Słowacja – Niskie (i Wysokie) Tatry, tydz. II

4 lutego 2008, poniedziałek

Chmury, wiatr i deszcz, 3 stopnie

Po wczorajszym przepięknym dniu pogoda zupełnie się zepsuła. Wiatr, deszcz i panta rei. W związku z tym zaplanowaliśmy wycieczkę w bardziej cywilizowane okolice – do pobliskiego Liptowskiego Mikulasza.

Szybko obejrzeliśmy rynek i okolice (Plac Wyzwolicieli i ul. 1 Maja), m.in. Kościół św. Mikołaja i ratusz, i przenieśliśmy się do Muzeum Ochrony Przyrody i Speleologii (czy – po słowacku wdzięczniej – Jaskiniarstwa). Continue reading

Słowacja – Niskie Tatry, tydzień I

 29 stycznia 2008, wtorek

Najpierw deszcz, mgła i ciemno, potem tylko mżawka i mgła, ok. 1 stopnia

Wyjeżdżamy z Warszawy o 4.30 rano. Ciemno, na katowickiej tir za tirem. Wyjazd rano jednak zawsze się opłaca: Tymuś po chwili konwersacji o „zimowych wakacjach” zasypia i budzi się dopiero w Częstochowie. W związku z tym udaje się nam wykonać najbardziej optymistyczny plan: dojechać jedną porcją aż za Koziegłowy.

Zatrzymujemy się w znanym nam miejscu na śniadanie. Tymuś ogląda choinki i biega jak szalony. Continue reading

Tatry, 2007.10

Po ponad rocznej abstynencji od tatrzańskich szlaków postanawiamy urządzić sobie małe święto – wyrwać się na przedłużony weekend tylko we dwoje! Na początku mamy wiele obaw – Tymuś nigdy nie zostawał na tak długo bez nas, szczególnie dla M. rozstanie jest trudne, ale w końcu zdobywamy się na odwagę. Na pewno ogromnym ułatwieniem jest to, że możemy zostawić T. pod troskliwą opieką Babci i Dziadka (wielkie dzięki!). Wbrew naszym obawom Tymo znosi rozłąkę rewelacyjnie – na pewno to my bardziej ją przeżywaliśmy, nie on. Możemy cieszyć się górami i wyjątkowo łaskawą jak na tę porę roku pogodą.

10 października 2007, środa

Noc mglista, od 10 do 2 stopni

Wyjeżdżamy wieczorem – R. po pracy podjeżdża pod M. zaraz po zakończeniu jej zajęć ze studentami, pijemy szybką kawę z automatu i o 19.00 ruszamy w drogę!

W Warszawie korki, do Janek przebijamy się 40 min. Katowicką duży ruch (zwłaszcza tirów), ale jedzie się już sprawie. Nowe radary przybywają jak grzyby po deszczu. Po ok. 180 km zmieniamy się za kierownicą, wcześniej podpierając się jeszcze jedną kawą.

Autostradą jedzie się jak zawsze drogo i niewygodnie (remonty widać nigdy się nie skończą). Najbardziej do wiwatu dała nam jednak mgła, zwłaszcza na remontowanej obwodnicy Krakowa. Mimo że bardzo lubimy być w drodze, to jednak nie jesteśmy entuzjastami nocnych podróży.

Po raz kolejny zmieniamy się na stacji po skręcie na Zakopiankę – kolejna kawa pozwala nam zebrać siły na ostatnią część drogi. Na szczęście na tym odcinku jest już niewielki ruch. Udaje się nam złapać dobrego zająca, co bardzo ułatwia nocną jazdę we mgle, i bez przeszkód dojeżdżamy na miejsce. Jest 1:40. Cała droga zajęła nam 6 godz. 40 min (z 2 postojami).

Szybciutko się rozpakowujemy i zasypiamy na materacach na podłodze. Tym razem mamy lokum w samych Kuźnicach, wiec cieszymy się, że jutro nie będziemy mieli daleko do punktu wyjścia szlaków.

11 października 2007, czwartek

Jesień jak lato, słońce i 14 stopni

Chcemy choć troszkę się wyspać, a jesienny dzień jest krótki, więc wybieramy na dziś niezbyt długą trasę: Ścieżką nad Reglami przez Grzybowiec na Giewont (tędy jeszcze na Giewont nie wchodziliśmy).

Ścieżką nad Reglami przez Przełęcz Białego, Czerwoną Przełęcz do Polany Strążysk

W kierunku Kalatówek ciągnie sporo ludzi – co prawda jest środek tygodnia, ale pogoda jest naprawdę prześliczna. Bardzo malowniczy jest zwłaszcza pierwszy odcinek ścieżki (do Przełęczy Białego) – podziwiamy piękną jesień i widoki na okolice Zakopanego, mijamy fotogeniczne skałki i mostki. Marzymy sobie, jak fajnie będzie tu przyjść kiedyś z dzieciakami.

Polana Strążysk zalana słońcem. Bardzo miły odpoczynek w herbaciarni przy pierniku, szarlotce i gorącej herbatce.

Polana Strążysk-Giewont

Najpierw dość stromy, ale wygodny szlak przez las. Potem ścieżka zaskakuje nas swoim urokiem, w słonecznej jesiennej scenerii wygląda po prostu bajkowo. Piękne widoki na Dolinę Małej Łąki i jej otoczenie oraz na Giewont.

Wchodząc, spotykamy sporo wracających turystów, nawet całe wycieczki, ale wybraliśmy się później niż wszyscy, więc na szczycie i w drodze powrotnej możemy się już cieszyć samotnością. Mamy wyjątkową okazję posiedzieć sobie na szczycie Giewontu tylko we dwoje, przy chylącym się ku zachodowi słońcu. Wspominamy nasze poprzednie wycieczki na Giewont, oglądamy widok na Tatry Wysokie i Zachodnie (przykryte malowniczymi mgłami).

Zejście przez Kondratową i Kalatówki

Stopniowo pogrążamy się w cieniu zachodzącego słońca. Nie spotykamy praktycznie nikogo. Jest bardzo klimatycznie.

Na Kalatówkach jemy późny obiad.

Ostatni odcinek pokonujemy już w mroku, z radością witamy światełka Kuźnic.

Nasz czas: 10:00-18:45, ok 17 km i 1400 m różnicy wzniesień.

Przełęcz Białego.

Przełęcz Białego.

Ścieżką nad Reglami - widoki.

Ścieżką nad Reglami – widoki.

Polana Strążysk.

Polana Strążysk.

Przez Przeł. w Grzybowcu na Giewont.

Przez Przeł. w Grzybowcu na Giewont.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Widoki z okolic Giewontu.

Na Giewoncie.

Na Giewoncie.

Babia Góra.

Tam daleko… Babia Góra.

Piękne Tatry z Giewontu.

Piękne Tatry z Giewontu.

12 października 2007, piątek

Jesień jak jesień, rano ładnie i słonecznie, potem zachmurza się, a od 15:00 deszcz

Dziś pora na coś większego: wybieramy się na Skrajny Granat i Przełęcz Karb

Przez Boczań na Halę Gąsienicową i nad Czarny Staw Gąsienicowy

Rano przymrozek, ale wędrówka szybko nas rozgrzewa. Powrót w znajome okolice budzi wiele miłych wspomnień.

Na szlaku zaledwie parę osób. W Murowańcu zamawiamy herbatkę z szarlotką. Patrzymy z rozbawieniem na (chyba) miejscowego psa, który przyszedł z wiaderkiem w zębach, prosząc o jedzenie.

W drodze nad Czarny Staw znowu tradycyjnie przegapiamy głaz z tabliczką upamiętniającą Karłowicza.

Na Skrajny Granat

Szlak poprowadzony bardzo stromo, przypomina ścieżkę znad Zielonego Stawu Kieżmarskiego na Jagnięcy. W górnej części trochę wspinaczki skalnej, tylko w jednym miejscu łańcuch. Niestety, zawróciliśmy spod samego szczytu, bo ścieżka była niemiłosiernie oblodzona, a nie mieliśmy ze sobą raków. Ale nawet z tej wysokości możemy się cieszyć przepięknymi widokami na Czarny Staw Gąsienicowy i jego otoczenie.

Cały czas martwimy się, czy pogoda wytrzyma – prognozy są niedobre, a w oddali widać już nadchodzący front.

Odwrót spod Skrajnego Granatu zostawił w nas pewien niedosyt, więc nad Czarnym Stawem powstał pomysł, żeby wyskoczyć jeszcze na Karb. Oczywiście szybko doczekał się realizacji.

Przez Przełęcz Karb do Murowańca

Wchodzimy w iście ekspresowym tempie (25 min). Na przełęczy szybko pstrykamy zdjęcia (poprzednio gdy tu byliśmy, padła nam bateria w aparacie) i podziwiamy piękny widok na wszystkie Stawy Gąsienicowe i otoczenie.

Po pierwszych krokach zejścia łapie nas krótka (na razie) fala deszczu ze śniegiem. Definitywnie rozpaduje się już po zejściu z przełęczy. Do Murowańca docieramy już w znienawidzonych „plandekach”. Na szczęście szybko rozgrzewamy się plackiem po zbójnicku z buraczkami i ogórkiem małosolnym – jak zwykle pyszne, a porcje ogromne!

Przez Jaworzynkę do Kuźnic

Aż do Karczmiska szliśmy w chmurach – po raz kolejny przekonujemy się, jak błyskawicznie w górach zmienia się pogoda. Zejście trochę się dłuży, zwłaszcza, że jest mokro, zimno i ślisko. Ostatni odcinek pokonujemy już po ciemku, jak wczoraj.

Po powrocie cieszymy się, że pogoda pozwoliła nam dziś na wycieczkę wysokogórską – zapowiadane załamanie spóźniło się o kilka godzin, co sprawiło, że mogliśmy wybrać się wyżej i dłużej pocieszyć się jesienną aurą.

Nasz czas: 7:30-18:30, 21 km, ok. 1500 m różnicy wzniesień

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Widoki z Boczania.

Tatry Zachodnie.

Tatry Zachodnie.

Żółta Turnia.

Żółta Turnia.

W drodze na Skrajny Granat.

W drodze na Skrajny Granat.

Czarny Staw Gąsienicowy.

Czarny Staw Gąsienicowy.

Stawy Gąsienicowe, Giewont.

Stawy Gąsienicowe, Giewont.

13 października 2007, sobota

Jesień jak zima, o pogodzie lepiej nie pisać: około zera i śnieg z deszczem

Na plany ostatniego dnia naszej randki największy wpływ miała pogoda – po prostu nie dało się dziś iść wyżej w góry. Zrobiliśmy sobie więc bardziej leniwy, spokojniejszy dzień – ale może to i dobrze!

Do schroniska w Dolinie Chochołowskiej

Wychodzimy z nadzieją, że w ciągu dnia pogoda się poprawi i uda nam się wejść na Trzydniowiański. Dzięki temu mamy sporo zapału i do schroniska docieramy w niespełna półtorej godziny. Po drodze sypie śnieg, spotykamy niewiele osób. Za to szałasy z białymi dachami wyglądają bardzo malowniczo.

W schronisku niewielki ruch. Pijemy grzańca, zajadamy szarlotkę, łudzimy się rychłą poprawą pogody.

Po jakimś czasie podejmujemy niechętnie słuszną – jak się potem okazało – decyzję o powrocie na dół.

W drodze powrotnej znów kilka razy łapie nas śnieżyca, a do tego w twarz wieje przenikliwy wiatr – odczuwalna temperatura minus 5.

Schodząc, widzimy wesele wjeżdżające bryczkami na Polanę Chochołowską. Współczujemy pannie młodej, biedna, na tym mrozie….

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Polana Chochołowska.

Popołudniowe spacery

Spacer po centrum Zakopanego

Cieszymy się, że możemy odwiedzić stare kąty. Jest tak zimno, że musieliśmy się ubrać zupełnie po zimowemu. Zadziwia nas duża ilość ludzi – chyba są jakieś zawody na Wielkiej Krokwi.

Na Krupówkach jak zawsze męczący tłum. Oglądamy stragany, kupujemy drewniany pociąg dla Tyma i ładne rzeźbione obrazki do dziecinnego pokoju.

Na Gubałówkę przez Choćkowskie

Mimo niezachęcającej pogody nie mogliśmy oprzeć się pokusie wejścia na Gubałówkę przez Choćkowskie. To taki sympatyczny szlak. Ożywają miłe wspomnienia…

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Przez Choćkowskie na Gubałówkę.

Urządzamy sobie krótką przechadzkę pustym grzbietem Gubałówki. Oglądamy nowowybudowane domki i hit sezonu: park linowy. Wracamy kolejką (w X kursuje do 19:30).

Jemy kolację w znajomej karczmie góralskiej. Jest przemiło. Gra kapela, najadamy się do syta, strzelamy sobie po grzańcu.

Powrót pieszo do Kuźnic

Dawno nie spędziliśmy tak miłych chwil. Na dworze zimno, ciemno i mokro, a nam różowo przed oczami. Jednak chwilka odpoczynku od dziecka może zdziałać cuda! I jak się potem chce wracać! Nie spieszymy się, wleczemy się noga za nogą – jak za starych dobrych czasów.

Stary wagonik kolejki.

Kuźnice – stary wagonik kolejki na Kasprowy.

Bieszczadzka Gwiazdka część II – zapomniane wsie

 30.12.2013, poniedziałek

Odczuwalnie chłodniej, z przebłyskami słońca, ok. 4 stopni

Jaworzec

Nasyceni miejskimi atrakcjami, nabieramy ochoty na spacer w przyrodzie. Jako nasz cel obieramy Bacówkę PTTK Jaworzec. W Kalnicy skręcamy w lewo, po czym po przejechaniu kawałka parkujemy samochód na poboczu i dalej idziemy już pieszo. Droga wiedzie uroczą bieszczadzką doliną wzdłuż biegu Wetliny, widoki cieszą oczy. Walory turystyczne tego spaceru podnosi dodatkowo fakt, że wiedzie on po terenie dawnej wsi Jaworzec, której mieszkańcy (ponad 500 osób) zostali po wojnie wysiedleni na tereny północno-wschodniej Polski. Obecnie po dawnej wsi nie został ani jeden budynek, zabudowania spalono, zniszczono nawet cerkiew. Obecność zdziczałych drzew owocowych może tylko świadczyć o istnieniu w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu wcale niemałej wsi. Wzdłuż drogi rozstawiono niedawno tablice informacyjne, z których turysta może dowiedzieć się o historii Jaworzca i o tym, w jakiej jego części aktualnie się znajduje. Continue reading

Bieszczadzka Gwiazdka część I – Baligród, Lesko, Solina, Sanok

Niedziela, 22 grudnia 2013

Pogoda iście wiosenna: nawet do 8 stopni i słońce

Warszawa-Kraczkowa

Po wczorajszym zamieszaniu (całe pakowanie przeplatane lataniem do lekarza z chłopakami i podawaniem im leków…) uznajemy, że wyjazd o 9:15 to sukces.

Jedzie się bardzo dobrze, nie ma tirów, a pogoda piękna. Zatrzymujemy się dwukrotnie: raz w Radomiu na drugie śniadanie (na skierowane do chłopców pytanie, co będą jedli, Sebuś odpowiada, że cukier…)), raz na stacji benzynowej ok. 80 km od Rzeszowa. Mimo to stawiamy się u Dziadków już przed 15:00, czyli cała droga zajmuje nam ok. 5,5 godziny. Zjadamy przepyszny obiad, M. sobie trochę odpoczywa, chłopaki wyładowują nadmiar energii, zostawiamy Regusię i dalej w drogę.

Kraczkowa-Bystre

Zgodnie z naszymi przewidywaniami chłopaki zaraz zasypiają. Nam się jedzie w sumie bez problemów, choć już nie tak dobrze jak wcześniej – jest ciemno i droga jest dużo gorsza. Przejechanie 120 km zajmuje ok. 2 godzin. Na miejscu jesteśmy o 19:45.

Ośrodek Leśna Polana, Bystre

Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. Wygodny, ciepły dwupoziomowy domek z kominkiem i piękny las dookoła. Na miejscu zastajemy nawet pozostałości śniegu – niestety pewnie wszystko się stopi w najbliższych dniach.

 

Poniedziałek, 23 grudnia 2013

Od rana wszystko płynie, ok. 5 stopni, rano pochmurno, potem słońce

Rano z przyjemnością wyglądamy przez okno i oglądamy leśnie widoki.

Po śniadaniu idziemy na rekonesans po najbliższej okolicy. Chłopaki mają mnóstwo frajdy, ślizgając się po oblodzonej drodze – jednak dzieciom niewiele do szczęścia potrzeba. Podchodzimy pod ośrodek narciarski przy ośrodku Bystre – wyciąg chodzi, mamy nadzieję, że w kolejnych dniach chłopakom uda się wypróbować tutejsze trasy. Dzieciaki wypatrują stromą drogę w dół, idealną do zjeżdżania na jabłuszkach, po czym oddają się temu zajęciu przez najbliższe pół godziny. Są przeszczęśliwi. Ściągamy ich dopiero wtedy, gdy zauważamy, że buty Tyma są kompletnie przemoczone.

Bystre. Na spacer!.

Bystre. Na spacer!.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Lokalne klimaty.

Lokalne klimaty.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Artyzm w pełnej krasie.

Artyzm w pełnej krasie.

A ile radości!.

A ile radości!.

Po powrocie do domu i ubraniu towarzystwa w suche ciuchy podporządkowujemy się sygnałom wysyłanym przez nasze burczące brzuchy i wybieramy się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na obiad. Ulotki zostawione w naszym domku informują o dwóch pizzeriach w Baligrodzie, ale – ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu – jednej nie znajdujemy w ogóle, drugą z trudem, a i tak potem okazuje się (jeszcze) zamknięta. Realizujemy więc Plan B i ruszamy w kierunku wypatrzonego na mapie schroniska PTTK Kropiwne w Bystrem. Plan B również okazuje się niewypałem – przejeżdżamy drogą w jedną i w druga stronę parę kilometrów, a schroniska jak nie było, tak nie ma (potem okazuje się, że jego strona internetowa nie działa – czyżby schronisko było już zamknięte?). W końcu lądujemy na obiedzie w restauracji ośrodka wypoczynkowego Bystre. Nie ma tego złego – najadamy się do syta, jest smacznie i nie przesadnie drogo.

Po południu rozpakowujemy zakupy zrobione przy okazji w Baligrodzie i trochę się lenimy.

Chłopaki wybierają się jeszcze na spacer po ciemku „naszą” drogą dalej do góry. Jest straszna chlapa, więc wracają dość szybko.

Wieczorem słuchamy przy kominku audiobooka o Zezi i Gillerze – jest bardzo miło.

 

Wtorek, 24 grudnia 2013, Wigilia

Nie do wiary: 8 stopni i słońce

Po śniadaniu zgarniamy rzeczy potrzebne na dwa dni i o 9:15 wyruszamy do Dziadków w kierunku na Rzeszów. Na miejscu jesteśmy niewiele przed południem.

O 16:00 zaczynamy uroczystą Wigilię. Objadamy się niemiłosiernie, przychodzi Mikołaj, ani się spostrzegamy i robi się wieczór. Chłopcy pięknie bawią się ze starszym kuzynem, a nastoletnia Gabrysia chętnie chwilami zajmuje się Sebuniem – na wieczór mamy dzieciaki z głowy.

 

Środa, 25 grudnia 2013

Wiosennej pogody cd – temperatura dochodzi nawet do 10 stopni

Dzień zaczynamy Mszą Świętą w kościele farnym w Łańcucie. Potem czas na świąteczny obiad – obżarstwa ciąg dalszy. Miło spędzać rodzinne święta, ale po dwóch dniach za stołem chętnie wyrywamy się o 15:00 do naszego bieszczadzkiego domku. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Wita nad domek wygrzany kominkowym ciepłem – pani gospodyni zajrzała tu wcześniej, żeby napalić przed naszym przyjazdem.

Spędzamy prawdziwie świąteczny wieczór – zawieszamy nastrojowe światełka, śpiewamy kolędy przy kominku, przychodzą nawet dwie grupy kolędników. Dopiero czujemy, że odpoczywamy.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.


 

26.12.2013, czwartek

Iście wiosenna aura, 10 stopni, Tymo nawet wypatrzył stokrotki na trawniku

Baligród

Jako że z nart nici, przerzucamy się na zwiedzanie i piesze wycieczki. Dziś przed południem wybieramy się na spacer do położonego tuż obok Baligrodu. Parkujemy przy rozległym rynku, którego układ sięga XVII w. Chłopaki od razu biegną do stojącego na środku czołgu. Co prawda po Bieszczadach jeździły czołgi innego typu, jednak chłopców to nie zraża –  uważnie badają szczegóły konstrukcyjne pojazdu.

Rynek w Baligrodzie.

Rynek w Baligrodzie.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Następnie kierujemy kroki do położonego kilkaset metrów dalej kirkutu. Cmentarz jest przepięknie położony na wzgórzu – już sama malowniczość terenu i piękny widok z góry na Baligród mogłyby być dobrą motywacją do wycieczki w te stronę. Chłopcy biegają po trawiastych pagórkach, a M. idzie z bliska obejrzeć kirkut. Kilkadziesiąt macew (najstarsza z pocz. XVII w.) jest zarośniętych trawą, część zachowała się w dobrym, część w dużo gorszym stanie. Cały teren jest zaniedbany. Pofałdowane krajobrazy przywodzą nam na myśl Bobową. Takie miejsca w wyjątkowy sposób skłaniają do refleksji i do wyciągania nie zawsze pozytywnych wniosków…

Na baligrodzki kirkut.

Na baligrodzki kirkut.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

Widok na Baligród z góry.

Widok na Baligród z góry.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Po odwiedzeniu kirkutu chłopaki zabawiają chwilę na nieco podniszczonym placu zabaw w centrum Baligrodu, a M. idzie zrobić zdjęcie XIX-wiecznej cerkwii Uśpienia – największej murowanej cerkwi w Bieszczadach (świątynia przeszła ostatnio generalny remont). Potem podjeżdżamy jeszcze pod (niezbyt spektakularne) pozostałości wałów XVII-wiecznego zamku Balów (ród rycerski z XIV w.; miasto nazwane na cześć jego założyciela) i przejeżdżamy obok dwóch położonych niemal naprzeciw siebie kościołów katolickich – starego i nowego, w którym obecnie odbywają się nabożeństwa.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Opuszczamy Baligród, myśląc o dawnej bogatej i różnorodnej kulturze tego rejonu – dziś współistnienie obok siebie niemal w idealnej równowadze Żydów, grekokatolików, katolików i Bojków pozostaje tylko wspomnieniem, o którym przypominają baligrodzkie zabytki.

Żernica Wyżna

Drugi punkt dzisiejszego programu urzekł nas, gdy tylko wypatrzyliśmy go na mapie. Kawałek za Baligrodem w prawo odgałęzia się droga w kierunku dawnej wsi – obecnie już niemal zupełnie wyludnionej, po 4 km doprowadza do cerkiewki (1800 r), po czym kończy się. Taki lokalny koniec świata. Całość oprawiona w piękne pofałdowane krajobrazy. Niesamowicie malownicze miejsce. Chłopaki biegają wesoło zaraz po wypuszczeniu ich z samochodu – po spędzeniu dwóch dni za stołem dziś rozsadza ich energia.

Wracając zahaczamy jeszcze o baligrodzki cmentarz wojenny.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Żernica Wyżna - lokalny koniec świata.

Żernica Wyżna – lokalny koniec świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Napis jest wymowny...

Napis jest wymowny…

Popołudniowy spacer w kierunku Roztok Dolnych

Po południu wybieramy się na spacer leśną drogą w pobliżu naszego ośrodka. Grudniowy dzień jest bardzo krótki i zaraz po 15:00 robi się szaro. Droga jest błotnista, z pozostałościami  lodu. Mimo to spacer jest bardzo przyjemny. Sielanka kończy się w momencie, gdy Sebuś przewraca się jak długi na brejowatą drogę, przemaczając sobie dokumentnie spodnie. Nie ma wyjścia, zawracamy.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczór przy kominku z grami i innymi rodzinnymi rozrywkami rekompensuje nam jednak skróconą przechadzkę. Znów nawiedzają nas dwie grupy kolędników – dziś otwieramy im już mniej chętnie:)

 

27.12.2013, piątek

Pogoda nie do wiary: 13 stopni i słońce – wiosna

Lesko

Dzisiejsza wycieczka do Leska satysfakcjonuje nas pod wszelkimi względami – od przyrodniczych po architektoniczno-kulturowe. Atrakcje są położone niedaleko od siebie i spacer po mieście nie jest forsujący nawet dla małych dzieci. Miasteczko jest urokliwe, a słynna leska synagoga na długo zostaje w pamięci.

Wizytę w Lesku zaczynamy od podjechania samochodem na parking w pobliżu słynnego Kamienia Leskiego. Ścieżka po chwili doprowadza do imponującej grzędy skalnej – odkryta skała ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów, osiągając miejscami wysokość nawet 20 m. Ścieżki umożliwiają obejście skały dookoła. Taki spacer pozwala na docenienie jej rozmiaru, jest przy tym bardzo atrakcyjny dla chłopców. Wycieczka do rezerwatu przyrody Kamień Leski to żelazny punkt programu, szczególnie z dziećmi.

Rezerwat Kamień Leski.

Rezerwat Kamień Leski.

Szlak jak w górach.

Szlak jak w górach.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Oglądamy go z każdej strony.

Oglądamy go z każdej strony.

Kamień Leski - imponujące rozmiary.

Kamień Leski – imponujące rozmiary.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Po leśnym spacerze podjeżdżamy do centrum Leska. Parkujemy na Nowym Rynku i ruszamy na spacer. Zaraz po wyjściu z samochodu lokalizujemy ładny budynek XIX-wiecznego ratusza z ciekawym „dłutowatym” dachem. Potem kierujemy się w kierunku słynnej leskiej synagogi (XVI/XVII w.). Widzieliśmy ją już wielokrotnie w różnych publikacjach turystycznych i bardzo cieszyliśmy się, że zobaczymy ją wreszcie na własne oczy. Budynek, wyróżniający się niezwykle oryginalną okrągłą wieżą, łączył funkcje kultowe z obronnymi. Obecnie nie służy już celom religijnym (mieści galerię bieszczadzkiej sztuki), ale jego niezwykła sylwetka nadal przyciąga wzrok. Niedaleko synagogi, na wzgórzu znajduje się jeden z najcenniejszych cmentarzy żydowskich w Polsce, z nagrobkami nawet z XVI w. Brama jest zamknięta, ale przechodząca pani podpowiada nam, do którego domu trzeba zapukać, by uzyskać klucz (żółty budynek po przeciwnej stronie ulicy). Chętnie korzystamy z okazji i wchodzimy na teren kirkutu. Usytuowanie na wzgórzu, wśród starych drzew sprawia, że miejsce jest niezwykle malownicze, jednak widok zniszczonych, porosłych mchem i niekiedy poprzewracanych macew składnia do smutnych refleksji. Tymo pyta, dlaczego obecnie nie ma kto dbać o żydowskie groby. Odpowiadamy, jak umiemy…

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Szkoda, że fontanna nieczynna...

Szkoda, że fontanna nieczynna…

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Około południa zaczyna nam burczeć w brzuchach, więc dobrze się składa, że na ul. Moniuszki lokalizujemy przyzwoitą pizzerię. Pokrzepieni pizzą i dużą porcją sałatek chętnie ruszamy dalej. Podchodzimy pod późnogotycki (XVI w.) kościół parafialny (barokowa dzwonnica w remoncie), po czym cofamy się na kameralny, zadrzewiony stary rynek. Na balkonie jednej z otaczających go kamienic R. wypatruje opisywaną w przewodniku kratę z motywem menory, stanowiącą niegdyś … część wyposażenia leskiej synagogi. Ostatnim punktem programu podczas pobytu w Lesku jest zahaczenie o XVI-wieczny zamek Kmitów (obecnie pensjonat), sąsiadujący z miłym parkiem zamkowym.

Późnogotycki kościół parafialny.

Późnogotycki kościół parafialny.

Stary rynek.

Stary rynek.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Zamek Kmitów (XVI).

Zamek Kmitów (XVI).

Cała wycieczka do Leska jest przesympatyczna.

W drodze powrotnej do Bystrego zajeżdżamy w Baligrodzie na myjnię samochodową. M. podziwia heroiczne zmagania R. z tłustym bieszczadzkim błotem, które aż za dobrze zadomowiło się na karoserii naszego samochodu.

Późnym popołudniem chłopaki podchodzą jeszcze pod wyciąg narciarski na Dzidową i palą po ciemku zimne ognie.

Wieczorem kolejna sesja przy kominku ze szwedzkim serialem Millenium – mamy możliwość dobrze utrwalić sobie książkę.

 

28.12.2013, sobota

Wieczorem nawet na chwilę złapał przymrozek, ale potem znowu ciepło, piękny wiosenny i słoneczny dzień, do 12 st.

Solina

Wykorzystujemy ten – prawdopodobnie już ostatni – tak słoneczny dzień na spacer nad „bieszczadzkim morzem”. Już sam dojazd drogą wijącą się wśród wzgórz sprawia nam dużą frajdę. Spacer po długiej na ponad 600 metrów koronie zapory w promieniach zimowego (a jakby wiosennego…) słońca to naprawdę wielka przyjemność! Nawet podmuchy wiatru są dzisiaj całkiem ciepłe.

W stronę Jaworu idziemy prawie sami, okolica przystani też jest zupełnie opustoszała. Po krótkim odpoczynku na ławeczce (chłopcy piją soczki, wszyscy wygrzewamy się na słoneczku) ruszamy z powrotem. Tym razem na zaporze jest już więcej spacerowiczów. Chłopcy urządzają wyścigi, a Sebuś opowiada przygodnym turystom o dzidzi, od której będzie starszy, a która teraz jest u mamy w brzuchu:)

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Jezioro Solińskie.

Jezioro Solińskie.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Uśpiona przystań.

Uśpiona przystań.

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Chłopcy szaleją...

Chłopcy szaleją…

Ciekawe, do czego służą te urządzenia...

Ciekawe, do czego służą te urządzenia…

Potem buszujemy przez chwilę po kramach w poszukiwaniu jakiejś sensownej pamiątki. Planowaliśmy nowe poduszeczki, ale w końcu za namową chłopców decydujemy się na „pukawki”, strzelające gumowymi korkami na nitce. Chłopcy są przeszczęśliwi i cały dzień bawią się nową zabawką. Tymuś stwierdza nawet, że to najlepsza pamiątka, jaką kiedykolwiek miał!

Kramy w Solinie.

Kramy w Solinie.

Na koniec idziemy do restauracji w pobliżu głównego parkingu. Wczesny obiad poprawia nam humory. Tymuś zjada ulubione spaghetti, Sebuś pierogi ruskie, a my barszcz z uszkami i placki ziemniaczane z gulaszem. Budynek ośrodka jest dość niepozorny, ale w środku zadbany, a z okien restauracji jest piękny widok na jezioro Solińskie i otoczenie zapory.

Naprawdę warto zajrzeć do Soliny, bo ogrom największej zapory w Polsce budzi prawdziwy respekt, a jezioro i otaczające je wzgórza są przepiękne. Niestety, sama najbliższa okolica zapory to po prostu totalny odpustowy chaos. W porównaniu z tym zakopiańskie Krupówki są po prostu świetnie zorganizowane… Niestety tu i tu króluje komercja i nie są to wymarzone miejsca do spokojnego wypoczynku i obcowania z naturą. Na szczęście brzegi jeziora solińskiego są dostatecznie długie, żeby znaleźć jakąś zaciszną zatoczkę…

Wracając do domu, zatrzymujemy się na chwilę w Średniej Wsi, by sfotografować najstarszy w Bieszczadach drewniany,  XVI-wieczny kościół Narodzenia NMP i rzucić okiem na położony obok park podworski z okazami kilkusetletnich dębów i lip.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Chłopcy o dziwo nie zasypiają w drodze powrotnej. W ogóle należy im się duża pochwała, bo nie marudzili, tylko dzielnie (nawet ze sporymi harcami…) pokonali trasę ok. trzykilometrowego spaceru. Świetni z nich kumple.

Po południu, chcąc skorzystać z reszty słonecznego dnia, wychodzimy przed 15:00 na spacer drogą w kierunku Rabego. Nadal miejscami przeszkadza strasznie kleiste błoto, więc zawracamy w okolicy skrętu do starego kamieniołomu. Spacer zaczynamy i kończymy na należącym do naszego ośrodka placu zabaw, a największą atrakcją znowu są zimne ognie, rozświetlające zapadający zmrok.

Przedwieczorny spacer.

Przedwieczorny spacer.

Zimne ognie.

Zimne ognie.

Potem delektujemy się spokojnym wieczorem z chłopcami, m.in. oglądamy początek „Strażników marzeń”. Potem oczywiście kolejna część „Millennium”… Kominek grzeje aż za bardzo, więc nauczeni wczorajszym doświadczeniem (było tak gorąco, że Sebuś i my nie mogliśmy spać…) nie dokładamy zbyt wiele do ognia.

 

29.12.2013, niedziela

W nocy b. silny wiatr, dzień znów z częstymi przebłyskami słońca i temperaturą w okolicy 10 stopni

Sanok

Niedzielę przeznaczamy na wycieczkę do tego pięknie położonego nad Sanem miasta. Zaczynamy od dwugodzinnego spaceru po jednym z największych i najciekawszych w Polsce skansenów. Sanockie muzeum budownictwa ludowego wyróżnia się arcyciekawą ekspozycją etnograficzną – na pagórkowatym, częściowo zalesionym terenie można zobaczyć przykłady budownictwa bojkowskiego, łemkowskiego, a także typowego dla zamieszkujących tereny bardziej na północ Pogórzan i Dolinian. Dla chłopaków wycieczka do sanockiego skansenu to przede wszystkim miły spacerek – biegają, rozładowując nadmiar energii, cieszą się lizakami i przerwą na małe co nieco, chętnie zaglądają do udostępnionych wnętrz. Obaj są doskonałymi kompanami – jesteśmy dumni zwłaszcza z Sebusia, który – mimo że jest naszym najmłodszym turystą – ma dziś chyba najwięcej siły i bez problemu spędza dwie godziny na nogach (drugą połowę dystansu niemal bez przerwy biegną razem z Tymkiem). Dla nas oglądanie obiektów zgromadzonych w skansenie to prawdziwa gratka – cały teren jest podzielony na działy (zrekonstruowany małomiasteczkowy galicyjski rynek, Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie, Dolinianie oraz dział poświęcony historii wydobycia i przetwarzania ropy naftowej), co ułatwia turyście zorientować się, co akurat ogląda. Najbardziej zapada nam w pamięć XVIII-wieczna bojkowska cerkiew grekokatolicka z Grąziowej (z oryginalnym dachem, bez kopuł, przypominającym stóg siana) oraz  – również bojkowska – maleńka, prześliczka cerkiewka z Rosolina (XVIII w.), efektowna łemkowska cerkiew grekokatolicka z Ropek (pocz. XIX w.) z pięknymi drewnianymi kopułami oraz drewniany kościół  z Bączala Dolnego (XVII); chętnie oglądamy też rekonstrukcję małomiasteczkowego rynku – gdy oglądaliśmy taki rynek w litewskim skansenie w Rumszyszkach, narzekaliśmy, że w polskich skansenach najczęściej można zobaczyć tylko budynki wiejskie. Wszyscy kończymy spacer zadowoleni. Żałujemy tylko, że skansenowa karczma jest poza sezonem nieczynna (pilnuje jej tylko biały, wyjątkowo spasiony kot); chłopcy też pewnie doceniliby jakiś ukłon w stronę dzieci typu ludowy plac zabaw itp. Ale ogólnie rzecz biorąc, wizyta w sanockim skansenie jest bez dwóch zdań warta polecenia rodzicom z dziećmi w każdym wieku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Wypasiony strażnik skansenu...

Wypasiony strażnik skansenu…

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna...).

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna…).

Galicyjski Rynek.

Galicyjski Rynek.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Bojkowskie chaty.

Bojkowskie chaty.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Wewnątrz piękny ikonostas.

Wewnątrz piękny ikonostas.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Zaglądamy do wnętrza.

Zaglądamy do wnętrza.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Łemkowska chata.

Łemkowska chata.

Łemkowska wieś.

Łemkowska wieś.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Sanok z terenu skansenu.

Sanok z terenu skansenu.

Sektor naftowy.

Sektor naftowy.

Sektor Pogórzan.

Sektor Pogórzan.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Zagroda Pogórzan.

Zagroda Pogórzan.

Coś dla małych strażaków.

Coś dla małych strażaków.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Spacer na świeżym powietrzu wszystkim zaostrza apetyty. Podjeżdżamy do centrum Sanoka i dalsze zwiedzanie zaczynamy od położonej na rynku regionalnej karczmy, oferującej dania bojkowskie, łemkowskie i ukraińskie. To miejsce, w którym wizyty nie będą żałować wszyscy miłośnicy prawdziwych, zapomnianych smaków. Próbujemy zupy łewesz, chlipców, hreczanyków i stolników – kto jest ciekawy, jak smakują te zagadkowe potrawy, sam powinien spróbować. Chłopaki pałaszują pierogi (ruskie i z mięsem) z mąki razowej. Palce lizać.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Posileni regionalnymi specjałami chętnie spacerujemy po sympatycznym sanockim rynku (kamieniczki XIX, XX w.). Odnajdujemy kościół franciszkanów (XVII, i XVIII, przeb. XIX w.), chłopcy oglądają urządzoną przed nim szopkę; lokalizujemy  ratusz, wyglądamy na zamkniętą dla ruchu samochodowego ul. 3 Maja. Po wizycie na rynku przenosimy się pod sanocki zamek (XIV, przeb. XVI w.). Z tej niegdyś imponującej budowli przetrwało do dzisiejszych czasów tylko skrzydło. Nie decydujemy się na obejrzenie ogromnej kolekcji ikon (XV-XIX w.) oraz wystawy malarstwa Beksińskiego, uznając, że byłoby to już po całym dniu na nogach zbyt trudne wyzwanie dla chłopców, ale wchodzimy na urządzony na miejscu niezachowanej baszty punkt widokowy, z którego rozlega się bardzo malownicza panorama na San i pofalowany krajobraz Gór Słonnych.

Sanocki rynek.

Sanocki rynek.

Zachodnia pierzeja rynku.

Zachodnia pierzeja rynku.

Ratusz w Sanoku.

Ratusz w Sanoku.

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Widać miejsce po dawnej studni.

Widać miejsce po dawnej studni.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońca Sebuś.

Obrońca Sebuś.

Widok na San i Góry Słonne.

Widok na San i Góry Słonne.

Wracając na parking, spoglądamy jeszcze na położoną niedaleko zamku XVIII-wieczną cerkiew Trójcy Świętej.

Sanok to przesympatyczne miasto, oferujące turystom w każdym wieku dużo do zobaczenia. Rodzinom z dziećmi szczególnie polecamy wizytę w sanockim skansenie i odwiedzenie podzamkowego punktu widokowego z urzekającą panoramą, na pewno nie będzie się też  żałować spróbowania dawnych specjałów w regionalnej karczmie.

Po południu chłopaki jadą na 18:00 na mszę do Leska. Wracają witani ciepłym ogniem z kominka. Wieczorem kończymy naszą przygodę z sagą Millennium.

Bieszczadzka Gwiazdka, 2013/2014

Plany na tegoroczne ferie pokrzyżował kalendarz. Tymo w szkole miał mieć przerwę dopiero na dwa ostatnie tygodnie lutego – w terminie, w którym M. nie mogła wziąć urlopu, a i R. nie było to za bardzo na rękę. Po rodzinnej debacie doszliśmy do wniosku, że jedynym terminem, w którym wyjazd odpowiada wszystkim, jest okres świąteczno-noworoczny. Jako że jesteśmy tradycjonalistami i nie wyobrażamy sobie Świąt Bożego Narodzenia bez rodzinnego spotkania przy stole, wpadliśmy na rozwiązanie kompromisowe – wyjazd w Bieszczady, który pozwoli nam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: spędzić dwa tygodnie z chłopcami na świeżym powietrzu w górach i jednocześnie wyrwać się na Wigilię i Pierwszy Dzień Świąt do położonego 120 km stamtąd domu Rodziców R. Wybieramy ośrodek Bystre z sensownym ośrodkiem narciarskim, położony niedaleko Baligrodu. Continue reading

Babia Góra i okolice

Minęło już ponad dwa miesiące od ostatniego wyjazdu, więc nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy znowu nie zaplanowali jakiegoś wypadu (zwłaszcza że R. dostał od lekarza zielone światło na chodzenie po górach!). Tym razem wybór padł na okolice Babiej Góry. Od rana pakujemy się, M. jeszcze chwilę pracuje, a R. załatwia ostatnie drobiazgi (np. przeprowadzkę posadzonych przez chłopców fasolek do dziadków:)). Funkcjonowanie w domu utrudnia nam remont instalacji wodnej, więc z radością wyrywamy się parę minut po 13:00.

07.11.2013, czwartek

8-11 st., przelotny deszcz 

Warszawa – Zubrzyca Górna (13:10-20:30, 456 km)

Jedziemy trasą katowicką i zakopianką. Droga dość zatłoczona, ale bez korków, przeszkadza nam jedynie aura – przez znaczną część trasy pada.

Kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą kiszki grają nam już głośno marsza, więc szukamy czegoś na ząb. Zatrzymujemy się w barze-restauracji ok. 110 km od Warszawy. Nie jest to może zbyt wyszukany lokal, ale widać, że ma duże obroty, a jedzenie jest niezłe i niedrogie (50 zł za dwudaniowy obiad dla dwóch osób).

Trasę umilamy sobie głównie czytaniem – powoli kończymy drugi tom „Millenium”. Słuchamy też trochę „Soundtracku” Lao Che i płyty Meli Koteluk. Na miejsce docieramy o 20:30.

Nasza meta to ładnie odnowiona agroturystyka w Zubrzycy Górnej. Dostajemy cały 4-osobowy apartament, czyli właściwie pokój studio na poddaszu za 70 zł/dobę. Szybko się rozpakowujemy i kładziemy spać, bo jutro ma być ładna pogoda i musimy wcześnie wyjść w góry!

 

08.11.2013, piątek

12 st. i słoneczko, na Babiej ok. 5 st., chmury i b.b.b. silny wiatr…

Wstajemy o 6:00 rano, a przed 8:00 meldujemy się na przełęczy Krowiarki i ruszamy czerwonym, „grzbietowym” szlakiem…

… na Babią Górę

Zachwycamy się pięknym lasem, ciszą i spokojem, mijamy jedynie pojedyncze schodzące osoby. Powoli odsłaniają się nam widoki, zarówno w stronę szczytu, jak i na okoliczne beskidzkie wzniesienia i majaczące na horyzoncie majestatyczne Tatry. Niestety, im wyżej, tym bardziej daje nam się we znaki słynny babiogórski wiatr. Na Sokolicy czujemy go już dobrze, a od Gówniaka (co za wymowna nazwa!) po prostu próbuje nas zdmuchnąć ze szlaku.

Polana Krowiarki - ruszamy.

Polana Krowiarki – ruszamy.

Sokolica.

Sokolica.

Sokolica - nie mylić z tą z Pienin.

Sokolica – nie mylić z tą z Pienin.

Widok z Sokolicy.

Widok z Sokolicy.

Królowa Beskidów za woalką.

Królowa Beskidów za woalką.

Kępa (zwana też Kopą) - kolejny szczyt po drodze.

Kępa (zwana też Kopą) – kolejny szczyt po drodze.

Machamy naszym Taterkom.

Machamy naszym Taterkom.

Prosto na Babią!.

Prosto na Babią!.

Przed nami ... Gówniak (sic!).

Przed nami … Gówniak (sic!).

Ta nazwa nas urzekła.

Ta nazwa nas urzekła.

Na szczycie dogania nas sympatyczny starszy pan, mówiąc, że nieraz przez ten wiatr musiał zawracać z drogi, więc chyba dzisiaj nie jest jeszcze tak źle. Po obowiązkowych fotkach (w końcu to nasz kolejny szczyt do KGP!) chowamy się na chwilę za solidny kamienny murek (chyba wiatr dawał się wcześniej we znaki nie tylko nam), szybko jemy kanapki i ruszamy dalej.

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Na Babiej Górze (1725 m n.p.m.).

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Diablak pokazuje swoje ciemne oblicze.

Schodzimy sprawnie przez przełęcz Brona do nowego schroniska na Markowych Szczawinach. Pod koniec kolana wyraźnie przypominają nam, że idziemy już prawie 4 godziny bez dłuższych postojów… Schronisko wita nas przyjemnym ciepłem i miłą, jasną jadalnią. Pałaszujemy zupki (kwaśnicę i żurek) oraz naleśniki ze szpinakiem i pierogi z serem.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Schodzimy na Przełęcz Bronę.

Przełęcz Brona.

Przełęcz Brona.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Schronisko na Markowych Szczawinach.

Posileni i wypoczęci ruszamy na ostatni odcinek dzisiejszej trasy. Bardzo miły, trawersujący szlak niebieski sprowadza nas w półtorej godziny spokojnej wędrówki przez piękne buczyny na parking na przełęczy Krowiarki. W samochodzie jesteśmy o 14:00, ciesząc się na spokojne popołudnie i wieczór!

Co to znaczy mieć w kims oparcie...

Co to znaczy mieć w kimś oparcie…

Schodzimy do Krowiarek.

Schodzimy do Krowiarek.

Nasz czas: 8:00-14:00, 15 km, ok. 800 m przewyższenia

Wracając, robimy jeszcze drobne zakupy w Zubrzycy, udaje nam się nawet znaleźć sklep motoryzacyjny (Peugeot wypił za dużo płynu chłodniczego…) i aptekę.

Po południu M. dokańcza swoje sprawy zawodowe, a R. zapisuje trasę i robi zdjęcia.

Wieczorem kończymy II tom „Millenium” i oglądamy porażającą „Różę” Smarzowskiego.

 

09.11.2013, sobota

Od rano pochmurno i przelotna mżawka, 9 stopni

Świadomość zapowiadanego na popołudnie załamania pogody znów wcześnie zrywa nas z łóżek. Rano jeszcze przez telefon konsultujemy z Dziadkami sprawy zdrowotne Sebusia (oczywiście akurat na nasz wyjazd rozkasłał się na całego), w końcu R. załatwia mu wizytę u lekarza – dla świętego spokoju. A my po szybkim śniadanku o 8:30 stawiamy się na szlaku.

Do schroniska na Hali Krupowej

Podjeżdżamy samochodem nieco za Przełęcz Zubrzycką, odnajdujemy punkt wyjścia czarnego szlaku i dalej w górę. Ścieżka prowadzi dość stromo przez las, właściwie niemal cały czas prosto, kilka razy przecinając leśne drogi trawersujące stok. Chmury nisko wiszą nad ziemią, to wyciągamy, to chowamy parasole. Wokół mieszany las, momentami szuramy butami wśród opadłych liści buków – wyprawy listopadowe to jest to. Pozwalają choć trochę polubić ten miesiąc.

Ruszamy na Halę Krupową.

Ruszamy na Halę Krupową.

Widok na masyw Policy.

Widok na masyw Policy.

Dlatego lubimy listopad.

Dlatego lubimy listopad.

Bukowy dywanik.

Bukowy dywanik.

Po nieco ponad godzinie osiągamy grzbiet, a w kolejne 15 minut dochodzimy na porosłą pożółkłymi trawami Halę Krupową. Zamglone beskidzkie szczyty rozciągające się dookoła wyglądają niezwykle malowniczo. Wilgoć wprost wisi w powietrzu.

Hala Krupowa.

Hala Krupowa.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Upewniamy się, jak iść na Okrąglicę.

Hala Krupowa w listopadzie.

Hala Krupowa w listopadzie.

Przed odwiedzeniem ciepłego schroniska postanawiamy podejść jeszcze 15 min w prawo na szczyt Okrąglicy – chcemy zaleźć oznaczoną na mapie górską kapliczkę. Błotnista droga pnie się  łagodnie w górę. Kapliczki najpierw nie odnajdujemy – orientujemy się, że coś nie tak, gdy szlak zaczyna sprowadzać w dół – wracamy się więc kawałek i instynktownie skręcamy w wyraźną drogę prowadzącą na sam szczyt. Po chwili okazuje się, że poszliśmy dobrze. Dojście do kapliczki nie jest oznakowane, a szkoda – może więcej turystów trafiłoby do tego klimatycznego miejsca. Drewniana kapliczka Matki Boskiej Opiekunki Turystów, wyglądem przypominająca turystyczną wiatę, zasługuje na chwilę postoju. Na ścianach wiszą drewniane tablice upamiętniające zmarłych ludzi gór, są też stacje drogi krzyżowej. Patronka tego miejsca – Matka Boska Opiekunka Turystów – trzyma w rękach Dzieciątko, a na plecach niesie wypchany plecak górski. Chętnie zatrzymujemy się na chwilę refleksji.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Kaplica MB Opiekunki Turystów.

Po postoju przy kapliczce kierujemy się już prosto do schroniska na Hali Krupowej. Obiekt – podobnie jak Schronisko na Markowych Szczawinach – przeszedł niedawno remont, uzyskując bardziej „ekologiczny” charakter. Zjadamy po pysznej zupie, chrupiące naleśniki z serem, a na deser – szarlotkę. Mniam! Chłopcom kupujemy ładne drewniane ołówki z koziołkiem i owieczką.

Hala Krupowa - kierujemy się w stronę schroniska.

Hala Krupowa – kierujemy się w stronę schroniska.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Schronisko na Hali Krupowej.

Wracamy tą samą drogą. Dopiero gdy dochodzimy do samochodu, zaczyna porządniej padać.

Cała wycieczka mimo listopadowej pogody była bardzo sympatyczna. Po drodze przypominaliśmy sobie wszystkie polskie pasma górskie wraz z najwyższymi szczytami, parki narodowe i schroniska, w których byliśmy. Fajna gimnastyka dla głowy.

Nasz czas: 8:30-12:45; 9,5 km, ok. 500 m przewyższenia

Po powrocie pyszna kawka i szybkie zapiski.

Późnym popołudniem wybieramy się na sentymentalny spacer po Zakopanem. Przejeżdżamy drogą przez Dzianisz i Gubałówkę – odżywa wiele wspomnień. Potem zjeżdżamy do centrum miasta. Parkujemy przy ulicy Sienkiewicza i w drogę. Niestety, pada bez przerwy, nam zimno, więc zaczynamy spacer od wizyty w Sabale. Jemy naprawdę przepyszne zupy (cebulową i borowikową w chlebku – mniam….) i oscypek opiekany z cebulką, popijając herbatą z sokiem malinowym. Po takim pokrzepieniu jesteśmy gotowi stawić czoła listopadowej szarudze. Pod parasolami przechodzimy na sam dół Krupówek, kupujemy cztery duże oscypki, a potem robimy w tył zwrot i idziemy do góry. Podchodzimy aż do samych Kuźnic. Patrzymy na znajome miejsca, rozmawiamy o tym, co się zmieniło, a co nie. Jest nam bardzo miło. Jedynym minusem jest padający coraz mocniej deszcz – gdy wsiadamy do samochodu, mamy zupełnie przemoczone spodnie, a w butach nam chlupie. Ale co tam – spacer był fajowy. Rozgrzewamy się nawiewem z samochodu przez całą drogę powrotną:)

 

10.11.2013, niedziela

Piękny słoneczny dzień z rześkim powietrzem, słońce i ok. 5 stopni

Po wczorajszym spacerowo-deszczowym wyczynie decydujemy się porządniej wyspać i nie nastawiamy budzika. Od rana wita nas słońce – miła odmiana po wczorajszym deszczu. Stanowi to dla nas niezłą motywację do kolejnego górskiego spaceru (a jednocześnie przeciwwagę do bólu kolan i stóp).

Zawoja-Jałowiec

Na szlaku stajemy dziś później. Z Zawoi ruszamy dopiero parę minut po 10:00. Niebieski szlak od razu pnie się ostro w górę, więc staramy się nie przesadzić z tempem i uspokajamy oddech. Prawie cały czas idziemy po bukowych liściach, uważając tylko na płynący naszą ścieżką strumyk – po wczorajszych opadach jest dziś dość mokro. Co chwilę zatrzymujemy się, by popodziwiać przyprószoną śniegiem Królową Beskidów – byliśmy na Babiej ledwie dwa dni wcześniej i śniegu było jak na lekarstwo; teraz warunki zmieniły się tam diametralnie. W połowie drogi przerwa na kanapkę i herbatkę z termosu – to niesamowite, jak bardzo takie rzeczy pokrzepiają w górach.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Z Zawoi na Jałowiec.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Widoki stają się coraz rozleglejsze.

Bukową aleją.

Bukową aleją.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.) stajemy jeszcze przed południem. Szczyt nie jest zadrzewiony i rozciąga się stąd przepiękna panorama na okoliczne szczyty, w tym Babią Górę. Odpoczywamy chwilkę, wystawiając twarze do przygrzewającego słoneczka. Dookoła odpoczywają inni turyści.

Podejście na Jałowiec.

Podejście na Jałowiec.

Buki czekają na zimę.

Buki czekają na zimę.

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Na Jałowcu (1110 m n.p.m.).

Po opuszczeniu Jałowca przed nami już niemal tylko schodzenie. Kierujemy się w stronę Przełęczy Opaczne. Spacer zaostrza apetyty, więc – wiedzeni wizją obiadu – odbijamy ze szlaku w kierunku prywatnego schroniska „W murowanej piwnicy”. Budynek jest przepięknie położony na trawiastej polanie, z której rozciąga się fantastyczny widok na pasmo Babiej Góry. Z punktu widokowego wypatrujemy nawet wyłaniające się gdzieś w oddali szczyty Tatr. Szkoda tylko, że w schronisku brakuje trochę górskiej atmosfery, stoliki się lepią i jest dość drogo – no ale może my po prostu trafiliśmy na nienajlepszy moment. Fundujemy sobie porządny obiad – każdy je po zupie i porcji pierogów. Przynajmniej po górskiej trasie nie mamy wyrzutów sumienia w związku z kaloriami.

Szlak jak z marzeń.

Szlak jak z marzeń.

Schronisko 'W murowanej piwnicy' (Opaczne).

Schronisko ‚W murowanej piwnicy’ (Opaczne).

R. wypatrzył Świnicę.

R. wypatrzył Świnicę.

Po uważnym przestudiowaniu mapy stwierdzamy, że najlepiej będzie wrócić trasą rowerową oddzielającą się w okolicy Przełęczy Opaczne. Na przełęczy szlaku ani widu ani słychu, więc decydujemy się schodzić na azymut prosto w dół. Początkowo idzie się nieźle – drogą do zrywki drewna – potem zaczynają się przygody – ścieżka znika, za to pojawiają się stromizny i podmokłe obszary doprowadzające wodę w dół do potoku (obszar źródliskowy?) – woda jest pokryta warstwą bukowych liści, więc o jej istnieniu przekonujemy się dopiero wpadając butem do kostki w wodę. Na szczęście wreszcie docieramy do właściwej drogi, tej, którą biegnie szlak rowerowy – nasza radość nie ma granic. Ostatnią niespodzianką dzisiejszego dnia jest konieczność przekraczania potoku przecinającego drogę, co – z uwagi na dość wysoki poziom wód – nie jest dziś zadaniem łatwym. Siedmiomilowy krok na kamień znajdujący się pośrodku i skok na drugą stronę na szczęście rozwiązują sprawę.

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy...

Trafiliśmy wreszcie na szlak rowerowy…

Mokra niespodzianka na szlaku.

Mokra niespodzianka na szlaku.

Przy samochodzie stajemy przed 15:00. Słoneczna pogoda, rozległe widoki i przepiękny bukowy las – mieliśmy dziś wspaniałą wycieczkę na pożegnanie.

Nasz czas: 10:10-15:00, ok. 10 km i ok. 550 m przewyższenia

Wracając na kwaterę, podjeżdżamy jeszcze do centrum Zawoi, by obejrzeć drewniany eklektyczny kościół Św. Klemensa. Świątynia, pochodząca z końca XIX wieku, sprawia wrażenie bardzo – jak na drewniany kościół – dużej. Zaglądamy do wnętrza, do którego wpada przez witraże ciepłe nastrojowe światło.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Eklektyczny kosciółek Św. Klemensa (kon. XIX) w Zawoi.

Po obejrzeniu kościoła zajeżdżamy jeszcze pod budynek dyrekcji Babiogórskiego Parku Narodowego. Jest tu wystawa przyrodnicza, a w pobliżu – ścieżka edukacyjna. O tej porze ekspozycja jest już zamknięta, więc robimy tylko zdjęcie i udajemy się prosto do samochodu.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Siedziba dyrekcji BgPN, Zawoja.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Przed siedzibą dyrekcji BgPN.

Pożegnanie z Babią Górą.

Pożegnanie z Babią Górą.

Po południu, przy kawce oglądamy naszą trasę na mapie w „Atlasie Gór Polski” i odgadujemy przyczynę naszych dzisiejszych problemów orientacyjnych – trasa rowerowa nie oddzielała się na przełęczy Opaczne, tylko nieco dalej w kierunku Kolędówki. Cóż, do map trzeba mieć ograniczone zaufanie.

 

11 listopada 2013, poniedziałek

Pochmurno i przelotny deszcz, ok. 6 st. C

Dzisiaj znowu zrywamy się raniutko, przed szóstą, bo chcemy jeszcze po drodze zajrzeć do paru miejscowości. To już tradycja, że wracając z naszych randek staramy się odwiedzić miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy i/lub które nie są zbyt interesujące dla dzieci. Dzisiaj nie będzie inaczej, a wybór padł na małopolskie miasteczka.

Lanckorona

Pogoda zrobiła nam psikusa i od rana przywitała nas mgłą i zachmurzeniem, a na domiar złego przed samą Lanckoroną zaczęło padać. Wysiadamy więc na rynku w średnich humorach i aby nie zmarznąć, zaczynamy od szybkiego wejścia na górujące nad miastem wzgórze z malowniczymi ruinami piastowskiego zamku z XIV w. Same ruiny nie są może zbyt imponujące, ale uroczo położone na zalesionym wzgórzu i stanowią miły cel romantycznego spaceru. Rozgrzani podejściem, wracamy na rynek, oglądając po drodze kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. w XVI w.). Chwilę jeszcze włóczymy się po rynku, szukając ładnych ujęć pięknych, drewnianych, w większości podcieniowych domów, pochodzących z XIX w. Zgodnie stwierdzamy, że Lanckorona to wymarzone miejsce na romantyczny spacer, a dzisiejsza mglista aura dodała mu szczególnego tajemniczego klimatu.

Rynek w Lanckoronie.

Rynek w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Rozległy lanckoroński rynek.

Rozległy lanckoroński rynek.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Drewniane domy (XIX) w Lanckoronie.

Lanckorona - klimat jak z bajki.

Lanckorona – klimat jak z bajki.

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Kościół św. Jana Chrzciciela (XIV, przeb. XVI).

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Ruiny zamku (XIV) na Górze Zamkowej w Lanckoronie.

Kalwaria Zebrzydowska

To miejsce, o którym słyszał chyba każdy. Od ponad 400 lat przed Wielkanocą odbywają się tu słynne Misteria Męki Pańskiej. Oglądamy zbudowany na początku XVII w. zespół klasztorny oo. bernardynów. Bazylika, klasztor i otaczające zabudowania tworzą wyjątkowo harmonijną architektonicznie bryłę. Zaglądamy do wnętrza pięknej barokowej bazyliki i ruszamy szlakiem tutejszych kalwaryjskich dróżek. Zaskakuje nas ogrom i piękne skomponowanie wszystkich elementów wpisanego w 1999 r. na listę UNESCO zespołu architektoniczno-przyrodniczego Kalwarii Zebrzydowskiej. Przejście zaledwie niewielkiej części dróżek zajęło nam prawie godzinę i dostarczyło wielu estetycznych i duchowych przeżyć. Dodatkowym zaskoczeniem było to, że znaczna część trasy prowadzi wśród domów, których zapewne nie było tutaj w czasie, gdy planowano budowę kaplic. Dotarcie do wszystkich kościołów i kaplic na trasie dróżek zajęłoby co najmniej trzy godziny, postanawiamy więc wrócić tutaj z nieco starszymi dziećmi.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Bernardyński zespół kościelno-klasztorny w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Barokowa bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej (pocz. XVII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej - wchodzimy na górę Żarek.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej – wchodzimy na górę Żarek.

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Kościółek Ukrzyżowania (pocz. XVII).

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Oglądamy manierystyczne kapliczki, m.in. Grób Chrystusa.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Obnażenia.

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Kaplica Płaczących Niewiast (XVIII).

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Dróżkami Kalwarii Zabrzydowskiej.

Wadowice

Na koniec części krajoznawczej naszej trasy zaglądamy do bliskiego sercu Polaków miasta, które było „małą ojczyzną” Karola Wojtyły. Obawiamy się nieco zalewu „papieskiej komercji”, ale Wadowice zaskakują nas pozytywnie swym autentycznym urokiem. Widać, że mieszkańcy dobrze wykorzystali potencjał miasta. Na całym placu Jana Pawła II rozmieszczone są płyty z nazwami polskich miast, odwiedzonych przez papieża oraz miejsca Jego innych pielgrzymek. Nad placem dominuje bryła XVIII-wiecznego kościoła, a otaczające go domy pochodzące z XIX w. dopełniają całości. My wizytę rozpoczynamy w cukierni „Galicjanka”. W tym miłym, dobrze przystosowanym do potrzeb rodzin z dziećmi miejscu pijemy kawkę i jemy… oczywiście pyszne kremówki! Oglądamy też dom rodzinny Karola Wojtyły, gdzie „wszystko się zaczęło”. Zadziwia nas ilość cukierni i kawiarni oferujących słynne kremówki, ale stwierdzamy, że dzięki temu w scenerii placu widzimy o kilka bankowych szyldów mniej.

Wadowicki rynek.

Wadowicki rynek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Płyty upamiętniają miejsca i daty papieskich pielgrzymek.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Dom rodzinny Karola Wojtyły.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Wadowickie kremówki to żelazny punkt programu.

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Kościół Ofiarowania NMP (XVIII).

Dalsza droga mija nam na zapisywaniu trasy i miłych wspomnieniach z tego i poprzednich wyjazdów. Na obiad zatrzymujemy się w Krywaniu. Kolejny raz przekonujemy się, jak bardzo warto zboczyć na chwilę z utartych ścieżek szarej codzienności…!

Nasz dzisiejszy czas to ok. 9 godzin (8:00 – 17:15), przejechaliśmy w tym czasie ponad 430 km.

Bieszczady, 2012.09

Bieszczadzkie babie lato

wrzesień 2012

 

Jesienna konferencja R. jest dla nas doskonałym pretekstem do wypadu w Bieszczady. Prognozy pogody są bardzo zachęcające, więc cieszymy się tym bardziej. Pierwotnie planujemy wyjechać tylko we dwoje, a chłopców zostawić z Dziadkami, ale tak bardzo cieszą się na wspólny wyjazd, że decydujemy się nieco okroić nasze plany górskie i wyjechać całą rodziną.

 

26 września 2012, środa                                             

dzień jak wspomnienie lata, 25 stopni i słońce!

Warszawa – Kraczkowa

Rano zwykły dzień, R. idzie normalnie do pracy, a chłopcy do szkoły i przedszkola. M. zostaje w domu i uwija się jak może, by spakować nas wszystkich na wyjazd. Nieco po 15:00 stawiamy się już zwarci i gotowi pod szkołą/przedszkolem, odbieramy chłopaków i w długą!

Wyjazd z Warszawy jest po prostu koszmarny. Dość powiedzieć, że po godzinie ledwo dojeżdżamy z Woli w okolice Okęcia. W pobliżu Tarczyna już wszyscy mamy dosyć, więc zarządzamy postój pod znakiem czerwonego M. Chłopcy przegryzają coś i szaleją na placu zabaw, my wzmacniamy się kawą.

Potem na szczęście jedzie się już lepiej, choć właściwie resztę drogi musimy odbyć po ciemku. Ok. 20:00 zatrzymujemy się w McD w Ostrowcu Świętokrzyskim, dajemy Sebusiowi twarożek na kolację i podziwiamy kolejne rekordy czasu Tyma w labiryncie Gym&Fun. M. spaceruje jeszcze chwilę z Regą i wsiadamy na ostatnią porcję jazdy. Tymo zasypia niemal od razu, za to Sebuś robi wszystko, żeby nie zasnąć. Na szczęście pora dnia robi swoje i w końcu – uff – także w okolicach jego fotelika zalega cisza.

Dojeżdżamy do Rzeszowa i Dziadków ok. 22:30.

 

27 września 2012, czwartek                                                      

aż trudno uwierzyć: 26 stopni (choć wietrznie)

Kraczkowa – Polańczyk – Strzebowiska

Po wczorajszym pośpiechu mamy ochotę na odrobinę relaksu. Nie śpieszymy się zanadto i zabawiamy u Dziadków aż do wczesnego obiadu. Dopiero ok. 12:30 przyjmujemy azymut Bieszczady.

Pierwszy postój wypada około 14:30 w Polańczyku, gdzie R. szybko załatwia swoje sprawy, a M. spaceruje z chłopcami po parku zdrojowym. Przechadzka po leśnych alejkach wśród dostojnych drzew to prawdziwy relaks. Schodzimy stromymi ścieżkami aż nad brzegi zatoczki Jeziora Solińskiego. Chłopaki biegają i wypatrują wśród drzew kolejnych wiewiórek (stwierdzamy ze smutkiem, że widzimy same ciemne, te amerykańskie). Po niedługim czasie dołącza do nas R. i jemy przemiły podwieczorek (ach, te maliny!) na parkowej ławeczce. Delektujemy się miłym ciepłym wiatrem – pewnie to już ostateczne pożegnanie lata.

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

Przed 16:00 ruszamy w dalszą drogę. Za Polańczykiem skręcamy na Terkę i tym samym wjeżdżamy na boczne drogi. Od razu robi się przepięknie, malowniczo. Koniec września to chyba najwcześniejsza możliwa pora do cieszenia się pięknymi kolorami jesieni w górach. Wybiegani chłopcy odpływają w samochodzie, więc mamy możliwość w ciszy delektować się pięknym krajobrazem.

Docieramy na miejsce przed 17:00. Tym razem na metę wybraliśmy sobie niewielką miejscowość Strzebowiska, która wita nas przepięknym widokiem na Połoninę Wetlińską. Szybko odnajdujemy panią Jolę, która pokazuje nam nasz domek i bierzemy się za szybkie rozpakowywanie. Wynajmujemy dolną kondygnację domku, mamy do dyspozycji dwie sypialenki, aneks kuchenny i obszerny przedpokój z drewnianym stołem; jak na nasze potrzeby super.

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Chłopaki długo biegają po zielonym terenie dookoła domku (niewielki, ale miły plac zabaw, miejsce na ognisko i – o zgrozo – stawek, który natychmiast lokalizuje Sebuś), a potem Tymo sprawnie uzupełnia część zadań, które dziś robiłby w szkole.

Wieczorem panowie wybierają się na krótki spacer po okolicy, a M. kończy nas rozpakowywać.

Idziemy spać z wielką nadzieją, że prognozowane na jutro załamanie pogody pozwoli nam odbyć wycieczkę w góry.

 

28 września 2012, piątek

pogoda znowu cudowna, ok. 22oC i słoneczko, chociaż rano powietrze ostre

Wieczorem przeżyliśmy chwile grozy, gdy usłyszeliśmy czyjeś kroki na tarasie górnego apartamentu (który jest nad naszym sufitem) i baliśmy się, że to złodzieje… Dopiero rano wyjaśniło się, że to przyjechali w nocy nowi goście.

Na szczęście zapowiadane załamanie pogody okazało się bardzo krótkie, tylko nad ranem chwilę popadało, potem szybko się rozpogodziło i pogoda zafundowała nam przepiękną, ciepłą złotą polską jesień.

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno...

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno…

Przełęcz Wyżnia – Chatka Puchatka

Dzisiejszą wycieczkę rozpoczęliśmy na Przełęczy Wyżniej, kierując się żółtym szlakiem na Połoninę Wetlińską do schroniska Chatka Puchatka.

Zaskoczyła nas naprawdę duża liczba turystów na szlaku, zwłaszcza jak na zwykły wrześniowy piątek. Szło sporo osób w średnim i „mocno średnim” wieku oraz kilka dużych grup.

Szlak wygodny, w przeważającej części szeroką kamienistą drogą. Otoczenie niezwykle malownicze – znaczna część trasy wiedzie przez piękne jesienne buczyny, a na końcu odsłaniają się po prostu bajkowe widoki na obie połoniny, okolice Tarnicy i pozostałe okoliczne szczyty. Cieszymy się słońcem i prawdziwie letnią pogodą.

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Nasz cel przed nami

Nasz cel przed nami

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Czas na pierwszy postój

Czas na pierwszy postój

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Połonina Wetlińska w tle

Połonina Wetlińska w tle

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Połonina Caryńska o rzut beretem

Połonina Caryńska o rzut beretem

Po nacieszeniu oczu widokami kierujemy się na odpoczynek do Chatki Puchatka. Schronisko jest położone przepięknie, a brak wody, prądu i spartańskie warunki nadają mu niepowtarzalny klimat. Zgodnie stwierdzamy jednak, że miejsce byłoby jeszcze przyjemniejsze, gdyby gospodarz zadbał bardziej o porządek i czystość…

Zjadamy dość drogi żurek (jedyne, co było do jedzenia) i popijamy herbatą z cytryną.

Chatka Puchatka

Chatka Puchatka

W drewnie mieszka leśny duszek...

W drewnie mieszka leśny duszek…

Droga powrotna mija bardzo sprawnie. Dokarmiamy jeszcze Sebusia na punkcie widokowym na Przełęczy Wyżniej i wracamy samochodem do domku.

Nasz dzisiejszy spacer to świetna trasa na spacer z dziećmi: ma dobre nachylenie (choć kamienie na drodze mogą być dla małych nóżek męczące) i jest najkrótszym dojściem na połoninę.

Tymuś bez problemu wchodzi i schodzi całą trasę, bawiąc się patykami i słuchając opowieści M. Sebuś w górę sporo jedzie w nosidełku, ale z czasem się rozkręca i coraz więcej idzie na własnych nóżkach. W dół schodzi już samodzielnie około 2/3 trasy, zmęczenie okazuje właściwie już na ostatniej prostej.

Najlepszą zabawę chłopcy mieli ze zrywaniem owoców głogu, które Sebuś ochrzcił mianem „bomb bomb”.

Nasz czas: (9:30-14:00 w obie strony z odpoczynkami)

Bieszczadzka jesień

Bieszczadzka jesień

Czas z powrotem

Czas z powrotem

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Gdzie są 'bomby bomby'...

Gdzie są ‚bomby bomby’…

Braterska miłość

Braterska miłość

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Bieszczadzkie klimaty

Bieszczadzkie klimaty

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Po południu S. ucina sobie zasłużoną drzemkę w domku, a Tymuś uzupełnia lekcje ze szkoły i biega na świeżym powietrzu po terenie dookoła domku.

Wypad do Bacówki pod Honem

Po małym podwieczorku wybieramy się jeszcze odwiedzić kolejne bieszczadzkie schronisko.

Jedziemy do Cisnej i podjeżdżamy w pobliże Bacówki pod Honem. Podchodzimy z chłopcami ostatni dość stromy kawałek drogą (ok. 300 m), żeby jeszcze trochę zmęczyć ich przed spaniem.

Schronisko położone na polanie, odznacza się prawdziwie górską atmosferą, a przy tym, w przeciwieństwie do poprzedniego, jest zadbane i czyste.

Jemy pyszne naleśniki z serem (domowym) i dżemem, popijamy herbatką (za rozsądną cenę) w oryginalnej jadalni, gdzie „ubrania wiszą na suficie”, jak to powiedział Sebuś – na ścianach i suficie powieszone są koszulki z pamiątkowymi wpisami gości.

Do domu wracamy już o zmroku i podziwiamy panoramę połonin w świetle księżyca w pełni…

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem - świetne miejsce na kolację

Bacówka pod Honem – świetne miejsce na kolację

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

 

29 września 2012, sobota

rano przepięknie i słonecznie, potem się trochę chmurzy, ale i tak temperatura letnia, do 21 stopni

Ranek mamy gorący, bo oprócz standardowego wyszykowania się na wycieczkę musimy się jeszcze spakować do domu i na nocleg do Dziadków. Mimo to udaje nam się dość sprawnie zebrać i już o 9:30 wskakujemy zwarci i gotowi do samochodu.

Spacer do Bacówki pod Małą Rawką

Pierwotnie planujemy wejść aż na Małą Rawkę, ale z uwagi to, że Sebuś jest niewyraźny i znów coś mocniej kaszle (w końcu kończy się na Bactrimie…) i że musimy wrócić w okolice Rzeszowa na 16:00 na urodzinowy obiad kuzynki chłopców, Gabrysi, skracamy spacer do około kilometrowego podejścia do Bacówki pod Małą Rawką. Może i dobrze się stało, bo nie śpieszymy się, pozwalaliśmy chłopakom na ich małe szczęścia w postaci wypatrywania owoców głogu (wspominane już „bomby bomby”) i wrzucania kamieni do wody, a my mogliśmy do woli delektować niezwykle malowniczymi okolicami obu połonin w jesiennej szacie. Jest naprawdę przepięknie… Zadziwia nas duża ilość ludzi na szlakach, turyści głównie w średnim i starszym wieku, przewija się też sporo studentów. Czujemy się jak w środku wakacyjnego sezonu na tatrzańskich ścieżkach.

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

Do zdjęcia gotowi, start!

Do zdjęcia gotowi, start!

Widok na okolice Tarnicy

Widok na okolice Tarnicy

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Krok w krok za starszym bratem

Krok w krok za starszym bratem

Jesienny stok Rawki

Jesienny stok Rawki

Jesienne pejzaże

Jesienne pejzaże

Bacówka pod Małą Rawką wita nas przytulnym wnętrzem i przepysznymi naleśnikami z jagodami. Aaach… Objadamy się jak bąki.

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Droga zejściowa mija szybko, do parkingu mamy blisko, a chłopcom w dół jak zawsze maszeruje się znacznie sprawniej.

Nasz czas: 10:15-12:45

Ach, ta jesień

Ach, ta jesień

Jesienne barwy

Jesienne barwy

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Z parkingu pod Małą Rawką jedziemy już prosto do Dziadków. Sebuś zasypia niemal natychmiast, Tymusia pod koniec też morzy sen. Droga przez Bieszczady cieszy oczy, potem tylko męczą nas coraz to nowe zakręty i kolejne obszary zabudowane. 180 km jedziemy 2,5 godziny.

Po południu świętujemy wszyscy 13. urodziny Gabrysi. A my cieszymy się, że udało nam się wyrwać na ten wyjazd i zobaczyć w pięknym jesiennym słońcu niezwykle malownicze bieszczadzkie krajobrazy. W Bieszczady wrócimy na pewno jeszcze nie raz, bo ciągną, oj ciągną!

Zamek Kamieniec w Odrzykoniu i Rezerwat Prządki

Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy

2007.12.31

 

Na okres noworoczny odwiedzamy Dziadków na Podkarpaciu. Dziadkowie chcą nacieszyć się wnusiem, więc my wykorzystujemy okazję i hop! – na kilkugodzinny wypad we dwoje.

Półtoraroczny Tymuś skutecznie uniemożliwia nam na co dzień długie spacery, które tak bardzo lubimy, więc decydujemy się pojechać w miejsce (a) gdzie będzie można poczuć, że ma się nogi; (b) ciekawe przyrodniczo i (c) niezbyt odległe od miejsca zamieszkania Dziadków. Wybór pada na Pogórze Dynowskie, na Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy.

Od Rzeszowa jedziemy ok. 60 km urokliwą drogą, miejscami przypominającą widokowo Zakopiankę.

Wycieczkę zaczynamy od ruin zamku Kamieniec k. Odrzykonia.

  • Niestety, już na miejscu okazuje się, że od grudnia do kwietnia zwiedzanie jest niemożliwe i obiekt otwierany jest tylko dla grup po uzgodnieniu telefonicznym. Co tu otwierać, myślimy, skoro mamy przed sobą tylko zabezpieczone ruiny i co to za zwyczaje, które odstraszają turystów od rejonu w inne niż letnie miesiące. Po chwilowym zniesmaczeniu wypatrujemy wyraźną ścieżkę wydeptaną w śniegu. Idziemy. Jak można się domyślić, ścieżka prowadzi do sporej dziury w ogrodzeniu. Widać z tego, że korzystało z niej wielu innych „nieletnich turystów”. Wchodzimy, oglądamy pozostałości zamku, robimy zdjęcia.
  • Same ruiny Kamieńca nie robią może jakiegoś piorunującego wrażenia, ale gdy odejdziemy od zamku nieco dalej, okazuje się, że został on osadzony bezpośrednio na kilkunastometrowych skałach na szczycie wzniesienia. Dla tego widoku warto było tu przyjechać.
    Zamek Kamieniec k. Odrzykonia.

    Zamek Kamieniec k. Odrzykonia.

    Ruiny Zamku Kamieniec.

    Ruiny Zamku Kamieniec.

    Ruiny Zamku Kamieniec.

    Ruiny Zamku Kamieniec.

Po zwiedzeniu zamku, ruszamy na spacer ścieżką turystyczną Kamieniec-Prządki.

  • Ścieżka jest bardzo dobrze oznakowana. Jak się później okazuje, biegnie ona niedawno wyznakowanym czarnym szlakiem. Przez większość trasy towarzyszy nam niepłochliwy kotek – miejscowy turysta?
  • Najciekawszy jest dalszy odcinek ścieżki, wiodący grzbietem, na którym ukazują się najpierw pojedyncze skałki, a po przekroczeniu szosy (parking) – Rezerwat Prządki w całej okazałości. Miejsce jest niezwykle atrakcyjne, Prządki zadziwiają nas swoją wysokością (do ok. 20 m) i nagromadzeniem formacji skalnych. Jak Tymo podrośnie, koniecznie musimy mu je pokazać!
    Okolice zamku Kamieniec.

    Okolice zamku Kamieniec.

    Rezerwat Prządki.

    Rezerwat Prządki.

    Rezerwat Prządki.

    Rezerwat Prządki.

    Rezerwat Prządki.

    Rezerwat Prządki.

Po opuszczeniu rezerwatu kierujemy się czarnym szlakiem przez Czarnorzeki na Suchą Górę.

  • Szlak jest bardzo dobrze oznakowany, towarzyszą nam dwie różne ścieżki edukacyjne. Prowadzi przez las (w dużej mierze bukowy), przecina wieś Czarnorzeki (w której bezskutecznie szukamy starej cerkwi).
  • Jest przepiękna szadź, nie spotykamy nikogo, leśna ścieżka i „adrenalinogenne” podmuchy zimowego wiatru na szczycie Suchej Góry (widoki przez drzewa); bardzo urokliwa ścieżka grzbietem, słońce przebijające się przez chmury, cudny zimowy krajobraz i wspólne rozmowy sprawiają, że chce się żyć.
    Zima na szlaku...

    Zima na szlaku…

    Zima na szlaku...

    Zima na szlaku…

    Przez Czarnorzeki na Suchą Górę.

    Przez Czarnorzeki na Suchą Górę.

    Przez Czarnorzeki na Suchą Górę.

    Przez Czarnorzeki na Suchą Górę.

Wspaniały pomysł na spędzenie ostatniego dnia roku!