naszą panią gospodynię zauważamy, że z Malgi Ciapéli do Sottogudy prowadzi szlak trawersujący zbocze nieco na lewo od szosy. Dziwne, ale ta ścieżka w ogóle nie była zaznaczona na naszych mapach (1:25 000, wydawnictwo Tabacco). Sprawdzamy na schemacie szlaków umieszczonym przed kasą kolejki – wszystko się zgadza, szlak jest. Po krótkich problemach znajdujemy upatrzoną ścieżkę.

Wąska dróżka wije się przez las, w kilku miejscach przecina piargi. Spektakularnych widoków brak, do tego przeszkadza trochę bliskość szosy i linii wysokiego napięcia, ale możemy odpocząć od ludzi i po prostu pocieszyć się chwilą. Z chęcią siadamy na drugie śniadanie gdzieś na kamieniu i cieszymy się, że dzisiaj nigdzie nam się nie spieszy. Im dalej, tym ścieżka ładniejsza. Wchodzimy w ładny mieszany las, który na końcu szlaku ustępuje miejsca bukom. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Znowu kilka kroków i na wysokości Sottogudy ścieżka przytula się do wielkiej ściany skalnej – pokonanie niewielkiego urwiska ułatwia mostek. Szczególnie ładnym punktem trasy jest punkt widokowy nad Sottogudą – niewielka miejscowość, przycupnięta w dolince wzdłuż potoku, prezentuje się stąd niezwykle malowniczo. Innych atrakcji także nie brakuje. W pewnym momencie na trasie spotykamy zbójców i Babę Jagę, a nawet schwytane przez nią dzieci gotujące się w kotle! Oj, trzeba mieć się na baczności. Tajemnica bajkowych postaci wyjaśnia się na dole – wzdłuż naszej ścieżki odtworzono przebieg jednej z legend Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że nasz dzisiejszy spacer jest świetną propozycją dla rodzin z dziećmi. Sami chętnie zabralibyśmy tu chłopców.

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady - królowej Dolomitów

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady – królowej Dolomitów

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

 Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Po zejściu do Sottogudy nasz główny cel to znalezienie przyjemniej knajpki na obiad. Czy to nie cudowne – za oknem górskie szczyty, a po powrocie z wycieczki delektowanie się włoską kuchnią? Oj, coś czujemy, że w te rejony wrócimy jeszcze nie raz! Przy okazji urządzamy sobie bardzo klimatyczny spacer po Sottogudzie. W tej starej górskiej wiosce zachowało się kilka dawnych drewnianych domów. Każdy, i nowy, i stary, są pięknie udekorowane kwiatami. W sercu miejscowości skrył się malutki kościółek z wieżą. Tak tu jakoś … prawdziwie. Rezygnujemy z możliwości zjedzenia w przyhotelowej restauracji, w zamian wybierając lokalną pizzerię. Podniszczone meble i kanapy świadczą o długiej historii tego miejsca. To chyba najchętniej wybierany lokal przez miejscowych – trudno znaleźć miejsce przy stoliku. A pizza smakuje naprawdę inaczej niż u nas! Jemy smacznie, do syta i niedrogo. Mniam!

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

Zachowało się tu sporo starych domów.

Zachowało się tu sporo starych domów.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie - trudno tu o wolny stolik

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie – trudno tu o wolny stolik

Wieczorem zajmujemy się sprawą najwyższej wagi – gdzie by tu jutro pójść?

Dolomity, dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

19 sierpnia 2016, piątek

Ładnie i przyjemnie ciepło, do 26 st.

Warszawa-Kraczkowa

Poranek w domu o dziwo mija bezproblemowo, mimo konieczności wstania o 5:00 i (o zgrozo!) obudzenia chłopaków, przyzwyczajonych na wakacjach do późnego wstawania. Po lekkim śniadaniu, ogarnięciu Grzesia (o 7:00 przejmuje go Pani Małgosia, a potem niezastąpieni Babcia i Dziadek – dziękujemy!) i doszykowaniu bagaży ruszamy tuż po 7:00. Jeszcze nie wierzymy, że jedziemy we dwoje. Na razie głównie martwimy się tym, czy wszystko spakowaliśmy dla dzieci, czy o wszystkim powiedzieliśmy przed odjazdem, czy wszystko będzie dobrze. Najmniej martwimy się tym, czy mamy wszystko dla siebie:)

Sama podróż mija bez większych przygód. Ruch spory, ale płynny. Dojeżdżamy na drugie śniadanie do Ostrowca Świętokrzyskiego. Potem już prosto na pyszny jak zawsze babciny obiad.

Transfer do Wiednia na nocleg

Po odpoczynku i pożegnaniu chłopaków (kto pierwszy się rozklei?…) ruszamy w drogę. Doceniamy autostradową podróż przez Polskę i Czechy, jeszcze niedawno nie było przejazdu w tak komfortowych warunkach jednym ciągiem. Dopiero austriacki odcinek drogi obniża komfort jazdy. Musimy przejechać chyba ponad 100 km lokalnymi, zatłoczonymi jednopasmówkami, do tego w czasie zapadającego zmierzchu. Ogólnie jednak nie było najgorzej – bez korków większych problemów docieramy na miejsce. Zatrzymaliśmy się na dłużej tylko raz, jeszcze w Polsce, żeby zatankować i kupić winiety do Czech i Austrii (są do kupienia przy stacjach przed granicą).

Nasz czas: 7:20–12:30 oraz 14:20–21:50; razem ok. 950 km

Wiedeń, Penzion Liechtenstein, ul. Hörlgasse 9

Udaje nam się zaparkować przy ulicy, bezpośrednio obok wejścia do naszego lokum. Od 22:00 w centrum Wiednia zaczyna się okres darmowego parkowania trwający przez cały weekend. Cudownie się składa! W recepcji sprawna obsługa, dostajemy nawet mapkę Wiednia. Pokój malutki, z oknami na głośną ulicę i dawno remontowany, ale jest wszystko co potrzeba, więc OK. Pensjonat jest idealnie położony – zabytkowe centrum Wiednia mamy w zasięgu 10-minutowego spaceru. Zaraz po wrzuceniu do pokoju bagaży ruszamy na wieczorny spacer. Ogólnie meta do polecania właśnie ze względu na położenie i kameralny charakter. Płacimy 74 Euro.

Wiedeń by night

Do Wiednia przyjeżdżamy wykończeni. Mało snu i stresujące zostawianie dzieci robią swoje. W pierwszej chwili stwierdzamy, że jesteśmy za bardzo zmęczeni, żeby jeszcze gdziekolwiek wychodzić. Jednak bliskość podświetlonych wież Votivkirche działała na nas jak lep na muchy. Prawie do północy włóczymy się po wiedeńskich ulicach. Jaki fajny początek randki!

Najpierw podziwiamy wspomniany przed chwilą neogotycki Votivkirche, zbudowany jako podziękowanie za uratowanie cesarza Franciszka Józefa przed zamachem. Kościół pochodzi z drugiej połowy XIX w., a jego główną ozdobą są dwie 99-metrowe, ażurowe wieże, pięknie podświetlone wieczorem. Niestety, fasadę kościoła ozdabia też wielka, czerwona reklama… piwa!

Oświetlone neogotyckie wieże Votivkirche wyciągają nad na spacer.

Oświetlone neogotyckie wieże Votivkirche wyciągają nad na spacer.

Ze względu na późną porę spacer ograniczamy do okolic ratusza. To wyjątkowa część miasta, w całości zaprojektowana i zbudowana w drugiej połowie XIX w. Podziwiamy rozmach gmachów uniwersytetu, parlamentu i – przede wszystkim – samego ratusza. Niewiele mniejszy zachwyt budzą wplecione pomiędzy nie regularne kwartały secesyjnych kamienic. Jak pięknie to zaplanowano! Na mapie centrum Wienia można by uczyć się geometrii! Całe założenie urbanistyczne imponuje spójnością i „oddechem”, którego nieco brakuje w starym zabytkowym centrum miasta – rozplanowanie ulic w Wiedniu ma średniowieczny rodowód, stąd wąskie uliczki i ciasne zaułki. Powplatano w nie okazałe barokowe i secesyjne gmachy, budowane w okresie Habsburgów. Wielu budynków nie da się nawet ująć w całości na zdjęciu – brak odpowiedniej perspektywy!

Neogotycki budynek ratusza jest niezwykle okazały. Początkowo jesteśmy zawiedzeni brakiem podświetlenia, wkrótce jednak okazuje się, że właśnie trwa projekcja na wielkim ekranie umieszczonym przed fasadą budynku. Setki, może tysiące ludzi oglądają balet „Jezioro Łabędzie” Czajkowskiego.

Nad budynkiem ratusza góruje 98-metrowa wieża

Nad budynkiem ratusza góruje 98-metrowa wieża

Pod ratuszem wieczorem odbywają się pokazy festiwalu filmowego.

Pod ratuszem wieczorem odbywają się pokazy festiwalu filmowego.

Rzut oka pod arkady.

Rzut oka pod arkady.

Po nieudanej próbie znalezienia wejścia na dziedziniec ratusza i krótkim spacerze pod klasycystyczny budynek parlamentu dołączamy na chwilę do widzów akurat w chwili zakończenia projekcji i ponownego uruchomienia iluminacji fasady i prawie 100-metrowej wieży ratusza. Poszczególne sekcje świateł włączają się po kolei. Coś pięknego! Razem z ludzkim potokiem przechodzimy jeszcze przed Burgtheater, zbudowany w stylu włoskiego renesansu w tym samym okresie co wszystkie pozostałe reprezentacyjne gmachy w tej okolicy. Z takimi widokami przed oczami wracamy do naszego pokoiku i błyskawicznie zasypiamy, zmęczeni wrażeniami dzisiejszego dnia.

Burgtheater - wiedeński teatr.

Burgtheater – wiedeński teatr.

 

20 sierpnia 2016, sobota

28 stopni. Jak cudnie! Nareszcie możemy poczuć trochę lata!

Spacer po Wiedniu

Jak moglibyśmy wstać rano i po prostu pojechać dalej, bez choćby szybkiego zwiedzenia miasta? Przecież do końca życia smażylibyśmy się w turystycznym piekle! Wstajemy więc raniutko i po szybkim hand-made śniadaniu, wyposażeni w mapę, przewodnik i aparat ruszamy w poszukiwaniu Freuda i Mozarta!

Zaczynamy od odwiedzenia Hoher Markt – najstarszego placu miasta, po drodze znajdując budynek starego ratusza (Altes Rathaus). Najciekawszym elementem na placu jest ponadstuletni zegar Anker. Każdą godzinę reprezentuje na nim inna postać zasłużona dla historii Wiednia, od Marka Aureliusza po Józefa Haydna. Szkoda, że nie byliśmy tutaj w południe – wtedy można zobaczyć korowód wszystkich 12 postaci.

Po prawej budynek starego ratusza. Reprezentacyjne gmachy tłoczą się w ciasnych uliczkach.

Po prawej budynek starego ratusza. Reprezentacyjne gmachy tłoczą się w ciasnych uliczkach.

Zegar Anker. Godzinę 8.00 wskazuje Andreas von Liebenberc.

Zegar Anker. Godzinę 8.00 wskazuje Andreas von Liebenberc.

Wiedeńskie wąskie zaułki są pozostałością średniowiecznego rozplanowania miasta.

Wiedeńskie wąskie zaułki są pozostałością średniowiecznego rozplanowania miasta.

Potem kierujemy się w kierunku kościoła św. Ruprechta – najstarszej świątyni w Wiedniu (XI w.). Obrośnięty winoroślą kościół chowa nam się jednak za ścianami innych budynków. Dochodzimy do przepływającego przez Wiedeń Kanału Dunaju. Na położonym obok Placu Szwedzkim bezskutecznie próbujemy odnaleźć opisywane przez nasz przewodnik pozostałości dawnych murów miejskich z zachowanymi dawnymi zasadami ruchu drogowego i kołem do przywiązywania koni. Szkoda, brzmiało to tak dobrze…  Stąd kierujemy się na południe docieramy na plac Ignaza Seipla, uznawany za jeden z najładniejszych placów Wiednia . Wzrok przyciąga zwłaszcza ozdobna rokokowa fasada siedziby Austriackiej Akademii Nauk oraz znajdujący się naprzeciw kościół jezuitów (pocz. XVIII w.). Niedaleko placu jest też inna, nieco starsza świątynia – kościół dominikanów (kon. XVII w.). Kierujemy się teraz na południowy-zachód i odnajdujemy Figarohaus. To właśnie tutaj Mozart napisał „Wesele Figara” i wiele innych arcydzieł.

Walka na zdobienia - kościół jezuitów vs. Austriacka Akademia Nauk.

Walka na zdobienia – kościół jezuitów vs. Austriacka Akademia Nauk.

Miasto budzi się do życia - spotykamy nawet kominiarza!

Miasto budzi się do życia – spotykamy nawet kominiarza!

Stąd tylko krok do punktu kulminacyjnego naszego dzisiejszego spaceru – ponad ośmiusetletniej katedry św. Szczepana Męczennika. To jeden z najbardziej znanych symboli Wiednia. Zachwycamy się pięknymi romańskimi Wieżami Pogańskimi i Bramą Olbrzymów, z portalem pokrytym romańskimi rzeźbami. Nad katedrą dominuje 137–metrowa gotycka wieża (XV w.). We wnętrzu katedry człowiek czuje się taki malutki… Patrzymy na piękne sklepienie i czujemy się jak w animacji „Katedra” Tomasza Bagińskiego. Turyści zwiedzający świątynię mają możliwość wejścia na taras widokowy albo niższej Wieży Północnej, albo najwyższej gotyckiej Wieży Południowej. Wybieramy pierwsze rozwiązanie. Na szczyt wjeżdża się windą. Z góry otwiera się szeroki widok na całe miasto, ale też na detale architektoniczne katedry. Można dobrze przyjrzeć się m.in. kolorowym glazurowanym dachówkom zdobiącym dach. Z katedry wychodzimy tylko dlatego, że czas nas goni – do 11:00 musimy się wymeldować i opuścić pokój.

Katedra św. Szczepana - jedna z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy.

Katedra św. Szczepana – jedna z najpiękniejszych, jakie widzieliśmy.

Można studiować każdy centymetr kwadratowy, a nudy nie będzie

Można studiować każdy centymetr kwadratowy, a nudy nie będzie

Wieże Pogańskie i Brama Oblrzymów to pozostałość po XIII-wiecznym dawnym kościele.

Wieże Pogańskie i Brama Oblrzymów to pozostałość po XIII-wiecznym dawnym kościele.

W Bramie Olbrzymów - bogate późnoromańskie zdobienia.

W Bramie Olbrzymów – bogate późnoromańskie zdobienia.

Wnętrze katedry aż przytłacza nas-maluczkich.

Wnętrze katedry aż przytłacza nas-maluczkich.

Widok z Wieży Północnej na Wieże Pogańskie.

Widok z Wieży Północnej na Wieże Pogańskie.

W głowie się kręci, gdy popatrzy się w dół.

W głowie się kręci, gdy popatrzy się w dół.

Widok na Wiedeń z Wieży Północnej.

Widok na Wiedeń z Wieży Północnej.

Glazurowane dachówki katedry przyciągają wzrok każdego.

Glazurowane dachówki katedry przyciągają wzrok każdego.

Po opuszczeniu katedry zaglądamy na ulicę Graben – jedną z najelegantszych ulic handlowych Wiednia, otwartą tylko dla ruchu pieszego. Na deptaku znajdują się dwie zabytkowe fontanny i kolumna Trójcy Świętej (kon. XVII w.). Idziemy dalej na południe i po chwili docieramy do zamku cesarskiego (Alte Burg). To ogromne, wieloczęściowe założenie pałacowe powstawało latami (XV-XX w.) i miało ilustrować świetność dynastii Habsburgów. Oglądamy najstarszą część pałacu i nowy pałac, powstały w przededniu II wojny światowej.

Wchodzimy do kompleksu zamku cesarskiego.

Wchodzimy do kompleksu zamku cesarskiego.

Dziedziniec wewnętrzny z pomnikiem Franciszka I.

Dziedziniec wewnętrzny z pomnikiem Franciszka I.

Wiedeński teatr w świetle dnia wygląda jeszcze okazalej.

Wiedeński teatr w świetle dnia wygląda jeszcze okazalej.

Rzut oka na Burgtheater od strony Volksgarten.

Rzut oka na Burgtheater od strony Volksgarten.

Zamykamy pętelkę, zaglądając w okolice naszego wczorajszego spaceru – oświetlone wieczorem budynki były bardzo urokliwe, teraz jednak można je znacznie lepiej obejrzeć. Ponownie przechodzimy obok budynków parlamentu, uniwersytetu wiedeńskiego, teatru i ratusza. Wszystkie te gmachy powstały w drugiej połowie XIX w. Rano tu dużo spokojniej niż wieczorem.

Ratusz oglądaliśmy już wieczorem, ale nie mogliśmy się powstrzymać, by przyjść tu raz jeszcze.

Ratusz oglądaliśmy już wieczorem, ale nie mogliśmy się powstrzymać, by przyjść tu raz jeszcze.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Ulicę Reichsratstrasse zamyka znajoma sylwetka Votivkirche.

Ulicę Reichsratstrasse zamyka znajoma sylwetka Votivkirche.

Dwie i pół godziny od naszego wyjścia i wracamy do pensjonatu. Uff, ale mieliśmy spacer. Jak te wszystkie wspomnienia poupychać w głowie?

Sprawnie wymeldowujemy się z pokoju i przenosimy bagaże do samochodu. Ostatnim elementem zwiedzania Wiednia jest podejście pod Freud Haus – dom, w którym żył i pracował Zygmunt Freud, w którym tworzył i rozwijał teorię psychoanalizy. Teorię można połączyć z konkretnym nazwiskiem, a jego – z konkretnym budynkiem, który stoi po dziś dzień. Niesamowite.

Ruszamy w dalszą drogę, wymieniając się swoimi uwagami na temat Wiednia. Na pewno można powiedzieć, że ma swój własny charakter. Gmachy, budowane w okresie Habsburgów i mające świadczyć o świetności tej dynastii, są utrzymane w spójnym stylu. Imponują rozmachem i kunsztem zdobień. W pierwszej dzielnicy ringu nadmiar zdobień aż przytłacza – aż prosiłoby się o więcej „oddechu” Jednocześnie zabytkowe centrum cały czas tętni życiem. Z biegiem dnia coraz więcej turystów, ludzie spieszą się do pracy, służby miejskie pracują pełną parą. Ciekawie było nam zobaczyć dziś rano budzące się do życia miasto.

W Wiedniu tak naprawdę zachwyciły nas dwie rzeczy. Po pierwsze: katedra. Patrząc na majestatyczną świątynię, aż ma się ochotę pochylić głowę. Architekturę katedry, harmonijnie łączącej elementy romańskie, gotyckie i barokowe, możnaby studiować godzinami. Po drugie: ratusz i jego okolice. Wyniosłe, bogato zdobione strzeliste wieże jasno pokazują, że nie patrzymy na byle jaki budynek i nie jesteśmy w byle jakim mieście.

Wiedeń-Sottoguda

Wiedeń był piękny, ale Dolomity czekają. Ruszamy dalej!

Za Wiedniem ruch spory, ale płynny. Przez pierwsze ok. 400 km jedziemy autostradami. Nudno nie jest, bo przecinamy pasma górskie, więc co chwila tunel, zakręty, tunel. Za oknem bardzo malowniczo. Za Villach żegnamy się z autostradami, Jedziemy w sznureczku samochodów, mijając różne miejscowości, więc kilometrów ubywa wyraźnie wolniej. Potem wjeżdżamy na obszar Wschodniego Tyrolu, więc drogi jeszcze bardziej kluczą.

Podczas podróży zatrzymujemy się trzy razy. Raz na przyautostradowym parkingu, raz na stacji benzynowej (tankowanie i szybki obiad w fast foodzie). Na chwilę dłużej wysiadamy w miejscowości Lienz – stolicy Tyrolu Wschodniego. Są tu zabytkowe kościoły, jednak najciekawszym zabytkiem jest zamek Bruck (XIII-XV w.) z zachowaną romańską wieżą. My jednak ograniczamy zwiedzanie do krótkiego spaceru i załatwienia podstawowych spraw:)

Spacer po Lienz - stolicy Tyrolu Wschodniego.

Spacer po Lienz – stolicy Tyrolu Wschodniego.

Przez miasto przepływa malownicza Isel.

Przez miasto przepływa malownicza Isel.

Zaraz za granicą Włoch witają nas Dolomity. I to witają nie byle jak! Widoki są takie, że człowiek ma wrażenie, że ogląda fototapetę, a nie naturalny krajobraz. Wrażeń nie psuje nawet padający deszcz i temperatura – brrr – poniżej 15 stopni. A drogi… O nich można by opowiadać godzinami. Na odcinku Cortina d’Ampezzo–Sottoguda  (trasa przez przełęcz Giau) mamy wrażenie, że jesteśmy na wesołym miasteczku dla samochodów. Takich zakrętów, z takim nachyleniem i w takim nagromadzeniu jeszcze chyba nie widzieliśmy.  Cieszymy się, kiedy wreszcie docieramy na miejsce. Leje jak z cebra.

Nasz czas: 11:00- 20:40, ok. 600 km

Nasza meta: Ciesa la Verda, Sottoguda 72.

Cudowny lokalny koniec świata. Zajmujemy część domu przemiłej włoskiej rodziny. Kiedyś mieszkali tu rodzice naszych gospodarzy. Bardzo miło, przestronie, czysto. Czy to nie lepsze niż hotel, w którym każdy pokój jest taki sam?

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity. Każdy miłośnik gór, który je zobaczy, przepadnie. Białe, strzeliste turnie na tle soczystej zielonej trawy, fantastyczne formacje skalne, pocztówkowe krajobrazy. To góry inne niż wszystkie. Nie ma tu długich grani głównych i walnych dolin, w zamian mamy oddzielone głębokimi dolinami samodzielne gniazda górskie, a każde z nich inne – kapryśna Marmolada z czapą lodowca, podobna do warowni majestatyczna Sella, trzy kłócące się o urodę siostry Tofany, księżycowy płaskowyż Pale… Dolomity przecina gęsta sieć szlaków. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oczywiście wizytówką tych gór są via ferraty – ubezpieczone szlaki wspinaczkowe, ale mamy też typowe szlaki wysokogórskie, idealne do trekkingów, i mnóstwo wygodnych ścieżek dla całej rodziny. Infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta – tak wielu schronisk nie widzieliśmy chyba w żadnych innych górach, co nie znaczy że w Dolomitach nie ma miejsc niedostępnych i dzikich. Jak każda kochanka Dolomity mają też wady – ogromne piarżyska i luźny materiał skalny zasypujący ścieżki zmuszają do rozważnego stawiania kroków – niezbędnym  wyposażeniem turysty górskiego powinien być kask i kijki. Ale czy kogoś bez wad dałoby się pokochać? Powiemy jedno: przez ponad tydzień wspinaliśmy się na ferratach i wędrowaliśmy po dolomitowych szlakach i wiemy jedno: na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz. W planowaniu tras nieocenioną pomocą były dla nas poszczególne tomy przewodnika „Dolomity” Dariusza Tkaczyka, a także świetnie opracowane serwisy jarekkardasz.republika.pl oraz wdolomitach.pl. Rekonesans za nami, przed nami – mamy nadzieję – dokładne poznawanie tych gór, grupa po grupie.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

...po chwili zostaje za nami..

Dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

28. ...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

Górny Rynek

 

Poczdam i Norymberga

Co można zwiedzić po drodze w Alpy?

Poczdam i Norymberga w jeden dzień?

Da się zrobić!!!  Ale po kolei, najpierw trzeba tam dotrzeć

9 sierpnia 2012, czwartek

Po fali upałów nagle się ochłodziło, do 20 stopni i przelotne opady

Rano jeszcze nie możemy uwierzyć, że naprawdę szykuje się nam randka we dwoje. Tym bardziej, że jest sporo zamieszania: trzeba rano wyekwipować obu chłopców na wakacje do Dziadków, potem R. biegnie do pracy, gdzie ma wyjątkowo zabiegany dzień, a M. w tym czasie pakuje nas na wyjazd, robi zaległe prania itp. Na szczęście nareszcie nadchodzi 16:00 i możemy ruszać!

Warszawa-Słubice, 16:00-21:30 (z postojami), ok. 490 km

Jednak jazda autostradą to zupełnie inna bajka. Wiwat Euro 2012! Kilometry biegną, a człowiek się nie denerwuje. Słuchamy płyty Lao Che, rozmawiamy oczywiście o naszych chłopakach, ale też o różnych różnościach, przypominamy sobie dawne wyjazdy.

Zatrzymujemy się trzy razy, w tym dwa razy na krótko na autostradowych MOP-ach. Na chwilkę dłużej wysiadamy w niewielkiej miejscowości Buk (na zachód od Poznania), do której przyciągnął nas drewniany barokowy (!) kościół. Uwieczniamy na zdjęciu jego niecodzienną bryłę na planie krzyża greckiego (której elementy przypominają nam fasadę starej papierni w Dusznikach-Zdroju) i wracamy do samochodu.

Barokowy dreweniany kościół w Buku.

Barokowy dreweniany kościół w Buku.

Zaraz po zmroku, nieco błądząc po Słubicach, docieramy do naszej przytulnej i niedrogiej mety. Szybkie zapisanie trasy, selekcja zdjęć i dobranoc! Czekamy na jutro!

Słubice, tu przenocujemy.

Słubice, tu przenocujemy.

10 sierpnia 2012, piątek

W Poczdamie pochmurno, 19 stopni; w Norymberdze słońce i 24 stopnie

Słubice-Oberau, 9:00-22:00 (z postojami), ponad 800 km

Rano zbieramy się w miarę sprawnie i po obfitym śniadaniu przed 9:00 siedzimy już w samochodzie. Jeszcze w Słubicach kupujemy świeże pieczywo i zaraz potem witają nas Niemcy. Koniecznie chcemy zobaczyć Poczdam, więc pierwsza porcja autostradowej jazdy mija nam bardzo szybko. O 10:20 zatrzymujemy się na pierwszy postój:

Poczdam – zespół parkowo-pałacowy Sanssouci

(w dwie godziny… 10:20-12:20)

Dawna rokokowa rezydencja królewska Fryderyka II wywiera na nas ogromne wrażenie. Zadziwia nas zwłaszcza swoim ogromem – absolutnie nie doceniliśmy rozległości parku – dość powiedzieć, że szybki spacer trasą głównych budowli zajmuje nam niemal dwie godziny! Przepychem, może wręcz przesadnym, emanował zwłaszcza Nowy Pałac (XVIII w.). Nic dziwnego, miał w końcu stanowić symbol siły ekonomicznej Prus.

Dużo bardziej przypada nam do gustu wysmakowana rokokowa bryła Pałacu Sanssouci (XVIII w.), pięknie prezentująca się na szczycie majestatycznych, obsadzonych winoroślą schodów. Na trasie naszego spaceru oglądamy ponadto Kościół Pokoju (poł. XIX), budynek galerii obrazów (XVIII), zabytkowy (wciąż działający!) młyn, ogromną oranżerię (w stylu włoskiego renesansu), Pawilon Smoków (pełniący obecnie funkcję kawiarni), Belweder (XVIII), Pałac Charlottenhof (XIX, styl włoskiej willi) i Pawilon Chiński z imponującymi pozłacanymi rzeźbami. Każda z tych budowli sama w sobie jest interesująca; nie spiesząc się, można by w parku Sansoucci spokojnie spędzić cały dzień.

Nasze dwie godziny dostarczają nam takiego ogromu wrażeń, że rezygnujemy ze zwiedzania centrum miasta (m.in. okolic Starego i Nowego Rynku) i ze spaceru udajemy się wprost do samochodu (nie bez znaczenia była też liczba czekających dziś jeszcze na nas kilometrów).

Poczdam, Brama Brandenburska (XVIII).

Poczdam, Brama Brandenburska (XVIII).

Galeria obrazów w Parku Sanssouci (XVIII).

Galeria obrazów w Parku Sanssouci (XVIII).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Pałac Sanssouci (XVIII, rokoko).

Zabytkowy Młyn (XVIII).

Zabytkowy Młyn (XVIII).

Oranżeria (XIX, włoski renesans).

Oranżeria (XIX, włoski renesans).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Pawilon smoków (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Nowy Pałac (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Pawilon Chiński (XVIII).

Kościół Pokoju w Parku Sanssouci (XIX).

Kościół Pokoju w Parku Sanssouci (XIX).

Za Poczdamem ujechaliśmy jednym ciągiem (nie licząc szybkiego postoju na obiad w McD. – wersja ekonomiczna) spory kawał drogi. Dzięki autostradzie kilometry na szczęście uciekały szybko. Na całej naszej dzisiejszej trasie męczący przestój trafił nam się tylko przez ok. 10 kilometrów – stłuczka dwóch samochodów i zwężenie drogi do jednego pasa wystarczyło, by autostrada zakorkowała się na dobre. Spora odległość do przejechania i bardzo nasilony ruch przez niemal cały dzisiejszy dzień robiły jednak swoje – do Norymbergi dojechaliśmy już bardzo znużeni. Z chęcią wysiedliśmy na kolejny postój, czyli na…

Norymberga – spacer po starówce

(i znów dwie godzinki… 17:40-19:50)

Średniowieczna, szachulcowa i piernikowa – tak w skrócie można by określić nasze wrażenia z norymberskiej przechadzki. To typowo germańskie miasto na pewno ma swój klimat, a zwiedzanie go nie męczy (zwłaszcza, jeśli turysta pokrzepi się pysznym regionalnym piernikiem – co i my uczyniliśmy!).

Parkujemy w podziemnym parkingu koło Szpitala Ducha Świętego (XIV-XV w.), a następnie kierujemy się na rynek z gotyckim kościołem NMP (ciekawy XVI-wieczny mechanizm zegarowy na wieży) i arcyciekawą gotycką (XIV!) fontanną (o, co to za szopka krakowska? – stwierdziła M., wchodząc na rynek…). Oglądamy majestatyczny ratusz (XIV, przeb.) i ogromny romańsko-gotycki kościół Św. Sebalda (XIII-XIV w.), a potem wchodzimy na urokliwy plac Tiergärtertor, zabudowany szachulcowymi domami (m.in. XV-wieczny Dom Dürera i Dom Piłata z rzeźbą Św. Jerzego).

Następnie podchodzimy na zewnętrzny dziedziniec Zamku Cesarskiego (ob. postać XV-XVI w.), skąd oglądamy rozległą panoramę starówki. Spacer kończymy rzutem oka na imponujące średniowieczne fortyfikacje okalające starówkę.

Szpital Ducha Świętego (XIV-XV), Norymberga.

Szpital Ducha Świętego (XIV-XV), Norymberga.

Kościół NMP (XIV).

Kościół NMP (XIV).

Gotycka (XIV) fontanna.

Gotycka (XIV) fontanna.

Norymberski piernik... PYCHA!.

Norymberski piernik… PYCHA!.

Rausz (XIV, przeb.).

Rausz (XIV, przeb.).

Romańska fasada kościoła Św Sebalda (XIII-XIV).

Romańska fasada kościoła Św Sebalda (XIII-XIV).

Szachulcowa zabudowa Placu Tiergartnertor.

Szachulcowa zabudowa Placu Tiergartnertor.

Dom Durera (XV).

Dom Durera (XV).

Dom Piłata z posągiem Św. Jerzego.

Dom Piłata z posągiem Św. Jerzego.

Zamek Cesarski (pocz. XII, XV-XVI).

Zamek Cesarski (pocz. XII, XV-XVI).

Średniowieczne fortyfikacje Norymbergi.

Średniowieczne fortyfikacje Norymbergi.

Nasza meta: Oberau

Zatrzymujemy się w kwaterze prywatnej w Oberau. Docieramy tu parę minut przed 22.00. Na naszej kwaterze wita nas przemiła starsza pani. Mamy czyściutki, miły apartamencik, w cenie – jak na tutejsze realia oczywiście – nieprzerażającej (może ze względu na odległość od Ga-Pa i widok z okien na ulicę). Rozpakowujemy się i jeszcze przed północą – hura! – zmęczeni wskakujemy do łóżek.

 

Słowenia – Alpy Julijskie, 2011.08

To było nieuniknione. Wieloletnia fascynacja Tatrami – najpierw polskimi, potem słowackimi. Uwielbienie dla gór i niezmierna radość z ich poznawania. Ogromna chęć do doświadczania ciągle czegoś nowego. Prędzej czy później i tak trafilibyśmy na opisy via ferrat i zdjęcia ze Słowenii. A jak trafiliśmy, to i przepadliśmy.

To po prostu musiało skończyć się na Alpach Julijskich. 

Pomimo wielu przeciwności losu, natłoku obowiązków, chorób (R. jedzie w trakcie leczenie zapalenia płuc), trudności organizacyjnych udaje nam się wyrwać do tego przecudnego zakątka Europy. Tutaj ludzie mają słowiańską duszę, chociaż wokoło panuje porządek jak w Austrii. A Julijki… No cóż – to po prostu trzeba zobaczyć – najlepiej na własne oczy!

 

Zejście włoskim szlakiem.

Część I – dojazd, aklimatyzacja i pierwsza ferrata

czyli m.in.: Bardiów, Budapeszt, Maribor, wodospady, jeziora, Radovljica, Ljubljana i Mangart

 

Triglav - 2864 m n.p.m.

Część II – ferraty, jaskinie, riviera i magia

czyli m.in.: Prisojnik, Triglav, Jaskinie Szkocjańskie, Piran, Predjamski Grad, Vintgar, Bled, Budapeszt i Koszyce

Rumunia, część II

16.07.2008, środa

Mówiąc po górsku: dupówa, cały dzień przelotne deszcze, ok. 17 stopni

…więc robimy drugi dzień zwiedzania

Dojazd do Homorod i Viscri, a potem do Sighişoary

Kierowcy żądni wrażeń zdecydowanie powinni wybrać się do Rumunii. Jeżdżenie po tutejszych drogach dostarcza sporych dawek adrenaliny. Na głównych drogach remonty, tiry i szaleni kierowcy (światło czerwone to sugestia, nie zakaz jazdy), boczne to jajko niespodzianka – czasem są niezłe, a czasem straszą dziurą na dziurze (M. znów obgryza paznokcie z wrażenia).

Na bitej drodze za Viscri coś zaczyna nam potwornie skrzypieć w kole. R. gładko wchodzi w rolę super-hero, odkręca koło i wytrzepuje spory kawał rdzy i kamyczki. Na szczęście operacja przynosi pozytywne skutki, więc możemy jechać dalej.

Homorod

To nasz pierwszy przystanek. Wychodzimy z samochodu i oglądamy XIII-wieczny warowny kościół (biserica cetata) z drewnianą hurdycją – super!

Potem przejeżdżamy przez Rupeę, gdzie widzimy malownicze ruiny zamku (XIII) na wzgórzu.

Viscri

Ta malownicza wioska-skansen, wpisana na listę UNESCO, jest naszym kolejnym dzisiejszym celem. podjeżdżamy na niewielki parking wysypany kamyczkami i parkujemy obok jedynego innego stojącego tam samochodu – i to skąd? – z Warszawy! Uśmiechamy się w odpowiedzi na ten kolejny już zbieg okoliczności.

Niestety leje, więc oglądamy malownicze domki saskie pod parasolami. Zaczynamy odróżniać domy saskie od rumuńskich, co jest dla nas źródłem prawdziwej satysfakcji.

Wreszcie trafiamy pod słynny Biały Kościół – ewangelicką średniowieczną świątynię warowną. Niestety, nici ze zwiedzania wnętrza. Gdy dochodzimy pod kościół, babuszka, która opiekuje się zabytkiem oznajmia, że musimy dłuższą chwilę poczekać, bo ona właśnie wybiera się na obiad. Ach, te Stasiukowskie klimaty…

Sighişoara

Nasze dzisiejsze zwiedzanie kończymy w tym niezwykle urokliwym średniowiecznym mieście. Co prawda w porównaniu z Braszowem Sighişoara jest bardziej zaniedbana, ale może dzięki temu starówka wydaje się taka prawdziwa, żyjąca – czujemy się jak w średniowieczu!

Nad starówką góruje wieża zegarowa, która robi na nas kolosalne wrażenie. Oglądamy XVII-wieczny zegar z figurkami symbolizującymi dni tygodnia. Potem pora na kościół dominikanów (XIII), XIX-wieczny ratusz, Dom Wenecki (XIII), słynny Dom Drakuli (XV) i Dom pod Jeleniami (XIII). O atmosferę miejsca dbają doskonale zachowane średniowieczne mury miejskie, baszty i bastiony. Dalej oglądamy naprawdę imponujące schody szkolne (XVII), starą i nową szkołę (XVI, XVIII) oraz Kościół Na Wzgórzu (XIV) z mnóstwem starych elementów wyposażenia (jak stalle Jana Stwosza czy XV-wieczne malowidła ścienne) – wchodzimy też do krypty, która jest jednocześnie starą świątynią romańską.

Spacerując po Sighişoarze, raz po raz oko zatrzymuje się nam na jakimś urokliwym zakamarku – tylko fotografować i fotografować!

Zmęczeni zwiedzaniem, przysiadamy w pizzerii ze świetnym widokiem na starówkę i delektujemy się doskonałym – jak zazwyczaj w tych stronach – włoskim jedzeniem.

W drodze powrotnej pierwotnie chcemy jeszcze zwiedzić Sybin, ale padamy z nóg, robi się późno, a pogoda na następny dzień szykuje się zupełnie niegórska – decydujemy się więc wrócić prosto do Sambaty.

Przejazd jest dość długi, ale tak bardzo nie męczy. Cały czas delektujemy się rumuńskimi smaczkami (urokliwe, choć niekiedy zaniedbane, wsie; furmanki, Cyganie w kolorowych strojach i przepiękne krajobrazy). Wracając, zahaczamy też o kilka kościołów warownych, tak charakterystycznych dla Transylwanii – są dla nas bardzo ciekawe!

Cała wycieczka zajęła nam ok. 9 godzin, przejechaliśmy ok. 220 km

Po powrocie gospodarze częstują nas naleśnikami. Nie pozostajemy im dłużni i przynosimy domowy blok Babci Stasi – nie ma to jak wzajemna uprzejmość!

Homorod - warowny kościół.

Homorod – warowny kościół.

Niespodzianka na drodze do Viscri.

Niespodzianka na drodze do Viscri.

Wioska saska Viscri.

Wioska saska Viscri.

Warowny 'biały kościół' w Viscri (średniowieczny).

Warowny ‚biały kościół’ w Viscri (średniowieczny).

Sighisoara - wejście do miasta.

Sighisoara – wejście do miasta.

Sighisoara - Wieża Zegarowa.

Sighisoara – Wieża Zegarowa.

Dom Wenecki z XIII w.

Dom Wenecki z XIII w.

Dom Draculi z XV w.

Dom Draculi z XV w.

Dom pod Jeleniami z XVII w.

Dom pod Jeleniami z XVII w.

Uliczka jak z bajki.

Uliczka jak z bajki.

Kościół klasztorny NMP z XIII w.

Kościół klasztorny NMP z XIII w.

Średniowieczny dom.

Średniowieczny dom.

Kościół Na Wzgórzu.

Kościół Na Wzgórzu.

Widok z okna w restauracji.

Widok z okna w restauracji.

17.07.2008, czwartek

Rano bardzo pochmurno, potem coraz lepiej, tylko nad górami kłębią się chmury. Wieczorem już piękne słońce.

Wycieczka do Sybina (Sibiu)

Sybin to naprawdę piękne, w pełni europejskie miasto, które słusznie w 2007 roku nosiło tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Zapada w pamięć przede wszystkim przepięknie odrestaurowana zabytkowa starówka, skupiona wokół trzech placów. Po kolei oglądamy:

Piata Mare z XV-wiecznym Domem Hallera, barokowym kościołem farnym Św. Trójcy (XVIII) i imponującym budynkiem Narodowego Muzeum Burkenthala (XV)

– Stary ratusz (XV)

Prawosławną katedrę Trójcy Świętej sprzed 100 lat, zbudowaną na kształt Hagia Sophia z Konstatnynopola

Piata Huet z ewangelickim kościołem parafialnym (XIV-XVI w)

– Urokliwą, fotogeniczną Wieżę Schodów (XIII), prowadzącą do dolnego miasta

Most Kłamców (XIX) – dobrze pamiętający niedawną historię

Piata Mica z Domem Rzeźników (sukiennicami)

Na zakończenie spaceru wchodzimy na Wieżę Ratuszową – i dobrze! – miasto oglądane z góry prezentuje się naprawdę przepięknie!

Na zakończenie spaceru po Sybinie usadawiamy się w jednym z restauracyjnych ogródków na rogu Piata Mare i delektujemy się naprawdę przepyszną pizzą. Można by tak siedzieć i siedzieć, patrzeć i patrzeć…

Dalej, według pierwotnych planów, mieliśmy jechać przez Avrig i wybrać się na spacer do położonej wyżej Cabany Barcaciu, ale utykamy na remontowanych ulicach, zaplątujemy się, aż w końcu robi się późno, więc rezygnujemy i zmieniamy marszrutę – ale w sumie może i dobrze się stało. Decydujemy się wybrać popołudniu na spacer po okolicach najbliższych naszego miejsca zamieszkania, a w drodze powrotnej zahaczyć samochodem o jeszcze kilka atrakcji.

Najpierw oglądamy Pałac Brukenthala w Avrig, położony w ładnym parku – niestety, całe założenie jest zamknięte.

Potem podjeżdżamy do Carty – wioski ze stacją kolejową i campingiem, ale przede wszystkim z urokliwymi, otoczonymi zielenią ruinami opactwa cystersów z XIII w. Mieliśmy jeszcze podjechać do Voivodeni, ale ogromne dziury w drodze skutecznie zniechęciły nas do tego pomysłu, więc wróciliśmy prosto do domu.

Wieczorny spacer po okolicy Sambaty

Późnym popołudniem poszliśmy sobie na spacer do Monastyru Brancoveanu. Monastyr został ufundowany ok. 1700 r. przez hospodara wołoskiego. W XX w. został odbudowany po zniszczeniach dokonanych przez Austriaków.

Cały kompleks robi na nas duże wrażenie. Sama cerkiew jest niewielka, ale wszystko takie malownicze, kolorowe i ta inna atmosfera… – widzimy, jak duchowny zwołuje ludzi na nabożeństwo (chyba…), uderzając w rodzaj drewnianego instrumentu. Czujemy się trochę jak intruzi, duża część kodów jest dla nas jednak niejasna. Obok monastyru w bardzo ładnym budynku znajduje się szkoła … malowania ikon na szkle oraz hotel (chyba przyzwoity i niedrogi).

Wracamy przez kompleks turystyczny Sambata. Wszędzie dużo kwater, pensjonatów i hotelików, sporo się też buduje – ale fala rozkwitu dopiero przed tą okolicą. Przechodzimy obok Cabana Popasul Sambatei z polem namiotowym i niewielkimi bungalowami. Wieczorem pilnie sprawdzamy prognozę pogody – hura!, ma być ładnie! Ustalamy, że gospodarz podwiezie nas rano pod punkt wyjścia szlaku na Moldoveanu!

Piata Mare (Duży Rynek), Sybin.

Piata Mare (Duży Rynek), Sybin.

Piata Mare (Duży Rynek).

Piata Mare (Duży Rynek).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Prawosławna Katedra Trójcy Św. (XX w).

Ewangelicki Kościół Parafialny (XIV-XVI w).

Ewangelicki Kościół Parafialny (XIV-XVI w).

Widok z Wieży Schodów.

Widok z Wieży Schodów.

Most Kłamców (XIX w).

Most Kłamców (XIX w).

Sukiennice (XV w) na Piata Mica.

Sukiennice (XV w) na Piata Mica.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

Sybin z Wieży Ratuszowej.

W knajpce na rynku - widoki.

W knajpce na rynku – widoki.

Ruiny opactwa cysterskiego (XIII), Carta.

Ruiny opactwa cysterskiego (XIII), Carta.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

Do Statiunea Sambata.

...i piękny widok z naszego okna.

…i piękny widok z naszego okna.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Monastyr Broncoveanu (XVII w), Statiunea Sambata.

Szkoła malowania ikon na szkle i hotel.

Szkoła malowania ikon na szkle i hotel.

18.07.2008, piątek

Rano pięknie, potem nad górami zaczynają kłębić się chmury, komfort termiczny

Jesteśmy z siebie dumni! Weszliśmy dziś na najwyższy szczyt Rumunii – Moldoveanu (2544)!

To chyba największa nasza dotychczasowa wyprawa górska…

W dwóch słowach: 6:45-21:10; 14 godz. 25 min; 2700 m w górę i drugie tyle w dół… Wow!

Vistisoara-Moldoveanu

Rano podwiozi nas nasz gospodarz do punktu wyjścia szlaku z Vistisoary. Pędzi po wyboistej, kamienistej drodze z 80 na godzinę! Nic dziwnego, że w końcu łapie gumę;-) O 6:45 ruszamy z kopyta, pełni zapału i energii.

Szlak wiedzie przez ładny las, wzdłuż potoku toczącego z hukiem wodę. Co chwila widać piękne wodospady i baniory – właśnie ten „rozmach” przyrody – huczące potoki, wodospady i ogromne żleby robią na nas w Fogaraszach największe wrażenie.

Pierwsza przygoda czeka z samego rana – zauważamy brak mostka prowadzącego na drugą stronę potoku. Nie zastanawiając się długo, zdejmujemy buty, podwijamy spodnie i – po małej dawce adrenalinki (to naprawdę Potok, nie potoczek) jesteśmy na drugiej stronie.

Potem idziemy wzdłuż bujnych, intensywnie wypasanych łąk. Wszędzie widać i słychać owce, zwracamy uwagę na brak kosodrzewiny. W pewnym momencie musimy uciekać na drugą stronę koryta potoku przed ujadającymi psami pasterskimi. Dalej przez piarżyska, ostro w górę.

Rozmawiamy o tym, że fogaraskimi szlakami chodzi się zupełnie inaczej niż w polskich górach. Po pierwsze: prawie nie spotyka się ludzi (nawet na szlaku na najwyższy szczyt kraju!) i po drugie: ścieżki są w stanie bardzo naturalnym – nikt ich nie budował, nie poprawiał ścieżki, tylko po prostu wytyczył (a właściwie sama się ,,wydeptała”. To urocze, ale zmęczenie daje o sobie znać dużo szybciej (piargi uciążliwie usypują się spod nóg, szlak ginie w wysokiej trawie itp.).

Od Portita Vistei na Moldoveanu wchodzimy jednym ciągiem. Momentami jest stromo w górę po usypujących się piarżyskach, tylko kilka niewielkich trudniejszych odcinków skalnych.

Moldoveanu – Przełęcz nad Doliną Sambatei

Na górze stajemy zmachani – to jednak ogromny kawał drogi. Jesteśmy z siebie bardzo dumni! Trochę baliśmy się, czy jednodniowa wycieczka będzie do zrealizowania, a zapowiadane na jutro załamanie pogody nie zachęcało do zabiwakowania w górach.

Samo Moldoveanu nie wyróżnia się niczym szczególnym, widoki są jednak naprawdę rozległe i piękne (choć nie tak urozmaicone jak w Tatrach). Co prawda podziwialiśmy je na spokojnie dopiero następnego dnia, oglądając zdjęcia w komputerze – wtedy, na szczycie czas nas dość mocno gonił. Robimy szybko zdjęcia i zarządzamy odwrót.

Droga powrotna – co będziemy wielokrotnie wspominać w kolejnych latach, ale już w ramach turystycznej gawędy i z rozrzewnieniem – porządnie dała nam się we znaki. Poczuliśmy się zmęczeni już po zejściu z Vistea Mare (szczyt w głównej grani obok Moldoveanu), jak tylko opadła adrenalina związana z wchodzeniem na „dach Rumunii”. Jak się jednak okazało, był to zaledwie początek drogi przez mękę. Potem ponad 2 godziny idziemy główną granią, 5-6 razy podchodząc i schodząc po ok. 200 m w górę i w dół.

Obiektywnie należy stwierdzić, że szlak graniowy jest wygodny i bardzo malowniczy (naszą uwagę zwróciła zwłaszcza dolinka ze stawem i „księżycowym krajobrazem”), ale tego dnia mamy go już naprawdę dość. Idziemy i idziemy, a planowany wariant zejściowy ciągle się nie pojawia – albo go przegapiliśmy, albo (wbrew temu, co na mapie) po prostu go nie było. Znakowaną ścieżkę w dół napotkaliśmy dopiero nad Doliną Sambatei. Po krótkiej konsternacji (na mapie widnieją niebieskie paski, a w realu … czerwone trójkąty) wreszcie, wykończeni, zaczynamy schodzić w dół. Realna szansa zdążenia przed nocą na dół zdecydowanie poprawia nam humory.

Zejście Doliną Sambatei

Schodzimy w iście ekspresowym tempie (3 zam. 4 godzin), chwilami prawie biegnąc, choć szlak jest dość wymagający – kilka stromych, piarżystych odcinków nieźle daje się we znaki naszym zmęczonym nogom. No tak, jesteśmy w Fogaraszach, szlak jest wytyczony, nie ułożony. Cały czas spieszymy się, żeby choć najtrudniejsze odcinki przejść w świetle dziennym. Przez pośpiech nie mamy okazji w pełni podelektować się urokiem okolicy – a dolina jest bardzo ładna, w górnej części polodowcowa, w dolnej V-kształtna, z bardzo obfitym, pieniącym się kaskadami strumieniem. Kilkakrotnie dostrzegamy stada owiec. W połowie drogi zauważamy kilka namiotów – to chyba jakaś zorganizowana grupa. Poniżej widzimy domek Salvamontu i Cabanę Valea Sambatei. Schronisko ma klimat …. hmm… Stasuikowskiej „rozpierduchy” – wokół bałagan, budynek zaniedbany. Kupujemy po coli i biegiem dalej.

Poniżej Cabany robi się już prawie zupełnie ciemno. Na szczęście szlak wiedzie wzdłuż potoku, szeroką ścieżką, więc nie sposób się zgubić. Efektownym i niespodziewanym zakończeniem wycieczki okazuje się przejście na drugą stronę szerokiego, rwącego potoku – mostka brak, za to ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Do wyboru były dwa warianty: Wariant 1 – równoważnia po dziko przerzuconej kłodzie (wybór M.) i Wariant 2 – skoki po kamieniach (wybór R.). Oba dostarczające sporych dawek emocji. O dziwo oboje suchą stopą stanęliśmy na drugim brzegu. Zachwycamy się wielkimi wantami leżącymi przy drodze lub w potoku – na niektórych wyrosły nawet drzewa. Przypominają nam się nasze Wantule.

Ostatni fragment drogi pokonujemy już w zupełnej ciemności. Idziemy przez kompleks turystyczny Sambata. Wokół atmosfera pikniku, wszędzie popasule. Docieramy na naszą kwaterę wykończeni, ale przeszczęśliwi tuż po 21.00, poganiani odgłosami zbliżającej się burzy.

Rozłożenie wycieczki na Moldoveanu na dwa dni nie jest głupim pomysłem. Choć w jeden dzień też się da – o czym przekonaliśmy się dzisiaj;-)

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Doliną Vistea Mare na Moldoveanu.

Portita Vistei.

Portita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Widok z Porita Vistei.

Z Vistea Mare na Moldoveanu.

Z Vistea Mare na Moldoveanu.

NA MOLDOVEANU - ''dachu Rumunii !!!.

NA MOLDOVEANU – ”dachu Rumunii !!!.

Widoki z Moldoveanu.

Widoki z Moldoveanu.

Z Moldoveanu na Vistea Mare.

Z Moldoveanu na Vistea Mare.

Główną granią do Dol. Sambatei - widoki.

Główną granią do Dol. Sambatei – widoki.

Główną granią do Dol. Sambatei.

Główną granią do Dol. Sambatei.

Cabana Valea Sambatei.

Cabana Valea Sambatei.

Ostatni widok na Dolinę Sambatei.

Ostatni widok na Dolinę Sambatei.

19.07.2008, sobota

Rano pochmurno i deszczowo, w ciągu dnia się rozpogadza, do 25 stopni

Rano nie spieszymy się ze wstaniem z łóżka – a co, należy nam się po wczorajszej wyprawie!

Mamy prawdziwy dzień odpoczynku: leniwie jemy śniadanie, oglądamy wczorajsze zdjęcia (dopiero teraz, wypoczęci, dostrzegamy, jak pięknie było w partiach graniowych).

Zastanawiamy się, czy pójść pieszo do Voivodeni, czy urządzić sobie krótką wycieczkę w góry. Po namyśle wybieramy drugą opcję.

Idziemy spacerowym tempem (…co za miła odmiana po wczorajszej gonitwie!) na Muchia Dragušului – grzbiet okalający z jednej strony Dolinę Sambatei. Ścieżka prowadzi najpierw drogą powstałą przy zrywce drewna, miejscami w 2-metrowym wąwozie – widać efekty ogromnej erozji. Trochę brakuje znaków. Na rozdrożu musimy zgadywać, w którą stronę iść. O dziwo trafiamy. Idziemy najpierw przez las, potem miłymi zakosami po dawnym wiatrołomie. Co chwilę zatrzymujemy się na poskubanie pysznych malin rosnących wzdłuż drogi. Mija nas czteroosobowa grupa turystów – oprócz nich na szlaku nie spotykamy nikogo!

Na jednym z zakosów urządzamy sobie przemiły godzinny popasul. Dobrze sobie siedzieć tak po prostu, bez celu.

Wracamy tą samą drogą, podsumowując naszą rumuńską randkę.

Na koniec mamy niemiłą przygodę – na parkingu okazuje się, że z jednego z kół naszej Fabii zeszło powietrze. R. dopompowuje, ale wieczorem sytuacja się powtarza – w końcu kończy się na zmianie koła. Cóż, tak będziemy musieli wrócić do domu.

Nasz czas: ok. 4 godz., 3 km, 400 m przewyższenia

Po południu idziemy na tradycyjny posiłek do naszych gospodarzy (mamałyga), a wieczorem pakujemy się, by jak najwcześniej wyruszyć w drogę powrotną do naszego kochanego Tymusia!

Przychodzą do nas koniki (...i kózki).

Przychodzą do nas koniki (…i kózki).

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Na grzbiecie Muchia Dragusului.

Tradycyjny posiłek u Dogariów.

Tradycyjny posiłek u Dogariów.

20.07.2008, niedziela

Upał, dopiero w Polsce trochę chmur i przelotny deszczyk.

Powrót do domu: 3:10-0:20, ponad 21 godz., ponad 1200 km. O rety…

Sambata-Sybin

Koszmarny odcinek: jest ciemno, spory ruch, te okropne roboty drogowe, kot wpadający pod koła i mgła miejscami ograniczając widoczność do zera.

Sybin-Oradea

Jedziemy dość sprawnie, z jedną przerwą w McD na kawę w Klużu. Ruch umiarkowany. Z łezką w oku żegnamy się z rumuńskimi klimatami – pięknymi widokami, babuszkami przy drodze itp. Robimy zdjęcie romskim pałacom w Huedin.

Postój w Oradei: 9:30-10:45

Robimy szybki, 40-minutowy sprint po zabytkowym centrum. Secesyjna zabudowa (XVIII/XIX) robi naprawdę duże wrażenie, niektóre kamienice zadziwiają finezją zdobień. Na starówce naprawdę jest ładnie. Zabytkowe budynki stopniowo są odnawiane i odzyskują dawny blask.

Oglądamy synagogę reformowaną (XIX), kamienicę Czarny Orzeł z pięknym pasażem handlowym, bibliotekę i pałac biskupów grekokatolickich (pocz. XX), cerkiew z księżycem i złoto-czarną kulą pokazującą fazy księżyca (XVIII), pomnik Michała Walecznego, Kościół Św. Władysława (XVIII), ratusz oraz ulicę Republicii z secesyjnymi kamieniczkami i dwiema urokliwymi fontannami.

Oradea znad Szybkiego Kereszu.

Oradea znad Szybkiego Kereszu.

Secesyjne kamieniczki z okresu Habsburgów.

Secesyjne kamieniczki z okresu Habsburgów.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Kamienica Czarny Orzeł.

Pomnik Michała Walecznego i kościół Św. Władysława (XVIII w).

Pomnik Michała Walecznego i kościół Św. Władysława (XVIII w).

Biblioteka (1905 r.).

Biblioteka (1905 r.).

Biblioteka i Pałac Biskupów grekokatolickich (1904).

Biblioteka i Pałac Biskupów grekokatolickich (1904).

Ratusz.

Ratusz.

Szybki Keresz - most.

Szybki Keresz – most.

Teatr Państwowy (XIX w, neoklasycystyczny).

Teatr Państwowy (XIX w, neoklasycystyczny).

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Deptak Calea Republicii.

Usprawiedliwiając się pośpiechem, hańbimy się szybkim zestawem w McD i dalej w drogę.

Przez Węgry

Na stacji płacimy za autostrady, więc (po początkowym krótkim błądzeniu;-)) mamy komfortowy odcinek drogi. Potem obszary zabudowane, ale węgierscy kierowcy są bardzo uprzejmi i jedzie się dobrze. W ramach wspomnień czytamy sobie przewodnik.

Przez Słowację

Jest stosunkowo pusto, przejeżdżamy bez problemów. Przypominamy sobie po kolei to, co obejrzeliśmy w Rumunii.

Barwinek-Kraczkowa

Drogi zapełniają się turystami wracającymi do Polski. W jednym miejscu z powodu wypadku musimy sporo postać.

18:00-19:00 – sjesta u Rodziców R.

Bierzemy prysznic (co za orzeźwienie w tym upale, my przecież bez klimatyzacji), zjadamy pyszną kolację i czym prędzej dalej.

Kraczkowa-Rakówiec

Jedzie się kiepsko: zmrok, a potem noc, i – co gorsza – dużo wariatów na drodze, siedzących na ogonie i wyprzedzających. Na szczęście humory nam dopisują. Raz zatrzymujemy się na kawę. Najbardziej dłuży nam się ostatnie 20 km. Siłą staramy się nie zasnąć.

Po północy mamy najpiękniejszy widok na świecie: naszego śpiącego synka. Wydaje nam się taki duży! Dobrze tak wyjechać we dwoje, żeby docenić to, co się ma. Rega mało nie wariuje ze szczęścia.

 

Na koniec jeszcze kilka impresji – rumuńskich ,,smaczków” zebranych głównie podczas przejazdów przez rumuńskie miejscowości, a które na długo zapadną w naszą pamięć

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu. Drum bun - szerokiej drogi!

Rumunia z samochodu. Drum bun – szerokiej drogi!

Rumunia z samochodu.

Rumunia z samochodu.

Transylwański Chrystus.

Transylwański Chrystus – przy drogach były dziesiątki takich.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Rumunia, Rumuni i Romowie.

Pałace w Huedin.

Pałace w Huedin.