Dania, dzień 5. Kattegatcentret w Grenaa, Ebeltoft, Park Narodowy Mols Bjerge: Agri Bavnehøj i Poskær Stenhus – komnata funeralna z 2000-3000 r. p.n.e.

2 sierpnia 2016, wtorek

Znów czasem słońce, czasem deszcz, do 20 stopni

Wczoraj jechaliśmy na północ, to dziś na południe. A co! Na pierwszy ogień idzie Grenaa – największa miejscowość półwyspu Mols. Magnesem przyciągającym turystów jest zwłaszcza oceanarium Kattegat Centret. Największą atrakcją ekspozycji jest wielki basen z rekinami, pod dnem którego poprowadzono panoramiczny tunel – oglądanie wielkich rekinów przepływających tuż nad głową to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Ciekawym pomysłem są też akwaria, w których można zanurzać ręce i dotykać odpowiednio dobranych gatunków ryb i krabów – dzieciaki są zachwycone. Poza tym ośrodek nieco nas rozczarowuje – spodziewaliśmy się nie wiadomo czego, a samo oceanarium nie jest specjalnie duże. Poza tym mamy świeże porównanie do naszego gdyńskiego akwarium, które odwiedzaliśmy z chłopcami półtora roku temu – naprawdę nie mamy się czego wstydzić, mamy w Polsce ekspozycję na prawdziwie europejskim poziomie. Choć fakt, chodzenie wśród rekinów to fantastyczna atrakcja i wyróżnik Kattegat Center.

Pobyt w oceanarium do łatwych nie należy, bo Grześ urządza swoją popisową histerię. Wielki zachwyt związany z moczeniem rąk w „dotykowych” akwariach przeszedł płynnie w wielką złość, gdy M. stanowczo nie pozwoliła Grzesiowi wykąpać się całemu razem z rybkami. Oj, trudno podróżować z dwulatkiem. Są chwile cudowne, gdy wszystko przebiega gładko i człowiek ma poczucie, że złapał Pana Boga za nogi, a są chwile, gdy ze zmęczenia i rodzicielskiej frustracji ręce opadają. Grześ nie przespał się w samochodzie, bo starszaki go zagadywały, więc był zmęczony; potem w oceanarium nie mógł zjeść swojego obiadowego słoiczka, bo obsługa w punktach gastronomicznych nie dysponowała mikrofalówką. Przynajmniej my zjedliśmy po panini z kurczakiem i mozzarellą. Szybki obiad zaliczony. Potem chcieliśmy jeszcze popatrzeć na karmienie rekinów, ale przy basenach był taki tłok, że nic nie było widać. No trudno, może uda się innym razem. Wizytę w Kattegat Centret kończymy odwiedzeniem sklepu z pamiątkami. Chłopcy mają swój określony budżet na pamiątki z wakacji, a do tej pory nie mieli okazji go uszczuplić. R. w tym czasie ewakuuje się do samochodu z Grzesiem, który w ciszy i swoim foteliku od razu zasypia.

Kattegat Centret

Kattegat Centret

Największa atrakcja dla dzieci to akwaria, do których można wkładać ręce. Kto oglądał 'Gdzie jest Dori'? :)

Największa atrakcja dla dzieci to akwaria, do których można wkładać ręce. Kto oglądał ‚Gdzie jest Dori’? 🙂

Największa atrakcja dla wszystkich - basen z rekinami.

Największa atrakcja dla wszystkich – basen z rekinami.

Pod basenem poprowadzono widokowy tunel

Pod basenem poprowadzono widokowy tunel

Te rybki witają i żegnają turystów

Te rybki witają i żegnają turystów

Spotykamy profesjonalnych fotomodeli

Spotykamy profesjonalnych fotomodeli

Malownicze Grenaa

Malownicze Grenaa

Ze śpiącym Grześkiem jedziemy na południe półwyspu, do parku narodowego Mols Bjerge. Atrakcje przyrodnicze to dla nas zawsze największa frajda na wyjazdach. Po drodze M. wyskakuje jeszcze na chwilę z aparatem, by przejść się po Ebeltoft. To niezwykle urokliwe miasteczko, położone nad zatoką Ebeltoft Vig. Na kameralnej starówce można pospacerować wąskimi, brukowanymi uliczkami. Przy kamieniczkach z muru pruskiego kwitną kolorowe malwy. Na uroczym rynku wdzięczy się malutki ratusz. Niewątpliwą atrakcją Ebeltoftjest też cumująca przy nabrzeżu fregata Jylland, uznawana za najdłuższy drewniany żaglowiec na świecie.

Urokliwa zabudowa Ebeltoft

Urokliwa zabudowa Ebeltoft

Na rybku wzrok przyciągta ratusz - ponoć najmniejszy na świecie

Na rybku wzrok przyciągta ratusz – ponoć najmniejszy na świecie

Fregata Jylland - najdłuższy drewniany żaglowiec na świecie

Fregata Jylland – najdłuższy drewniany żaglowiec na świecie

Herbata z termosu (którą potem wypijemy) grzeje obiadek Grzesia - trzeba sobie jakoś radzić

Herbata z termosu (którą potem wypijemy) grzeje obiadek Grzesia – trzeba sobie jakoś radzić

Park narodowy Mols Bjerge to raj dla rowerzystów i miłośników pustych dróg, wijących się wśród malowniczych krajobrazów. W okolicy jest wiele miejsc widokowych i szlaków turystycznych. My z konieczności ograniczamy się do dwóch atrakcji. Pierwsza z nich to wzgórze Agri Bavnehøj. Na szczyt w kilka minut wprowadza sympatyczna ścieżka. Wysokość wzgórza nie jest powalająca, ale z góry rozlega się piękny rozległy widok na wzgórza parku narodowego i wybrzeże od Aarhus po Ebeltoft. Podoba się nawet Grzesiowi – zbieganie po ścieżce prowadzącej ze wzgórza to atrakcja w sam raz na małe nóżki.

Wchodzimy na Agri Bavnehoj

Wchodzimy na Agri Bavnehoj

 Z każdym krokiem bardziej malowniczo

Z każdym krokiem bardziej malowniczo

Hopsa hopsa w nagrodę za dzilelne maszerowanie

Hopsa hopsa w nagrodę za dzilelne maszerowanie

Wysokość n.p.m. nie jest oszałamiająca (137 m), ale widoki piękne

Wysokość n.p.m. nie jest oszałamiająca (137 m), ale widoki piękne

Atrakcję nr 2 stanowi Poskær Stenhus – to niezwykle ciekawy przykład komnaty funeralnej, szacowanej na 2000-3000 r. p.n.e. Grobowiec jest otoczony 23 głazami (24. głaz dawny właściciel terenu podobno wykorzystał do celów kamieniarskich, na szczęście potem go powstrzymano). Wszyscy – od najmłodszego do najstarszego – jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani odwiedzeniem tego miejsca, choć pewnie każdy z innych powodów:)

Poskær Stenhus

Poskær Stenhus

Tymo próbuje podnieść kamień stropowy

Tymo próbuje podnieść kamień stropowy

Sebuś znalazł najlepszą miejscówę

Sebuś znalazł najlepszą miejscówę

Wejście do komnaty funeralnej

Wejście do komnaty funeralnej

Serce boli, że musimy opuszczać malowniczy Nationalpark Mols Bjerge, ale wieczór zbliża się nieubłaganie. Po drodze jeszcze z pewnego oddalenia robimy zdjęcie ruinom zamku Kalø. Zamek powstał na przełomie XIII i XIV w. Kiedyś więziony w nim był nawet Gustaw Waza, późniejszy władca Szwecji. Do dzisiejszych czasów zachowały się tylko ruiny i 700-letnia droga po grobli.

Ruiny zamku Kalø z 700-letnią groblą

Ruiny zamku Kalø z 700-letnią groblą

Każdego dnia obiecujemy sobie, że wrócimy wcześniej, tymczasem znów jest późno i znów po ogarnięciu chłopaków oraz zapisków i zdjęć zastaje nas północ. Ale co zrobić, skoro wokół tyle ciekawych rzeczy do zobaczenia?…

Nasz czas: 10:30-19:15, ok. 380 km

Dania, dzień 4. Przylądek Grenen – tam, gdzie Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym; kościół pod piaskiem, klify Rubjerg Knude, Lokken.

1 sierpnia 2016, poniedziałek

W porywach do 20 stopni, króciutkie przelotne deszcze.

Powoli przyzwyczajamy się do duńskiej pogody. Codziennie przez większą część dnia świeci słońce, przysłaniane uroczymi (i bardzo fotogenicznymi) chmurkami. Do tego raz na kilka godzin powstaje większa lub po prostu ciemniejsza chmura, z której przez chwilę, maksymalnie kilkanaście minut pada. Czasami deszcz potrafi być ulewny, chociaż dookoła widać błękitne niebo. Dodatkowo stałym elementem pogody jest wiatr, którego porywy bywają naprawdę silne, szczególnie na zachodnim wybrzeżu. Słupek termometru nie wychyla się specjalnie powyżej 20 stopni, ale jak słońce przygrzeje, ma się wrażenie, że jest cieplej niż w rzeczywistości.

Dzisiaj budzi nas piękne słońce, więc decydujemy się na jedną z dłuższych zaplanowanych tras – ruszamy na sam północny kraniec Danii (a właściwie Jutlandii).

Przylądek Grenen – tam, gdzie zaczyna się Bałtyk

Naszym głównym celem jest przylądek Grenen, czyli najbardziej na północ wysunięty fragment Danii. Ten piaszczysty cypel oddziela Skagerrak (z zachodu) od Kattegatu (ze wschodu). Wody Morza Północnego mieszają się tu z wodami Bałtyku, tworząc jedyny w swoim rodzaju spektakl. Ze względu na silne prądy obowiązuje tu ścisły zakaz kąpieli

Nieco zmęczeni półtoragodzinnym dojazdem, kierujemy się prosto na płatny (w godzinach 9-18; 11 DKK za godzinę) parking. Testujemy (skutecznie) podgrzewanie obiadku dla Grzesia w herbacie z termosu. Jakoś trzeba sobie radzić:) R czeka na podgrzanie zupki, chodząc z Grzesiem po najbliższych wydmach, a potem karmi i przewija Grzesia. W tym czasie M. z chłopcami polują na zdjęcie pięknej latarni stojącej nieopodal. Znajdują urocze miejsce na bałtyckiej plaży, bardzo blisko parkingu, skąd latarnia wygląda o wiele korzystniej niż od strony szosy.

Latarnia morska na przylądku Grenen

Latarnia morska na przylądku Grenen

Plaża w okolicy latarni, po wschodniej stronie przylądku

Plaża w okolicy latarni, po wschodniej stronie przylądku

Widok na latarnię jest najpiękniejszy od strony morza.

Widok na latarnię jest najpiękniejszy od strony morza.

Wszyscy korzystamy z toalet (bezpłatnych – do tej pory w Danii nie spotkaliśmy się ze zwyczajem płacenia za toalety) i ruszamy żółtą trasą na koniec cypla. To najkrótsza i najbardziej uczęszczana trasa w tej okolicy, ale warto wiedzieć, że jest jeszcze kilka szlaków pozwalających lepiej poznać przyrodnicze i historyczne walory tego miejsca. Kto nie lubi spacerów, może podjechać na kraniec przylądka na przyczepie ciągniętej przez traktor.

Najpierw przechodzimy przez spore wydmy, zarośnięte nieco inną niż na naszym wybrzeżu roślinnością. Od razu rzucają się w oczy niemieckie bunkry z czasów II wojny światowej (przy innych trasach też można je oglądać). Bardzo rozbawia nas umieszczony na nich przez dowcipnych wandali napis „Zimmer frei”… Chyba rozśmieszył nawet tutejszych włodarzy, bo nie został usunięty, a turyści chętnie robią sobie z nim zdjęcie.

Bunkry są pozosałościami hitlerowskich fortyfikacji

Bunkry są pozosałościami hitlerowskich fortyfikacji

Na skraj cypla prowadzi ok. półtorakilometrowa ścieżka

Na skraj cypla prowadzi ok. półtorakilometrowa ścieżka

Gdyby ktoś nie mógł znaleźć noclegu...

Gdyby ktoś nie mógł znaleźć noclegu…

Za wydmami odsłania się widok na plażę i… sznur ludzi idących na kraniec Danii. Na szczęście tłum nie jest bardzo uciążliwy, bo plaża w tym miejscu szeroka. Korzystamy z przyjemnego słońca, zdejmujemy buty i idziemy boso samym brzegiem Bałtyku. Jak przyjemnie… I nawet nie tak zimno. Starsi chłopcy bardzo dzielnie maszerują, a Grzesia dobrze otulamy kocem, bo wieje coraz silniej. Ze spaceru w wodzie cieszymy się wszyscy, z nosidełka dobiegają radosne okrzyki Grzesia na widok nadpływających fal. Jakże jesteśmy zdziwieni, gdy zauważamy na plaży odpoczywającą fokę. Musiała być chyba bardzo zmęczona, skoro nie odstraszyły jej te tłumy…

 Na plaży spotykamy młodą fokę

Na plaży spotykamy młodą fokę

Niedługo później ucieka do morza

Niedługo później ucieka do morza

Po około pół godziny marszu docieramy na sam kraniec cypla. Piaszczysta łacha wcina się głęboko w morze. Widok spienionych fal nacierających na siebie z dwóch stron jest jedyny w swoim rodzaju. Dodatkowo oba morza mają dzisiaj inny kolor. Bałtyk jest mniej wzburzony, ale posępnie szary, a Morze Północne bardziej błękitne, lecz spienione. Wody Skagerraku są też, o dziwo, wyraźnie cieplejsze. Każdy chce zrobić zdjęcie na samym „końcu Danii” z jedną nogą w jednym morzu, a drugą w drugim, więc jest spory tłok i zamieszanie. Pewnie lepiej byłoby przyjechać tu wcześnie rano lub wieczorem, ale w naszym składzie to byłoby trudne. Sebuś korzysta z naszej nieuwagi i wchodzi w wodę o krok za daleko, dokumentnie mocząc spodnie. Na szczęście mamy zapasowe, więc nie musi wracać mokry do samochodu.

Kraniuszek Grenen. Tu spotykają się ze sobą dwa morza

Kraniuszek Grenen. Tu spotykają się ze sobą dwa morza

Kolor Morza Północnego (po lewej) wyraźnie inny niż Bałtyku

Kolor Morza Północnego (po lewej) wyraźnie inny niż Bałtyku

Kraniec Grenen od strony Morza Północnego

Kraniec Grenen od strony Morza Północnego

Zaliczyliśmy plażę nad Bałtykiem, teraz pora na Morze Północne

Zaliczyliśmy plażę nad Bałtykiem, teraz pora na Morze Północne

Kto nie lubi spacerów, może podjechać gustownym pojazdem

Kto nie lubi spacerów, może podjechać gustownym pojazdem

Zimny wiatr i coraz ciemniejsze chmury zmuszają nas do odwrotu. Jakoś nie zachęcała nas podróż traktorami z przyczepami, które cały czas transportowały ludzi z parkingu i z powrotem. Po kilkunastu minutach w końcu łapie nas deszcz. Jak zwykle w Danii trwa on krótko, choć jest dość rzęsisty. Przed samym parkingiem mokniemy jeszcze raz. Takie uroki tutejszej aury.

Wracamy do samochodu

Wracamy do samochodu

Co to za wariaci w pelerynach w pełnym słońcu. Po prostu chwilkę wcześniej padało

Co to za wariaci w pelerynach w pełnym słońcu? Po prostu chwilkę wcześniej padało:)

Główną część naszej wycieczki kończymy „obiadem”. Tym razem zadowalamy się kiełbaskami i burgerami. Taki posiłek nie rujnuje budżetu (chociaż lepiej nie przeliczać wszystkiego na złotówki…), a smakuje całkiem przyzwoicie, zwłaszcza po przejściu ponad trzech kilometrów po piachu. Cała wizyta na przylądku Grenen zajęła nam prawie 2,5 godziny.

Z powodu późnej pory (zbliża się 15) i rozbudowanych dalszych planów omijamy samo Skagen. Ta stara wioska rybacka ponad sto lat temu stała się kolebką ruchu artystycznego, tzw. Szkoły Skagen. Obecnie to znany kurort z galeriami i muzeami.

Kościół pod piaskiem (Den Tilsandede Kirke)

Podjeżdżamy na parking oddalony o kilkaset metrów od naszego kolejnego celu. Ścieżką przez zarośnięte wydmy dochodzimy szybko do pozostałości kościoła św. Wawrzyńca, który od XVI w. był sukcesywnie zasypywany przez wędrujące piaski. Świątynię ostatecznie zamknięto w 1795 r., a do dzisiaj pozostała jedynie częściowo przysypana wieża. Z daleka wygląda ciekawie, ale z bliska trochę rozczarowuje, szczególnie widok z góry, który „testuje” M. z Sebkiem. Gdybyśmy tu jednak nie zajrzeli, to myślelibyśmy, że wiele straciliśmy.

 Idziemy zobaczyć kolejną ciekawostkę - kościół zasypiany piaskiem.

Idziemy zobaczyć kolejną ciekawostkę – kościół zasypiany piaskiem.

Kościół pod piaskiem, czyli świątynia św. Wawrzyńca (XIV w., zamnięta XIX w.)

Kościół pod piaskiem, czyli świątynia św. Wawrzyńca (XIV w., zamnięta XIX w.)

Można wejść na kościelną wieżę

Można wejść na kościelną wieżę

Widok z wieży

Widok z wieży

W tym czasie Grześ przed wejściem wyrabia zaległe kilometry

W tym czasie Grześ przed wejściem wyrabia zaległe kilometry

Niesamowite porośnięte trawą wydmy na południowy zachód od Skagen

Niesamowite porośnięte trawą wydmy na południowy zachód od Skagen

Czas goni, a chcemy jeszcze zobaczyć piękne klify w okolicy miejscowości Lønstrup na północno-zachodnim wybrzeżu. Siłą rzeczy musimy odpuścić białą wydmę w Råbjerg i podglądanie orłów w rezerwacie ornitologicznym Tuen. Tak trudno dokonać selekcji wszystkich ciekawych rzeczy… Udaje nam się tylko utrwalić wyjątkowo piękne porośnięte wydmy nieco na południowy-zachód od Skagen.

Klify Rubjerg Knude (na pd.-zach. od Lønstrup)

Zdjęcia klifów z latarnią w tle, widziane w internetowej relacji z Danii (pozdrowienia dla autorów bloga http://2013dania.blogspot.dk/!), zafascynowały nas tak bardzo, że postanawiamy znaleźć miejsce, z którego zostały zrobione. Kierujemy się na Lønstrup, a stamtąd za drogowskazem na Maarup Kirke i… udaje się! Sam kościół, zupełnie jak u nas w Trzęsaczu, znalazł się na samej krawędzi klifu i został stąd przeniesiony w 2008 r. Widok stąd jest po prostu genialny! To naprawdę trzeba zobaczyć na własne oczy! Wrażenia podrasowuje niesamowicie silny wiatr, który porywa drobinki piasku i wznosząc się z całą siłą w górę klifu, tworzy jakby małą burzę piaskową. Wystarczy krótkie otwarcie drzwi samochodu i wszystko w środku pokrywa się pyłem. Szkoda, że nie da się tego ująć na zdjęciach… Na klifach przycupnęła zagubiona wśród wydm piękną latarnia Rudbjerg Knude Fyr. Po prostu bajka.

Mårup Kirke. Kościół rozebrano w 2008 r.

Mårup Kirke. Kościół rozebrano w 2008 r.

Zostały tylko stare nagrobki

Zostały tylko stare nagrobki

Klif Rubjerg Knude

Klif Rubjerg Knude

Latarnia Rubjerg Knude już nie działa, zasypana przez piaski.

Latarnia Rubjerg Knude już nie działa, zasypana przez piaski.

Klif w kierunku północnym

Klif w kierunku północnym

Mieliśmy w planie jeszcze spacer do samej latarni, ale czas coraz bardziej goni, jest już prawie 18:00. Przejeżdżając obok parkingu, z którego w kilkanaście minut można dojść pod latarnię, rzucamy tylko tęskne spojrzenia w kierunku ogromnych gór piachu i samej latarni. Przy dzisiejszym wietrze i tak nie udałoby się nam dojść tam z małym Grzesiem, bo wiatr naprawdę wciskał piasek wszędzie (z samochodu musieliśmy go wymiatać po przyjeździe do domku…).

Lokken: samochodem na … plażę!

Na sam koniec zajeżdżamy jeszcze do Lokken, gdzie plaża nad Morzem Północnym jest na tyle twarda i szeroka, że można na nią wjechać samochodem. Naprawdę! Grześ z powodu przenikliwego wiatru nie wychodzi z samochodu, tylko wcina trzeci już dzisiaj posiłek siedząc w foteliku (tym razem swoim, wcześniej na podkładce Tymka). Starszakom wiatr nie straszny. Chętnie oddają się swojej nowej pasji – poszukiwaniu coraz to nowych rodzajów muszelek. Inne morze, to i muszle inne!

Na plażę w Lokken można wjechać samochodem

Na plażę w Lokken można wjechać samochodem

Po plaży jeszcze nie jeździliśmy

Po plaży jeszcze nie jeździliśmy

Latarnia i klif Rubjerg Knude od strony południowej

Latarnia i klif Rubjerg Knude od strony południowej

Raj dla kitesurferów

Raj dla kitesurferów

Na plaży w Lokken

Na plaży w Lokken

Wiatr nam nie straszny!

Wiatr nam nie straszny!

Duński akcent na pożegnanie Lokken

Duński akcent na pożegnanie Lokken

Nareszcie możemy skierować się do domu. Zaliczamy jeszcze tylko mały stres na stacji benzynowej, bo nie możemy znaleźć portfela. Na szczęście zguba znajduje się na dnie plecaka. Przy okazji kilka słów nt. stacji paliw. Poza koniecznością płacenia kartą (tankowanie poprzedza autoryzacja karty płatniczej w automacie) ceny na stacjach zmieniają się w zależności od pory dnia. I to nawet o 7-8%! Dodatkowo stacji jest stosunkowo niewiele, szczególnie przy autostradzie (tam też oczywiście jest najdrożej), więc trzeba pilnować, by bak nie opróżniał się do końca.

Nasz czas: 10:40-19:40, w tym ponad połowa czasu i ok. 310 km samochodem

Dania, dzień 3. Aalborg i Lindholm Høje.

31 lipca 2016, niedziela

W porywach do 21 stopni, przelotne deszcze.

Rano za oknem budzi nas chłodna aura – już wczoraj zakochaliśmy się w spokojnych, melancholijnych duńskich krajobrazach, ale tutaj jest jednak o 10 stopni zimniej niż aktualnie w Polsce – w tym trudno się zakochać:). Na dodatek wszyscy trzej chłopcy kaszlący – Tymo podzielił się z rodzeństwem swoją pamiątką z obozu harcerskiego. Cóż, nie może być za słodko. Po wczorajszych samochodowych atrakcjach dziś kryterium wyboru celu wycieczki wybieramy jednogłośnie – ma być nie za daleko:) Naszą duńską przygodę zaczynamy od Aalborga – głównego miasta Jutlandii Północnej.

Po drodze Grześ zasypia w samochodzie, więc musimy zmienić plany. Spacer po centrum Aalborga spada na drugie miejsce w dzisiejszym rozkładzie jazdy i zaczynamy dzień od wizyty na Lindholm Høje. To położone na północnych obrzeżach Aalborga wzniesienie zajmowała od V do X w. osada wikingów. Z tego okresu zachowało się cmentarzysko, uformowane z setek głazów. Głazy ułożone są w koła, trójkąty, owale. Pomiędzy nimi pasą się owce. Ze wzgórza rozlega się malowniczy widok na okolicę. Aż ciarki przechodzą, gdy człowiek uświadomi sobie, że cmentarzysko zachowało się przez ponad 1000 lat. Przez kilka wieków było zasypane kilkumetrową warstwą piachu – cmentarzysko odkryto dopiero w XIX w. Piękne miejsce, w jakiś taki spokojny sposób opowiadające dawną historię tych ziem, a jednocześnie idealne do zwiedzania z dziećmi w każdym wieku. Nam od razu przypominają się nasze suwalskie polodowcowe głazowiska Bachanowo i Rutka, no to przecież zupełnie inna bajka – przyrodnicza, a nie archeologiczna. Lindholm Høje zwiedzamy na raty – najpierw R. z chłopcami (M. czeka ze śpiącym Grzesiem w samochodzie), potem M.

Lindsholm Høje.

Lindsholm Høje.

W pobliżu szczytu wzgórza najstarsze grobowce w kształcie trójkątów

W pobliżu szczytu wzgórza najstarsze grobowce w kształcie trójkątów

Cały teren wzgórza został skutecznie zaminowany... bee!

Cały teren wzgórza został skutecznie zaminowany… bee!

Podobało nam się. Nawet bardzo!

Podobało nam się. Nawet bardzo!

Grześ już po drzemce, więc z Lindholm Høje przenosimy się do centrum Aalborga. Po raz kolejny program zwiedzania ustala najmłodszy członek naszej rodziny – człowieka trzeba nakarmić, więc w pierwszej kolejności szukamy czegoś, gdzie można by coś zjeść. Prawie od razu na naszej drodze wyrasta litera M. Wchodzimy. Mało to smacznie i regionalnie, ale chociaż budżetowo. No, nareszcie możemy zacząć zaplanowany na rano spacer po Aalborgu. Zwiedzanie miast z dziećmi jak wiadomo nie należy do przyjemności. Największe atrakcje turystyczne Aalborga są jednak zlokalizowane blisko siebie, w granicach niezbyt długiego spaceru.

Nasz wzrok przyciąga zwłaszcza najbardziej okazały budynek miasta – XVII-wieczny dom dawnego kupca Jensa Banga. Starsi chłopcy chętnie szukają na elewacji maszkaronów pokazujących języki dawnym włodarzom miasta. Języki znalezione! (choć Sebuś szukał ich długo – potem wyjaśniał, że myślał, że chodziło o języki duńskie i polskie). Potem przenosimy się pod gotycką katedrę św. Budolfa (XIV w., przeb.). Zabytki sakralne jednak niezbyt interesują chłopców – oni mają swoje hity. Starszaki wypatrują stymulator wiatru – niepozorna budka kryje urządzenie tworzące wiatr o różnej mocy – naciskając odpowiednie przyciski, można wybrać każdy z 12 stopni w skali Beauforta. Przy dziesiątce nawet Tymo ledwo utrzymuje się w pozycji pionowej. Bardzo fajnie ktoś pomyślał. Z kolei Grześ za punkt honoru przyjmuje wejście do fontanny zanim M. zdąży do złapać. Na szczęście tym razem potyczka kończy się wynikiem 1:0 dla mamy. Potem przechodzimy obok dawnego klasztoru św. Ducha i kierujemy się w stronę Aalborghus – zamku z muru pruskiego. Po drodze zabawiamy chwilę dłużej na ciekawie zaaranżowanym nabrzeżu fiordu. Mamy tu i ogólnodostępny basen, i platformę widokową zbudowaną w kształcie dziobu statku. Grześ robi hopsasa, hopsasa i zapomina o wszystkich smutkach:) R. fotografuje jeszcze budynek centrum wystawienniczego, zaprojektowany przez Jørna Utzona, autora projektu znanej opery w Sidney. Tutejsza realizacja jest jednak dużo bardziej niepozorna.

Aalborg. Dom Jensa Banga, za nim żółty ratusz...

Aalborg. Dom Jensa Banga, za nim żółty ratusz…

...w kierunku którego maszkarony wystawiają języki!

…w kierunku którego maszkarony wystawiają języki!

Widok w dół ul. Østeragade

Widok w dół ul. Østeragade

Katedra Św. Budolfa (XIV-XVIII w.).

Katedra św. Budolfa (XIV-XVIII w.).

Odlatujemy! - symulator wiatru w akcji.

Odlatujemy! – symulator wiatru w akcji.

Klasztor Św. Ducha (XV w.)

Klasztor św. Ducha (XV w.)

Urocze uliczki Aalborga

Urocze uliczki Aalborga

Nabrzeże Limfjordu

Nabrzeże Limfjordu

Wchodzimy na efektowną platformę widokową

Wchodzimy na efektowną platformę widokową

Można się tu poczuć jak na statki

Można się tu poczuć jak na statku

Trochę niepozorny, ale jednak zamek (XVI w.)

Trochę niepozorny, ale jednak zamek (XVI w.)

 Plac u wylotu Østeragade.

Plac u wylotu Østeragade.

 Østeragade

Østeragade

Dzisiejszą wycieczkę kończymy wjazdem na wieżę obserwacyjną, zlokalizowaną na południowy-zachód od centrum. 105-metrowa konstrukcja jest dość stara, a na szczyt wjeżdża skrzypiąca winda, jednak mimo to decydujemy się kupić drogie bilety wstępu – na wieżę przyciągnęła nas głównie chęć zobaczenia z góry cieśniny Limfjord. Widok rzeczywiście jest piękny i bardzo rozległy. Na szczycie wieży znajduje się też restauracja, jednak my ograniczamy się tylko do podziwiania panoram.

Wieża widokowa w Aalborgu

Wieża widokowa w Aalborgu

Widok na Limfjord w kierunku wschodnim

Widok na Limfjord w kierunku wschodnim

Późne popołudnie leniwie spędzamy w domku. Chłopcy zaśmiewają się, oglądając Kevina, który został sam w domu, Grześ ucina sobie jeszcze jedną drzemkę.

Wieczorem idziemy na plażę w „naszym” Egense. Ku naszemu zaskoczeniu stwierdzamy, że brzegi Kattegatu są zarośnięte trzcinami – niewielką plażę urządzono jedynie w okolicy portu. Brak tu białego piasku, w wodzie jest mnóstwo wodorostów, ale brzegi porośnięte różnokolorowymi trawami tworzą bardzo malowniczy plener. Starsi chłopcy z upodobaniem szukają muszelek – te tutaj są dużo większe niż u nas. Grześ zapamiętale wrzuca do wody kamienie, patyki, piach i wyrzucone na brzeg wodorosty. Najchętniej wrzuciłby samego siebie. Wracamy ze spaceru, postanawiając sobie, że nad morze będziemy chodzili codziennie.

Wieczorny spacer. Kattegat jak jezioro

Wieczorny spacer. Kattegat jak jezioro

Plaża w Egense

Plaża w Egense