Luboń Wielki

31 października 2016, poniedziałek

Piękny słoneczny jesienny dzień, ok. 6 stopni, na szczycie ok zera

Wycieczka na Luboń Wielki niebieskim szlakiem z Rabki-Zarytego

Lubomir i Luboń Wielki to dwa szczyty, na które bardzo chcieliśmy wejść podczas naszego pobytu w tych okolicach ostatniej zimy i których (głównie ze względu na trzaskające mrozy i towarzystwo malutkiego Grzesia) nie udało nam się odwiedzić. Teraz nadrabiamy zaległości. Wczoraj byliśmy na Lubomirze, dziś przyszła kolej na Luboń.

Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) to najwybitniejszy szczyt Beskidu Wyspowego, więc – co za tym idzie – do pokonania mamy całkiem niezłe przewyższenie (550 m od południowej strony). Najatrakcyjniejszy szlak to żółto znakowana ścieżka zaczynająca się w Rabce-Zarytem, znana jako Perć Borkowskiego (od nazwiska inicjatora budowy lubońskiego schroniska). Wybierając tę trasę, przecina się niezwykle ciekawe gołoborza i wędruje przez malownicze skałki (teren objęty ochroną rezerwatową). Szlak jest dość trudny i nie do polecenia z małymi dziećmi, zwłaszcza przy mokrej nawierzchni. Taką wycieczkę dokładamy więc do przyszłych planów, a dziś wybieramy niebieski szlak z Rabki-Zarytego. To wygodna, nietrudna leśna ścieżka o dość komfortowym nachyleniu, idealna jako cel rodzinnej wycieczki. Dziś dodatkowo pogoda robi nam pożegnalny prezent – w słonecznym dniu barwy jesieni są pięknie nasycone.

Idzie się całkiem miło, nie licząc marudzenia co młodszych turystów od połowy drogi. Trasa na Luboń to jednak nie byle co, do pokonania jest spora wysokość – tego szlaku nie można lekceważyć, a na wycieczkę, zwłaszcza w zimnej porze roku, warto zabrać solidniejszy ekwipunek i gorącą herbatę do termosu. Wędrówkę utrudnia też tłuste, lepiące się do nóg błoto – co prawda to nic w porównaniu z wczorajszą drogą na Maciejową:), ale mimo to komfort wędrowania jest niższy – do plaskania przy każdym kroku i nóg ubłoconych do kolan człowiek się szybko przyzwyczaja, ale do lądowania na czterech literach w takich okolicznościach przyrody już mniej:) Po raz kolejny stwierdzamy, że zimowe górskie wędrówki są pod wieloma względami wygodniejsze niż te wiosenne i jesienne.

Ruszamy z Rabki-Zarytego. Samochód udało się zostawić na parkingu przy szkole.

Ruszamy z Rabki-Zarytego. Samochód udało się zostawić na parkingu przy szkole.

Najmniej zmęczony jest Grzesiek.

Najmniej zmęczony jest Grzesiek.

Nie dość, że wokół piękne widoki, to jeszcze jedzenie podsuwają.

Nie dość, że wokół piękne widoki, to jeszcze jedzenie podsuwają.

Po kilkunastu minutach opuszczamy polany i szlak wprowadza w las.

Po kilkunastu minutach opuszczamy polany i szlak wprowadza w las.

Pogoda jak na zamówienie - dziś cały dzień towarzyszyło nam słońce.

Pogoda jak na zamówienie – dziś cały dzień towarzyszyło nam słońce.

Pod nogami gustowny dywan.

Pod nogami gustowny dywan.

W połowie drogi dzieciaki są już porządnie zmachane, więc przy leżącej nieopodal szlaku kapliczce zarządzamy krótki postój. Potem już na jedną porcję dociągamy na szczyt. Im wyżej, tym zimniej, w partiach szczytowych na ziemi liście przysypane są gdzieniegdzie świeżą warstewką śniegu. Grzesiek rozmarudza się dopiero w końcowym odcinku szlaku.

W połowie drogi, przy kapliczce, zarządzamy krótki postój.

W połowie drogi, przy kapliczce, zarządzamy krótki postój.

Dodatkowa atrakcja na szlaku.

Dodatkowa atrakcja na szlaku.

Rzut oka pod nogi. Jak tu kolorowo!

Rzut oka pod nogi. Jak tu kolorowo!

Przed szczytem Lubonia jesień po raz kolejny zmienia dekoracje.

Przed szczytem Lubonia jesień po raz kolejny zmienia dekoracje.

Żeby żadna duszyczka nie zbłądziła.

Żeby żadna duszyczka nie zbłądziła.

W okolicy szczytu liście pokrywa cieniutka warstwa świeżego śniegu.

W okolicy szczytu liście pokrywa cieniutka warstwa świeżego śniegu.

Jeszcze kilka kroków i jesteśmy. Ten widok w magiczny sposób dodał sił chłopcom.

Jeszcze kilka kroków i jesteśmy. Ten widok w magiczny sposób dodał sił chłopcom.

Szczyt Lubonia Wielkiego jest jedyny w swoim rodzaju. Oczywiście jego najbardziej charakterystyczny punkt to niezwykle oryginalna bryła schroniska, przypominającego raczej bajkowe niż górskie budowle. Budynek został zbudowany w 1931 r. i obecnie figuruje w rejestrze zabytków. Brak bieżącej wody rekompensuje widok z jedynego w swoim rodzaju pokoju z oknami na cztery strony świata. Nietypowymi elementami ‘wystroju’ szczytu są też wielka wieża przekaźnikowa (zbudowana specjalnie dla transmisji telewizyjnej mistrzostw świata FIS w Zakopanem w 1962 r.) oraz drewniane rzeźby – dzieło neosłowian, odprawiających w okolicy Lubonia swoje obrzędy. Sprzed schroniska otwiera się rozległy widok w kierunku północno-wschodnim. Ze starszymi dziećmi koniecznie trzeba przejść przez imponujące gołoborza i ciekawe skałki, wybierając szlak żółty, przecinający rezerwat Luboń Wielki. Uff, ile tych atrakcji jak na jedną górę!

Na Luboń pierwszy dociera Tymo.

Na Luboń pierwszy dociera Tymo.

'Dekorację' szczytową Lubonia trudno pomylić z czymkolwiek innym.

‚Dekorację’ szczytową Lubonia trudno pomylić z czymkolwiek innym.

Przed schroniskiem jest przyjemny taras widokowy.

Przed schroniskiem jest przyjemny taras widokowy.

Zapraszam do zdjęcia! Najpierw Tymo.

Zapraszam do zdjęcia! Najpierw Tymo.

Potem reszta chłopaków. Tu byli!.

Potem reszta chłopaków. Tu byli!.

Przez chwilę podziwiamy widoki ze szczytu.

Przez chwilę podziwiamy widoki ze szczytu.

Widok z Lubonia w kierunku północno-wschodnim.

Widok z Lubonia w kierunku północno-wschodnim.

Przyciągające wzrok drewniane rzeźby to dzieło neosłowian.

Przyciągające wzrok drewniane rzeźby to dzieło neosłowian.

Postój urządzamy sobie w przytulnej jadani. Miejsca starczyło tu zaledwie dla dwóch ław, więc przy większym obłożeniu turystycznym może być problem z zajęciem miejsca przy stole. Zamawiamy żurek i dość smaczne pierogi i naleśniki. Grzesia pięknie zabawia uroczy młody kotek, bawiący się wszystkim, co mu się pod łapkę nawinie, i wspinający się na wszystko, co po drodze, łącznie z naszymi plecakami i nosidłem. Mimo niewielkiego rozmiaru jadalni w schronisku jest tu zimno – aż mamy ochotę nałożyć kurtki – uważamy to za spory minus i rzecz do poprawy dla gospodarzy obiektu.

Wracamy tą samą drogą. Grześ od razu zasypia w nosidle. Opatulamy go kocykiem i polarem, dodatkowo wsuwając pod kombinezon dwa ogrzewacze – to rewelacyjny patent, aż dziwne, że wcześniej na niego nie wpadliśmy! W drodze powrotnej R. gubi polar – jednak czasami to dobrze, że chłopcy ciągną tyły – razem z M. wypatrują i przynoszą zgubę.

Odsapnęliśmy, pojedliśmy, czas na dół.

Odsapnęliśmy, pojedliśmy, czas na dół.

Słońce świeci nisko, Sebcio tu wygląda jak na obrazie.

Słońce świeci nisko, Sebcio tu wygląda jak na obrazie.

Przez chwilę idziemy w kierunku zachodnim, za chwilę razem z niebieskim szlakiem skręcimy na południe.

Przez chwilę idziemy w kierunku zachodnim, za chwilę razem z niebieskim szlakiem skręcimy na południe.

Techniki bywają różne. Byle skutecznie i do przodu.

Techniki bywają różne. Byle skutecznie i do przodu.

Mijamy znajomą kapliczkę.

Mijamy znajomą kapliczkę.

Ale mamy szczęście - pogoda zadbała dziś o piękne, nasycone kolory.

Ale mamy szczęście – pogoda zadbała dziś o piękne, nasycone kolory.

Końcówka niebieskiego szlaku. Po wyjściu lasu otwierają się szersze widoki.

Końcówka niebieskiego szlaku. Po wyjściu lasu otwierają się szersze widoki.

Nasz czas: wejście na Luboń (‘rodzinnym’ tempem, z odpoczynkiem): 11:30-13:45, powrót 14:45-16:00. 550 m przewyższenia i ok. 3,5 km w jedną stronę.

Wieczorem nasza jedyna rozrywka to pakowanie. Ach, poszłoby się na kolację do schroniska na Kudłaczach, ale jutro musimy wyjechać wyjątkowo wcześnie – Tymo chce zdążyć na Akcję Znicz i sprzedawać znicze z harcerzami ze swojego szczepu. Humory poprawia nam Sebuś, pytając, jak się nazywa ten staw, który mijaliśmy idąc na szczyt Lubonia. Baraniejemy. Jaki staw? W końcu Sebuś przypomina sobie, o co mu chodziło – o potok:) No i wszystko jasne! Sprawa zostaje uwieczniona nawet na wieczornym rysunku.

Luboń Wielki oczami Sebusia.

Luboń Wielki oczami Sebusia.

Nie chce się wracać do szkoły i pracy. Ale nawet takie dwa dni na szlaku niesamowicie ładują akumulatory. I to jak! Inaczej za nic w świecie nie chciałoby nam się najpierw pakować, potem rozpakowywać i ogarniać cały ten bonusowy bałagan.

W Beski Wyspowy i Makowski na pewno jeszcze wrócimy. Nocny pokaz nieba w obserwatorium na Lubomirze nęci, oj nęci. Niech tylko Grześ trochę podrośnie:)

Beskid Wyspowy i okolice, 2015.12/2016.01

Okres świąteczno-noworoczny to dla nas bardzo dogodny czas na wyjazd. Oboje możemy bez problemu wziąć wtedy urlop w pracy, dzieci mają wolne w szkole. Jedyny minus to znacznie nasilony ruch turystyczny i chyba najwyższe w roku ceny noclegów. Jedyne antidotum na te problemy to obranie nienajpopularniejszego kierunku podróży. W tym roku jednogłośnie wybór pada na Beskid Wyspowy. Co prawda jego najwyższe wzniesienie, Mogielicę, mieliśmy przyjemność osobiście poznać w listopadzie 2012 roku podczas kilkudniowego wypadu we dwoje, ale przecież to pasmo ma o wiele więcej do zaoferowania niż rejon Mogielicy. Zmotoryzowani piechurzy bez problemu mogą też stąd zrobić wypad w Gorce i Beskid Makowski. Plan pobytu rozpisany, jedziemy! Przyjmujemy kierunek na Kasinę Wielką, w której planujemy zadekować się u podnóża Śnieżnicy, tuż przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Co prawda śniegu na razie zupełnie brak, ale co nam szkodzi żywić nadzieję na nagłą zmianę pogody?

 

26 grudnia 2015, sobota

Nie do wiary: 14 stopni i słońce! (ale silny wiatr)

Po wigilijnym świętowaniu w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia ledwo mamy siłę ruszać się z przejedzenia, ale plany jutrzejszego wyjazdu nie pozostawiają nam wyboru. Musimy uwijać się, żeby zdążyć się spakować, i to żwawo! R. zapewnia M. chwilę spokoju bez dzieci wieczorem – razem z chłopcami przeistaczają się w kolędników i uzbrojeni we flet i trójkąt bieżą śpiewać kolędy Dziadkom, Sąsiadom i Przyjaciołom. Około północy udaje nam się jako tako ogarnąć, więc plany porannego wyjazdu nabierają realnych kształtów.

Warszawa–Kasina Wielka, 10:20-17:20, ok. 410 km

Zgrzeszylibyśmy, gdybyśmy dziś narzekali na jazdę. Ze względu na komfort i bezpieczeństwo jazdy tradycyjnie wybieramy trasę przez Katowicką. Jedzie się szybko i sprawnie, bez towarzystwa tirów, w idealnych warunkach pogodowych. Jedyne, co wydłuża podróż, to postoje. Plan optymalny, czyli dociągnięcie przez pierwszą porcję aż do McD w Częstochowie, niestety spalił na panewce – Grześ wbrew naszym nadziejom nie zasnął w samochodzie, zmuszając nas do zatrzymania się już po 140 km od domu.

Nie przepadamy za postojami w McD. Dużo ludzi, no i nie za bardzo jest co wybrać z menu. Nawet dzieciaki wolą o dziwo „normalny” obiad. Dziś jednak, z racji na świąteczną datę, nie ryzykujemy całowania klamki innej restauracji i parkujemy pod literką M. Chyba tylko Tymo cieszy się ze swojego hamburgera. Sebuś dziś jest jakoś na anty nastawiony do jedzenia, podobnie zresztą jak Grześ, nad którym musimy bardzo popracować, żeby zjadł swój słoiczkowy obiadek.

Drugi i ostatni postój urządzamy sobie tuż przed zjazdem z autostrady. Bistro przy stacji Orlen jest bardzo przyjemne. Rozgrzewamy się ciepłą zupą i herbatą, Grześ również je swój podwieczorek (podobnie jak poprzednio wystawiając na wielką próbę cierpliwość M….).

O 17:20 jesteśmy na miejscu. Na lokum obraliśmy sobie tym razem Stację Kasina w Kasinie Wielkiej. Są tu niezwykle klimatyczne apartamenty, urządzone w XIX-wiecznym budynku dworca Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Obecnie na wielu odcinkach polskiego fragmentu tej trasy ruch kolejowy został wstrzymany (na odcinku Rabka – Kasina Wielka urządzane są w sezonie letnim przejazdy turystyczne), zniszczeniu uległa też większość zabytkowych budynków dworców. Na szczęście ten w Kasinie ocalał i po odremontowaniu znakomicie służy celom turystycznym. Jest czyściutko, gospodarze umiejętnie, ale nienachalnie potrafią wyeksponować ciekawą historię tego miejsca, z okien widać stację wyciągu na Śnieżnicę. Miejsce absolutnie do polecania!

Mieszkamy w XIX-wiecznym budynku dworca

Mieszkamy w XIX-wiecznym budynku dworca

Stylowa klatka schodowa

Stylowa klatka schodowa

Stylowa klatka schodowa

Stylowa klatka schodowa

Stacja Kasina na dobranoc

Stacja Kasina na dobranoc

Widoki z okna

Widoki z okna

Widoki z okna

Widoki z okna

Po przyjechaniu – jak to zawsze – kryj się lotnik. Na szczęście Grześ jest łaskawy i nie wymaga wielkiego zabawiania, starsi chłopcy oczywiście też już sami zajmują się sobą, więc udaje nam się rozpakować i nawet zapisać wrażenia z dzisiejszego dnia. Rano chętnie porozglądamy się dokładniej po okolicy – dziś po przyjechaniu było ciemno, choć oko wykol:)

 

27 grudnia 2015, niedziela

Pogody wiosennej cd. 14 stopni i słońce…

Do schroniska PTTK na Kudłaczch

W nocy Grześ co chwilę się budzi – właśnie rosną mu dolne trzonowce i noce bywają trudne, w dodatku M. czuje się jakaś podziębiona. Nasze humory jednak zdecydowanie poprawiają się po wyjrzeniu przez okno. Z jednej strony widać „ozdobiony” wyciągiem narciarskim stok Śnieżnicy i biegnące na wyciągnięcie ręki tory kolejowe, z drugiej – niezwykle malowniczy widok na wzniesienia Beskidu Wyspowego w oprawie błękitnego nieba.

Widok z naszego okna na Beskid Wyspowy

Widok z naszego okna na Beskid Wyspowy

Tak pięknego dnia nie można spędzić inaczej niż na górskim spacerku. Po błyskawicznym przejrzeniu planu wycieczek wybór pada na schronisko PTTK na Kudłaczach. Dojście niedługie, w sam raz na dzień aklimatyzacyjny.

Podjeżdżamy samochodem przez Trzemeśnię i Porębę aż na Przełęcz Granice i ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku wschodnim. Nasza cała droga biegnie łagodnie nachyloną leśną drogą przez ładny las mieszany. Wszystkim humory dopisują. Grześ jak tylko widzi nosidło, od razu chce do niego wejść. Chyba jeszcze pamięta nasze letnie eskapady. Chłopcy chętnie rozmawiają z nami i bawią się w różne gry śpiewane i słowne. Wspólne piesze wycieczki to doskonała okazja do spędzenia z nimi czasu; z nimi, nie obok siebie, do czego tak mało okazji mamy na co dzień. Droga mija sprawnie i przyjemnie. Tymo dziarsko rwie do przodu, Sebuś szuka kolejnych znaków szlaku. Pogoda iście wiosenna. Znajdujemy nawet baziową gałązkę! W okolicy schroniska z prześwitów odsłaniają się malownicze widoki w kierunku Babiej Góry. Dojście od przełęczy do schroniska zajmuje nam (bardzo spacerowym tempem) ok. 50 minut (11:20-12:10).

Ruszamy z przełęczy Granice

Ruszamy z przełęczy Granice

Tam idziemy!

Tam idziemy!

Do schroniska PTTK na Kudłaczach

Do schroniska PTTK na Kudłaczach

Bardzo przyjemne nachylenie dla dzieci

Bardzo przyjemne nachylenie dla dzieci

Znaleźliśmy oznaki wiosny - Tymo trzyma gałązkę bazi

Znaleźliśmy oznaki wiosny – Tymo trzyma gałązkę bazi

Widok na pasmo Babiej Góry

Widok na pasmo Babiej Góry

Schronisko przed nami

Schronisko przed nami

W schronisku PTTK na Kudłaczach zatrzymujemy się na ciepły posiłek. Dobrze, że nie dotarliśmy tu później – zajmujemy ostatni wolny stolik, potem nadchodzący spacerowicze mają problem ze znalezieniem miejsc. Fakt, jadalnia jest niewielka (schronisko na Kudłaczach to jedno z najmniejszych schronisk PTTK, gabarytowo mniejsze nawet od bacówek-moskałówek), a słoneczny niedzielny poświąteczny dzień to idealna okazja do górskiego spaceru. Schronisko jest ładnie położone między szczytami Łysiny i Działka. Niektórzy zaliczają jego położenie do Beskidu Wyspowego, inni do Makowskiego – ale czy to takie ważne? Przed schroniskiem jest spory trawiasty teren z ławami oraz miejsce na rozbicie namiotów – zapewne jest tu bardzo przyjemnie w ciepłej porze roku. Miło spędzamy czas. Grześ, wypuszczony z nosidła, nadrabia „zaległe” kilometry, biegając pomiędzy ławami. Wcześniej spaceruje z R. po okolicach schroniska i razem ze starszymi chłopcami huśta się na przyschroniskowym placu zabaw. Jak dobrze, że gospodarze pomyśleli o dzieciach. Mała rzecz, a cieszy. Grześ chyba przeczuwał, że będą huśtawki, bo przez całą drogę do góry w nosidle wołał „buju”:) Wracamy tą samą drogą.

Schronisko PTTK na Kudłaczach

Schronisko PTTK na Kudłaczach

Jak dobrze, ze jest plac zabaw

Jak dobrze, ze jest plac zabaw

Na terenie pola namiotowego

Na terenie pola namiotowego

Korzenie lepsze niż plac zabaw

Korzenie lepsze niż plac zabaw

Schodzimy tą samą drogą

Schodzimy tą samą drogą

Widok na pasmo Babiej Góry bis. M. znalazła lepsze miejsce na zdjęcie

Widok na pasmo Babiej Góry bis. M. znalazła lepsze miejsce na zdjęcie

Po południu R. zabiera starszych chłopców na mszę do Mszany Dolnej.

Z nazbieranych wcześniej na wycieczce gałązek jodłowych i bazi robimy wyjątkowy stroik świąteczny…

Nasz oryginalny świąteczny stroik - z baziami!

Nasz oryginalny świąteczny stroik – z baziami!

Potem już tylko kolacja, zerkanie na prognozy modeli ICM i zastanawianie się, co by tu jutro zrobić – jak my lubimy takie problemy!

 

28 grudnia 2015, poniedziałek

Cały dzień pochmurno, mgliście i siąpi deszcz, ok. 8 st.

Noce ostatnio co jedna, to gorsza; już jesteśmy tacy niewyspani – kiedy te czwórki wreszcie wyrosną Grzesiowi? A tu jeszcze od rana pogoda jak w listopadzie… Co tu robić?

Wkrótce po śniadaniu Grześ idzie spać, a R. ze starszymi chłopcami jadą na duże zakupy – podczas pakowania nie wszystko udało się zmieścić do bagażnika naszej bryki. Po rozpakowaniu zakupów i zjedzeniu drugiego śniadania pogoda nadal jest kiepska, ale co to byłby za dzień spędzony tylko na zakupach? Postanawiamy zmobilizować się i jednak gdzieś pojechać.

Rabka-Zdrój

Niewątpliwie mamy szczęście do spacerowania po Rabce w jesiennej aurze… Ostatnio byliśmy tutaj trzy lata temu w listopadzie. Wtedy po górskiej trasie postanowiliśmy jeszcze wieczorem wyrwać się na spacer. Niestety, wszystko oglądaliśmy pod osłoną nocy. Dzisiaj też nie możemy w pełni docenić walorów tutejszego parku zdrojowego, zrewitalizowanego w 2011 r. W pełnej krasie prezentuje się on zapewne w ciepłych porach roku, kiedy kwitną kobierce różnorodnych kwiatów w tutejszych 10 ogrodach tematycznych. W grudniu, niestety, nie działa też tężnia (niewielka, ale ciekawa), chętni mogą jednak odpocząć w kameralnej pijalni wody i spróbować wody z ujęcia „Helena”.

Spacer pod parasolami jest mimo wszystko całkiem przyjemny. Opowiadamy chłopcom o uzdrowiskowych tradycjach Rabki, o tym, że miasto jest nazywane Miastem Dzieci Świata, że jest tu jedyny w Polsce pomnik Świętego Mikołaja (położony przy prawie stuletnim budynku dworca). W trakcie przechadzki przestaje padać, a do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze tylko… toalety! Na szczęście w pobliżu ul. Chopina znajdujemy i taki przybytek. O dziwo całkiem przyzwoity i darmowy. Chłopcy (zwłaszcza Grześ) z upodobaniem biegają po dachu szaletów (położonym tuż powyżej poziomu alejek parkowych) – to chyba największa atrakcja popołudnia!

Tężnia i pijalnia wód w rabczańskim parku zdrojowym

Tężnia i pijalnia wód w rabczańskim parku zdrojowym

Park zdrojowy, Rabka Zdrój

Park zdrojowy, Rabka Zdrój

Dalej schodzimy ul. Chopina w kierunku rabczańskiego deptaku z nadzieją, że znajdziemy w tej okolicy jakąś sensowną restaurację. Przeczucie nas nie myli. Jak tylko mijamy amfiteatr, przed oczami ukazuje się napis „Restauracja Kawiarnia Zdrojowa”. Dobra nasza! Przed wejściem oglądamy jeszcze sympatyczną fontannę, ozdobioną siedmioma figurami słoni, wykonanymi z brązu. Zwierzaki wesoło zadzierają trąby do góry. Niestety, nie możemy podziwiać fontanny w pełnej krasie – w zimie oczywiście jest nieczynna, nie widać też kolorowej mozaiki układającej się w herb Rabki-Zdroju (całość jest zadaszona na zimę). Cóż, trzeba przyjechać tu w lecie.

Amfiteatr przy deptaku spacerowym

Amfiteatr przy deptaku spacerowym

Rabczański deptak

Rabczański deptak

Sympatyczna fontanna ze słoniami

Sympatyczna fontanna ze słoniami

Na obiad najadamy się jak bąki. Żeby tylko móc wyjąć Grzesiowi na chwilę baterie z pupy i mieć możliwość chwilę posiedzieć spokojnie… Tymczasem jedno z nas ciągle musi za nim biegać. Na domiar złego Grześ ciągle wynajduje sobie chyba najgorsze możliwe zajęcia. Najpierw chce sam prowadzić swój wózek i wjeżdżać nim we wszystkie krzesła. Potem chce plastikowym krzesełkiem jeździć po całej restauracji. Potem zabiera się za rozbieranie choinki. A gdy tylko łagodną perswazją próbujemy nakłonić go do zmiany zajęcia, ryczy. Ratunku! Obok nas widzimy rodzinę z niemowlakiem i niewiele starszym bratem. Biedni, wszystkie atrakcje mają jeszcze przed sobą…:)

Po obiedzie wracamy do samochodu przez ładnie oświetlony park zdrojowy. Rozpogodziło się, przestało padać, ale nad ziemią unosi się wilgotna mgiełka. Jakoś tak bardzo malowniczo wokół.

Park zdrojowy wieczorem

Park zdrojowy wieczorem

Głosujemy na najładniejszą świąteczną ozdobę

Głosujemy na najładniejszą świąteczną ozdobę

Choinka chyba wygrywa

Choinka chyba wygrywa

Wieczorem chłopcy – jak codziennie na wyjeździe – rysują wspomnienia z minionego dnia. Dziś obaj wybrali sobie na temat oświetlony park zdrojowy. Potem do późnego wieczora kipią energią. Widać brakuje im w nogach górskiej przebieżki… Jako zabawka na wyjeździe najlepiej sprawdzają się tradycyjne drewniane klocki (prezent dla Grzesia od Cioci Majki – dziękujemy!) – niesamowicie kreatywne zajęcie i dla starszaków, i dla Grzesia.

 

29 grudnia 2015, wtorek

Chłodniej, ale nadal pochmurno i mgliście, 2 st.

Grześ nareszcie trochę lepiej spał w nocy. Wieczorem jednak bardzo długo zasypiał, zabawiając przy okazji starszaków swoim śpiewem: „A-a-a, ne ne ne”. Rano z kolei obudził wszystkich radosnymi okrzykami: „A-a-a bach!”, wyrzucając z łóżeczka smoczki i maskotkę-księżyc (na które też, jako rzeczy związane ze spaniem, mówi „a-a-a”).

Dzisiaj z racji niezbyt górskiej pogody za cel naszej kolejnej wycieczki obieramy Sekcję Utrzymania i Napraw Taboru Zabytkowego „Skansen” w Chabówce, zwaną potocznie Skansenem Taboru Kolejowego w Chabówce.

Obiekt mieści się w dawnej parowozowni w Chabówce. Można tu obejrzeć ponad pięćdziesiąt parowozów, a także kilka pługów odśnieżnych, kilkadziesiąt wagonów pasażerskich i towarowych oraz inne urządzenia, ogółem 135 zabytkowych obiektów.

Minusem ekspozycji jest tylko nieco chaotyczne rozmieszczenie eksponatów i brak jakichkolwiek elementów interaktywnych. Naszym zdaniem warto byłoby przynajmniej część ekspozycji skomponować w pewną całość, np. rozpoczynając od maszyn parowych – prekursorów silników parowych, a kończąc na lokomotywach spalinowych i elektrycznych. Ewentualnie za pomocą numerków skierować turystów na taką trasę z odpowiednią mapką. Ale w sumie to tylko drobna niedoskonałość.

Chłopcy są bardzo zaciekawieni poszczególnymi parowozami i wagonami. Wchodzą we wszystkie dostępne zakamarki, zaglądają do wnętrza lokomotyw. Tymusiowi szczególnie podoba się lokomobila, a Sebusiowi – wagon z toaletą:)

SKansen Taboru Kolejowego w Chabówce - rozpoczynamy zwiedzanie

SKansen Taboru Kolejowego w Chabówce – rozpoczynamy zwiedzanie

Skoro wokół tyle pociągów, chłopcy też robią pociąg

Skoro wokół tyle pociągów, chłopcy też robią pociąg

Mamy wyjątkowy sentyment do wąskotorówek

Mamy wyjątkowy sentyment do wąskotorówek

Sebuś sprawdza, gdzie sypało się węgiel

Sebuś sprawdza, gdzie sypało się węgiel

Niemiecki parowóz wąskotorowy z 1918 r.

Niemiecki parowóz wąskotorowy z 1918 r.

Lokomobila szczególnie spodobała się Tymkowi

Lokomobila szczególnie spodobała się Tymkowi

Polski silnik parowy z 1921 r.

Polski silnik parowy z 1921 r.

Mijamy coraz to inne eksponaty

Mijamy coraz to inne eksponaty

To pług odśnieżny wyprodukowany w Ostrowcu Świętokrzyskim w 1942 r.

To pług odśnieżny wyprodukowany w Ostrowcu Świętokrzyskim w 1942 r.

Koło żurawia kolejowego

Koło żurawia kolejowego

Kolejowe impresje

Kolejowe impresje

Jak w ilustracjach do 'Lokomotywy' Tuwima

Jak w ilustracjach do ‚Lokomotywy’ Tuwima

To dopiero jeden rząd eksponatów. Wchodzimy w kolejną alejkę

To dopiero jeden rząd eksponatów. Wchodzimy w kolejną alejkę

Koła w ruch...

Koła w ruch…

Niemiecki parowóz z 1921 r.

Niemiecki parowóz z 1921 r.

Niewątpliwie największą atrakcją związaną ze skansenem są przejazdy zabytkowym taborem, ciągniętym przez spektakularne parowozy. Trasa zabytkowych składów prowadzi do stacji Kasina Wielka, w budynku której mieszkamy! Poza kursami pociągów retro skansen jest również współorganizatorem wielu imprez, np. „Parowozjady”, czy „Nocy muzeów”. Niestety, takie atrakcje są dostępne tylko w sezonie letnim. Bardzo żałujemy, że w czasie naszego pobytu nie możemy uczestniczyć w przejeździe takiego zabytkowego pociągu, albo chociaż zobaczyć parowozu „pod parą”, ale cóż – będziemy mieli motywację, żeby wrócić jeszcze w te strony!

Grześ zasypia nam niestety tuż przed Chabówką i R. zostaje z nim w samochodzie na „dospanie”. Gdy nasz najmłodszy miłośnik pociągów się budzi, M. ze starszakami kończy już zwiedzać prawie cały skansen. Załapuje się jeszcze na obejrzenie kilku parowozów, chociaż najbardziej podoba mu się… wchodzenie po schodkach do wagonu! Chyba pociągi kojarzy głównie z nowoczesnymi składami kursującymi pod naszym oknem 😉

Jest i nasz najmłodszy miłośnik kolei!

Jest i nasz najmłodszy miłośnik kolei!

Chłopcom bardzo podobał się stary wystrój wagonów

Chłopcom bardzo podobał się stary wystrój wagonów

Ciekawe, czy Sebuś da radę sam poruszyć parowóz

Ciekawe, czy Sebuś da radę sam poruszyć parowóz

Bo Grześ na pewno!

Bo Grześ na pewno!

Pizzeria Jako w Chabówce

To miejsce zasługuje na osobny nagłówek. Naprawdę! Ale po kolei.

Wszystkim kiszki już zaczynają grać marsza z głodu, więc szybko wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje do wypatrzonej po drodze pizzerii. Niepozorny z zewnątrz lokal okazuje się niebywałą gratką dla miłośników pociągów. Wystrój sali nawiązuje do wnętrza wagonu – stoliki to jakby przedziały, oświetlenie to stylizowane elementy zwrotnic, na środku pod przeszkloną podłogą są umieszczono na oryginalnych podkładach kolejowych prawdziwe tory, a na nich – jeżdżący model pociągu. Do tego wszystkiego z końca sali świecą groźnie światła nadjeżdżającego pociągu. To po prostu kultowe miejsce! Ogromne brawa dla pomysłodawcy tego wystroju!

A pizza też jest niczego sobie. Zamawiamy „tylko” jedną dużą i jedną małą, ale objadamy się wszyscy jak bąki!

Pizzeria Jako w Chabówce - wystrój na medal!

Pizzeria Jako w Chabówce – wystrój na medal!

Wieczorny spacer u podnóża Śnieżnicy

Po południu chłopcy kipią energią i dopominają się o wyjście z latarkami na „rekonesans” po najbliższej okolicy. Takich kompanów sobie wychowaliśmy, ha! Gdy wychodzimy, jest już ciemno. Niespodziewanie zrobiło się też bardzo zimno. Temperatura zjechała na minus (co skrzętnie wykorzystują gospodarze wyciągu – ku naszej uciesze armatki śnieżne pracują pełną parą), wieje silny wiatr. W związku z tym R. z Grzesiem podchodzi tylko pod dolną stację wyciągu i wraca do domu, a M. z chłopcami ucina sobie wieczorny spacer do głównej drogi w Kasinie. Idąc, zabawiamy się w zgadywankę „prawda czy fałsz”, po drodze widzimy też dwie grupy kolędników. Jest bardzo miło, tylko zimno, ale zimno!

Stacja Kasina wieczorową porą

Stacja Kasina wieczorową porą

Wieczorem kładziemy dzieciaki spać i przy dobrym winku spoglądamy na prognozy pogody, planując kolejne wyprawy w zimowej już aurze. Jak my lubimy te momenty, gdy dzieci już śpią i można choć na krótką chwilkę pożyć sobie w swoim rytmie… Zwłaszcza na wyjeździe, gdy nie ma prania, sprzątania, gotowania, etc. Chwilo trwaj!

 

30 grudnia 2015, środa

Od dziś inna pora roku: -6 stopni i słońce

Spacer do Bacówki na Maciejowej

Wita nas słoneczny, mroźny poranek – po dwóch dniach siąpiącego deszczu błękitne niebo przyjmujemy z radością. Wszyscy, i my, i starsze dzieci, mamy ochotę na spacerek w górach. Jedyny problem to transport Grzesia w solidnie ujemnej temperaturze – ostatnie dni przyzwyczaiły nas do temperatur rzędu plus 10 i teraz boimy się, że Grzesiek zmarznie nam w nosidle. Rozwiązujemy ten problem, zabierając ze sobą dwa grube koce do opatulenia małego podróżnika i ubierając go o kilka warstw grubiej.

Nasz cel to sympatyczna Bacówka na Maciejowej. Co prawda byliśmy już tu we dwoje w listopadzie 2012 r. w ramach wieczornej przebieżki po wycieczce na Mogielicę, ale wtedy było zupełnie ciemno , padał deszcz i w sumie poza wnętrzem schroniska niczego innego nie widzieliśmy. Sami więc chętnie powtarzamy tę trasę. Bacówka położona jest co prawna w paśmie Gorców, ale dojazd od nas jest tu tak samo bliski jak do szlaków Beskidu Wyspowego.

Podjeżdżamy samochodem do Rabki-Zającówki i odbijamy w prawo czarnym szlakiem. Gwoli ścisłości, najpierw wyrusza M. ze starszymi chłopcami, a R. zostaje ze śpiącym Grzesiem w samochodzie, planując zarzucenie go na plecy, jak tylko się obudzi, i sprawne dogonienie reszty wycieczki. To rozwiązanie ma jeszcze jeden plus, a mianowicie minimalizuje czas spędzony przez Grzesia na mrozie – Sebuś jednak idzie dużo wolniejszym tempem niż pozostali. Po krótkim odcinku szlaku prowadzącym drogą między zabudowaniami ścieżka zaczyna stromo forsować zbocza Maciejowej (815 m n.p.m.). Idziemy wzdłuż trasy narciarskiej, poprowadzonej ze szczytu Maciejowej. Armatki śnieżne pracują pełną parą – faktycznie, rok chyli się ku końcowi, a tu śniegu ani grama – jakie to straty dla właścicieli wyciągów. Chłopcy mają frajdę z chwilowej armatkowej śnieżycy. Prosto w oczy świeci nam słońce, zapewniając naturalną fototerapię grudniowego przygnębienia. Jedyne zakłócenie sielanki to konieczność ciągłego mobilizowania Sebusia do marszu– na tym odcinku szlaku nachylenie jest naprawdę spore, więc spacer wymaga nieco wysiłku.

Czarnym szlakiem z Rabki-Zającówki na Maciejową

Czarnym szlakiem z Rabki-Zającówki na Maciejową

Na szlaku zawsze znajdzie się coś ciekawego

Na szlaku zawsze znajdzie się coś ciekawego

Armatki śnieżne zadbały o zimowe akcenty

Armatki śnieżne zadbały o zimowe akcenty

Mróz prawdziwy, ale śnieg sztuczny

Mróz prawdziwy, ale śnieg sztuczny

R. dogania M. i chłopców zaraz po połączeniu czarnego i czerwonego szlaku na grzbiecie Maciejowej. Teren wypłaszcza się, w starszaki wstępuje więc nowa energia. Dobrze, że nie szliśmy tą trasą w minionych dniach – głębokie błotniste koleiny na drodze nie zachęcają do marszu w deszczowe dni. Teraz wszystko jest zmrożone i idzie się bajkowo. 20 minut marszu przez las i naszym oczom ukazuje się znajomy widok – Bacówka na Maciejowej. Nazwa jest trochę myląca, bo przecież Maciejowa została już daleko za nami, ale czy to ważne? Teraz wszystko wygląda inaczej niż w listopadowy wieczór. Przede wszystkim widać piękne widoki na Tatry na południu i na Beskid Wyspowy na północy. Po drugie: w ogóle wszystko widać w świetle dnia. I otoczenie bacówki, i samą bryłę budynku.

R. z Grzesiem już dobili do reszty

R. z Grzesiem już dobili do reszty

Ostatni zakręt przed schroniskiem

Ostatni zakręt przed schroniskiem

Jak tu malowniczo...

Jak tu malowniczo…

Gorczańskie klimaty - Taterki na horyzoncie

Gorczańskie klimaty – Taterki na horyzoncie

Bacówka PTTK na Maciejowej

Bacówka PTTK na Maciejowej

Bacówka PTTK na Maciejowej - wchodzimy

Bacówka PTTK na Maciejowej – wchodzimy

Niesłusznie martwiliśmy się, czy w środku się ogrzejemy. Gospodarze napalili w kominku i w jadalni, dodatkowo zalanej słońcem, jest chyba z 25 stopni. Udaje nam się zająć chyba najlepszy, bo największy stolik. W naszym składzie komfortowe miejsce do spokojnego nakarmienia Grzesia jest bardzo ważne – ostatnio Grzesiek przy jedzeniu byle czym się rozprasza i karmienie go bywa niełatwe. Z biegiem czasu do bacówki docierają kolejni goście. Jak dobrze, ze mamy gdzie siedzieć. Sam budynek jest niewielki – to typowa bacówka-moskałówka z lat 70. Pomyśleć, że wg planów takich bacówek w polskich górach miało być grubo ponad 100 – zapoznajemy się z ich planowanym rozmieszczeniem, czytając ciekawą tablicę na ścianie. W końcu zbudowano niewiele ponad 10. Byliśmy już w bacówce Jaworzec, pod Małą Rawką, pod Honem, pod Bereśnikiem, nad Wierchomlą, na Przełęczy Okraj, przy nieczynnej bacówce pod Trójgarbem; mamy w planach bacówkę na Krawców Wierchu i na Rycerzowej – a to tylko garstka z tych planowanych.

Postój z całą naszą ekipą to nie jest bułka z masłem. Grzesia trzeba nakarmić (co łatwe nie jest), przewinąć, czymś zabawić, w międzyczasie zamawiając jedzenie, nadzorując starszaki, mobilizując Sebusia do jedzenia, no i samemu wrzucając coś na ząb. Tym razem wszystko przebiega jakoś bezboleśnie. Jedzenie jest pyszne – szczególnie godne polecenia są racuchy z jagodami, w których to jagodach szczególnie rozsmakował się Grześ – jadł, aż mu się uszy trzęsły, zagryzając skwarkami i cebulką z pierogów Tymka. Cóż, o gustach się nie dyskutuje:) Wnętrze bacówki jest bardzo przyjemne i stylowe – jest tu wiele rzeźbionych elementów wyposażenia, wykonanych przez absolwentów zakopiańskiego Liceum Sztuk Plastycznych. Inni turyści miło się uśmiechają.

Jak dobrze się ogrzać!

Jak dobrze się ogrzać!

Ale pyszne te jagody!

Ale pyszne te jagody!

O ile postój mija bezproblemowo, potem już tak różowo nie jest. Najgorszy punkt programu to zapakowanie Grześka do nosidła razem z zimowym opatuleniem. Wyje, jakby go ze skóry obdzierali. Jak my byśmy chętnie wyrwali się w góry choć na chwilę we dwoje, żeby nie musieć ciągle żyć na stend baju… Na szczęście jak tylko R. rusza, Grześ zadowolony uspokaja się. Przez wzgląd na temperaturę R. po raz kolejny rusza z kopyta, nie oglądając się na M. i chłopców. Umawiamy się przy samochodzie.

Pokrzepieni, zadowoleni i gotowi do zejścia

Pokrzepieni, zadowoleni i gotowi do zejścia

Taterki raz jeszcze

Taterki raz jeszcze

Iść, ciągle iść, w stronę... Babiej Góry

Iść, ciągle iść, w stronę… Babiej Góry

Droga w dół mija chłopakom – dosłownie i w przenośni – w podskokach. Jeśli pod górę to M. musiała mobilizować do marszu, teraz jest odwrotnie – ledwo może za nimi nadążyć. T. mówi „jak ja lubię góry”, Sebuś podśpiewuje Mikołajowe „hoł hoł hoł”.

Wracamy do naszej dworcowej mety

Wracamy do naszej dworcowej mety

Popołudnie i wieczór

Od dwóch dni na prośbę gospodarzy musieliśmy ograniczać zużycie wody. Dzisiaj po powrocie do domu okazuje się, że problemy z wodą są naprawdę poważne. Z kranu nie kapie już nawet kropla… Dowiadujemy się, że jakakolwiek woda będzie za 3 godziny, a naprawa być może jutro. Cóż… musimy to jakoś przetrwać.

Grześ chwilę drzemie w domu, a R. z chłopcami jedzie do Mszany na uzupełniające zakupy. Kupujemy większą ilość wody w razie dalszych problemów z jej dostępnością w apartamencie i oczywiście trochę fajerwerków na jutro!

 

31 grudnia 2015, czwartek

Piękna zima, szkoda, że bez śniegu, ok. -4 st.

Podczas tego wyjazdu (podobnie jak latem w Pieninach) chłopcy są zachwyceni górskimi spacerami. W związku z tym dzisiaj planujemy kolejny. Ze względu na mróz celami naszych spacerów są schroniska – można ogrzać się, zjeść coś ciepłego i przewinąć Grzesia. Wyszukujemy na mapie możliwie najkrótsze drogi dojściowe, uwzględniając najsłabsze ogniwo naszej ekipy, czyli Grzesia, który siedząc w nosidle bez ruchu w mroźny dzień, mógłby zmarznąć.

Z Obidowej do schroniska Stare Wierchy

Trzy lata temu odwiedziliśmy to schronisko we dwoje – schodziliśmy do Obidowej po wycieczce na Turbacz. Teraz też zaczynamy spacer od końca wsi Obidowa. Powstał tu spory parking jako zaplecze trasy narciarstwa biegowego na Turbacz. Dzisiaj samochodów prawie nie ma. Grześ przespał się po drodze, więc z parkingu ruszamy razem.

Po obowiązkowym płaczu Grzesia przy pakowaniu do nosidła (nie pasują mu koce, którymi go owijamy ze wszystkich stron…) idzie nam się bardzo dobrze. R. z Grzesiem i Tymem wchodzą sprawnym tempem i po pół godziny meldują się pod schroniskiem. R. pozwala Giśkowi rozprostować kości i doświadczyć kontaktu z minimalną warstewką śniegu na ławkach. M. musi się dopasować do tempa Sebunia (dziś droga mija im wyjątkowo wesoło – wymyślają historię o Maleszkowym czerwonym krześle, tylko że tym razem jest to czerwone krzesełko do karmienia, któremu tylko Grześ może wydawać rozkazy), ale i tak wkrótce stawiamy się w komplecie w schronisku.

Zielonym szlakiem z Obidowej na Stare Wierchy

Zielonym szlakiem z Obidowej na Stare Wierchy

Gorczański widok

Gorczański widok

Sebuś z M. zamykają peleton

Sebuś z M. zamykają peleton

Prawdziwe lodowce na szlaku

Prawdziwe lodowce na szlaku

Polany przy szlaku są bardzo malownicze

Polany przy szlaku są bardzo malownicze

Jeszcze dwa kroki i po lewej mamy schronisko!

Jeszcze dwa kroki i po lewej mamy schronisko!

Schronisko Stare Wierchy

Schronisko Stare Wierchy

Grześ, R. i T. dotarli tu pierwsi

Grześ, R. i T. dotarli tu pierwsi

Obie sale schroniska są dzisiaj pełniutkie (Sylwester…) i z wielkim trudem udaje nam się znaleźć miejsce, żeby usiąść. Na szczęście się udaje. Wędrując zimą z Grzesiem, najważniejszy okazuje się ciepły i spokojny kąt do nakarmienia i pobiegania. Wszyscy chętnie pałaszują obiad, chłopcy sami kupują widokówki i podstemplowują książeczki GOT – z uśmiechem stwierdzamy, że to dla nich naturalny element pobytu w schronisku.

Jadalnia przeluźnia się dopiero pod koniec naszego odpoczynku

Jadalnia przeluźnia się dopiero pod koniec naszego odpoczynku

W drodze powrotnej chwilę jeszcze zabawiamy na przyschroniskowej polanie – huśtamy się na huśtawce, Tymo rozbija kijkiem lód na kałuży, Grześ biega własnymi ścieżkami. Schronisko Stare Wierchy rozlokowało się na rozległej gorczańskiej polanie na wysokości 968 m n.p.m. Przy ładnej pogodzie dobrze stąd widać Tatry – dziś też rozkoszujemy się ich widokiem. Jest jednak zimno, więc pora wracać. Droga powrotna mija błyskawicznie. Główną atrakcją dla starszaków jest lód pokrywający miejscami drogę – S. nazywa go „lodowcem”. Obaj chłopcy rozbijają lód kijkami i przeskakują przez zamarzłe na drodze strumyczki. Stawiamy się przy samochodzie tuż przed 15:00, po ok. 3 godzinach od wyjścia. Trasa to niespełna 200 m przewyższenia i ok. 3,5 km w obie strony. W sam raz na zimowy dzień dla naszej rodzinki.

Przed schroniskiem. Grześ idzie w swoją stronę

Przed schroniskiem. Grześ idzie w swoją stronę

Tatry z polany Stare Wierchy

Tatry z polany Stare Wierchy

Czas z powrotem. Ale jestem zapakowany...

Czas z powrotem. Ale jestem zapakowany…

Wracamy do Obidowej

Wracamy do Obidowej

Wesoło nam!

Wesoło nam!

Wieczór jest wyjątkowy, bo sylwestrowy! Pożegnanie starego roku zaczynamy od odpalenia fajerwerków kupionych dzień wcześniej w Mszanie Dolnej. Nie obywa się bez przygód – najpierw R. dzielnie walczy z zapałkami (i świeczką), ciągle gasnącymi na wietrze, potem wpada na przyparkingowy płotek. Chłopcy są jednak zachwyceni, szczególnie Tymo. Robimy transparent 2015/2016, gramy w kalambury, chwilę tańczymy. Grześ dzielnie towarzyszy nam do 23:20 i nawet próbuje uczestniczyć w grze w kalambury – jaki on jest pocieszny! Tuż przed północą zaczynamy wielkie odliczanie i wkrótce witamy Nowy Rok! Ostatni punkt programu to oglądanie przez okno fajerwerków w okolicy, a mamy u stóp całą Kasinę, więc widok jest naprawdę piękny. Życzymy sobie głównie zdrowia i spokoju, oby nie zabrakło ich w tym nadchodzącym roku! Niedługo potem idziemy spać, bo wiadomo, że chłopcy jutro nie pośpią wiele dłużej niż zwykle – taki już nasz los:)

Sylwester w Kasinie Wielkiej

Sylwester w Kasinie Wielkiej

 

1 stycznia 2016, piątek

Nadal mróz, ok. -5 st., słonecznie

Panowie są dzisiaj względnie łaskawi i wstają o 8:00, czyli godzinę później niż zwykle. Niestety niemiłą niespodzianką jest całkowity brak wody w kranach. Jakoś radzimy sobie z tą sytuacją i ok. 11:30 ruszamy na wycieczkę.

Z racji terminu (Nowy Rok) chcemy mieć pewność, że znajdziemy gdzieś otwartą restaurację. Obieramy więc kurs na największe pienińskie uzdrowisko, czyli Szczawnicę. Co prawda byliśmy w Pieninach niedawno, na pożegnanie lata, ale wtedy nastawialiśmy się głównie na chodzenie po górach, nie zostawiając sobie czasu na zwiedzanie i leniwe spacery. Szczawnicę oglądaliśmy głównie w przelocie, z samochodu.

Grześ w samochodzie zasypia, więc przed zatrzymaniem się w Szczawnicy robimy jeszcze krótki postój w Krościenku. Tj. – gwoli ścisłości – tylko M. robi tu postój fotograficzny – panowie ze śpiącym Grzesiem krążą samochodem po pobliskich uliczkach. M. fotografuje największy krościeński zabytek, czyli częściowo gotycki kościół Wszystkich Świętych (XIV-XVI w.), znany z cennych naściennych polichromii. Na jednej z nich można oglądać trzy diabły trzymające w rękach cyrograf. Świątynia jednak jest zamknięta, więc M. może oglądać jej wnętrza tylko zaglądając przez kraty. Potem obchodzi przestronny rynek, otoczony niskimi kolorowymi domami, wśród których wyróżnia się jako najbardziej okazały budynek XIX-wiecznego ratusza, zbudowanego w stylu pienińskim. Na rynku uwagę zwraca też stylowa studnia, postawiona tu w latach 90. z okazji 650. rocznicy założenia Krościenka.

Krościenko - studnia upamiętnia 650-lecie założenia osady

Krościenko – studnia upamiętnia 650-lecie założenia osady

Kościół Wszystkich Świętych (XIV-XVI w.), częściowo gotycki

Kościół Wszystkich Świętych (XIV-XVI w.), częściowo gotycki

Wnętrze Kościoła Wszystkich Świętych, polichromie z XIV - XVI w.

Wnętrze Kościoła Wszystkich Świętych, polichromie z XIV – XVI w.

Ratusz w Krościenku, XIX w.

Ratusz w Krościenku, XIX w.

Po obejrzeniu Krościenka jedziemy już prosto do Szczawnicy. Miejsce parkingowe znajdujemy na płatnym parkingu w samym centrum przy ul. Zdrojowej. Zwiedzanie Szczawnicy zaczynamy od … pilnego poszukiwania restauracji. Grześ jest już głodny, a Sebuś bardzo potrzebuje odwiedzić toaletę. Kolejne mijane przez nas lokale są totalnie zapełnione. Zrezygnowani docieramy aż do Placu Dietla. Na szczęście znajdujemy miejsce w chyba najbardziej reprezentacyjnym szczawnickim lokalu – w połączonej z budynkiem pijalni wód Café „Helenka”.

Pomnik Henryka Sienkiewicza przy ul. Zdrojowej

Pomnik Henryka Sienkiewicza przy ul. Zdrojowej

Park Górny z ul. Zdrojowej

Park Górny z ul. Zdrojowej

Plac Dietla

Plac Dietla

Szczawnicka Pijalnia w Domu nad Zdrojami

Szczawnicka Pijalnia w Domu nad Zdrojami

Cafe Helenka i Dom nad Zdrojami

Cafe Helenka i Dom nad Zdrojami

To świetne miejsce na obiad lub przekąskę dla rodziny z dziećmi. Stoliki nie są rozstawione zbyt ciasno, udaje się zmieścić wózek, a Grześ ma gdzie pospacerować (z kawiarnianej sali można przejść bezpośrednio do niewielkiej pijalni wód mineralnych); jest nawet przewijak. W menu nie ma typowych dań obiadowych, ale francuskie tarty i włoskie kluchy bardzo nam i chłopcom odpowiadają. Nieodzownym elementem jest jak zwykle płacz Grzesia przy ubieraniu i pakowaniu do wózka, cóż, my też nie lubimy zimy i wielowarstwowych ubrań… Tymo jest za to bardzo pomocny i sam załatwia kupno pamiątkowych aniołków w pijalni.

Wnętrze pijalni w Domu nad Zdrojami

Wnętrze pijalni w Domu nad Zdrojami

Czekamy na obiad w Cafe Helenka

Czekamy na obiad w Cafe Helenka

Starsi chłopcy nie stwarzają nam większych problemów podczas wycieczek. W ramach dodatkowej atrakcji dla nich decydujemy się jeszcze na wjazd wyciągiem krzesełkowym na Palenicę (719 m n.p.m.). To jedna z głównych atrakcji Szczawnicy. Po drodze kupujemy jeszcze w kiosku jabłuszka dla chłopaków z nadzieją, że na naszym stoku uda się pozjeżdżać na sztucznym śniegu. M. zostaje na dole z Grześkiem, a pozostali chłopcy wjeżdżają na Palenicę. Przejazd wyciągiem to spora atrakcja. Dodatkową adrenalinę zapewnia zawiśnięcie na dyndającym krzesełku nad sporą przepaścią, gdy wyciąg zatrzymuje się na chwilę.

Na górze przyciąga uwagę widok pracujących pełną parą armatek śnieżnych i spore zaspy śniegu. Przez tę „krainę lodu” – jak szczyt Palenicy ochrzcili chłopcy – schodzimy kilkadziesiąt metrów w kierunku siodła Maćkówka. W świetle zachodzącego słońca podziwiamy widok na Tatry oraz okoliczne pienińskie szczyty. Wypatrujemy znane nam z sierpniowych wycieczek Sokolicę i Wysoką.

Widoki z Palenicy

Widoki z Palenicy

Zachód słońca nad Tatrami

Zachód słońca nad Tatrami

Stok Szafranówki już naśnieżają

Stok Szafranówki już naśnieżają

Widoki z Palenicy, od Tatr po Sokolicę

Widoki z Palenicy, od Tatr po Sokolicę

Podskoki z radości

Podskoki z radości

Ze względu na czekającego na dole w mrozie Giśka szybko wracamy do wyciągu i zjeżdżamy. Chłopcy trochę mają pietra, chyba odzwyczaili się już od wyciągów, a tutejsza trasa jest dość mocno eksponowana. Na dole stwierdzają jednak, że chcą wjechać na górę jeszcze raz!

Szczawnica widziana z wyciągu

Szczawnica widziana z wyciągu

Grześ w tym czasie spaceruje w okolicy potoku Grajcarek. Niespecjalnie ogląda się przy tym na M., powstrzymującą go usilnie przed wpadnięciem do wody. Wspólnie pakujemy go znowu do wózka (zazwyczaj przy tym punkcie programu wyje) i bez zbędnej zwłoki idziemy w stronę samochodu. Po drodze kupujemy jeszcze oscypki, starszaki nie mogą powstrzymać się przed skubnięciem chociaż jednego.

Spacer z obiadem i atrakcjami zajął nam niespełna trzy godziny (dojazd dodatkowo ponad godzinę w każdą stronę). Można by spędzić tutaj na pewno o wiele więcej czasu. Przyjemny byłby zwłaszcza spacer po Parku Górnym i Parku Dolnym oraz wzdłuż Grajcarka i Dunajca. Chętnie też spróbowalibyśmy którejś z leczniczych wód. Szczawnica jest niezwykle urokliwa. Okolice Parku Górnego są bardzo spójne architektonicznie i ładnie prezentują się po renowacji. W budynkach zdrojowych można dopatrzeć się stylu szwajcarskiego, wprowadzanego przez wielkiego propagatora Szczawnicy – Józefa Szalaja. Na pewno jeszcze tu wrócimy!

Wieczorem R. z chłopcami idą jeszcze wypróbować jabłuszka na świeżo naśnieżonym stoku. Jabłuszka sprawdzają się doskonale, gorsze są natomiast wiadomości od obsługi stacji narciarskiej, że ośrodek zostanie uruchomiony prawdopodobnie dopiero w dniu naszego wyjazdu… Całe szczęście, że w wyjazdach zimowych nie skupiamy się tylko na nartach – zazwyczaj w okolicy jest aż nadto interesujących rzeczy do obejrzenia.

 

2 stycznia 2016, sobota

Co dzień, to zimniej, dziś mróz sięga -10 stopni

Szczyrzyc i okolice

Dziś odwiedzają nas Dziadek Janek i Babcia Stasia. Pierwotnie planujemy iść z nimi na górski spacer do Młodzieżowego Domu Rekolekcyjnego na Śnieżnicy. Niestety, jest tak zimno, że to plany zupełnie nieodpowiednie dla transportowanego w nosidle Grzesia. Wcielamy więc w życie plan B, czyli odwiedzenie opactwa cystersów w Szczyrzycu.

Oglądaliśmy już opactwa cystersów w Wąchocku i Jędrzejowie. Teraz przyszła kolej na Szczyrzyc. Mogłoby się wydawać, że to wycieczka zupełnie nieatrakcyjna dla dzieci. A jest wręcz przeciwnie! Nasi chłopcy – od najmniejszego do największego – wracają do domu pełni wrażeń. Wycieczkę zaczynamy od obejrzenia Diablego Kamienia i leśnej pustelni. Aby się do nich dostać, najpierw musimy wspiąć się dość stromo przez las na zalesiony pagórek wznoszący się nad doliną Stradomki. Idziemy trasą drogi krzyżowej – kolejne stacje są umieszczone na drzewach. To miejsce mało znane, a ze wszech miar warte odwiedzenia. Diabli Kamień to potężny piaskowcowy ostaniec (przypominający nam bardzo skałę z Leska) o długości 55 m i wysokości siegającej 25 m. Jego nazwa wywodzi się z legendy, wg której przywlókł go tu sam diabeł. Tuż obok znajduje się maleńka kapliczka z XIX w oraz niewielki drewniany budynek pustelni – ostatni z jej mieszkańców, Zygmunt Młynek, mieszkał tu aż do 1995 r., sypiając w otwartej trumnie. Niestety, konflikty z właścicielką ziemi spowodowały, że obecnie pustelnia jest niezamieszkała.

Idziemy pod Diabli Kamień

Idziemy pod Diabli Kamień

Towarzyszą nam malowane na drewnie stacje drogi krzyżowej

Towarzyszą nam malowane na drewnie stacje drogi krzyżowej

Obok pustelni stoi niewielka kaplica pw. MB Niepokalanie Poczętej

Obok pustelni stoi niewielka kaplica pw. MB Niepokalanie Poczętej

Wnętrze kaplicy

Wnętrze kaplicy

Kapliczka i pustelnia ze ścieżki okrążający Diabli Kamień

Kapliczka i pustelnia ze ścieżki okrążający Diabli Kamień

Diabli Kamień w pełnej okazałości

Diabli Kamień w pełnej okazałości

Podobno są na nim odciski czarcich palców i kopyt

Podobno są na nim odciski czarcich palców i kopyt

Nam bardzo przypominał się Kamień Leski

Nam bardzo przypominał się Kamień Leski

Wszystkim uczestnikom wycieczki to miejsce bardzo się podoba. Grzesiowi też, pod warunkiem jednakże, że może robić to, co sam chce. A chce otwierać i zamykać furtkę do pustelni, otwierać i zamykać, otwierać i zamykać. Za nic nie chce za to iść tam, gdzie kieruje się R. Jego protesty słyszą chyba cystersi w Szczyrzycu. Do tego ta zima, czapki i grube kombinezony. To nie jest to, co kilkunastomiesięczni turyści lubią najbardziej.

Po obejrzeniu pustelni i Diablego Kamienia podjeżdżamy pod zespół cysterski w Szczyrzycu. Szczyrzyckie opactwo jest jedynym nieprzerwanie działającym opactwem na ziemiach polskich od jego powstania w XIII w. W skład zespołu klasztornego wchodzi barokowy XVII-wieczny kościół NMP Wniebowziętej i św. Stanisława, powstały w wyniku rozbudowy pierwotnej świątyni z kamienia łupanego, a także XVII-wieczne zabudowania klasztorne, dom opata oraz… cysterski browar (nadal wytwarzający wg tradycyjnej receptury piwa Opackie, Przeora i Grodzisko:)). W przyklasztornym kościele znajduje się otaczany szczególną czcią XVI-wieczny obraz Matki Bożej Szczyrzyckiej autorstwa nieznanego artysty.

Opactwo cystersów w Szczyrzycu

Opactwo cystersów w Szczyrzycu

Kościół NMP Wniebowziętej i św. Stanisława (XVII w.)

Kościół NMP Wniebowziętej i św. Stanisława (XVII w.)

A to cysterski browar

A to cysterski browar

Klasztorne arkady

Klasztorne arkady

Cysterski zespół klasztorny z perspektywy dzwonnicy

Cysterski zespół klasztorny z perspektywy dzwonnicy

Dla dzieci najbardziej atrakcyjna jest jednak żywa szopka, w tym roku po raz drugi urządzona przez cystersów w pomieszczeniu w arkadach klasztoru. Można zobaczyć tu zwierzęta hodowane przez cystersów – kucyki, króliki, owce, gołębie, perliczki, kury, gęsi i kaczki oraz egzotyczne papużki. Dzieci są zachwycone, zwłaszcza te młodsze. Grześ w szopce nie zamarudził ani przez moment – tym razem widocznie trafiliśmy w jego gusta. Ciągle chciał tylko całować się ze wszystkimi zwierzątkami i oblizywać ogrodzenia i klatki. Ratunku! Każdy rodzic powinien chyba mieć nad głową aureolę…

Żywa szopka u szczyrzyckich cystersów

Żywa szopka u szczyrzyckich cystersów

Żywa szopka u szczyrzyckich cystersów

Żywa szopka u szczyrzyckich cystersów

Chłopcom najbardziej spodobały się sympatyczne koniki

Chłopcom najbardziej spodobały się sympatyczne koniki

Grzesiowi podobało się wszystko

Grzesiowi podobało się wszystko

Po powrocie z wycieczki wyjątkowo jemy dziś obiad na miejscu – zajadamy się specjałami przywiezionymi przez Babcię Stasię. Potem Dziadkowie odjeżdżają.

Późnym popołudniem M. ze starszymi chłopcami wybiera się jeszcze na spacer. Tym razem idziemy wzdłuż torów kolejowych w kierunku wschodnim. Poza sezonem zimowym „nasza” linia kolejowa jest w ogóle nieczynna, więc możemy cieszyć się taką niecodzienną wycieczka przy zachowaniu pełni bezpieczeństwa. Czy ktoś szedł kiedyś po torach przez las w mroźny zimowy wieczór? Nie? My też szliśmy tak po raz pierwszy. A to przeżycie jedyne w swoim rodzaju! Jeden z chłopców na zmianę był „lokomotywą” – szedł na przedzie, świecąc latarką. W połowie wycieczki wypaliliśmy sobie zimne ognie. Ale było fajnie! Wracając, zahaczyliśmy jeszcze o stok Śnieżnicy – chłopcy zrobili po kilka zjazdów na jabłuszkach. Do domu przygnało nas przenikliwe zimno oraz informacja, że woda w kranie znowu się kończy – trzeba będzie się pośpieszyć z myciem chłopców. Gdyby nie „wodne” niedogodności, Stacja Kasina byłaby chyba zimową metą naszych marzeń.

Stacja Kasina. Bo wszystkie drogi stąd prowadzą na tory!

Stacja Kasina. Bo wszystkie drogi stąd prowadzą na tory!

Chłopcy nie przepuszczą okazji pojabłuszkowania

Chłopcy nie przepuszczą okazji pojabłuszkowania

U podnóża Śnieżnicy wreszcie zima

U podnóża Śnieżnicy wreszcie zima

Szybciej, żeby zdążyć zjechać jeszcze raz.

Szybciej, żeby zdążyć zjechać jeszcze raz.

 

3 stycznia 2016, niedziela

U nas nadal -10, w Pieninach -8

Wycieczka do Niedzicy

Siarczysty mróz nie odpuszcza, do tego odczucie zimna okresowo wzmaga dość silny wiatr. Taka aura dość mocno krzyżuje nam plany górskich wycieczek z Grzesiem w nosidle – skoro i tak nie ma śniegu na narty, to już chyba wolelibyśmy cieplejsze temperatury.

Dziś rano jest tak zimno, że od razu wykluczamy plan jakiegokolwiek dłuższego spaceru. W związku z tym kierujemy się do Niedzicy zwiedzić Zamek Dunajec. Ta warownia szczyci się prawie 700-letnim rodowodem – została wzniesiona w pierwszej połowie XIV w. Bez przerwy była zamieszkana, co pozwoliło jej dotrwać w tak dobrym stanie do czasów współczesnych. Pieczę nad zamkiem aż do 1945 r. sprawowały węgierskie rody – w czasach swojego powstania niedzicka warownia chroniła północne granice Węgier. Obecnie opiekę nad zamkiem sprawuje Stowarzyszenie Historyków Sztuki, a jego wnętrza zostały zaadoptowanie na muzeum.

Ostatnio w Niedzicy byliśmy w sierpniu, przy okazji pienińskiego pożegnania lata, ale nie zwiedzaliśmy warowni. Wtedy było – bagatela – 45 stopni cieplej, więc oddawaliśmy się typowo letnim przyjemnościom: popłynęliśmy w rejs po Jeziorze Czorsztyńskim, sprawdzaliśmy uroki niedzickiego kąpieliska, a potem pojechaliśmy do Szczawnicy na spacer do Schroniska pod Bereśnikiem.

Po dość długim dojeździe (ze współczuciem patrzymy na korek stojący na Zakopiance od strony Zakopanego…) parkujemy na przyzamkowym parkingu. Naszą uwagę zwraca grubaśny zabezpieczony pień kilkusetletniego „dębu Palocsayów”, wg legendy mającego żyć tak długo, jak długo trwać będzie linia węgierskiej dynastii Horváthów. Obecnie wewnątrz pnia można oglądać rzeźbę Józefa Janosa z podhalańskiego Dębna. Po zaopatrzeniu się w bilety (niestety, musimy wracać się do kasy, znajdującej się przy wjeździe na parking, ale jest tu dość duży wybór  pamiątek dla dzieci) kierujemy się do baszty wiodącej na dziedziniec zamku dolnego. Chłopcy z uśmiechem wypatrują znak ostrzegający przed duchami. Miła pani otwiera dla nas całą okutą bramę wejściową – jak dla królów:) – normalnie wchodzi się przez niewielką furtę. Takie zaszczyty przypadają nam za sprawą Grzesia, a właściwie jego wózka – inaczej trudno byłoby nim przejechać przez wysoki próg. Zaraz po przejechaniu przybramnej baszty Grześ żegna się jednak ze swoim pojazdem i dalej podróżuje już na własnych nóżkach (…i na rękach M.). Zwiedzanie zamku wymaga pokonania wielu schodów, więc jest absolutnie nieodpowiednie dla dziecięcych wózków. Grześ cały czas wybiera oczywiście własne ścieżki, więc M. ma ograniczone możliwości dokładnego badania detali architektonicznych i elementów wystroju wnętrz. Ogląda za to ze szczegółami liny odgradzające części niedostępne do zwiedzania („buju”) i drewniane schody wiodące na wyższe kondygnacje (wchodzimy w górę i w dół, w górę i w dół)… R. na szczęście dba o dokumentację fotograficzną – tak naprawdę przyjrzymy się wszystkiemu na komputerze w domu. Cóż, los rodziców…

Zamek w Niedzicy

Zamek w Niedzicy

Wchodzimy na zamek w Niedzicy

Wchodzimy na zamek w Niedzicy

Zwiedzanie zaczynamy od malowniczego dziedzińca dolnego zamku. Niegdyś w tej części warowni były izby dla załogi, teraz znajduje się tu dom pracy twórczej i pokoje hotelowe. Potem po schodach przechodzimy do zamku górnego. Duże wrażenie wywiera na wszystkich studnia wydrążona w litej skale na głębokość ponad 60 m – można zajrzeć do środka (całość jest podwójnie zabezpieczona kratami) i spróbować porozmawiać z echem – wrażenie jest niesamowite. Dalej oglądamy kaplicę, izbę straży, pomieszczenie tortur, sypialnię i komnaty mieszkalne – na chłopcach największe wrażenie robi stylowa „tronowa” toaleta. Dużą atrakcją dla zwiedzających jest też możliwość oglądania malowniczych pienińskich widoków z tarasów widokowych.

Dziedziniec dolnego zamku

Dziedziniec dolnego zamku

60-metrowa studnia na dziedzińcu górnego zamku

60-metrowa studnia na dziedzińcu górnego zamku

Dziedziniec górnego zamku

Dziedziniec górnego zamku

Pieniński widok z tarasu na górnym zamku

Pieniński widok z tarasu na górnym zamku

Izba strażników

Izba strażników

Pomieszczenia górnego zamku - sedes tronowy

Pomieszczenia górnego zamku – sedes tronowy

Fragment Księgi Gumisiów...

Fragment Księgi Gumisiów…

Sala tortur w kazamatach górnego zamku

Sala tortur w kazamatach górnego zamku

Kazamaty górnego zamku - kogo zakujemy w dyby...

Kazamaty górnego zamku – kogo zakujemy w dyby…

Pomieszczenia mieszkalne tzw. zamku średniego

Pomieszczenia mieszkalne tzw. zamku średniego

Idziemy na taras widokowy

Idziemy na taras widokowy

Taras widokowy

Taras widokowy

Taras widokowy

Taras widokowy

Na tarasie widokowym

Na tarasie widokowym

Po zwiedzeniu zamku wszyscy mamy w głowie jedno: obiad. Kierujemy więc swe kroki do wypatrzonej już z parkingu karczmy Hajduk, urządzonej w dawnym domu rządcy. Serwują tu bardzo smaczne jedzenie. Wszyscy pięcioro jemy ze smakiem – nawet Grześ poprawia swoją słoiczkową zupkę pierogami z jagodami, zagryzanymi kawałkami drobiowego fileta.

Pień „dębu Palocsayów”, w tle karczma Hajduk w domu rządcy

Pień „dębu Palocsayów”, w tle karczma Hajduk w domu rządcy

W ramach pożegnania Niedzicy idziemy jeszcze na krótki spacer w kierunku plaży nad Jeziorem Czorsztyńskim, na której chłopcy pluskali się kilka miesięcy temu. W sierpniu było tu gwarno i tłoczno, teraz plaża i port są pogrążone we śnie. Widoki na pienińskie szczyty są jednak tak samo malownicze w lecie, jak i w zimie.

Zamek w Czorsztynie

Zamek w Czorsztynie

Stąd kilka miesięcy temu wypływaliśmy w rejs po j. Czorsztyńskim

Stąd kilka miesięcy temu wypływaliśmy w rejs po j. Czorsztyńskim

Ostatnie spojrzenia na zamek w Niedzicy

Ostatnie spojrzenia na zamek w Niedzicy

Ostatnie spojrzenia na zamek w Niedzicy

Ostatnie spojrzenia na zamek w Niedzicy

Droga powrotna mija szybciej – młodsi chłopcy zasypiają w samochodzie, a my zastanawiamy się nad planem na ostatnie dwa dni – spektakularnego ocieplenia jakoś nie widać…

Wieczorem R. z chłopcami jedzie jeszcze na mszę do Mszany Dolnej, a M. zostaje z Grzesiem. Grześ na wyjeździe zrobił się jeszcze bardziej operatywny niż dotąd. Wszystko chce robić SAM i doskonali coraz to nowe umiejętności – ostatnio fascynuje go m.in. otwieranie wszystkich klamek, odkręcanie nakrętek kosmetyków i wyjmowanie rzeczy z lodówki. Dziś zaczął sam „czytać” książkę – usiadł ze swoją ulubioną „Kolędą myszki” Osieckiej i w swoim języku czytał na głos. Refren powtarzał bezbłędnie – „bim bim bom!”, kiwając się przy tym do przodu i tyłu. Wszystkich nas tym rozbroił. Takie chwile wiele rekompensują…

 

4 stycznia 2016, poniedziałek

Cały czas mróz, ale po ostatnich doświadczeniach dzisiejsze bezwietrzne -7 st. wydaje nam się już całkiem przyzwoitą temperaturą…

Nieznaczne ocieplenie pozwala nam na zaplanowanie kolejnego górskiego spaceru. Dzisiaj wreszcie przyszedł czas na pobliską Śnieżnicę.

Wycieczka na Śnieżnicę

Podjeżdżamy na drugą stronę góry, na przełęcz Gruszowiec, skąd wychodzą szlaki na Śnieżnicę i położony po drugiej stronie przełęczy Ćwilin. Kierujemy się niebieskim, a następnie zielonym szlakiem w stronę Ośrodka Rekolekcyjnego na Śnieżnicy. Wcześniej telefonicznie zamówiliśmy sobie obiad w tamtejszej stołówce (w sezonie nie trzeba rezerwować posiłków).

Wejście jest bardzo wygodne, dość strome, ale prowadzi drogą, którą dojeżdżają terenowe samochody. Z powodzeniem poradziłby sobie tutaj dobry terenowy wózek, dzisiaj jednak zanieśliśmy Grzesia w nosidle. To zaledwie ok. 150 m przewyższenia i ok. 1,5 km odległości, więc dojście zajęło nam tylko 40 minut spokojnym tempem.

Wyruszamy z przełęczy Gruszowiec

Wyruszamy z przełęczy Gruszowiec

Ostatnie opatulanie Grzesia

Ostatnie opatulanie Grzesia

Nie sposób pomylić szlak

Nie sposób pomylić szlak

W prawo odgałęzia się szlak na Śnieżnicę

W prawo odgałęzia się szlak na Śnieżnicę

Początki Ośrodka Rekolekcyjnego na Śnieżnicy sięgają okresu międzywojennego. Ośrodek powstał z inicjatywy Sodalicji Mariańskiej, a właściwie założyciela polskiego odłamu tej organizacji, ks. Józefa Winkowskiego. Od 1930 r. do wybuchu II Wojny Światowej odbywały się tutaj turnusy kolonijne dla chłopców z całej Polski. Celem księdza była poprawa zdrowia i jednocześnie integracja młodzieży z różnych części kraju, z terenów wszystkich trzech zaborów. Po wojnie teren przejęła w dzierżawę YMCA, po wielu zmianach zarządów ośrodek podupadł i groziła mu likwidacja. Po 1989 r. reaktywowano Sodalicję (zdelegalizowaną po wojnie) i ośrodek udało się uratować. Obecnie stopniowo się rozwija i pięknieje, w 2000 r. wybudowano kościół, który zastąpił drewnianą kaplicę. Młodzieżowy Ośrodek Rekolekcyjno-Rekreacyjny (pełna nazwa) w naszych oczach promienieje spokojem i nastraja do refleksji, umożliwiając zgodnie z zamysłem organizatorów kontakt z piękną górską przyrodą.

Przed nami nasz cel

Przed nami nasz cel

Ośrodek Rekolekcyjny na Śnieżnicy

Ośrodek Rekolekcyjny na Śnieżnicy

Ośrodek Rekolekcyjny na Śnieżnicy

Ośrodek Rekolekcyjny na Śnieżnicy

Dziś mamy okazję zobaczyć sporą jadalnię, ogrzewaną kominkiem. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Najadamy się po uszy żurkiem i gulaszem, płacąc dosłownie grosze (42 zł za dwie dorosłe i dwie dziecięce porcje!). Samoobsługowo kupujemy kartki, które chłopcy stemplują razem z naszymi książeczkami GOT. Grześ biega po całej jadalni, ładnie zjada swój obiadek i poprawia surówką z czerwonej kapusty:)

Chłopcy pieczołowicie podbijają pocztówki

Chłopcy pieczołowicie podbijają pocztówki

Turyści zasłużyli na gorącą herbatę

Turyści zasłużyli na gorącą herbatę

Przy suficie wiszą świąteczne ozdoby

Przy suficie wiszą świąteczne ozdoby

Dalsza część wycieczki przebiega już w podgrupach. R. z młodszymi chłopcami schodzi tą samą drogą do samochodu na przełęczy i jedzie do Kasiny. Natomiast M. z Tymkiem ruszają na szczyt Śnieżnicy (1006 m n.p.m.). Zostawiają ośrodek rekolekcyjny za sobą i idą wygodną, szeroką drogą przez las mieszany. Po drodze przez chwilę towarzyszą nam (M. i T.) leśne stacje drogi krzyżowej. Ze zdziwieniem rozglądamy się po lesie. Brak nawet śladowych ilości śniegu o tej porze roku i przy takiej temperaturze jest zaiste niebywały. Pod nogami dywan bukowych liści, jak w listopadzie.

W drodze na Śnieżnicę. Mijamy stacje drogi krzyżowej

W drodze na Śnieżnicę. Mijamy stacje drogi krzyżowej

Tron dla strudzonych wędrowców

Tron dla strudzonych wędrowców

Po ok. pół godziny docieramy do górnej stacji wyciągu narciarskiego na Śnieżnicę (piękne widoki!). Czytamy tablicę informacyjną nt. rezerwatu przyrodniczego na Śnieżnicy, chroniącego cenne drzewostany bukowe.

Spod górnej stacji wyciągu roztacza się przepiękny widok

Spod górnej stacji wyciągu roztacza się przepiękny widok

Tu nasz szlak pod ostrym kątem odbija w prawo. Ścieżka jest szeroka i wygodna, o niemęczącym nachyleniu. Rozmawiamy o szkole, książkach, gramy w 10 pytań i zagadki – wycieczka z naszą najstarszą pociechą to już naprawdę sama przyjemność. Po kolejnych 20 minutach stajemy na wypłaszczonym szczycie Śnieżnicy (1006 m n.p.m.). Nazwa Śnieżnicy pochodzi od długo zalegającego płatu śniegu w partiach szczytowych. Dziś tej etymologii na pewno byśmy się sami nie domyślili – wokół tylko szarości i brązy. Na szczycie Śnieżnicy jest spory drewniany krzyż i ławeczka dla strudzonych podróżnych. Niestety, wierzchołek jest zalesiony, więc nie możemy cieszyć oczu widokami. Urządzamy sobie za to krótki (…mróz…), ale bardzo miły postój z gorącą herbatą z termosu i bezkarnym (bo na górskiej wycieczce:)) uzupełnieniem czekoladowych kalorii.

Teraz już prosto na szczyt Śnieżnicy

Teraz już prosto na szczyt Śnieżnicy

Na szczycie Śnieżnicy (1006 m n.p.m.)

Na szczycie Śnieżnicy (1006 m n.p.m.)

Postój herbatkowo-czekoladowy

Postój herbatkowo-czekoladowy

Wracamy tą samą drogą do rozwidlenia szlaków przy górnej stacji wyciągu krzesełkowego, po czym kierujemy się już prosto w dół na Stację Kasina. Początkowo idziemy brzegiem sztucznie ośnieżonej trasy narciarskiej. Miło idzie się po wyratrakowanym śniegu – można choć na chwilę przenieść się w krainę zimy. Niestety, po chwili z wygodnej trasy zganiają nas ratraki – widać gospodarze gorączkowo przygotowują się do otwarcia trasy narciarskiej. Nie chcemy grać w uciekających przed ratrakami, więc chcąc nie chcąc, skręcamy w las, trafiając zupełnie przez przypadek na rowerową trasę do downhillu. Ta ekstremalna kasińska atrakcja została otwarta w 2012 r. Trasa należy ponoć do jednej z najtrudniejszych w Polsce. Wcale nas to nie dziwi – w niektórych miejscach pokonanie jej pieszo nastręczyło nam dziś trudności, a widok zakrętów, mostków i skoczni przyprawiał o zawrót głowy. Na ośnieżoną trasę udaje nam się wrócić dopiero na samym dole. W Stacji Kasina stawiamy się po ok. 50 min. od opuszczenia szczytu Śnieżnicy.

Schodzimy. Najpierw udaje nam się iść trasą narciarską

Schodzimy. Najpierw udaje nam się iść trasą narciarską

Potem przeganiają nas ratraki i trafiamy na tor do downhillu

Potem przeganiają nas ratraki i trafiamy na tor do downhillu

Czerwona trasa wzdłuż wyciągu nie jest na razie naśnieżana

Czerwona trasa wzdłuż wyciągu nie jest na razie naśnieżana

Ostatnia prosta. Stacja Kasina przed nami

Ostatnia prosta. Stacja Kasina przed nami

Jak miło tak móc się poruszać. Wracamy i czujemy każdy mięsień w nogach. Brak ruchu jest dla nas (M. i R.) chyba jedną z najbardziej uciążliwych rzeczy przy małych dzieciach. R., pozazdrościwszy M. i T. górskiego spaceru, postanawia sam też dla kondycji wejść do górnej stacji wyciągu krzesełkowego i z powrotem. Wraca cały szczęśliwy po ok. 45 min. i pokonaniu ok. 300 m przewyższenia.

Stoki Śnieżnicy z wieczornego wypadu R.

Stoki Śnieżnicy z wieczornego wypadu R.

Wieczorem całą rodziną wybieramy się jeszcze na dwór odpalić nasze pozostałe z Sylwestra fajerwerki. Odchodzimy kawałek wzdłuż torów, szukając bezpiecznego miejsca. Taki mini pokaz to wielka atrakcja dla chłopców. Wszyscy żałujemy, że jutrzejszy dzień będzie ostatnim dniem naszego pobytu.

 

5 stycznia 2016, wtorek

Dziś zmiana aury: mróz nie przekracza -5 i prószy śnieżek

Uwaga uwaga – po czterech dniach naśnieżania dziś wreszcie otworzyli stok na Śnieżnicy! A my jutro wyjeżdżamy… Buuu… No ale może lepiej późno niż wcale.

Narty na Śnieżnicy

To największe wydarzenie dzisiejszego dnia ustawia cały nasz rozkład jazdy. Zaraz po śniadaniu R. dzwoni do szkółki narciarskiej i umawia chłopców na przedpołudniowe lekcje. Najpierw Tymuś, potem Sebuś jeżdżą z sympatycznym panem Michałem. R. korzysta z okazji i sam wypożycza sobie narty na godzinę. Ilości homeopatyczne narciarstwa mamy w tym roku, ale co zrobić – po prostu Grześ musi szybko urosnąć.

Tymo szybko przypomina sobie umiejętności z zeszłego roku, Sebuś zjeżdża z samej góry i jest bardzo podekscytowany samym faktem jeżdżenia na wyciągu i na nartach – aż trudno przez to mu się skupić. Umawiamy mu jeszcze jedną lekcję na wieczór – trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Narty na Śnieżnicy. Nareszcie!

Narty na Śnieżnicy. Nareszcie!

Pierwszy lekcję zaczyna Tymo

Pierwszy lekcję zaczyna Tymo

W tym czasie M. z Grzesiem plączą się trochę w okolicy wyciągu i Stacji Kasina. Potem Grześ zjada obiadek i idzie spać. Nie mając możliwości wybrania się razem na obiad po nartach chłopców, M. przyrządza danie na winie (co się nawinie, to do garnka:)) z tego co mamy. Raz dwa i wszyscy jemy wyszukane „penne kasińskie”, czyli makaron z parówkami, keczupem i oscypkiem. Palce lizać.

Wycieczka na Ćwilin (M. + T.)

Po obiedzie M. w domu wysiedzieć nie może, więc naprędce organizuje chętnych na wycieczkę na Ćwilin – drugi co do wysokości szczyt Beskidy Wyspowego (1072 m n.p.m.). (Prawdę mówiąc, wczoraj wieczorem razem z R. mieliśmy największą ochotę pójść gdzieś tylko we dwoje – nawet padła propozycja, czy nie zostawić Tyma jako opiekuna dla młodszego rodzeństwa:), przecież sprawdziłby się idealnie, nieprawdaż?) Od razu zgłasza się Tymo. Skład drużyny skompletowany, jedziemy.

O 14:00 ruszamy z poznanej wczoraj przełęczy Gruszowiec (660 m n.p.m.) – parkujemy pod tym samym barem od wdzięcznej nazwie „Pod Cyckiem” – tylko tym razem kierujemy się w przeciwną stronę. Śnieżnica i Ćwilin przyglądają się sobie jak lustrzane odbicia oddzielone przełęczą – może stąd etymologicznie Ćwilin to (z niem.) bliźniak? O ile wczorajsza trasa miała optymalne rozłożenie nachylenia i wysokość zdobywało się „przy okazji”, o tyle dziś mamy wrażenie, jakby ścieżka sprawdzała, przy jakim nachyleniu odpadniemy w dół. Faktycznie, szlak z Gruszowca na Ćwilin na bardzo małym dystansie pokonuje ponad 400 m różnicy wysokości. Podejście jest wyjątkowo mozolne, a szlak – zostawiony w bardzo – hmmm – naturalnym stanie. Idziemy po usypujących się spod nóg mniejszych i większych kamykach. Zabawiamy się zagadkami i grą w inteligencję, ale po kilkudziesięciu minutach oboje mamy dość. Dodatkowo idziemy dziś w presji czasu – wyszliśmy dość późno i chcemy zdążyć wrócić przez zmrokiem. Tymo jest zmęczony – co chwilę pada sakramentalne pytanie „ile jeszcze?”. W okolicy ostrego zakrętu szlaku w lewo tuż przed szczytem brakuje znaków szlaku – próbujemy iść ścieżką na wprost, potem – jak by wynikało z mapy – drogą w lewo, a znaków nie widać. Robi się już szarawo, więc w tej sytuacji jedyną racjonalną decyzją jest odwrót. Do zdobycia Ćwilina zabrakło nam dziś tylko ok. 20 m wysokości i pół godziny zapasu czasowego… No nic, wrócimy tu innym razem.

Z przełęczy Gruszowiec na Ćwilin

Z przełęczy Gruszowiec na Ćwilin

Idziemy szlakiem papieskim

Idziemy szlakiem papieskim

Zaczyna się robić stromo

Zaczyna się robić stromo

Z podejścia na Ćwilin pięknie widać masyw Śnieżnicy

Z podejścia na Ćwilin pięknie widać masyw Śnieżnicy

Gramy w inteligencję. Część ciała na 'i'...

Gramy w inteligencję. Część ciała na ‚i’…

Miejsce, w którym WŁadysław Kowalczyk, znany beskidzki przewodnik, zmarł na atak serca podczas wycieczki na Ćwilin

Miejsce, w którym WŁadysław Kowalczyk, znany beskidzki przewodnik, zmarł na atak serca podczas wycieczki na Ćwilin

Tymo sprawdza 'elevation gain'

Tymo sprawdza ‚elevation gain’

Partie szczytowe Ćwilina

Partie szczytowe Ćwilina

Zasłużony postój

Zasłużony postój

Droga w dół zajmuje nam dużo mniej czasu (ok. 50 min.), ale wymaga dużej uwagi. Na takim nachyleniu kamienie usypujące się spod nóg, dodatkowo przysypane śniegiem, działają jak śliska pułapka, więc uważamy na każdy krok. Idąc, wymyślamy historię o Ćwilińskim Dziadzie, który zamieszkuje szczyt góry i nie chce wpuścić obcych do swojego królestwa. Najpierw próbuje przepłoszyć ich złowrogim skrzypieniem drzew, potem sypie kamienie na stromy szlak, a jeśli i to nie skutkuje, zmywa znaki szlaku. Biedny Dziad, chodzi w japonkach i pasiastej spódnicy i pewnie dlatego wstydzi się pokazywać gościom. Ale może w lecie śpi? Będziemy musieli to sprawdzić.

Przy samochodzie stawiamy się o 16:20. Samego szczytu nie zdobyliśmy, ale za to przygoda była pierwsza klasa.

Wracamy prosto w zapadający zmrok

Wracamy prosto w zapadający zmrok

Wieczorem Sebuś idzie na jeszcze jedną lekcję na nartach (Tymo po wyprawie na Ćwilin zalega na kanapie i jakoś już nie wyraża chęci, ciekawe dlaczego?). Idzie mu świetnie, jeździ już sam coraz szybciej, a pan instruktor bardzo go chwali. Szkoda, że na nartach mogliśmy pojeździć dopiero ostatniego dnia. Ale w sumie to drobiazg, najważniejsze, że dzieci były zdrowe – a wyjazd i tak był bardzo udany! Dodatkowego „smaczku” nadawał mu sam fakt mieszkania w dworcowym budynku „Stacji Kasina” pod samą Śnieżnicą i na końcu świata – to naprawdę miejsce z klimatem!

*****

Beskid Wyspowy to niedocenione i niepopularne, a bardzo atrakcyjne pasmo górskie. Nie ma tu może skalistych szczytów i spektakularnych widoków, ale krajobraz jest niezwykle malowniczy i urozmaicony. Podejścia bywają strome i wymagające, a gęsta sieć szlaków umożliwia zaplanowanie różnorodnych wycieczek. Zadowoli to zarówno turystów poszukujących ścieżek na rodzinny półdniowy spacer z dziećmi, jak i piechurów spragnionych kilkudniowych wypraw z przerwą na nocowanie w schronisku. Opuszczamy Beskid Wyspowy, mając świadomość, że dwie jego największe atrakcje ciągle jeszcze na nas czekają – obserwatorium astronomiczne na Lubomirze (no dobra, to Beskid Makowski…) oraz dla wielu kultowy szczyt Lubonia z najbardziej chyba oryginalnym polskim schroniskiem. I dobrze! Będziemy musieli wrócić tu niebawem – może uda nam się wziąć udział w organizowanych przez obserwatorium nocnych pokazach nieba? To byłaby gratka nie lada!