Alpy Sztubajskie, dzień 10. Rinnenspitze i Ferrata Höllenrachen – emocje gwarantowane!

23 lipca 2017, niedziela

Rano pogoda, potem kłębiące się chmury, po 16:00 burza, do 20 stopni

Ferrata Höllenrachen i Rinnenspitze

Okolice schroniska Franza Senna mają do zaoferowania kilka krótkich ferrat i interesujących wycieczek, w tym na trzytysięczniki. Wybieramy najbardziej spektakularną z ferrat i niezbyt trudny, widokowy szczyt. Rinnenspitze to świetna góra na pierwszy trzytysięcznik dla osób, które dotąd chodziły najwyżej po Tatrach. Trudności nie przekraczają tych z Orlej Perci i ograniczają się do samej kopuły szczytowej. A fakt zdobycia trzytysięcznika bez podjazdu kolejką może być powodem do dumy ;-). Continue reading

Alpy Sztubajskie, dzień 9. Lodowce Wilder Freigera, czyli o tym, że plany nie zawsze się realizują

21 lipca 2017, piątek

Pochmurny poranek, potem cały dzień się chmurzy, wieczorem burza, do 21 stopni

Lodowce Wilder Freigera

Jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani naszymi tegorocznymi trasami ferratowymi (Ilmspitze, Fernau), teraz marzy nam się trasa na lodowcowy trzytysięcznik. Wybór pada na Wilder Freigera (3418 m n.p.m.) – trasa (jak na trzytysięcznik) jest łatwa, a lodowiec spokojny (trudności F). Wieczorem przygotowujemy raki, czekan i linę; rano zrywamy się wcześnie – mamy do pokonania – bagatela – 2000 m przewyższenia.

Od rana niepokoi nas pogoda – deszcz jakoś tak wisi w powietrzu, ale prognozy nie są złe, idziemy. 0 6:40 ruszamy z przysiółka Ranalt (1303 m n.p.m.) i kierujemy się do schroniska Nürnberger (2278 m) (opis tego odcinka zamieściliśmy tutaj) No ładnie, tysiąc metrów przewyższenia już na pierwszym odcinku… Plany mamy ambitne, więc pilnujemy dobrego tempa. W pewnym momencie spotyka nas miła niespodzianka – na środku naszej drogi staje nam piękna salamandra czarna – płaz żyjący właściwie tylko w Alpach (i Górach Dynarskich). Jest bardzo podobna do naszej salamandry plamistej. Tylko oczywiście plamek jej brak. Po krótkim przerywniku na zdjęcia ruszamy dalej. Mijamy halę B’suchalm (tym razem poza kozami witają nas konie) i nużącymi zakosami wspinamy się na próg doliny. Już, już nam się wydaje, że to ostatni zakos, a przed nami wyrasta następny. Wysokości nie da się oszukać. Przed schroniskiem meldujemy się po 2 godz. 20 min. od ruszenia z parkingu (ale tym razem staraliśmy się iść naprawdę sprawnie). Schronisko Nürnberger to bardzo klimatyczne miejsce. Budynek został zbudowany już w 1886 r., o czym przypomina data wyrzeźbiona na słupie w jadalni. Porządna porcja apfelstrudla popita sokiem malinowym pozwala nam zapomnieć o dotychczasowym zmęczeniu.

Salamandra czarna – występuje praktycznie tylko w Alpach!

Sielanka na hali B’suchalm.

Jak podeszliśmy, spały jeszcze wszystkie trzy…

Jadalnia Nürnberger Hütte – właśnie posprzątana po śniadaniu.

Piękne szarotki przed Nürnberger Hütte.

Nasz szlak prowadzi teraz pięknymi, podręcznikowymi więc ogładzeniami polodowcowymi, potem ścieżka prowadzi przez głazy w surowym wysokogórskim otoczeniu. Jest bardzo dobrze oznaczona biało-czerwonymi znakami malowanymi na kamieniach. Cały czas intensywnie zdobywamy wysokość, więc wędrówka staje się nieco męcząca. Jedyne, co nas martwi, to pogoda – malownicze chmury wypiętrzają się coraz bardziej i okresowo zasłaniają widok na okoliczne szczyty. W okolicy rozstaju szlaku na Wilder Freiger i do schroniska Sulzenau Hütte robimy sobie krótki postój, po czym ruszamy dalej. Spotykamy po drodze kilka grupek turystów wracających z Freigera – wszyscy zgodnie mówią, że pogoda tam nieciekawa. Ścieżka prowadzi w surowym, skalnym otoczeniu, ale wędrówkę uprzyjemniają pocztówkowe widoki na bliźniacze szczyty Freuerstein i chowające się w ich cieniu szmaragdowe stawy Freigersee.

Schronisko zostaje za nami.

Bliźniacze szczyty Feuerstein i Freiger See – kluczowe postacie dzisiejszych widoków.

To już wysokość ponad 2700 m n.p.m., za chwilę dołączy się szlak z Sulzenauhütte.

Zaglądamy z sentymentem na stronę kotliny Grünau.

Trzymamy tempo, więc i postój się należy!

Nasza ścieżka przecina dwa paty śniegu, po czym wprowadza na skalną grać, która węższym ramieniem wcina się między lodowce Wilder Freigera i Grüblerferner. Widok, jaki otwiera się z góry na lodowce, jest nie do opisania. Jak tak się tu stoi i patrzy na te masy lodu, widać potęgę natury. Po raz pierwszy mamy możliwość dokładnego pooglądania sobie ogromnych alpejskich lodowców w z wielkimi czarno-niebieskimi szczelinami. Turyści bez umiejętności poruszania się po lodowcu mogą sobie podejść do końca znakowanego szlaku tylko po to, żeby z góry popatrzeć na otaczające ich ze wszystkich stron lodowce. Naprawdę warto.

Skały, skały, stawek, skały, płat śniegu…

Strumyczki wypływają spod lodowca Grüblferner.

Sceneria zmienia się nie do poznania.

Chmury pięknie grają w przedstawieniu natury.

Przechodzimy przez nieckę, w której z resztek lodu tworzy się stawek wytopiskowy.

Z kolejnego płata śniegu wchodzimy na ostatnią grań.

…z której nareszcie widzimy szczyt Wilder Freiger.

Jego lodowiec jest naprawdę imponujący.

Podziwiamy potęgę natury.

Na skalnej grani szlak znakowany się kończy. Teraz musimy polegać na mapach, wydaptanych ścieżkach i własnym zmyśle orientacyjnym. Nasza trasa nadal prowadzi granią na południe. Znaków szlaku już nie ma, więc to do nas należy poszukanie najbardziej optymalnej trasy, co nie zawsze jest łatwe. Po drodze pokonujemy nasz pierwszy trzytysięcznik (kulminacja 3222 m n.p.m.) zdobyty przez nas „z gleby” – jesteśmy z siebie bardzo dumni! Grań jest wąska i przepaścista, idziemy po głazach i kamieniach niezwiązanych z podłożem – to niezbyt przyjemny odcinek, trzeba zachować uwagę. Po kilkuset metrach nasza trasa sprowadza z grani na lewo na przedeptaną ścieżkę po polu śnieżnym. Dalej trasa na Wildera pokonuje trawersem pole lodowe, przewija się na prawą stronę grani i trawersując szczyt Signalgipfel, wprowadza na wierzchołek.

Wchodzimy granią coraz wyżej

…nie mogąc napatrzeć się na Wilder Freiger-ferner.

Grań coraz wyżej, a chmury coraz niżej.

Dobrze, że nie musimy kluczyć między tymi szczelinami!

Grań jest coraz węższa, ale gęstnieje też mgła.

My dziś, niestety, na sam szczyt nie dotarliśmy. Ok. pół godziny przed celem chmury spowiły wszystko tak dokładnie, że otoczyło nas białe mleko. Przy zerowej widoczności sens wędrowania lodowcem na szczyt Wilder Freigera był mocno wątpliwy. Poczekaliśmy jeszcze chwilę pod granią, czekając na poprawę pogody, ale się nie doczekaliśmy. W tej sytuacji odłożyliśmy emocje na bok, wyciągnęliśmy rozsądek z kieszeni i zawróciliśmy. Może Wilder Freiger wpuści nas do swojego królestwa innym razem.

Widok z naszego postoju – nawet nie widać, jak dalej mamy iść.

Jesteśmy w chmurach – widoczność prawie żadna.

Spróbujemy jeszcze raz wejść na grań.

Tutaj kończymy wyprawę – błądzenie w mleku po lodowcu nie ma sensu.

Mimo rozczarowania (nie udało nam się przecież postawić nogi na szczycie, przez wiele godzin tachaliśmy w plecaku czekan, raki i liny; no tak Wilder Freiger zrobił z nas frajerów – mówi R.) sama wyprawa była dla nas bardzo interesująca. Takich widoków na takie lodowce nie mieliśmy okazji podziwiać nigdzie indziej. W środku lata przenieśliśmy się w świat zimy. No i zdobyliśmy „z gleby” nasz pierwszy trzytysięcznik (ten w grani łączącej się w Freigerem od północnego wschodu)! Wspaniała przygoda.

Granie wśród lodowców w tym miejscu są dzikie i groźne.

Wracamy powoli, szukając dobrego przejścia przez grań.

Znaki szlaku skończyły się kilkaset metrów wcześniej.

Możemy jeszcze raz spojrzeć na lodowiec – taki widok to było nasze marzenie.

Chmury naprawdę zagrały dzisiaj główną rolę – czarnego charakteru!

Wilder Freiger na koniec jeszcze raz na nas spojrzał, a potem na dobre zasnuł się mgłą.

Droga powrotna mija bez problemów, choć daje o sobie już znać zmęczenie. Nasza dzisiejsza trasa to wspaniała lekcja glacjologii – nie tylko można spojrzeć z góry na ogromne „żyjące” lodowce, lecz także na własne oczy zobaczyć, jak powstaje stawek wytopiskowy czy morena środkowa (w górnej części doliny Langetal pod szczytami Freuerstein) albo jak prosto z lodowców wypływają potoki lodowcowe.

W drodze powrotnej spotykamy bardzo miłych państwa z Polski (pozdrawiamy serdecznie!), którzy od lat rodzinnie przemierzają kolejne odcinki alpejskiej Hohen Weg. Jak miło pogawędzić po polsku – naszych rodaków w Alpach Sztubajskich spotykaliśmy do tej pory bardzo sporadycznie.

Z radością witamy ten kopiec, stąd zaczyna się znakowany szlak.

Ależ natura tworzy piękne i groźne dzieła!

Schodzimy z powrotem w kierunku pól śnieżnych.

Szlak prowadzi teraz wprost na Freiger See.

Kotlinka z lodowczyko-stawkiem…

…jest bardzo malownicza.

Strumyk wpływa pod lodowczyk.

Żegnamy krainę lodowców.

A bliźniaki Feuerstein i Freiger See znowu prezentują swe wdzięki.

Ostatnie grupy schodzą za nami z Freigera.

Serduszko to czy stawek?

A chmury wpakowały się nawet do wody!

Trudno schować aparat, gdy wokół tyle piękna!

Piękne te lodowce!

Urfallspitz – pod jego wschodnią ścianą będziemy schodzić do schroniska.

Freger See jest przepiękne.

Znajome ogładzenia, a przed nami schronisko!

W schronisku Nürnberger chcemy zjeść coś na obiad, ale się nie daje – ciepłe posiłki wydają dopiero od 18:00. W takiej sytuacji ratujemy się dużymi radlerami i ciastem czekoladowym i schodzimy do samochodu. Nie będziemy pisali, jak byliśmy zmęczeni po 12 godzinach wycieczki i pokonaniu po 2000 m przewyższenia w górę i w dół. Ale co tam, nogi do góry i sobie odpoczniemy, a wspomnienia zostaną! Zaraz po powrocie do Neugasteig rozpętuje się solidna burza. Za oknem ściana wody, a w głowie myśl – jak dobrze, że zdążyliśmy już wrócić ze szlaku!

Taras pełny, chociaż można wypiś tylko piwo i zjeść ciasto, kolacja po 18.

Zakosy sprowadzają w dół doliny Langental.

Na znajomą halę B’suchalm.

Nasza trasa w liczbach: 12 godzin (ok. 6:30-18:30), 2000 m przewyższenia, 15 km

Nasza dzisiejsza trasa.

Alpy Sztubajskie, dzień 8. Ferrata Fernau.

Ferrata Fernau – krótka, ambitna trasa w pobliżu schroniska Dresdner Hütte

To bardzo dobra propozycja na kilkugodzinne okienko pogodowe dla turystów zaznajomionych z żelaznymi perciami. Wjazd kolejką praktycznie do samego punktu startu ferraty, łatwy powrót w bezpieczne miejsce, do tego na deser widokowy szczyt. Trudności D. Continue reading

Alpy Sztubajskie, dzień 7. Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

20 lipca 2017, czwartek

Od rana na horyzoncie kłębią się chmury, od południa przelotne deszcze i burze

Wycieczka na Hoher Burgstall i przełęcz Seejöchl

Co się planuje przed wymarzonym wyjazdem w góry? Oczywiście same debeściaki – trasy najlepsze z możliwych. Tak było i tym razem. Ambitne ferraty, całodniowe tury na trzytysięczniki – Habicht, Wilder Freiger, Schrankogel, Rinnenspitze… A tu, kurczę, pogoda do bani. Od rana burzowo, prognozy niepomyślne. No co robić, musimy wymyślić jakiś Plan B. Wczoraj burza przegoniła nas z ferraty Nürnberger Hütte, ale przynajmniej udała się potem długa i piękna wycieczka górska. Dziś pogoda ma być gorsza. Patrzymy na mapę – jest! Szczyt Hoher Burgstall (2611 m n.p.m.), położony tylko niecałe dwie godziny od górnej stacji kolejki Kreuzjochbahn, wyruszającej z miejscowości Fulpmes. W razie burzy będzie gdzie zwiewać😊

Mimo swojej łatwej dostępności Hoher Burgstall jest atrakcyjnym celem dla górołaza. Ze szczytu otwiera się naprawdę fantastyczny widok na Dolinę Sztubajską i jej odnogi boczne. To świetne miejsce na podsumowanie pobytu w Sztubajach – można odnaleźć znajome szczyty i dolinne szlaki do schronisk. Szlak prowadzący z kolejki jest łatwy, tylko pod samym szczytem ścieżka jest ubezpieczona. Nadaje się nawet dla rodzin ze starszymi dziećmi (jednak z pewnym doświadczeniem górskim), w okolicy jest też mnóstwo szlaków, na których można zaplanować rodzinne okrężne wycieczki. Warto tu się wybrać również z innego powodu. Ze szlaku podejściowego na Hoher Burgstall (i nawet już spod górnej stacji kolejki) doskonale prezentuje się poszarpana grań masywu Kalkkögel, nasuwająca skojarzenia z Dolomitami. W tym masywie dostępne są też dwie atrakcyjne ferraty – Schlicker Klettersteig przez szczyt Ochsenwald i druga wprowadzająca na szczyt Marchreisenspitze – bardzo żałujemy, że pogoda nie pozwoliła nam na przejście choć jedną z nich.

Parkujemy na przykolejkowym parkingu (w Fulpmes trzeba jechać za strzałkami kierującymi do „Schlick 2000”) i w kilkanaście minut gondolki wwożą nas na wysokość 2100. To jednak jest cudownym udogodnieniem. W okolicy górnej stacji kolejki (Bergstation Kreuzjoch) jest też taras widokowy, restauracja i ferraty szkoleniowe, a dla dzieci – dmuchana zjeżdżalnia i … piaskownica! Wszyscy będą zadowoleni. My kierujemy się szlakiem na schronisko Sennjochhütte, odległe tylko o dobre pół godziny drogi. Ścieżką razem z nami idą inni „kolejkowi” turyści, ale nie mamy wrażenia wędrówki w tłumie – nie ma nawet porównania z naszym Kasprowym. Za schroniskiem Sennjoch na szlaku robi się luźniej. Wygodna ścieżka wprowadza najpierw na przełęcz pod szczytem Niederer Burgstall (2436 m; możliwe również wejście na sam szczyt), a potem pod szczyt  Hoher Burgstall. Szlak jest wygodny, tylko ostatnie kilkaset metrów wymaga więcej uwagi – najpierw ze względu na osypujące się piargi, potem – na dwa ubezpieczone (choć nietrudne) przejścia po skałach. Sam szczyt można osiągnąć dwiema ścieżkami – północną i południową. Północna jest o 10 min krótsza, ale też nieco trudniejsza; lepiej nadaje się do wejścia, a południowa – do zejścia.

Miejscowość Fulpmes, w tle Kirchdachspitze, Ilmspitze i Elfer.

Po wyjściu z kolejki – widok na nasz cel – Hoher Burgstall.

Elfer i Ilmspitze zbudowane są z podobnych, wapiennych skał.

Ławeczka z widokiem, w tle Serles.

Szlak trawersuje zbocze Niederer Burgstall.

Ze stoku Niederer Burgstall nasz cel prezentuje się całkiem okazale.

Szlak przewija się przez piękny rów graniowy.

Spoglądamy do tyłu na Niederer Burgstall, w tle Serles.

Masyw Kalkkögel przypomina nam Dolomity.

Koniec podejścia jest ubezpieczony liną.

Masyw Kalkkögel w całej okazałości.

Schlicker Seespitze wznosi się na wysokość 2804 m n.p.m.

Na szczycie Hoher Burgstalla urządzamy sobie miły postój. Czujemy się tu jak na tarasie widokowym na Dolinę Sztubajską – jak na dłoni widać wszystkie szlaki, które odwiedziliśmy w minionych dniach. Zwracamy uwagę na to, że wapienne szczyty układają się w jednej linii – za nami masyw Kalkkogel, a przed nami – Elfer i Ilmspitze –  ma to zapewne uzasadnienie w przeszłości geologicznej tych okolic. Fajnie jest tak z każdą wycieczką widzieć coraz więcej.

Szczyt Hoher Burgstall. Jak miło mieć wspólne zdjęcie.

Otoczenie doliny Oberbergtal.

Widok na Dolinę Sztubajską.

Sztubaje u naszych stóp.

Wszędzie dookoła nas kłębią się czarne chmury, ale o dziwo u nas jeszcze nie pada. Postanawiamy wykorzystać tę dobrą passę i podejść na widokową przełęcz Seejöchl (2518 m). Ścieżka przyjemnie trawersuje wapienne zbocza, jest wąziutka i dosyć eksponowana, ale bardzo wygodna. Na przełęczy Schlicker Schartl (2456) rozglądamy się dookoła – nad Neustift burza jak ta lala, wejście na nieodległy widokowy Schlicker Seespitze (2804 m n.p.m.) – buu… – odpada. Ale decydujemy się podejść jeszcze pół godziny w na przełęcz Seejöchl. Nie tylko udaje nam się nie zmoknąć, lecz także przez chwilę pooglądać sobie na spokojnie widoki. Ale mamy dziś szczęście, bo widzimy, jak w tym czasie pada niemal z każdej strony! Z przełęczy wyjątkowo pięknie prezentują się pionowe ściany szczytu Schlicker Seespitze, na północnym zachodzie widać schronisko Adolf Pichler Hütte, a na południu – uroczy staw.

Ostatnie spojrzenie na szlak wejściowy na Hoher Burgstall.

Teraz kierujemy się na południe.

Mijamy ogromne konstrukcje chroniące przed lawinami.

Zamykamy pętelkę wokół szczytu Hoher Burgstall.

Ostatnie spojrzenie szczyt Hoher Burgstall – nasz dzisiejszy taras widokowy.

Teraz na przełęcz Schlicker Schartl.

Trawersujemy wielkie piarżyska.

Skały też są niczego sobie.

Przełęcz tuż tuż

Widok z przełęczy Schlicker Schartl na Kreuzjoch.

W dolinie już leje…

…a my jeszcze chcemy na drugą przełęcz!.

Nawet w tak nieprzychylnych warunkach rośliny znajdą miejsce dla siebie.

Tuż obok szlaku piękna poduszka lepnicy bezłodygowej.

Przełęcz Seejöch – widok na Gamskofel.

Widać też schronisko Adolf-Pichler-Hütte.

Chmury kłębią się coraz bardziej.

Schlicker Seespitze pozostanie przez nas niezdobyty.

Szlak na Schlickera wychodzi właśnie z tej przełęczy.

Kilka kropel spada nam na nos, chmury ciemnieją, więc zarządzamy odwrót i przyspieszamy kroku. Wracamy znaną ścieżką na przełęcz Schlicker Schartl, a potem – przecież prawdziwy turysta nigdy tą samą drogą nie wraca –  nie wracamy pod Burgstall, tylko schodzimy ścieżką w dolinę. Szlak jest dość mocno zerodowany i miejscami średnio wygodny, ale nachylenie nie jest duże, więc kolana zanadto nie cierpią. Idziemy wśród soczystych, alpejskich hal pełnych kolorowych kwiatów – nie mielibyśmy nic przeciwko zamienieniu się na jakiś czas w tutejsze krowy. Co kilka kroków widać wejścia do nor świstaków. Spacer jest bardzo przyjemny, a byłby zapewne jeszcze bardziej, gdyby nie zaczynało padać. Wyciągamy kurtki i zakładamy kaptury na głowę. Po chwili padać przestaje – to okaże się tylko preludium.

A teraz z powrotem na Schlicker Schartl.

Powrót na Schlicker Schartl, przed nami Hoher Burgstall.

Zaczynamy zejście z przełęczy.

Szlak sprowadza nas do Zirmachalm, w dole widać Schlickeralm.

Idziemy przez piękne alpejskie łąki.

Alpejska sielanka

Nasza ścieżka sprowadza nas w okolice nieczynnego w lecie gościńca Zimachalm (1938 m). Minus jest taki, że chcąc wrócić wyciągiem, musimy teraz dwieście metrów wysokości wejść do góry, ale co to dla nas😉. Idziemy wygodną drogą Naturlehrweg, prowadzącą do górnej stacji kolejki. Ta droga została zbudowana specjalnie dla …. rodzin z wózkami dziecięcymi, o czym informuje nawet odpowiednia ikonka. Ścieżka równiutko usypana z kamyczków, nachylenie komfortowe, co kilka kroków na zmęczonych czekają drewniane ławki, niektóre malutkie, tylko dla najmłodszych. Pomyślelibyście, że alpejskie szlaki mogą być przyjazne dla rodzin z małymi dziećmi? A naprawdę są!

Cały dzień mieliśmy szczęście, musiało się to kiedyś skończyć. Deszcz pada coraz gęstszy, a znad szczytów masywu Kalkkogel dobiegają coraz głośniejsze grzmoty. Ostatnie 500 m pokonujemy smagani ulewnym deszczem. Cali mokrzy wskakujemy do stacji kolejki, marząc o ciepłym samochodzie i coraz bliższej wizji obiadu, a tu pach! – z uwagi na porywisty wiatr kolejka zostaje zatrzymana. Na szczęście miły pan z obsługi zaprasza nas do swojej kanciapy – pomieszczenie jest ogrzewane. Siedzimy na ciepłej drewnianej ławce i rozkoszujemy się jakże rzadką świadomością, że nigdzie nam się nie spieszy. Przymusowe oczekiwanie trwa nie dłużej niż pół godziny. Po chwili mamy i ciepły samochód, i pichcimy obiad.

Wieczorem nasze główne zmartwienie dotyczy tego, gdzie by tu jutro pójść (czy to nie cudowne?). Pogoda ma być jeszcze bardziej niestabilna. A nasze plany tego nie wiedzą. Coś musimy wymyślić.

Po ulewie widoki z naszego okna są bajkowe.

Dekoracje zmieniają się z każdą minutą.

Trasa w liczbach:
5,5 godziny (bez przejazdu kolejką); 800 m przewyższenia, ok 10 km

Nasza dzisiejsza trasa.

Alpy Sztubajskie, dzień 6. Ranalt – Nürnberger Hütte – Sulzenauhütte – Ranalt

19 lipca 2017, środa

Przepiękny gorący dzień, ale około południa straszyły nas burzowe chmury i przelotnie popadało

Pętla z Ranalt przez Nürnberger Hütte i Sulzenauhütte

To jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi kiedykolwiek szliśmy! Piękne jezioro, wodospady, doliny, potoki, lodowce! Trudno wypuścić aparat z ręki. Ścieżka poprowadzona w jakiś taki przyjemny sposób, że ciągle mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w naszych kochanych Tatrach, tylko wszystko dookoła jest jakieś takie większe ;-). Szlak nie jest trudny i jest dostępny praktycznie dla każdego, kto ma przyzwoitą kondycję (w razie czego można przejść tylko część trasy lub zanocować w schronisku), większej uwagi wymaga głównie zejście z przełęczy Niederl.

Ruszamy z parkingu opisanego jako Nürnberger Hütte. Po kilkunastu minutach dość stromego podejścia przez piękny las szlak dociera do drogi jezdnej. Widoki zarówno za nami, jak i przed nami rozszerzają się. Po prawej szumi potok, a naszym oczom ukazuje się szerokie i pokryte pięknymi łąkami dno doliny Langental.

Przechodzimy obok B’suchalm (gospodarstwo z gościńcem dla turystów, podobne spotkać można tutaj w niemal każdej dolinie i na każdej większej hali). Zaczynamy wspinać się nieco mozolnymi zakosami w coraz mocniej świecącym słońcu. Po dojściu na wysokość ok. 2000 m n.p.m. chwilę odpoczywamy na miłej ławeczce. Potem szlak staje się już mniej strony i w kolejne kilkadziesiąt minut doprowadza nas do schroniska.

Ruszamy z parkingu za przysiółkiem Ranalt.

Zaczynamy wędrówkę doliną Langental – rzut oka za siebie.

Szlak wiedzie najpierw dnem doliny wzdłuż potoku.

Po chwili dochodzimy do hali B’suchalm (1580 m n.p.m.).

Gospodarze gościńca B’suchalm zajmują się też hodowlą zwierząt.

Co szlak, to inne zwierzęta. Dziś spotykamy kozy.

Kozy zapuszczają się chętnie do wyższych pięter doliny.

Po niemal dwóch godzinach marszu wreszcie czas na odpoczynek.

Z progu doliny otwiera się szeroki widok na otaczające szczyty.

Na tarasie Nürnberger Hütte (2278 m n.p.m.) zatrzymujemy się na tradycyjnego radlerka. Postój trochę nam się przeciąga, bo bardzo niepokoją nas wypiętrzające się na północy chmury, zmierzające wyraźnie w naszą stronę. Po długich dywagacjach, co dalej robimy w tej sytuacji (planowaliśmy piękną ferratę Nürnberger Hütte), postanawiamy zaryzykować podejście na przełęcz, ale omijając ferratę, żeby mieć możliwość szybkiego odwrotu w razie nagłej zmiany warunków. Ferrata, chociaż należy do gatunku „przyschroniskowych”, jest atrakcyjna i była nam dzisiaj po drodze, ale cóż, czasami trzeba zachować rozsądek.

Tego nam było trzeba!

Ruszamy dalej – Nürnberger Hütte zostaje za nami.

Podejście na przełęcz Niederl (2629 m n.p.m.) jest dosyć wygodne i bardzo przypomina nam szlaki w Tatrach Wysokich, ułożone z dużych granitowych bloków. „Nasza” burza gdzieś sobie poszła, więc jesteśmy już spokojniejsi, ale na przełęczy okazuje się, że po drugiej stronie pogoda jest znacznie gorsza. Niebo całe zaciągnięte chmurami, z których to tu, to tam już pada… Szybko robimy więc zdjęcia i ruszamy w dół.

Schronisko Nürnberger zostaje coraz bardziej w dole.

Zbliżająca się do nas burza zniechęciła nas do przejścia ferraty Nürnberger Hütte.

Na przełęcz wprowadza wygodna ścieżka klucząca między blokami skalnymi.

Na przełęczy Niederl zauważamy, że deszcz nadciąga też z drugiej strony.

…więc czym prędzej uciekamy w stronę kotlinki Grünau.

Zejście z przełęczy na stronę zachodnią jest najbardziej eksponowanym miejscem na dzisiejszej trasie. Prowadzi jednak dość wygodnymi zakosami z zabezpieczeniem stalową liną, której można się przytrzymać. Osoby z małą odpornością na ekspozycję mogą mieć tutaj jednak trudności, zwłaszcza przy schodzeniu, ale obiektywnie problemów dużych nie ma.

Widoki po tej stronie przełęczy znacznie przewyższają nasze oczekiwania. Przez długi czas podziwiamy piękny lodowiec spływający spod szczytu Wilder Freigera, oraz leżące u jego stóp jezioro Grünausee, którego toń ma głęboką turkusową barwę. Niestety, kontemplowanie widoków nagle przerywa nam deszcz. Na szczęście nie pada długo i już po chwili wychodzi znowu słońce, a chmury w ciągu kilku minut gdzieś się rozpływają. Korzystamy z pogody i schodzimy nad sam brzeg jeziora Grünausee (trzeba nieco zboczyć ze szlaku), gdzie urządzamy sobie przemiły postój. Czujemy się jak nad jakąś laguną na włoskiej riwierze, do tego z widokiem na ośnieżone szczyty – no po prostu bajka!

Pięknie stąd prezentuje się Wilder Freiger.

Lodowiec Wilder Freiger to główny aktor tej sceny.

Ścieżka sprowadza w kierunku Grünausee.

Piękna dolina polodowcowa przywodzi nam na myśl naszą ‚Piątkę’.

Przed nami widok na górskie otoczenie doliny Sulzenau.

Zbierało się na deszcz, zbierało, no i oczywiście zaczęło padać.

Turkusowa barwa stawu Grünausee.

Przy szlaku czai się jaszczurka.

Grünausee. Jest pięknie.

Nie możemy się oprzeć chęci urządzenia sobie tu krótkiego odpoczynku.

Trzeba ruszać dalej, ale nie oznacza to końca niesamowitych wrażeń. Przechodzimy po podręcznikowych wręcz ogładzeniach polodowcowych, oglądamy piękny potok wypływający wprost z lodowca. Można tutaj studiować poszczególne elementy rzeźby polodowcowej. Szlak jest poprowadzony po mistrzowsku. Przez dłuższy czas prowadzi sporym wałem morenowym, by po przeprawieniu się na drugi brzeg potoku znowu poprowadzić na piękny punkt widokowy (drogowskaz, trzeba odejść od szlaku kilkadziesiąt metrów – warto!), z którego widać zarówno przebyty przez nas odcinek drogi, jak i lodowiec Sulzenauferner oraz położone na wysokim progu skalnym.

Schodzimy w kierunku doliny Sulzenau.

Po drodze uwagę zwracają imponujące ogładzenia polodowcowe

Morena jak z podręcznika geografii.

Nią właśnie wiedzie nasz szlak.

Podziwiamy lodowiec Wilder Freiger.

Kozy dziś już były, teraz pora na owce!

Boczna ścieżka odbijająca od szlaku doprowadza do punktu widokowego na dolinę Sulzenau.

W górnym piętrze doliny przysiadło schronisko Sulzenau.

Przekraczamy lodowcowy potok Sulzenaubach.

Schronisko Sulzenau leży na wysokości 2191 m.

Stąd już szybciutko docieramy na taras schroniska Sulzenauhütte, gdzie zamawiamy „górskie jadło” i napitek dla członków Alpenverein. Dzisiaj na posiłek składa się kotlet, jajko sadzone i ziemniaki w śmietanowym sosie, a do tego pół litra kompotu. Nie jest to kuchnia wysokich lotów, ale dla głodnego turysty w sam raz!

Teraz już czeka nas tylko zejście do samochodu. W żadnym wypadku nie jest to jednak nudna męczarnia, jak to bywa z zejściami. Wybieramy nieco mniej wygodne, ale za to ciekawsze warianty zejścia, będące częścią Wilde Wasser Weg – sztubajskiej świetnej trasy edukacyjnej, pokazującej dziki górski potok, wodospady i prowadzącej aż pod lodowiec Sulzenauferner.

Szlak sprowadza zakosami na niższe piętro doliny, podchodząc pod sam Sulzenau Wasserfal. To niesamowite wrażenie być tak blisko tak wielkiego wodospadu (ten jeden z najwyższych wodospadów Alp Wschodnich ma aż 200 m wysokości!). Spadająca woda tworzy całkiem silny wiatr niosący pył wodny, w którym promienie słoneczne tworzą piękną tęczę! Cudo! Woda oblepia nas mgiełką, hałas uniemożliwia rozmowę.

Z zejścia w dolinę Sulzenau otwiera się bajkowy widok na potok Sulzenaubach.

Nasz szlak pokrywa się z 2. etapem Wilde Wasser Weg.

Wodospad Sulzenau spada z 200-metrowego progu doliny.

To jeden z najwyższych wodospadów w Alpach Wschodnich.

Piękna, soczysta hala na wysokości Sulzenaualm (1857 m n.p.m.).

Po obejrzeniu wodospadu pokonujemy płaską jak stół halę Sulzenaualm, po której wiją się odnogi potoku. Po chwili znowu zaczynamy ostre zejście, już ostatnie na dzisiaj. Szlak sprowadzający nas na kolejne trzy punkty widokowe na kolejny wodospad miejscami prowadzi po specyficznych drewnianych pomostach przypominających drabiny lub drewniane tory kolejowe.

Widok na Grawa Wasserfal jest niesamowity. Woda spada znowu z prawie 200-metrowego progu, a dodatkowo to najszerszy wodospad Alp Wschodnich – mierzy ok. 85 m szerokości! Wodny pył znowu tworzy piękne tęcze. Po dotarciu na dolny drewniany taras widokowy przechodzimy po mostku na drugi brzeg potoku spływającego z wodospadu.

Sulzenaualm (1857 m n.p.m.)

Można zerknąć z góry na Mutterbergtal.

A to kolejna atrakcja – wodospad Grawa.

Wodospad zasilają położone wyżej lodowce.

Człowiek jest przy nim taki malutki!

Wododpad Grawa to jeden z największych wodospadów w Alpach – ma 85 m szerokości.

Ostatnie 2,5 km idziemy wzdłuż imponującego potoku najpierw szlakiem Wilde Wasser Weg, a ostatnie kilkaset metrów pokonujemy poboczem drogi. Dotarliśmy do naszego samochodu – hurra!

Końcowy odcinek naszej trasy to 1. etap Wilder Wasser Weg.

Plan na dzisiaj mocno ewoluował. Zaczęło się od chęci przejścia ferraty Nürnberger Hütte. Potem doczytaliśmy, że zamiast wracać tą samą drogą, można zrobić pętlę obok jeziora i wodospadu, więc koncepcja została rozszerzona, a ostateczny efekt wypadł jak powyżej, czyli bez ferraty, ale za to z jakimi widokami, z jakimi atrakcjami! Dla takich miejsc i takich szlaków kocha się góry!

Trasa w liczbach:
Niespełna 11 godzin, ok. 18 km, przewyższenie po ok. 1500 m w górę i w dół

Jeden z najpiękniejszych szlaków, jakimi szliśmy.

Alpy Sztubajskie, dzień 4. Ilmspitze – najpiękniejsza ferrrata Austrii?

17 lipca 2017, poniedziałek

Piękny dzień, przed wieczorem chmurzy się, ale bez opadów, do 24 st.

Ferrata Ilmspitze – najpiękniejsza ferrata Austrii?

Długo zastanawialiśmy się jaką trasę wybrać na dzisiaj. Największym problemem okazałą się… pogoda! A dlaczego? Bo ładna i pewna, więc trzeba ten dzień wykorzystać jak najlepiej. A z drugiej strony pewnie dzisiaj będziemy mieli kryzys kondycyjny… No i co tu wybrać?

Ferrata Ilmspitze

Rano zjeżdżamy kilka kilometrów do centrum Neustift pod kolejkę Panoramabahn Elfer. Parking niby spory, ale już w znacznym stopniu zajęty. Kolejka gondolowa wywozi nas (w ramach naszej Stubai Card bezłatnie) na wysokość ok. 1800 m n.p.m.

Nie tracąc czasu, odnajdujemy odpowiedni kierunek i o 9:30 ruszamy w stronę doliny Pinnistal. Mijamy łąkę, z której startują paralotniarze, i oryginalną platformę widokową. Po podejściu kilkudziesięciu metrów w górę zaczynamy bardzo przyjemne zejście na halę Pinnisalm. Przyjemnie wytrasowana ścieżka trawersuje zbocza Elferspitze, stopniowo obniżając się na dno doliny. Przed nami piękne alpejskie widoki na wschodnie otoczenie doliny z imponującym Kirchdachspitze. Ach, byłby to piękny spacer z dziećmi!

Kolejka Panoramabahn Elfer wwozi nas na wysokość 1790 m.

Neustift im Stubaital zostaje w dole – wrócimy tu dopiero wieczorem.

Hale przy górnej stacji kolejki to ulubione miejsce startu paralotniarzy.

Mijamy punkt widokowy i idziemy na południe.

Zejście w dolinę Pinnistal to prawdziwa przyjemność.

Ścieżka wije się wśród soczystej zieleni w prawdziwie alpejskich widoków.

Szlak sprowadza w dolinę w okolicy schroniska Pinnisalm.

Po niespełna 40 minutach docieramy na halę Pinnisalm (1560 m n.p.m.). Wybierając wjazd kolejką, a następnie zejście do doliny, oszczędziliśmy sobie 600 m wysokości i około dwie godziny podejścia, które czekałoby nas, gdybyśmy zaczęli dzisiejszą wycieczkę z przysiółka Neder. Do tego miejsca można też dostać się minibusem Pinnisshuttle, który zawozi turystów aż do ostatniej hali w dolinie – Karalm. To jednak spory koszt (13 euro/osoba), a wjazd kolejką „załatwiamy” w ramach Stubai Card.

Dnem doliny prowadzi kamienista, wygodna droga, którą sprawnie zaczynamy zdobywać wysokość. Po pół godziny meldujemy się na hali Karalm (ok. 1750 m n.p.m.). Tu jest ostatni gościniec, w którym można się posilić i odpocząć. Podobny był na Pinnisalm (i jeszcze jeden niżej, na Issenangeralm, miniemy go dopiero w drodze powrotnej). Oboje zgadzamy się, że w tej okolicy są bardzo przyjemne, łatwo dostępne szlaki dla rodzin z dziećmi. Można na przykład zrobić sobie bardzo przyjemną kilkugodzinną pętlę spod górnej stacji kolejki do Elferhütte, dalej przez Panoramaweg zejść na halę Karalm, a potem po zejściu na halę Pinnisalm wejść z powrotem do górnej stacji kolejki ścieżką, którą my schodziliśmy w dolinę.

My teraz nie korzystamy z oferty bacówek – dłuższy postój planujemy dopiero w schronisku na przełęczy Pinnisjoch. Ścieżka wprowadza na przełęcz wyjątkowo wygodnymi zakosami – nawet specjalnie nie czuje się tu zdobywania wysokości. Zachwycamy się alpejskimi kwiatkami – co najmniej kilka gatunków nie przypomina naszych tatrzańskich roślin, więc nie możemy się oprzeć pokusie robienia zdjęć. Szczególnie ładne są „takie różowe” (potem sprawdzamy ich nazwę – różaneczniki alpejskie) – tworzą całe barwne połacie na pograniczu hal i kosodrzewiny – piękne!

Ruszamy w górę doliny Pinnistal.

Po chwili mijamy schronisko Karalm (1747 m n.p.m.).

Za schroniskiem ścieżka zaczyna piąć się zakosami na przełęcz.

Podziwiamy różaneczniki alpejskie.

Nazw niektórych kwiatów nawet nie znamy

…ale i tak są piękne!

Wygodnie poprowadzone zakosy wprowadzają na wysokość 2370 m.

W pewnym momencie na naszej drodze staje urocza ławeczka – chyba czeka specjalnie na nas! Nie możemy się oprzeć i robimy sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie kalorii. Idziemy już prawie dwie godziny i dochodzimy do poziomu 2000 m – należy nam się!

Przez pewien czas szlak ma mniejsze nachylenie i prowadzi pięknymi halami. Ich uroki doceniły też alpejskie krowy, które postanowiły nie wpuścić nas do swojego królestwa. Na szczęście po spojrzeniu im głęboko w oczy dały obejść się bokiem:) Tutejsze krowy są wyjątkowo czyste i… ładne – nadają się wprost do reklamy wiadomej czekolady ;-).

Oj, chyba nie przejdziemy dalej…

Tutejsze hale są intensywnie wypasane.

Krowy pięknie komponują się z alpejskim krajobrazem.

Przed nami jeszcze ostatnia porcja zakosów i po niespełna trzech godzinach meldujemy się na przełęczy Pinnisjoch (2370 m n.p.m.). Tuż za nią skrywa się urocze schronisko Innsbrucker Hütte. Zasiadamy na słonecznym tarasie z pięknym widokiem na otoczenie doliny Gschnitztal i zamawiamy po radlerku, a do tego Apfelstrudel i ciasto morelowe – pycha!

Przed nami przełęcz Pinnisjoch.

Stąd już tylko krok do bardzo przyjemnego schroniska Insbrucker Hütte (2370 m).

Przełęcz Pinnisjoch to popularne miejsce odpoczynku.

Widok na południowe otoczenie doliny Gschnitzal.

Na zachodzie majaczy dumnie Habicht (3277 m n.p.m.).

O 13:00 pokrzepieni ruszamy dalej. Spoglądamy z przełęczy, że do naszego Ilmspitze jest całkiem niedaleko. Jaka tam godzina podejścia do ferraty, eee, przesada – myślimy. Szlak jest bardzo przyjemny – ścieżka wchodzi pomiędzy dolomitowe skały, prowadzi głównie po prawej (wschodniej) stronie grani to podchodząc trochę, to opadając. Po ok. 20 minutach zaczynają się ubezpieczenia, zakładamy więc sprzęt, jak każą, chociaż trudności nie trwają długo. Po 40 minutach widzimy w oddali drogowskazy w dwie strony – aaa, to pewnie to rozejście się dróg wejściowej i zejściowej na nasz szczyt – mówimy sobie… Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że to dopiero odejście szlaku na szczyt Kalkwand, a przed nami jeszcze prawie pół godziny drogi pod Ilmspitze. Szlak jest jednak przyjemny – prowadzi widokowym grzbietem przez kopulaste wzniesienia aż do podnóża Ilmspitze. Dojście to jednak faktycznie bita godzina, nie chce być inaczej… Patrzymy na zegarki – oj, wcześnie w domu to my dziś nie będziemy.

My ruszamy na wschód, w kierunku szczytu Kalkwand.

Wchodzimy w dolomitowy park skalny.

Dolina Pinnistal została daleko w dole.

Nasza ścieżka trawersuje stoki Kalkwanda (2564 m n.p.m.).

Dolomitowe wychodnie skalne mają bajkowe kształty.

Rzut oka za siebie – jaki piękny mamy dziś szlak!

Przed nami widać już nasz cel – szczyt Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Na szczyt Ilmspitze prowadzi piękna, dość wymagająca ferrata.

Ze dawnego schronu, który kiedyś stał przy początku ferraty, została już tylko kupa desek. Zadziwia nas brak ludzi – od przełęczy nie spotkaliśmy nikogo, teraz na ferracie przed nami jedna dziewczyna znika po chwili w skałach. Teraz kolej na nas. Hmm, początek ferraty nie zachęca –  tak jakoś jest pionowo i odpychająco, i nie wiadomo gdzie nogę postawić – tu są najtrudniejsze miejsca, wyceniane w miejscowej broszurce na C/D. Jak na nasz gust na pierwszym (ale krótkim) odcinku D jak się patrzy. Zastanawiamy się, czy iść wyżej, bo dużą ilością czasu to my dzisiaj nie dysponujemy. Szkoda nam jednak nie wejść na szczyt, skoro weszliśmy aż tutaj, M. udało wgramolić się jakoś na pierwszy pionowy próg; męska decyzja, idziemy!  Dalej, zgodnie z opisem ferraty w przewodniku, trudności z każdym krokiem maleją i droga robi się naprawdę ciekawa i w miarę wygodna. Można mieć uwagi do słabego naciągnięcia liny, ale kto by tam czepiał się szczegółów.

Początek ferraty do łatwych nie należy.

Jak już tu weszliśmy, nie ma odwrotu – droga zejściowa jest dużo łatwiejsza.

Przełęcz zostaje coraz bardziej w dole.

Dzielnie wspinamy się coraz wyżej.

Odwracamy się do tyłu i odnajdujemy szlak, którym przyszliśmy.

Wyżej teren staje się łatwiejszy.

Rzut oka na piękny Elferspitze.

Gdzie by tu dalej?:)

Piękny powietrzny trawers.

Jedna z głównych atrakcji ferraty – duży krok nad głęboką szczeliną.

Jak człowiek zerka w dół, w głowie może się zakręcić.

A nad tymi czeluściami piekielnymi musimy zrobić krok!.

Pod szczytem spotkamy jeszcze mroczny komin z zaklinowanym blikiem skalnym.

R. wdrapuje się na szczyt. Już prawie, prawie!

Po drodze atrakcji co nie miara, a trudności nie wychodzą poza dobre C. Sporo prawie pionowych ścian, fajny krok nad głęboką rozpadliną (dreszczyk emocji gwarantowany!), ciemny kominek z zaklinowanym nad głowami głazem… Ostatni odcinek granią przed szczytem i nareszcie – jesteśmy na Ilmspitze (2692 m n.p.m.)! Po krótkiej ocenie pogody decydujemy się odpocząć nieco niżej, bo zbierające się na horyzoncie chmury świadczą o tym, że w ciągu kilkunastu minut może nadciągnąć burza. Schodzimy kilkadziesiąt metrów tą samą drogą, a potem za strzałką z napisem „ABSTEIG” skręcamy na wschód (schodząc – w lewo) i tutaj dopiero rozsiadamy się na zasłużony odpoczynek. Pijemy cudowną herbatkę i wcinamy kanapki. Kłębiące się chmury nie pozwalają nam się zrelaksować – ruszamy dalej – odpoczniemy w schronisku.

Na szczycie Ilmspitze (2692 m n.p.m.).

Widok z Ilmspitze na północny wschód.

…i na zachód, w stronę Habichta.

To wszystko w oprawie pięknych dolomitowych skałek.

Na postój pozwalamy sobie dopiero w łatwiejszym terenie.

Zejście początkowo jest całkiem przyjemne – trochę drabinek, trawersy malowniczymi półkami skalnymi. Przypomina nam się ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo z zeszłego roku. Dalej jednak robi się mniej przyjemnie – zaczynają się uciążliwe piargi, dużą część trasy stanowi bardzo niewygodne i niezbyt bezpieczne zejście żlebem wypełnionym kruchym materiałem skalnym. Do tego ciągle słyszymy niepokojący hałas spadających kamieni. Dopiero po dłuższej chwili dowiadujemy się, co jest źródłem tych obsunięć – to duże stado kozic! Na szczęście teraz są już poniżej nas, więc możemy odetchnąć z ulgą – nie strącą na nas kamieni.

W pewnym momencie przekraczamy źleb, zsuwając się z asekuracją kilkudziesięciometrowej liny. Dalej już prawym brzegiem żlebu po piargach, ale wzdłuż skał. Znowu jak w Dolomitach. Dopiero po ponad godzinie dostrzegamy przed nami w dole ścieżkę wyprowadzającą z powrotem do początku ferraty. A tu znowu niespodzianka – nasze znajome kozice znowu są nad nami i zrzucają sporo kamieni na naszą ścieżkę. Próbujemy je przepędzić krzykiem, ale mają nas w…. Cóż nam pozostaje – po zrobieniu kilku zdjęć (niestety kozice zlewają się ze skalnym tłem) i sprawdzeniu kasków ruszmy naprzód. Na szczęście kozice jakby nam się przyglądały i na te kilkanaście sekund zastygły w bezruchu i nie zrzuciły nam nic na głowę :-). Nie mieliśmy dotąd pojęcia, że taki piękny kierdel kozic (było ich ponad dwadzieścia sztuk) może stanowić tak duże niebezpieczeństwo w górach!

Zejście z Ilmspitze prowadzi inną, łatwiejszą drogą.

Trawersujemy pięknymi półkami skalnymi.

Czujemy się jak w Dolomitach.

Pokonanie stromej ściany ułatwia szereg klamer.

Ścieżka sprowadza do gigantycznego żlebu. To niezbyt przyjemny odcinek.

Rzut oka do góry – stamtąd zeszliśmy!

Teraz przed nami już tylko bezpieczna droga powrotna. Zmęczeni, gramolimy się ścieżką z powrotem do punktu startu ferraty (droga zejściowa sprowadza żlebem ponad 100 m niżej niż punkt wyjścia). Zbliża się już 18:00, więc każdy krok w górę po całym dniu wędrówki zaczyna być bolesny. Droga dojściowa, tak przyjemna kilka godzin temu, teraz męczy i dłuży się. Szczególnie podejścia, a jest ich kilka, dają się nam we znaki. Goni nas jednak groźba deszczu i burzy.

Kończymy herbatę z jednego termosu, zostawiając drugi „na czarną godzinę”. W pośpiechu kubek z termosu zalicza upadek w przepaść. No trudno, mówimy sobie. Po chwili jednak kilkadziesiąt metrów niżej czeka na nas jakby nigdy nic na naszej ścieżce – ale zaliczył przygodę! Będzie miał co opowiadać „przy herbacie”;-). O 18:30 z niekłamaną radością witamy znajome schronisko i zasiadamy w cieplutkiej jadalni.

Przed nami przyjemna ścieżka, choć trzeba uważać na spadające kamienie!

Mimo zmęczenia nie pozostajemy obojętni na uroki szlaku.

I wreszcie upragniony widok – Insbrucker Hütte i OBIAD!

Atmosfera w Innsbrucker Hütte jest naprawdę schroniskowa (w dobrym tego słowa znaczeniu) – jadalnia przytulna, jest gitara i akordeon, gry dla dorosłych i dzieci. Chciałoby się tu zamieszkać. Dzisiaj jednak nie jesteśmy do tego przygotowani. Szybko zjadamy bardzo dobre spaghetti, popijamy piwem, herbatą i (podejrzanie kakaowym) cappuccino, i o 19:20 ruszamy na dół.

Przed nami – bagatela – 1400 m wysokości zo zgubienia i ok. 11 km zejścia. Na szczęście ścieżka jest wygodna i bezpieczna. Pogoda się nieco poprawiła, więc spokojnie schodzimy znanymi wygodnymi zakosami i dalej drogą dnem doliny Pinnisalm. Przed 21:00 robimy krótki postój, wypijając resztę herbaty („czarna godzina” nadeszła!) i lecimy dalej. Szlak na chwilę zbacza pomiędzy zabudowania i przez chwilę prowadzi leśną ścieżką, co trochę nas niepokoi, bo robi się już prawie zupełnie ciemno, czołówki co prawda w plecaku czekają w gotowości, ale i tak to żadna przyjemność. Po chwili na szczęście wracamy do znanej szerokiej drogi, która w zapadającym zmroku jest znacznie pewniejsza.

Zadziwia nas spore nachylenie drogi, utrzymujące się aż do samego wylotu doliny, wyraźnie większe niż w jej wyższej części, ale cóż – gdzieś trzeba zgubić te 1400 m przewyższenia! Tylko nasze nogi nie chcą tego zrozumieć. Przed 22:00 meldujemy się u wylotu doliny w Neder i skręcamy zgodnie z drogowskazem na Neustift. Droga ku naszemu (i naszych nóg) niezadowoleniu znowu pnie się trochę w górę, ale potem już sprowadza do centrum Neustift. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to zakosy po łące sprowadzające za drogowskazem do mostku na rzece i prosto pod dolną stację kolejki, gdzie czeka nasza bryka. Udało się!!! Znowu będzie co wspominać!

Znajoma przełęcz Pinnisjoch. Zaczynamy schodzić mocno wieczorową porą.

Po prawej uśmiecha się do nas Ilmspitze – tutaj dziś byliśmy!

Przy schronisku Karalm spotykamy takie słodziaki!

Gigantyczna, pęknięta na pół wanta za schroniskiem Pinnisalm.

Neustift witamy już późnym wieczorem.

Dzisiejsza nasza trasa to właściwie materiał na dwie wycieczki. Dojście do schroniska Innsbrucker Hütte na przykład z okolic górnej stacji kolejki Panoramabahn Elfer to świetna propozycja na rodzinny górski spacer. A przejście ferraty na Ilmspitze to osobna spora wycieczka ze schroniska (zajęła nam ponad 5 godzin). Zadziwiło nas to, że w tej części trasy spotkaliśmy tylko jedną osobę – przed nami na ferracie i jeszcze z daleka widzieliśmy jedną osobę na szczycie Ilmspitze. Podczas podejścia spotkaliśmy kilkanaście osób, a podczas zejścia minęliśmy kilka w górnej części zakosów.

W naszej pamięci grań z Kalkwand i Ilmspitze pozostanie jako jeden z najładniejszych szlaków, przypominający nam bardzo zeszłoroczne szlaki w Dolomitach. Wapienne, miejscami równie białe i kruche skały, piękne formacje skalne, emocjonująca ferrata – mimo zmęczenia po stokroć było warto!

Nasza dzisiejsza trasa – piękna, ale wymagająca

Dzisiejsza trasa w liczbach:
13 godzin, 25 km, przewyższenie ok. 1600 m w górę i 2400 m w dół

Alpy Sztubajskie, dzień 3. Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher

16 lipca 2017, niedziela

Słonecznie, ale chłodno, w dolinach ok. 17, w górach ok 7 stopni

Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) i Stubaier Gletscher,
czyli wysokie góry dla każdego

Zazwyczaj staramy się być dobrze przygotowani do wyjazdu – mamy ustalone trasy, wbite w pamięć mapki. Tym razem jesteśmy w proszku. Byliśmy tak zabiegani przed wakacjami, że nie starczyło czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Przy porannej kawie, zarzuceni mapami i przewodnikami, próbujemy nadrobić zaległości. Gdzie by tu dzisiaj pójść? Nie jest już wcześnie, a jednocześnie chcielibyśmy zaaklimatyzować się trochę do wysokości. Po kolejnych łykach kawy nadchodzi olśnienie. Mieszkamy w dolinie Stubai? Rozwiązania najprostsze zazwyczaj są najlepsze. W rezultacie mamy to, na co nam zależało. Łatwą wycieczkę aklimatyzacyjną na znacznej wysokości, z pięknymi widokami.

Wejście na Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) z podjazdem kolejką Stubaier Gletscherbachn

Chcielibyście pojechać w rodziną w Alpy, zobaczyć z bliska lodowiec i nie wiecie, od czego zacząć? Jaka trasa będzie łatwa, bezpieczna i przyjazna dla rodzin? Już podpowiadamy! Wybierzcie się do miejscowości Mutterbergalm w dolinie Stubai. Stąd wyrusza kolejka gondolowa, która wywozi turystów na punkt widokowy położony na wysokości ponad 3200 m n.p.m. Nawet jeśli ktoś nie lubi chodzić po górach, już samo zobaczenie setek alpejskich szczytów z majaczącymi na południu Dolomitami będzie nie lada przeżyciem! Dodatkową atrakcją (nawet dla rodziców z kilkuletnimi dziećmi!) jest możliwość odbycia spaceru po lodowcu wzdłuż ostatniego, trzeciego odcinka kolejki. Wycieczka jest zupełnie bezpieczna, szlak (tzw. Gletscher Pfad) jest oznaczony, bezpieczny i nieznacznie nachylony, wyposażenie lodowcowe nie jest potrzebne, przydatne mogą okazać się jedynie kijki, no i oczywiście porządne buty za kostkę. Możliwość odbycia alpejskiej przygody dla każdego (ok. 50 min w górę, 40 min w dół).

My dzisiaj też urządzamy sobie taką atrakcję. Przy dolnej stacji kolejki kupujemy Stubai Card – kosztuje 64 euro, ale umożliwia tygodniowe (5 z 7 dni) korzystanie  kolejek linowych w dolinie sztubajskiej. Gondole są ogromne i komfortowe. Jak ktoś zasmakuje narciarstwa zjazdowego w Alpach, trudno mu będzie chyba wrócić na nasze stoki… Wjeżdżamy w górę doliną Fernau i zwracamy uwagę na ogromną ingerencję przemysłu narciarskiego w krajobraz. Trasy zjazdowe, sztuczne zbiorniki wody, słupy wyciągów – wszystko zostało tu podporządkowane rozrywce człowieka. W zimie zabawa jest przednia, ale otoczenie zostało zeszpecone raz na zawsze. Coś za coś.

Pierwszy przystanek kolejki to Mittlestation Fernau (2300 m n.p.m). Można tu wysiąść i np. przejść się do położonego tuż obok schroniska Dresdner Hütte. My zostajemy w gondoli (nie trzeba się przesiadać!) i jedziemy do położonej wyżej stacji Bergstation Eisgrat (2900 m n.p.m.). Można pojechać jeszcze jeden odcinek, aż na samą górę, ale my dzisiaj nie korzystamy z tej możliwości. Kusi nas przejście lodowcem ostatnich 250 m przewyższenia (chętni mogą też odwiedzić wydrążoną w lodowcu jaskinię, dostępną do zwiedzania niedaleko tej stacji – wstęp 6 euro/os.).

Ta kolejka ułatwi nam dzisiaj aklimatyzację.

Ruszamy na ścieżkę przez Schaufelferner.

Zamiast na lód wchodzimy na… biały materiał chroniący śnieg przed promieniami słońca.

Dalej lodowiec pokrywa cienka warstwa spadłego niedawno śniegu.

Wycieczka ma charakter zupełnie rekreacyjny. Z rakami, czekanami i kaskami przytroczonymi do plecaków czujemy się zupełnie głupio, bo ścieżka jest nieznacznie nachylona i ma charakter bardziej pola firnowego. Idziemy wzdłuż zimowej trasy narciarskiej. Ze stacji Eisgrat dobywają się głośne dźwięki tyrolskiej muzyki. No glacier-disco normalnie. Można tańczyć, można śpiewać, co kto chce. Miłośnicy gór nie zabawią tu pewnie długo. Podśmiewamy się trochę, ale obiektywnie fakt istnienia ścieżki po lodowcu dostępnej dla wszystkich jest z punktu widzenia turystyki dużą wartością.

Wejście przypomina nam zimowe górskie wycieczki.

Tego w górach jeszcze nie widzieliśmy (wysokość prawie 3150 m n.p.m.!)

Widoki odsłaniają się bajkowe. ‚Tu byłem’ po raz pierwszy:)

Spojrzenie w dół na ostatnie metry szlaku już spod restauracji Jochdohle.

M. nie mogła się oprzeć. Królowa (jak zawsze) jest tylko jedna:) (w tle Zuckerhütl).

Idziemy leniwym tempem – wysokość (dobijamy do 3000 m) daje o sobie znać. Lodowiec Schaufelferner szybko jednak się kończy i stajemy na grzbiecie. Znajduje się tu położona najwyżej w Austrii restauracja (3150 m n.p.m.) – o walorach smakowych się nie wypowiadamy, bo tutejszych dań nie próbowaliśmy, ale walory widokowe są. I to duże. Po dotarciu do grzbietu ścieżka skręca w lewo i po kilku minutach stajemy przy końcowej stacji kolejki. Stąd wygodne metalowe stopnie z poręczami (bezpieczne nawet dla kilkuletnich dzieci) wiodą na fantastyczny taras widokowy – Top of Tyrol  (3210 m n.p.m.). Przez dłuższą chwilę podziwiamy panoramy. Odnajdujemy na horyzoncie bliskie naszemu sercu Dolomity z Marmoladą w czapie lodowca – byliśmy tam niemal równo rok temu!

Restauracja Jochdohle to najwyżej położona restauracja w Austrii.

Spod restauracji podchodzimy do górnej stacji kolejki znowu po białym kobiercu.

Rewelacyjna platforma widokowa – łatwo dostępna też dla dzieci i osób starszych

Cel większości turystów wjeżdżających kolejką.

Widok z platformy jest rzeczywiście piękny (ten na południowy zachód).

Po zejściu z punktu widokowego odpoczywamy chwilę na małej przełączce obok górnej stacji kolejki, pijemy herbatę i uzupełniamy kalorie. Po takim oddechu z wielką przyjemnością udajemy się na położony tuż obok szczyt Schaufelspitze (3333 m n.p.m.). Wejście zajmuje ok. pół godziny (zejście ok. 20 min). Ścieżka wspina się dość stromo, szlak jest zasłany materiałem skalnym (uwaga na spadające kamienie!), miejscami jest dość powietrznie, więc w żadnym wypadku nie jest to odpowiednie miejsce na wycieczki z małymi dziećmi. Sprawni turyści górscy z wejściem na szczyt nie będą mieć żadnego problemu (trzeba pilnować ścieżki, bo szlak nie jest oznakowany). A wejść warto, bo widoki są naprawdę przepiękne. Widać jak na dłoni całą Doliną Sztubajską, masyw Zuckerhütla, pasmo Dolomitów ma horyzoncie, a na południowym-wschodzie Alpy Zillertalskie. Na szczycie stoi niewielki krzyż, jest nawet księga wejść.

Schaufelspitze (3333 m n.p.m.) – nasz dzisiejszy cel.

Podejście po rumoszu skalnym nie jest zbyt trudne.

Za nami zostaje górna stacja kolejki i platforma widokowa.

Na chwilę osiągamy grań, tworzącą tu ładny taras widokowy.

Na górną część doliny Fernautal patrzymy jak z lotu ptaka.

Na wierzchołku Schaufelspitze stoi krzyż, jak na większości tutejszych szczytów.

Jest nawet zeszyt wejść.

Szczyt Schaufelspitze (3333 m n.p.m.)

Czujemy się jak ptaki w chmurach.

Nic tylko rozwinąć skrzydła.

Jeszcze na chwilę na wschodni wierzchołek.

Pod nami pokryty wyciągami lodowiec Gaiskarferner.

Na wschodnim wierzchołku Schaufelspitze.

Zuckerhütl w pełnej krasie.

Ściany Schaufenspitze mają rudawe zabarwienie.

Schodząc, znowu mijamy miły taras.

Tak nowoczesnej kapliczki nie widzieliśmy nie tylko w górach.

Na południowym horyzoncie majaczą Dolomity.

Po zejściu z Schaufelspitze udajemy się prosto do kolejki. Tym razem wysiadamy na stacji Mittlestation Fernau, by przyjrzeć się z bliska otoczeniu Dresdner Hütte. Zielona soczysta trawa, owce, szum potoku – bardzo tu alpejsko. Samo schronisko to duży kamienny budynek, ale biało-zielone okiennice dodają mu dużo ciepła. Przed schroniskiem plac zabaw dla dzieci, obok ferrata szkoleniowa. Siedzimy chwilę na trawie i cieszymy się górskim zmęczeniem. Potem zjeżdżamy kolejką na sam dół na parking.

Dresdner Hütte w pięknym otoczeniu.

Ma ktoś ochotę na zwiedzanie?

Urocza towarzyszka naszego postoju.

Po południu pichcimy sobie „budżetowy obiad” na bazie parówek i ryżu😊, a przede wszystkim porządkujemy zapiski i zdjęcia oraz kończymy plan na następne dni – musimy przecież wiedzieć, czego się nie możemy doczekać!

Nasz dzisiejszy spacer aklimatyzacyjny

Masarykova Chata – czeski symbol Gór Orlickich

1 stycznia 2017, niedziela

Kolejny piękny dzień, niewielki  mróz i słońce, w górach zimny wiatr

Noworoczny dzień zaczynamy wcześnie – mimo późnej pory położenia się spać Grześ budzi się wczesnym rankiem. Ma to jednak również swoje plusy – dzięki temu M. z T. wyrabiają się na mszę do zabytkowego kościoła w Mostowicach na 9:00. Msza odprawiana jest tu tylko raz w tygodniu – kościołem, podobnie jak tymi w Lasówce i Zieleńcu, opiekują się franciszkanie. Siedząc we wnętrzu tej późnobarokowej świątyni, ma się wrażenie podróży w czasie – każdy element wyposażenia, drewniane ławki, nawet klamka u drzwi pamiętają zamierzchłe czasy. Z tyłu kościoła rozsypujący się kamienny murek i zniszczone pozostałości dawnego niemieckiego cmentarza. Podczas mszy nie ma organisty, ministrantów, tylko ksiądz i garstka wiernych – Mostowice zamieszkuje na stałe tylko garstka mieszkańców. Ksiądz myli się, mówiąc, że wita wszystkich w nowym… 1917 roku. Niesamowite. Świątynia nie jest ogrzewana, co przy kilkustopniowym mrozie dość mocno doskwiera. Tak czy siak msza w takim miejscu to bardzo ciekawe doświadczenie (opis Mostowic i mostowickiej świątyni zmieściliśmy tutaj: http://gdziebytudalej.pl/mostowice/).

Kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Mostowicach

Późbobarokowa świątynia powstała pod koniec XVIII w.

Z tego samego okresu pochodzi obraz w ołtarzu głównym

…i figura św. Jana Nepomucena, stojąca przed świątynią

Masarykova Chata

Po mszy i porannym ogarnięciu robi się dość późno, a Grześ jest dzisiaj niewyspany. W związku z tym z bólem serca rezygnujemy z planów wejścia na najwyższy czeski szczyt Gór Orlickich – Velką Deštną i wybieramy dużo bliższy cel – schronisko Masarykova Chata. Od parkingu przy szosie łączącej miejscowości Orlické Záhoří i Deštné to tylko krótki 20-minutowy spacer. W połączeniu ze schroniskowym obiadem to wycieczka w sam raz na dzisiejsze przedpołudnie. Dystans idealny dla dwulatka – Grześ cały dzisiejszy spacer odbywa honorowo na własnych nogach 🙂

Droga do Masarykovej Chaty jest nieznacznie nachylona i prowadzi wzdłuż tras narciarskich. Przechodzimy obok nielicznych drewnianych budynków – kiedyś u stóp góry Szerlich istniała górska osada. Mieszkańcy palili popiół na potrzeby produkcji szkła. Była tu nawet filia szkoły z ławkami dla … 14 uczniów.

Masarykova Chata

Ruszamy z przełęczy u stóp Szerlicha

Sebuś ma magiczne latające sanki

Wszyscy dziś idą dzielnie, nawet Grześ

Po 15 minutach spokojnego spaceru jesteśmy na miejscu

Rozpoczynają się stąd trasy zjazdowe wiodące do Zieleńca

Przy dobrej pogodzie narciarzom towarzyszy piękna panorama Gór Bystrzyckich

Po chwili miłego spaceru stajemy pod czeską Masarykovą Chatą, czyli schroniskiem im. T. G. Masaryka. To jedno z najbardziej znanych miejsc w czeskich Orlickich Górach. Bliskość wyciągów z Zieleńca i czeskich tras narciarstwa biegowego sprawia, że to okolica gwarna i pełna turystów. Schronisko na szczęście jest pojemne i w środku ilość gości nie jest uciążliwa. Architektura budynku też nie jest przytłaczająca – konstrukcja Masarykowej Chaty miała nawiązywać do stylu ludowego. Gdy schronisko zbudowano w latach 20. XX w., dach był pokryty gontem, ten tradycyjny materiał nie przetrwał jednak trudnych warunków atmosferycznych. Link do strony chaty: ubytovani-serlich.cz

Masarykova Chata

Pod Szerlichem rozsiadło się czeskie schronisko Masarykova Chata

Masarykova Chata

Budynek powstał prawie sto lat temu, a jego architektura miała nawiązywać do ludowej

Przy ładnej pogodzie okolica Masarykovej Chaty stanowi doskonały punkt widokowy. Świetnie widać stąd Góry Bystrzyckie, a nawet Góry Sowie z jednej i Masyw Śnieżnika z drugiej strony.

Punkt widokowy przed Masarykovą Chatą

Przed nami (nieco na lewo) Góry Sowie z Wielką Sową

Obok Góry Bystrzyckie i Masyw Śnieznika

Pod szczytem góry Szerlich jest turystyczne czesko-polskie przejście graniczne

W schronisku jemy wczesny obiad. Można płacić w złotówkach. Co prawda przelicznik nie jest najlepszy, ale dla polskich turystów nadciągających tu z pobliskiego Zieleńca to bardzo wygodne. Jest ciepło, przestronnie, są krzesełka do karmienia dzieci. Po obiedzie wracamy tą samą drogą, nie przedłużając wycieczki, dzięki czemu Grześ o normalnej porze ucina sobie drzemkę w domu.

Masarykova Chata

Pora na dół

Dzisiejszy spacerek to trasa idealna dla dwulatka

Masarykova Chata

Grześ cały spacer przedreptał na własnych nóżkach

Po południu starsi chłopcy tradycyjnie szusują po stokach Zieleńca. Wieczorem zabieramy jeszcze Grzesia na krótki spacer do Czech 🙂

Śladami bunkrów na Anenský Vrch, czyli betonowa granica w Górach Orlickich

30 grudnia 2016, piątek

I znowu piękna, słoneczna zima, rano -9, potem -2 stopnie

Betonowa granica, czyli dawne czechosłowackie fortyfikacje w Górach Orlickich

Kiedy zobaczyliśmy na mapie Gór Orlickich linię tajemniczych bunkrów tuż za czeską granicą, to wiadomo było, że na pewno odwiedzimy to miejsce. Linia bunkrów i podziemnych twierdz powstała wzdłuż pasa najwyższych wzniesień Gór Orlickich w latach trzydziestych XX w. Ta „betonowa granica” miała chronić Czechosłowację przed napaścią ze strony Niemiec, do których należała wówczas Kotlina Kłodzka. Po niemieckiej stronie z kolei powstała wygodna szosa do szybkiego przemieszczania wojsk, dzisiaj zwana „Autostradą Sudecką” (jeździmy nią codziennie do Zieleńca!). Continue reading

Dolomity, dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

28 sierpnia 2016, niedziela

Słońce dosłownie praży, ale nie narzekamy

Dookoła masywu Sassolungo,
czyli piękna, widokowa trasa odpoczynkowo-pożegnalna

Dzisiaj ostatni dzień przed podróżą do domu – nie zrywamy się więc skoro świt, co niestety ma swoje konsekwencje. Rano droga z Sottogudy jest zablokowana z powodu uroczystości organizowanej przez członków stowarzyszenia alpejskiego. Mamy przymusowy postój, ale przy okazji przypadkiem bierzemy udział w życiu lokalnej społeczności, co jest dla nas bardzo interesujące. Orkiestra, bębny, starsi panowie idący równymi rzędami w takich samych strojach i z tyrolskimi kapelusikami, panie ubrane w ludowe stroje. Pal sześć opóźnioną wycieczkę!

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Gdy wreszcie wydostajemy się z Sottogudy, dojazd idzie jak krew z nosa. Przed 10:00 na drogach są już wszyscy – samochody, autobusy, kampery, motocykliści, rowerzyści. Tych ostatnich samochody mijają o milimetry – jaka może być przyjemność z jazdy w takich warunkach? Zdecydowanie przy dłuższych dojazdach warto przejechać tutejsze drogi przed 8:00, wtedy jest dużo spokojniej. Mamy wrażenie, że w ciągu dnia poza górskimi włóczykijami i tubylcami na drogach prym wiodą turyści przełęczowi. Objeżdżają oni okoliczne przełęcze, zatrzymują się na najwyżej położonych parkingach, żeby robić zdjęcia, odwiedzić położone na przełęczy rifugia i knajpki, i jadą na kolejną przełęcz. W tej „turystyce przełęczowej” istotną grupę stanowią motocykliści, często podróżujący w grupach i nawzajem nakręcający się do wyprzedzania i efektownego pokonywania zakrętów. Jeden z nich kilka dni temu prawie w nas wjechał, jadąc z przeciwka naszą stroną drogi. Cudem ominął nas poboczem (po naszej prawej stronie…).

W takim uroczym tłumie po około godzinie docieramy na przełęcz Sella. O darmowych miejscach parkingowych można zapomnieć, wszystkie zatoczki są zapchane. Na szczęście przy schronisku (a właściwie hotelu) Passo Sella Resort jest duży parking, na którym za 5 Euro można zostawiać auto na cały dzień.

Na dzień pożegnalny wybraliśmy „odpoczynkową” spacerową trasę dookoła Sassolungo, najmniejszego samodzielnego masywu Dolomitów. Pogoda nadal piękna, podobno to najładniejszy tydzień w Dolomitach w tym roku – ale mamy szczęście!

Najpierw kierujemy się na północ, na szlak nr 526. Początkowy odcinek trasy biegnie wśród różnej wielkości głazów, porośniętych pięknymi drzewami, głównie limbami. Niektóre głazy mają po ponad 10 metrów wysokości! Ta pozostałość po wielkim obrywie skalnym z Sassolungo stanowi raj dla boulderowców i początkujących wspinaczy. Po 40 minutach mijamy schronisko Comici. Zaglądamy tylko do toalety, ale i tak wrażenia są niesamowite – futurystyczne podświetlenia na schodach, klamkach i w samych toaletach zadziwiają nas… Czujemy się jak w klubie, a nie w schronisku, więc szybko idziemy dalej. Na szczęście rozległe panoramy otaczające nas dziś przez cały dzień mają jak najbardziej górski charakter.

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Po prawej stronie mamy grupę Selli.

Po prawej stronie mamy grupę Selli

... a z tyłu - masyw Marmolady.

… a z tyłu – masyw Marmolady.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Nasz szlak okrąża teraz masyw Sassolungo od północnej strony. Powoli znika nam z oczu grupa Selli, szlak podchodzi pod smukłe turnie Sassolungo. Można iść pod samymi skałami, nieco niżej lub po halach na samym dole. Chcieliśmy iść górą, przy skałach, ale jakoś nie trafiliśmy i przeszliśmy „wariantem środkowym”. Masyw Sassolungo ma kształt podkowy, a jedyne łatwe wejście do serca grupy jest możliwe od północnego-zachodu. Nie skręcamy tam jednak, nie chcąc przedłużać spaceru i obawiając się tłumów przy schronisku Vicenza. Nasz szlak teraz zmienia numer na 527.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Przez dłuższą chwilę trawersujemy piarżyste zbocza Sassolungo, powoli tracąc wysokość. Potem pokonujemy najbardziej nużący fragment trasy – około półtoragodzinne podejście w skwarze południa. Przed nami otwierają się coraz szersze widoki w stronę południową, na kolejne szczyty grupy Catinaccio. Głodni, z radością witamy schronisko Sassopiatto. To raczej górski hotel. Wolelibyśmy coś bardziej kameralnego, no ale nie marudzimy – po chwili poszukiwań znajdujemy wolny stolik i pałaszujemy pyszne włoskie dania, popijając je piwem.

Przed nami grań Terrarosa.

Przed nami grań Terrarosa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Od schroniska ścieżka zmienia numer na 557. Na tej części trasy nie ma już większych podejść – trawersujemy zbocza Sassopiatto, które od strony schroniska wygląda bardzo niepozornie. Delektujemy się widokami na Catinaccio i wychylające się zza zakrętu szczyty grupy Marmolady, w tym samą królową Dolomitów. Mijamy schroniska Pertini i Friedrich August. W pobliżu jest mnóstwo schronisko-restauracjo-hoteli, wręcz za dużo, ale taka już uroda tej okolicy. Intensywne zagospodarowane turystycznie są zwłaszcza tereny przy samej przełęczy Sella. Mamy wrażenie, że liny wyciągów zaraz poplączą się ze sobą. Na szczęście wzrok można zawiesić na wyłaniającej się przed nami w pełnej okazałości Selli.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

 Królowa Marmolada

Królowa Marmolada

Postrzępiona grań Sassolungo

Postrzępiona grań Sassolungo

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Widok na imponujący masyw Selli

Widok na imponujący masyw Selli

...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

…i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Wreszcie wracamy na parking,. Szlak domyka pętlę wokół Sassolungo, a my kończymy dolomickie wędrówki. Na pewno tu jeszcze wrócimy – choćby na ferratę Oscara Schustera na Sassopiatto! I na łatwiejsze szlaki z dziećmi! Kolejne plany rosną jak grzyby po deszczu.

Nasz czas: 10:45 – 16:45, ok. 15 km, 800 m przewyższenia

Nasza dzisiejsza trasa jest godna polecenia jako trasa aklimatyzacyjna albo ‘kondycyjna’, na luźniejszy dzień. To też świetny szlak dla rodzin z dziećmi. Jest kilka schronisk (właściwie restauracji i hoteli) z placami zabaw, gdzie pociechy mogą odpocząć i nabrać ochoty na dalszą wędrówkę. My sami chętnie zabierzemy tutaj naszych chłopaków. Można na przykład wjechać kolejką do serca masywu, zejść przez schronisko Vicenza i obejść grupę tylko od północy lub południa zamiast przechodzić całą pętlę, co stanowi dość długą wycieczkę.