Góry Kamienne i okolice, 2012.05

Prolog: Przygoda przed wyjazdem, czyli… nie może być za różowo

Tym razem na dwa dni przed wyjazdem okazało się, że mamy zepsuty samochód i nie wiadomo było, czy i kiedy będziemy mogli nim pojechać. Czy u nas zawsze musi coś się dziać? Na szczęście ostatecznie w południe samochód był gotowy i w końcu wyjechaliśmy.

Jak się jednak okazuje, kłopoty przed wyjazdem są prognostykiem udanej eskapady – wypad w Góry Kamienne i okolice chyba należy do najbardziej udanych naszych wyjazdów. Udało nam się zdobyć z chłopcami kolejne szczyty Korony Gór Polski: Waligórę (Góry Kamienne), Ślężę (Masyw Ślęży), Skalnik (Rudawy Janowickie) i Chełmiec (Góry Wałbrzyskie) i na własne oczy zobaczyć wiele innych cudów przyrody – m.in. kolorowe jeziorka k. Wieściszowic i czeskie Skalne Miasto. Te tereny to również przepiękny barokowy Krzeszów, piękny zamek w Książu, tajemniczy kompleks Riese, Chełmsko Śląskie z malowniczymi domkami tkaczy. To wszystko w oprawie cudownie budzącej się do życia przyrody, w przepięknej pogodzie. Było super!

 

Z Boguszowa na Chełmiec.

Część I – Waligóra, Skalnik, Ślęża i Chełmiec, czyli kończymy sudecką część KGP

 

Udał nam się wyjazd...

Część II – Skalne Miasto, Góry Sokole, podziemia, kolorowe jeziorka i inne atrakcje

Karkonosze zimą – tydzień II

 

 4 lutego 2012, sobota

-12oC na dole, na Śnieżce -20oC, rano prószy śnieżek,
potem słoneczko i chmury nad szczytami

Wyprawa z Tymusiem na Śnieżkę

Dziś mamy wyjątkowy dzień. To nasza najpoważniejsza wyprawa górska z Tymusiem, jaką kiedykolwiek odbyliśmy! Dla nas z kolei to wyprawa przy najniższej jak dotąd temperaturze (na szczycie przez cały dzień było -20
do -22oC, z porywami wiatru dawało to odczucie do ok. 30 stopni mrozu…! Hmmm, mimo to był to jeden z cieplejszych i najmniej wietrznych dni na Śnieżce w ostatnim czasie…) Continue reading

Karkonosze zimą – tydzień I

28 stycznia 2012, sobota

-14 oC do -1oC, piękny zimowy dzień…

Warszawa – Wrocław

Tymuś i my już od dawna nie mogliśmy się doczekać tego wyjazdu! (…Sebuś jeszcze nie za bardzo rozumiał, co to te ferie). Wstajemy zgodnie z planem o 4:30 i przed 6:00 już w komplecie z Babcią ruszamy w drogę.

Katowicka nadal w remontach, a do tego sprawia wrażenie, jakby remonty zamarzły na zimę, więc bez żalu ją opuszczamy i ruszamy na z góry upatrzony postój pod literą M w Bełchatowie. „Ósemkę” do Wrocławia pokonujemy bez problemów i rozpoczynamy „danie główne” dzisiejszego dnia…

Spacer śladami krasnali po wrocławskiej starówce

Starówka we Wrocławiu jest naprawdę imponująca, wrażenie robią zwłaszcza monumentalne gotyckie kościoły oraz ratusz – perła świeckiego europejskiego gotyku i ogromny rynek z kamieniczkami – świadkami różnych epok i stylów od gotyku po secesję. Oglądamy m.in.:

  • Kościół św. Marii Magdaleny (XIV-XV w.)
  • Ulicę Jatki z „pomnikiem” zwierząt rzeźnych (fundacji wdzięcznego konsumenta…)
  • Kościół św. Elżbiety (XIV-XV w.)
  • Domki altarystów: Kamienice Jaś (XVI w.) i Małgosia (XVIII w.)
  • Rynek z blokiem zabudowy pośrodku
  • Gotycki ratusz (XV-XVI w.) – zgodnie uznajemy, że jest to najpiękniejszy ratusz, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.

Krasnale najpierw nam się pochowały (chyba przez remont części ulic, na których mieszkały), ale potem już się do nas przyzwyczaiły i chętnie dawały się podziwiać – na razie naliczyliśmy ich 11. Zabawa w szukanie krasnali to naprawdę świetny patent na zwiedzanie Wrocławia z dziećmi!

Spacer kończymy w Piwnicy Świdnickiej, najstarszej restauracji Europy, której początki sięgają 1273 r. (nie wychodzimy z niej głodni, chociaż portfel nieco się odchudził… mimo to polecamy – głównie ze względu na wnętrza, bo jedzenie smaczne, ale nie wyróżnia się jakoś specjalnie).

Chłopcy to już prawdziwi turyści, Tymuś wypatrzył wszystkie krasnale, a Sebuś chciał wszędzie chodzić sam, „za rączkę” (w końcu gdy po obiedzie wzięliśmy go do nosidełka, to zasnął w ciągu dwóch minut „na glonojada”).

Wrocław. Renesansowy Jaś i barokowa Małgosia, gotcki kościół Św.Elżbiety w tle.

Wrocław. Renesansowy Jaś i barokowa Małgosia, gotcki kościół Św.Elżbiety w tle.

Pomnik zwierząt rzeźnych, ul.Jatki.

Pomnik zwierząt rzeźnych, ul.Jatki.

Szukamy krasnali. Jest jeden!.

Szukamy krasnali. Jest jeden!.

Okiem Jasia i Małgosi.

Okiem Jasia i Małgosi.

Wrocławski rynek.

Wrocławski rynek.

Wrocławski rynek.

Wrocławski rynek.

Ten krasnal się Tymusiowi spodobal najbardziej.

Ten krasnal się Tymusiowi spodobal najbardziej.

Najstarsza restauracja w Europie.

Najstarsza restauracja w Europie.

Wrocławski ratusz (XV-XVI w).

Wrocławski ratusz (XV-XVI w).

Wrocławski ratusz (XV-XVI w).

Wrocławski ratusz (XV-XVI w).

Krasnoludzkie latarnie na Oławskiej.

Krasnoludzkie latarnie na Oławskiej.

Sebuś zasnął na glonojada...

Sebuś zasnął na glonojada…

Reszta drogi upływa spokojnie i na 17:00 docieramy na miejsce.

Nasza meta to „Dom natury” w Karpaczu. Wynajęty apartament udaje się nam świetnie przystosować do naszych potrzeb – mamy „sypialnię” i „living”(sypialnię Babci). Dużo miejsca i funkcjonalny rozkład za bardzo przystępną cenę – godne polecenia!

Chłopcy przeszczęśliwi, radośni, długo roznoszą kwaterę, pomagając nam się urządzić i rozpakować (…czasem rzeczywiście pomocni!)

29 stycznia 2012, niedziela

-3 oC, kolejny piękny dzień,
w Karpaczu całkiem ciepło, a w górach silny mroźny wiatr

Rekonesans w Karpaczu

Orientujemy się, co, gdzie i jak. Podchodzimy pod nowy wyciąg Winterpol, kupujemy plastikowe sanki i jabłuszko dla Sebka, robimy małe zakupy
i próbujemy dotrzeć pieszo do snowtubingu i wyciągów, które miały być 200 m od parkingu, a okazało się, że były ok. kilometr dalej, więc musieliśmy zawrócić.

Potem jeszcze podjeżdżamy pod Kościółek Wang, ale Seba już jest za bardzo zmęczony na kolejną wycieczkę, więc zawracamy i jedziemy na obiad. Po długich poszukiwaniach restauracji z miejscem do zaparkowania udało się nam złapać ostatnie miejsca w Restauracji Astoria w centrum i zjeść pyszny obiad. Sebuś wciągnął całą zupę pomidorową, a my drób w różnych formach z różnymi dodatkami.

Po powrocie Tymuś z M. jeszcze testuje na jabłuszku górkę na naszym terenie, w czasie gdy R. pacyfikuje Sebusia.

Narty na Kopie (14:00-16:00)

Udaje nam się odkupić karnety po 10 zł (+kaucja) i ruszamy „Zbyszkiem” na samą górę – wyciąg pamięta chyba czasy Gomułki lub Gierka, ale mozolnie osiąga szczyt.

Na górze naprawdę nieźle wieje, dając odczucie arktycznego zimna, przypominając nam przy tym wyprawę na szczyt Chopoka w 2008 r. Zjeżdżamy dwa razy najwyższym i jednocześnie najciekawszym odcinkiem trasy, a potem po kolei „zaliczamy” wszystkie wyciągi i trasy kompleksu – wyrabiamy się dokładnie na zamknięcie tras – zjeżdżamy na dół już po 16:00.

Miejsce godne polecenia, podobała nam się mała ilość ludzi, różnorodność tras i poczucie bliskości przyrody, widać, że zachowano tu względny kompromis pomiędzy „industrializacją” a zachowaniem przyrody dla następnych pokoleń.

Po powrocie okazuje się, że niestety sielanka zdrowia panującego w naszej rodzinie podczas ostatnich tygodni się skończyła… Sebuś rozłożył się – z katarku rozwinęło mu się obturacyjne zapalenie oskrzeli (co wydatnie pogorszyło naszą jakość snu), a Tymuś zwrócił w domu cały obiad – mamy nadzieję, że to tylko przejedzenie lub małe zatrucie.

Poza tym trochę się martwimy nadchodzącym dalszym ochłodzeniem, ale w sumie, to nie możemy narzekać, bo zima jest przepiękna, a mróz na razie daje się znieść.

... i ziuuu na sam dół!.

… i ziuuu na sam dół!.

... i ziuuu na sam dół!.

… i ziuuu na sam dół!.

Na Kopę.

Na Kopę.

Na Kopie.

Na Kopie.

Strzecha akademicka.

Strzecha akademicka.

Strzecha akademicka.

Strzecha akademicka.

30 stycznia 2012, poniedziałek

-6 oC, znowu piękny dzień, samo słoneczko

W nocy Tymuś niestety potwierdził nasze przypuszczenia i rozchorował się
na anginę, więc rodzinnej wycieczki dzisiaj zrobić nie mogliśmy…

Wycieczka w Góry Izerskie (M. + R.)

Z trudem znajdujemy na zaśnieżonej drodze ze Szklarskiej do Świeradowa miejsce wyjścia szlaku (zasłania je półtorametrowa zaspa). Szlakiem przed nami w ostatnich dniach szła tylko para narciarzy na biegówkach, i to tylko przez kilkaset metrów do pierwszego rozstaju, a dalej ruszamy już przez głęboki dziewiczy śnieg.

Szybko okazuje się, że nasz plan na dzisiaj, czyli wejście na Wysoką Kopę, jest niemożliwy do zrealizowania w tych warunkach, mimo to brniemy jeszcze, zmieniając się na prowadzeniu, przez ok. dwa kilometry (których przejście w tych warunkach zajmuje nam ok. godzinę), zauroczeni bielą, słońcem, ciszą… To trzeba po prostu poczuć! Gdy za kolejnym zakrętem okazuje się, że czeka nas zakręt szlaku, a nie skrzyżowanie, poddajemy się i po małym popasie wracamy na dół.

Pomimo niepowodzenia, dzisiejszy dzień zaliczamy do udanych. Nasze PUT (podstawowe umiejętności turystyczne:)) poszerzyły się o zdolność przecierania szlaków w ciężkich zimowych warunkach.

Z Rozdroża Izerskiego na Wielką Kopę.

Z Rozdroża Izerskiego na Wielką Kopę.

Z Rozdroża Izerskiego na Wielką Kopę.

Z Rozdroża Izerskiego na Wielką Kopę.

Kościółek Wang

Wracając, postanawiamy podjechać jeszcze do Karpacza Górnego, żeby zobaczyć ten unikatowy zabytek. Kościółek Wikingów z XII w. urzeka i budzi podziw dla cieśli sprzed prawie dziewięciu wieków, którzy zbudowali go bez użycia gwoździ. Miejsce, chociaż bardzo popularne, jednak zdecydowanie warte odwiedzenia; zadziwia nas m.in. to, że kościółek naprawdę pasuje do karkonoskiego otoczenia!

Norweski Kościółek Wang (XII w).

Norweski Kościółek Wang (XII w).

Rzeźba Łazarza.

Rzeźba Łazarza.

Bardzo sympatyczne dojście przez zimowy las z górnego parkingu.

Wieczorny spacer (Sebuś z R. i Babcią)

Docieramy do głównej ulicy i kupujemy czapkę dla Tymusia, wypatrując potencjalnych knajp na obiady, wracając robimy małe zakupy. Chłopcy na szczęście już wieczorem czują się trochę lepiej, a my robimy jeszcze krótki spacer po najbliższej okolicy.

31 stycznia 2012, wtorek

-7 oC, w nocy było -14oC, pogoda jw. – pięknie!

Narty na Szrenicy (10:30–14:15 + dojazd)

Ośrodek rewela, tylko ceny dość wysokie, praktycznie nie było kolejek ani tłoku na trasach, zwłaszcza górnych, trudniejszych (na czarnej – najfajniejszej – prawie nie było ludzi).

Bardzo przyjemne schroniska – Na Hali Szrenickiej i Szrenica – w pierwszym jemy żurek, w drugim ciasta i herbatę. Oba z klimatem, chociaż nie zaszkodziłby mały remont (już są w trakcie odnawiania).

Trasy na Hali Szrenickiej bardzo przyjemne, ale trochę nudne (poza możliwością slalomowania między choinkami) – szerokie wypłaszczenie z trzema podwójnymi orczykami. Lolobrygida w górnej części też b. fajna (obok orczyka), dolna część dłuży się, bo jest nudna, plaskata i pełna ludzi. Najbardziej podobała się nam czarna trasa FIS ze „ścianą”, którą M. postanowiła pokonać efektownym ześlizgiem głową w dół (potem słyszy, jak jakaś kobieta instruuje kilkuletniego chłopca: „Jak będziesz się bał zjechać, siądź na pupę i zrób tak jak ta pani”:)

Ogólnie dzisiaj mieliśmy jeden z najfajniejszych dni na nartach – cudowna bliskość przyrody i gór, jeżdżenie w partiach szczytowych, a do tego piękne słońce.

Schronisko na Hali Szrenickiej.

Schronisko na Hali Szrenickiej.

Narty na Szrenicy.

Narty na Szrenicy.

Widok na Łabski Szczyt ze zboczy Szrenicy.

Widok na Łabski Szczyt ze zboczy Szrenicy.

Na szczycie Szrenicy.

Na szczycie Szrenicy.

PTTK Szrenica.

PTTK Szrenica.

PTTK Szrenica.

PTTK Szrenica.

Wycieczka do Muzeum Zabawek w Karpaczu

Przez dwa dni choroby chłopaków zatęskniliśmy za wspólnym wypadem.

Muzeum całkiem fajne, zabawki nawet z XVIII w.(!) pokazane w kilkudziesięciu gablotach. Szczególnie zaciekawiły nas krakowskie szopki, lalki sprzed ponad 100, a nawet ponad 200 lat (inny wzorzec urody…), śliczne domki i gospodarstwa z całym wyposażeniem (zrobione z wielką dbałością o szczegóły i odzwierciedlające prawdziwy, a nie „plastikowy” świat…).

Brakuje odrobiny interaktywności i możliwości zabawy (kończy się ona na dwóch ławkach-zwierzątkach przy wejściu) – trochę to frustruje chłopców, zwłaszcza Sebusia, który ciągle woła „wyjąć!”. Na dłużej zatrzymuje ich szopka z ruchomymi elementami.

Można za to kupić bardzo fajne zabawki z drewna po niewygórowanej cenie. Chłopcy nareszcie zdrowsi, dokazują w domu, musimy jutro ich porządnie przegonić, bo wykończą Babcię…

Muzeum Zabawek w Karpaczu.

Muzeum Zabawek w Karpaczu.

Muzeum Zabawek w Karpaczu.

Muzeum Zabawek w Karpaczu.

To nasz ulubiony eksponat.

To nasz ulubiony eksponat.

Wieczorem kolejny krótki spacerek M. i R. po trzaskającym mrozie.

Choroba chłopaków zmusiła nas do znalezienia alternatywnego źródła pożywienia: wiwat pizza (wczoraj) i catering (dzisiaj)!

1 lutego 2012, środa

-10oC (w nocy -17oC), ale pięknie…

Wycieczka całą rodziną do Świeradowa Zdroju

Świeradów to ładne i kameralne uzdrowisko, podjeżdżamy pod same Domy Zdrojowe. Oglądamy ładne tarasy przed Domami Zdrojowymi, zaglądamy do sztucznej groty, która pełniła w XIX w. funkcję pijalni, i spacerujemy w pijalni – największej drewnianej hali spacerowej w Polsce!

Chłopcom najbardziej podoba się bieganie po pijalni i zabawa dużymi figurami szachowymi.

Kulminacyjnym punktem dnia był jednak wjazd nową kolejką gondolową na Stog Izerski. Kolejka fajna, przestronna (wagoniki 8-osobowe), a parking pod nią duży i bezpłatny.

Z górnej stacji kolejki do Schroniska na Stogu Izerskim jest ledwie dwa kroki, ale i tak zimny wiatr nas dobrze pogonił – pomimo słoneczka. Schronisko miłe, tylko trafiliśmy na ogromną grupę młodzieży z zimowiska, ale wszyscy z apetytem pałaszujemy schroniskowy obiad!

Dla Sebusia to pierwsze takie przeżycie – w kolejce był trochę oniemiały, ale zachwycony, a w schronisku jednak był już w swoim żywiole: spacerował, „badał” choinkę itp. Nie przeszkadzały mu nawet tłumy, wołał: „dużo gwiazdek (na choince), dużo Mikołajów (ozdób na kominku) i dużo ludziów”…

Dla Tymusia to już kolejna kolejka gondolowa po Szyndzielni i Jaworzynie Krynickiej, ale mimo to bardzo mu się podobało; cieszy nas, że już dobrze się czuje!

Wieczorny wypad na narty – znów do Świeradowa

Postanawiamy „załatwić” to miejsce do końca, bo nie chciało nam się już więcej tak daleko jeździć, w dodatku po koszmarnie nierównej drodze.

Trasa narciarska okazuje się bardzo przyjemna, trochę tylko przydługi środkowy plaskaty odcinek – ale to wina ukształtowania terenu.

Ubieramy się grubo jak nigdy dotąd (trzy warstwy na nogach), a mimo to mróz (-15) daje się nieźle we znaki. Na szczęście mamy ze sobą grzałki do rąk, w desperacji udaje nam się też założyć kaptury na kaski, co wydatnie poprawia nam komfort jazdy!

Zjeżdżamy sześć razy z przerwą na gorącą czekoladę (19:00 – 21:20). Wracamy do domu ok. 22.30.

Dom Zdrojowy w Świeradowie Zdroju.

Dom Zdrojowy w Świeradowie Zdroju.

Modrzewiowa hala spacerowa - najdłużdza w Polsce.

Modrzewiowa hala spacerowa – najdłużdza w Polsce.

Świeradowski kuracjusz.

Świeradowski kuracjusz.

Gondolami na Stóg Izerski.

Gondolami na Stóg Izerski.

Gondolami na Stóg Izerski.

Gondolami na Stóg Izerski.

Na Stogu Izerskim.

Na Stogu Izerskim.

Schronisko na Stogu Izerskim.

Schronisko na Stogu Izerskim.

Tata jest najlepszy...

Tata jest najlepszy…

Narty na Stogu Izerskim.

Narty na Stogu Izerskim.

2 lutego 2012, czwartek

-12oC (w nocy -20oC), wciąż pięknie

Nadal życie bardzo utrudniają nam mrozy, co zmusza nas do planowania wycieczek, które nie wymagają długiego przebywania na dworze, zwłaszcza z chłopcami… tym bardziej, że Tymuś ciągle na antybiotyku, a Sebuś jakiś taki niewyraźny (wieczorem sprawa się wyjaśnia – zaraził się anginą…)

 Jelenia Góra i okolice – całą rodzinką

Podjeżdżamy najpierw do Sobieszowa, planując zwiedzanie Muzeum Karkonoskiego PN, ale okazuje się, że teraz wystawa jest przeniesiona (za to kompletujemy zdjęcie kolejnej siedziby dyrekcji parku narodowego). Szybko więc modyfikujemy plany i trafiamy do Muzeum Przyrodniczego w Cieplicach. Jego zbiory to część prywatnej kolekcji rodziny wieloletnich tutejszych właścicieli ziemskich.

Eksponaty naprawdę imponujące – tysiące wypchanych ptaków i motyli
(a do tego tygrys, kangur, wąż i inne zwierzątka, oczywiście też wypchane). Chłopców szczególnie zaciekawia struś i kuguar.

Potem słuchamy sobie muzyki w samochodzie obok Parku Zdrojowego, a M. biegnie zrobić dokumentację fotograficzną.

Na koniec jedziemy do Jeleniej Góry, oglądamy śliczny rynek z barokowym ratuszem i podcieniowymi kamieniczkami i szukamy odpowiedniej dla nas restauracji. Jemy rosół i kluchy w polsko-włoskiej restauracji.

Cieplice. Pawilon norweski (skopiowany budynek z Norwegii).

Cieplice. Pawilon norweski (skopiowany budynek z Norwegii).

Muzeum Przyrodnicze w Ciepliach.

Muzeum Przyrodnicze w Ciepliach.

Dom Zdrojowy w Cieplicach.

Dom Zdrojowy w Cieplicach.

Barokowy ratusz w Jeleniej Górze.

Barokowy ratusz w Jeleniej Górze.

Na jeleniogórskim rynku.

Na jeleniogórskim rynku.

Wyprawa M. i R. w Góry Kaczawskie na Skopiec

Po drodze oglądamy Dom Tyrolski w Mysłakowicach oraz część Jeleniogórskiej Doliny Pałaców i Ogrodów – pałace w Mysłakowicach, Łomnicy i Wojanowie, obecnie pięknie odnowione i funkcjonujące w większości jako hotele.

Potem jedziemy do naszego celu – na sam koniec wsi Komarno i podchodzimy niebieskim szlakiem na szczyt Skopca.

Niepotrzebnie idziemy starym wariantem szlaku i musimy się przebijać przez głęboki śnieg, obok ujadających psów; później okazuje się, że trzeba było pójść na wprost drogą, która dociera aż na szczyt Barańca do przekaźnika.

Stamtąd już ścieżka przedeptana; bez problemu znajdujemy interesujący nas szczyt. Tam obowiązkowe zdjęcia do KGP i powrót już wygodną drogą.

Podczas zejścia oglądamy zachwycający zachód słońca, z panoramą Karkonoszy ze Śnieżką w tle… niezapomniane!

W samochodzie okazuje się, że jest… -21oC! O kurczę!

Dodatkowo czujniki w kołach wariują i straszą nas, że mamy gumę… Na szczęście alarm jest fałszywy. (PS. Potem okazuje się, że jednak prawdziwy, tylko na tym mrozie opona była tak sztywna, że trudno było to zweryfikować…)

Dom tyrolski w Mysłakowicach (XIX).

Dom tyrolski w Mysłakowicach (XIX).

Neogotycki pałac w Mysłakowicach (XIX).

Neogotycki pałac w Mysłakowicach (XIX).

Pałac w Łomnicy (XVIII).

Pałac w Łomnicy (XVIII).

Pałac w Wojanowie (XVII, przeb.XIX).

Pałac w Wojanowie (XVII, przeb.XIX).

Komarno - Skopiec.

Komarno – Skopiec.

Skopiec (724 m n.p.m.), Góry Kaczawskie.

Skopiec (724 m n.p.m.), Góry Kaczawskie.

W górach Kaczawskich (Skopiec- Komarno). Ale pięknie...

W górach Kaczawskich (Skopiec- Komarno). Ale pięknie…

Zachód słońca nad Karkonoszami.

Zachód słońca nad Karkonoszami.

Karkonosze z Gór Kaczawskich.

Karkonosze z Gór Kaczawskich.

To pokazuje skalę naszego wyczynu.

To pokazuje skalę naszego wyczynu.

 3 lutego 2012, piątek

-11oC (w nocy -20,5oC), wciąż pięknie

Wycieczka do Kopalni Uranu – Sztolnie Kowary

Najpierw ogrzewamy się w restauracji obok wejścia i zamawiamy obiad na później. A potem właściwa część wycieczki – zjazd pod ziemię!

Zwiedzanie bardzo się wszystkim podoba – dla starszych naprawdę ciekawie pokazana praca w kopalni i historia wydobycia uranu na eksport do ZSRR, dla młodszych światełka, piękne kamienie i pokaz laserowy „Hades” (którego nasz dzielny Sebuś się nie przestraszył!).

Przewodnik z wielką wiedzą i pasją opowiada o szczegółach dotyczących pracy górników, minerałach, Walonach itp., ale zupełnie nie ma podejścia do dzieci. Nie zatrzymuje się nawet przy podziemnym akwarium ani nie wspomnia o gwarkach strzegących skarbów.

Chłopcy z zapałem pomagają oświetlić korytarze latarkami i są ogólnie grzeczni. Sebuś połowę czasu spędza w nosidle, resztę na nogach; Tymuś to super-kumpel nie robi z niczego problemu.

Na koniec zjadamy dobry obiad – żurek i kotlety schabowe i zaopatrujemy się u bardzo miłej pani Ewy w nalewkę walońską i wodę Potencjałkę.

Gotowi na wyprawę.

Gotowi na wyprawę.

Sztolnie Kowary - wejście.

Sztolnie Kowary – wejście.

Wybieramy kaski.

Wybieramy kaski.

Kopalnia uranu - sztolnie Kowary.

Kopalnia uranu – sztolnie Kowary.

Markowiny.

Markowiny.

Kopalnia uranu - sztolnie Kowary.

Kopalnia uranu – sztolnie Kowary.

08. Święta Barbara.

Kopalnia uranu - sztolnie Kowary.

Kopalnia uranu – sztolnie Kowary.

Oglądamy pokaz 'światło - dźwięk'.

Oglądamy pokaz ‚światło – dźwięk’.

Lekcja Tymusia na nartach

Szkółka M&M w nowym ośrodku Winterpol w Karpaczu, dojście od parkingu przy drodze pod dolną stacją wyciągów na Kopę.

Tymuś zjechał raz z trasy na wyciągu taśmowym, a potem ruszył na prawdziwe trasy – zjechał trzy razy – wszystkimi trasami w ośrodku! Pomimo temperatury (-15oC) był zachwycony i zapisaliśmy się na kolejnych pięć lekcji.

Pierwsza lekcja Tymusia w Białym Jarze.

Pierwsza lekcja Tymusia w Białym Jarze.

Karkonosze, 2012.02

Piękne sudeckie kurorty: Karpacz i Szklarska Poręba, klimatyczna Jelenia Góra, stare zamki, kraina wygasłych wulkanów, nieodkryta Jeleniogórska Dolina Pałaców i Ogrodów i przede wszystkim piękna przyroda. Zapraszamy na mrożącą krew w żyłach relację z zimowego wypadu do Karpacza. Dlaczego mrożącą krew w żyłach? Bo w oprawie trzaskającego mrozu!

 

Na szczycie Szrenicy.

Tydzień I

czyli m.in.: Wrocław, narty, choroby:-(, zabawki;-), Świeradów Zdrój, Jelenia Góra, Skopiec i kopalnia uranu w Kowarach

 

Kopa - Dom Śląski.

Tydzień II

czyli m.in.: Śnieżka, Siedlęcin, Pilchowice, Chojnik, Wysoka Kopa, zamek Grodziec, zamek Czocha i oczywiście narty;-)

Góry Orlickie, Stołowe i okolice

8 czerwca 2011, środa

Duszno, wieczorem deszcz, 27 stopni

Wycieczka do Kudowy Zdroju

Dziś robimy sobie odpoczynek od wycieczek górskich i planujemy zwiedzenie trzeciego pobliskiego kurortu – Kudowy Zdroju. Najpierw podjeżdżamy do niezwykłej atrakcji Kudowy – kaplicy czaszek w Kudowie-Czermnej. Ta niewielka barokowa (kon. XVIII w) kaplica słynie z tego, że jej ściany i sklepienie pokrywają ciasno tysiące kości ludzkich – zmarłych z okresu XVII i XVIII w. Oglądamy kaplicę na zmianę, w tym czasie chłopcy bawią się kamyczkami i fascynują się kratką odpływową. Kaplica czaszek robi duże wrażenie, które jednak zapewne byłoby spotęgowane w innych warunkach zwiedzania – dziś wchodzi tu wycieczka za wycieczką, a cała infrastruktura wokół kaplicy przypomina maszynkę do zarabiania pieniędzy.

Po zwiedzeniu kaplicy podjeżdżamy do centrum Kudowy i ruszamy na spacer po parku zdrojowym. Tutaj nareszcie tańcząca fontanna jest czynna. Siłą musimy odciągać od niej Sebka – dla niego atrakcją nr 1 byłoby całodzienne wrzucanie do niej kamieni… Wchodzimy do mieszczącej się w pięknym budynku pijalni wód, a potem dłuższy czas spacerujemy po parku. To uzdrowiskowe serce Kudowy jest bardzo zadbane – wszędzie donice z kwiatami, w parku piękne drzewa, miłe wrażenie robią też budynki zdrojowe. Kudowa podoba nam się chyba najbardziej spośród wszystkich zwiedzonych w ostatnich dniach uzdrowisk.

Na koniec odwiedzamy położony w parku plac zabaw, co obaj chłopcy witają z radością. Tymo świetniej opanowuje wspinaczkę po linach-pajęczynach, a Sebuś biega za innymi dziećmi i rozkręca fantastyczną zabawę – w raczkowanie.

Na koniec podjeżdżamy obejrzeć siedzibę Parku Narodowego Gór Stołowych z Muzeum Żaby.

Kaplica czaszek w Czermnej, XVIII w.

Kaplica czaszek w Czermnej, XVIII w.

A to zajmuje naszych chłopców.

A to zajmuje naszych chłopców.

Kudowa Zdrój.

Kudowa Zdrój.

Kudowa Zdrój.

Kudowa Zdrój.

Kudowa Zdrój.

Kudowa Zdrój.

Popołudniowa wycieczka do Wambierzyc

Planowaliśmy jechać do Błędnych Skał, ale nie trafiliśmy z czasem wjazdu na jednokierunkowy końcowy odcinek drogi, więc zmieniamy plany na Wambierzyce. Miejscowość ta słynie z zespołu kalwaryjnego (XVII, przeb. XIX), na który składają się 74 kaplice pięknie położone na wzgórzach. Spod wejścia do kalwarii rozlega się piękny widok na majestatyczny barokowy (XVII/XVIII) kościół pw. nawiedzenia NMP. Nie udaje nam się przespacerować wszystkimi dróżkami kalwarii wambierzyckiej, bo przepłasza nas burza.

Z punktu widzenia dzieci największą atrakcją Wambierzyc jest jednak XIX-wieczna (!) ruchoma szopka. Podziw budzi zwłaszcza doskonale zachowany mechanizm zegarowy, uruchamiający figury (które – nota bene – poruszają się w b. pomysłowy sposób – np. dzięcioł stuka dziobem w dwie strony drzewa). To niesamowite, że to wszystko działa od ponad 100, a w przypadku części scen – nawet od 150 lat. Chłopcy z ciekawością oglądają wszystkie 7 scen, przedstawiających sceny z życia Chrystusa, oraz pracę górników w kopalni.

Bazylika Maryjna w Wambierzycach, XVII-XVIII w.

Bazylika Maryjna w Wambierzycach, XVII-XVIII w.

Kalwaria w Wambierzycach, XVII - XVIII w.

Kalwaria w Wambierzycach, XVII – XVIII w.

Wchodzimy oglądać ruchomą szopkę z poł. XIX w.

Wchodzimy oglądać ruchomą szopkę z poł. XIX w.

9 czerwca 2011, czwartek

Rano deszcz i 11 stopni, potem lepiej – 16 stopni i nie pada – ale szał!

Wycieczka do Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju

Będąc w okolicach Dusznik, niewybaczalnym grzechem byłoby przegapienie takiej atrakcji. Ogromne wrażenie robi już sam przepiękny budynek starej papierni z 1605 roku. To żywa historia, której można tu własnoręcznie dotknąć – i to dosłownie, podczas warsztatów czerpania papieru, to jedyne takie miejsce w Polsce.

Co prawda w naszym przypadku zwiedzanie ogranicza się do biegania pomiędzy grupami wycieczkowymi za marudnym Sebciem, który dziś sam już nie wie, czego chce. W efekcie wieczorem dopiero w Internecie doczytujemy sobie na spokojnie, jak wyrabia się papier, bo na spokojne poczytanie sobie nie było szans.

Po południu obaj chłopcy zasnęli w domu. Sebek spał 3 godziny, aż obiad musieliśmy jeść na zmianę.

Stara Papiernia (1605 r), Duszniki.

Stara Papiernia (1605 r), Duszniki.

Stara Papiernia, Duszniki.

Stara Papiernia, Duszniki.

Muzeum Papiernictwa w Dusznikach.

Muzeum Papiernictwa w Dusznikach.

Wieczorne wejście na Orlicę

Po południu wreszcie przestaje padać, więc decydujemy się na spacer, przy okazji którego zdobywamy jeszcze jeden szczyt KGP – Orlicę (1084 m n.p.m.), najwyższe wzniesienie polskiej części Gór Orlickich. To bardzo miły spacer leśną drogą, niewygodnie nam tylko przez ostatnie 300 m – wąska ścieżka i mokre trawy – trzeba było nieść chłopaków, żeby kompletnie się nie przemoczyli. Obaj pobijają dziś swój rekord wysokości. Na szczycie słodko siedzą obok siebie na głazie. Jesteśmy bardzo dumni z naszych turystów. W ogóle cały spacer jest przesympatyczny – jak dobrze, że wciągnęliśmy się w ideę KGP – gdyby nie to, zapewne nie odwiedzilibyśmy tak urokliwego miejsca!

Na Orlicę, Góry Orlickie.

Na Orlicę, Góry Orlickie.

Widok na Góry Bystrzyckie.

Widok na Góry Bystrzyckie.

Orlica, 1084 m n.p.m.

Orlica, 1084 m n.p.m.

Orlica, 1084 m n.p.m.

Orlica, 1084 m n.p.m.

Powrót z Orlicy - super tata.

Powrót z Orlicy – super tata.

Powrót z Orlicy.

Powrót z Orlicy.

10 czerwca 2011, piątek

Słońce wychodzi zza chmur, do 20 stopni

Wyprawa do Torfowiska pod Zieleńcem (9:15-12:45 z dojazdem)

Jedziemy obejrzeć rezerwat chroniący naturalny obszar torfowiskowy wraz z właściwą mu roślinnością. Zwiedzenie rezerwatu umożliwia  ciekawa ścieżka przyrodnicza, przyjazna turystom z dziećmi – są tu i wiaty turystyczne, i wieża widokowa, i kładki przez bagna. To miła odmiana dla górskich spacerów. Zadziwia nas konstrukcja wieży widokowej – została zbudowana na tratwach-platformach, zapobiegających zapadaniu się konstrukcji. Zauważamy, że znaczna część torfowiska jest zarośnięta lasem – miejscami przypominają nam się suchary z Wigierskiego PN.

W drodze powrotnej Sebuś zasypia, a my podjeżdżamy pod Schronisko pod Muflonem – tym razem R. biegnie zrobić zdjęcie, kupić kartę i przybić pieczątkę

Do torfowiska pod Zieleńcem.

Do torfowiska pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Rezerwat Torfowisko pod Zieleńcem.

Widok na Duszniki sprzed schroniska.

Widok na Duszniki sprzed Schroniska pod Muflonem.

Buuu… Nie może być za pięknie… Po południu Sebuś budzi się z temperaturą, więc popołudnie musimy zaplanować osobno. R. zostaje z nim w domu, a M. z Tymusiem jadą na

Wycieczkę do Błędnych Skał

Koniecznie trzeba tu zawitać, będąc w Górach Stołowych! Błędne Skały robią na nas ogromne wrażenie – przez ponad pół godziny przeciskamy się (dosłownie!) przez labirynt najprzeróżniejszych skalnych dziwów: „grzybów”, „statków”, „kurzych stóp”. Miejscami jest tak wąsko, że M. ma problemy z przeciśnięciem się z plecakiem. To trzeba zobaczyć na własne oczy!

Tymo jak w raju. Biegnie przodem i jest po prostu ZACHWYCONY, a M. – dumna ze swego turysty!

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

Błędne Skały, Góry Stołowe.

11 czerwca 2011, sobota

Słonecznie, 23 stopnie

W związku z tym, że Sebuś złapał wczoraj infekcję, ograniczamy program do minimum.

Przedpołudniowa wycieczka do Skalnych Grzybów w Górach Stołowych

Sebcik zasypia w wózku i człapią powoli z M., a T. i R. – wytrawni turyści – wyrywają do przodu na szlak. Pod nazwą „skalne grzyby” kryją się malowniczo porozrzucane po lesie wysokie skały o fantazyjnych kształtach – grzybów, bram itp. Szlak niemęczący, leśny, „grzybów” trzeba wypatrywać między drzewami lub wyrastają ogromne tuż przy szlaku. Tymo idzie bez przerw prawie 2 godziny i b. mu się podoba. Rozmawiają z R. o tym, jak się buduje domy. Ale z niego turysta w tym roku!

Po południu S. nie czuje się najlepiej i zostaje z M. w domu, a R. i T. jadą na wyprawę pt. „Błędne Skały bis” – Tymo chce pójść jeszcze raz, tak bardzo mu się wczoraj podobało!

Do Skalnych Grzybów, Góry Stołowe.

Do Skalnych Grzybów, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Pajęczyna by R.

Pajęczyna by R.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Skalne Grzyby, Góry Stołowe.

Odpoczynek pod LINIĄ.

Odpoczynek pod LINIĄ.

Granica w Górach Stołowych.

Granica w Górach Stołowych.

Wieczorem pakujemy się do domu i myślimy z niecierpliwością o wyjeździe na Litwę za 3 tygodnie! Zapisujemy również to, co musimy jeszcze w przyszłości zobaczyć w okolicach Gór Stołowych – nie na wszystko starczyło czasu: kopalnię w Nowej Rudzie, podziemne miasto Osówka, twierdze: Kłodzko i Srebrna Góra, Wodospady Pośny i Radkowskie Skały w Górach Stołowych oraz Skalne Miasto w Czechach. Gdybyśmy mogli, nie mielibyśmy problemu z zaplanowaniem pobytu nawet na 3 tygodnie!

Góry Bystrzyckie, Stołowe i Sowie

4 czerwca 2011, sobota

Piękna pogoda: słońce, 31 stopni

Warszawa – Łężyce, 7:00-16:30, 450 km

Jedzie się naprawdę dobrze, a byłoby rewelacyjnie, gdyby nie remonty i 70 km zwężeń na katowickiej. Udaje nam się machnąć drogę na dwa postoje: postój na placyku zabaw przy stacji ok. 180 km od Warszawy i zatrzymanie na obiad w znajomej z zimy restauracji przed Opolem.

Chłopaki przez całą drogę spisują się na medal; Sebuś dopiero na miejscu daje nam popalić – marudzi, ciągle chce gdzieś iść i płacze o byle co.

Zakwaterowujemy się w Łężycach. Warunki mamy komfortowe – dwupokojowy apartament z ogromnym tarasem i osobnym wejściem. Cały teren bardzo zadbany – jest czysto i  przyjemnie, dwa place zabaw, trampolina dla dzieci; do tego smaczne wyżywienie. Z chęcią wspieramy takie miejsca.

5 czerwca 2011, niedziela

30 stopni, krótki przelotny deszcz

Wycieczka na Jagodną (↑60’, ↓50’, ↕250 m, 6 km)

Naszą rodzinną przygodę z Koroną Gór Polski zaczynamy od najwyższego szczytu Gór Bystrzyckich. Jagodna to pierwszy szczyt, na który Tymuś od początku do końca wchodzi zupełnie sam (pomimo bąbla na pięcie w drodze powrotnej). Gratulacje! Sebuś też próbuje trochę iść sam – pod górę przechodzi z 200 m, a w dół nawet z pół km.

Ruszamy od strony Przełęczy Nad Porębą. Na początku nachylenie wyraźne, ale znośne. Potem większość drogi prowadzi leśną drogą do zrywki drewna.

Na szczycie urządzamy sobie przemiły popas w cieniu ambony – rozkładamy się na kocyku i konsumujemy małe co nieco. Chłopcy wesoło biegają w zasięgu naszego wzroku.

Wracamy tą samą trasą. Sebcik zasypia w nosidle.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Z )( Nad Porębą na Jagodną.

Na Jagodnej (977 m n.p.m., Góry Bystrzyckie).

Na Jagodnej (977 m n.p.m., Góry Bystrzyckie).

Na Jagodnej (977 m n.p.m., Góry Bystrzyckie).

Na Jagodnej (977 m n.p.m., Góry Bystrzyckie).

W drodze powrotnej podjeżdżamy pod dwa schroniska: Jagodna na Przełęczy Spalonej i Orlicę w Zieleńcu. Nie wchodzimy do środka, bo chłopcy śpią w samochodzie.

Popołudniowa wycieczka do parku zdrojowego w Dusznikach-Zdroju

To bardzo miłe miejsce na spacer z maluchami. Sprawia wrażenie czegoś pośredniego między parkiem i deptakiem. Są fontanny, małe kamyczki na ścieżkach – czego więcej chłopakom potrzeba… A my oglądamy pijalnię wód , ujęcie Pieniawy Chopina, dworek Chopina (w którym kompozytor bawił podczas swojej bytności w Dusznikach w 1826 r.) oraz budynki zdrojowe. Pijemy wodę Jan Kazimierz i Pieniawa Chopina. Jednym słowem: pełna regeneracja po górskiej trasie!

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Duszniki, Park Zdrojowy.

Pijalnia wód w Dusznikach.

Pijalnia wód w Dusznikach.

Dworek Chopina.

Dworek Chopina.

 

6 czerwca 2011, poniedziałek

Piękne słońce i 28 stopni, ale spory wiatr

Wycieczka na Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Stołowych (9:45-12:12 od samochodu do samochodu)

Podjeżdżamy na parking od południowej strony, pod wylot drogi do Schroniska Pasterka. Dzisiaj wszystko nas zachwyca, począwszy od widoków z samochodu – zadziwiają nas wielkie głazy (skały?) porośnięte lasem, a potem jest już tylko lepiej!

Podejście do schroniska PTTK „Na Szczelińcu” wiedzie najpierw 20 min typowo „górskim” szlakiem, po głazach i korzeniach, a potem po kamiennych schodkach wśród ogromnych skał. Budynek schroniska jest niesamowicie położony tuż nad krawędzią urwiska – widok robi wielkie wrażenie! Karmimy Sebusia na ławeczkach przed schroniskiem i ruszamy dalej, nieświadomi tego, jakie przygody nas jeszcze czekają!

Podejście ścieżką turystyczną po zakamarkach Szczelińca w naszych wyobrażeniach miało być małym spacerkiem, a w takim składzie jak nasz przyniosło emocje porównywalne chyba z przejściem Orlej Perci. Strome zejścia i wejścia po kamiennych schodach, przeciskanie się wąskimi przesmykami przez „brzuch” góry, wąskie przejścia między skałami. Miejscami R. miał problemy ze zmieszczeniem się z nosidłem na plecach, a trzeba było przenieść jakoś Sebka, mimo że po nogami wąsko i ślisko. Nie wierzyliśmy ostrzeżeniom o śniegu (w upalnym czerwcu? Na takiej wysokości?), ale faktycznie okazały się prawdziwe. Samo wejście na szczytową skałę było zamknięte z powodu trwającego remontu, ale emocji na dziś starczyło nam aż nadto.

Najbardziej zadowolony chyba był Tymo – to była dla niego prawdziwa przygoda!  Przez cały dzień zadziwiał nas swoją kondycją i siłą. Trzeba go było trochę hamować, bo gdyby mógł, wszedłby chyba na każdy kamień i skałę! Sebuś był bardzo grzeczny, tylko szlag go trochę trafiał przy tych różnych atrakcjach z przeciskaniem się we wnętrzu góry. Najbardziej chciał iść na własnych nóżkach, a w takich warunkach nie dało się tego urządzić.

W PN Gór Stołowych.

W PN Gór Stołowych.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

Na Szczeliniec Wielki.

PTTK 'Na Szczelińcu'.

PTTK ‚Na Szczelińcu’.

PTTK 'Na Szczelińcu'.

PTTK ‚Na Szczelińcu’.

Widok sprzed schoniska 'Na Szczelińcu'.

Widok sprzed schoniska ‚Na Szczelińcu’.

Widok sprzed schoniska 'Na Szczelińcu'.

Widok sprzed schoniska ‚Na Szczelińcu’.

Małpolud.

Małpolud.

Ścieżka przyrodnicza na Szczelińcu.

Ścieżka przyrodnicza na Szczelińcu.

W 'sercu góry' wg Tyma.

W ‚sercu góry’ wg Tyma.

Przed wierzchołkiem Szczelińca Wielkiego (919 m n.p.m.).

Przed wierzchołkiem Szczelińca Wielkiego (919 m n.p.m.).

Powrót ze Szczelińca.

Powrót ze Szczelińca.

Powrót ze Szczelińca.

Powrót ze Szczelińca.

Popołudniowa wycieczka do Polanicy Zdroju

Po drodze oglądamy arcyciekawy kościół warowny w Starym Wielisławiu.

Park zdrojowy w Polanicy – oczywiście w remoncie:) – ale i tak spacer sprawił nam dużą przyjemność; atmosfera podobała nam się nawet chyba bardziej niż w Dusznikach. Zachodzimy do pijalni, gdzie oczywiście degustujemy leczniczą wodę, potem przed pijalnią puszczamy z chłopakami bańki. Na koniec Sebcik urządza histerię przy próbach wsadzenia go do wózka, gubiąc przy tym but – na szczęście jakiś miły pan znajduje zgubę i oddaje ją nam.

Średn. kościół warowny, Stary Wielisław.

Średn. kościół warowny, Stary Wielisław.

Polanica Zdrój.

Polanica Zdrój.

Polanica Zdrój - pijalnia.

Polanica Zdrój – pijalnia.

Polanica Zdrój - pijalnia.

Polanica Zdrój – pijalnia.

7 czerwca 2011, wtorek

Słonecznie, ale wietrznie, 26 stopni

Wycieczka na Wielką Sowę (1015 m n.p.m.); ↕ ok. 5,5 km, 11:00-14:45

Podchodzimy od strony Przełęczy Sokolej. Idzie się bardzo wygodnie, spory kawałek drogą jezdną. Mijamy dwa schroniska – Schronisko Orzeł (urządzamy tu postój w drodze zejściowej) i Schronisko Sowa (jest dziś zamknięte, ale biesiadujemy na zewnętrznych ławkach).

Dalej droga jezdna zamienia się w ścieżkę, w górnej partii trochę kamienistą.

Szczyt Wielkiej Sowy wydaje się jakby stworzony do odpoczynku. Są tu wiaty, miejsca na ognisko, no i przede wszystkim niedawno wyremontowana wieża widokowa. Warto wejść na szczyt – widoki są naprawdę rozległe i imponujące.

Wracamy tą samą drogą.

Chłopaki spisują się na medal – Tymo kipi energią, udaje, że jest tramwajem, wesoło trajkocząc, pokonuje całą drogę i je za dwóch. Seba to trudniejszy turysta – ale i jego wiek jest zupełnie inny. Najchętniej wszystko by robił po swojemu i szedł tam, gdzie on chce, a nie my. Ale ogólnie jest bardzo dzielny!

W drodze powrotnej chłopcy śpią w samochodzie, a my zahaczamy jeszcze o klimatyczne schronisko Zygmuntówka (sprint M., R. w samochodzie).

Z )( Sokolej na Wielką Sowę.

Z )( Sokolej na Wielką Sowę.

Z )( Sokolej na Wielką Sowę.

Z )( Sokolej na Wielką Sowę.

Schronisko Sowa.

Schronisko Sowa.

Schronisko Sowa.

Schronisko Sowa.

Na Wielką Sowę.

Na Wielką Sowę.

Wielka Sowa, 1015 m n.p.m.

Wielka Sowa, 1015 m n.p.m.

My na Wielkiej Sowie.

My na Wielkiej Sowie.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Wielka Sowa, wieża widokowa.

Góry Stołowe i okolice, 2011.06

Planując ten wyjazd, w głowach przyświecała nam myśl głównie o zdobyciu kolejnych sudeckich szczytów Korony Gór Polskich. Bardzo chcieliśmy też pod własnymi nogami poczuć i na własne oczy zobaczyć niezwykłe Góry Stołowe, uznawane za jedne z najciekawszych w Polsce. Niewielkie przewyższenia do pokonania sprawiają, że sudeckie szlaki są wręcz stworzone do wycieczek z małymi dziećmi. W dodatku rejon Kotliny Kłodzkiej jest niezwykle atrakcyjny turystycznie, o czym mogliśmy się już przekonać na zimowym wyjeździe w Masyw Śnieżnika. Czy potrzeba większej zachęty do odwiedzenia tego pięknego zakątka Polski? W trakcie tygodniowego wyjazdu udało nam się całą rodziną, razem z pięcioletnim Tymkiem i półtorarocznym Sebusiem, zdobyć cztery kolejne szczyty KGP: weszliśmy na najwyższe wzniesienia Gór Bystrzyckich (Jagodna), Stołowych (Szczeliniec Wielki), Sowich (Wielka Sowa) i Orlickich (Orlica), zwiedziliśmy też dwa tutejsze uzdrowiska: Kudowę, Polanicę i Duszniki Zdrój z bardzo ciekawym Muzeum Papiernictwa.

 

Powrót ze Szczelińca.

Część I – Góry Bystrzyckie, Stołowe i Sowie

 

Widok na Góry Bystrzyckie.

Część II – Góry Orlickie, Stołowe i okolice

 

Babia Góra i okolice

Minęło już ponad dwa miesiące od ostatniego wyjazdu, więc nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy znowu nie zaplanowali jakiegoś wypadu (zwłaszcza że R. dostał od lekarza zielone światło na chodzenie po górach!). Tym razem wybór padł na okolice Babiej Góry. Od rana pakujemy się, M. jeszcze chwilę pracuje, a R. załatwia ostatnie drobiazgi (np. przeprowadzkę posadzonych przez chłopców fasolek do dziadków:)). Funkcjonowanie w domu utrudnia nam remont instalacji wodnej, więc z radością wyrywamy się parę minut po 13:00.

07.11.2013, czwartek

8-11 st., przelotny deszcz 

Warszawa – Zubrzyca Górna (13:10-20:30, 456 km)

Jedziemy trasą katowicką i zakopianką. Droga dość zatłoczona, ale bez korków, przeszkadza nam jedynie aura – przez znaczną część trasy pada.

Kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą kiszki grają nam już głośno marsza, więc szukamy czegoś na ząb. Zatrzymujemy się w barze-restauracji ok. 110 km od Warszawy. Nie jest to może zbyt wyszukany lokal, ale widać, że ma duże obroty, a jedzenie jest niezłe i niedrogie (50 zł za dwudaniowy obiad dla dwóch osób).

Trasę umilamy sobie głównie czytaniem – powoli kończymy drugi tom „Millenium”. Słuchamy też trochę „Soundtracku” Lao Che i płyty Meli Koteluk. Na miejsce docieramy o 20:30.

Nasza meta to ładnie odnowiona agroturystyka w Zubrzycy Górnej. Dostajemy cały 4-osobowy apartament, czyli właściwie pokój studio na poddaszu za 70 zł/dobę. Szybko się rozpakowujemy i kładziemy spać, bo jutro ma być ładna pogoda i musimy wcześnie wyjść w góry!

 

08.11.2013, piątek

12 st. i słoneczko, na Babiej ok. 5 st., chmury i b.b.b. silny wiatr…

Wstajemy o 6:00 rano, a przed 8:00 meldujemy się na przełęczy Krowiarki i ruszamy czerwonym, „grzbietowym” szlakiem…

… na Babią Górę

Zachwycamy się pięknym lasem, ciszą i spokojem, mijamy jedynie pojedyncze schodzące osoby. Powoli odsłaniają się nam widoki, zarówno w stronę szczytu, jak i na okoliczne beskidzkie wzniesienia i majaczące na horyzoncie majestatyczne Tatry. Niestety, im wyżej, tym bardziej daje nam się we znaki słynny babiogórski wiatr. Na Sokolicy czujemy go już dobrze, a od Gówniaka (co za wymowna nazwa!) po prostu próbuje nas zdmuchnąć ze szlaku.

Polana Krowiarki - ruszamy.

Polana Krowiarki – ruszamy.

Sokolica.

Sokolica.

Sokolica - nie mylić z tą z Pienin.

Sokolica – nie mylić z tą z Pienin.

Widok z Sokolicy.

Widok z Sokolicy.

Królowa Beskidów za woalką.

Królowa Beskidów za woalką.

Kępa (zwana też Kopą) - kolejny szczyt po drodze.

Kępa (zwana też Kopą) – kolejny szczyt po drodze.

Machamy naszym Taterkom.

Machamy naszym Taterkom.

Prosto na Babią!.

Prosto na Babią!.

Przed nami ... Gówniak (sic!).

Przed nami … Gówniak (sic!).

Ta nazwa nas urzekła.

Ta nazwa nas urzekła.

Na szczycie dogania nas sympatyczny starszy pan, mówiąc, że nieraz przez ten wiatr musiał zawracać z drogi, więc chyba dzisiaj nie jest jeszcze tak źle. Po obowiązkowych fotkach (w końcu to nasz kolejny szczyt do KGP!) chowamy się na chwilę za solidny kamienny murek (chyba wiatr dawał się wcześniej we znaki nie tylko nam), szybko jemy kanapki i ruszamy dalej.

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Schodzimy sprawnie przez przełęcz Brona do nowego schroniska na Markowych Szczawinach. Pod koniec kolana wyraźnie przypominają nam, że idziemy już prawie 4 godziny bez dłuższych postojów… Schronisko wita nas przyjemnym ciepłem i miłą, jasną jadalnią. Pałaszujemy zupki (kwaśnicę i żurek) oraz naleśniki ze szpinakiem i pierogi z serem.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Przełęcz Brona.

Przełęcz Brona.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Posileni i wypoczęci ruszamy na ostatni odcinek dzisiejszej trasy. Bardzo miły, trawersujący szlak niebieski sprowadza nas w półtorej godziny spokojnej wędrówki przez piękne buczyny na parking na przełęczy Krowiarki. W samochodzie jesteśmy o 14:00, ciesząc się na spokojne popołudnie i wieczór!

Co to znaczy mieć w kims oparcie...

Co to znaczy mieć w kimś oparcie…

Schodzimy do Krowiarek.

Schodzimy do Krowiarek.

Nasz czas: 8:00-14:00, 15 km, ok. 800 m przewyższenia

Wracając, robimy jeszcze drobne zakupy w Zubrzycy, udaje nam się nawet znaleźć sklep motoryzacyjny (Peugeot wypił za dużo płynu chłodniczego…) i aptekę.

Po południu M. dokańcza swoje sprawy zawodowe, a R. zapisuje trasę i robi zdjęcia.

Wieczorem kończymy II tom „Millenium” i oglądamy porażającą „Różę” Smarzowskiego.

 

09.11.2013, sobota

Od rano pochmurno i przelotna mżawka, 9 stopni

Świadomość zapowiadanego na popołudnie załamania pogody znów wcześnie zrywa nas z łóżek. Rano jeszcze przez telefon konsultujemy z Dziadkami sprawy zdrowotne Sebusia (oczywiście akurat na nasz wyjazd rozkasłał się na całego), w końcu R. załatwia mu wizytę u lekarza – dla świętego spokoju. A my po szybkim śniadanku o 8:30 stawiamy się na szlaku.

Do schroniska na Hali Krupowej

Podjeżdżamy samochodem nieco za Przełęcz Zubrzycką, odnajdujemy punkt wyjścia czarnego szlaku i dalej w górę. Ścieżka prowadzi dość stromo przez las, właściwie niemal cały czas prosto, kilka razy przecinając leśne drogi trawersujące stok. Chmury nisko wiszą nad ziemią, to wyciągamy, to chowamy parasole. Wokół mieszany las, momentami szuramy butami wśród opadłych liści buków – wyprawy listopadowe to jest to. Pozwalają choć trochę polubić ten miesiąc.

Ruszamy na Halę Krupową.

Ruszamy na Halę Krupową.

Widok na masyw Policy.

Widok na masyw Policy.

Dlatego lubimy listopad.

Dlatego lubimy listopad.

Bukowy dywanik.

Bukowy dywanik.

Po nieco ponad godzinie osiągamy grzbiet, a w kolejne 15 minut dochodzimy na porosłą pożółkłymi trawami Halę Krupową. Zamglone beskidzkie szczyty rozciągające się dookoła wyglądają niezwykle malowniczo. Wilgoć wprost wisi w powietrzu.

Hala Krupowa.

Hala Krupowa.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Hala Krupowa w listopadzie.

Hala Krupowa w listopadzie.

Przed odwiedzeniem ciepłego schroniska postanawiamy podejść jeszcze 15 min w prawo na szczyt Okrąglicy – chcemy zaleźć oznaczoną na mapie górską kapliczkę. Błotnista droga pnie się  łagodnie w górę. Kapliczki najpierw nie odnajdujemy – orientujemy się, że coś nie tak, gdy szlak zaczyna sprowadzać w dół – wracamy się więc kawałek i instynktownie skręcamy w wyraźną drogę prowadzącą na sam szczyt. Po chwili okazuje się, że poszliśmy dobrze. Dojście do kapliczki nie jest oznakowane, a szkoda – może więcej turystów trafiłoby do tego klimatycznego miejsca. Drewniana kapliczka Matki Boskiej Opiekunki Turystów, wyglądem przypominająca turystyczną wiatę, zasługuje na chwilę postoju. Na ścianach wiszą drewniane tablice upamiętniające zmarłych ludzi gór, są też stacje drogi krzyżowej. Patronka tego miejsca – Matka Boska Opiekunka Turystów – trzyma w rękach Dzieciątko, a na plecach niesie wypchany plecak górski. Chętnie zatrzymujemy się na chwilę refleksji.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Po postoju przy kapliczce kierujemy się już prosto do schroniska na Hali Krupowej. Obiekt – podobnie jak Schronisko na Markowych Szczawinach – przeszedł niedawno remont, uzyskując bardziej „ekologiczny” charakter. Zjadamy po pysznej zupie, chrupiące naleśniki z serem, a na deser – szarlotkę. Mniam! Chłopcom kupujemy ładne drewniane ołówki z koziołkiem i owieczką.

Hala Krupowa - kierujemy się w stronę schroniska.

Hala Krupowa – kierujemy się w stronę schroniska.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Wracamy tą samą drogą. Dopiero gdy dochodzimy do samochodu, zaczyna porządniej padać.

Cała wycieczka mimo listopadowej pogody była bardzo sympatyczna. Po drodze przypominaliśmy sobie wszystkie polskie pasma górskie wraz z najwyższymi szczytami, parki narodowe i schroniska, w których byliśmy. Fajna gimnastyka dla głowy.

Nasz czas: 8:30-12:45; 9,5 km, ok. 500 m przewyższenia

Po powrocie pyszna kawka i szybkie zapiski.

Późnym popołudniem wybieramy się na sentymentalny spacer po Zakopanem. Przejeżdżamy drogą przez Dzianisz i Gubałówkę – odżywa wiele wspomnień. Potem zjeżdżamy do centrum miasta. Parkujemy przy ulicy Sienkiewicza i w drogę. Niestety, pada bez przerwy, nam zimno, więc zaczynamy spacer od wizyty w Sabale. Jemy naprawdę przepyszne zupy (cebulową i borowikową w chlebku – mniam….) i oscypek opiekany z cebulką, popijając herbatą z sokiem malinowym. Po takim pokrzepieniu jesteśmy gotowi stawić czoła listopadowej szarudze. Pod parasolami przechodzimy na sam dół Krupówek, kupujemy cztery duże oscypki, a potem robimy w tył zwrot i idziemy do góry. Podchodzimy aż do samych Kuźnic. Patrzymy na znajome miejsca, rozmawiamy o tym, co się zmieniło, a co nie. Jest nam bardzo miło. Jedynym minusem jest padający coraz mocniej deszcz – gdy wsiadamy do samochodu, mamy zupełnie przemoczone spodnie, a w butach nam chlupie. Ale co tam – spacer był fajowy. Rozgrzewamy się nawiewem z samochodu przez całą drogę powrotną:)

 

10.11.2013, niedziela

Piękny słoneczny dzień z rześkim powietrzem, słońce i ok. 5 stopni

Po wczorajszym spacerowo-deszczowym wyczynie decydujemy się porządniej wyspać i nie nastawiamy budzika. Od rana wita nas słońce – miła odmiana po wczorajszym deszczu. Stanowi to dla nas niezłą motywację do kolejnego górskiego spaceru (a jednocześnie przeciwwagę do bólu kolan i stóp).

Zawoja-Jałowiec

Na szlaku stajemy dziś później. Z Zawoi ruszamy dopiero parę minut po 10:00. Niebieski szlak od razu pnie się ostro w górę, więc staramy się nie przesadzić z tempem i uspokajamy oddech. Prawie cały czas idziemy po bukowych liściach, uważając tylko na płynący naszą ścieżką strumyk – po wczorajszych opadach jest dziś dość mokro. Co chwilę zatrzymujemy się, by popodziwiać przyprószoną śniegiem Królową Beskidów – byliśmy na Babiej ledwie dwa dni wcześniej i śniegu było jak na lekarstwo; teraz warunki zmieniły się tam diametralnie. W połowie drogi przerwa na kanapkę i herbatkę z termosu – to niesamowite, jak bardzo takie rzeczy pokrzepiają w górach.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Bukową aleją.

Bukową aleją.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.) stajemy jeszcze przed południem. Szczyt nie jest zadrzewiony i rozciąga się stąd przepiękna panorama na okoliczne szczyty, w tym Babią Górę. Odpoczywamy chwilkę, wystawiając twarze do przygrzewającego słoneczka. Dookoła odpoczywają inni turyści.

Podejście na Jałowiec.

Podejście na Jałowiec.

Buki czekają na zimę.

Buki czekają na zimę.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Po opuszczeniu Jałowca przed nami już niemal tylko schodzenie. Kierujemy się w stronę Przełęczy Opaczne. Spacer zaostrza apetyty, więc – wiedzeni wizją obiadu – odbijamy ze szlaku w kierunku prywatnego schroniska „W murowanej piwnicy”. Budynek jest przepięknie położony na trawiastej polanie, z której rozciąga się fantastyczny widok na pasmo Babiej Góry. Z punktu widokowego wypatrujemy nawet wyłaniające się gdzieś w oddali szczyty Tatr. Szkoda tylko, że w schronisku brakuje trochę górskiej atmosfery, stoliki się lepią i jest dość drogo – no ale może my po prostu trafiliśmy na nienajlepszy moment. Fundujemy sobie porządny obiad – każdy je po zupie i porcji pierogów. Przynajmniej po górskiej trasie nie mamy wyrzutów sumienia w związku z kaloriami.

Szlak jak z marzeń.

Szlak jak z marzeń.

Schronisko 'W murowanej piwnicy' (Opaczne).

Schronisko ‚W murowanej piwnicy’ (Opaczne).

R. wypatrzył Świnicę.

R. wypatrzył Świnicę.

Po uważnym przestudiowaniu mapy stwierdzamy, że najlepiej będzie wrócić trasą rowerową oddzielającą się w okolicy Przełęczy Opaczne. Na przełęczy szlaku ani widu ani słychu, więc decydujemy się schodzić na azymut prosto w dół. Początkowo idzie się nieźle – drogą do zrywki drewna – potem zaczynają się przygody – ścieżka znika, za to pojawiają się stromizny i podmokłe obszary doprowadzające wodę w dół do potoku (obszar źródliskowy?) – woda jest pokryta warstwą bukowych liści, więc o jej istnieniu przekonujemy się dopiero wpadając butem do kostki w wodę. Na szczęście wreszcie docieramy do właściwej drogi, tej, którą biegnie szlak rowerowy – nasza radość nie ma granic. Ostatnią niespodzianką dzisiejszego dnia jest konieczność przekraczania potoku przecinającego drogę, co – z uwagi na dość wysoki poziom wód – nie jest dziś zadaniem łatwym. Siedmiomilowy krok na kamień znajdujący się pośrodku i skok na drugą stronę na szczęście rozwiązują sprawę.

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy...

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy…

Mokra niespodzianka na szlaku.

Mokra niespodzianka na szlaku.

Przy samochodzie stajemy przed 15:00. Słoneczna pogoda, rozległe widoki i przepiękny bukowy las – mieliśmy dziś wspaniałą wycieczkę na pożegnanie.

Nasz czas: 10:10-15:00, ok. 10 km i ok. 550 m przewyższenia

Wracając na kwaterę, podjeżdżamy jeszcze do centrum Zawoi, by obejrzeć drewniany eklektyczny kościół Św. Klemensa. Świątynia, pochodząca z końca XIX wieku, sprawia wrażenie bardzo – jak na drewniany kościół – dużej. Zaglądamy do wnętrza, do którego wpada przez witraże ciepłe nastrojowe światło.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Po obejrzeniu kościoła zajeżdżamy jeszcze pod budynek dyrekcji Babiogórskiego Parku Narodowego. Jest tu wystawa przyrodnicza, a w pobliżu – ścieżka edukacyjna. O tej porze ekspozycja jest już zamknięta, więc robimy tylko zdjęcie i udajemy się prosto do samochodu.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Pożegnanie z Babią Górą.

Pożegnanie z Babią Górą.

Po południu, przy kawce oglądamy naszą trasę na mapie w „Atlasie Gór Polski” i odgadujemy przyczynę naszych dzisiejszych problemów orientacyjnych – trasa rowerowa nie oddzielała się na przełęczy Opaczne, tylko nieco dalej w kierunku Kolędówki. Cóż, do map trzeba mieć ograniczone zaufanie.

 

11 listopada 2013, poniedziałek

Pochmurno i przelotny deszcz, ok. 6 st. C

Dzisiaj znowu zrywamy się raniutko, przed szóstą, bo chcemy jeszcze po drodze zajrzeć do paru miejscowości. To już tradycja, że wracając z naszych randek staramy się odwiedzić miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy i/lub które nie są zbyt interesujące dla dzieci. Dzisiaj nie będzie inaczej, a wybór padł na małopolskie miasteczka.

Lanckorona

Pogoda zrobiła nam psikusa i od rana przywitała nas mgłą i zachmurzeniem, a na domiar złego przed samą Lanckoroną zaczęło padać. Wysiadamy więc na rynku w średnich humorach i aby nie zmarznąć, zaczynamy od szybkiego wejścia na górujące nad miastem wzgórze z malowniczymi ruinami piastowskiego zamku z XIV w. Same ruiny nie są może zbyt imponujące, ale uroczo położone na zalesionym wzgórzu i stanowią miły cel romantycznego spaceru. Rozgrzani podejściem, wracamy na rynek, oglądając po drodze kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. w XVI w.). Chwilę jeszcze włóczymy się po rynku, szukając ładnych ujęć pięknych, drewnianych, w większości podcieniowych domów, pochodzących z XIX w. Zgodnie stwierdzamy, że Lanckorona to wymarzone miejsce na romantyczny spacer, a dzisiejsza mglista aura dodała mu szczególnego tajemniczego klimatu.

Rynek w Lanckoronie.

Rynek w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Rozległy lanckoroński rynek.

Rozległy lanckoroński rynek.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Lanckorona - klimat jak z bajki.

Lanckorona – klimat jak z bajki.

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Kalwaria Zebrzydowska

To miejsce, o którym słyszał chyba każdy. Od ponad 400 lat przed Wielkanocą odbywają się tu słynne Misteria Męki Pańskiej. Oglądamy zbudowany na początku XVII w. zespół klasztorny oo. bernardynów. Bazylika, klasztor i otaczające zabudowania tworzą wyjątkowo harmonijną architektonicznie bryłę. Zaglądamy do wnętrza pięknej barokowej bazyliki i ruszamy szlakiem tutejszych kalwaryjskich dróżek. Zaskakuje nas ogrom i piękne skomponowanie wszystkich elementów wpisanego w 1999 r. na listę UNESCO zespołu architektoniczno-przyrodniczego Kalwarii Zebrzydowskiej. Przejście zaledwie niewielkiej części dróżek zajęło nam prawie godzinę i dostarczyło wielu estetycznych i duchowych przeżyć. Dodatkowym zaskoczeniem było to, że znaczna część trasy prowadzi wśród domów, których zapewne nie było tutaj w czasie, gdy planowano budowę kaplic. Dotarcie do wszystkich kościołów i kaplic na trasie dróżek zajęłoby co najmniej trzy godziny, postanawiamy więc wrócić tutaj z nieco starszymi dziećmi.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej - wchodzimy na górę Żarek.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej – wchodzimy na górę Żarek.

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Wadowice

Na koniec części krajoznawczej naszej trasy zaglądamy do bliskiego sercu Polaków miasta, które było „małą ojczyzną” Karola Wojtyły. Obawiamy się nieco zalewu „papieskiej komercji”, ale Wadowice zaskakują nas pozytywnie swym autentycznym urokiem. Widać, że mieszkańcy dobrze wykorzystali potencjał miasta. Na całym placu Jana Pawła II rozmieszczone są płyty z nazwami polskich miast, odwiedzonych przez papieża oraz miejsca Jego innych pielgrzymek. Nad placem dominuje bryła XVIII-wiecznego kościoła, a otaczające go domy pochodzące z XIX w. dopełniają całości. My wizytę rozpoczynamy w cukierni „Galicjanka”. W tym miłym, dobrze przystosowanym do potrzeb rodzin z dziećmi miejscu pijemy kawkę i jemy… oczywiście pyszne kremówki! Oglądamy też dom rodzinny Karola Wojtyły, gdzie „wszystko się zaczęło”. Zadziwia nas ilość cukierni i kawiarni oferujących słynne kremówki, ale stwierdzamy, że dzięki temu w scenerii placu widzimy o kilka bankowych szyldów mniej.

Wadowicki rynek.

Wadowicki rynek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Dalsza droga mija nam na zapisywaniu trasy i miłych wspomnieniach z tego i poprzednich wyjazdów. Na obiad zatrzymujemy się w Krywaniu. Kolejny raz przekonujemy się, jak bardzo warto zboczyć na chwilę z utartych ścieżek szarej codzienności…!

Nasz dzisiejszy czas to ok. 9 godzin (8:00 – 17:15), przejechaliśmy w tym czasie ponad 430 km.