Estonia część III – Pärnu, Saaremaa i ciekawostki przyrodnicze

6 sierpnia 2013, wtorek

Chłodna noc i poranek, ale potem szybko się ociepla i jest znowu piękny dzień, do 27 st. C

Pärnu – letnia stolica Estonii

Wykorzystując przepiękną pogodę, wybieramy się do głównego estońskiego kurortu nadmorskiego. Zaczynamy od spaceru po Starym Mieście, które jednak trochę nas rozczarowuje. Znaczna część budynków jest jeszcze nieodnowiona, zabudowa nie tworzy też spójnej całości, jak na przykład w Tartu, ale to już „zasługa” historii… ale po kolei.

Parkujemy koło dworca autobusowego (co okazuje się dobrym wyborem, bo w tej części miasta parking kosztuje 1 Euro za godzinę lub 3,20 za cały dzień, a bliżej plaży 3,20 za godzinę…) i ruszamy ulicą Rüütli. Wokół tego deptaka skupia się życie tej części Pärnu, widać sporo ładnych, często drewnianych domów z XVII i XVIII w. Najbardziej podoba nam się barokowa cerkiew św. Katarzyny z XVIII w. i Brama Tallińska – pozostałość średniowiecznych murów obronnych. Oglądamy też nieco nietypowy ratusz z końca XVIII w. (początkowo była to rezydencja bogatego kupca), a R., wracając po samochód, robi też zdjęcia barokowego kościoła św. Elżbiety z XVIII w. oraz ostatniej zachowanej, XV-wiecznej baszty – Czerwonej Wieży (czerwonej tylko z nazwy, bo naprawdę jest … biała). Obie te budowle są mocno zaniedbane, a basztę dodatkowo trudno znaleźć w zagubionym zaułku…

Deptak w Pärnu.

Deptak w Pärnu.

Hotel Bristol (1900).

Hotel Bristol (1900).

Spojrzenie na ratusz.

Spojrzenie na ratusz.

To chyba dom hanzeatycki.

To chyba dom hanzeatycki.

Ratusz w Pärnu (kon. XVIII).

Ratusz w Pärnu (kon. XVIII).

Brama Tallińska.

Brama Tallińska.

Impresje z Bramy Tallińskiej.

Impresje z Bramy Tallińskiej.

Kościół św. Elżbiety, XVIII w.

Kościół św. Elżbiety, XVIII w.

Czerwona Wieża, XV w.

Czerwona Wieża, XV w.

Kolejna część naszego spaceru, jak łatwo się domyślić, prowadzi na plażę. Po drodze przechodzimy przez bardziej „willową” część miasta, oglądając m.in. willę Ammende, przykład stylu art nouveau. Decydujemy się też na obiad w Kuursaalu. Ten drewniany budynek nie robi najlepszego wrażenia, gdy patrzy się na niego od strony plaży, ale od drugiej strony jest ładnie zaaranżowany taras, a w środku piękny drewniany wystrój ze sceną i dużym barem.

Ulicą Mere w stronę plaży.

Ulicą Mere w stronę plaży.

Villa Ammende.

Villa Ammende.

Kuursaal.

Kuursaal.

Kuursaal - wnętrze.

Kuursaal – wnętrze.

Potem nasze kroki prowadzą już prosto na plażę. Jak dotąd jest to nasze najlepsze miejsce kąpieli – woda jest bardzo ciepła, a płycizna ciągnie się chyba ponad sto metrów – po prostu raj dla dzieci! Sama plaża też jest całkiem szeroka i piaszczysta (choć piasek nie taki drobniutki jak u nas), jest sporo przebieralni, place zabaw itp. Uderza nas brak parawanów, ale tu po prostu nie ma aż takiego tłumu jak na naszych plażach (nawet tutaj, w samym centrum największego kurortu!). Sebuś, wracając z plaży, podśpiewywał sobie „Miłość, miłość”, więc zapytaliśmy go, co to jest miłość. Powiedział: „To takie przyjemne coś, do rodziny”… miłe!

A teraz na plażę!.

A teraz na plażę!.

Na plaży w Pärnu - nasza warownia.

Na plaży w Pärnu – nasza warownia.

Na plaży w Pärnu.

Na plaży w Pärnu.

Po powrocie obaj chłopcy jeszcze długo dosypiają, Sebuś w łóżku, a Tymo po prostu w samochodzie. My delektujemy się kawką i przyniesionymi przez gospodynię świeżymi jabłkami z ogrodu, a na deser mamy przysmak z Rodos – sezam z miodem – pycha! Potem M. prasuje, a R zapisuje trasę.

Wieczorem ruszamy na spacer do lasu, z zamiarem nazbierania leśnych owoców na kolację. Idziemy trasą naszego poprzedniego spaceru, gdzie już mamy upatrzone odpowiednie miejsca. Plany udaje nam się zrealizować świetnie, przynosimy trzy kubki przepysznych jagód, okraszonych kilkoma malinkami i poziomkami. Szczególne pochwały należą się chłopcom. Tymuś sam nazbierał cały kubeczek jagód i malinek, a Sebuś przeszedł cały spacer na własnych nóżkach i bardzo pilnie zbierał malinki i jagódki! Dzień kończymy arcysmaczną kolacją – kluchami z kiełbasą, a na deser nasze leśne owoce!

A wieczorem idziemy na jagody...

A wieczorem idziemy na jagody…

Na razie mam malinki i poziomki.

Na razie mam malinki i poziomki.

Nareszcie są jagody!.

Nareszcie są jagody!.

Nasze zbiory - mniam!.

Nasze zbiory – mniam!.

7 sierpnia 2013, środa

Ładny, ciepły dzień, chociaż słoneczko za mgiełką, do 27 st. C

Wyprawa na estońskie wyspy

Będąc w Estonii, nie sposób nie odwiedzić tutejszych wysp. Naszym głównym celem jest Saaremaa, ale aby tam dotrzeć, musimy przejechać też przez mniejszą wysepkę, Muhu.

Wstajemy dzisiaj wcześniej i już o 7:30 ruszamy. Po niecałych dwóch godzinach meldujemy się w kolejce do promu w Virtsu. Czekamy niedługo, właściwie kilkanaście minut, to dobry czas na rozprostowanie kości. Potem już obserwujemy przybijający do brzegu prom, otwierającą się „paszczę” i wyjeżdżające „z brzucha” statku samochody i tiry. Chłopcy są zachwyceni całą przeprawą. Są ciekawi wszystkiego, dwadzieścia kilka minut i nieco ponad sześć kilometrów podróży mija nam bardzo szybko, czas spędzamy głównie na pokładzie. Obserwujemy zamykającą się „paszczę” i oddalający się brzeg, a potem przenosimy się na dziób, oglądając brzegi wyspy Muhu i mijający nas bliźniaczy prom. Chłopcy zapytani o to, co najbardziej podobało im się na promie, odpowiadają, że toaleta, a dokładnie ręczniki papierowe wysuwane na ruch ręki i specyficzne promowe spuszczanie wody w sedesie… Jak widać dla każdego coś miłego!

Czekamy na przeprawę promową na Wyspę Muhu.

Czekamy na przeprawę promową na Wyspę Muhu.

Rzut oka na Bałtyk w Virtsu.

Rzut oka na Bałtyk w Virtsu.

Ooo, płynie nasz prom!.

Ooo, płynie nasz prom!.

Prom otwiera paszczę i wypluwa samochody - ale czad!.

Prom otwiera paszczę i wypluwa samochody – ale czad!.

Ten wiatr na twarzy...

Ten wiatr na twarzy…

Zaglądamy na górny pokład.

Zaglądamy na górny pokład.

Nasz cel - Saaremaa.

Nasz cel – Saaremaa.

W siną dal, w siną dal...

W siną dal, w siną dal…

Staramy się dość szybko dotrzeć na Saaremę, więc na Muhu zatrzymujemy się tylko po to, żeby zrobić kilka zdjęć XIV-wiecznego romańsko-gotyckiego kościoła św. Katarzyny z Muhu, pięknej pamiątki po czasach, kiedy na wyspie panowali Krzyżacy. Dalej kierujemy się ku największej osobliwości dzisiejszej wyprawy, krateru po upadku meteorytu w Kaali. Na miejscu jest spory bezpłatny parking, restauracja, sklep z pamiątkami i małe muzeum. My jednak idziemy prosto do krateru, który jest naprawdę spektakularny. Ma ponad 100 m średnicy i około 20 m głębokości, a dodatkowo jego wnętrze wypełniają pięknie zielone wody jeziorka o wdzięcznej nazwie „grób słońca”. Jeziorko jest o tej porze roku dość płytkie, ale i tak wrażenia są niezapomniane. W okolicy jest jeszcze kilka mniejszych kraterów, ale dyscyplinowani marszrutą na dzisiaj, jedziemy dalej.

Kosciół Św. Katarzyny z Muhu (XIV), Liiva. Nie ma dzwonnicy.

Kosciół Św. Katarzyny z Muhu (XIV), Liiva. Nie ma dzwonnicy.

Grobla łącząca wyspy Muhu i Saaremę.

Grobla łącząca wyspy Muhu i Saaremę.

Kaali - zbliżamy się do krateru po upadku meteorytu.

Kaali – zbliżamy się do krateru po upadku meteorytu.

Krater po upadku meteorytu w Kaali.

Krater po upadku meteorytu w Kaali.

Niedługo po 12:00 docieramy do głównego miasta SaaremyKuressaare. Naszym głównym celem jest najlepiej zachowana w Estonii średniowieczna budowla: XIV-wieczny zamek biskupi. Mieszczące się w nim Muzeum Regionalne Saaremaa jest dla nas ciekawe głównie ze względu na to, że pokazuje autentyczne, świetnie zachowane wnętrza zamkowe. Można pomyszkować po schodach, korytarzach i innych zakamarkach. Po drodze spotykamy fajną, nieco straszną niespodziankę: okazuje się, że schody na „Watchtower” kończą się w ciemności, a z położonego obok ślepego korytarza nagle rozlega się ryk głodnego lwa, czekającego w lochu na kolejnego skazańca. Zaciekawia nas też ekspozycja z czasów komunistycznych, umieszczona w innej wieży. Nie dajemy już rady zwiedzić, podobno interesującej, wystawy przyrodniczej, ale zaglądamy jeszcze do piwnicy, by zobaczyć tajemniczy szkielet zamurowanego w zamku kilka wieków wcześniej hiszpańskiego inkwizytora, który zakochał się w tutejszej piękności… Jest więc i prawdziwa tajemnicza historia…

Zamek biskupi (XIV) w Kuressaare.

Zamek biskupi (XIV) w Kuressaare.

Najlepiej zachowana średniowieczna warownia w Estonii.

Najlepiej zachowana średniowieczna warownia w Estonii.

Krata broniąca wejścia do zamku robi wrażenie.

Krata broniąca wejścia do zamku robi wrażenie.

Na zamkowym dziedzińcu.

Na zamkowym dziedzińcu.

Białogłowa uwodzi inkwizytora.

Białogłowa uwodzi inkwizytora.

Gotyk w pełnej krasie.

Gotyk w pełnej krasie.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Średniowieczne wnętrza zamku w Kuressaare.

Czasami jest naprawdę stromo.

Czasami jest naprawdę stromo.

Oglądamy wystawę prezentującą historię Saaremy.

Oglądamy wystawę prezentującą historię Saaremy.

To to musiało fajnie pływać.

To to musiało fajnie pływać.

A to ta nowsza historia.

A to ta nowsza historia.

Teraz już można się śmiać.

Teraz już można się śmiać.

Wchodzimy na galeryjkę obronną.

Wchodzimy na galeryjkę obronną.

Pikk Hermann.

Pikk Hermann.

Rekonstrukcja szkieletu zakochanego inkwizytora.

Rekonstrukcja szkieletu zakochanego inkwizytora.

Po tych wszystkich przygodach podjeżdżamy do centrum miasta i wyszukujemy niezłą pizzerię (dzieciaki ciągle dopraszają się o pizzę). Chłopcy są już bardzo zmęczeni – rano zbudziliśmy ich znacznie wcześniej niż zwykle, więc dziś już odpuszczamy sobie kąpiel (oficjalnie za karę za faktycznie nie najlepsze zachowanie w pizzerii, a tak naprawdę z rozsądku…). W czasie oczekiwania na obiad M. fotografuje okolicę, m.in. dawny ratusz i dom w stylu hanzeatyckim (oba z 2. połowy XVII w.) oraz ładne budynki przy ul. Lossi (przy której też znajduje się nasza pizzeria). Na koniec podjeżdżamy w okolice portu w Kuressaare, by utrwalić pomnik wyspiarskiego bohatera – olbrzyma Suur Tõlla i jego żony Piret.

Rynek w Kuresssaare, barokowy (XVII) ratusz w tle.

Rynek w Kuresssaare, barokowy (XVII) ratusz w tle.

Dom z czasów Hanzy - dawna waga.

Dom z czasów Hanzy – dawna waga.

Saremski Suur Töll i jego żona Piret.

Saremski Suur Töll i jego żona Piret.

Chłopcy zasypiają błyskawicznie po wejściu do samochodu, a my wtedy spokojnie objeżdżamy pozostałe atrakcje. Podjeżdżamy do miejscowości Angla, gdzie zachowało się ostatnie na wyspie duże skupisko wiatraków. Na tym niewielkim wzgórzu stoi ich aż pięć (i nie jest to skansen, tylko ich naturalne położenie!) Warto dodać, że na Saaremie było kiedyś podobno aż 800 wiatraków! Nie na darmo wiatrak jest nadal często używanym symbolem tej wyspy. Na koniec, już na wyspie Muhu, jedziemy jeszcze do miejscowości Koguva. To prawdziwy żywy skansen z kamiennymi domkami pokrytymi strzechą, otoczonymi płotami z kamieni porośniętych mchem, na których leżą łodzie rybackie, jakby właśnie suszyły się po ostatnim połowie… Cudo!

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Słynne wiatraki z Saaremy (miejscowość Angla).

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva - stara wioska rybacka - tu czas się zatrzymał.

Koguva – stara wioska rybacka – tu czas się zatrzymał.

Koguva

Koguva

Koguva

Koguva

Dalej już ponowna przeprawa promem. Tym razem spędzamy ją na krytym pokładzie, a główną atrakcją dla chłopców jest kącik zabaw z klockami i jeździkiem – zygzakiem McQuinnem… My w tym czasie krzepimy się kawą, a potem ruszamy dalej. Ok. 18:40 jesteśmy już na miejscu, „w naszej Aasie”.

Wracamy promem do Virtsu.

Wracamy promem do Virtsu.

Mamo, zrobiłem flagę Litwy!.

Mamo, zrobiłem flagę Litwy!.

Jak na dzień, podczas którego spędziliśmy w samochodzie ponad 6 godzin, i tak udało nam się wszystko naprawdę sprawnie. Nie udało nam się zaliczyć jeszcze kilku ciekawych miejsc (np. dwóch latarni położonych na krańcach Saaremy), ale nie można mieć wszystkiego. Polecamy wyprawę na wyspy w zwykły dzień, gdyż znając zacięcie Estończyków do weekendowych wyjazdów poza miasto, można się spodziewać kolejek do promów:)

Wieczór przemiły i ciepły, chłopcy biegają przed domkiem (i zajmują się m.in. wystrzeliwaniem jarzębinek z naszej zepsutej pompki), R. jak co dzień dzielnie rozpala nam ogień w palenisku grzejącym saunę i ciepłą wodę.

 

8 sierpnia 2013, czwartek

Upał i centralna lampa, 30 stopni

Przepiękna pogoda i znużenie po wczorajszej wyprawie skłaniają nad do zaplanowania lżejszego dnia, którego centralnym punktem byłoby plażowanie. Wybieramy się na plaże na południe od Pärnu.

W drodze udaje się nam jeszcze zaliczyć jedną super atrakcję – ścieżkę turystyczną po najwyższych, osiągających nawet 35 metrów wysokości, wydmach w krajach Bałtyckich. Parkujemy na leśnym parkingu niedaleko miejscowości Rannametsa. Urządzono tu bardzo ciekawą ścieżkę przyrodniczą, obfitującą we wspaniałe widoki na morze, nadmorskie wydmy i sąsiadujący z nimi zabagniony teren. Najpierw wspinamy się na jedną z zalesionych wydm. Ścieżka zaskakuje profesjonalnym przygotowaniem – wejście na wydmy umożliwiają porządne drewniano-metalowe schodki, urządzono też fantastyczne miejsce odpoczynku z przygotowanym paleniskiem, narąbanym drzewem (była nawet siekiera) i toaletą w estetycznym drewnianym domku. Nic nie zostało zniszczone, połamane, zaśmiecone, aż miło popatrzeć. Po wspięciu się na wydmę przechodzimy na drugą stronę Vii Baltiki i spacerujemy po drugiej, znacznie dłuższej części ścieżki. Niestety, nie mamy czasu, by przejść się częścią „bagienną”, wiodącą drewnianymi kładkami do malowniczych jeziorek, ale udaje nam się dojść do fantastycznej wieży widokowej. Wysoka na niemal 20 m konstrukcja (punkt widokowy znajdujący się 50 m n.p.m.) umożliwia podziwianie rozległej panoramy – z jednej strony Bałtyk schowany za pasem wydm, z drugiej strony bagna. Chłopakom też się podoba (choć Sebuś marudzi trochę na upale) – zawsze chętnie wchodzili na wieże, a tym razem wzięli ze sobą maskotkę – Pupila, któremu ciągle przydarzały się jakieś straszne przygody (w końcu spadł z wieży i okropnie się połamał).

Wydmy w okolicy Rannametsa.

Wydmy w okolicy Rannametsa.

To miejsce odpoczynku dostępne dla wszystkich!.

To miejsce odpoczynku dostępne dla wszystkich!.

Ścieżka przyrodnicza po wydmach.

Ścieżka przyrodnicza po wydmach.

Wieża widokowa w okolicy Rannametsa.

Wieża widokowa w okolicy Rannametsa.

Weszliśmy na szczyt.

Weszliśmy na szczyt.

Widok na bagna i kładki ścieżki przyrodniczej.

Widok na bagna i kładki ścieżki przyrodniczej.

Po miłym leśnym spacerze kierujemy się już prosto nad morze. Wybieramy plażę w miejscowości Kabli. To wieś rozmiarem przypominająca nasze Gąski, choć – podobnie jak całe tutejsze wybrzeże – dużo mniej zaludniona przez turystów i zachowująca autentyczność – wygląd nadmorskiej wsi bez hoteli, straganów z pamiątkami i całego tego kolorowego i hałasującego szaleństwa. Mimo to na swój sposób czuć nowoczesność. Podobnie jak w innych estońskich miejscowościach, jest tu np. miejsce publicznego, otwartego dla wszystkich za darmo dostępu do Internetu. Sama plaża tez jest bardzo przyjemna, a na nasze potrzeby – znakomita. Jest urokliwa wieża ratowników, przebieralnia, drewniana łódź ukryta w trzcinach, falochron z głazów narzutowych. Chłopcy cieszą się długą płycizną i niewiarygodnie ciepłą wodą. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że morze w Estonii może być aż tak ciepłe! Nawet M. wchodzi do wody bez żadnych barier, zupełnie jak byśmy byli nad Morzem Śródziemnym. Nie możemy tylko spokojnie popływać, bo pod wodą czają się ogromne głazy, których w ogóle nie widać. Całe popołudnie pławimy się wesoło, a chłopcy mają raj.

Wieża ratowników w Kabli.

Wieża ratowników w Kabli.

Plaża w Kabli.

Plaża w Kabli.

Kabli - jest bosko.

Kabli – jest bosko.

Kabli - jest bosko.

Kabli – jest bosko.

Głazy w funkcji falochronu.

Głazy w funkcji falochronu.

Plaża w Kabli.

Plaża w Kabli.

Wracając, robimy ostatnie już małe zakupy spożywcze w miejscowości Kilingi-Nõmme. Dziś nie udało nam się zjeść na wycieczce, więc po powrocie do domku szybko pichcimy proste danie z kluchami, kiełbachą i żółtym serem. Po całym aktywnym dniu smakuje doskonale.

Tak chłopcy rozpoczynali dzień.

Tak chłopcy rozpoczynali dzień.

A tak skończyli.

A tak skończyli.

Wieczorny spacer - gospodarstwo naszych gospodarzy.

Wieczorny spacer – gospodarstwo naszych gospodarzy.

9 sierpnia 2013, piątek

Trochę chłodniej, ale nadal miła pogoda, do 27 st. C

Wyprawa do piaskowych jaskiń i na Suur Munamägi

Dzisiaj odwiedzamy południowo-wschodni kraniec Estonii. Według planu naszym pierwszym celem miał być najwyższy szczyt Estonii, ale nasza nawigacja wyprowadziła nas w pole i w końcu zmieniliśmy kolejność atrakcji.

Po pokonaniu blisko … 200 km docieramy do miejscowości Piusa, gdzie znajdują się jaskinie piaskowe – prawdziwy ewenement. Wbrew nazwie sugerującej naturalne pochodzenie, są one wytworem człowieka i to stosunkowo „młodym”. Są to wyrobiska po kopalni… piasku! Na początku XX wieku biały piasek, niezbędny do produkcji szkła, był na tutejszych ziemiach rarytasem, sprowadzanym aż z Niemiec! W związku z tym w okresie od 1922 do 1966 r. wydobywano tutejszy piasek, który właśnie w znacznej części posiadał tę najcenniejszą barwę. Stopniowo powstały całe labirynty i systemy jaskiń. Po zaprzestaniu wydobycia jaskinie stały się wspaniałym siedliskiem dla nietoperzy, obecne zimuje tu ich nawet ponad 5 tysięcy.

Do niedawna podobno zwiedzanie odbywało się za darmo, bez przewodnika. Obecnie powstało tu całe nowe centrum turystyczne z fajnym placem zabaw na zewnątrz i miejscem z piaskiem do zabawy wewnątrz, salą kinową i kawiarnią. Niestety, wszystkie dodatkowe punkty programu trochę wydłużają nam zwiedzanie; musimy też czekać 20 minut na projekcję filmu o nietoperzach i innych przyrodniczych osobliwościach okolicy (na szczęście w wersji anglojęzycznej, a nie estońskiej:)). Potem jeszcze chwilę czekamy na wyjście poprzedniej grupy z jaskiń, żeby dziewczyna obsługująca kasę mogła nam i jeszcze dwojgu innych turystów opowiedzieć o jaskini po angielsku (musiała zostać zmieniona przez drugą przewodniczkę). Było jednak warto, bo wrażenia są jak z prawdziwej jaskini – temperatura zaledwie 9 stopni. Do tego widoki (i zdjęcia) piękne, a i opowieść o kopalni ciekawa. Chłopcy mogli grzebać się w piasku, który leżał pod nogami, więc jakoś znieśli to tureckie kazanie (bo oczywiście nie rozumieją nic po angielsku). Bardzo też podobało im się na dawnym wyrobisku po wydobyciu piasku, gdzie podeszliśmy na koniec. Wygląda ono jak kawałek pustyni, z miejscami wystającymi fragmentami zbitej „skały” piaskowej, dodatkowo w różnych kolorach. Tym kolorowym piaskiem można było dzięki zawartym w nim minerałom świetnie „wymalować” sobie ręce na czerwono. Musiało się podobać!

Piusa, jaskinie piaskowe - budynek główny.

Piusa, jaskinie piaskowe – budynek główny.

Wahadełko rysujące po piasku to świetna zabawka.

Wahadełko rysujące po piasku to świetna zabawka.

Czekamy na projekcję filmu o jaskiniach piaskowych.

Czekamy na projekcję filmu o jaskiniach piaskowych.

Oglądając film, testujemy krzesła wykonane z różnego drewna.

Oglądając film, testujemy krzesła wykonane z różnego drewna.

Podchodzimy pod wejście do jaskiń.

Podchodzimy pod wejście do jaskiń.

Wejście do jaskiń piaskowych w Piusie.

Wejście do jaskiń piaskowych w Piusie.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Piusa, jaskinie piaskowe.

Chłopaki mają tu wielka piaskownicę.

Chłopaki mają tu wielka piaskownicę.

Idziemy wzdłuż częściowo zawalonych wyrobisk.

Idziemy wzdłuż częściowo zawalonych wyrobisk.

Dochodzimy do prawdziwej Sahary.

Dochodzimy do prawdziwej Sahary.

Piasek może mieć wiele kolorów.

Piasek może mieć wiele kolorów.

Piusa - można się poczuć jak ptak.

Piusa – można się poczuć jak ptak.

Piasek ma wiele kolorów - sprawdziliśmy na własnej skórze.

Piasek ma wiele kolorów – sprawdziliśmy na własnej skórze.

Oto prawdziwie naturalny plac zabaw.

Oto prawdziwie naturalny plac zabaw.

Ruszamy dalej, prowadzeni przez nawigację przez znaczną część trasy lokalnymi szutrówkami, po których dzisiaj co chwilę śmigają wielkie TIR-y, pędzące po ok. 90 km/h i wznoszące gigantyczne chmury pyłu (chwilami dosłownie nic nie było widać). Estońscy kierowcy w ogóle jeżdżą po tych szutrówkach dość śmiało, właściwie tak samo szybko jak po asfaltowych drogach, ale dzisiaj te TIR-y pobiły chyba wszelkie rekordy…!

Mocno zgłodniali, dojeżdżamy do miejscowości Haanja, na parking pod Suur Munamägi, najwyższe (318 m n.p.m.) wzniesienie Estonii (a jednocześnie wszystkich krajów bałtyckich). Zaczynamy od wizyty w tutejszym kohviku, czyli kawiarni, która w Estonii zwykle oferuje też możliwość zjedzenia jakiegoś dania obiadowego. Dużego wyboru nie ma, na dodatek nie ma też toalety, co powoduje pewne komplikacje ze sprawami toaletowymi chłopców… Zamawiamy to, co jest, czyli zupę warzywną (z ziemniakami i szynką) i wieprzowinę z pieczonymi ziemniaczkami. Głodni nie marudzimy, tylko zjadamy i pokrzepieni ruszamy na szczyt. „Wspinaczka” po betonowych schodkach trwa najwyżej 10 minut. Na szczycie obowiązkowe zdjęcia jako dokumentacja do Korony Europy, a potem oczywiście dalsza wspinaczka na dawną wieżę ciśnień, przerobioną na wieżę widokową. Można nawet wjechać windą, ale my ze względów honorowych (przy okazji nieco obniżając cenę biletów…) wchodzimy na górę po schodach. Widok jest wart wysiłku – dookoła prawdziwe morze drzew – piękne ogromne pofałdowane tereny Parku Narodowego Haanja porośnięte lasami, z prześwitującymi spomiędzy wzgórz jeziorami – bardzo przyjemne dla oka!

Wchodzimy na Suur Munamägi - najwyższy szczyt Estonii.

Wchodzimy na Suur Munamägi – najwyższy szczyt Estonii.

'Wspinaczka' zajmuje całe 5 minut.

‚Wspinaczka’ zajmuje całe 5 minut.

Ale stokrota!.

Ale stokrota!.

W Haanji nie można się nudzić.

W Haanji nie można się nudzić.

Suur Munamägi (318 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Estonii.

Suur Munamägi (318 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Estonii.

Wspinamy się na dawna wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawną wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawna wieżę ciśnień.

Wspinamy się na dawną wieżę ciśnień.

Punkt widokowy na Suur Munamägi.

Punkt widokowy na Suur Munamägi.

Wokół wielka zieleń - widok z wieży na Suur Munamägi.

Wokół wielka zieleń – widok z wieży na Suur Munamägi.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Na dachu Estonii.

Po tych wszystkich atrakcjach robi się już na tyle późno (16:40), że rezygnujemy z zaplanowanej kąpieli na miejskiej plaży w Võru, stolicy regionu, i ruszamy prosto do domu. Chłopcy zresztą praktycznie od razu zasypiają w samochodzie, więc i tak z kąpieli byłyby nici… Nasz dzisiejszy czas to 9 godzin (od 10:00 do 19:00), w tym ponad 5 godzin i prawie 400 km przejazdów.

Południowy-wschód Estonii to bardzo ciekawy rejon, można by spędzić tutaj ze trzy dni, niestety dystans dzielący nas od tego miejsca spowodował, że wybraliśmy tylko najbardziej spektakularne atrakcje. Również dla Estończyków to ważne miejsca, bo w Võru mieszkał i tworzył Kreutzwald, autor Kalevipoeg – estońskiej epopei i symbolu tożsamości narodowej. Okolica obfituje w piękne jeziora, wzgórza i bagna, jest wiele ścieżek turystycznych, szlaków rowerowych i narciarskich. W Vana Vastselina są ruiny krzyżackiej twierdzy, a wschodnie krańce regionu zamieszkuje oryginalna grupa etniczna – Setowie, ze swoją zupełnie odmienną kulturą i tradycją… Dla każdego coś miłego!

10 sierpnia 2013, sobota

Pochmurno i małe przelotne deszcze, 21 stopni

Na dzień pożegnalny wybieramy bardzo spokojną i odprężającą wycieczkę – kierujemy się do położonego niedaleko nas Parku Narodowego Soomaa. Park powstał w latach 90. w celu ochrony unikatowych podmokłych ekosystemów (największy obszar bagienny w Estonii). Regularnie powtarzające się tu powodzie (nazywane tu nawet „piątą porą roku”) wpłynęły na rozpowszechnienie bagien, mokrych łąk i umożliwiły rozkwit roślinności bagiennej.

Od skrętu w Kopu stan dróg gwałtownie się zmienia – znika asfalt, a pojawiają się szutrówki. Po chwili nasz samochód wygląda jak po świeżych opadach śniegu. Pierwszy raz zatrzymujemy się przy „łacińskiej” (Läti) wieży widokowej. Niestety, wieża jest aktualnie w trakcie remontu i nie możemy wejść na górę, by obejrzeć bardziej rozległą panoramę. W związku z tym wsiadamy do samochodu i podjeżdżamy pod centrum informacyjne parku narodowego w Kõrtsi-Tőramaa. Położona w pobliżu ścieżka edukacyjna „Śladami bobra” jest zamknięta (remont), ale miła pani proponuje nam inną, znajdującą się niedaleko ścieżkę. W centrum informacji jest zresztą mnóstwo mapek i broszurek, więc na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oglądamy z chłopcami niewielką wystawę przyrodniczą (której najciekawszym eksponatem jest autentyczna haabja – łódź wydrążona z pnia topoli, tradycyjnie używana tu w czasie powodzi). Ukoronowaniem naszej wycieczki do PN Soomaa jest spacer po prowadzącej przez bagienny obszar ścieżce przyrodniczej (opatrzonej numerem 1 i zaczynającej się za Riisą). Pokonanie podmokłych terenów umożliwiają drewniane kładki ułożone wzdłuż całej trasy (nasza część była nawet przystosowana dla niepełnosprawnych). Te właśnie kładki są największą atrakcją dla chłopaków – odgrywają rolę „torów” i sprawiają, że ciuchcia Tymuś i ciuchcia Sebuś chętnie i szybko suną przodem. Cały spacer zajmuje nam około godziny. Obejście całej trasy wymagałoby przejścia dystansu ok. trzykrotnie dłuższego, ale ze względu na niepewną pogodę i ograniczone możliwości Sebusia zdecydowaliśmy się dojść tylko do niewielkiego jeziorka i wrócić wzdłuż rzeki Navesti z powrotem.

Dzisiejsza wycieczka była nadzwyczaj miła i odprężająca – idealna przed jutrzejszą dłuuugą podróżą. Chętnie patrzyliśmy na roślinność bagienną (interesującą też dla Tymusia, który zresztą spontanicznie powiedział na początku trasy: „Jak ja lubię tak być gdzieś w naturze”), udawaliśmy z chłopcami, że jesteśmy olbrzymami – karłowate drzewa iglaste stanowiły idealną scenerię dla takich zabaw. Szkoda, że nie udało nam się wybrać na dłuższą wycieczkę na bagno Kuresoo – ale może to i dobrze opuszczać jakieś miejsce z lekkim poczuciem niedosytu.

Park Narodowy Soomaa.

Park Narodowy Soomaa.

Wieża obserwacyjna.

Wieża obserwacyjna.

Punkt informacyjny PN Soomaa.

Punkt informacyjny PN Soomaa.

Oglądamy ekspozycję przyrodniczą.

Oglądamy ekspozycję przyrodniczą.

Haabja i żuraw.

Haabja i żuraw.

Można też się pobawić.

Można też się pobawić.

Zasięgi ,,piątej pory roku''...

Zasięgi ,,piątej pory roku”…

W Parku Narodowym Soomaa.

W Parku Narodowym Soomaa.

Wejście na ścieżkę przyrodniczą.

Wejście na ścieżkę przyrodniczą.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Po kładkach przez obrzeża bagna Kuresoo.

Małe co nieco na bagnach.

Małe co nieco na bagnach.

Karłowate drzewa na bagnach.

Karłowate drzewa na bagnach.

Czy to kamień, czy roślina.

Czy to kamień, czy roślina.

Jeziorko na bagnach.

Jeziorko na bagnach.

A teraz do lasu.

A teraz do lasu.

W Parku Narodowym Soomaa.

W Parku Narodowym Soomaa.

Na obiad podjeżdżamy do miejscowości Jõesuu. W Internecie wyczytaliśmy, że jest tam karczma, w której można zjeść ciepły posiłek. Karczma rzeczywiście jest, i to jaka fajna! Taka autentyczna, nieplastikowa, cudownie prowincjonalna. Najadamy się we czworo jak bąki i płacimy niecałe 15 Euro. Po obiedzie idziemy zobaczyć most wiszący w Jõesuu – najdłuższy w całej Estonii. Widok mostu przerasta nasze oczekiwania. Most rzeczywiście wisi – drewniana, ponad 60-metrowa konstrukcja jest podtrzymywana przez grube stalowe liny i dynda w powietrzu. Po wejściu na most rusza się on na wszystkie strony – przechodzi się na drugą stronę z duszą na ramieniu. Wrażenia niezapomniane; nie musimy też pisać, jak bardzo ta atrakcja podobała się chłopcom.

Pub - Karczma w Joesuu.

Pub – Karczma w Joesuu.

Pub - Karczma w Joesuu.

Pub – Karczma w Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii - Joesuu.

Najdłuższy wiszący most w Estonii – Joesuu.

Widok z mostu.

Widok z mostu.

W drodze powrotnej mamy niezłego stresa z powodu pustego baku. Już od początku dnia jechaliśmy na rezerwie, stacji w Jõesuu nie było (a liczyliśmy na nią), więc jechaliśmy do Pärnu, czekając tylko tej pięknej chwili, kiedy samochód rozkraczy się nam na środku drogi. Na szczęście do tego nie doszło, choć po dojechaniu na stację okazało się, że zostało nam tylko 1,5 l paliwa w baku.

Po południu, chcąc nie chcąc, zabieramy się za pakowanie. Chłopaki jeszcze myją naszą brykę (która po naszych ostatnich dwóch wycieczkach jest tak brudna, jak chyba nigdy wcześniej w całej swojej historii), a na koniec idziemy jeszcze podziękować naszej pani gospodyni za przemiły tydzień.

11 sierpnia 2013, niedziela

Poranek chłodny i deszczowy, potem słońce i do 24 stopni

Powrót do domu

Długi dystans do pokonania (prawie 900 km) składnia nas do wyjechania o 5:00. Wstawanie jest koszmarne, ale potem nie żałujemy wczesnej pobudki. Pierwszy odcinek Via Balticą, do Rygi, jedzie się bardzo dobrze – jest pusto, tylko od czasu do czasu spotykamy na drodze zwierzęta – bociany, sarny i liska. Za Rygą droga staje się dużo bardziej ruchliwa, a jazda jest nużąca (prawie cały czas prosto) i nieco męcząca. W dodatku chłopcy są niewyspani i drażliwi. Żeby rozładować atmosferę, urządzamy sobie trzy krótkie postoje: pierwszy – na położonym nad samym morzem parkingu na Łotwie (morze ozdobione ciężkimi chmurami było niezwykle malownicze), drugi – 150 km dalej, przy polnej drodze (którą przechodzimy się na krótki spacer i przy okazji widzimy blisko nas dwa piękne żurawie) i trzeci – na leśnym parkingu na Litwie (niezachęcającym do dłuższego odpoczynku).

Wracamy do domu. Łotewska plaża nad ranem.

Wracamy do domu. Łotewska plaża nad ranem.

Poranek na Bałtyku, Łotwa.

Poranek na Bałtyku, Łotwa.

Nasz drugi postój (jeszcze na Łotwie).

Nasz drugi postój (jeszcze na Łotwie).

Żurawie wzbiły się do lotu tuż przed nami.

Żurawie wzbiły się do lotu tuż przed nami.

Potem chłopcy zasypiają, a nam udaje się przeciągnąć aż do Suwałk. Tu nie możemy oprzeć się pokusie zajrzenia do Wigierskiego Parku Narodowego, z którym wiążą nam się jak najlepsze wspomnienia. Podjeżdżamy do Starego Folwarku, gdzie stosunkowo niedawno urządzono Muzeum Wigier – sześć lat temu, gdy ostatnio tu byliśmy, tego obiektu jeszcze nie było, oglądaliśmy tylko ekspozycję przyrodniczą w siedzibie WPN w Krzywem. To miło patrzeć, jak takie piękne tereny unowocześniają się, zmieniają i uatrakcyjniają dla turystów nie tylko z Polski.

Nowe muzeum jest nowoczesne, interaktywne i ciekawe dla dużych i małych. Chłopcom bardzo podoba się pomysłowo zaaranżowany  batyskaf, gdzie po zajrzeniu w bulaje można obejrzeć ryby – mieszkańców wigierskich jezior – bądź na filmach, bądź żywe, pływające w akwarium. Ciekawi ich również oglądanie skamielin przez szkło powiększające, odnajdywanie ptaków przy pomocy zapalających się światełek-podpowiedzi, czy oglądanie różnych eksponatów pod mikroskopem. My też z chęcią oglądamy wystawę. Najbardziej podoba nam się autentyczna dłubanka sprzed ponad 600 lat, ale też ciekawy jest model jęzora lodowca czy interaktywne ekrany, pozwalające wzbogacić wiadomości nt. flory i fauny WPN.

Obiad, już w Polsce (Stary Folwark).

Obiad, już w Polsce (Stary Folwark).

Muzeum Wigier w Starym Folwarku.

Muzeum Wigier w Starym Folwarku.

Zaczynamy od obejrzenia mieszkańców Wigierskiego PN.

Zaczynamy od obejrzenia mieszkańców Wigierskiego PN.

Chłopcom najbardziej podobały się wigierskie rybki.

Chłopcom najbardziej podobały się wigierskie rybki.

Pod szkłem powiększającym można obejrzeć skamieniałości.

Pod szkłem powiększającym można obejrzeć skamieniałości.

Przenosimy się do epoki łowców reniferów.

Przenosimy się do epoki łowców reniferów.

Epoka lodowcowa 2013.

Epoka lodowcowa 2013.

Największą atrakcją był batyskaf.

Największą atrakcją był batyskaf.

Trudno było chłopców stąd wyciągnąć.

Trudno było chłopców stąd wyciągnąć.

Tymo bul bul.

Tymo bul bul.

Dłubanka sprzed ponad 600 lat.

Dłubanka sprzed ponad 600 lat.

Wkraczamy do krainy ryb.

Wkraczamy do krainy ryb.

Łamigłówki przyrodnicze nie zawsze są łatwe.

Łamigłówki przyrodnicze nie zawsze są łatwe.

Na koniec naszej wizyty w Starym Folwarku idziemy z chłopcami na brzeg jeziora i odświeżamy w naszej pamięci niezwykle malowniczy widok na wigierski klasztor kamedułów wyłaniający się zza jeziora Wigry. Do zdjęć chętnie pozuje nam łabędź – to dodatkowa atrakcja dla chłopców. Ech, chętnie wrócimy w te tereny raz jeszcze…

Nad Jeziorem Wigry, Stary Folwark, w tle klasztor kamedułów.

Nad Jeziorem Wigry, Stary Folwark, w tle klasztor kamedułów.

Przerwa wydłuża nam się do ponad dwóch godzin (13:30-15:30; przed wizytą w muzeum jeszcze idziemy na obiad w tutejszym barze, przy okazji czego M. kompletnie zalewa się kawą i potem musi w toalecie przebierać się w wylosowane z torby z brudnymi ciuchami rzeczy:)), więc nie pozwalamy sobie na kąpiel w jeziorze (choć kąpielisko bardzo do niej zachęca) i ruszamy w dalszą podróż, tym razem już prosto (z jedną krótką przerwą) na Osęczyznę. Zostawiamy tam chłopców na działce z Dziadkami na ciąg dalszy wakacji, a sami późnym wieczorem wracamy do Warszawy z Regatką.

Estonia część II – od Tallinna przez Narwę do Tartu

1 sierpnia 2013, czwartek

Po nocnych opadach dzień słoneczny, choć wietrzny i znacznie chłodniejszy, ok. 20 stopni

W poniedziałek nie udało nam się zwiedzić całego zabytkowego centrum Tallina – po długim spacerze po starym mieście Sebuś ledwo powłóczył nogami, więc zrezygnowaliśmy wtedy z oglądania Górnego Miasta. Te zaległości udaje nam się nadrobić dziś.

Parkujemy na znajomym parkingu i ruszamy prosto na Górne Miasto (Toompea) – miejsce, gdzie już od kilkuset lat znajdował się ośrodek władzy Tallina. Mijamy znajomą basztę Kiek in de Kök. Chłopcy idą zadowoleni – urządziliśmy im „wyprawę lizakową” (nasz kolejny wypróbowany patent na rodzinne zwiedzanie miast) i mamy chwilę spokoju, by dokładniej rozejrzeć się dookoła. Przystajemy pod ogromnym XIX-wiecznym soborem Aleksandra Newskiego. Wybudowanie tej świątyni w sąsiedztwie budowli tak ważnych dla świadomości Estończyków miało nieść oczywisty przekaz – sygnalizować dominację prawosławia i unaoczniać rosyjską dominację nad miastem.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegamy Zamek Toompea. Fragment, który oglądamy, pochodzi z czasów znacznie późniejszych niż średniowiecze – został dobudowany przez Katarzynę Wielką w XVIII w. Niestety, różowa fasada jest aktualnie w remoncie, co nie pozwala nam na zrobienie dobrego zdjęcia.

Następnie kierujemy się na dwa fantastyczne punkty widokowe: Kohtu i Patkuli. Rozciągająca się z nich panorama jest niezwykle malownicza – widać dachy świątyń na starym mieście i fantastycznie zachowane jasnoszare fragmenty murów miejskich z basztami. Chłopaki wypatrują też naszą znajomą Teletorn i figurkę Starego Tomasza na dachu ratusza. Wracając z punktów widokowych, zatrzymujemy się pod białymi ścianami luterańskiej katedry. Pierwszy estoński kościół wybudowany w tym miejscu w XIII w. został doszczętnie strawiony przez pożar, obecny, barokowy, wybudowano w XVII i XVIII w. Chłopaki są średnio zaineresowani zabytkami, natomiast – jak zawsze – mają swoje zainteresowania. Dziś zajmują się wypatrywaniem szmacianych lalek (wielkości człowieka) stojących przy sklepach z pamiątkami i regionalnymi wyrobami. Trzeba przyznać, że w Tallinie widać dbałość o szczegóły, nawet sprzedawcy ulicznych kramów są ubrani w tradycyjne stroje. Na zakończenie spaceru wypatrujemy miłą restauracyjkę Koogel-Moogel, położoną na tyłach Zamku Toompea, gdzie zjadamy pyszny obiad (m.in. naprawdę wyśmienitego kurczaka w sosie … bananowym). Chłopcy dostają kredki i kartki do rysowania – mała rzecz, a cieszy. Wracając do samochodu, oglądamy jeszcze średniowieczne (XIII) mury Zamku Tompea.

Zamek Toompea (XIII), Tallin.

Zamek Toompea (XIII), Tallin.

Sobór Aleksandra Newskiego (kon. XIX).

Sobór Aleksandra Newskiego (kon. XIX).

Na uliczkach Górnego Miasta w Tallinie.

Na uliczkach Górnego Miasta w Tallinie.

Luterańska katedra w Tallinie (odb. XVII-XVIII).

Luterańska katedra w Tallinie (odb. XVII-XVIII).

Tallińska starówka z punktu widokowego Kohtu.

Tallińska starówka z punktu widokowego Kohtu.

Rozpoznajemy Kościół Św. Olafa.

Rozpoznajemy Kościół Św. Olafa.

Nad Tallinem latają potwory.

Nad Tallinem latają potwory.

Nasi dzielni turyści.

Nasi dzielni turyści.

Uliczkami Toompea - górnego miasta.

Uliczkami Toompea – górnego miasta.

Ooo, lale!.

Ooo, lale!.

Mieszkańcy pamiętają o historii miasta.

Mieszkańcy pamiętają o historii miasta.

Punkt widokowy Patkuli.

Punkt widokowy Patkuli.

Tallińska starówka z punktu widokowego Patkuli.

Tallińska starówka z punktu widokowego Patkuli.

W takim miłym zakątku zjemy obiad.

W takim miłym zakątku zjemy obiad.

Restauracja Kogel-Mogel - przyjazna dzieciom.

Restauracja Kogel-Mogel – przyjazna dzieciom.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze dwukrotnie. Najpierw błądzimy nieco po okolicach miejscowości Vääna-Jõesuu, chcąc znaleźć opisywane w przewodniku klifowe wybrzeże. Sprawa okazuje się nie taka łatwa – wszystkie boczne drogi są porozkopywane i pozamykane. Na szczęście w końcu udaje nam się trafić w odpowiednie miejsce. Zatrzymujemy się na dużym parkingu (położonym na południe od miejscowości, jadąc wzdłuż wybrzeża) usytuowanym na szczycie stromego, ok. 50-metrowego klifu. Leśną ścieżką udaje nam się zejść na plażę. To miejsce nie nadaje się zbytnio do kąpieli (wrażenia psują zwłaszcza dość nieprzyjemne zapachy), za to widoki są przepiękne – z jednej strony strome, klifowe wybrzeże, z drugiej plaża usiana głazami, na wprost stado mew siedzących na wystających z morza kamieniach. Chłopaki biegają wesoło i szukają nowych skarbów, którymi – o zgrozo – tym razem są coraz to większe kamienie.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Na drodze.

Na drodze.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Klify za Vääna-Joesuu.

Klify za Vääna-Joesuu.

Schodzimy do podnóża klifu.

Schodzimy do podnóża klifu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Ptasie radio.

Ptasie radio.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Plaża w okolicy Vääna-Joesuu.

Klify między Vääna-Joesuu i Keila-Joa.

Klify między Vääna-Joesuu i Keila-Joa.

Wdrapujemy się na górę klifu, przypatrując się skałom.

Wdrapujemy się na górę klifu, przypatrując się skałom.

Drugi przystanek urządzamy już przed samą naszą metą, w miejscowości Padise. Wstyd byłoby mieszkać tak blisko i nie obejrzeć ruin XIV-wiecznego klasztoru cystersów. Szczególnie warto wejść na wieżę i pozaglądać w różne zakamarki ruin. Robimy parę zdjęć i jedziemy już prosto do domku.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Ruiny klasztoru cystersów (XIV) w Padise.

Można pomyszkować po wnętrzach.

Można pomyszkować po wnętrzach.

Chłopcy wdrapali się na basztę.

Chłopcy wdrapali się na basztę.

A żarty się ich dalej trzymają.

A żarty się ich dalej trzymają.

Wieczorem ponownie korzystamy z uroków naszej mety. Tymo huśta się na linie i bawi rzutkami, Sebuś grzebie w piasku, obaj spacerują po równoważniach. Naprawdę można tu miło spędzić czas. W międzyczasie robimy też pranie.

2 sierpnia 2013, piątek

Rano chłodno i pochmurno, potem rozpogadza się, ale dość mocno wieje, do 23 st., pochmurny poranek zmusza nas po raz pierwszy do zjedzenia śniadania w domku, a nie przed domkiem, na ławkach pod jodłą.

Wycieczka do Haapsalu

Ten kurort czasy swojej świetności przeżywał w XIX w. Po odkryciu leczniczych właściwości tutejszego błota stał się jednym z ulubionych miejsc wypoczynku rosyjskiej śmietanki towarzyskiej. W czasach panowania radzieckiego zaniedbany i zamknięty dla cudzoziemców i większości Estończyków ze względu na strategiczne znaczenie, dzisiaj powoli odzyskuje swój blask.

Na pierwszy rzut oka Haapsalu przypomina prowincjonalne miasteczko z mocno podstarzałą drewnianą zabudową. Jednak w miarę upływu czasu odkrywamy, że to wymarzone miejsce na spędzenie miłego dnia z dziećmi, a często ponadstuletnie drewniane domy tworzą prawdziwy klimat tego miejsca.

Szczególną atrakcję stanowią nieźle zachowane ruiny XIII-wiecznego zamku biskupiego. Romańska katedra św. Mikołaja z 1260 r., w której bryle widoczne są wpływy cysterskie (rozeta nad wejściem, brak dzwonnicy) oraz zachowane zabudowania małego zamku (dawnego pałacu biskupiego) robią naprawdę duże wrażenie. Dodatkową atrakcją jest możliwość obejrzenia pomieszczeń o różnym przeznaczeniu (np. szpitala, pracowni alchemicznej itp.), co daje pewne wyobrażenie o życiu codziennym w tej średniowiecznej warowni. Dzieciaki szczególnie gustują we wchodzeniu na wszelkie możliwe wieże, baszty i mury, ewentualnie w schodzeniu do podziemi czy też w treningach fechtunku gumowymi mieczami (za darmo!). Z zaciekawieniem słuchają legendy o Białej Damie z Haapsalu, która jakoby właśnie w sierpniowe noce nawiedza tutejsze ruiny w poszukiwaniu utraconej miłości. Podoba im się nawet nauka w średniowiecznej szkole, gdzie próbują swoich sił w pisaniu rysikiem po woskowej tabliczce. Chłopcom nie przeszkadzają nawet trwające na dziedzińcu przygotowania do trwającego w ten weekend festiwalu bluesowego. Na deser zaliczamy jeszcze wizytę na wypatrzonym z wieży dużym placu zabaw na obrzeżach otoczonego pozostałościami murów terenu warowni. Obaj chłopcy z upodobaniem oddają się podnoszeniu głazów czy też harcom po „zamkowych” wieżach.

Centrum Haapsalu - drewniano-kwiatowe.

Centrum Haapsalu – drewniano-kwiatowe.

Zamek biskupi (XIII) w Haapsalu - wchodzimy do środka.

Zamek biskupi (XIII) w Haapsalu – wchodzimy do środka.

Na zamkowym dziedzińcu szykuje się festiwal bluesowy.

Na zamkowym dziedzińcu szykuje się festiwal bluesowy.

04. Wdrapujemy się na mury obronne.

My chcemy tu spać!.

My chcemy tu spać!.

Wieża Białej Damy w całej okazałości.

Wieża Białej Damy w całej okazałości.

Zagladadamy do pracowni alchemika.

Zagladadamy do pracowni alchemika.

Spotykamy też średniowiecznego medyka.

Spotykamy też średniowiecznego medyka.

Chłopców zachwyciła medyczna maska.

Chłopców zachwyciła medyczna maska.

W zamku rozgrywa się pojedynek rycerski.

W zamku rozgrywa się pojedynek rycerski.

Zwycięzca turnieju.

Zwycięzca turnieju.

Widok na Haaplasu z wieży Białej Damy.

Widok na Haaplasu z wieży Białej Damy.

Z góry dobrze widać też pozostałości zamku.

Z góry dobrze widać też pozostałości zamku.

Zachowało się trochę wnętrz.

Zachowało się trochę wnętrz.

Tak wyglądał zamek biskupi w okresie swojej świetności.

Tak wyglądał zamek biskupi w okresie swojej świetności.

Posłaliśmy chłopców do średniowiecznej szkoły.

Posłaliśmy chłopców do średniowiecznej szkoły.

Może wyrosną z nich rycerze...

Może wyrosną z nich rycerze…

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja (XIII).

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja (XIII).

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja.

Romańsko-gotycka katedra św. Mikołaja.

Zamek biskupi w Haapsalu od strony katedry.

Zamek biskupi w Haapsalu od strony katedry.

A w fosie zamku ... plac zabaw!.

A w fosie zamku … plac zabaw!.

Bawimy się, strzeżeni przez średniowieczne mury.

Bawimy się, strzeżeni przez średniowieczne mury.

Po około dwóch godzinach spędzonych na terenie zamku biskupiego wycofujemy się na z góry upatrzone przez Tymusia pozycje w Pizza Grande. Jemy ogromną specjalność zakładu i tak posileni postanawiamy kontynuować spacer po mieście.

Uliczkami Haapsalu.

Uliczkami Haapsalu.

Obiad w stylowej pizzerii.

Obiad w stylowej pizzerii.

Docieramy do nadmorskiej promenady w pobliżu dawnej plaży „afrykańskiej” (Afrika rand), gdzie można zobaczyć, jak Bałtyk w tym miejscu staje się jeziorem zarośniętym trzciną. Można tu spędzić sporo czasu, bo jest wysoka wieża widokowa do obserwacji ptaków i kolejny fajny plac zabaw, ale my ze względu na zmęczenie Sebusia ruszamy po małym deserku dalej.

Afrykańska plaża (Afrika rand) w Haapsalu.

Afrykańska plaża (Afrika rand) w Haapsalu.

Na promenadzie w Haapsalu.

Na promenadzie w Haapsalu.

Przechodzimy obok przepięknego budynku Kursaal. Budynek, zbudowany pod koniec XIX w., po stu latach został odnowiony i służy jako kawiarnia. Nabrzeże jest bardzo przyjemne, sporo tu ławeczek i naprawdę miłe otoczenie, ale dzisiaj do dłuższego spaceru nie zachęca bardzo silny wiatr. Przed powrotem do samochodu zaliczamy jeszcze spacerek fragmentem promenady okrążającej jezioro Väike viik, położone w środku wąskiego półwyspu, na którym leży część Haapsalu. Pozostało nam do zobaczenia jeszcze sporo uroczych zaułków, Muzeum Szwedów z Wybrzeża, Muzeum Kolei czy też piękna piaszczysta plaża Paralepa… Może tu jeszcze kiedyś wrócimy.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Stylowy Kursaal (Kurhaus), kon. XIX.

Widzieliśmy nawet niedźwiedzie polarne!.

Widzieliśmy nawet niedźwiedzie polarne!.

Nasyceni pięknymi widokami, którymi zachwycał się między innymi Czajkowski, wracamy do naszego Kallaste Talu. Popołudnie spędzamy zapisując wrażenia, robiąc zdjęcia i szykując się na jutrzejszy transfer z dłuugą wycieczką. Chłopcy korzystają z lokalnych atrakcji.

Popołudnie w Kallaste Talu.

Popołudnie w Kallaste Talu.

Na naszym tarasie...

Na naszym tarasie…

Najfajniejsze w pobycie tutaj było spędzanie praktycznie całego czasu na świeżym powietrzu! Sebuś lubował się w znajdowaniu i wyrywaniu różnych roślinek („Tato, chcesz koperniczek zez [sic] korzeniami, czy bez korzeniów?”), Tymuś chętnie korzystał ze wszystkich atrakcji na wolnym powietrzu, obserwował rozwijającą się paprotkę, szukał świerkowych szyszek. Tydzień przeżyliśmy bez telewizora (w domku brak było tego sprzętu) i było super!

3 sierpnia 2013, sobota

Słonecznie i bardzo ciepło, do 30 stopni

Planowany na dziś przejazd na południowy zachód Estonii, na naszą drugą metę, zmusza nas do wczesnej pobudki. Zależy nam na wcześniejszym wyjeździe też z tego względu, że chcemy przejechać mocno okrężną trasą – zamiast pojechać prosto na południe, pokonując ok. 190 km, decydujemy się przejechać wzdłuż całego północnego wybrzeża Estonii, aż do położonej przy granicy z Rosją Narwy, a potem skierować się na południe wzdłuż jeziora Pejpus. Nasza trasa skusiła nas mnóstwem atrakcji turystycznych, ale musieliśmy zapłacić za to znacznym wydłużeniem drogi – ze 190 km zrobiło się 570 i ponad 8 godzin samej jazdy. Do tego droga przyniosła nam kilka niespodziewanych przygód. Ale po kolei.

Po porannym zgarnięciu się, trudnościach z dobudzeniem chłopaków i zjedzeniu przyśpieszonego śniadania udaje nam się wyjechać o 7:30. Pierwszy odcinek obwodnicą Tallina i dalej na wschód mija nam dość sprawnie. Pierwszy turystyczny przystanek urządzamy sobie po przejechaniu ponad 200 km, w pobliżu miejscowości Ontika. Zatrzymujemy się tu, by spojrzeć w dół najwyższych (ok. 50-metrowych) estońskich klifów. Niestety, kręte schodki prowadzące aż do stóp klifu Valaste są z uwagi na zły stan techniczny zamknięte, ale mimo to udaje nam się zerknąć kilkadziesiąt metrów w dół i obejrzeć najwyższy (choć sztuczny) w Estonii wodospad Valaste (o tej porze roku spływa nim niewielka ilość wody).

Klif w okolicy miejscowości Ontika.

Klif w okolicy miejscowości Ontika.

Spogladamy ponad 50 m w dół.

Spogladamy ponad 50 m w dół.

Wodospad Valaste.

Wodospad Valaste.

Po tym krótkim przystanku jedziemy już prosto do położonej w północno-wschodnim krańcu Estonii Narwy. Tutejsza graniczna twierdza, zbudowana przez Duńczyków w XIV w., jest głównym celem naszej dzisiejszej włóczęgi. Już po podjechaniu na pierwszy punkt widokowy, nad samą Narwą, uznajemy, że warto było dla tego miejsca przedłużać wycieczkę o ponad 350 km. Widok dwóch dumnie stojących naprzeciw siebie twierdz, estońskiej w Narwie i rosyjskiej w Iwanogrodzie, przedzielonych jedynie wąskim paskiem rzeki, jest absolutnie niepowtarzalny. Podczas gdy my nie możemy oderwać się od widoku, chłopaki ganiają się dookoła pomnika szwedzkiego lwa, upamiętniającego zwycięstwo Szwedów w bitwie z Rosjanami (1701 r.), obecnie odbudowanego i stanowiącego symbol dobrych stosunków estońsko-szwedzkich.

Narwa. Estońska i rosyjska warownia przyglądają się sobie przez rzekę Narwę.

Narwa. Estońska i rosyjska warownia przyglądają się sobie przez rzekę Narwę.

Estoński zamek w Narwie.

Estoński zamek w Narwie.

Rosyjski zamek w Iwanogrodzie.

Rosyjski zamek w Iwanogrodzie.

Pomnik szwedzkiego lwa w Narwie.

Pomnik szwedzkiego lwa w Narwie.

Prosto z punktu widokowego jedziemy na parking położony w pobliżu zamku. Sama Narwa nie dostarcza obecnie wielu wrażeń estetycznych – aż trudno uwierzyć, jak pięknym miastem była przed zniszczeniami II wojny światowej. Obecnie w ogromnej większości jest zamieszkana przez ludność rosyjskojęzyczną. Przejeżdżamy obok ceglanego Soboru Zmartwychwstania (kon. XIX w.) i częściowo zaniedbanych, ale pamiętających jeszcze swoją potęgę ceglanych budynków XIX-wiecznych zakładów Krenholma, tkalni, która w czasach swojej świetności zatrudniała ponad 10 tys. osób!

Przejście graniczne Estonia-Rosja.

Przejście graniczne Estonia-Rosja.

Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (XIX) w Narwie.

Sobór Zmartwychwstania Pańskiego (XIX) w Narwie.

Głównym punktem programu jest jednak zwiedzanie tutejszej warowni. Bilet rodzinny, uprawniający do zwiedzenia całego zamkowego Muzeum Narwy i wejścia na 50-metrową wieżę Pikk Hermann jest warty swojej ceny (12 Euro). Dociekliwi mieliby okazję dokładnego obejrzenia ekspozycji historycznej, nas bardziej interesowały zamkowe wnętrza i wspaniały widok roztaczający się ze szczytu wieży. Widok granicy estońsko-rosyjskiej, podkreślony dwiema stojącymi na przeciwległych brzegach rzeki fortecami był niezwykle symboliczny. Chłopaki chętnie wspinali się na osiem pięter zamkowego muzeum razem z nami, a największym hitem dla nich była … średniowieczna toaleta. Po podniesieniu drewnianej pokrywy ukazywał się otwór prosto na dwór, kilkadziesiąt metrów w dół. Miałby wątpliwe szczęście przechodzący na dole nieszczęśnik, który znalazłby się tu w niewłaściwym czasie… Po obejrzeniu zamkowych wnętrz zaglądamy jeszcze na rozległy dziedziniec. Obsługa muzeum zadbała, by prezentował się on jak za czasów średniowiecznych – przechadzają się po nim ludzie ubrani w stroje z epoki, urządzane są pokazy starego rzemiosła. Chłopaki natychmiast wczuwają się w klimat i wskakują na stojącego na środku dziedzińca karego rumaka (…z drewna i na biegunach:)). Wychodząc z zamku, napotykamy na jeszcze jedno dziwo: jeden z niewielu już zachowanych pomnik Lenina wygłaszającego przemowę. Chłopaki w sposób zupełnie przezroczysty biegną do „tego pana” i chętnie pozują do zdjęcia.

Przed wejściem do narwiańskiej warowni - świadectwo dawnych czasów.

Przed wejściem do narwiańskiej warowni – świadectwo dawnych czasów.

Zbudowana przez Duńczyków (XIV) forteca w Narwie.

Zbudowana przez Duńczyków (XIV) forteca w Narwie.

Twierdza w Iwanogrodzie jest o rzut beretem.

Twierdza w Iwanogrodzie jest o rzut beretem.

Na szczycie widzimy zwiedzających i rosyjską flagę.

Na szczycie widzimy zwiedzających i rosyjską flagę.

Wdrapujemy się na ponad 50-metrową wieżę.

Wdrapujemy się na ponad 50-metrową wieżę.

Na szczycie Wielkieo Hermanna.

Na szczycie Wielkieo Hermanna.

Twierdza w Iwanogrodzie została pod nami.

Twierdza w Iwanogrodzie została pod nami.

Rzut oka na zamkowy dziedziniec i graniczną Narwę.

Rzut oka na zamkowy dziedziniec i graniczną Narwę.

Chłopcom najbardziej podobała się ... toaleta.

Chłopcom najbardziej podobała się … toaleta.

Po otworzeniu klapy widok nad wyraz atrakcyjny.

Po otworzeniu klapy widok nad wyraz atrakcyjny.

Dziedziniec zamku w Narwie.

Dziedziniec zamku w Narwie.

Można się przenieść w przeszłość.

Można się przenieść w przeszłość.

Tymo na dziedzińcu dosiada rumaka.

Tymo na dziedzińcu dosiada rumaka.

Oto kogo napotykamy wychodząc z zamku.

Oto kogo napotykamy wychodząc z zamku.

Lenin jak żywy.

Lenin jak żywy.

Po zwiedzeniu zamku porządnie nam wszystkim burczy w brzuchach. Ruszamy więc ochoczo do przyzamkowej restauracji, chwalącej się serwowaniem dań średniowiecznych. W środku czeka na nas zimny prysznic: przeciętne danie kosztuje ok. 20 Euro. Po pomnożeniu tego przez 4 i dodaniu jeszcze trochę za napoje, tracimy cały apetyt. Kolejną próbę zjedzenia czegoś podejmujemy w restauracji położonej przy naszym parkingu. Jest trzy razy taniej, ale dowiadujemy się, że czas oczekiwania to minimum 40 minut – aż na tyle nie możemy sobie pozwolić. W końcu ze smętnymi minami lądujemy w McD przy stacji benzynowej.

Po posiłku niespodzianek ciąg dalszy. W dobrej wierze chcemy skorzystać z kompresora, by sprawdzić ciśnienie w oponach. A wiadomo, co jest dobrymi chęciami wybrukowane… Kompresor urządza nam przykry psikus: nie sprawdza ciśnienia, za to spuszcza nam kompletnie powietrze z jednej opony. Zrezygnowany R. wyciąga pompkę spod sterty bagaży w bagażniku. Po kilku ruchach nasza pompka też odmawia posłuszeństwa, a my zostajemy z flakiem. Dookoła upał, marudzący i zmęczeni chłopcy. Na stacji pompek nie ma. Co robić, ruszamy ostrożnie dalej. Na szczęście na następnej stacji kompresor działa, więc przygoda kończy się happy endem (choć dalej nie udaje nam się dokupić pompki).

Dalej ruszamy już bez przeszkód. Chłopcy zasypiają jak na zamówienie. Kierujemy się w stronę Jeziora Pejpus („Pepsi”, jak mawia Tymo, parafrazując estońską nazwę Peipsi). Korzystając ze spokoju z tyłu (dzieciaki odpadły), podjeżdżamy jeszcze do Kuremäe i robimy zdjęcie malowniczemu prawosławnemu Klasztorowi Wniebowstąpienia (kon. XIX w.), uważanego za perłę architektury drewnianej. Dalej zagłębiamy się w tereny zamieszkałe przez starowierców. Co kawałek widzimy dawne zardzewiałe wieże strażnicze. Jedziemy wzdłuż ogromnego Jeziora Pejpus (czwartego co do wielkości w Europie). Chłopcy śpią, więc nie decydujemy się zatrzymać na kąpiel. M. wyskakuje tylko zrobić kilka zdjęć z brzegu w miejscowości Mustvee.

Klasztor (XIX) w Kuremäe.

Klasztor (XIX) w Kuremäe.

Cerkiew w Kuremäe.

Cerkiew w Kuremäe.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Jezioro Pejpus.

Na koniec robimy jeszcze razem z chłopakami zakupy na drugą część pobytu w markecie w Poltsamaa.

Wieczorem jesteśmy bardzo zmęczeni, ale pełni wrażeń – będziemy mogli powiedzieć, że objechaliśmy Estonię wszerz i wzdłuż. A chłopaki z nami. Nie zawsze jest różowo, ale świadomość, że podróżujemy razem, że przechodzimy razem przez różne sytuacje rekompensuje wiele. Rozpakowujemy się jeszcze na naszej nowej mecie i kładziemy się spać, ciesząc się, że przed nami jeszcze całe siedem dni pobytu!

Nasza meta: to Aasa Puhkemaja k. Kärsu, Pärnumaa

To dwa domy do wynajęcia położone na skraju lasu obok tradycyjnego gospodarstwa. Większy dom zajmują dziś młodzi tallińczycy imprezujący do późna (jak to Estończycy mają w zwyczaju w weekendy). My zajmujemy mniejszy, ale jak na nasze potrzeby ogromny, mogący pomieścić nawet 7 osób domek. W porównaniu z poprzednim maleńkim domkiem-szałasem czujemy się tu jak w pałacu. Ogromny salon z kominkiem i w pełni wyposażoną kuchnią, dużą lodówką, kuchenką, piekarnikiem, ekspresem do kawy i mikrofalą, dwie spore sypialnie, taras i balkon dopełnia własna sauna, grill i miejsce na ognisko! Po prostu raj! Jedynym mankamentem jest konieczność codziennego rozpalania pieca, żeby podgrzać wodę do kąpieli, ale przy okazji podgrzewa się saunę, której w innym wypadku pewnie nie chciałoby się nam „odpalać”. Chłopcy buszują wokół domu – dla nich taki duży teren to największa atrakcja, a wieczorem chętnie wygrzewają się w saunie.

4 sierpnia 2013, niedziela

Upał, do 30 st. C, po prostu pięknie!

Wyprawa do Viljandi

To miasteczko o wielowiekowej historii jest wymarzonym miejscem na niedzielny rodzinny spacer. Dzisiaj dodatkową jego zaletą jest to, że dojazd zajmuje nam zaledwie 40 minut, co po wczorajszych wielogodzinnych wojażach jest miłą odmianą.

Rozpoczynamy od wizyty w tutejszej informacji turystycznej, która zgodnie z informacją w przewodniku jest bardzo dobrze zaopatrzona w broszury i mapy, nie tylko z najbliższych okolic, ale też z całej Estonii. Miły pan daje nam nawet broszurę po polsku! Zaliczamy też obowiązkowe zdjęcia „na truskawce” (w całym mieście jest kilka takich miłych „monumencików”, jakże ułatwiających spacer z dziećmi…).

''Truskawkowe'' Viljandi.

”Truskawkowe” Viljandi.

Dalej ruszamy w stronę ruin zamku zbudowanego tutaj przez Kawalerów Zakonu Mieczowego w 1224 r., po ostatecznym podbiciu plemion estońskich na tych terenach. Obecnie teren ten to park zamkowy, położony na kilku wzgórzach porozdzielanych głębokimi fosami. Ruiny tworzą malownicze tło dla widoków na jezioro i otaczającą zieleń. Zaliczamy też obowiązkowe przejście po malowniczym wiszącym moście z lat 30. XX w., uznawanym za wizytówkę miasta.

Kościół św. Jana, XV w.

Kościół św. Jana, XV w.

Estońskie Centrum Muzyki Folklorystycznej w Viljandi.

Estońskie Centrum Muzyki Folklorystycznej w Viljandi.

W Parku zamkowym w Viljandi - ale huśtawa!.

W Parku zamkowym w Viljandi – ale huśtawa!.

W Parku zamkowym w Viljandi.

W Parku zamkowym w Viljandi.

Spojrzenie na jezioro Viljandi.

Spojrzenie na jezioro Viljandi.

Wiszący most w Parku zamkowym - wizytówka miasta.

Wiszący most w Parku zamkowym – wizytówka miasta.

Idziemy przez centrum miasta, zabudowane w większości przez stare, ale bardzo urocze drewniane domy (jak one przypominają nam likwidowaną właśnie zabudowę Mińska Mazowieckiego… oby tutaj nikt nie wpadł na pomysł, bo zamienić je na centra handlowe i nowe bloki…). Przystajemy tu na chwilę przy fontannie Chłopiec z rybą na Placu Laidonera, chłonąc sielską, prowincjonalną atmosferę. Chłopcy nie przepuszczą nam wejścia na żadną wieżę, więc z chęcią wdrapujemy się na odrestaurowaną wieżę ciśnień, z której podziwiamy panoramę jeziora i miasta z XVIII-wiecznym ratuszem.

Drewniana zabudowa Viljandi.

Drewniana zabudowa Viljandi.

Fontanna na Placu Laidonera, w tle wieża ciśnień.

Fontanna na Placu Laidonera, w tle wieża ciśnień.

Widok z wieży ciśnień.

Widok z wieży ciśnień.

Pomnik Johanna Köllera, tutejszego artysty sztuki naiwnej.

Pomnik Johanna Köllera, tutejszego artysty sztuki naiwnej.

Następnie kierujemy się już prosto na wyczekiwaną przez nasze pociechy kąpiel w wodach jeziora Viljandi. Schodzimy po ponad 150 drewnianych schodkach, mijając wyraźnie nadgryzione zębem czasu, ale urocze tutejsze, chyba XIX-wieczne wille. Brzeg jeziora jest dobrze zagospodarowany, są tu tereny sportowe ze stadionem i kortami tenisowymi, ale nas najbardziej interesują pomosty i trawiasto-piaszczysta plaża ze sporym placem zabaw. Nieco gorzej przedstawia się zaplecze gastronomiczne, tutejsze lokale oferują tylko dania fast-foodowe, chyba lepiej było zjeść w mieście, ale cóż – spieszyło nam się.

Zejście nad jezioro, w tle stare wille.

Zejście nad jezioro, w tle stare wille.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

Kąpiel w jeziorze Viljandi.

W czasie kąpieli chłopców R. szybko wraca po schodkach do miasta i podjeżdża na pobliski parking. Z trudem wyciągamy chłopców z wody i pakujemy się do samochodu, gdzie błyskawicznie zasypiają.

Po południu urządzamy rodzinne mycie Peugeota, a po podwieczorku ruszamy na spacer ścieżką turystyczną poprowadzoną przez naszych gospodarzy po okolicznych lasach. Myśleliśmy, że będzie to mały spacerek, a okazuje się, że przeszliśmy blisko pięć kilometrów, pomimo znacznego skrócenia trasy! Zadziwiamy się prawdziwą „dzikością” i bogactwem tutejszych lasów, które miejscami przypominają nam „ciemne smreczyny” z Tatr Słowackich. Przechodzimy też obok niewielkiego sztucznego jeziorka i mijamy miłe dla oka, a coraz rzadziej spotykane w Polsce prawdziwie wiejskie tereny z przydomowymi grządkami i polami. Widoki jak ze skansenu, tylko eternit na dachu nie pasuje…

Hej, ho, hej, ho, do lasu by się szło...

Hej, ho, hej, ho, do lasu by się szło…

Profesjonalna ścieżka turystyczna wytyczona z naszego gospodarstwa.

Profesjonalna ścieżka turystyczna wytyczona z naszego gospodarstwa.

Kładka przez mokradła.

Kładka przez mokradła.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Jeziorko Rahu.

Sielskie widoki.

Sielskie widoki.

5 sierpnia 2013, poniedziałek

Przyjemnie ciepło, 26 stopni i częściowe zachmurzenie

Drugi tydzień naszego pobytu inaugurujemy wycieczką do Tartu. Długi dojazd (ponad 130 km) wynagradza nam dzień pełen atrakcji i dla nas, i dla chłopców. Parkujemy na parkingu przy centrum handlowym i ruszamy chodniczkiem wśród drzew prosto na wzgórze katedralne. To przyjemny spacer – niemal całe wzgórze zajmuje rozległy park w stylu angielskim. Chłopakom wesoło – obaj obkleili się w samochodzie etykietami od butelek z wodą i teraz Sebuś (wyglądający co najmniej dziwnie) nie chce tego z siebie pozdejmować. W dodatku urządzamy im wyprawę lizakową, co dodatkowo pozytywnie nastraja ich do spaceru po mieście. Mijamy budynek założonego na pocz. XIX w . obserwatorium – związany z nim był von Struve, który jako pierwszy zmierzył krzywiznę kuli ziemskiej (a geodezyjny łuk noszący jego imię został wpisany na listę UNESCO). Przechodzimy po zbudowanym w 1838 roku Moście Aniołów i kierujemy się na ceglane ruiny gotyckiej katedry (XIII w. i nast.). To miejsce skłania do zadumy i refleksji. Stwierdzamy, że oglądanie ruin świątyń to raczej rzadkość – znacznie częściej spotkać można pozostałości zamków, świątynie częściej są odbudowywane.

Tartu - miasto o niemal 1000-letniej historii.

Tartu – miasto o niemal 1000-letniej historii.

Tymo sprawdza, którym proporcjom jest bliższy.

Tymo sprawdza, którym proporcjom jest bliższy.

Wilde, Vilde i my.

Wilde, Vilde i my.

Budynek obserwatorium astronomicznego (XIX).

Budynek obserwatorium astronomicznego (XIX).

Most Aniołów na wzgórzu katedralnym w Tartu.

Most Aniołów na wzgórzu katedralnym w Tartu.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Ruiny XIII-wiecznej katedry.

Schodząc ze wzgórza, zatrzymujemy się chwilę na ławce-huśtawce – uciecha dla wszystkich czworga: mała rzecz, a cieszy. Kierujemy się teraz ku budynkom Uniwersytetu w Tartu. Ta część miasta jest ślicznie odnowiona, na latarniach popodwieszano kwiaty – wszystko to pozwala w pełni docenić klasycystyczną zabudowę centrum. Przy uniwersytecie skręcamy w lewo w uliczkę prowadzącą do gotyckiego kościoła Św. Jana. W pamięci szczególnie zostają nam głowy z gliny (ponad 2000 figurynek), przedstawiające świętych i męczenników. Na zewnątrz umieszczono ich repliki, ale oryginały słynnych figurek można obejrzeć wewnątrz świątyni.

Uliczka w Tartu.

Uliczka w Tartu.

Klasycystyczny budynek Uniwersytetu w Tartu.

Klasycystyczny budynek Uniwersytetu w Tartu.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana.

Ozdobne rzygacze.

Ozdobne rzygacze.

Słynne terakotowe figurki - na zewnątrz są ich repliki.

Słynne terakotowe figurki – na zewnątrz są ich repliki.

Gotyckie wnętrze.

Gotyckie wnętrze.

... nawet Tyma skłania do chwili zadumy.

… nawet Tyma skłania do chwili zadumy.

Oryginały terakotowych figurek.

Oryginały terakotowych figurek.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana - spojrzenie od tyłu.

Gotycki (XIV) kościół św. Jana – spojrzenie od tyłu.

Teraz kierujemy się już prosto na rynek. Po drodze Tymo wypatruje świetną naleśnikarnię. Chętnie zatrzymujemy się tu na obiad, tym bardziej, że stolik jest przemiło umieszczony na urokliwym deptaku, obok są ozdobne głazy, po których chłopaki mogą skakać sobie do woli, a jedzenie jest bajkowe.

Aaa, boję się!.

Aaa, boję się!.

Obiad w Tartu.

Obiad w Tartu.

Z Tartu żegnamy się na podłużnym placu ratuszowym. Fotografujemy słynną fontannę Pocałunek studentów (niestety wyłączoną…) – symbol Tartu, oglądamy XVIII-wieczny gmach ratusza, wypatrujemy przechylony budynek mieszczący Muzeum Sztuki, po czym udajemy się już prosto do samochodu.

Ratusz w Tartu.

Ratusz w Tartu.

Pocałunek studentów.

Pocałunek studentów.

Plac ratuszowy.

Plac ratuszowy.

Ten przekrzywiony to budynek Muzeum Sztuki.

Ten przekrzywiony to budynek Muzeum Sztuki.

Widok przez okno na most na rzece Ema.

Widok przez okno na most na rzece Ema.

Gdyby nasza wyprawa na tym się kończyła, zapewne nie usatysfakcjonowałaby do końca chłopaków. Świadomi tego faktu, podjeżdżamy kawałek na miejskie kąpielisko nad brzegiem rzeki Emy (po drodze po raz kolejny zwracamy uwagę na wielką ilość drewnianych domów – drewniane budownictwo – czy to pamiątka po okresie rosyjskim? – spotyka się je w Estonii nawet w dużych miastach). Jak zazwyczaj w Estonii, kąpielisko jest bardzo miło zaaranżowane – są przebieralnie, plac zabaw. Chłopcy pluskają się wesoło, budują zamek, zbierają skarby-muszelki, wypatrują w wodzie rybek, których jest tu pełno, a na wodzie – podpływających blisko ludzi kaczek. My też z przyjemnością spędzamy czas nad wodą tym bardziej, że nieopodal znajduje się przystań tradycyjnych barek (którymi można udać się na rzeczną przejażdżkę) – mamy okazję dobrze je sobie obejrzeć.

Plaża nad rzeką Ema.

Plaża nad rzeką Ema.

Kapiel w Emie.

Kapiel w Emie.

Najfajniejsze miejsce w Tartu.

Najfajniejsze miejsce w Tartu.

Nad brzegiem Emy, Tartu.

Nad brzegiem Emy, Tartu.

W drodze powrotnej chłopcy niemal od razu zasypiają. My zatrzymujemy się jeszcze na małe dotankowanie i uzupełniające zakupy.

Po powrocie urządzamy cudowny rodzinny wieczór przy ognisku. Testujemy tutejszy świetny patent z podwieszanym nad ogniskiem „grillem”, piekąc pyszne kiełbaski i chleb, które pałaszujemy ze smakiem. Obu chłopcom dopisują apetyty i humory, razem śpiewamy, wygłupiamy się, a potem gramy w rzutki i badmintona. Jest cudnie!

Wieczór w Aasa Puhkemaja.

Wieczór w Aasa Puhkemaja.

Estonia część I – Tallinn i okolice

 26 lipca 2013, piątek

W Warszawie i przez połowę drogi upał ponad 30 st., potem pochmurno i 21 st.

Całe przedpołudnie pakujemy się, M. załatwia jeszcze lekarza medycyny pracy, a R. szczepi Sebusia i siebie „na kleszcze” i powolutku szykujemy się do drogi.

Warszawa – Giby, 13:40–18:30, 280 km

Droga nas nie rozpieszcza, bo są spore korki, zwłaszcza przez Marki i potem ruch wahadłowy i remont przed Łomżą. Chłopcy na szczęście tę część trasy przesypiają. My jednak chętnie zatrzymujemy się, żeby chociaż trochę „pozwiedzać”… taką już mamy słabość.

Tuż za Łomżą, w miejscowości Piątnica-Poduchowna nie bez trudu znajdujemy pozostałości dawnych rosyjskich fortów. Tereny piątnickich fortów to dobre miejsce na popas z dziećmi, można pobiegać pomiędzy tajemniczymi, regularnymi wzgórzami, częściowo obudowanymi betonem, kryjącymi labirynt tajemniczych podziemnych korytarzy. Na nieszczęście dla Sebusia tutejsze zarośla obfitują we właśnie rozpoczynającą sezon pylenia bylicę. Bojąc się, żeby „armatnie salwy” kichania S. nie obudziły jakiegoś strażnika, robimy mały piknik w cieniku na uboczu.

Pozostałości rosyjskiej twierdzy (XIX), Piątnica-Poduchowna.

Pozostałości rosyjskiej twierdzy (XIX), Piątnica-Poduchowna.

Jak w górach.

Jak w górach.

Przygoda na całego.

Przygoda na całego.

Tymo, łap!.

Tymo, łap!.

Posileni i wypoczęci ruszamy w ostatnią część drogi, która już teraz mija gładko i sprawnie dojeżdżamy do naszego celu – ośrodka wypoczynkowego w Gibach. Miejsce to co prawda lata swojej świetności ma już za sobą, ale dla nas głównym jego atutem jest cisza i przyjemne położenie. Za 170 zł dostajemy pięcioosobowy domek z łazienką, to dobra alternatywa dla ciasnego pokoju w przydrożnym hotelu. A dodatkowo możemy zrobić sobie spacerek do pobliskiego jeziora (plaża na terenie ośrodka, ale trzeba przejść kilkaset metrów) i zamoczyć nogi w wodzie w promieniach zachodzącego słońca… Dopełnieniem miłego wieczoru jest smaczna kolacja w ośrodkowym barze. Kiełbasę oraz pierogi ruskie i z serem sprzątamy szybko, a chłopcy twierdzą, że to „najlepsza kolacja, jaką kiedykolwiek jedli”.

Dotarliśmy na nocleg. Giby.

Dotarliśmy na nocleg. Giby.

Tam widać Jezioro Gieret!.

Tam widać Jezioro Gieret!.

Wejść, czy nie wejść.

Wejść, czy nie wejść.

Może złowimy rybę na kolację.

Może złowimy rybę na kolację.

27 lipca 2013, sobota

Rano chłodno, ale słoneczko szybko powoduje, że mamy bardzo miły dzień, ok. 25 st.

Poranny chłód nie zachęca do wczesnego wstawania, ale jakoś zmuszamy się do szybkiego zgarnięcia bambetli i ruszenia w długą.

Giby – Padise

6:40 – 18:40 (naszego czasu), ponad 700 km, przejazd przez cztery kraje!

O dzisiejszej drodze można powiedzieć głównie to, że jest dość monotonna i nużąca. Praktycznie cała trasa to normalna jednopasmówka. Pomimo braku odcinków ekspresowych czy autostrad jedzie się jednak sprawnie, bo praktycznie nie przejeżdża się przez miejscowości. Sunąc równo 90-100 km/h można całkiem sprawnie pokonać trasę (średnia ok. 85km/h), a do tego nie spalić zbyt wiele paliwa (nawet z „trumną” na dachu, jak w naszym przypadku).

Zatrzymujemy się na śniadanie w McD w Kownie, potem na stacji za Poniewieżą i w lesie na końcowym odcinku obwodnicy Rygi. Im dalej na północ, tym mniej spotykamy sensownych miejsc na postój czy posiłek. W Estonii jedziemy wciąż przez niekończące się lasy i restauracja okazuje się niespotykanym rarytasem. W końcu niechętnie (marzyła nam się jakaś knajpka z domowym jedzeniem) lądujemy na obiedzie w… McD na obrzeżach Parnu.

Na Łotwie bardzo podobał nam się odcinek drogi wzdłuż wybrzeża z postojami przy samej plaży, niestety akurat ten odcinek chłopcy przespali i nie mogliśmy z tych miejsc skorzystać. Może uda się w drodze powrotnej.

Estonia natomiast zaskoczyła nas niesamowitą „odludnością”, jechaliśmy praktycznie tylko przez lasy, nawet chłopcy stwierdzili, że ludzi tutaj widuje się tylko w samochodach (a i to rzadko…), bo poza tym ich nie widać. Niektórym mogłoby to nie odpowiadać, ale my właśnie takiego spokoju szukamy!

Nasza meta to ośrodek Kallaste Talu, położony ok. 1 km od Padise.

Bardzo przyjemny teren nad rzeczką w lesie, ośrodek w rustykalnym klimacie, widać, że stale się rozwija, ale…

Nasz domek za ok. 400 Euro na tydzień trochę nas rozczarowuje – jest mały, prowizoryczny i brak w nim praktycznie zupełnie jakichkolwiek mebli. To chyba świadectwo pragnienia Estończyków autentycznego kontaktu z naturą. Na szczęście zaprawiona w organizacji M. świetnie aranżuje nam przestrzeń i w efekcie mamy całkiem przytulne gniazdko, a pewne niedoskonałości rekompensuje przemiłe leśne otoczenie. Chłopcy dokazują na terenie, a wieczorkiem inaugurujemy tarasik z herbatką, drinkiem, zdjęciami i zapiskami… Zmęczeni, ale szczęśliwi, że bezpiecznie pokonaliśmy Via Balticę!

Jedziemy. Postój na Litwie (Kowno).

Jedziemy. Postój na Litwie (Kowno).

Postój na Łotwie.

Postój na Łotwie.

No i jesteśmy na miejscu!.

No i jesteśmy na miejscu!.

28 lipca 2013, niedziela

W nocy temperatura spadła aż do 10 stopni, za to rano słońce błyskawicznie zrobiło swoje – na śniadaniu na dworze było już gorąco, potem cały dzień piękny, 25 stopni

Po wczorajszym zmęczeniu chcemy wybrać wycieczkę niezbyt wymagającą, z niewielkim dystansem do pokonania. Wybór pada na położony niedaleko Tallina skansen Rocca al Mare.

Jest to idealne miejsce do rozpoczęcia przygody z Estonią dla wszystkich tych, którzy mogą pozwolić sobie na jeden luźniejszy dzień podczas swojego wyjazdu. Na sporym zalesionym terenie rozmieszczono ponad siedemdziesiąt drewnianych budynków charakterystycznych dla różnych rejonów Estonii. Obejrzeliśmy już wiele skansenów i zawsze uważaliśmy, że to dobry pomysł na wycieczkę z dziećmi. Ten jednak wyróżniał się przepięknym położeniem nad brzegiem morza – widoki drewnianych szop z błękitem morza w tle szczególnie zapadały w pamięć.

Dla chłopców wypożyczyliśmy przy wejściu drewniany wózek, co było dla nich wielką atrakcją (no, może nie wózek sam w sobie, ale ewolucje, które na nim urządzali), a nam ułatwiło pokonanie dużego dystansu. Oglądaliśmy spichlerze, obory, szopy, malownicze wiatraki, XVII-wieczny kościółek, doszukując się różnic pomiędzy tradycyjnym budownictwem na ziemiach estońskich i polskich. Naszą szczególną uwagę zwróciły … płotki – inne niż u nas: albo układane z kamieni, albo z patyków umocowanych sosnowymi gałązkami. Doskonałą rozrywką dla wszystkich podczas spaceru było huśtanie się na tradycyjnej drewnianej huśtawce (mogącej na swej sporej konstrukcji pomieścić nawet 6 dorosłych osób huśtających się … na stojaka). Ukoronowaniem wycieczki był obiad w skansenowej karczmie, gdzie mieliśmy możliwość spróbowania tradycyjnych estońskich przysmaków, m.in. ubitych ziemniaków z okrasą, podawanych ze śmietaną i ogórkami małosolnymi. Ceny jak u nas.

Chłopcy – poza drobnymi wyjątkami (potwierdzającymi jednak regułę:)) – byli świetnymi kompanami. Aż się buzia uśmiechała od słuchania ich rozmów. Wczoraj Sebuś opowiadał o brązowym zachodzie słońca na działce, dziś rozprawiał o tym, że w przyszłości nie zakocha się w żadnej dziewczynie i ożeni się z … Tymem:) Ciągle przynosił nam różne roślinki, które znajdował dookoła – np. ostatnio przyniósł „koperniczek”, czyli roślinę podobną do koperku.

Skansen Rocca al Mare.

Skansen Rocca al Mare.

Chłopcy wsiedli do swego pojazdu.

Chłopcy wsiedli do swego pojazdu.

Tymuś koniem pociągowym.

Tymuś koniem pociągowym.

Garderoba...

Garderoba…

Skansen Rocca al Mare.

Skansen Rocca al Mare.

Wnętrza...

Wnętrza…

Przy pracy...

Przy pracy…

Spichlerz.

Spichlerz.

A tak działały żarna.

A tak działały żarna.

Wiatrak jaki jest, każdy widzi.

Wiatrak jaki jest, każdy widzi.

Można siedzieć, ale można też leżeć.

Można siedzieć, ale można też leżeć.

Kościółek z XVII w.

Kościółek z XVII w.

Kościółek z XVII w.

Kościółek z XVII w.

Pierwsze spojrzenie na morze.

Pierwsze spojrzenie na morze.

Takiego wybrzeża u nas nie ma...

Takiego wybrzeża u nas nie ma…

Wiatraczek.

Wiatraczek.

Huśtawa... nawet na 6 osób!.

Huśtawa… nawet na 6 osób!.

Wio, Tymusiu!.

Wio, Tymusiu!.

I kolejne spojrzenie na morze.

I kolejne spojrzenie na morze.

Szopy na siano.

Szopy na siano.

A takie głazy to tutaj codzienny widok.

A takie głazy to tutaj codzienny widok.

Zagroda z wyspy Muhu.

Zagroda z wyspy Muhu.

Urocze płotki.

Urocze płotki.

Na koniec trzeba się posilić.

Na koniec trzeba się posilić.

Wybieramy, co by tu zjeść.

Wybieramy, co by tu zjeść.

A czekając, można się pobawić.

A czekając, można się pobawić.

Mniam!.

Mniam!.

Po naszym powrocie S. dosypia w domu, a M. z Tymem eksplorują okolicę ośrodka w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na kąpiel. Niestety, rzeczka przepływająca obok jest mocno niewyględna, więc decydujemy się po obudzeniu się S. podjechać nad morze.

Popołudnie spędzamy nad brzegiem Bałtyku niedaleko miejscowości Paldiski. Jest niezwykle malowniczo – przybrzeżne wody są dosłownie usiane głazami, więc nadmorski pejzaż jest bardzo urozmaicony. Trzeba jednak do tej idylli dodać łyżkę dziegciu – woda nie sprawia wrażenia czystej, przede wszystkim za sprawą glonów i wodorostów wszelakiej maści. W dodatku na wyciągnięcie ręki widać port. Widok kąpiących się miejscowych sprawia jednak, że i my wchodzimy do wody. Jest tak ciepła, że aż trudno nam uwierzyć, że jesteśmy nad Bałtykiem, tym bardziej, że wody są spokojne, a brak fal przywodzi na myśl jezioro.

Bałtyk k. miejscowości Paldiski.

Bałtyk k. miejscowości Paldiski.

Inna ta plaża, ale muszelki takie same...

Inna ta plaża, ale muszelki takie same…

Plaża w okolicy Paldisek.

Plaża w okolicy Paldisek.

Rzut oka na port w Paldiskach.

Rzut oka na port w Paldiskach.

Niech każdy znajdzie jakiś głaz...

Niech każdy znajdzie jakiś głaz…

Rozkręcamy imprezę.

Rozkręcamy imprezę.

Jestem królem Bałtyku!.

Jestem królem Bałtyku!.

Czasem warto spojrzeć pod nogi.

Czasem warto spojrzeć pod nogi.

Po kąpieli chłopcy wieczorem bez problemu pałaszują kolację, a my zastanawiamy się nad planem na następny dzień. Jesteśmy już dużo bardziej wypoczęci, więc decydujemy się na Tallin.

29 lipca 2013, poniedziałek

Prawdziwy upał, do 30 st. C, duszno, ale też trochę chmurek

Tallinn – spacer po Starym Mieście

Tallińska starówka jest jednym z najciekawszych średniowiecznych zespołów miejskich w Europie, jej walory turystyczne doceniono przez umieszczenie na liście UNESCO.

Parkujemy w pobliżu Placu Wolności i ruszamy w kierunku Placu Ratuszowego, po drodze „zaliczając” krótką wspinaczkę na skraj Górnego Miasta, by obejrzeć Kiek in de Kök – ogromną XV-wieczną basztę, której mury mają aż 4 metry grubości! Jej nazwa pochodzi od tego, że z jej okien wartownicy mogli zajrzeć do niejednej mieszczańskiej kuchni.

Ulicą Harju docieramy na zalany słońcem i tłumem ludzi Plac Ratuszowy (po drodze po lewej widzimy zbór św. Mikołaja, gotycki kościół z XIII-XV w., odbudowany ze zniszczeń z II Wojny Światowej, służący obecnie jako muzeum sztuki religijnej). Po krótkim postoju („lizakowym”) pod charakterystycznym średniowiecznym ratuszem z początku XV w. (z obowiązkowym spojrzeniem na Starego Thomasa – prawie 500-letni wiatrowskaz i „smokowe” gargulce) ruszamy dalej.

Za namową chłopców wchodzimy na udostępniony do zwiedzania fragment murów obronnych z trzema basztami przy ulicy Gümnaasiumi. Następnie ulicą Lai idziemy w kierunku kościoła św. Olafa. Był on niegdyś najwyższym budynkiem świata, a jego wieża sięgała 145 m (odbudowana po pożarze mierzy obecnie 123 m). I tę wieżę właśnie mamy dzisiaj „na celowniku”. O dziwo obaj chłopcy bez problemu wchodzą po prawie 270 stopniach na położony na wysokości 60 m taras widokowy. Z tej wysokości świetnie widać nie tylko Stare Miasto i górujące nad nim wzgórze Toompea, lecz także cały Tallin i fragment Zatoki Fińskiej.

Zmęczeni tym wyczynem szukamy miejsca na obiad. Trafiamy do restauracji położonej w zacisznej bramie ulicy Lai vis a vis ul. Vaimu. Jemy kluchy z kurczakiem, pyszną zupę-krem z warzyw i regionalne danie – jajko sadzone z boczkiem i ziemniakami (tym razem w mundurkach), które towarzyszą tutaj w różnych odsłonach prawie każdej potrawie. W ogóle potrawy w Estonii są raczej „ciężkie”, odpowiednie do surowego klimatu i ciężkiej fizycznej pracy, nie narzekamy jednak na ich walory smakowe.

Dodatkową atrakcję funduje nam jakiś pijany młody Estończyk, który nago biega po okolicy naszej restauracji, a potem wybiega na główną ulicę… Cóż, w europejskich stolicach to się zdarza – ostatnio w Budapeszcie spotkaliśmy dziewczynę kąpiącą się nago w fontannie – co ten alkohol robi z ludźmi:)!

Mieliśmy w planie jeszcze wizytę w Górnym Mieście, ale Sebuś jest już porządnie zmęczony po ponad trzech godzinach spacerku, więc kierujemy się z powrotem na nasz parking. Wracamy ulicą Pikk, oglądając (podobnie jak przy ul. Lai) wiele oryginalnych domów hanzeatyckich kupców. Na deser podziwiamy najstarszy oryginalnie zachowany budynek w mieście – zbudowany na początku XIV w. kościół Świętego Ducha, ozdobiony pięknym biało-złotym zegarem.

Tallin nie zachwyca może jakimś jednym konkretnym zabytkiem, ale ogólnie całym zachowanym, naprawdę „klimatycznym” zespołem budynków z zachowanymi dużymi fragmentami obwarowań miejskich. Około 20 zachowanych baszt i mury są wyjątkowe, bo zbudowane nie z cegieł, ale z szarych kamieni, które w połączeniu z czerwienią dachówek na basztach i otaczających domach tworzą naprawdę malowniczy i zapadający w pamięć widok.

Tallin, Baszta Kiek in de Kok, XV w.

Tallin, Baszta Kiek in de Kok, XV w.

Obwarowaia miejskie, w tle wieża zboru św. Mikołaja.

Obwarowaia miejskie, w tle wieża zboru św. Mikołaja.

Zbór św. Mikołaja, XIII-XV w.

Zbór św. Mikołaja, XIII-XV w.

Aniołki na gołąbkach.

Aniołki na gołąbkach.

Plac Ratuszowy.

Plac Ratuszowy.

Ratusz, początek XV w.

Ratusz, początek XV w.

Vana Toomas.

Vana Toomas.

Mury miejskie.

Mury miejskie.

Na murach.

Na murach.

Widok z baszty Sauna torn.

Widok z baszty Sauna torn.

Baszta Sauna torn.

Baszta Sauna torn.

Ulicą Lai do kościoła św. Olafa.

Ulicą Lai do kościoła św. Olafa.

Wieża kościoła św. Olafa, 123m, XIII w., przeb. XIX w.

Wieża kościoła św. Olafa, 123m, XIII w., przeb. XIX w.

Wejście na wieżę - test na rozmiar wchodzącego - chłopcy zdali!.

Wejście na wieżę – test na rozmiar wchodzącego – chłopcy zdali!.

Prawie 270 stopni później, na wieży.

Prawie 270 stopni później, na wieży.

Widoki z wieży - Stare Miasto i wzgóze Toompea.

Widoki z wieży – Stare Miasto i wzgóze Toompea.

Port w Tallinie.

Port w Tallinie.

Wzgórze Toompea - Górne Miasto.

Wzgórze Toompea – Górne Miasto.

Pora schodzić.

Pora schodzić.

Nóżki małe, ale do schodzenia doskoałe.

Nóżki małe, ale do schodzenia doskoałe.

Czasem trzeba odpocząć, zwłaszcza na specjalnych stołeczkach.

Czasem trzeba odpocząć, zwłaszcza na specjalnych stołeczkach.

Pamiątka z Tallinna.

Pamiątka z Tallinna.

Jak za czasów Hanzy.

Jak za czasów Hanzy.

Domy hanzeatyckich kupców na ulicy Pikk.

Domy hanzeatyckich kupców na ulicy Pikk.

Kościół Świętego Ducha, początek XIV w.

Kościół Świętego Ducha, początek XIV w.

Wracamy przez plac Ratuszowy.

Wracamy przez plac Ratuszowy.

Ostatnie spojrzenie na Ratusz.

Ostatnie spojrzenie na Ratusz.

Tętniący życiem Plac Vana Turg obok Ratusza.

Tętniący życiem Plac Vana Turg obok Ratusza.

Kamienice przy Vana Turg.

Kamienice przy Vana Turg.

Po powrocie Sebuś dosypia, R. zapisuje trasę, a M. z Tymusiem dzielnie myją nasz zakurzony przez jazdę po drodze dojazdowej do naszego ośrodka samochód.

Wieczorem robimy jeszcze przejażdżkę na plażę nad zatoką Lahepera w Laulasmaa. Tym razem trafiamy na nieźle (jak na estońskie warunki) zagospodarowaną plażę przy ośrodku wypoczynkowym. Na plaży piasek i drobne kamyki, prawie bez wodorostów, a w wodzie malownicze kamienie i głazy. Warunki do kąpieli z dziećmi wymarzone – jak w Balatonie – płycizna z cieplutką wodą ciągnie się ponad sto metrów od brzegu! A to wszystko około 20:00 tutejszego czasu przy temperaturze 26oC!

Na koniec podjeżdżamy jeszcze do odległego o zaledwie 5 km Keila-Joa, żeby obejrzeć piękny wodospad położony w pobliżu niewielkiego neogotyckiego dworku otoczonego parkiem. Po estońskim wodospadzie położonym zaledwie kilka km od morza nie spodziewamy się niczego wielkiego. Tymczasem naszym oczom ukazuje się naprawdę imponująca, szeroka na kilkanaście i wysoka na 6 metrów kaskada spadająca z płasko ułożonych płyt skalnych sprawiających wrażenie, jak by były zrobione z betonu. Widać, że infrastruktura turystyczna powoli się rozwija, jest plan ścieżki turystycznej, obecnie budowane są ładne mostki powyżej wodospadu, a dworek, jeszcze niedawno opisywany w przewodniku jako opustoszały, jest już odnowiony.

Sebuś co chwilę wymyśla arcyśmieszne powiedzonka i nazwy, np.: „płaszczotka-pluszczotka” to jego stara grzechotka, a gdy napastują go owady, których bardzo się boi, woła, żeby odgonić „gryzionki” albo „bzyczonki”.

Klimatyczny sklep nieopodal naszego lokum.

Klimatyczny sklep nieopodal naszego lokum.

Na plaży w Laulasmaa.

Na plaży w Laulasmaa.

Na plaży w Laulasmaa.

Na plaży w Laulasmaa.

Na plaży w Laulasmaa.

Na plaży w Laulasmaa.

Wodospad w Keila-Joa.

Wodospad w Keila-Joa.

Wodospad w Keila-Joa.

Wodospad w Keila-Joa.

30 lipca 2013, wtorek

W naszej okolicy ok. 20 st. C i przelotny (a po południu nawet ciągły) deszcz; w okolicy Parku Lahemaa nadal pięknie, ponad 25 stopni, tylko chwilami wietrznie; wieczorem ciągły deszcz

Dość długi dojazd samochodem (niemal 2 godziny i ok. 140 km w jedną stronę) do Parku Narodowego Lahemaa zostaje zrekompensowany przez bardzo urozmaiconą i niezwykle malowniczą wycieczkę.

Pierwszym punktem programu jest zespół parkowo-pałacowy w Palmse. Ta niewielka miejscowość jest siedzibą Parku Narodowego Lahemaa. Spędzamy tu dobrą godzinkę (a można by znacznie więcej), zwiedzając wnętrza XVIII-wiecznego dworku szlacheckiego (zadziwia nas obecność instrumentów muzycznych niemal w każdym pomieszczeniu! Estończycy to niezwykle muzykalny naród), ładny park w stylu francuskim i niewielką wystawę dawnych pojazdów (z ciekawym eksponatem: rowerem-drezyną). Wizyta w Palmse pozwala wyobrazić sobie, jak wyglądało życie bogatych rodów szlacheckich na tych ziemiach – odtworzono nie tylko dwór i jego wnętrza, lecz także cały zespół zabudowań ze spichlerzem, destylarnią i budynkami gospodarczymi. Wycieczka jest ciekawa również dla chłopców – podoba im się duża pozytywka, umieszczona w szafie (i uruchamiana przez obsługę dla zwiedzających), manekiny bez głowy (o, tu są głowy! – wołają chłopcy, widząc wystawę nakryć głowy w garderobie), bieganie po ogrodowych alejkach i stylowa huśtawka.

Arystokratyczna reyzdencja w Palmse (XVIII).

Arystokratyczna reyzdencja w Palmse (XVIII).

Wchodzimy do pałacu w Palmse.

Wchodzimy do pałacu w Palmse.

Oglądamy pałacowe wnętrza.

Oglądamy pałacowe wnętrza.

Sebuś zadziwiony słucha pozytywki.

Sebuś zadziwiony słucha pozytywki.

O, są ludzie bez głowy!.

O, są ludzie bez głowy!.

A tu są ich głowy! (garderoba).

A tu są ich głowy! (garderoba).

Pałacowa kuchnia.

Pałacowa kuchnia.

Pałac w Palmse.

Pałac w Palmse.

Tu można biegać!.

Tu można biegać!.

Park okalający pałac.

Park okalający pałac.

Romantyczna altanka musi być!.

Romantyczna altanka musi być!.

Budynek dawnej łaźni (obecnie restauracja).

Budynek dawnej łaźni (obecnie restauracja).

Dawny spichlerz.

Dawny spichlerz.

...mieści kolekcję starych pojazdów.

…mieści kolekcję starych pojazdów.

Na deser huśtamy się.

Na deser huśtamy się.

Z Palmse udajemy się prosto do dawnej rybackiej miejscowości Altja (po drodze zatrzymujemy się tylko na chwilę, by rzucić okiem na rokokowy dwór szlachecki [XVIII] w Sagadi)– w czasach radzieckich całą wieś wyludniła się z powodu braku dostępu do morza (dla Estończyków), za to zachowało się kilka drewnianych, krytych strzechą chałup rybackich. W jednym ze starych budynków urządzono gospodę – nie omieszkujemy zatrzymać się w niej na smaczny obiad – tradycyjne wnętrze, przyozdobione sieciami rybackimi, tworzy wyjątkowy klimat. Chłopaki nie doceniają pewnie całego otoczenia, ale za to zajmują się świetnie wtykaniem wykałaczek w koła swoich samochodzików-zabawek, łobuzując przy tym (aż za) wesoło.

Rokokowy (XVIII) dwór w Sagadi.

Rokokowy (XVIII) dwór w Sagadi.

Stara chałupa w rybackiej wsi Altja.

Stara chałupa w rybackiej wsi Altja.

Mieści się tu stylowa gospoda.

Mieści się tu stylowa gospoda.

Wnętrze pokazuje tradycję rybołóstwa.

Wnętrze pokazuje tradycję rybołóstwa.

Domowe masło i tradycyjne estońskie danie - mniam!.

Domowe masło i tradycyjne estońskie danie – mniam!.

Dawne rybackie domy w Altja.

Dawne rybackie domy w Altja.

Dawne rybackie domy w Altja.

Dawne rybackie domy w Altja.

Po obiedzie jedziemy do słynącego z piaszczystej plaży Võsu. Godzina nad morzem okazuje się największą atrakcją dla chłopców – ciepła (o dziwo cieplejsza niż w Balatonie!) woda i długa przybrzeżna płycizna stwarzają doskonałe warunki do wodnych szaleństw. R. z chłopakami budują imponujący zamek, przypominający kapadockie budowle, Sebuś cieszy się „klejącą masą” i bieganiem do „innego morza” (na głębszą wodę) po piasek, a Tymo udaje rekina  i pływając brzuchem po piasku, sieje postrach wśród morskich stworzeń. M. nie może oderwać się od aparatu – tutejsze widoki naprawdę cieszą oko, a przy tym dla nas, przyzwyczajonych do polskich plaż, są niezwykle interesujące. Bałtyk w tych okolicach przypomina raczej jezioro, brzegi są porośnięte szuwarami, nie ma fal, dno opada bardzo łagodnie.

Plaża w Vösu.

Plaża w Vösu.

Plaża w Vösu.

Plaża w Vösu.

To nie jezioro, to Bałtyk!.

To nie jezioro, to Bałtyk!.

Chłopcy w Vösu mają raj!.

Chłopcy w Vösu mają raj!.

Morze płytsze niż Balaton.

Morze płytsze niż Balaton.

W Estonii jest fajnie!.

W Estonii jest fajnie!.

Po kąpieli chłopaki w samochodzie zasypiają niemal natychmiast, więc my decydujemy się wydłużyć drogę powrotną o objechanie półwyspu Pärispea. Po drodze nie możemy oderwać oczu od malowniczych widoków. Szczególnie zapada nam w pamięć usiane głazami wybrzeże w okolicy Turbuneeme, ale w ogóle wszędzie jest pięknie – aż chciałoby się wziąć rower i pojechać przed siebie.

Usiany głazami Bałtyk w okolicy Turbuneeme.

Usiany głazami Bałtyk w okolicy Turbuneeme.

Usiany głazami Bałtyk w okolicy Turbuneeme.

Usiany głazami Bałtyk w okolicy Turbuneeme.

Po opuszczeniu Parku Narodowego Lahemaa niemal od razu psuje się pogoda. Pada aż do wieczora. Przyjeżdżamy do domku, zjadamy kolację.

Wieczorem udajemy się jeszcze na deszczowy (ale jakże miły) spacer po naszym Kallaste Talu w poszukiwaniu zasięgu sieci internetowej. Wreszcie w pobliżu głównego budynku udaje nam się sprawdzić maile i pogodę na najbliższe dni. Wieczór – jak zwykle – spędzamy z „Miolastanem” (…procentowym:)) na tarasie, słuchając szumu targanych wiatrem drzew.

31 lipca 2013, środa

Częściowe zachmurzenie i przelotne opady

Po wczorajszej długiej wycieczce dzisiaj wybieramy coś krótszego: decydujemy się dokładniej zeksplorować atrakcje turystyczne w okolicy Tallina.

Po uwinięciu się ze śniadaniem, pakowaniem itp. (co w rodzinnym składzie nie zawsze jest łatwe, tym bardziej, że wspólne wakacje to często u nas okres wzmożonych oddziaływań … hmmm … wychowawczych – niezbyt przyjemnych, ale jakże potrzebnych…) wsiadamy do samochodu i podjeżdżamy pod budynek KUMU – estońskiego muzeum sztuki współczesnej. Nowoczesna architektura sprawia, że jest na czym zaczepić oko. Następnie chłopcy dosiadają swoich dwukołowców i udajemy się na spacer po Parku Kadriorg, zagospodarowanego w XVIII w. na rozkaz Piotra Wielkiego. To bardzo dobry spacer dla wszystkich, którzy po wielkomiejskich atrakcjach (jakich pełno w Tallinie) chcą odpocząć wśród zieleni. Po drodze oglądamy niespełna 100-letni gmach pałacu prezydenckiego – obecnej siedziby prezydenta Estonii, zwracając uwagę na oryginalne stroje wartowników. Potem chłopaki szaleją chwilę po parku, objeżdżają fontannę dookoła, znajdują różne „skarby” (w postaci kamieni i kasztanów), a wreszcie dostrzegają spory teren atrakcyjnego placu zabaw, gdzie wsiąkają na dłużej.

KUMU - Estońskie Muzeum Sztuki Współczesnej.

KUMU – Estońskie Muzeum Sztuki Współczesnej.

Tallin, pałac prezydencki, XX w.

Tallin, pałac prezydencki, XX w.

Estoński wartownik.

Estoński wartownik.

Wykorzystując chwilę spokoju, M. idzie z aparatem pod Letni Pałac Kadriorg, otoczony pięknie utrzymanym ogrodem w stylu francuskim. Utrwala na zdjęciach piękne kolory tej XVIII-wiecznej budowli (nazwanej na cześć żony Piotra Wielkiego, przyszłej carycy Katarzyny I) po czym wraca do chłopaków. Tu też znajduje się coś interesującego. Plac zabaw został urządzony nieopodal dawnego budynku Pawilonu Dziecięcego (30. XX) przywodzącego na myśl dawną architekturę uzdrowiskową. Przed budynkiem znajduje się ogromny głaz narzutowy i – co skrzętnie wykorzystują chłopcy – kolorowe podwieszane hamaki, w których dzieciarnia może huśtać się do woli.

Pałac Kadriorg, XVIII w.

Pałac Kadriorg, XVIII w.

Pałac Kadriorg, XVIII w.

Pałac Kadriorg, XVIII w.

Pawilon Dziecięcy, XX w.

Pawilon Dziecięcy, XX w.

Tu wszystko jest dla dzieci.

Tu wszystko jest dla dzieci.

Plac zabaw w miejscu dawnego basenu.

Plac zabaw w miejscu dawnego basenu.

Do odwrotu z tego sympatycznego miejsca skłania nas kropiący deszcz. Przyjmujemy azymut samochód i jedziemy w poszukiwaniu miejsca, w którym można by coś zjeść. Jedziemy w kierunku tallińskiej wieży telewizyjnej, mając na uwadze, że w razie czego restaurację można znaleźć na szczycie tej poradzieckiej „perełki”.

Przejeżdżamy przez dzielnicę Pirita z portem jachtowym i ogrodem botanicznym. R. wyskakuje na chwilę przed ruinami XV-wiecznego klasztoru Św. Brygidy, gdzie cyka kilka zdjęć.

Ruiny klasztoru św. Brygidy, XV w.

Ruiny klasztoru św. Brygidy, XV w.

Ruiny klasztoru św. Brygidy, XV w.

Ruiny klasztoru św. Brygidy, XV w.

Restauracji po drodze nie wypatrujemy, więc decydujemy się przyjąć Plan B i wjechać po obiad na 22. piętro tallińskiej wieży telewizyjnej. Decyzja okazuje się niezwykle trafiona – jeżeli chodzi o gusta chłopców, ta atrakcja jest strzałem w dziesiątkę.

Wieża została odnowiona i ponownie oddana dla turystów zaledwie przed rokiem, więc jej wnętrza kryją mnóstwo multimedialnych atrakcji, które bardzo podobają się dzieciom. Chłopaki są zachwyceni już w poczekalni – wypróbowują instalację z czujnikiem ruchu odwzorowującym ruchy dłoni, która prezentuje inne wysokie budowle świata w porównaniu z tallińską „teletorn” (170/314 m).

Po wjechaniu na szczyt chłopcy wsiąkają w interaktywne ekrany (mające formę zwieszających się z sufitu kwiatów) przedstawiające „Estonian The Best”. Potem wypatrują szklany „świetlik” w podłodze, przez który można spojrzeć aż na sam dół – osobom z lękiem wysokości mogłoby się naprawdę zakręcić w głowie.

Na koniec śmieją się, że są przebrani za ogórki – przed wyjściem na zewnętrzny taras widokowy owijamy ich w dostępne dla zwiedzających zielone koce. Nam wszystko też się podoba – oczywiście największą przyjemność sprawia nam spojrzenie na aglomerację Tallina z góry, ale nowoczesny design wnętrza wieży też dostarcza miłych doznać estetycznych. Cała „teletorn” jest przykładem dobrego zagospodarowania turystycznego reliktu dawnych czasów.

Na górze jemy jeszcze smaczny (choć niewielki, a dość drogi) obiad w restauracji, podziwiając widok na talliński port i stare miasto z góry. W sumie nie żałujemy pieniędzy wydanych na bilety i uznajemy całą dzisiejszą wycieczkę za b. udaną.

Pod wieżą telewizyjną.

Pod wieżą telewizyjną.

Pod wieżą telewizyjną.

Pod wieżą telewizyjną.

A ja też jestem duży!.

A ja też jestem duży!.

I umiem skakać z wysoka!.

I umiem skakać z wysoka!.

Wieża telewizyjna - czekamy na wejście.

Wieża telewizyjna – czekamy na wejście.

Ale nie jest nudno.

Ale nie jest nudno.

Na górze same ciekawe rzeczy.

Na górze same ciekawe rzeczy.

Ładne kwiatki...

Ładne kwiatki…

Spojrzenie w 170-metrową przepaść...

Spojrzenie w 170-metrową przepaść…

Dwa ogórki podziwiają widoki...

Dwa ogórki podziwiają widoki…

Widok jest naprawdę rozległy, czasami widać Helsinki.

Widok jest naprawdę rozległy, czasami widać Helsinki.

Wzgórze Toompea i fragment Dolnego Miasta w Tallinnie.

Wzgórze Toompea i fragment Dolnego Miasta w Tallinnie.

Po południu zaczyna padać, więc udaje nam się tylko pójść z chłopcami na atrakcje w naszym Kallaste Talu – Tymo buja się na długiej linie zwieszonej z wysokiej gałęzi sosny, Sebuś skacze na trampolinie i ogląda króliczki. Wracamy już pod parasolami.

Po wyprawie. Król Szyszka na naszym tarasie.

Po wyprawie. Król Szyszka na naszym tarasie.

Estońskie pająki, Brrr!.

Estońskie pająki, Brrr!.

To lepsze niż najlepszy plac zabaw.

To lepsze niż najlepszy plac zabaw.

Wieczorem oglądamy film na tarasie, wokół zamglony wieczór i rechot żab. Jest przemiło.

Węgry, cz. IV – Tapolca, Sümeg, Heviz, Keszthely, Veszprém i Gödöllő

25 lipca 2012, środa

Do 28oC, całkiem ładnie i słonecznie, choć duszno

W planie mieliśmy wyjazd do Veszprem, ale jesteśmy już trochę znużeni zwiedzaniem kolejnych miast i długimi dojazdami, więc wybieramy miejsca położone blisko nas i bardziej interesujące dla dzieci.

Wsiadamy do samochodu w doskonałych humorach. Chłopcy śpiewają „są kule na linii [energertcznej]” na melodie różnych piosenek. To chyba zasługa porannej jajecznicy:)

Pierwszym dzisiejszym celem jest Tapolca, oferująca nie lada atrakcję: Tavasbarlang, czyli jaskinię z jeziorem, która znajduje się pod samym centrum miasta. Jaskinia powstała dzięki przepływającym pod ziemią wodom termalnym, które utworzyły system kanałów i jeziorek.

Schodzimy 73 stopnie pod ziemię i tam wsiadamy do łódek (max. 220 kg na jedną: mieścimy się wszyscy), by pokonać podziemną pętlę w malowniczych korytarzach, płynąc po przejrzystej, pięknie podświetlonej wodzie – po prostu bajka, a dla chłopców ogromna frajda!

Chłopaków najbardziej interesują … nie, nie skały i korytarze jaskini, tylko … światełka przy tabliczkach wskazujących wyjście ewakuacyjne. Wołają na nie „gumu gumu” i mają dziką frajdę, mogąc dotknąć ich gumowych elementów prosto z łódki. No proszę, kto by pomyślał, jakie tu atrakcje!

Po wyjściu z jaskini udajemy się do serca miasteczka: sympatycznego stawu młynnego otoczonego urokliwą zabytkową zabudową. Ze środka stawu wytryskuje fontanna, w wodzie pływają rybki, kręci się koło młyńskie. Bardzo urokliwie. Chłopaki zjadają drugie śniadanie na sympatycznej ławeczce przy stawie i ruszamy w dalszą drogę.

Jaskinia w Tapolcy - wchodzimy.

Jaskinia w Tapolcy – wchodzimy.

Światełka 'gumu-gumu' fascynują chłopców.

Światełka ‚gumu-gumu’ fascynują chłopców.

Ooo, tak będziemy płynąć.

Ooo, tak będziemy płynąć.

Zalane korytarze jaskiniw Tapolcy w pełnej krasie.

Zalane korytarze jaskiniw Tapolcy w pełnej krasie.

Chłopaki wypatrują światełek.

Chłopaki wypatrują światełek.

Wszystko co dobre to się szybko kończy - wychodzimy.

Wszystko co dobre to się szybko kończy – wychodzimy.

Główny plac (Fo ter) w Tapolcy.

Główny plac (Fo ter) w Tapolcy.

Idziemy do stawu młynnego.W tle rzeźba pór roku.

Idziemy do stawu młynnego.W tle rzeźba pór roku.

Staw młynny

Staw młynny

I tytułowy młyn.

I tytułowy młyn.

Na nasz drugi dzisiejszy cel obieramy Sümeg – miasteczko z górującym nad nim średniowiecznym zamczyskiem, rozłożonym dumnie na wyniesionej gdzieś ze sto metrów ponad poziom miasteczka skale. Budowla nie została zburzona i dzięki temu prezentuje się niezwykle okazale. Dodatkowo wrażenia wzmacnia osadzenie zamku na imponującym wzniesieniu.

W tłumie turystów stromą drogą podchodzimy do wrót zamczyska (chętni za opłatą mogą podjechać busem), podziwiając rozległe widoki powulkanicznego otoczenia Sümeg. Nie zwiedzamy, niestety, zamku od środka: zbliża się pora drzemki Sebka, więc decydujemy się przyjąć kurs na zamkową czardę. Obiad jest niezbyt smaczny i dość drogi, co częściowo rekompensuje kącik zabaw dla dzieci i położony nieopodal plac zabaw.

Potężny średniowieczny zamek góruje nad miasteczkiem Sumeg.

Potężny średniowieczny zamek góruje nad miasteczkiem Sumeg.

Wspinamy się do wejścia na zamek w Sumeg.

Wspinamy się do wejścia na zamek w Sumeg.

Wspinamy się do wejścia na zamek w Sumeg.

Wspinamy się do wejścia na zamek w Sumeg.

Zdobywcy już prawie u bram.

Zdobywcy już prawie u bram.

Witają nas strażnicy zamku.

Witają nas strażnicy zamku.

Panorama powulkanicznej okolicy Sumeg.

Panorama powulkanicznej okolicy Sumeg.

W drodze powrotnej Sebuś zasypia w samochodzie. Przenosimy go do łóżka, a my mamy szansę spokojnie podelektować się przepysznym węgierskim arbuzem.

Popołudnie spędzamy na inauguracyjnej kąpieli w Balatonie. Mimo niesprzyjających prognoz, pogoda jest bardzo przyjemna i bezwietrzna.

Dla nas, przyzwyczajonych do kryształowej wody jezior polskich pojezierzy, Balaton może wydać się na pierwszy rzut oka mętny i zamulony. Cóż, to w końcu jezioro błotne. Po przełamaniu pierwszych oporów kąpiel okazuje się jednak bardzo przyjemna. Długo ciągnące się płycizny są jakby stworzone dla dzieci, pływacy będą pewnie nieco mniej zadowoleni (choć my daliśmy radę też nieźle sobie popływać). Tymek chlapie się w dmuchanym kółku i trudno wyciągnąć go z wody. Sebek ocenia wodę jako za zimną, za to z upodobaniem pływa na swojej dmuchanej rybce.

Inauguracyjna kąpiel w Balatonie.

Inauguracyjna kąpiel w Balatonie.

Góruje nad nami wzgórze Św.Michała z kościółkiem.

Góruje nad nami wzgórze Św.Michała z kościółkiem.

26 lipca 2012, czwartek

Kolejny ładny dzień, do 30oC, wieczorem przelotny deszcz

Choć już niewiele nam zostało z zaplanowanych na ten wyjazd atrakcji, dzisiejsze okazały się prawdziwym deserem.

Heviz

Przedpołudnie spędzamy w najsłynniejszym węgierskim uzdrowisku, które stało się znane dzięki unikatowemu na skalę światową kilkuhektarowemu jeziorku termalnemu o pochodzeniu wulkanicznym. Zbiornik ten jest trzykrotnie (!) głębszy od Balatonu (ma 38,5 m głębokości), a zasilające go dwa źródła są tak wydajne, że całkowita objętość jeziorka (ok. 100 milionów litrów) wymienia się w nieco ponad dobę!

Obecny kompleks budynków (w naszej ocenie trochę zbyt rozbudowany, utrudniający docenienie piękna samego jeziorka) ma nieco ponad dwadzieścia lat, ale z uroków tego miejsca korzystali już prawdopodobnie Rzymianie, a uzdrowiskowa kariera Heviz rozpoczęła się około dwieście lat temu

My spędzamy tutaj cudowne trzy godziny, pławiąc się na zmianę w naturalnie ciepłej wodzie (dzisiaj ponad 30oC, w zimie tylko parę stopni mniej), podczas gdy chłopcy okupują kącik dziecięcych basenów.

Osoby, które nie potrafią pływać, albo lubią po prostu leniwie pławić się w ciepłej wodzie, nie mogą zapomnieć o dmuchanym lub „gąbkowym” kółku, które będzie ich unosić na (rzeczywiście głębokiej) wodzie (dookoła pełno straganów z takimi udogodnieniami, już w mieście uderza widok dorosłych osób zmierzających w kierunku jeziorka z dziecięcymi atrybutami w rękach:-)).

Szczególnego uroku i zapachu egzotyki dodają jeziorku sprowadzone tutaj ponad sto lat temu z Indii kwitnące różnokolorowe lotosy.

Na koniec odwiedzamy miejscową restauracyjkę, która jest dość droga, ale oferuje całkiem przyzwoite (jak na fast-food) jedzenie; dodatkowym atutem jest sąsiadujący z nią plac zabaw.

Na koniec wizyty w Heviz podjeżdżamy jeszcze w celach fotograficznych do Egregy – „winnej” dzielnicy Heviz, gdzie wśród uroczych niewielkich winnic i winiarni stoi XIII-wieczny romański kościółek Árpád-kori templom (niestety dość zaniedbany, co jednak nie odbiera mu uroku).

Kąpielisko w Heviz.

Kąpielisko w Heviz.

Wchodzimy do środka.

Wchodzimy do środka.

Słynne jeziorko termalne.

Słynne jeziorko termalne.

Budynki uzdrowiskowe nad jeziorkiem termalnym w Heviz.

Budynki uzdrowiskowe nad jeziorkiem termalnym w Heviz.

Wodę porastają lotosy.

Wodę porastają lotosy.

Lotosy - indyjskie lilie wodne.

Lotosy – indyjskie lilie wodne.

Lotosy w Heviz.

Lotosy w Heviz.

Chłopcy na kąpielisku w Heviz.

Chłopcy na kąpielisku w Heviz.

Sebuś sprawdza, czy woda w Heviz dobrze smakuje.

Sebuś sprawdza, czy woda w Heviz dobrze smakuje.

Tymo bawi się bardziej dynamicznie.

Tymo bawi się bardziej dynamicznie.

Relaks Sebusia.

Relaks Sebusia.

Chłopaki zdążyli już poderwać jakąś wodną pannę.

Chłopaki zdążyli już poderwać jakąś wodną pannę.

Tymo-kiełbaska.

Tymo-kiełbaska.

Romański (XIII) prowincjonalny kościółek w Heviz.

Romański (XIII) prowincjonalny kościółek w Heviz.

Keszthely

Po południu robimy drugie (i tym razem udane) podejście do zwiedzania tego miasta. Dziś również grozi nam nadciągająca burza, ale ostatecznie deszcz nas omija (chociaż na naszym kempingu w tym czasie padało!).

Nieco znużeni dokładnym zwiedzaniem miast, skupiamy się na pięknej rezydencji magnackiej – Pałacu Festeticsów, pochodzącym z XVIII, a przebudowanym w XIX w. Nie zwiedzamy wnętrza pałacu, ograniczając się do spaceru po otaczających budynek parkowych alejkach. Służą one chłopcom za świetne trasy rowerowo-tuptupowe (chociaż oficjalnie jazda na rowerze jest tutaj zabroniona, na szczęście Węgrzy patrzą na dzieci przychylnym okiem).

Keszthely oferuje zwiedzanie wielu, niewątpliwie ciekawych, muzeów, ale w naszym składzie i przy naszej znajomości węgierskiego wybieramy tylko jedno z nich – Muzeum Marcepanu. Oglądamy w nim kopie najwspanialszych tortów wykonanych przez właścicieli tutejszej pracowni cukieniczej, w tym m.in. tort – pałac Festeticsów! Wizytę kończymy oczywiście degustacją tutejszych specjałów – tortu marcepanowego i rolady z dodatkiem białego wina… jak już pisaliśmy – prawdziwy deser!

Po drodze na kemping zaopatrujemy się jeszcze w arbuzy i wina na pamiątkę dla siebie i jako upominki dla Dziadków.

Chłopcy nie przepuszczają okazji do pojeżdżenia choćby chwilę po przyjemnym terenie kempingu, a wieczorem Tymuś rozanielonym głosem mówi: „a pamiątki z Muzeum Marcepanu mamy w brzuszkach”…

Pałac Festetitsów (XVIII, przeb. XIX) w pełnej krasie.

Pałac Festetitsów (XVIII, przeb. XIX) w pełnej krasie.

Nadciągająca burza tylko dodała uroku pałacowym krajobrazom.

Nadciągająca burza tylko dodała uroku pałacowym krajobrazom.

Dla chłopców liczyły się jednak przede wszystkim jednoślady.

Dla chłopców liczyły się jednak przede wszystkim jednoślady.

Pałac Festeticsów od strony zachodniej.

Pałac Festeticsów od strony zachodniej.

Urocze muzeum marcepanu w Keszthely.

Urocze muzeum marcepanu w Keszthely.

Chcialoby się zjeść to wszystko...

Chcialoby się zjeść to wszystko…

...te wpaniałe torty.

…te wpaniałe torty.

... i marcepanowy pałac Festeticsów.

… i marcepanowy pałac Festeticsów.

Nie mogliśmy się oprzeć tym słodkościom...

Nie mogliśmy się oprzeć tym słodkościom…

27 lipca 2012, piątek

Przepiękny dzień, 32oC

Na dzisiaj zostało nam Veszprém, czyli miasto królowych.

W średniowieczu mieścił się tutaj dwór i włości królewskich małżonek, począwszy od szczególnie czczonej na Węgrzech królowej Gizelli – żony pierwszego króla Węgier – Stefana.

To miasto wręcz wymarzone do zwiedzania z dziećmi – cała starówka mieści się właściwie na jednej ulicy, do tego wyłączonej z ruchu samochodowego! Chłopcy szaleją więc spokojnie na swoich pojazdach, a my oglądamy m.in.: barokowy Pałac Arcybiskupi (XVIII w.), gotycką Kaplicę Gizelli (XIII w.), kolumnę morową Trójcy Świętej oraz Katedrę św. Michała, której początki sięgają XI w. (przebudowana niecałe sto lat temu w stylu neoromańskim).

Robimy krótki popas na końcu ulicy przy pomniku pierwszej węgierskiej pary królewskiej (miejsce z widokiem na północną część miasta – starówka znajduje się na naturalnym sporym wzniesieniu). Na koniec wracamy w okolice Bramy Bohaterów, zbudowanej na miejscu dawnej jedynej bramy do miasta, żeby zaliczyć główną atrakcję starówki – wejście na Wieżę Ogniową. Wieża została zbudowana w XIX w. na bazie dawnej wieży strażniczej niezachowanego do dzisiaj zamku.

Plac staromiejski w Veszprem.

Plac staromiejski w Veszprem.

Wchodzimy na starówkę Bramą Bohaterów (1. poł.XX).

Wchodzimy na starówkę Bramą Bohaterów (1. poł.XX).

Barokowy Pałac Arcybiskupi (XVIII).

Barokowy Pałac Arcybiskupi (XVIII).

Katedra św. Michała w Veszprem (przeb.XVIII i XX).

Katedra św. Michała w Veszprem (przeb.XVIII i XX).

Oglądamy veszpremską kolumnę morową.

Oglądamy veszpremską kolumnę morową.

Kaplica Gizelli (oryg.XIII).

Kaplica Gizelli (oryg.XIII).

Król Stefan i królowa Gizella czuwają nad miastem.

Król Stefan i królowa Gizella czuwają nad miastem.

Widok na wzgórze św. Benedykta.

Widok na wzgórze św. Benedykta.

Wieża ogniowa - symbol Veszpremu (początki średn.,przeb.XIX).

Wieża ogniowa – symbol Veszpremu (początki średn.,przeb.XIX).

Na wieżę ogniową wdrapują się pierwsi śmiałkowie.

Na wieżę ogniową wdrapują się pierwsi śmiałkowie.

Chłopcy na wieży ogniowej w Veszprem.

Chłopcy na wieży ogniowej w Veszprem.

Patrzymy, gdzie dziś byliśmy.

Patrzymy, gdzie dziś byliśmy.

S. i R. wypatrują pożaru.

S. i R. wypatrują pożaru.

Powoli opuszczamy starówkę w Veszprem.

Powoli opuszczamy starówkę w Veszprem.

W drodze powrotnej chłopcy z racji stosunkowo wczesnej pory chłopcy nie zasypiają, dzięki czemu udaje nam się jeszcze zahaczyć o jedną z atrakcji Parku Narodowego Balaton-felvidéki: wulkan Hegyestű w Monoszló.

Samo wzgórze od strony południowej, którą wiedzie główna droga, wygląda stosunkowo niepozornie: wulkan jest starszy od innych, wyraźniej widocznych w terenie dawnych wulkanów. Swoją wyjątkowość zawdzięcza temu, że został „przepołowiony” przez dawny kamieniołom i dzięki temu można zajrzeć do jego środka.

Ogromne, regularne, wielokątne kolumny bazaltowe utworzone przez krystalizację z zastygającej lawy robią naprawdę duże wrażenie! Dodatkową atrakcją jest możliwość wejścia na szczyt z panoramą nadbalatońskiej „krainy wulkanów”.

Na koniec zatrzymujemy się na obiad w lokalnej restauracyjce w małej miejscowości wśród malowniczych wulkanicznych wzgórz – zaskakują nas stosunkowo wysokie ceny posiłków (porównywalne z lokalami w centrach miast) – ale jakość jedzenia odpowiada cenie!

Jeden z wielu wygasłych wulkanów w okolicy Veszprem.

Jeden z wielu wygasłych wulkanów w okolicy Veszprem.

Dobrze czasem pojechać bocznymi drogami.

Dobrze czasem pojechać bocznymi drogami.

Dobrze czasem pojechać bocznymi drogami.

Dobrze czasem pojechać bocznymi drogami.

Jedna z wielu nadbalatońskich winniczek.W tle wulkan Hegyestu.

Jedna z wielu nadbalatońskich winniczek.W tle wulkan Hegyestu.

Jedna z wielu nadbalatońskich winniczek.W tle wulkan Hegyestu.

Jedna z wielu nadbalatońskich winniczek.W tle wulkan Hegyestu.

To chyba zaczarowane organy.

To chyba zaczarowane organy.

Na szczycie Hegyestu.Balaton w tle.

Na szczycie Hegyestu.Balaton w tle.

PP, czyli powulkaniczna panorama.

PP, czyli powulkaniczna panorama.

R. z S. oglądają widoki u stóp Hegyestu.

R. z S. oglądają widoki u stóp Hegyestu.

Zaslużony obiad.

Zaslużony obiad.

Wieczorem urządzamy pożegnalną kąpiel w Balatonie i z łezką w oku pakujemy się do domu… Węgry zapisały się w naszych wspomnieniach jako niezmiernie ciekawy i różnorodny kraj, a przy tym idealny do zwiedzania z dziećmi!

 

Idziemy na pożegnalną kąpiel.

Idziemy na pożegnalną kąpiel.

Pożegnalna kąpiel w Balatonie.

Pożegnalna kąpiel w Balatonie.

Pożegnalna kąpiel w Balatonie.

Pożegnalna kąpiel w Balatonie.

Teraz czeka nas już tylko pakowanie...

Teraz czeka nas już tylko pakowanie…

28 lipca 2012, sobota     

Upał, do 35 stopni

Dzień wyjazdu nigdy nie jest łatwy. Jakby zwykłej wyjazdowej chandry i pobudki o 5:00 było mało, od rana dziś rzucały się nam pod nogi kłody. Pech nr 1: zepsuty aparat M. Pech nr 2: zagotowanie lekarstw w plastikowym pojemniku i żmudne doprowadzanie do porządku palnika kuchenki elektrycznej (wniosek: nie stawiać nic nawet na nieużywanych nigdy palnikach, ale mądry Polak po szkodzie…).

Mimo wszystkich przeciwności o 7:00 udaje nam się wyjechać.

Pierwszy etap: Vonyarcvashegy-Gödöllő mija nam sprawnie, przerywany tylko mikroprzystankami na siusiu Sebka. Ok. 10:00 pora na dłuższy postój. Wysiadamy wszyscy i urządzamy sobie godzinny spacer po ogrodzie rezydencji magnackiej Grassalkavichów.

Barokowy (XVIII) pałac w Gödöllő stanowił podobno wzór dla innych rezydencji magnackich budowanych na Węgrzech i ulubione miejsce odpoczynku cesarzowej Sissi.

Słynnych fiołkowych komnat niestety nie oglądamy: chłopaków interesują zupełnie inne rzeczy: bieganie po parkowych alejkach w poszukiwaniu kałuż/ dziur/ kratek odpływowych, do których można by powrzucać kamienie. W wyniku rodzinnego kompromisu oglądamy więc pałac tylko z zewnątrz. Budynek jest pięknie odnowiony. Ogród bardzo zadbany, obsadzony kwiatami, trąci jednak nieco „nowością”: zachowało się mało starych drzew, a te które są i zasłaniają widok z ogrodu na pałac, są podejrzanie pousychane. Naszym faworytem pozostaje więc kompleks parkowo-pałacowy w Keszthely.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Barokowy Pałac Grassalkovichów (XVIII) w Godollo.

Spacer po pałacowym ogrodzie.

Spacer po pałacowym ogrodzie.

Spacerując po ogrodzie, zerkamy na pałac.

Spacerując po ogrodzie, zerkamy na pałac.

Spacerując po ogrodzie, zerkamy na pałac.

Spacerując po ogrodzie, zerkamy na pałac.

Drugi, obiadowy postój przypada w miłej, smacznej i sprawdzonej już przez nas dwa tygodnie temu restauracji Turul pod Miszkolcem. Pizza przyrządzona w prawdziwie włoskim stylu jest naprawdę warta grzechu i kusi nawet naszego sztandarowego niejadka – Sebusia.

Odcinek z Miszkolca do polskiej granicy jest uciążliwy dla kierowcy, podobnie jak ostatni etap przez Polskę do Rzeszowa. Mocno daje się nam we znaki. Odpoczywamy jeszcze tylko raz, na stacji benzynowej tuż za polską granicą (to miejsce woła o remont! Jest naprawdę nienajlepszą wizytówką naszego kraju!).

Do Dziadków docieramy ok. 19:00 mocno zmęczeni i z jednym wielkim marzeniem: położyć chłopców spać i nareszcie w spokoju napić się herbaty. Tymczasem plany krzyżuje nam dziś widocznie przeznaczony nam pech nr 3: Sebuś tak niefortunnie uderza się o kant w łazience w nosek, że musimy jechać z nim do Rzeszowa na założenie szwu. Wykończeni kładziemy się do łóżek ok. północy. Jedna dobra wiadomość: to koniec pechów na dzisiaj.

29 lipca 2012, niedziela

Burzowy upał, powyżej 30 stopni

Podróż Rzeszów-Warszawa mija nam dość sprawnie (ok. 9:15-15.30 z postojem).

Zatrzymujemy się w Iłży. Wchodzimy na zamkową wieżę i jemy obiad w sprawiającej dobre wrażenie z góry (M. wypatrywała miejsca na obiad z wieży), ale niezachęcającej „z dołu” iłżeckiej pizzerii, położonej tuż obok rynku. Jakoś tak brudno i jedzenie niesmaczne, a takie piękne miejsce… Szkoda. W ogóle całej Iłży, przecież tak urokliwej i z ciekawymi zabytkami, przydałby się lekki lifting i działania mające na celu przyciągnięcie (a nie odpychanie) turystów! Ech, szkoda gadać.

Postój pod naszym ulubionym zamkiem w Iłży.

Postój pod naszym ulubionym zamkiem w Iłży.

Musimy wejść na samą górę!.

Musimy wejść na samą górę!.

Na wieży iłżeckiego zamku.

Na wieży iłżeckiego zamku.

Udział wzięli...tyrusta Tymuś.

Udział wzięli…tyrusta Tymuś.

... i turysta Sebuś - od wczoraj kontuzjowany.

… i turysta Sebuś – od wczoraj kontuzjowany.

Wieczór pod znakiem wielkiego bałaganu i rozpakowywania. To na pewno nie ulubiony, ale niestety konieczny punkt programu. Na szczęście marzymy już o kolejnej wyprawie: w Alpy Bawarskie. Od razu weselej.

Węgry cz. III – Balatonfüred, Székesfehérvár i Tihany

22 lipca 2012, niedziela

Przed południem częściowe zachmurzenie i do 24 stopni, potem nieco chłodniej i więcej chmur

Na dziś szukamy atrakcji niezbyt wymagającej i nie za długiej – należy nam się odpoczynek po wczorajszej podróży. Wybór pada na Balatonfüred – największy kurort i najstarsze uzdrowisko na północnym brzegu Balatonu.

Przed zanurzeniem się w tłum turystów zapełniających główny deptak kurortu decydujemy się nabrać oddechu: odjeżdżamy nieco na ubocze miejscowości i urządzamy sobie spacer niebieskim szlakiem na widokowe wzniesienie Jókaiego. O, to coś, co lubimy najbardziej: miła ścieżka wijąca się wśród krzewów i liściastych drzew, spokój i naprawdę przepiękne widoki na zielonkawy Balaton ze śmiało wcinającym się weń Półwyspem Tihany.

Na szczycie zastajemy grupki turystów i drewnianą wieżę widokową, z której cieszymy oczy sielskimi widokami. Chłopaki wcinają po kanapce i wybierają co większe kamienie ze szczytu (no tak, dla każdego coś miłego).

Wracamy zdecydowanie częściej uczęszczanym i bardziej kamienistym szlakiem zielonym, kończącym się przy największej nad Balatonem 120-metrowej Jaskini Loczy. Do samej jaskini niestety nie wchodzimy, bo trzeba by czekać na przewodnika, który właśnie oprowadza inną grupę, a chłopcy się niecierpliwią.

Po odetchnięciu zielenią i nacieszeniu oczu widokami pora na obowiązkowy punkt programu: wizytę w turystycznym centrum Balatonfüred. Co prawda przeciskanie się po zatłoczonych i głośnych deptakach nie należy do naszych ulubionych wakacyjnych atrakcji, a chłopaki nie ułatwiają nam zadania, jeżdżąc szaleńczo na swoich rowerkach prawie-nie-zawsze tam, gdzie trzeba, ale trzeba przyznać, że miasteczko jest urokliwe. Czarująca jest głównie nadbrzeżna, wysadzana drzewami i obsadzona kwiatami promenada Tagorego z widokiem na porcik jachtowy i z fontanną w formie słupów wodnych wytryskujących z chodnika (o, to najfajniejsze dla chłopców!). Odwiedzamy również główny plac uzdrowiska, Gyógy tér, ze źródłem Kossutha oraz z budynkiem uzdrowiskowym i z bryłą szpitala kardiologicznego oraz klasycystyczny (poł. XIX) Okrągły Kościół.

Na zakończenie jemy dość drogi, choć smaczny obiad w „tarasowej” restauracji położonej przy głównej promenadzie. Oczekując na jedzenie, chłopaki wypatrują „wieloryb” pływających wśród innych kolorowych rybek w oczku wodnym. Po obiedzie, wsadzeni do samochodu, natychmiast obaj zasypiają.

Wejście na Wzgórze Jokaiego w Balatonfured.

Wejście na Wzgórze Jokaiego w Balatonfured.

Widok na balatoński Półwysep Tihany.

Widok na balatoński Półwysep Tihany.

Wejście na Wzgórze Jokaiego w Balatonfured.

Wejście na Wzgórze Jokaiego w Balatonfured.

Na szczycie Wzgorza Jokaiego.

Na szczycie Wzgorza Jokaiego.

Wchodzimy na wieżę widokową.

Wchodzimy na wieżę widokową.

Widok na Półwysep Tihany ze szczytu Wzgórza Jokaiego.

Widok na Półwysep Tihany ze szczytu Wzgórza Jokaiego.

Wejście do Jaskini Loczy.

Wejście do Jaskini Loczy.

Gyogy ter, Balatofured, w tle źródło Kossutha.

Gyogy ter, Balatofured, w tle źródło Kossutha.

Horvath-haz, Balatonufured.

Horvath-haz, Balatonufured.

Zabudowa hotelowo-uzdrowiskowa Balatonufured.

Zabudowa hotelowo-uzdrowiskowa Balatonufured.

Willa Maurycego Jokaiego.

Willa Maurycego Jokaiego.

Klasycystyczny (XIX) kościół w Balatonufured.

Klasycystyczny (XIX) kościół w Balatonufured.

Promenada Tagorego w Balatonufured.

Promenada Tagorego w Balatonufured.

Balaton z Balatonufured.

Balaton z Balatonufured.

Balatonufured.

Balatonufured.

Balatonufured.

Balatonufured.

Po południu S. dosypia, a R. i T. robią uzupełniające zakupy, dziwując się egzotycznym dla nas węgierskim nazwom podstawowych produktów spożywczych.

Późne popołudnie spędzamy na spacerze po terenie naszego kempingu; chłopcy zajmują się swoimi ulubionymi czynnościami – wrzucaniem kamyków do wody i szaleństwami na dwukołowcach… (Tymo świetnie robi wiraże hamując rowerem, a Seba uroczo próbuje go naśladować na tuptupie… )

 

Oto dwaj dzielni ratownicy.

Oto dwaj dzielni ratownicy.

Być jak ptak.

Być jak ptak.

23 lipca 2012, poniedziałek

Piękny dzień, 30 stopni, wieczorem komfort termiczny

Odpoczęliśmy już po transferze, a do wyjazdu zostało jeszcze kilka dni, więc dziś decydujemy się na naszą najdłuższą zaplanowaną wycieczkę: do Székesfehérvár (ok. 140 km w jedną stronę, ale większość autostradą).

Székesfehérvár, zwany też Miastem Królów, ma szczególne znaczenie dla Węgrów z racji na 1000-letnią tradycję państwową: miasto było pierwszą stolicą kraju, tu też znajduje się grób św. Stefana, pierwszego króla.

My oglądamy miasto z nieco innej perspektywy – wypatrujemy miejsc, w których chłopcy mogliby w miarę bezpiecznie poszaleć na rowerkach, a jednocześnie ciekawych dla nas.

Główny plac miasta, Városház tér (Plac Ratuszowy), na szczęście nadaje się do tego doskonale. Chłopaki jeżdżą dokoła symbolizującego władzę królewską pomnika w kształcie królewskiego jabłka (a potem wzorem innych dzieci biegają w nim dookoła), a my mamy chwilę by rzucić okiem na urodziwe barokowe budynki Domu Hiemera (XVIII w.), żółtego pałacu biskupiego, zbudowanego z cegieł z dawnej średniowiecznej katedry, ratusza. M. uwiecznia też na zdjęciach XVIII-wieczny kościół franciszkanów oraz dostojną katedrę św. Stefana (pocz. XIII, przeb. barokowa XVIII w.) wraz z położoną tuż obok średniowieczną kaplicą św. Anny. Na odchodnym spoglądamy na ruiny średniowiecznej katedry (wysadzonej przez Turków) z XI-wiecznym sarkofagiem króla Stefana.

Aha, w centrum miasta oglądamy też zachowaną w formie niewielkiego skansenu dawną dzielnice serbską – ale to głównie dlatego, że błądzimy trochę, dochodząc z naszego parkingu na starówkę. Widać czasem ciekawiej jest pobłądzić:)

Dzielnica serbska, Szekesfehervar.

Dzielnica serbska, Szekesfehervar.

Dom Hiemera (XVIII).

Dom Hiemera (XVIII).

A co to za jeden.

A co to za jeden.

Barokowy ratusz w Szekesfehervar.

Barokowy ratusz w Szekesfehervar.

Pałac biskupi (kon. XVIII), Szekesfehervar.

Pałac biskupi (kon. XVIII), Szekesfehervar.

Plac ratuszowy, w tle kościół cystersów, Szekesfehervar.

Plac ratuszowy, w tle kościół cystersów, Szekesfehervar.

Katedra Św. Stefana (pocz. XIII, przeb. XVIII barokowa).

Katedra Św. Stefana (pocz. XIII, przeb. XVIII barokowa).

Ruiny średniowiecznej katedry w Szekesfehervar.

Ruiny średniowiecznej katedry w Szekesfehervar.

Dziś hańbimy się całkowicie nieklimatycznym obiadem pod znakiem literki M przy centrum handlowym. Cóż, przynajmniej szybko i niedrogo, a chłopaki dostają jakieś jeżdżące kury, które na kilka minut skutecznie ich zajmują.

Druga część zwiedzania Székesfehérvár to oglądanie romantycznie gargamelowatego zamku Boryego (Bory-vár). Tradycyjnie błądzimy przy dojeździe – dojazd do atrakcji turystycznych bywa na Węgrzech, niestety, nie najlepiej oznaczony. Ok. stuletnia budowla została wzniesiona przez rzeźbiarza i architekta J. Boryego jako wyraz miłości dla jego żony (jej, ja też bym tak chciała… Romuś, zbuduj mi coś takiego…). Niezależnie od niepochlebnych opinii krytyków na temat kiczowatego wyglądu zamku, trzeba przyznać, że przechadzanie się po nim naprawdę cieszy oczy, a sam zameczek wraz z dziedzińcami stanowi niezwykle wdzięczny temat fotograficzny. To też świetne miejsce dla rodzin z dziećmi – chłopcy chętnie przechadzają się po zamkowych zakamarkach i słuchają wymyślonych naprędce przez M. bajkowo-zamkowych tajemniczych opowieści (o słoniu drapiącym w głowę, o Shreku ukrytym w iglakach, o lwach ryczących raz na sto lat…). Pełni szczęścia dopełniają lizaki w dziobkach. Wracamy z wycieczki z głowami pełnymi wrażeń.

Zamek Bory-var.

Zamek Bory-var.

Zamek Bory-var.

Zamek Bory-var.

Bajkowy obrazek.

Bajkowy obrazek.

Słoń drapiący po glowie.

Słoń drapiący po glowie.

Z deszczu pod rynnę.

Z deszczu pod rynnę.

Zamek Bory-var.

Zamek Bory-var.

Kiedy mężczyza kocha kobietę.

Kiedy mężczyza kocha kobietę.

Tymo i Seba wśród królów węgierskich.

Tymo i Seba wśród królów węgierskich.

Zamek Bory-var z góry.

Zamek Bory-var z góry.

Schody na wieżę.

Schody na wieżę.

Po południu trochę się chmurzy i wieje, więc rezygnujemy z inauguracyjnej kąpieli w Balatonie na rzecz spaceru po okolicy.

Wchodzimy na górującą nad naszym kempingiem górę św. Michała z malowniczo położonym na niej białym kościółkiem (piękne widoki na Balaton), a potem wracamy po rowerki i urządzamy sobie przechadzko-przejażdżkę po biegnącej dookoła Balatonu ścieżce rowerowej.

Trzeba przyznać, że cała okolica jest bardzo dobrze zagospodarowana turystycznie i jest świetnym miejscem do aktywnego wypoczynku. Rowerzystów widać niemal na każdym kroku. Fajnie, za parę lat chłopcy podrosną i my też będziemy mogli przesiąść się na rowery!

Wzgórze Św. Michała, Vonyarcvashegy.

Wzgórze Św. Michała, Vonyarcvashegy.

Balaton i nasz kemping z góry.

Balaton i nasz kemping z góry.

Kościółek na szczycie wzgórza Św. Michała.

Kościółek na szczycie wzgórza Św. Michała.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Brzeg Balatonu.

Brzeg Balatonu.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Spacer rowerowy po Vonyarcvashegy.

Wieczorny widok z tarasu...

Wieczorny widok z tarasu…

24 lipca 2012, wtorek

31oC, pięknie, a po południu burza z ulewą

 Dzisiejsza wycieczka to sztandarowa atrakcja pobytu nad Balatonem – półwysep Tihany.

Naszym pierwszoplanowym celem nie jest jednak wioska Tihany, tylko Geizir mező – położone na południu półwyspu wzgórze, usiane pozostałościami po dawnych gejzerach (cały półwysep ma pochodzenie wulkaniczne, a dwa tutejsze jeziorka powstały w dawnych kraterach).

Dość skomplikowane okazuje się dotarcie do naszego celu – podjeżdżamy na koniec wyspy w okolice przeprawy promowej i parkujemy na, o dziwo, darmowym parkingu po lewej stronie. Problemy zaczynają się, gdy okazuje się, że dojście do naszego szlaku prowadzi przez teren ogromnego ośrodka wypoczynkowego Club Tihany, który jest ogrodzony aż do samego jeziora… Na szczęście bez problemu wchodzimy przez główną bramę, przy której ochroniarz instruuje nas dokładnie, jak dojść do furtki, którą przechodzi szlak (zresztą przez cały teren prowadzą znaki szlaku).

Sam szlak jest bardzo dobrze oznakowany. Od razu dość stromo wyprowadza nas na Gejzir mező, gdzie wita nas pierwszy gejzer (czyli po węgiersku – ku uciesze chłopaków – kúp:-).

Odnajdujemy kilka „kúp”, które zwykle są po prostu wyraźnymi pagórkami ze skałkami na wierzchołku; może nie są zbyt spektakularne, ale na pewno bardzo oryginalne i warte spaceru! (być może bardziej widowiskowy byłby Aranyház – Złoty Dom, nazwany tak od koloru pokrywających go porostów, ale dzisiaj było to dla naszej czwórki za daleko).

Najważniejsze, że na szlaku jest dziś bardzo spokojnie (przez ok. półtorej godziny spotykamy tylko kilka osób), można naprawdę poobcować z tutejszą przyrodą (zupełnie inna roślinność niż u nas, głównie liściasta, podobne tylko dęby, choć ok. 3 razy mniejsze niż nasze). Przy ostatnim z gejzerów robimy miły popas, a potem schodzimy w kierunku zielonego szlaku, omijając główną kulminację wzniesienia.

Urok naszej wycieczki doceniamy w pełni, docierając do centrum miejscowości Tihany, gdzie przelewają się prawdziwe tłumy turystów… Nasi chłopcy zdążają na szczęście zasnąć już podczas objazdu bocznych dróżek wyspy w poszukiwaniu ładnych ujęć na jeziorko Belső-tő, więc teraz M. wyskakuje i robi szybki spacer z aparatem, utrwalając budynki opactwa benedyktyńskiego istniejącego tutaj od XI w (obecnie w wystroju barokowym) oraz tutejsze zagrody zbudowane z wulkanicznego tufu i kryte strzechą.

Szlakiem wygasłych gejzerów, Tihany.

Szlakiem wygasłych gejzerów, Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Wygasłe gejzery na Półwyspie Tihany.

Jezioro Zewnętrzne w dawnym kraterze wulkanu, Tihany.

Jezioro Zewnętrzne w dawnym kraterze wulkanu, Tihany.

Jezioro Zewnętrzne w dawnym kraterze wulkanu, Tihany.

Jezioro Zewnętrzne w dawnym kraterze wulkanu, Tihany.

Opactwo benedyktynów (XI, przeb. XVIII barokowe), Tihany.

Opactwo benedyktynów (XI, przeb. XVIII barokowe), Tihany.

Opactwo benedyktynów (XI, przeb. XVIII barokowe), Tihany.

Opactwo benedyktynów (XI, przeb. XVIII barokowe), Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Sielska zabudowa Tihany.

Paprykowy raj.

Paprykowy raj.

Ruiny średniowiczenego kościółka Ujlaki, Tihany.

Ruiny średniowiczenego kościółka Ujlaki, Tihany.

Po południu mieliśmy zamiar nareszcie wykąpać się w Balatonie, ale plany pokrzyżowała nam pogoda (burza i znaczne ochłodzenie). Pojechaliśmy więc do Keszthely na zwiedzanie, ale niestety znowu się rozpadało, a Muzeum Marcepanu z cukiernią, gdzie chcieliśmy przeczekać deszcz, było zamknięte… W końcu skończyło się na pojeżdżeniu po terenie kempingu na rowerze i tuptupie (głównie na przejeżdżaniu przez kałuże po ulewie…). Też było fajnie!

Litwa – Rumszyszki i Wilno (po raz drugi)

 

12 lipca 2011, wtorek

Po wieczornej burzy rano opady, potem się wypogadza, 24 stopnie

Wycieczka do skansenu w Rumszyszkach

To największe muzeum tradycyjnej architektury na Litwie. Faktycznie, teren jest ogromny – pokonanie „pełnowymiarowej” pętli wymaga przejścia aż 7 km. My trochę trasę skracamy, ale mimo to nasz spacer ma i tak z 5 km. 5-letni Tymo bez problemu całą drogę przechodzi na własnych nogach. Po raz kolejny nas zadziwia – ale turysta nam rośnie! Sebuś też dużą część spaceru idzie sam, polując na kamyczki i bajora lub kałuże (od których potem nie można go odciągnąć). Continue reading

Litwa – Kowno, wzgórza, grodziska i kosmos!

 

 

8 lipca 2011, piątek

Nareszcie piękny, słoneczny dzień, 26 stopni

Wycieczka do Auksztockiego Parku Narodowego

Atrakcje przyrodnicze od zawsze interesowały nas co najmniej w równym (jeśli nie w większym) stopniu co architektoniczne. Będąc na Litwie, nie mogliśmy nie odwiedzić słynącego z pięknych krajobrazów Auksztockiego Parku Krajobrazowego.

Przejeżdżamy przez Łabonary z drewnianą zabudową, potem już tylko lasy, droga góra-dół, jeziora i rozrzucone zabudowania wiejskie. Bajka.

Same Auksztoty charakterem przypominają nam Suwalski Park Krajobrazowy, są tylko dużo bardziej odludne. Świetne miejsce na kajak i na rower. To raj dla turystów – aż dziwne, że jest ich tu tak niewielu – na Litwę nie dotarła jeszcze  chyba moda na masową turystykę – niewiele tu oznakowanych szlaków – doceniamy, jaką robotę zrobiło nasze PTTK.

Pierwszy postój urządzamy sobie w miejscowości Ginučiai. Jest tu fajny XIX-wieczny budynek młyna, obok można sią kąpać w darmowym jacuzzi. Chłopcom podoba się jednak najbardziej wrzucanie kamyczków do jeziora – to ostatnio pasja Sebcia.

Drugi postój robimy pod Górą Lodową (Ladakalnis), która jest miejscem dawnego kultu Łady. Warto wejść na to wzniesienie, wejście i okolice szczytu są świetnie zorganizowane pod turystów, dodatkowy atut to piękny widok na jeziora ze szczytu. Sebuś wchodzi i schodzi na własnych nogach! Coraz lepszy z niego kumpel!

Po raz trzeci i ostatni zatrzymujemy się pod pozostałościami grodziska (piliakalnis). Mają one postać trzech dość stromych pagórków, na które można wejść po drewnianych schodkach. Wchodzimy na najwyższy. Sebuś znów w większości sam na nóżkach. Ale się rozwinął w ciągu ostatniego pół roku! Tymo to turysta na 102. Ciekawy wszystkiego, kipi energią, nie marudzi. Na każdą wyprawę bierze ekwipunek – plecaczek ze swoimi „vipami” – zabawkami.

Po południu wreszcie robimy sobie prawdziwe powitanie z jeziorem – wszyscy czworo z wielką przyjemnością chodzimy po wodzie. Sebuś najpierw trochę się bał zimnej wody, ale już po chwili nie można go było z niej wyciągnąć.

Wieczorem jeszcze przeganiamy chłopaków na spacer. Wszystko jest miło aż do czasu aż obaj wchodzą w błotnistą kałużę, przemaczają buty, więc zaganiamy towarzystwo do domu.

Drewniane Łabonary.

Drewniane Łabonary.

Typowy element litewskiego pejzażu.

Typowy element litewskiego pejzażu.

Na Lodową Górę - Auksztocki Park Narodowy.

Na Lodową Górę – Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Na Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Na Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Sebuś schodzi SAM.

Sebuś schodzi SAM.

Do 'naszych' bocianów.

Do ‚naszych’ bocianów.

Do 'naszych' bocianów.

Do ‚naszych’ bocianów.

9 lipca 2011, sobota

Dalej piękna pogoda, 28 stopni i słońce

Dzisiejszą wycieczką zaczynamy zdobywać Koronę Europy!

Wycieczka na Górę Józefową (292 m n.p.m.) i Górę Auksztocką (294 m n.p.m.) – najwyższe wzniesienia Litwy

Wysokości względne nie powalają, no i to od nas kawał drogi (prawie 100 km w jedną stronę), ale idea Korony Europy zwycięża! Dojazd kiepsko oznaczony, dojeżdżamy chyba tylko dzięki ściągniętej wcześniej mapie z Internetu.

Na obu „szczytach” ustawiono tablice informacyjne i kamienie; na Górze Józefowej jest też drewniany Mendog na słupie. Góra Auksztocka kilka lat temu okazała się wyższa od Józefowej, dlatego teraz w szczególny sposób oznaczone są oba wzniesienia. Spacer polnymi drogami między „górami” jest bardzo miły – spotykamy stado owiec, ale żadnych ludzi. Obaj chłopcy beczą po drodze jak dorodne baranki. Na „szczycie” Góry Auksztockiej urządzamy sobie bardzo miły popas – karmienie, przewijanie, oglądanie chmur i takie tam, a dookoła pola, lasy, owieczki i rozrzucone pojedyncze gospodarstwa.

Popołudnie nad Jeziorem Bebrusai

Dziś po raz pierwszy kąpiemy się w naszym jeziorze. Nam nawet udaje się przepłynąć na zmianę i zjechać z „saunowej” zjeżdżalni.

Wieczorem przeganiamy jeszcze towarzystwo na spacer.

Góra Józefowa - 293 m n.p.m.

Góra Józefowa – 293 m n.p.m.

Góra Józefowa.

Góra Józefowa.

Pomnik Mendoga na Górze Józefowej.

Pomnik Mendoga na Górze Józefowej.

Na Górę Auksztocką.

Na Górę Auksztocką.

Góra Auksztocka (294 m n.p.m.) - najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka (294 m n.p.m.) – najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka - najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka – najwyższy punkt Litwy.

Jezioro Bebrusai - Ilankos Sodyba.

Jezioro Bebrusai – Ilankos Sodyba.

Na Jeziorze Bebrusai.

Na Jeziorze Bebrusai.

Motylek.

Motylek.

10 lipca 2011, niedziela

Rano mgła, potem upał

Rano M. i R. rozkładają się na anginę. Ale jesteśmy udane egzemplarze… Na szczęście antybiotyki mamy przy sobie.

Wycieczka do Kowna (9:40-16:40)

Jesteśmy ciekawi tego drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta na Litwie. Kowno bardzo nam się podoba, kto wie, czy z wycieczki nie przywozimy nawet bogatszych wrażeń niż z Wilna.

Parkujemy na Placu Ratuszowym i pierwsze kroki kierujemy do pozostałości kowieńskiego zamku (XIV w). Tymo z chęcią wchodzi na hurdycję. Seba gustuje we wrzucaniu kamyków do fosy. Z baszty wypatrujemy XV-wieczny kościół św. Jerzego (obecnie w ruinie). Po zwiedzeniu zamku zahaczamy też o XVII-wieczny kościół św. Trójcy, dawny klasztor bernardynek.

Trasa naszego dalszego spaceru wiedzie przez plac ratuszowy z pięknym ratuszem, zwanym „Białym Łabędziem” (XVI, przeb. XVIII w), kościołem jezuitów (XVII w) i pięknymi kamieniczkami (wiele gotyckich i renesansowych). Niedaleko ratusza znajduje się tzw. Dom Perkuna, zbudowany w stylu gotyku płomienistego.

Potem ruszamy Aleją Wolności – przyjemnym deptakiem – w kierunku kościoła św. Michała Archanioła (XIX w) o wyglądzie cerkwi. Chłopcom podoba się zwłaszcza fontanna, do której Sebuś namiętnie wrzuca zeschłe liście. Wypatrujemy znajdującą się tuż obok miłą własną knajpkę, do której wstępujemy na obiad. Tymo dosłownie pochłania spaghetti i sporą część lasange. Mówi, że jest „głodny jak trzy wilki”.

Po obiedzie wjeżdżamy kolejką linowo-terenową na Górę Zieloną. Pan w kasie mówi po polsku. Wierzchołek zaniedbany. Sebuś upodobał sobie ogromną kałużę, do której tak namiętnie wrzucał kamyczki, że aż w końcu cały się przemoczył. T. i R. wjeżdżają na wysoką wieżę ogromnego kościoła Zmartwychwstania (XX w) i oglądają Kowno i M. i S. z góry.

Wracamy m.in. staromiejską ul. Wileńską. Sebuś kilka razy zrzuca z głowy czapkę, po którą potem musimy się wracać. Mimo takich atrakcji próbujemy oglądać miasto – m.in. gotycką ogromną archikatedrę św. św. Piotra i Pawła i XVI-wieczne kamienice.

Tymo cały ogromny spacer (ponad 5 km po mieście) przeszedł na własnych nogach – jesteśmy z niego tacy dumni!

Po południu chłopcy zdążają się jeszcze wykąpać w jeziorze – obaj to uwielbiają. Na brzeg przypływa łabędź z młodymi.

Wieczorem czas na atrakcję dnia – urodziny Mikusia (maskotki). Przyrządzamy tort wg przepisu Tyma – bułka z nutellą i  kawałkami czekolady (piętrowa). Śpiewamy „Sto lat” i wręczamy Mikusiowi prezenty. Takie chwile wynagradzają nam całe zmęczenie. Potem Tymo mówi, że mama jest „najpiękniejsza, jak różyczka”…

Ratusz ,,Biały Łabędź'', XVI w.

Ratusz ,,Biały Łabędź”, XVI w.

Zamek Kowieński, XIV w.

Zamek Kowieński, XIV w.

A Sebuś swoje... kamyczki.

A Sebuś swoje… kamyczki.

Nasza restauracja na Al. Wolności.

Nasza restauracja na Al. Wolności.

Ul. Mickiewicza.

Ul. Mickiewicza.

Kolejką linowo-terenową na Zieloną Górę.

Kolejką linowo-terenową na Zieloną Górę.

Kościół Zmartwychwstania, XX w.

Kościół Zmartwychwstania, XX w.

Taras widokowy na dachu Kościoła Zmartwychwstania.

Taras widokowy na dachu Kościoła Zmartwychwstania.

Kowieńska Starówka z Zielonej Góry.

Kowieńska Starówka z Zielonej Góry.

Archikatedra Św. Piotra i Pawła, XV-XVII w.

Archikatedra Św. Piotra i Pawła, XV-XVII w.

Kamieniczki i Archikatedra z Placu Ratuszowego.

Kamieniczki i Archikatedra z Placu Ratuszowego.

Kąpiel w Jez. Bebrusai (2).

Kąpiel w Jez. Bebrusai (2).

 Jezioro Bebrusai

Jezioro Bebrusai

Piąte urodziny Mikusia...

Piąte urodziny Mikusia…

Chłopcy dokazują na tarasie, a tata pilnuje...

Chłopcy dokazują na tarasie, a tata pilnuje…

11 lipca 2011, poniedziałek

Słońce, 29 stopni

Na mapie naszych najbliższych okolic – Łabonarskiego Parku Regionalnego – wypatrujemy coś o frapującej nazwie „muzeum etnokosmologiczne”. Musimy sprawdzić, co się za tym kryje!

Muzeum Etnokosmologiczne w Łabonarskim Parku Regionalnym

Wycieczka okazuje się pierwszorzędna. Architektura muzeum przypomina połączenie statku kosmicznego z konstrukcjami z magnesowych klocków chłopców. „Etnokosmologia stanowi ogół związków wizualnych, emocjonalnych, etnicznych, duchowych, poznawczych, pragmatycznych,
prognostycznych i ontologicznych ze Światem Kosmicznym” – czytamy na stronie internetowej muzeum (http://www.etnokosmomuziejus.lt; jest wersja polska!). Te właśnie związki można badać na miejscu, w muzeum. Coś jest niejasne? Trzeba samemu przyjechać i zobaczyć na własne oczy!

Teren przyjemnie zorganizowany, z ciekawym ogrodem z tyłu. Wjeżdżamy na samą górę konstrukcji, skąd oglądamy przepiękną panoramę okolic Molet i Auksztotów (udaje nam się odnaleźć nawet Ladakalnis!). Miły przewodnik próbuje nam coś opowiadać po angielsku. Sebuś całe zwiedzanie przesypia w wózku.

Do muzeum można przyjechać na nocne zwiedzanie i pooglądać gwiazdy. Ktoś miał świetny pomysł!

Wycieczka na Kulionių piliakalnis

To drugi punkt programu. Miła ścieżka przez las i mostek nad jeziorem doprowadza nas na szczyt dawnego grodziska. Rozkładamy się na popas na kocyku. Obok ładna drewniana rzeźba kobiety z ptakiem. Sebuś rozkręca i wylewa na siebie cały płyn na komary… O rety…

Kąpiel w naszym jeziorze

Jeszcze przed południem chłopcy zdążają się pochlapać w wodzie.. Sebcik już sam wchodzi do wody i pluska się jak mała rybka, Tymo „pływa” w rękawkach – to już poważna sprawa. My nadzorujemy wszystko z brzegu.

Wieczorem tradycyjnie wybieramy się na spacer po naszej okolicy, wśród pól, łąk, pojedynczych domków. Widzimy bocianie gniazdo na … sośnie. Szaukszteliszki to naprawdę miłe, spokojne okolice. Chłopaki mają coraz więcej krzepy.

Muzeum Etnokosmologiczne k. Malatów.

Muzeum Etnokosmologiczne k. Malatów.

...Obcy nadchodzą!.

…Obcy nadchodzą!.

Muzeum Etnokosmologiczne.

Muzeum Etnokosmologiczne.

Muzeum Etnokosmologiczne - na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne – na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne - na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne – na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne - ogród.

Muzeum Etnokosmologiczne – ogród.

W drodze na Kalioniu Piliakalnis.

W drodze na Kalioniu Piliakalnis.

Popas na Kalioniu Piliakalnis.

Popas na Kalioniu Piliakalnis.

Kąpiel w Jeziorze Bebrusai (3).

Kąpiel w Jeziorze Bebrusai (3).

Przedwieczorny spacer w naszej okolicy.

Przedwieczorny spacer w naszej okolicy.

Litwa – Kiernów, Wilno, Troki

 

 2 lipca 2011, sobota

W Warszawie 18 stopni i deszcz, w Kownie 28 stopni – front jeszcze tu nie dotarł

Warszawa – Szaukszteliszki (Šaukšteliškiai) nad Jeziorem Bebrusai,
7:20-17:20, 530 km

Byliśmy nastawieni na długą drogę z licznymi postojami, a tymczasem przejechało nam się naprawdę świetnie. Przeszkadzały tylko intensywne opady deszczu w pierwszej części drogi. Najpierw drogą na Białystok, potem na Łomżę (z postojem na drugie śniadanie w McD). Potem chłopcy zasnęli, więc udało nam się – o dziwo – pociągnąć aż 250 km i dojechać aż do Kowna. W Kownie zaszliśmy do centrum handlowego przy obwodnicy, gdzie strzelamy sobie pizzę w przyjemnej restauracji obok ogromnego akwarium z morskimi rybami. Ostatni odcinek – przez Wilkomierz (Ukmerge) prowadzi aż na miejsce.

Zakwaterowujemy się w miłym, drewnianym, dużym (i bardzo niedrogim!) domku w Szaukszteliszkach nad Jeziorem Bebrusai. Warto było przewertować setki stron w Internecie przed wyjazdem! W ośrodku takich domków jest więcej, między nimi prowadzą miłe dróżki, jest też plac zabaw nad jeziorem, bardzo przyjemne kąpielisko i … nawet sauna ze zjeżdżalnią prosto do zimnej wody!

Kładziemy chłopców spać i opanowujemy bagaże. Kładziemy się spać zupełnie wykończeni.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Nasze lokum - wokół zielono

Nasze lokum – wokół zielono

Ścieżka prosto do jeziora.

Ścieżka prosto do jeziora.

Jezioro Bebruszai.

Jezioro Bebruszai.

3 lipca 2011, niedziela

Cały dzień deszcz i 15 stopni – front przyszedł na Litwę za nami. O rety…

Rano wyglądamy za okno i się załamujemy – jest zimno i leje. Na pierwszą wycieczkę wybieramy więc – ta dam – supermarket Maxima pod Moletami (Moletai). I tak na miejscu musimy zrobić zakupy, przynajmniej będzie z głowy. Po powrocie dalej pada, więc wykorzystujemy czas na dokładniejsze zaplanowanie wyjazdu.

Popołudniowa wycieczka do Ornian (Arnionys)

Deszczowo w dalszym ciągu, ale siedzieć w domku jakoś nie potrafimy. Decydujemy się na samochodową wycieczkę do Ornian, żeby zobaczyć pałac Tyszkiewiczów z 1800 r. Na miejscu dalej pada, teren pałacu ogrodzony i zaniedbany, w dodatku chłopcy posnęli nam w samochodzie, więc robimy tylko szybkie zdjęcie z samochodu i zawracamy.

W drodze powrotnej robimy jeszcze zdjęcie drewnianego XVIII-wiecznego kościoła w Intrukach. Cały czas pada… Nieudaną wycieczkę w pewnym stopniu rekompensują nam piękne widoki za oknem – droga z Molet do Ornian jest bardzo malownicza – wszędzie górki i dołki („droga nam się kończy!” – krzyczy Tymuś), zielono, jeziornie i mało ludzi. Do tego kręto i asfalt na jedno koło.

Wieczorem – hura! – wreszcie przestaje padać i udaje nam się pójść na rekonesans nad nasze jezioro. Witamy się z łabędziem. Chłopcy z zapamiętaniem – o zgrozo – grzebią rękami w kałużach.

Palac Tyszkiewiczów, 1800 r, Orniany (Arnionys).

Palac Tyszkiewiczów, 1800 r, Orniany (Arnionys).

Powitanie Jeziora Bebruszai.

Powitanie Jeziora Bebruszai.

A chłopcy grzebią sie w wodzie.

A chłopcy grzebią sie w wodzie.

4 lipca 2011, poniedziałek

Lepiej! 20 stopni i przebłyski słońca

Wycieczka do Kiernowa (Kernave)

Dzisiejszy dzień w pełni wynagradza nam wczorajszy. Całej wycieczce na 5-stopniowej skali atrakcyjności dajemy 5!

Ten ważny dla tożsamości narodowej Litwinów rezerwat archeologiczny obejmuje 5 grodzisk-wzgórz z ok. XI w. Na cztery można wejść po drewnianych schodkach, co bardzo podoba się Tymusiowi. My chcemy wejść tylko na jedno grodzisko, ale Tymo nie przepuszcza okazji – koniecznie musimy wejść na wszystkie. Ale z niego turysta!

Sebuś też spisuje się na medal, choć nieco inne rzeczy go interesują – np. fascynuje się kamyczkami w pozostałościach pierwszego chrześcijańskiego kościoła.

W ogóle same dojazdy samochodem na wycieczki są na Litwie bardzo przyjemne – za oknem jest bardzo zielono i na trasach przelotowych częściej spotykamy bociany niż domy.

Po południu idziemy na spacer na kemping położony niedaleko naszej mety. Sebuś połowę drogi przechodzi na własnych nóżkach! Trudno go tylko odciągnąć od błotnistych kałuż, przy których kuca i do których z namaszczeniem wrzuca kamyczki. A Tymo mu towarzyszy… Ratunku!

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

04. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

05. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

06. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

07. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

08. Tymo 'zaliczył' wszystkie gordziska!.

Tymo ‚zaliczył’ wszystkie grodziska!.

09. Zwieńczenie ośmiobocznej kapliczki z XIX w.

Zwieńczenie ośmiobocznej kapliczki z XIX w.

10. Popołudnie w Ilankos Sodyba.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

 

5 lipca 2011, wtorek

Przed południem do 25 stopni, potem deszcz i do 20 stopni

Wycieczka do Wilna

Ze względu na możliwości naszych najmłodszych turystów zwiedzanie stolicy Litwy planujemy podzielić na dwie części. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę – mamy przyjemną wycieczkę, a nie maraton z wywieszonym językiem i marudzącymi dziećmi. Inna sprawa że – nie oszukujmy się – nasze zwiedzanie w towarzystwie kilkulatków ma charakter mocno okrojony. Ale czy trzeba zwiedzić szczegółowo każdy mijany kościół? Nie zamienilibyśmy na to naszej wesołej gromadki!

Parkujemy tuż obok pięknego „koronkowego” średniowiecznego kościoła św. Anny, oglądamy też stojący przed nim słynny pomnik Mickiewicza. Stamtąd ruszamy spacerkiem dalej. Idziemy ulicą Zamkową z kamieniczkami sięgającymi XIV w (wiele z nich pełniło funkcję domów kanoników). Potem oglądamy wejście na teren Uniwersytetu Wileńskiego i pałac biskupów wileńskich (kon. XVIII, przeb.) – obecną siedzibę prezydenta Litwy. Zatrzymujemy się na dłużej przez białą, obecnie klasycystyczną katedrą św. Stanisława (świątynia gotycka, wielokrotnie przebudowywana, ostatnio w XVIII w). Stąd już krok do Zamku Dolnego (odbudowanego w … 2009 r.!), jednak najbardziej podobają nam się pozostałości Zamku Górnego (XV w) z basztą zw. Wieżą Giedymina. Tuż pod nią urządzamy sobie klimatyczny postój na drugie śniadanie. M. z T. wchodzą na szczyt, skąd podziwiają piękny widok na Wilno z wijącą się Wilią. Zjeżdżamy kolejką linowo-terenową – to duża atrakcja dla chłopców. Inne części miasta planujemy zwiedzić innym razem.

Wilno bardzo nam się podoba. Jest czysto i europejsko.

Chłopaki – dopingowani „ulicą lizakową” i „ulicą mambową” spisują się na medal. Sebcik sporą część zwiedzania przesypia w wózku.

Po południu leje, więc leniuchujemy w domku. I dobrze!

Gotyckie kościoły w Wilnie - Św. Anny i Berndynów.

Gotyckie kościoły w Wilnie – Św. Anny i Berndynów.

Ulicami Wilna.

Ulicami Wilna.

Plac katedralny.

Plac katedralny.

Katedra Św. Stanisława, klasysyzm, XIV, postać z XVIII w.

Katedra Św. Stanisława, klasysyzm, XIV, postać z XVIII w.

Odbudowany zamek dolny, 2009 r.

Odbudowany zamek dolny, 2009 r.

Na Górę Zamkową.

Na Górę Zamkową.

Baszta zamku górnego - wieża Giedymina, XV w.

Baszta zamku górnego – wieża Giedymina, XV w.

Wilno z Wieży Giedymina.

Wilno z Wieży Giedymina.

Zjazd kolejką z Góry Zamkowej.

Zjazd kolejką z Góry Zamkowej.

6 lipca 2011, środa

Po pochmurnym poranku słoneczny i dość ciepły dzień

Wycieczka do Parku Europejskiego (Europos Parkas) pod Wilnem

Pod nazwą „Park Europejski” kryje się muzeum rzeźby współczesnej na wolnym powietrzu. Dzieła zostały stworzone przez artystów z różnych krajów. Sztukę zaprezentowaną w takiej formie można przyjemnie zmieniać nawet z kilkuletnimi dziećmi! Trasa wiedzie przez las, zza drzew co chwilę wyłaniają się różne „dziwy” – jak to mówi Tymuś – np. „drzewo informacyjne” z telewizorów, ogromne krzesło, liście tańczące na wietrze, „niemożliwy” plac zabaw (m.in. z huśtawką na kółkach). Chłopcom bardzo się podoba. Do takich muzeów możemy chodzić nawet codziennie!

Sebuś przez pół godziny idzie na własnych nóżkach; widać, że rzeźby go ciekawią. Tymo przed każdą wyprawą regularnie wręcza wszystkim „bilety” z domina.

Po południu spędzamy miłe chwile na naszym terenie, a potem idziemy na krótki spacer polną drogą przy naszym ośrodku. Sebuś namiętnie poluje na kałuże – nie może przepuścić żadnej z nich! Pierwszy dzień z ciepłym, słonecznym popołudniem odczuwalnie poprawia nam humory.

Park Europejski.

Park Europejski.

Infotree, Litwa - Park Europejski.

Infotree, Litwa – Park Europejski.

Double Negative Pyramid, USA - Park Europejski.

Double Negative Pyramid, USA – Park Europejski.

Drinking Structure..., USA - Park Europejski.

Drinking Structure…, USA – Park Europejski.

Chair-Pool, USA - Park Europejski.

Chair-Pool, USA – Park Europejski.

Park Europejski.

Park Europejski.

Mobile Games, Litwa - Park Europejski.

Mobile Games, Litwa – Park Europejski.

Catch the Wind, RPA - Park Europejski.

Catch the Wind, RPA – Park Europejski.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

7 lipca 2011, czwartek

Chwilami gorąco, chwilami konwekcyjne ulewy

Wycieczka do Trok (8:40-14:00)

Troki to żelazny punkt programu większości wycieczek po Litwie. Faktycznie, spotykamy tu bardzo wielu Polaków – zarówno turystów, jak i grup zorganizowanych. Czy warto tu przyjechać? – zdecydowanie tak – w Trokach każde miejsce pachnie historią, zamek na wyspie urzeka, wątek karaimski ciekawi, a atrakcje turystyczne są łatwo dostępne dla zwiedzających.

Zaczynamy zwiedzanie od spaceru ul. Karaimską, wzdłuż której rozlokowały się domki karaimów – wyznawców karaimizmu – religii wyłonionej z judaizmu na przełomie VII i VIII w. Karaimi rozproszyli się po świecie, do Trok zostali sprowadzeni w średniowieczu przez Wielkiego Księcia Witolda. Oglądamy XVIII-wieczną kienesę – karaimski dom modlitwy, odnajdujemy Muzeum Karaimskie. Na tym kończymy wątek karaimski – wędrujemy dalej. Oglądamy kościół z XV-XVIII w i pozostałości zamku lądowego (obecnie w odbudowie). Trasa naszego spaceru widzie urokliwym brzegiem trockiego jeziora. Wreszcie docieramy do kluczowego punktu programu – zrekonstruowanego Zamku na wyspie, zbudowanego w XIV w. przez Księcia Witolda. Zamek robi na nas ogromne wrażenie. Dolny zamek oglądamy głównie z zewnątrz, po górnym myszkujemy nieco dłużej. Tymo ochoczo wspina się po drewnianych schodach, Sebuś zażywa rozkoszy ziemskich, grzebiąc się w drobnych kamyczkach na podzamczu.

Planujemy zajść do karaimskiej restauracji na kibiny – rodzaj tradycyjnych karaimskich pierogów, ale w drodze łapie nas deszcz – dość długo przeczekujemy go pod drzewem,
w końcu, trochę mokrzy, rezygnujemy z restauracji.

Wracając, zahaczamy o Landwarów, gdzie oglądamy pałac Tyszkiewiczów (XIX), zbudowany w stylu gotyku angielskiego.

Wieczorem jeszcze mały spacer. Mieszkamy we wspaniale odludnej okolicy, wokół bociany i polne drogi.

Zmęczeni po intensywnie spędzonym dniu chłopcy zasypiają przed 20:00. I o to chodzi!

Troki - zamek na Jeziorze Galwe.

Troki – zamek na Jeziorze Galwe.

Ulica karaimska i domy Karaimów.

Ulica karaimska i domy Karaimów.

Kapliczka Św. Jana Nepomucena (XVII w).

Kapliczka Św. Jana Nepomucena (XVII w).

Brzegiem Jeziora Galwe.

Brzegiem Jeziora Galwe.

Zamek w Trokach XIV-XV w.

Zamek w Trokach XIV-XV w.

Zamek w Trokach

Zamek w Trokach

Na zamku w Trokach.

Na zamku w Trokach.

Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie XIX w.

Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie XIX w.

Drogi 'na jedno koło'.

Drogi ‚na jedno koło’.

Dubrownik i Zagrzeb, czyli przez Chorwację do Czarnogóry

23 sierpnia 2013, piątek

Rano zimno, nawet 9 st. w okolicach Barwinka, cały dzień pięknie, do 30 st.

Nie bez trudności wstajemy o 4:45 i o 6:00 ruszamy już po dobrym śniadanku i ostatnim spojrzeniu na naszych cudownych (śpiących…) chłopców. Znaczna część dzisiejszej trasy jest nam już dobrze znana z wcześniejszych wyjazdów na Węgry i do Słowenii.

Niewielki koreczek w Rzeszowie, a potem stoimy pół godziny w korku w Budapeszcie, bo nawigacja nie uwzględniła remontu (ale dzięki temu możemy z sympatią przypomnieć sobie tutejsze ulice, otoczone pięknymi secesyjnymi budynkami, oraz niezapomniany widok z Mostu Elżbiety).

Obiad jemy w przyautostradowej restauracji kilkadziesiąt kilometrów za Budapesztem (R. zostawia rekordową opłatę za toaletę, pomyliwszy 100 forintów ze 100 kunami chorwackimi… ach, to wakacyjne rozprężenie!). Duże nasilenie ruchu pomiędzy Budapesztem i Balatonem powoli się zmniejsza i do Zagrzebia dojeżdżamy już prawie pustą autostradą.

Zagrzeb

Stolica Chorwacji to nasz dzisiejszy główny cel turystyczny. Chcemy obejrzeć ją bez dzieci, bo jest sporo oddalona od innych chorwackich atrakcji i kłopotem byłby dojazd tutaj. Historycznie Zagrzeb był ulokowany na dwóch wzgórzach przedzielonych rzeką (zasypaną w XIX w.), tworzących razem Górne Miasto.

Nasz spacer zaczynamy na placu bana Josipa Jelačicia, będącym głównym miejscem spotkań mieszkańców miasta. Szybko wchodzimy na wzgórze Gradec (dawną siedzibę władz świeckich miasta) przez stube, czyli wąską uliczkę przechodzącą w schody (takich stube jest tutaj dużo więcej). Udaje nam się załapać na wejście na wieżę Lotrščak – pozostałość fortyfikacji miejskich, z której rozciąga się chyba najpiękniejszy widok na całe miasto. Widać wyraźny podział na Górne Miasto, Dolne Miasto i nowe dzielnice, które dość chaotycznie otoczyły zabytkowe centrum podczas szybkiego rozwoju miasta przez ostatnie sto lat. Szczególnie pięknie na tle czerwonych dachów miasta prezentuje się gotycki kościół św. Marka (XIII, przebudowywany do XIX w.) z wzorami z dachówek w kształcie herbów Chorwacji i Zagrzebia na dachu oraz Katedra Wniebowzięcia.

Zagrzeb, plac Bana Josipa Jelačicia.

Zagrzeb, plac Bana Josipa Jelačicia.

Uliczkami starówki w Zagrzebiu.

Uliczkami starówki w Zagrzebiu.

'Stube' na Wzgórze Gradec.

‚Stube’ na Wzgórze Gradec.

'Stube' na Wzgórze Gradec.

‚Stube’ na Wzgórze Gradec.

Wzgórze Gradec z Wieżą Lotrščak.

Wzgórze Gradec z Wieżą Lotrščak.

Gradec z Wieży Lotrščak.

Gradec z Wieży Lotrščak.

W pejzażu dominuje gotycki kościół Św. Marka.

W pejzażu dominuje gotycki kościół Św. Marka.

Katedra (XIII) na Wzgórzu Kaptol.

Katedra (XIII) na Wzgórzu Kaptol.

Na wzgórzu Gradec oglądamy m.in. barokowy kościół św. Katarzyny z XVII w. z pięknym barokowym wystrojem i malarstwem iluzjonistycznym oraz idziemy reprezentacyjną ulicą Cyryla i Metodego prosto na plac św. Marka, gdzie możemy w pełni docenić piękno gotyckiego kościoła św. Marka oraz rzucić okiem na budynek tutejszego parlamentu.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny z Wieży Lotrščak.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny z Wieży Lotrščak.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny.

Wnętrze z iluzjonistycznym malarstwem i ozdobami stiukowymi.

Wnętrze z iluzjonistycznym malarstwem i ozdobami stiukowymi.

Rzeźba ,,Rybak z wężem'' na Placu Jezuitów.

Rzeźba ,,Rybak z wężem” na Placu Jezuitów.

Plac św. Marka z budynkiem Sejmu (pocz. XX).

Plac św. Marka z budynkiem Sejmu (pocz. XX).

Portal kościoła św. Marka.

Portal kościoła św. Marka.

Klasycystczny pałac mieszczący Instytut Historii.

Klasycystczny pałac mieszczący Instytut Historii.

Kierując się w stronę wzgórza Kaptol, dawnej siedziby władz kościelnych, przechodzimy jeszcze przez średniowieczną Bramę Kamienną, w której mieści się kaplica Matki Bożej, do której mieszkańcy Zagrzebia (i nie tylko) przychodzą na chwilę modlitwy. Całe ściany bramy pokryte są podziękowaniami za wysłuchanie modlitw.

Średniowieczna Brama Kamienna.

Średniowieczna Brama Kamienna.

Kaplica wotywna w Bramie Kamiennej.

Kaplica wotywna w Bramie Kamiennej.

Przez ulicę Krvavi Most (nazwaną tak na pamiątkę konfliktów pomiędzy dwoma dzielnicami, oddzielonymi niegdyś rzeką i mostem) przedostajemy się na wzgórze Kaptol, gdzie naszym głównym celem jest gotycka katedra Wniebowzięcia (niestety częściowo w remoncie). Szybko robimy ostatnie zdjęcia, bo zmrok zapada tutaj wyraźnie szybciej niż w Polsce. O tej porze plac Jelačicia i okoliczne uliczki tętnią życiem, a my ruszamy na nasz dzisiejszy nocleg.

Gotycka Katedra Wniebowzięcia.

Gotycka Katedra Wniebowzięcia.

Kolumna Maryjna (XIX w) i pozostałości murów katedry.

Kolumna Maryjna (XIX w) i pozostałości murów katedry.

Dolac - główny targ Zagrzebia.

Dolac – główny targ Zagrzebia.

Hostel Josipdol

Nie ma tutaj może luksusów, mamy mały pokoik z łazienką naprzeciwko, ale w tej cenie (ok. 130 zł z wszystkimi opłatami za dwie osoby) trudno o coś lepszego w dogodnej dla nas lokalizacji. Najważniejsze, że jest ogólnie czysto i można się przespać. Robimy już tylko zdjęcia i… dobranoc!

24 sierpnia 2013, sobota

Rano budzi nas deszcz, potem parno i gorąco, popołudnie upalne i słoneczne, 30oC

Rano błogosławimy decyzję o noclegu – wyruszamy tuż po 7:30 z wypoczętymi i świeżymi głowami.

Pierwsza porcja wiedzie ok. 380 km chorwackimi autostradami. Myliłby się ten, kto powiedziałby, że jazda autostradą jest nudna – nie w Chorwacji. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie, a co zakręt to bardziej malowniczo – przepiękne góry, widowiskowe przejazdy przez mosty, tunele. Jest tylko jedno ale – ogromne natężenie ruchu – nieprzerwany międzynarodowy sznur samochodów pędzący w wakacyjnym szaleństwie sprawia, że jazda jest męcząca. My za to nareszcie czujemy, że jesteśmy na naszej wymarzonej randce – planujemy zwiedzanie Dubrownika, słuchamy płyt Marii Peszek i Kobiet, jest super. Zatrzymujemy się dwa razy na przyautostradowych postojach.

Po zjeździe z autostrady drogi stają się wąskie i kręte, a jazda – głównie ze względu na duże nasilenie ruchu – wymaga dużo uwagi. Za to od widoków oczu nie można oderwać, szczególnie gdy jedziemy wzdłuż wybrzeża. Tak malowniczego krajobrazu trudno sobie wyobrazić. Kolor morza zlewa się w fantastyczną mozaikę z pofałdowanym, skalistym brzegiem.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Zbliżamy się do Dubrownika.

Zbliżamy się do Dubrownika.

Dubrownik

Dłuższy postój urządzamy sobie w Dubrowniku. Miasto zachwyca nas od pierwszej chwili. Już od wejścia za bramy starówki nie wiemy, na co patrzeć, w którą stronę odwracać głowy. Spacer po Dubrowniku nie przypomina chodzenia od jednego zabytku do drugiego – Dubrownik cały jest jednym wielkim zabytkiem. Od początku ujmuje jego niepowtarzalna atmosfera. Miasto zostało niemal doszczętnie zniszczone przez trzęsienie ziemi w XVII w. Odbudowano je bardzo konsekwentnie w stylu barokowym, używając tylko białego dalmackiego kamienia i czerwonej dachówki. Turyści spacerują po kamiennych uliczkach, których bruk jest wyszlifowany niemal na idealny połysk. Od głównej osi miasta – ul. Placa, wspinają się w kierunku murów obronnych wąskie, strome uliczki, nad którymi suszy się bielizna. Jedynym, co przeszkadza w zwiedzaniu miasta, jest wszechobecny tłum turystów. Trudno zrobić nawet szybkie zdjęcie, o szukaniu idealnych kadrów można zapomnieć. W takich warunkach ciężko byłoby spacerować tu z małymi dziećmi  – dobrze, że tym razem jesteśmy sami.

Wchodzimy do miasta przez Bramę Ploče (wewn. romańska, zewn. barokowa), przechodzimy obok dostojnego klasztoru Dominikanów i po chwili dostajemy się na gwarny Plaz Luža. Nie wiemy, w którą  stronę kierować wzrok – czy na gotycko-renesansowy Pałac Sponza, czy na Wieżę Zegarową i loggię z dzwonami, czy na niezwykle zdobny, barokowy (XVIII w.) kościół Św. Błażeja (patrona miasta), czy może na małą fontannę Onufrego lub na kolumnę Rolanda (XV w., ramię rycerza pełniło również funkcję miary długości). Rzucamy okiem na główną oś miasta – ul. Placa, zamkniętą Bramą Pile, po czym skręcamy w lewo i na chwilę przystajemy, by podziwiać harmonijne łączenie różnych stylów architektonicznych w Pałacu Rektorów (XV w., wielokr. przeb.) – dawnych reprezentantów miasta. Jeszcze tylko spojrzenie na barokową (XVIII w.) katedrę Wniebowzięcia i zaraz widoki diametralnie się zmieniają – dochodzimy bowiem do malowniczego portu jachtowego. Jachty i kąpiący się na plaży wczasowicze kontrastują z powagą groźnych fortyfikacji miasta. Z portu jachtowego wracamy na ul. Placa (stanowiącą niegdyś przesmyk morski oddzielający część lądową Dubrownika i wyspę) i idziemy już prosto do przeciwległej bramy miejskiej, Bramy Pile. Po drodze oglądamy jeszcze barokowy kościół Św. Ignacego Loyoli, do którego prowadzą imponujące schody, a także najstarszy w mieście, renesansowy (XVI w.) Kościół Zbawiciela i niezwykłą, ozdobioną kopułą wielką fontannę Onufrego (XV w.), dostarczającą niegdyś wodę pitną dla miasta.

Pierwsze spojrzenie na Dubrownik.

Pierwsze spojrzenie na Dubrownik.

Dubrownik od strony portu jachtowego.

Dubrownik od strony portu jachtowego.

Na starówkę wchodzimy przez Bramę Ploče.

Na starówkę wchodzimy przez Bramę Ploče.

Dubrownik urzeka od pierwszego wejrzenia.

Dubrownik urzeka od pierwszego wejrzenia.

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wież Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wież Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wieża Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wieża Zegarowa (XV).

Barokowy Kościół Św. Błażeja (XVIII).

Barokowy Kościół Św. Błażeja (XVIII).

Mała fontanna Onufrego (XV) zaopatrywała plaz w wodę.

Mała fontanna Onufrego (XV) zaopatrywała plaz w wodę.

Eklektyczny Pałac Rektorów (XV, wiel. przeb.).

Eklektyczny Pałac Rektorów (XV, wiel. przeb.).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Dubrownik od strony portu.

Dubrownik od strony portu.

Dubrownik - ufortyfikowane miasto.

Dubrownik – ufortyfikowane miasto.

Ulica Placa - glówna oś miasta.

Ulica Placa – glówna oś miasta.

Bruk wypolerowany na błysk.

Bruk wypolerowany na błysk.

Gdzieś w Dubrowniku.

Gdzieś w Dubrowniku.

Uliczka wiodąca z Placa w kierunku murów obronnych.

Uliczka wiodąca z Placa w kierunku murów obronnych.

Renesansowy Kościół Zbawiciela.

Renesansowy Kościół Zbawiciela.

Wielka Fontanna Onufrego (XV).

Wielka Fontanna Onufrego (XV).

Św. Błażej - patron Dubrownika.

Św. Błażej – patron Dubrownika.

Gotycko-renesansowa Brama Pile.

Gotycko-renesansowa Brama Pile.

Dubrownik - ufortyfikowane miasto.

Dubrownik – ufortyfikowane miasto.

Mury obronne w Dubrowniku robią ogromne wrażenie.

Mury obronne w Dubrowniku robią ogromne wrażenie.

Po zwiedzeniu „wewnętrznej”, położonej za murami,  części Dubrownika, chcielibyśmy odpocząć, ale chcąc nie chcąc biegniemy przeparkować samochód na kryty parking (o czym za chwilę). Wracamy na starówkę, mając w głowie tylko jedna potrzebę: jeść. Pizza jedzona w urokliwym zakątku Dubrownika smakuje dziś wyjątkowo.

Wspaniałym uwieńczeniem zwiedzania miasta jest niemal 2-kilometrowy spacer po murach obronnych. Niezwykle wysokie ceny biletów (90 kn/osoba – ok. 50 zł!) są osłodzone przez naprawdę niezapomniane widoki na zwartą i niesamowicie jednorodną zabudowę starówki (ściany z białego kamienia i dachy pokryte czerwoną dachówką wyglądają po prostu przepięknie), zdominowaną przez wieże kościelne i oprawioną w szmaragd morza. Obchodzimy całe stare miasto dookoła, co – przez wzgląd na liczne baszty i wieże – wymaga pokonania naprawdę sporej różnicy poziomów. Do samochodu wracamy naprawdę nieźle wymęczeni – jak po górskiej wycieczce, ale pełni wrażeń i naładowani przeżyciami estetycznymi (których swoja drogą starczyłoby spokojnie na kilkudniowy pobyt).

Wracamy na starówkę.

Wracamy na starówkę.

Schody prowadzące pod Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Schody prowadzące pod Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Dubrownik - spacer po murach obronnych - ruszamy.

Dubrownik – spacer po murach obronnych – ruszamy.

Dubrownik - spacer po murach obronnych - spoglądamy w dół.

Dubrownik – spacer po murach obronnych – spoglądamy w dół.

Oko zatrzymuje się nie tylko na zabytkach.

Oko zatrzymuje się nie tylko na zabytkach.

Dubrownik - spacer po murach obronnych.

Dubrownik – spacer po murach obronnych.

Dubrownik - spacer po murach obronnych.

Dubrownik – spacer po murach obronnych.

Wieża Klasztoru Dominikanów.

Wieża Klasztoru Dominikanów.

Serce Dubrownika.

Serce Dubrownika.

Dubrownik.

Dubrownik.

Ostatnie spojrzenie na ul. Placa.

Ostatnie spojrzenie na ul. Placa.

Dubrownik o zachodzie słońca.

Dubrownik o zachodzie słońca.

Jedyną nieprzyjemnością związaną z naszą dzisiejszą wycieczką po Dubrowniku były trudności z parkowaniem. Już nawet nie chodzi o to, że okolice centrum są szczelnie obstawione samochodami i musieliśmy się sporo nagimnastykować, żeby w ogóle znaleźć jakieś miejsce, by zaparkować. Największych problemów dostarczyły nam … parkomaty. W tych urządzeniach można było płacić tylko monetami, a zważywszy na słone ceny za postój (10 kn/godz.), można sobie wyobrazić, że drobne były dobrem pożądanym i niedostępnym. Nigdzie nie można było rozmienić pieniędzy, obsługa sklepów alergicznie reagowała na próby kupienia czegoś drobnego większymi banknotami. Byliśmy wściekli i czuliśmy się bezradni. W końcu nie było innego wyjścia, tylko podzielić zwiedzanie starówki na dwie części. W porze, w której kończył nam się bilet za parkowanie wracamy do samochodu i przejeżdżamy na duży parking podziemny. Szkoda, że nie przyjechaliśmy to od początku – widać, że przybytek jest nowy, a automaty parkingowe przyjmują banknoty (choć nie większe niż 50 kn ;-), więc i tak musimy płacić w „Office”, ale najważniejsze, że w końcu się udaje).

Pobyt w Dubrowniku zajął nam więcej niż przewidywaliśmy (ok.14:40-19:40) i już o zmroku wyruszamy do Czarnogóry. Do granicy jedzie się sprawnie, a tu na granicy niespodzianka – wszystko stoi, a sznurek samochodów prawie w ogóle się nie posuwa. Stoimy i stoimy i zastanawiamy się, czy to norma, czy przykry zbieg okoliczności. Celnicy dokładnie przeszukują wybrane samochody (szukają kogoś/czegoś?), więc już zaczynamy się podśmiewać, że zarekwirują nam nasze maślanki:)

Na granicy chorwackiej spędzamy ponad godzinę. Na szczęście w końcu przychodzi nasza kolej i odprawiają nas wyjątkowo szybko (podobnie zresztą jak Polaków jadących przed nami). Na terytorium Czarnogóry wjeżdżamy przed 22:00. Wbrew pozorom (późna pora) nie jedzie się szybko – drogi wzdłuż wybrzeża są niezwykle zatłoczone. Dobrze, że udaje nam się od ręki dostać na prom przepływający przez Bokę Kotorską (4,5 Euro wszystko) – przeprawa oszczędza nam sporo drogi.

Po dojechaniu do naszej docelowej miejscowości, Bečići, mamy kłopoty ze znalezieniem kwatery. Gospodarz kilkakrotnie próbuje nam przez telefon wytłumaczyć dojazd, ale przez dłuższy czas nie możemy ustalić wspólnych punktów orientacyjnych, więc sporo błądzimy. Na szczęście w końcu po 23:00 udaje się nam dotrzeć na miejsce. Szybko się jeszcze rozpakowujemy i padamy spać po 1:00.

Nasza meta: Vile Becica, Bečići (k. Budvy)

Jest czysto, przestronnie i przyjemnie. Spory pokój z łazienką, aneksem kuchennym i tarasem, na który zaglądają gałęzie drzew cytrynowych; cały dom tonie w zieleni.

Eger – spacer i zwiedzanie z dziećmi

Egerska starówka to naprawdę urocze miejsce, w którym na niewielkim obszarze można zobaczyć kilka naprawdę atrakcyjnych (także dla dzieci!) zabytków. Chłopcom szczególnie podobał się spacer po zamku, z którego murów pięknie widać miasto. A wejście na wieżyczkę minaretu zostanie we wspomnieniach każdego z nas!

Eger – czyli skąd się wziął Egri Bikaver

16 lipca 2012, poniedziałek

24oC, całkiem ładnie, po 16:00 wyraźnie chłodniej, na szczęście nie pada

Jedyne znane nam skojarzenie z tym miastem to Egri Bikaver: „bycza krew” – tutejsze wino, którym według legendy miejscowy bohater, Istvan Dobo, poił skromną drużynę broniącą miasta przed 80-tysięczną armią turecką w 1552 r.

Podczas przemiłego spaceru odnajdujemy m.in.: archikatedrę (klasycystyczną, trzecią co do wielkości na Węgrzech), minaret (pozostałość po okresie panowania tureckiego), zamek oraz uroczy Plac Istvana Dobo z pomnikiem tegoż, barokowym kościołem Minorytów i eklektycznym ratuszem. Spacer kończymy pysznym obiadem w restauracji przy Placu Dobo, dzięki czemu dłużej możemy delektować się uroczymi widokami.

Chłopcom bardzo podoba się (a nam wyraźnie skraca przejście) oglądanie miasta z poziomu siodełka roweru/tuptupa; szczególnie fajnie jeździ się im po Placu Istvana Dobo. Zabieranie jednośladów na zwiedzanie miast z dziećmi to naprawdę super patent!

Bardzo atrakcyjny okazuje się też spacer po zamku z placem zabaw na fortyfikacjach, a już największy hit to wejście na wieżycę minaretu, według Tyma wąską jak „parówa” (schodki naprawdę strome i wąskie, bo cała budowla ma niewiele ponad metr szerokości!!!)

Podobno bardzo interesująca jest też wizyta w zamkowych kazamatach oraz zwiedzanie Biblioteki Archidiecezjalnej i obserwatorium astronomicznego z oryginalną camera obscura, mieszczących się w pięknym barokowym gmachu Liceum; nam jednak brakuje już na to wszystko czasu.

Plac Istvana Dobo, Eger.

Egerski ratusz (XIX-XX).

Barokowy kościół Minorytów, Eger.

Eger

Monumentalna klasycystyczna archikatedra (1. poł. XIX).

Monumentalna klasycystyczna archikatedra.

Monumentalna klasycystyczna archikatedra en face.

Barokowy budynek egerskiego Liceum.

Eger

Minaret – egzotyczy detal egerskiej starówki.

Tymo się odważył wejść na górę!.

Widoki z wieżycy minaretu.

Lizakowa ławka.

Podążamy na egerski zamek (XIII).

Widokowy spacer po ruinach egerskiego zamku.

Widokowy spacer po ruinach egerskiego zamku.

Eger

Rzut oka na serce Egeru.

Jest i coś dla chłopców.

Wracamy wzdłuż murów.

Żegnamy Eger tzw. obiadem z widokiem.

Popołudniowy spacer po Tiszafured

W planie mieliśmy nawet pierwszą kąpiel w naszych basenach, ale zanim Sebuś wstał po drzemce, zaczęło strasznie wiać i zrobiło się zbyt zimno dla naszej rodzinki rekonwalescentów, więc wybraliśmy spacer w kierunku brzegu Jeziora Cisa (Tisza).

Chłopcy znowu wyżyli się na swoich jednośladach i chociaż nie znaleźliśmy poszukiwanej plaży tylko przystań łódek dla wędkarzy, spacer i tak należy zaliczyć do udanych.

Chłopcy (poza tym, że strasznie rozrabiają) są naprawdę świetnymi kompanami; obaj robią po kilka kilometrów, dopisują im humory i kipią energią. W drodze powrotnej z Egeru obaj zasypiają, a Sebek kontynuuje drzemkę jeszcze przez prawie dwie godziny w domu po powrocie (R. w tym czasie załatwia potrzebne zakupy w jednym z kilku tutejszych supermarketów).