Hyrlata – matecznik bieszczadzkich niedźwiedzi

Niedługa, ale ciekawa trasa wprowadzająca na widokowy szczyt Hyrlatej. Będziemy wędrować przez jeden z największych mateczników bieszczadzkich niedźwiedzi – my sami dziś widzieliśmy tropy jednego z nich. To szlak dziki, rzadko uczęszczany –  spotyka się na nim więcej śladów zwierząt niż ludzi. Spacer kończymy w nieistniejącej wsi Solinka – ruiny cerkwi i pozostałości cmentarza są smutną pamiątką powojennej historii tych ziem.

Przez Hyrlatą i nieistniejącą wieś Solinkę

25 lipca 2020

Informacje praktyczne

Samochód można zostawić w okolicy skrzyżowania przed schroniskiem Cicha Dolina (brak dogodnego parkingu) lub na Przełęczy Nad Roztokami Górnymi (również niewiele miejsca do zaparkowania) – ta druga opcja będzie dogodniejsza zwłaszcza wtedy, gdy będziecie chcieli rozszerzyć wycieczkę o wypad na szlak graniczny, w tym na widokowy Stryb i Rybi Wierch. Szlak na Hyrlatą na niektórych mapach nie jest jeszcze zaznaczony – obecnie prowadzi tam zielony szlak (bardzo dobre oznakowanie). Szlak zaczyna się na Przełęczy Nad Roztokami Górnymi, następnie zbiega w stronę schroniska Cicha Dolina i za skrzyżowaniem odbija w ścieżkę w lewo bezpośrednio na Rosochę i  Hyrlatą.

Cicha Dolina- Rosocha–Hyrlata

My zostawiliśmy samochód na Przełęczy Nad Roztokami (na granicy ze Słowacją solidna wieża widokowa), więc na dobry początek dnia do skrzyżowania w Roztokach Górnych (660 m n.p.m.) mieliśmy 20-miniutowy spacer. Roztoki Górne były niegdyś całkiem pokaźną wsią wchodzącą w skład dóbr królewskich, dziś mieści się tu tylko kilka domów i schronisko Cicha Dolina, zlokalizowane w dawnej strażnicy WOP. Wydaje się, że okolica będzie się dalej turystycznie rozwijać – po drodze widzieliśmy ogłoszenia o sprzedaży działek, mijaliśmy też kilka świeżo wybudowanych domów rekreacyjnych – przyjmujących również turystów. 

Po minięciu schroniska Cicha Dolina szlak na Hyrlatą odbija w lewo. Idziemy wąską ścieżką, która po chwili przekracza strumień o wdzięcznej nazwie Roztoczka. Szlak jest znakowany na zielono, kiedyś jednak znaki były niebieskie, w związku z czym od czasu do czasu zdarza się zbłąkany niebieski znak. Po przekroczeniu Roztoczki serca biją nam mocniej, bo na błocie spostrzegamy wyraźnie odciśnięte ślady niedźwiedzi. Niby wiedzieliśmy, że na stokach Hyrlatej znajdują się niedźwiedzie, ale wiedzieć, a zobaczyć świeży trop niedźwiedzia na własne oczy to ogromna różnica! Samego niedźwiedzia przez 20 lat naszych wspólnych wędrówek udało nam się zobaczyć „na żywo” tylko raz, niedaleko Przełęczy Między Kopami w Tatrach, ale tak wyraźne tropy widzieliśmy po raz pierwszy w życiu.

Nasza droga zaczyna wznosić się przez piękny bukowy las. Nachylenie jest spore – na krótkim odcinku zdobywamy ponad 400 m wysokości. Po osiągnięciu grzbietu okolica staje się niezwykle malownicza. Nas za serca łapią przede wszystkim wspaniałe stare jawory, niektóre poozdabiane wielgaśnymi dziuplami – bardzo tu pięknie i dziko – wcale się nie dziwimy, że bieszczadzkie niedźwiedzie wybrały sobie Hyrlatą na swoją siedzibę!

Przełęcz Nad Roztokami Górnymi – widok na słowacką stronę.
Na przełęczy zbudowano niedawno solidną wieżę widokową.
Ruszamy w kierunku Roztok Górnych.
Schronisko Cicha Dolina mieści się w dawnej strażnicy WOP.
Za skrzyżowaniem w Roztokach Górnych szlak na Hyrlatą odbija w lewo.
Serce bije nam mocniej, gdy przed sobą widzimy takie oto tropy
Ślady są świeżo odciśnięte.
Grzbietem w kierunku Rosochy
Zachwycamy się sędziwymi jaworami.
Niektóre są dziuplaste, niektóre puste w środku.
Po osiągnięciu grzbietu ścieżka wznosi się już bardzo łagodnie.
Ostatnie obniżenie terenu przed Rosochą.

Po ok. 1,5 godz. od Przełęczy nad Roztokami stajemy na szczycie Rosochy (1084 m n.p.m.). Ze szczytowych polanek, gęsto porośniętych jagodziskami, roztaczają się rozległe widoki.

Szczyt Rosochy pokrywa widokowa polanka.
Widok z Rosochy na północny wschód.
Rosocha to idealne miejsce na odpoczynek.
Widok z polanki podszczytowej.

Hyrlatą od Rosochy dzieli tylko 30 min niemęczącej wędrówki. Ani się więc oglądamy, jak stajemy pod szczytowym szlakowskazem. Wierzchołek Hyrlatej (1103 m n.p.m.) zajmują borówkowe polany – widoki są bardzo szerokie. Miejsce jest bardzo urocze – w ogóle cała dzisiejsza trasa daje dużą radość z wędrówki.

Bukowym grzbietem wznosimy się w kierunku Hyrlatej.
Hyrlata i oryginalne oznaczenie szczytowe.
Na Hyrlatej (1103 m n.p.m.)
Ławeczka na szczycie Hyrlatej zachęca do odpoczynku.
Widok z Hyrlatej na południowy zachód.
Mijamy wierzchołek Hyrlatej i schodzimy na podszczytową polankę.
Piękne rozległe polany na Hyrlatej – to jeden z najprzyjemniejszych wierzchołków widokowych w Bieszczadach.
Rzut oka w kierunku północy.

Hyrlata – dolina Solinki

Zielony szlak prowadzi dalej grzbietem w kierunku szczytu Berda, my jednak skręcamy w lewo w ścieżkę sprowadzającą w dół doliny Solinki. To odcinek nieznakowany – jeśli zdecydujecie się na ten wariant, trzeba wcześniej dobrze popatrzeć na mapę, jeśli natomiast wolicie trzymać się znaków, równie dobrze można iść dalej na Berdo.

Nasza ścieżka przechodzi obok solidnej ambony – konstrukcja jest obita i ma porządne okna – wygląda na stworzoną do podpatrywania dzikich zwierząt, których zapewne na Hyrlatej nie brakuje. Po porannym natknięciu się na niedźwiedzie tropy dziś co chwilę mieliśmy wrażenie, że na kolejnej borówkowej polance spotkamy króla bieszczadzkich lasów. Gdy patrzeliśmy pod nogi, widzieliśmy więcej śladów zwierząt niż ludzi – saren, jeleni – może nawet wilków?

Na szlaku spotykamy dziś więcej śladów zwierząt niż ludzi.

Ścieżka zbiega w dół przez malowniczą polanę, po czym wprowadza na drogę leśną. Nie ma tu znaków szlaków, ale co kilkadziesiąt metrów na drzewach są przybite odblaski GOPR – pewnie tak, by po ciemku łapały je światła czołówek.

Kawałek za szczytem Hyrlatej opuszczamy znakowany szlak i schodzimy ścieżką w stronę doliny Solinki.
Polany podszczytowe porastają przeróżne gatunki traw.
Na końcu polanki podszczytowej znajduje się solidna ambona do obserwacji zwierząt.
Na tym odcinku szlak nie jest znakowany, ale na drzewach są poprzybijane odblaskowe oznaczenia GOPR.

Przed nami czterokilometrowe zejście w kierunku doliny Solinki. Odkąd weszliśmy na leśną drogę, trasa nie sprawia problemów  orientacyjnych – jedynym utrudnieniem jest wszechobecne błoto – miejscami trzeba się całkiem dobrze nagłowić, by znaleźć optymalne obejście! Droga zejściowa przynosi nam też jedną przygodę – w pewnym momencie tuż obok drogi słyszymy ciężkie człapanie. Zamieramy. Zachowujemy jednak spokój i staramy się głośno rozmawiać – ta taktyka często wystarcza do przepłoszenia niechcianych gości. Jak widać i tym razem okazuje się skuteczna – R. wypatruje tylko przemykający ciemny kształt na drodze przed nami. Nie wiemy, czy to był niedźwiedź, czy tylko podkręcona aurą Hyrlatej nasza wyobraźnia – w każdym razie naprawdę nie mieliśmy ochoty sprawdzać, co tam w lesie człapało.

Najpierw schodzimy leśną ścieżką, która już niedługo zmieni się w rozjeżdżoną leśną drogę.
Błoto było jedyną trudnością w drodze zejściowej.

Zejście z Hyrlatej zajmuje nam nieco ponad godzinę. Wychodzimy nieco powyżej cerkwiska w Solince, prosto na wielki plac do składowania drewna.

Schodzimy do Solinki niedaleko cerkwiska, prosto na wielki plac do składowania drewna.

Z Solinki do Roztok Górnych

Niegdyś Solinka była gwarną wsią, zamieszkałą przez ponad 500 mieszkańców. Wszystko zmieniło się po II wojnie światowej, gdy w ramach akcji Wisła ludność tej i okolicznych wsi wysiedlono, a gospodarstwa zrównano z ziemią. Niemymi świadkami tych smutnych czasów są dziś tylko nieliczne pozostałe nagrobki na dawnym cmentarzu w Solince, pozostałości podmurówki cerkwi i leciwe jawory.

Pozostałości cmentarza w Solince.
Po wojnie w ramach Akcji Wisła wysiedlono stąd kilkudziesięciu mieszkańców.
Zostały dziś tylko fragmenty podmurówki dawnej cerkwi.
Ten piękny jawor zapewne pamięta czasy, gdy Solinka była ludną wsią.
Doliną Solinki – widok w stronę pasma granicznego.

Dojście z Solinki do Roztok Górnych zajmuje ok. godziny. Cały czas trzymamy się głównej utwardzonej drogi.

Zejście doliną Solinki w kierunku Roztok Górnych.
Przełęcz Nad Roztokami Górnymi – tu zaczęliśmy i tu kończymy naszą wycieczkę.

Opcja rozszerzenia wycieczki

W opisanym przez nas wariancie wycieczka ma ok. 16 km długości i wymaga pokonania ok. 650 m przewyższenia – wszystko zajmie Wam ok. 5,5 godz. Gdybyście chcieli przedłużyć wycieczkę, można pokusić się np. o przejście fragmentem szlaku granicznego przez Czerenin , Stryb (piękne widoki!) i Rypi Wierch. Po zejściu z Hyrlatej należałoby cofnąć się w okolice torów kolejki, niedaleko których można dojść do grzbietu granicznego (z tego miejsca to tylko rzut beretem). Następnie niebieskim szlakiem granicznym będziemy kierować się na południowy wschód. Wycieczkę skończymy na Przełęczy Nad Roztokami Górnymi. Ten wariant dodatkowo wydłuży naszą trasę o ok. 2-2,5 godz. My też mieliśmy takie plany, ale pokrzyżowała je burza – zeszliśmy więc już prosto z Solinki utwardzoną drogą do Roztok Górnych, a potem na Przełęcz Nad Roztokami Górnymi, gdzie rano zostawiliśmy samochód (alternatywną wycieczkę z Przełęczy nad Roztokami Górnymi na widokowe Jasło, a potem na Rypi Wierch i Stryb opisujemy w tej relacji).

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Pętla z Wetliny przez Dział, Rawki i Kremenaros

Prawdziwa „wyrypa bieszczadzka” prowadząca przez dzikie ostępy puszczy bukowej porastającej pasmo graniczne. Wycieczka obfituje we wspaniałe widoki – począwszy od polan szczytowych Działu, po Małą i Wielką Rawkę,  podszczytowe polany Czoła, Rabią Skałę i Papartną. Trzydziestokilometrowa pętla przeprowadzi Was przez aż 12 bieszczadzkich szczytów. Wielką frajdą jest sama świadomość wędrówki głównym grzbietem Karpat i europejskim działem wodnym. 12 godzin prawdziwie bieszczadzkiej włóczęgi!

Pętla Wetlina – Rawki – Kremenaros – Rabia Skała – Wetlina

23 lipca 2020 r.

Informacje praktyczne

Najważniejsze to pamiętać, że wycieczka naprawdę jest bardzo długa i wymaga dobrej kondycji. Przejście całości (z odpoczynkami) zajmie Wam ok. 12 godzin (w tym pokonacie ok. 1400 m przewyższenia). W związku z tym trasę najlepiej planować na lato, gdy dzień jest długi i nie denerwujemy się, że zastanie nas noc na szlaku. Z całą pewnością nie można wyruszać na ten szlak prosto zza biurka, bo przypłacimy to kontuzją. Pętlę można zrobić w obu kierunkach – każdy ma swoje plusy i minusy. My zaczęliśmy od wejścia przez Dział na Rawki – głównie  z tego powodu, że chcieliśmy mieć szybko za sobą tłoczny odcinek szlaku (Mała Rawka-Kremenaros). Wejście na Dział jest bardzo wygodne i niemęczące – szybko znajdujemy się na dużej wysokości, z której możemy cieszyć oko widokami. Minusem tej kolejności jest to, że na paśmie granicznym znajdujemy się, gdy już jesteśmy zmęczeni. Przejście odcinka Kremenaros- Rabia Skała to 5,5-godzinna wędrówka i to bez możliwości wcześniejszego zejścia znakowanym szlakiem w dolinę. Na tym odcinku szlak graniczny przechodzi przez osiem szczytów, oczywiście podzielanych przełęczami, więc jest sporo schodzenia i podchodzenia, co – jak się domyślacie – jest męczące. Jeśli nie przeszkadza Wam wzmożony ruch turystyczny, równie dobrze można iść w odwrotnym kierunku (uwaga, wejście od Wetliny na Jawornik jest strome i nużące) i na widokowych Rawkach stanąć w pięknym popołudniowym słońcu.

Szlak omija Bacówkę pod Małą Rawką, więc przez cały dzień nie będzie możliwości uzupełnienia zaopatrzenia w jedzenie i picie (na paśmie granicznym nie ma też strumyczków, w końcu to dział wodny:), jedyne źródełko znajdziecie w okolicy Przełęczy pod Czerteżem (jest odpowiedni drogowskaz) – weźcie to pod uwagę przy szykowaniu się na wycieczkę. W razie potrzeby trasę można skrócić, schodząc nieznakowaną drogą z Przełęczy pod Czerteżem w kierunku Wetliny (choć ominiemy wtedy dużo widokowych miejsc). Samochód najdogodniej zostawić w Wetlinie przy punkcie zejścia zielonego szlaku z Jawornika – jest  tam spory bezpłatny parking.

Z Wetliny przez Dział na Rawki

Rano zostawiamy samochód przy zejściu zielonego szlaka z Jawornika –  co oznacza, że na początku wycieczki musimy podejść ok. 10 min szosą w kierunku Ustrzyk Górnych. Ma to jednak ten plus, że na koniec dnia schodzimy prosto do zostawionego na parkingu samochodu. Po ok. kilometrze marszu szosą docieramy do wyjścia szlaku na Rawki przez Dział. Mijamy punkt sprzedaży biletów i zaczynamy podchodzić ścieżką przez bukowy las. Szlak jest idealnie nachylony, więc szybko i stosunkowo bez wysiłku zdobywamy wysokość.

Ruszamy z Wetliny.
Na Dział podchodzimy przez piękny bukowy las.
Urokliwe huby na starych bukowych pniach.
Przechodzimy przez jeden z potoczków spływających ze stoków Działu.

Mimo że podejście na Rawki tą drogą to chyba opcja najdłuższa z możliwych (3,5 h), jest też wyjątkowo malownicza – już po  ok. godzinie dochodzimy na grzbiet Działu – północno-zachodniego ramienia Malej Rawki. Od tej pory co chwilę będą nam towarzyszyć piękne widoki z polan szczytowych na Połoninę Wetlińską i Caryńską oraz pasmo graniczne. Dział ma aż trzy kulminacje (1110, 1141, 1147 m n.p.m.), ale wcięcia między nimi nie są głębokie – niemal niezauważalne. To bardzo przyjemny, widokowy szlak podejściowy, w dodatku dużo bardziej kameralny niż tłumnie uczęszczana trasa z Przełęczy Wyżniańskiej.

Po osiągnięciu grzbietu Działu szlak często prowadzi przez piękne widokowe polany.
Przed nami widać Rawki oraz Kremenaros z pasmem granicznym – tamtędy właśnie będziemy szli.
Po lewej przełęcz między połoninami Wetlińską i Caryńską
Połonina Wetlińska wydaje się o rzut beretem.
Rozstaj szlaków i wiata na Dziale.
Przed nami jak na dłoni Mała – na wprost – i Wielka Rawka – lekko na prawo
Rzut oka do tyłu – tak uroczo właśnie wchodzi się na Rawki przez Dział

Rawki i Kremenaros

Mała Rawka (1272 m n.p.m.) wita nas rozległymi widokami i … tłumem turystów, którzy docierają tu z Przełęczy Wyżniańskiej. Dojście z przełęczy na Rawki jest dużo krótsze, w dodatku prowadzi obok Bacówki pod Małą Rawką – my wędrowaliśmy tędy i wiosną, i jesienią, i zimą, ale w szczycie sezonu zdecydowanie preferujemy spokojniejsze szlaki.

Na Małej Rawce skręcamy w prawo i zmieniamy kolor szlaku z zielonego na żółty. Przed nami 15 minut przyjemnej wędrówki na szczyt Wiekiej Rawki  (1304 m n.p.m.). Z wierzchołka, „ozdobionego” charakterystycznym dawnym betonowym słupem geodezyjnym, rozpościera się  kapitalny widok. Doskonale widać połoniny: Wetlińską i Caryńską,  gniazdo Tarnicy, Bukowe Berdo (relacja z wycieczki na Bukowe Berdo tutaj). Na szczytowym trawiastym zboczu urządzamy sobie bardzo miły odpoczynek na drugie śniadanie.

Tuż przed szczytem Małej Rawki. Towarzyszą nam kapitalne widoki.
Między Małą i Wielką Rawką
Za nami widoczny jak na dłoni Dział i Mała Rawka – po prawej
Na szczycie Wielkej Rawki stoi charakterystyczny betonowy słup geodezyjny.
Widok z Wielkiej Rawki na Połoninę Caryńską
Z Rawki wspaniale prezentuje się Tarnica.
Na Rabią Skałę jeszcze pięć i pół godziny. Jest moc!

Od szczytu Wielkiej Rawki wędrujemy niebieskim szlakiem. Sprawnie docieramy do przecinki granicznej – sąsiadujące ze sobą polskie i ukraińskie słupy graniczne wyglądają bardzo malowniczo – i rozpoczynamy podejście na Kremenaros. To cały czas dość licznie uczęszczany odcinek szlaku, idziemy więc w towarzystwie innych turystów – zagęszczenie ruchu jest jednak bez porównania mniejsze niż w rejonie Tarnicy.

Po 45 minutach stajemy na szczycie Kremenarosa (wycieczkę na Kremenaros i Rawki z Przełęczy Wyżniańskiej opisujemy tutaj). Kremenaros (Krzemieniec, 1221 m n.p.m.) przyciąga turystów jak magnes, bo – mimo że zalesiony i niewidokowy, jest szczytem wyjątkowym – to tu właśnie zbiegają się granice trzech państw – Polski, Słowacji i Ukrainy, z tych trzech państw docierają też na Kremenaros szlaki. Trójstyk jest oznaczony trójkątnym słupem z napisami w trzech językach.

Przed nami nasz następny cel – Kremenaros.
Zejście z Wielkiej Rawki w stronę przecinki granicznej.
Wspaniały widok na ukraińskie Bieszczady
Początkowy odcinek zejścia z Wielkiej Rawki jest bardzo widokowy.
Docieramy do polsko-ukraińskiej granicy
Podejście na Kremenaros
Kremenaros – trójstyk granicy polskiej, słowackiej i ukraińskiej

Pasmem granicznym od Kremenarosa po Rabią Skałę

Wędrówka odludnym pasmem granicznym kusiła nas od dawna. Największym utrudnieniem była długość wycieczki – od Kremenarosa po Rabią Skałę to niemal 5 godzin samej wędrówki grzbietem, bez możliwości wcześniejszego zejścia w dolinę. Całodzienna górska wyrypa ma jednak swój perwersyjny urok – od rana więc cieszyliśmy się na długie godziny na szlaku, zmieniające się widoki i prawdziwe górskie zmęczenie na koniec dnia. Dziś z radością kontynuujemy więc wędrówkę niebieskim granicznym szlakiem z Kremenarosa w kierunku Rabiej Skały.

Idziemy głównym grzbietem Karpat, europejskim działem wodnym, przez piękne stare bukowo-jaworowe lasy. Te cenne przyrodniczo obszary pograniczne są chronione w ramach Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery „Karpaty Wschodnie”. Wędrówka nie nudzi się, bo cały czas a to trzeba podchodzić, a to schodzić. Może to i niepozorny szlak, bo wysokości względne nie są duże, ale skumulowanie zejść i podejść to prawdziwe wyzwanie kondycyjne.

Pierwszym szczytem za Kremenarosem jest Kamienna (1201 m n.p.m.). Warto na chwilę opuścić wyjeżdżoną drogę i wspiąć się na najeżony skałkami wierzchołek (tamtędy właśnie pierwotnie biegł szlak) – z prześwitów odsłaniają się urokliwe widoki w stronę połonin.

Zaczynamy wycieczkę szlakiem granicznym. Tuż obok słupek graniczny nr 1-1!
Pierwszy szczyt za Kremenarosem to Kamienna.

Za Kamienną zbiegamy na przełęcz i zaczynamy podejście na Hrubki (1186 m n.p.m.). Ta nazwa bardzo podoba się dzieciom – „jej, weszliśmy na chrupki!” – zawołali rezolutni chłopcy, wędrujący dziś ze swoimi rodzicami pasmem granicznym. A skoro już o chrupkach mowa…, to my zgłodnieliśmy i na Hrubkim urządziliśmy sobie małą przerwę „obiadową”. Zaszaleliśmy i wzięliśmy dziś ze sobą liofilizat – po dolaniu gorącej wody z termosu chwila moment i pyszna pasta carbonara czeka na zgłodniałych wędrowców. Jaka to frajda zjeść sobie coś ciepłego na całodniowym szlaku!

Szlak prowadzi przez jaworowo-bukową puszczę. Zachwycamy się zwłaszcza jaworami.
Na szczycie Hrubkiego przystajemy na przerwę „obiadową”.

Kolejny szczyt na naszej trasie to Czerteż (1072 m n.p.m.). Od południa dochodzi tu słowacki szlak z Novej Sedlicy. W ogóle Słowaków na szlaku granicznym spotykamy dziś dużo więcej niż Polaków – ale w sumie nic dziwnego: mają więcej dojść, w dodatku te dojścia są krótsze. Z naszych obserwacji wynika, że szlak graniczny często odwiedzają słowaccy turyści długodystansowi – wędrujący z dużymi plecakami, nastawiający się na kilkudniowe przemarsze.

Goździk skupiony jest kwiatem chronionym, występującym w Polsce tylko w Bieszczadach.
Za Hrubkim mijamy grób radzieckiego żołnierza Gładysza
Uwaga! Granica państwa! 🙂

Za Czerteżem nasz szlak zbiega w dół w stronę Przełęczy pod Czerteżem. Z każdym krokiem w dół towarzyszy nam myśl, że straconą wysokość za chwilę będziemy musieli odrabiać – Przełęcz Pod Czerteżem (906 m n.p.m.) to najniższy punkt na granicznym odcinku naszej trasy. W razie kryzysu kondycyjnego można stad zejść w dół nieznakowaną drogą. My jednak dzielnie kontynuujemy wędrówkę w kierunku Rabiej Skały.

Za Przełęczą pod Czerteżem, jak się domyślacie, na zmęczonych wędrowców czeka ściana płaczu. Podejście na szczyt Borsuka (991 m n.p.m.) – nie jest jeszcze specjalnie męczące, schody zaczynają się dopiero za  Przełęczą Pod Borsukiem (955 m n.p.m.). Odcinek wprowadzający na Czoło (1161 m n.p.m.) to chyba najbardziej męczące podejście na całej trasie. Na szczęście jak na zamówienie zaraz za Czołem na zmęczonych wędrowców czekają przepiękne rozległe polany (zw. Bungiłskie) z panoramicznymi widokami – wręcz stworzone do odpoczynku. My tam właśnie kładziemy się na trawie, zamykamy oczy i cieszymy się chwilą – to chyba najprzyjemniejszy odpoczynek dzisiejszego dnia, nawet mimo tego, że podczas leżenia na trawie pogryzły nas mrówki😊. Kto nie chce bawić się w Telimenę i ryzykować spotkania z gryzącymi owadami, może podejść jeszcze kawałek dalej – będzie mógł rozsiąść się w solidnej wiacie (choć przy ładnej pogodzie łąki są zdecydowanie przyjemniejszą opcją).

Za Czerteżem zaczyna się zejście na najniżej położną przełęcz na dzisiejszym odcinku granicznego szlaku.
Przed przełęczą musimy zgubić ok. 170 m wysokości.
Przełęcz pod Czerteżem – znajduje się tu jedyne na tym odcinku szlaku źródełko.
Co zeszliśmy, musimy z powrotem podejść. W drodze na szczyt Borsuka.
Piękne dziuplaste jawory skradły nasze serca.
Polany pod szczytem Czoła zachęcają do odpoczynku.
Wakacje – tylko na plaży! 😉
Tuż obok rośnie piękna lilia złotogłów.

Ostatnim na dziś szczytem w paśmie granicznym jest Rabia Skała (1199 m n.p.m.). Nazwa, pochodząca od słowa „pstry”, prawdopodobnie związana jest z barwą piaskowcowych wychodni skalnych. To właśnie na Rabiej Skale spotkamy tak rzadko spotykaną  w Bieszczadach… przepaść! Urwisko skalne ostro opada w dół na słowacką stronę. Przy szlaku znajduje się taras widokowy – dobrze z niego widać urwiste zbocza Rabiej Skały, z tarasu otwierają się też piękne widoki na słowackie szczyty. Samo urwisko obejrzymy jeszcze lepiej, gdy skręcimy w wydeptaną ścieżkę ok. 50 m przed tarasem widokowym. Można nią dojść do samej krawędzi urwiska, trzeba tylko zachować daleko idącą ostrożność – przed przepaścią nie ma żadnych zabezpieczeń. 

W drodze na kulminację Rabiej Skały.
Za nami na dalszym planie Czoło i piękna podszczytowa polana, na której odpoczywaliśmy.
Taras widokowy na Rabiej Skale.
Widok z Rabiej Skały na słowackie Bieszczady, zwane Bukowskimi Wierchami
Ścieżka doprowadza nad skraj urwiska.
Urwisko spada kilkudziesięciometrową ścianą na południową stronę Rabiej Skały.

Na Rabiej Skale opuszczamy szlak graniczny. Skręcamy w prawo za żółtymi znakami sprowadzającymi w kierunku Wetliny.  Po niedługim czasie wychodzimy na szczytowe polany Paportnej (1199 m n.p.m.). Widok stąd jest wspaniały. Wypatrujemy i odwiedzony przez nas niedawno Łopiennik (link do opisu wycieczki tutaj) i Połoninę Wetlińską i Smerek (opis wycieczki tutaj).

Widok na Paportną – to przez nią wrócimy do Wetliny.
Stoki Rabiej Skały i kulminacja Czoła.
Rozstaj szlaków na Rabiej Skale. Tu skręcamy na Wetlinę.
Podchodzimy na wierzchołek Paportnej przez piękne podszczytowe łąki.
Widok w stronę Małego Jasła.
Przyjemnie tak wędrować w przedwieczornym słońcu.

Za Paportną szlak sprowadza w dół na przełęcz oddzielającą Paportną od Jawornika (1021 m n.p.m.). Zmęczenie daje już o sobie powoli znać, a każdy krok zaczyna być bolesny. Mimo to cieszymy się przedwieczorną wędrówką przez bukowo-jaworowy las.

Na Jaworniku skręcamy w prawo w zielony szlak sprowadzający do Wetliny. Najpierw ścieżka łagodnie prowadzi wśród drzew, potem jednak zaczyna się chyba najmniej przyjemny odcinek dzisiejszej wycieczki. Nachylenie jest nieprzyjemnie duże, więc każdy krok okupujemy bólem stóp i kolan. Na szczęście zejście do Wetliny zajmuje tylko 45 minut. Przy samochodzie stajemy mega zmęczeni, ale w pełni usatysfakcjonowani fantastyczną wycieczką. 12 szczytów, mnóstwo miejsc widokowych,  główny grzbiet Karpat i to cudowne całodzienne oderwanie od wszystkich problemów, które czekają na nas na dole – na pewno wiecie, co mamy na myśli! 🙂

Między Paportną a Jawornikiem.
Zejście z Jaworika do Wetliny. Na początku łagodnie, potem będzie znacznie stromiej.

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Na Bukowe Berdo – najdzikszą połoninę w polskich Bieszczadach

Z Mucznego na Bukowe Berdo

Niezwykle widokowa wycieczka na najrzadziej odwiedzaną połoninę w polskich Bieszczadach. Z Bukowego Berda widać niemal wszystkie znane turystom miejsca Bieszczadów Wysokich – od obu połonin: Wetlińskiej i Caryńskiej, po Rawki, Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec. To jeden z najbardziej widokowych bieszczadzkich szlaków! Wycieczkę można rozszerzać – albo o wejście na Tarnicę, albo na Halicz czy Szeroki Wierch.

Informacje praktyczne

Dojście z Mucznego jest najkrótszym dojściem na połoninę – już w 75 min od wyruszenia jesteśmy na grzbiecie. Szlak wiedzie przez bukowy las, ścieżka jest wygodnie nachylona i szybko zdobywa wysokość. Samochód zostawiamy na parkingu przed budynkiem Centrum Promocji Leśnictwa w Mucznem. Parking hotelowy jest – jak oznajmiają znaki – dostępny tylko dla gości. Pozostali zostawiają auta na niewielkim parkingu przy szosie i na poboczach.

Wariant z Mucznego ma tę zaletę, że szybko wprowadza na połoninę, w związku z czym szczególnie polecamy go dla rodzin z dziećmi. Ma też jednak wadę – po wycieczce musimy wrócić w to samo miejsce, z którego wyszliśmy. Jeśli interesuje Was szlak okrężny, można ruszyć z niewielkiej miejscowości Widełki, znajdującej się na południe od Stuposian. Niebieski szlak wprowadzi na Bukowe Berdo. Na przełęczy pod Tarnicą skręcimy następnie w prawo i za znakami czerwonego szlaku przejdziemy przez Szeroki Wierch aż do Ustrzyk Górnych. Końcowy odcinek Ustrzyki Górne-Widełki będziemy musieli pokonać asfaltem (lub postarać się o podwózkę). Jeszcze inny wariant dotarcia na Bukowe Berdo to wyjście z Wołosatego – tak jak na Tarnicę.

My ruszaliśmy na Bukowe Berdo z Mucznego. Po przejściu połoniny rozszerzyliśmy wycieczkę o wypad na Szeroki Wierch (ładny widok na Tarnicę, Caryńską i Bukowe Berdo). Wracaliśmy tą samą drogą. Całość z odpoczynkami zajęła nam 7,5 godz.

Na Bukowym Berdzie w sezonie wakacyjnym jest spory ruch, choć oczywiście nie taki jak na odcinku Przełęcz pod Tarnicą – Tarnica (na najwyższy bieszczadzki szczyt ludzie – mimo epidemii koronawirusa – ciągnęli dziś w sznureczku). Jeśli więc chcecie cieszyć się spokojem, warto wyruszyć na szlak wcześnie rano.

Muczne

Nasz punkt startu to Muczne. Osada wzięła nazwę od potoku, nad którym leży. Woda pewnie niegdyś nie grzeszyła przejrzystością, bo mutny to po ukraińsku mętny. Muczne słynęło kiedyś z ośrodka wypoczynkowego dla dygnitarzy PRL, którzy przyjeżdżali tu na huczne polowania. Te czasy na szczęście odeszły już w przeszłość. Pamiątką dawnych lat jest hotel Muczne – działa do dziś i słynie ze świetnej kuchni – mieliśmy okazję to sprawdzać kiedyś w zimie, gdy wracaliśmy z wycieczki do Sianek (relacja tutaj). Obecnie Muczne jest zagubioną na końcu świata miejscowością. Nie licząc hotelowych gości, zaglądają tu turyści oglądający Zagrodę Pokazową Żubrów (relacja z wycieczki do muczniańskich żubrów tutaj) oraz piechurzy zmierzający na Bukowe Berdo.

Muczne, Ośrodek Promocji Leśnictwa – tu zaczynamy wycieczkę

Muczne – grzbiet Bukowego Berda

Szlak prowadzi drogą przez las. Wejście jest łatwe i mimo że sprawnie zdobywa wysokość, nie męczy.

Szlak dojściowy na połoninę prowadzi przez piękny bukowy las

Bukowe Berdo

Bukowe Berdo to najrzadziej uczęszczana bieszczadzka połonina, ale dzięki temu pozwala poczuć klimat prawdziwie dzikich gór. Słowo berdo niegdyś znaczyło pastwisko. Na połoninie rzeczywiście wypasane były stada z okolicznych wsi – wyobrażacie sobie mieć takie widoki na co dzień? To się dopiero nazywa panoramiczna stołówka! Bukowe Berdo ma doskonałe walory widokowe – panoramy na wszystkie strony zaczynają się już od momentu dojścia na grzbiet połoniny. Atrakcyjność wycieczki podnoszą liczne piaskowcowe wychodnie skalne. To bez dwóch zdań jedno z najpiękniejszych miejsc w Bieszczadach!

Odcinek dojściowy z Mucznego na grzbiet połoniny pokonujemy sprawnie. Już od początku towarzyszą nam inni turyści – oj, w szczycie sezonu na Bukowym Berdzie o samotność będzie trudno.

W nieco ponad godzinę stajemy na szczycie połoniny i od razu dopada nas efekt wow. Jak tu pięknie! Widoki są bardzo szerokie, poprzedzielane dolinami Terebowca i Sanu bieszczadzkie szczyty wyglądają majestatycznie, a panorama zaskakuje głębią. Oczy same uciekają w kierunku Połoniny Caryńskiej – jakaż ona malownicza!

Po osiągnięciu grzbietu skręcamy pod kątem 90 stopni w lewo i zmieniamy kolor szlaku z żółtego na niebieski. Od teraz będziemy wędrowali połoniną. Niemal przez cały czas możemy podziwiać piękne widoki  – poza jednym malowniczym odcinkiem, który przeprowadza przez krzewiastą jarzębinę, porastającą partie szczytowe Bukowego Berda. „Jaka fajna ta puszcza!” – mówi jeden z wędrujących za nami chłopców do swoich rodziców. Czterokilometrową połoninę przechodzi się w ok. godzinkę. Szlak przeprowadza przez wszystkie trzy kulminacje Bukowego Berda – najwyższy punkt ma 1313 m n.p.m. Spacer tym odcinkiem to czysta przyjemność z bycia w górach.

Po 75 minutach wędrówki żółtym szlakiem osiągamy grzbiet połoniny
Od razu otwierają się przed nami szerokie widoki w stronę Połoniny Caryńskiej
Zaczynamy wędrówkę grzbietem Bukowego Berda
Połonina ma 4 km długości i jest niezwykle malownicza.
Partie szczytowe Bukowego Berda porasta krzewiasta jarzębina.
Wędrówkę uatrakcyjniają liczne piaskowcowe wychodnie skalne.
Bukowe Berdo ma trzy kulminacja – przed nami ta najwyższa (1313 m n.p.m.)
Bukowo na Bukowym!
Na pierwszym planie Bukowe Berdo, z tyłu – Połonina Caryńska.
Śniadanie na trawie:)
Wszechobecna zieleń i te piękne fioletowe dzwonki!
Imponujący grzebień Krzemienia
Na Bukowym Berdzie – jak w niebie!
Widok z najwyższej kulminacji Bukowego Berda w kierunku Halicza.

Bukowe Berdo – Przełęcz Goprowska – Szeroki Wierch

Po wejściu na najwyższą kulminację Bukowego Berda (1313 m n.p.m.) można wrócić tą samą drogą, my jednak decydujemy się przedłużyć wycieczkę o wypad na grzbiet Szerokiego Wierchu (1315 m n.p.m.).

W tym celu kontynuujemy spacer niebieskim szlakiem. Najpierw obniżamy się na niewielką przełączkę, a potem wchodzimy na szczyt Krzemienia. Krzemień słynie z pięknych piaskowcowych wychodni skalnych. W panoramie z Krzemienia wyróżnia się Tarnica (1346 m n.p.m.), oddzielona wciętą głęboko Przełęczą Goprowską (1160 m). No właśnie. Przełęcz Goprowska jest największym wyzwaniem na naszej dzisiejszej trasie, bo … trzeba zejść do niej 200 m, by potem to samo 200 m w podchodzić do góry – wyczyn trzeba powtórzyć jeszcze raz w drodze powrotnej:) Jest to dość żmudny odcinek – po ostatnim remoncie szlaku na odcinku Krzemień – Przełęcz Goprowska zrobiono tu eleganckie stopnie z drewnianych poprzecznych belek, ale tych stopni jest od groma. Schodząc, obiecaliśmy sobie, że w drodze powrotnej policzymy, ile tych schodków jest. R. obstawił 800, M. (widać bardziej zmęczona:) – 1000. Chcecie wiedzieć, ile naliczyliśmy? Jedno z nas 901, drugie – 930. Oj, chyba musielibyśmy zejść na dół i policzyć od nowa, żeby dojść do spójnej wersji. W każdym razie w pierwotnych szacunkach bardzo się nie pomyliliśmy:)

Im bliżej Przełęczy Goprowskiej, tym tłoczniej. Nie idzie się tu komfortowo – spacer w tłumach nigdy nie należy do przyjemności, a obecna epidemia COVID-19 dodatkowo potęguje nasze nieprzyjemne odczucia. Na Przełęczy pod Tarnicą (1275 m n.p.m.) ludzi jak mrówek. Kto chce wejść na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, musi dreptać w sznureczku. Wspominamy, jak ostatnio wchodziliśmy na Tarnicę zimą, niemal w samotności – jak tu było pięknie i dziko (relacja z zimowego wejścia na Tarnicę tutaj)! Najpopularniejsze szlaki w górach zdecydowanie najlepiej jest odwiedzać poza sezonem.

Kontynuujemy wędrówkę w kierunku Krzemienia.
Po przekroczeniu Krzemienia otwiera się widok na szerokie siodło Przełęczy Goprowskiej.
Krzemień zostaje za nami.
Z Szerokiego Wierchu rzucamy okiem na szlak na Tarnicę z Wołosatego.
Stąd też widać całą grań Bukowego Berda.
Na północnym wschodzie majaczy Połonina Caryńska.
Morze traw, szczyty pasma granicznego i dalej Ukraina.

Z Przełęczy Goprowskiej na Szeroki Wierch wchodzi się już szybko – i jest nieco mniej tłoczno. Szeroki Wierch (1315 m) to zachodni skraj grupy Tarnicy, również pokryty połoniną. Ma aż cztery kulminacje. Warto wydłużyć spacer o wycieczkę na zachód od pierwszej kulminacji – Połonina Caryńska będzie prezentowała się jeszcze ładniej!

Szczyt Szerokiego Wierchu i Tarnica.
Ze szczytu Szerokiego Wierchu najlepiej widać tłumy sunące na Tarnicę.
Kopa Bukowska i Halicz z okolic Przełęczy pod Tarnicą.

Powrót przez Krzemień i Bukowe Berdo do Mucznego

Wracamy tą samą drogą. Do Przełęczy Goprowskiej tłumy, potem im dalej, tym spokojniej. Po minięciu „ściany płaczu” przed szczytem Krzemienia idzie się już bez większego wysiłku. Najpierw było nam bardzo szkoda, że będziemy wracali tą sama drogą, ale potem nie żałowaliśmy – widoki na połoniny są z Bukowego tak cudne, że w sumie dobrze, że było dane nam popodziwiać je raz jeszcze – tym razem w towarzystwie pięknego popołudniowego słońca.

Z Przełęczy Goprowskiej musimy znowu wejść na Krzemień.
Tych schodów jest ponad 900 – naprawdę, policzcie sami!
No i ponownie podchodzimy na najwyższą kulminację Bukowego Berda.
I znowu Kopa Bukowska i Halicz, tym razem spod Bukowego Berda.
Odpoczynek na stokach Bukowego Berda.
Przed nami jeszcze raz piękny spacer grzbietem Bukowego Berda.
Często towarzyszą nam piaskowcowe wychodnie skalne.
Można się zachwycić…
Bukowe Berdo miejscami jest porośnięte pięknymi krzewiastymi jarzębinami.
Ostatnie spojrzenie na Połoninę Caryńską.

Nasz czas: 7,5 godz, ok. 900 m przewyższenia

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Spływ kajakowy Sanem Lesko–Sanok

Myślisz kajak, mówisz Bieszczady? Nie? My też zupełnie nie kojarzyliśmy spływów kajakowych z okolicą Bieszczadów. Tymczasem 24-kilometrowy spływ malowniczym odcinkiem Sanu między Leskiem a Sanokiem dostarczył nam niezapomnianych przeżyć!

Spływ kajakowy Sanem to świetny pomysł na „kondycyjny” dzień w przerwie pomiędzy zdobywaniem kolejnych bieszczadzkich szczytów lub po prostu sposób na spędzenie przyjemnego dnia na łonie natury, z grupą znajomych albo tylko we dwoje 😉 W szczycie sezonu turystycznego na Sanie spotkać można co najwyżej pojedynczych kajakarzy i wędkarzy, zwykle jednak przez wiele kilometrów będziecie płynąć w zupełnej samotności.

Jako typowo nizinni kajakarze trochę obawialiśmy się spotkania z górskim w naszym mniemaniu Sanem. Zupełnie niesłusznie – poniżej Jeziora Solińskiego San nie ma już typowo górskiego charakteru. Zobaczcie, jak cudownie poznawać Bieszczady z perspektywy kajaka!

Kajakiem z Leska do Sanoka – szlakiem wodnym środkowego Sanu

24.07.2020

Wertując mapy w poszukiwaniu szlaków na tegoroczne wycieczki w nieco mniej znane zakątki Bieszczadów, M. zwróciła uwagę na szlak wodny Błękitny San, zaczynający się od ujścia potoku Negrylów, dosłownie kilkanaście kilometrów poniżej źródeł Sanu. Górny odcinek szlaku jest jednak spławny tylko w miesiącach wiosennych, gdy trwają wiosenne roztopy. Gdzie nam zresztą do górskich kajakarzy – fragment Procisne–Rajskie to obowiązkowy odcinek Górskiej Odznaki Kajakowej PTTK!

Co innego środkowy odcinek Sanu, zaczynający się w Zwierzyniu, poniżej Jeziora Solińskiego i Myczkowskiego, a kończący w Przemyślu. To już miejsce odpowiednie dla takich amatorów kajakarstwa jak my. San meandruje tutaj pomiędzy zalesionymi wzgórzami, momentami tworząc malownicze przełomy. Poniżej Przemyśla San jest już typowo nizinną rzeką i po przepłynięciu kolejnych 300 km wpada do Wisły obok Sandomierza.

Informacje praktyczne

Spływ środkowym odcinkiem Sanu jest możliwy tylko przy odpowiednim poziomie wody, najczęściej w okresie od kwietnia do czerwca. Latem po większych deszczach poziom wody w Sanie znacznie się podnosi i wtedy okresowo rzeka jest spławna. Planując wycieczkę kajakową po Sanie, koniecznie skontaktujcie się z jedną z firm organizujących spływy – tam dowiecie się, czy poziom wody jest w danym momencie odpowiedni, czyli umiarkowany. Przy zbyt dużej ilości wody nurt Sanu staje się zbyt burzliwy, a przy niskich poziomach wody szorowalibyśmy dnem kajaka po skałach i kamieniach.

My skorzystaliśmy z usług sanockiej firmy kajaki-sanok.pl, która ma bazę na parkingu przy moście naprzeciwko sanockiego skansenu. Kolejna firma zlokalizowana była poniżej mostu i po przeciwnej stronie Sanu. Podobno fajną opcją jest organizacja wielodniowego spływu od Zwierzynia do Przemyśla lub jeszcze dalej. Baza noclegowa pozwala nawet nie zabierać ze sobą namiotów – może kiedyś skorzystamy z takiej opcji – kto wie?

Sanok – punkt zbiórki. Tu zakończymy nasz spływ Sanem.

Koszt wynajęcia dwuosobowego kajaka na odcinek Lesko–Sanok wynosił w 2020 r. 120 zł (oczywiście z transportem na miejsce startu spływu). Na pokonanie 24 kilometrów trasy potrzeba między 4 a 6 godzin. Faktycznie cały spływ razem z dojazdem busikiem na miejsce startu zajął nam 4 godziny – San bardzo wartko płynie.

W słoneczny dzień koniecznie zabierzcie ze sobą krem z mocnym filtrem – słońce pali na wodzie niemiłosiernie! Mała przekąska i coś do picia też umilą wiosłowanie. I zdecydowanie płyńcie w kapokach – San to rzeka z charakterem i chwila nieuwagi wystarczy, żeby skąpać się w jego miejscami całkiem głębokim i szybkim nurcie.

Nie polecamy tego odcinka Samu jako rodzinnego szlaku kajakowego, przynajmniej dla osób z doświadczeniem pływania tylko po nizinnych rzekach. Niełatwo tutaj o spokojne miejsce na jakiś przymusowy postój, a na niektórych odcinkach nurt jest naprawdę szybki i burzliwy, woda potrafi mocno zachlapać osobę płynącą z przodu, a przecież tam zwykle sadzamy nasze pociechy. Rodzinną kajakową przygodę lepiej zacząć na nizinach.

Spływ Sanem z Leska do Sanoka

Dopiero co wędrowaliśmy do źródeł Sanu wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy (link do relacji z tej wycieczki tutaj), tymczasem dzisiaj przez kilka godzin płyniemy szeroko rozlaną rzeką zupełnie nieprzypominającą wąskiego granicznego potoku z pierwszych kilometrów swojego biegu!

Spływ Sanem jest zdecydowanie inny niż nizinne szlaki kajakowe. Rzeka płynie szybciej i mniej meandruje. Wiosłowanie ogranicza się głównie do sterowania kajakiem. Natomiast widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie – za kolejnymi zakrętami wyłaniają się piękne zalesione wzgórza, a brzegi porośnięte zielenią ustępują miejsca skalnemu korytu. Przepływając pod mostami, trzymamy się środka nurtu, zachowując jednocześnie bezpieczną odległość od podpór, przy których często gromadzą się naniesione przez grunt konary lub inne potencjalne przeszkody. Najfajniej płynie się przez miejsca, gdzie nurt przyspiesza – czujemy się prawie jak na raftingu!

Ruszamy. Przed nami most w Lesku.
San to piękna trasa kajakowa!
San płynie wartko – nasza prędkość to nawet 10 km na godzinę.

Dzika przyroda na wyciągnięcie ręki

San na odcinku między Leskiem a Sanokiem jest południowo-zachodnim ograniczeniem Gór Słonnych, należących do pasma Gór Sanocko-Turczańkich. W związku z tym na prawym brzegu pojawiają się takie atrakcje jak Skała Wolańska czy rezerwat Góry Sobień wraz z ruinami zamku Kmitów na szczycie. Świetnych wrażeń dostarcza przepłynięcie obok długiej na ponad kilometr wyspy – nurt tutaj się zwęża, co potęguje wrażenie dzikości tego miejsca.

Dolina Sanu jest domem wielu dzikich zwierząt. Dzisiaj udało nam się zaobserwować chyba kilkanaście czapli wypatrujących ryb na nadbrzeżnych konarach. Poza tym spotykaliśmy stadka kaczek, pięknych łabędzi i innych wodnych ptaków. Kilkanaście metrów przed kajakiem przepłynęła nam nawet wydra! Pierwszy raz widzieliśmy to śliczne stworzenie na żywo!

Za chwilę przepłyniemy obok Skały Wolańskiej.
Z kajaka idealnie można podziwiać imponujące odsłonięcia wapiennych skał.
Po chwili Skała Wolańska zostaje za nami.
Po prawej stronie rozciągają się malownicze Góry Słonne
Kto jest spostrzegawczy i znajdzie czaplę na tym zdjęciu? Gdy tylko podpływaliśmy bliżej, czaple natychmiast odlatywały.
Spływ Sanem, czyli góry i kajaki w jednym!
Po minięciu Leska okolica staje się bardziej dzika.
Przed nami most drogi Sanok-Ustrzyki Dolne w Postołowie.
Na większych kamieniach woda kapryśnie się burzy.
Momentami San płynie jednak bardzo spokojnie.
Na spokojnych odcinkach można sobie pozwolić na prawdziwy relaks!
To idealny pomysł na dzień ‚kondycyjny’ – pracują tylko ręce, a nogi odpoczywają!
Widok kajakarzy na Sanie nawet w sezonie jest rzadkością.
Co chwilę czaple się zrywają przed nami do lotu.
Na Sanie widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie.
Brzegi Sanu są dzikie i zarośnięte.
Od czasu do czasu zdarzają się krótkie odcinki wzburzonej wody – uwaga na chlapanie!
Przed nami góra Sobień z ruinami zamku Kmitów.
Okolice Góry Sobień są objęte ochroną rezerwatową.
Przed nami jedna z największych wysp na Sanie – ma ponad kilometr długości!
My płyniemy lewą odnoga, ale przy niskich stanach wód lepiej się trzymać prawej, szerszej.

Stopień wodny poniżej mostu kolejowego w Zagórzu

Kilkaset metrów za mostem w Zagórzu znajduje się jedyna na naszym odcinku przenioska. Trzeba tu przybić do prawego brzegu i przeciągnąć lub przenieść kajak poniżej rozciągającego się na całej szerokości Sanu stopnia wodnego w okolicy (nie najlepiej widocznej) tablicy ostrzegającej o przeszkodzie. Narastający szum wody powinien ostrzec Was w porę. Nam manewr nie udał się najlepiej…

W ostatnich latach pływaliśmy sporo, ale tylko z dziećmi, więc każde z nas samodzielnie sterowało kajakiem. Dzisiaj w kluczowym momencie nasze wizje manewrowania okazały się zupełnie sprzeczne, z czego zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy 😉 M. chciała z rozpędem wsunąć się dziobem na płyciznę, a R. chciał wyhamować i pozwolić prądowi dobić nas do brzegu. Jak się domyślacie, to nie mogło się dobrze skończyć 😉 prąd zaczął nas obracać i M., chcąc ratować sytuację, wyskoczyła z kajaka, żeby dociągnąć go do brzegu, mocząc się przy tym zupełnie i zanurzając przy okazji w wodzie nasz aparat. Błotniste w tym miejscu dno dodało jeszcze dramaturgii sytuacji. :)))

Most kolejowy w Zagórzu.
Piękna rodzina łabędzi na razie płynie spokojnie
… ale zaraz podrywa się do lotu.
Kilkaset metrów za mostem kolejowym znajduje się próg wodny – trzeba przenieść kajak.

Już po wyciągnięciu kajaka na brzeg i wstępnym oszacowaniu strat (na szczęście mieliśmy jakieś zapasowe ubrania) okazało się, że właściwe miejsce do wyciągnięcia kajaków było kilka metrów dalej 😉 Na swoje usprawiedliwienie mamy nie najlepsze oznakowanie miejsca przenioski oraz to, że w głowie mieliśmy wizję spadania tyłem albo bokiem z metrowego stopnia wodnego razem z huczącymi wodami Sanu – to dopiero byłaby przygoda, chi, chi!

Próg wodny – my już po przeniosce z przygodami
Zaraz za progiem wodnym z powrotem wodujemy kajak
Teraz już bez przeszkód będziemy płynąć aż do Sanoka.

Sanem przez Sanok

Dalszy odcinek spływu mija równie szybko jak wcześniejsze – taką rzeką jak San płynie się znacznie szybciej niż na przykład mazowieckim Liwcem. Nurt jest tutaj już spokojniejszy niż wcześniej, a większą atrakcją jest tylko wpadająca z lewej strony Osława. Na ostatnich kilometrach przepływamy obok sanockich zakładów przemysłowych, mamy wrażenie, że rzeka nie jest tu już taka czysta jak wcześniej. Potem po lewej stronie mijamy tereny sportowo-rekreacyjne, by w końcu dopłynąć w okolice mostu prowadzącego z miasta do skansenu. Po lewej stronie przy parkingu obsługa pomaga nam bezproblemowo przybić do brzegu i w ten sposób kończy się nasza pierwsza kajakowa przygoda z Sanem – na pewno nie ostatnia!

Spływ środkowym Sanem to atrakcja dla tych, którzy nie mogą się zdecydować, czy góry, czy woda. W naszym odczuciu to też dobre miejsce na pierwszy kontakt z bardziej górską rzeką dla „nizinnych” kajakarzy. A na pewno prawdziwa gratka dla miłośników aktywnej turystyki i kontaktu z dziką przyrodą. Dla nas pozostanie cudownym wspomnieniem wspólnego dnia z niezapomnianymi przygodami 😉

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Widokowa Przełęcz Pod Tołstą – pętla z Rajskiego

Macie ochotę na niedługi spacer w okolicach Jeziora Solińskiego? Mamy dla Was propozycję trasy spacerowej na widokową Przełęcz Pod Tołstą. Według nas widoki z przełęczy są nawet lepsze niż te z wieży widokowej na Korbani (a samą Korbanię też można stąd zobaczyć!). Wycieczka prowadzi mało uczęszczanym szlakiem przez piękny stary bukowy las i nieistniejącą już wieś Studenne.

Na Przełęcz Pod Tołstą można też łatwo dostać się od strony Terki, my jednak wyruszyliśmy od strony miejscowości Rajskie, z okolic mostu na Sanie. Jeśli macie ochotę na dłuższą włóczęgę, możecie tak jak my zacząć trasę od spaceru do innej nieistniejącej wsi zagubionej nad Sanem – Tworylnego.

Spacer z Rajskiego przez przełęcz Szczycisko i Przełęcz Pod Tołstą do nieistniejącej wsi Studenne

26 lipca 2020 r.

Informacje praktyczne

Samochód najlepiej zaparkować w okolicy mostu na Sanie w okolicy dawnej miejscowości Studenne. Aby tam dotrzeć, trzeba w Rajskiem, jadąc od strony Polańczyka, skręcić w prawo przed mostem na Sanie. Po ominięciu ośrodków wypoczynkowych położonych wzdłuż Sanu jedziemy bardzo wyboistą drogą aż do skrzyżowania przy kolejnym moście na Sanie. Tutaj można zostawić samochód.

Wariant krótszy to podejście szutrową drogą na południe aż do przełęczy Szczycisko. Tam skręcamy w prawo na znakowany zielono szlak, który trawersuje stoki Połomy. Po niespełna godzinie marszu wychodzimy na polanę, na której zamiast dalej schodzić w stronę Terki, idziemy prosto wzdłuż lasu na wzgórze za biało-czerwonymi znakami i niebiesko-żółtymi oznaczeniami szlaku papieskiego. Trzymając się znaków, przechodzimy przez tereny nieistniejącej wsi Studenne i schodzimy z powrotem w okolicy mostu na Sanie do szutrowej drogi, którą wcześniej szliśmy na przełęcz Szczycisko, zamykając w ten sposób pętlę. Dodatkową atrakcją w ciepły letni dzień może być kąpiel w Sanie w okolicy mostu (dogodne zejście nad wodę znajduje się nieopodal mostu, przy drodze od strony Rajskiego).

Spacer zajmuje około 4 godzin, trzeba pokonać ok. 9 km i 350 m przewyższenia. W połączeniu z wycieczką do Tworylnego to już trasa dwukrotnie dłuższa (choć pokonywane przewyższenie jest tylko niewiele większe). Taki dłuższy wariant można zacząć też z okolicy mostu – trzeba iść wzdłuż Sanu w kierunku wschodnim (opis wycieczki przez Tworylne tutaj).

Szutrówką i zielonym szlakiem na Przełęcz Pod Tołstą

Szutrówka prowadząca w stronę bacówki PTTK Jaworzec pozwala w dosyć łatwy sposób pokonać prawie 200 m przewyższenia do przełęczy Szczycisko. Tam skręcamy w prawo i dalej idziemy już zielono znakowanym szlakiem. Zachwycamy się stareńkimi okazami buków o niesamowicie rozgałęzionych konarach i omszałych korzeniach. Na błotnistej miejscami ścieżce nietrudno spotkać ślady wilków czy jeleni. Zabawa w szukanie najgrubszego drzewa i wypatrywanie śladów na pewno spodoba się nie tylko dzieciom.

Szlak najpierw prowadzi zalesionym grzbietem, a potem, nadal przez bukowy las, trawersuje wschodnie stoki Połomy. Uwaga, po wyjściu z lasu na polanę, nie skręcamy w lewo za znakami szlaku, tylko idziemy dalej prosto na wznoszące się na wysokość 632 m n.p.m. wzgórze Bedrycia. Na zachodzie widać stąd pięknie Korbanię (wycieczkę na jej szczyt z wieżą widokową opisujemy tutaj). Stąd idziemy dalej w stronę Przełęczy Pod Tołstą.

Naszym zdaniem najpiękniejszy widok to ten na wschodnią stronę, otwierający się jeszcze przed Przełączą Pod Tołstą. W oddali widać grzbiety Połoniny Wetlińskiej i Caryńskiej, a bliżej wał Otrytu i oddzielony od niego przez San szczyt Tołsty.

Schodzimy na właściwą Przełęcz Pod Tołstą i zastajemy tam cudowną ławeczkę, tym razem znowu z widokiem na zachód – u naszych stóp rozłożyła się Terka, jedna z najbardziej uroczych bieszczadzkich wsi. To świetne miejsce na odpoczynek przed dalszą częścią spaceru.

Na przełęczy Szczycisko (629 m n.p.m.) wchodzimy na zielony szlak prowadzący do Terki.
Jakież te buki są niezwykłe! Jakie mają korzenie!
Po obu stronach ścieżki rosną piękne stare buki.
Polana widokowa na stokach Bedryci.
Widok w kierunku Korbani.
Widokową polaną trawersujemy stoki Berdyci.
Po drugiej stronie grzbietu otwiera się widok w kierunku połonin.
Pod nami malownicza dolina Sanu.
Widok na Terkę z Przełęczy Pod Tołstą.
Terka przez wielu jest uważana za najładniej położoną bieszczadzką wieś.

Przez tereny nieistniejącej wsi Studenne

Po odpoczynku ruszamy w kierunku wschodnim, trzymając się cały czas znaków: biało-czerwonych kwadratów i niebiesko-żółtych znaków szlaku papieskiego. O tym, że kiedyś znajdowała się tutaj wieś, możemy się domyślać jedynie po pozostałych tu i ówdzie częściowo zdziczałych drzewach owocowych. Podobno owoce z takich drzew to prawdziwy przysmak niedźwiedzi!

Cmentarz w Studennem i miejsce po dawnej cerkwi nie jest w żaden sposób oznaczone, trafiamy tam tylko dzięki dokładnej lokalizacji w aplikacji mapy.cz, którą przy okazji bardzo polecamy – w takich mylnych miejscach ogromnie nam się przydaje! Cmentarz przedstawia raczej smutny obraz, zarysów ziemnych mogił można się tylko domyślać, pozostał tylko jeden stary krzyż. Jest też nowy krzyż z pamiątkową tabliczką, postawiony tu w 2018 r. Odgłosy zbliżającej się od strony połonin burzy sprawiają, że przyspieszamy kroku. Wracamy na znakowaną trasę i schodzimy już sprawnie w stronę Sanu.

Nazwa miejscowości Studenne oznaczała chłodne miejsce – faktycznie, wieś zajmowała wschodnie zbocza wzgórza i docierało tu pewnie trochę mniej słonecznego światła niż np. do sąsiedniej Terki. Zabudowania wsi schodziły kiedyś aż w okolice obecnego mostu na Sanie, przed wojną mieszkało tu około 200 osób.

Jeżeli chcielibyście odwiedzić tylko dawne Studenne i wejść na Przełęcz Pod Tołstą, to możecie z szutrówki prowadzącej na przełęcz Szczycisko skręcić w prawo już kilkaset metrów od mostu – wtedy przez dawne tereny wsi dojdziecie prosto na przełęcz (w odwrotnym do opisanego powyżej kierunku).

Zejście z Przełęczy Pod Tołstą w kierunku Studennego.
Ścieżka jest oznaczona biało-czerwonymi kwadratami.
Dawne Studenne – dziś tej wsi już nie ma.
W latach dwudziestych XX w. stało tu niemal 40 domów.
Obecnie jedyna pozostałością po wsi są ślady po dawnym cmentarzu.
Na miejscu dawnej cerkwi księża z parafii w Górzance postawili w 2018 r. tablicę pamiątkową.
Nazwa ‚Studenne’ oznaczała ”zimne miejsce’.
Droga ze Studennego łączy się z biegnącą wzdłuż Sanu szutrówką.
San w okolicy Studennego – tu kończymy wycieczkę.

Na trasę tego spaceru natknęliśmy się przypadkiem, szukając ciekawej drogi powrotnej z Tworylnego. Okazało się, że to bardzo przyjemna trasa, na dodatek w niedzielę w samym szczycie sezonu wakacyjnego nie spotkliśmy na niej żywego ducha (mowa tutaj o odcinku zielonego szlaku trawersującego Połomę i znakowanej ścieżce przez tereny Studennego, bo na szutrówce zdarzają się samochody, rowery i pojedynczy turyści). Wycieczka godna polecania dla amatorów rzadziej uczęszczanych (lecz atrakcyjnych!) bieszczadzkich szlaków.

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj 🙂

Korbania – piękny punkt widokowy niedaleko Jeziora Solińskiego

Kto nie chciałby spojrzeć na Jezioro Solińskie z góry! Wieża widokowa na Korbani oferuje właśnie taką możliwość. Spacer jest niedługi, ale niezwykle atrakcyjny – Korbania to jeden z najlepszych łatwo dostępnych punktów widokowych w Bieszczadach! Poza połyskującą w oddali taflą Soliny można stąd podziwiać całe morze bieszczadzkich szczytów – od Kiczory po Otryt i Połoninę Caryńską. Wycieczka jest niedługa – całość zamyka się w trzygodzinnym spacerze.

Wieża widokowa na Korbani – wejście z Bukowca

2020.07.20

lnformacje praktyczne

Korbania (894 m n.p.m.) to widokowy bieszczadzki szczyt położony bardzo blisko Polańczyka i Jeziora Solińskiego. Na Korbanię można wejść zarówno od strony położonego tuż przy Solinie Bukowca, jak i od strony Polanek – w tym drugim wypadku będziemy przechodzili obok pięknej XVIII-wiecznej cerkwi w nieistniejącej wsi Łopience (opis wycieczki do Łopienki tutaj). Wejście od Bukowca jest jednak krótsze.

Wycieczka na Korbanię to bardzo dobra propozycja dla rodzin z dziećmi – jest krótko, łatwo, a na szczycie czeka ciekawy cel (wieża widokowa, stoły i ławy, schron turystyczny). Na szczyt w żadnym wypadku nie da się jednak wjechać wózkiem – z maluszkami trzeba mieć ze sobą nosidło, starsze dzieci dobrze wyposażyć w solidne górskie buty.

Samochód można zostawić na sporym (i bezpłatnym – przynajmniej tak było w 2020 r.) parkingu. Mamy do wyboru trzy drogi na szczyt. Najkrótszym wejściem jest droga prowadząca na wprost od parkingu (znakowana białymi kwadratami z zielonym przekreśleniem). Czas wg drogowskazu 90 min, my weszliśmy w godzinę.

Dwie inne propozycje to szlaki znakowane biało-czerwonymi kwadratami – jeden prowadzi łukiem po lewej, drugi po prawej stronie drogi wiodącej z parkingu. Oba szlaki zaczynają się w centrum Bukowca, można jednak do nich dotrzeć również z placu parkingowego – wystarczy skręcić w lewo (jeśli decydujemy się na lewy wariant) lub w prawo w drogę rowerową. To nieco dłuższe trasy, ale dużo spokojniejsze – nawet w sezonie pewnie spotkacie na nich tylko pojedynczych turystów albo w ogóle będziecie wędrować w samotności.

Wieża widokowa na Korbani.

Najkrótsze wejście na Korbanię

Ruszamy z parkingu położonego za miejscowością Bukowiec (w miejscu, gdzie znaki zielonej ścieżki krzyżują się z trasą rowerową). Prognozy pogody są niekorzystne – od południa zgodnie zapowiadają burze, dlatego też stawiamy dziś na krótką przedpołudniową wycieczkę. Na parkingu meldujemy się jako jedni z pierwszych – dobrze, że ruszyliśmy tak wcześnie, bo im później, tym spacerowiczów  przybywa.

Przy parkingu pod Korbanią stoi solidna wiata turystyczna – idealna na odpoczynek po wycieczce:)

Z powodu bliskości Jeziora Solińskiego i przepięknej szczytowej panoramy Korbania jest dość popularnym celem wycieczek urlopowiczów spędzających wakacje nad Soliną. Jeśli szukacie spokoju, warto pojawić się na Korbani rano lub późnym popołudniem – lub też zamiast najkrótszej ścieżki spacerowej wybrać nieco dłuższe dojścia okrężnymi szlakami – dużo drogi nie nadłożymy, a tam nawet w sezonie będzie tam cisza i spokój.

Przyparkingowa mapka pozwala zorientować się w przebiegu okolicznych szlaków – łatwo można zorientować się, że na szczyt Korbani prowadzą aż trzy drogi.

Ruszamy pod górę w towarzystwie tylko jednej trzyosobowej rodziny. Stopień błotnistości szlaku w żadnym stopniu nie przypomina błota, z którym dzień wcześniej walczyliśmy pod Łopiennikiem, szlak bieszczadzki szlakiem bieszczadzkim jednak pozostaje i nawet tu miejsca błotniste się zdarzają. Z uśmiechem spoglądamy na idealnie białe buty sportowe naszych towarzyszy. Po chwili słyszymy pytanie: „Czy w TAKĄ pogodę da się tu w ogóle wejść”? Baraniejemy trochę, bo od rana towarzyszy nam lampa i idealnie błękitne niebo, po chwili jednak załapujemy, o co chodzi. O błoto:) Jak widać może być ono ważnym elementem pogody – zwłaszcza w Bieszczadach😊

Ścieżka jest dość mocno, ale równomiernie i wygodnie nachylona, więc szybko zdobywa się wysokość. Cały czas idziemy prosto w górę przez bukowo-jodłowe lasy. 200 m przed wierzchołkiem do naszej drogi z obu stron dochodzą znaki ścieżek spacerowych – to alternatywne drogi na szczyt. Jedną z nich potem zejdziemy z Korbani.

Po kilkuset metrach szlak przekracza Bukowczański Potok.
Trasa na Korbanię wiedzie kamienistą dróżką.
Po drodze mijamy kilka wygodnych miejsc odpoczynku.
W skalnym podłożu pojawiają się łupki.
Ścieżka jest oznaczona zielonymi znakami.

Korbania

Niewysoka Korbania (894 m n.p.m.) jest fantastycznym punktem widokowym – jednym z najlepszych w Bieszczadach. Podziwianie panoram znacznie ułatwiła postawiona w 2014 r. dziewięciometrowa drewniana wieża widokowa. Z lewej strony majaczą Góry Słonne i Jezioro Solińskie, z prawej – najwyższe bieszczadzkie połoniny. Panorama jest zachwycająca!

Szczytowa polana Korbani zachęca do odpoczynku. Nieopodal wieży ustawiono dwie wiaty piknikowe, są tu też ławy i schron turystyczny.

Po godzinie osiągamy nasz cel – szczyt Korbani.
Na wieży widokowej jest nawet ściąga, jak znaleźć poszczególne bieszczadzkie szczyty:)
Na północnym wschodzie można dostrzec Jezioro Solińskie.
A na południowym wschodzie najwyższe bieszczadzkie szczyty.
Mamy szczęście, rano jesteśmy na wieży zupełnie sami.
Można pobawić się w rozpoznawanie poszczególnych szczytów.
U stóp wieży widokowej znajduje się sympatyczna polanka turystyczna.
Na szczycie jest też niewielki schron.
A to jego wnętrze – podpisał się chyba każdy odwiedzający…

Z każdą minuta przybywa turystów na szczycie, więc my uciekamy w poszukiwaniu bardziej zacisznego miejsca. Schodzimy ze szczytu kilkaset metrów na zachód i przysiadamy na soczystej podszczytowej polanie. Jest bosko. Nic nie przeszkadza nam spokojnie leżeć na słońcu i (…) patrzeć na chmury typu cumuls w  kolorze białym. Natomiast niebo jest przy tym niebieskie;)

Idziemy odpocząć po zachodniej stronie szczytu.
Tutaj, z dala od gwarnego wierzchołka, można naprawdę się zregenerować.

Zejście z Korbani lewym (północno-zachodnim) wariantem szlaku

Najkrótsze dojście do parkingu pełne jest innych turystów, więc ok. 200 m za szczytem odbijamy w lewo w szlak spacerowy, który tylko nieco dłuższą drogą sprowadza do Bukowca (uwaga, zmiana oznaczenia szlaku na czerwono-białe kwadraty). Równie dobrze moglibyśmy wybrać prawy wariant – oba są podobnej długości, ale zniechęca nas od niego zalegające w jego początkowej części błoto.

Ścieżka prowadzi przez przyjemny las. Odcinkami jest błotnista, ale właściwie wszystkie bardziej podmokłe miejsca da się wygodnie obejść. Co najważniejsze – nie ma na niej jednak w ogóle ludzi, tylko cisza, spokój i piękny bieszczadzki las. Wszyscy widać wracają prostą i najkrótszą drogą do parkingu.

Schodzimy z Korbani ścieżką oznaczoną biało-czerwonymi kwadratami.
Bieszczadzkie błoto i dzisiaj przypomina o sobie.
Na szlaku zejściowym jest zupełnie pusto – to dobra alternatywa dla najkrótszej drogi od parkingu.

Gdybyśmy cały czas trzymali się znaków szlaku spacerowego, doszlibyśmy do centrum Bukowca. My jednak chcemy wrócić na parking, gdzie rano zostawiliśmy samochód, w związku z tym skręcamy w prawo w szeroką stokówkę – prowadzą tędy znaki szlaku rowerowego. Kilkanaście minut bardzo wygodnego spaceru i stajemy na placu parkingowym – punkcie wyjścia naszej wycieczki.

Na parking sprowadza nas szeroka droga ze znakami szlaku rowerowego.
Taka piękna, nadal zamieszkała chyża – w Bukowcu przy drodze.
Druga nie mniej piękna, tylko czemu ten eternit na dachu…

Werlas – piękne widoki na Jezioro Solińskie

W drodze powrotnej zajeżdżamy jeszcze do miejscowości Werlas – na końcu wsi znajdują się ładne punkty widokowe na Jezioro Solińskie – to przyjemne zakończenie dzisiejszej wycieczki:)

Widoki na Jezioro Solińskie z okolic miejscowości Werlas.
Z daleka widać dobrze, jak duża jest zapora w Solinie.

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Szlak na Łopiennik z Jabłonek i pętla przez Durną

Wycieczka z gatunku niesztampowych i mniej znanych propozycji bieszczadzkich. Łopiennik mierzy niecałe 1100 m n.p.m., a widok z jego szczytu nie jest zbyt rozległy, mimo to szlak prowadzący przez niego na pewno spodoba się włóczykijom spragnionym bliskiego kontaktu z przyrodą. Na trasie spotkacie tylko pojedynczych turystów, dzięki czemu nawet w szczycie sezonu atmosfera pozostanie kameralna. Widoki z polany podszczytowej Łopiennika, sięgające pasma granicznego, będą miłą nagrodą za wysiłek włożony w pokonanie ponad 500 m różnicy wysokości.

Szlak jest poprowadzony ciekawie i pozwala poznać bieszczadzką przyrodę w niezliczonych odsłonach. Droga prowadzi przez gęste zarośla i świetliste starodrzewia oraz zachęcające do dłuższego odpoczynku śródleśne polany. Ciekawym urozmaiceniem szlaku są wychodnie skalne w okolicy grzbietu pomiędzy Łopiennikiem a Durną.

Pętla z Jabłonek przez Łopiennik i Durną – dzika przyroda i… bieszczadzkie błoto!

19 lipca 2020

Do wyboru trasy przez Łopiennik skłaniają nas prognozy pogody, które ostrzegają przed popołudniowymi burzami. Niezbyt długa, kameralna wycieczka będzie w sam raz – krótki dojazd z Hoczewia, w którym mieszkamy, i niewielkie odległości do pokonania pewnie pozwolą przejść trasę  przed zapowiadanymi opadami.

Pamiętacie pomnik generała Świerczewskiego „Waltera” w Jabłonkach? Ile razy mijaliśmy go, pędząc w stronę Cisnej ku najwyższym bieszczadzkim szczytom. Pomnik jako relikt słusznie minionej epoki został usunięty w 2017 r. Po przeciwnej stronie drogi pozostał jednak duży parking, z którego ruszamy na dzisiejszą wycieczkę.

Informacje praktyczne

Dla tych, którzy nie pamiętają, gdzie stał pomnik gen. Świerczewskiego, śpieszymy donieść, że spory parking znajdziecie po prawej stronie drogi, jadąc do Jabłonek od strony Baligrodu – ok. 300  m przed miejscem, gdzie zielone znaki opuszczają asfaltową drogę.

Jabłonki – tu do 2017 r. stał pomnik Karola „Waltera” Świerczewskiego. W tle szczyt Walter.

Na Łopiennik wchodzimy z Jabłonek czarnym szlakiem, a wracamy, trzymając się niebieskich i zielonych znaków (z nieco zmodyfikowaną końcówką – zamiast stumetrowego podejścia na szczyt Waltera wybieramy wygodną leśną drogę). Cała wycieczka wymaga pokonania 700 m przewyższenia oraz przejścia ok. 17 kilometrów. Szlak jest całkiem wymagający, pomimo braku istotnych trudności technicznych, no, może poza… ale o tym za chwilę!

Bieszczadzkie błoto w roli głównej

Z czym kojarzy się letnie wędrowanie po lipcowych Bieszczadach? A jakże, z wszechobecnym błotem! Tak było i tym razem. Przez znaczną część trasy walczyliśmy nie tylko z przewyższeniem, ale przede wszystkim z tym klejącym elementem bieszczadzkich ścieżek. Cały dzień próbowaliśmy omijać niezliczone błotne pułapki… Niestety, nie zawsze się udawało. Raz M. wskoczyła na z pozoru suchą wysepkę, która okazała się błotem głębokim na tyle, że wlało się do buta od góry. R z kolei, schodząc ze szczytu, z wielką gracją zlądował czterema literami na błotnistej ścieżce 😉 Oj, dzieło się, działo!

Z początku nic nie zapowiadało błotnych problemów. Pierwsze kilometry czarny szlak prowadził całkiem wygodną kamienisto-szutrową drogą. Dopiero po tym, jak skręcił w prawo, na zajętej przez ścięte pnie drzew polance zaczęły się problemy. Przeszkoda nr 1 to spory potok Żukra, którego nie sposób było ani przeskoczyć, ani przejść po kamieniach. Pewnie przy niższych stanach wody przejście nie sprawia problemów, a może normalnie jest tu mostek, który zmyła woda po ostatnich intensywnych opadach? Nie wiemy. W każdym razie nam pozostało tylko zdjąć buty i przejść na bosaka! Nawet nie wiecie, jak przyjemnie tak schłodzić nogi w upalny letni dzień!

Po kilkuset metrach czarne znaki skręcają w prawo i wprowadzają w boczną drogę.
Przydrożne dzwonki piłkowane po wczorajszych deszczach pełne są jeszcze kropelek wody.
Szlak odbija w prawo i przekracza potok Żukra – tylko jak tu przejść?
Nie ma rady, trzeba na bosaka!

Uff, pierwsza przeszkoda za nami. Zaczynamy całkiem wygodne, chociaż już nieco bardziej błotniste podejście. Czarny szlak na Łopiennik jest mało uczęszczany (na podejściu nie spotkaliśmy dzisiaj nikogo!), więc doświadczamy autentycznej bliskości przyrody: wokół majestatyczne jodły i buki, gęste paprociowe zarośla, a do tego przezierające spomiędzy drzew coraz rozleglejsze widoki. Odcinek podejściowy w ogóle nam się nie dłuży. Cieszymy się z pierwszego dnia w górach po bardzo długiej przerwie – ostatni raz na szlaku byliśmy ponad pół roku temu, gdy spędzaliśmy sylwestra na Przysłopie pod Baranią Górą (było cudnie! schronisko i jego gospodarze wspaniali, relacja tutaj). Późniejsze plany skutecznie pokrzyżowała nam epidemia Covid-19…

Równomiernie nachyloną ścieżką łatwo zdobywamy wysokość.
Pod nogami mrugają do nas piękne niezapominajki.
Po strawersowaniu Kiczery ścieżka wprowadza na grzbiecik.
Z prawej strony z prześwitów otwierają się ciekawe widoki.
Odpoczynek na szlaku, czyli to, co lubimy najbardziej!
Szlak zmierza w kierunku Łopieninki (953 n.p.m.)
Ścieżka wiedzie przez piękną puszczę bukową.
Cały czas trzymamy się czarnych znaków szlaku.
Przed Łopiennikiem szlak robi się nieco bardziej stromy.

Łopiennik

Na szczycie Łopiennika meldujemy się po trzech godzinach od startu (wliczając w to miły odpoczynek za połową drogi). Polana podszczytowa jest śliczna, ale niestety widoki z roku na rok coraz mniej rozległe, co dobrze widać po porównaniu zdjęć z relacji sprzed paru lat.

Szczytowy rozstaj szlaków znajduje nieco poniżej zarośniętego wierzchołka. Czarny szlak biegnie do Dołżycy i dalej przez bacówkę Jaworzec aż na przełęcz Orłowicza. Z kolei z Baligrodu docierają tu niebieskie znaki, za którymi teraz będziemy przez kawałek schodzić.

Z Łopiennika można również leśnymi ścieżkami dotrzeć do Studenckiej Bazy Namiotowej w Łopience (kierunkowskaz znajdziecie w okolicy szczytowej wychodni skalnej). W tym opuszczonym dawnym przysiółku można też obejrzeć śliczną starą cerkiew – wiosenny spacer z dziećmi do Łopienki opisujemy tutaj.

Łopiennik – polana podszczytowa
Na szczycie Łopiennika (1069 m n.p.m.) znajduje się rozstaj szlaków
Widok z Łopiennika w stronę Smereka.
Tablica, upamiętniająca wejście na szczyt Wincentego Pola.
Drogowskaz wskazuje ścieżkę do studenckiej bazy namiotowej Łopienka.

Droga powrotna przez Durną – zejście pod znakiem grzmotów

Na Łopienniku nie zabawiamy długo, bo coraz bardziej straszą nas grzmoty, a błękitne niebo ustępuje miejsca coraz ciemniejszym chmurom. Ruszamy przekonani, że w drodze zejściowej na bank złapie nas burza. W związku z tym staramy się sprawnie pokonywać kolejne odcinki zejść i podejść, śmigamy tylko przez polany i zalesione grzbiety z omszałymi wychodniami skalnymi. Cały czas znacznym utrudnieniem (i spowolnieniem) wędrówki jest wszechobecne tłuste błoto, na tym odcinku jeszcze bardziej uciążliwe, bo rozdeptane (niebieski szlak jest wyraźnie bardziej uczęszczany niż ten czarny, podejściowy, ale i tak w ciągu całego dnia w szczycie sezonu turystycznego na drodze spotykamy tylko ok. 10 osób).

Minąwszy kulminację Durnej (978 m n.p.m.), zatrzymujemy się na słonecznej polance, która aż kusi, żeby urządzić na niej dłuższy odpoczynek. Ale byśmy mieli na to ochotę! Niestety, kolejne grzmoty przeganiają nas dalej. Na szczęście burze dzisiaj wędrowały bardziej na zachód i w końcu żadnej z nich nie udało się nas zmoczyć – skutecznie za to przeszkadzały nam w odpoczynkach:)

Na rozstaju szlaków kierujemy się ku Jabłonkom, kolor szlaku zmienia się więc z niebieskiego na zielony. Czeka nas tutaj całkiem strome zejście, które znowu komplikuje „zjazdowe” błotko. Oj, jazda figurowa dziś miejscami była, tylko nie na lodzie, nie na lodzie:)

Na Łopienniku zmieniamy kolor szlaku na niebieski.
Tuż przy szlaku spotykamy kilka niewielkich grzęd skalnych.
Za Łopiennikiem ścieżka opada dość mocno w dół. Po drodze czekać nas jednak będzie jeszcze kilka podejść.
Jedna z kulminacji w drodze na Durną.
To jedna z najpiękniejszych wychodni skalnych spotkanych dziś na szlaku.
Szlak prowadzi głównie lasami bukowo-jodłowymi, od czasu do czasu wchodzimy jednak na urokliwe zarastające polanki.
Szczyt Durnej (979 m n.p.m.) jest w całości porośnięty lasem.
Za Durną ścieżka ostro zbiega w dół.
Błoto było stalym towarzyszem dzisiejszej wycieczki.
Ścieżka często gęsto wyglądała mniej więcej tak🙂
Bieszczadzko nam!

Widząc ciemniejące na horyzoncie chmury, spoglądamy na mapę, by sprawdzić, jak duże podejście czeka nas przed ostatnim wzniesieniem – Walterem (Woronikówką). Wspinanie się na lokalną kulminację terenu przy groźbie burzy nie bardzo nam się uśmiecha, więc decydujemy się na szybszą ewakuację. Skręcamy w lewo w wygodną leśną drogę, którą według niektórych map prowadzi szlak rowerowy (nie widzieliśmy jednak jego znaków w terenie). W ten sposób unikamy ostatniego sporego podejścia i wygodnie tracimy ostatnie dwieście metrów wysokości.

Szlak wprowadza na Waltera (widoczny na wprost), my wybraliśmy wariant leśną drogą, na niektórych mapach oznaczoną jako szlak rowerowy.
Prowadząca doliną leśna droga doprowadza już prosto do głównej szosy Cisna-Lesko.

Po sześciu godzinach od wyjścia stawiamy się przy samochodzie. Jak fajnie, że udało nam się przejść taką piękną dziką i zieloną trasę!

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj 🙂

Bieszczady mniej znane

Połoniny, Rawki i Tarnica to niewątpliwie najbardziej znane i najpiękniejsze miejsca widokowe w Bieszczadach. Jeśli jednak mielibyście ochotę na coś bardziej kameralnego, gdzie zamiast tłumu turystów przez cały dzień będą towarzyszyły Wam tylko piękna dzika przyroda i cienie historii nieistniejących wsi, proponujemy wycieczki w Bieszczady mniej znane.

Poniżej zamieszczamy opisy nieco mniej popularnych wycieczek bieszczadzkich, w tym propozycję dwóch dni kajakowych: jeden na Sanie, drugi na wschodnim, bardziej dzikim ramieniu Jeziora Solińskiego (pełny opis wycieczki wyświetli się po kliknięciu linku). Mamy nadzieję, że opisane przez nas trasy skradną również Wasze serca. Jeśli jednak macie ochotę na best of the best, czyli żelazny repertuar bieszczadzkiego turysty – linki do wycieczek znajdziecie na dole wpisu. Udanych wycieczek i… wszystkiego bieszczadzkiego!

1. Szlak na Łopiennik z Jabłonek i pętla przez Durną

2. Korbania – piękny punkt widokowy niedaleko Jeziora Solińskiego

3. Do Grobu Hrabiny i źródeł Sanu: Bukowiec-Beniowa-Sianki

4. Na Bukowe Berdo- najdzikszą połoninę w Bieszczadach

5. Pętla z Wetliny przez Dział, Rawki i Kremenaros

6. Spływ kajakowy Sanem (Lesko-Sanok)

7. Hulskie, Krywe i Tworylne – zapomniane wsie Bieszczadów

8. Widokowa przełęcz pod Tołstą – pętla z Rajskiego

9. Hyrlata – matecznik bieszczadzkich niedźwiedzi

10. Na Przysłup Caryński i Magurę Stuposiańską

11. Na Fereczatą, Okrąglik, Płaszę i Paportną

12. Na widokowe Jasło i graniczny Stryb

13. Dwernik Kamień – idealna wycieczka dla rodzin

14. Jezioro Solińskie… kajakiem!

Bieszczadzkie best of the best

Tak się składa, że wszystkie te wycieczki odbyliśmy zimą, która w Bieszczadach jest wyjątkowo piękna – zresztą zobaczcie sami!

1. Tarnica – Halicz – Rozsypaniec

2. Połonina Wetlińska

3. Połonina Caryńska

4. Rawki z Przełęczy Wyżniańskiej

Dolina Prądnika, Jura Krakowsko-Częstochowska

Ruiny Zamku Kazimierzowskiego, kameralny Ojców z uzdrowiskową zabudową z XIX w., a nade wszystko przepiękna Dolina Prądnika z zachwycającymi skałami i spektakularnymi punktami widokowymi. A to wszystko w pięknych jesiennych barwach podczas zaledwie siedmiokilometrowego spaceru! Continue reading

Karkonosze – piękniejsze zimą czy latem?

Karkonosze – piękniejsze zimą czy latem?

Najlepiej przekonać się samemu! Nie jesteśmy tacy pewni, czy nie zagłosowalibyśmy za pierwszą opcją! 🙂

Poniżej opis najpiękniejszych karkonoskich wycieczek w zimowej aurze. Trasy piesze powyżej granicy lasu są dobrze oznaczone tyczkami, zazwyczaj będą też przetarte. Przed wyruszeniem na szlak koniecznie sprawdzajcie komunikaty lawinowe (w Karkonoszach lawiny zimą się zdarzają!) i respektujcie zamknięte odcinki szlaków. Udanej wycieczki!

Continue reading