Wokół Śnieżki i Ostrzycy, 2016.05

Po niezwykle udanej zeszłorocznej eskapadzie ze znajomymi w Beskid Śląski w tym roku wszyscy jesteśmy zgodni: znowu jedziemy razem w góry. Tym razem podnosimy poprzeczkę i wysokość n.p.m.:) – wybór pada na Karkonosze. Pięć zaprzyjaźnionych rodzin z gromadą dzieciaków w wieku od kilkunastu miesięcy do 10 lat. Karkonoskie szlaki są nasze! Wieczorne śpiewy niech usłyszą całe Sudety zachodnie! Pozdrawiamy wszystkich towarzyszy naszej wyprawy, a szczególnie mocno Karolinkę z małą Amelką, która rozchorowała się i została w domu – machaliśmy dziewczynom z każdego szczytu!

 

26 maja, czwartek

Pochmurno, 18 stopni

Warszawa – Maciejowiec

Chcieliśmy wyruszyć wczoraj, ale M. musiała zostać dłużej w pracy i w końcu zastał nas wieczór. Przenosimy wyjazd na czwartek rano. Wypada nam przez to wycieczka do kopalni uranu w Kowarach i na zamek Chojnik. Chlip chlip, co zrobić, zaczniemy wspólny program od piątku.

Zabijamy w sobie śpiocha, wstajemy o 4:30 i o 6:20 już pędzimy A2 na Łódź. Jedzie się sprawnie, choć natężenie ruchu spore. Grześ spisuje się bardzo dobrze – udało się nam rozszerzyć repertuar akceptowanej przez niego muzyki o Koniec Świata i Zabili mi żółwia, tu chrupka, tu paluszek zmieniamy płyty i kilometry jakoś lecą. Na śniadanie pod znakiem literki M stajemy w Łodzi. Potem druga długa porcja jazdy – na nowej ekspresówce w ogóle nie ma lokali gastronomicznych. Udaje nam się coś wypatrzeć dopiero po ponad dwóch godzinach, niedaleko przez zjazdem na Złotoryję. Lokal jest zatłoczony, drogi i w ogóle nie do powtarzania, ale co zrobić, skoro przy nowej drodze nie było żadnej alternatywy. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów miało pójść gładko, a dłużyło się i dłużyło. Co chwila spotykaliśmy procesje – to przecież Boże Ciało – tam gdzie mogliśmy, szukaliśmy alternatywnych dróg, gdzie nie, trzeba było czekać. Na szczęście wreszcie wszystkie przeszkody zostają za nami i bez problemów docieramy do celu.

Nasz czas: 6:20-14:15, ok. 490 km

Nasza meta to agroturystyka Sokolik w Maciejowcu. Maciejowiec jest  położony na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, tuż obok malowniczego zielonego szlaku, prowadzącego przez Dziki Wąwóz do zapory w Pilchowicach. Zadbany teren z dużym placem zabaw, czysto, komfortowo wyposażone pokoje i apartamenty rodzinne, przemili gospodarze – świetne miejsce do wypoczynku z dziećmi.

Maciejowiec. Jesteśmy na miejscu.

Maciejowiec. Jesteśmy na miejscu.

Dzień kończymy wspólnym ogniskiem, a potem spać – musimy zebrać siły na jutrzejszą górską wyprawę!

 

27 maja, piątek

Przez cały dzień pogoda niepewna, chmury się kłębią, ale w końcu nie pada, na dole 18 stopni

Karpacz-Kopa-Śnieżka-Dom Śląski- Strzecha Akademicka-Samotnia-Karpacz

Dzisiejszy dzień to chyba jeden z naszych największych wyczynów turystycznych. Zapomnijcie o Alpach, ferratach, orlich perciach – wyprawa na Śnieżkę z niespełna dwulatkiem (i dwójką starszego rodzeństwa) to jest dopiero coś! W dodatku Grzesiek sprawy nie ułatwia – jeśli tylko nie pozwala mu się na robienie tego, na co ma akurat ochotę, albo nie wychodzi mu jakiś autorski plan działania, wpada w dziką wściekłość (dziś w Domu Śląskim jakiś pan przebąkiwał coś o pomocy społecznej…). Oczywiście nie znaczy to, że nie zdarzają się chwile sielankowe – zdarzają się, i to dość często. Dzieci zadowolone, wokół piękne okoliczności przyrody, my robimy to, co lubimy najbardziej. Generalnie jednak w naszym składzie na razie lekko nie jest.

Z pewną nieśmiałością rozpoczynamy więc dzisiejszy dzień – czy my naprawdę chcemy tę przygodę w pocie czoła? To ciągłe bieganie za Grześkiem, poganianie Sebusia, dźwiganie na plecach ekwipunku, martwienie się, czy maluchy nie przemarzną, czy pogoda wytrzyma. Chcemy? No dobra, chcemy. No to ruszamy!

Rano wszyscy jesteśmy punktualni i o 8:40 ruszamy zwartą kolumną pięciu samochodów w stronę Karpacza. Tam czeka nas obowiązkowe odstanie godziny w kolejce do wyciągu – cóż, uroki długiego weekendu i popularnego miejsca. W większym gronie czas jednak mija szybko i wesoło. Ani się oglądamy i już po chwili siedzimy na chybotliwych jednoosobowych krzesełkach rodem ze skansenu kolei linowych. Ale w sumie w tym tkwi ich urok. Tymo jedzie sam, Sebuś na kolanach M., R. w parze z Grzesiem. Mimo naszych obaw wjazd z Grzesiem traumatyczny nie jest, oczywiście naszego najmłodszego turystę trzeba trochę zabawiać, co by się obywatel za szybko nie znudził, pilnować spadających czapek i mocno trzymać. Plecak i nosidło udaje nam się puścić osobnym krzesełkiem (na bilet bagażowy), co znacząco ułatwia sprawę.

Zbyszkiem na Kopę.

Zbyszkiem na Kopę.

Przed nami majaczy nasz cel i ... nasz plecak!

Przed nami majaczy nasz cel i … nasz plecak!

Na Kopie (1377 m n.p.m.) jesteśmy ok. 10:30. Nie odpoczywamy, tylko ruszamy od razu na Przełęcz pod Śnieżką – prognozy zapowiadają popołudniowe pogorszenie pogody. Grześ po poranku pełnym atrakcji od razu zasypia w nosidle. Uff, jeden z głowy. R. szybkim krokiem zmierza więc w stronę Śnieżki – nie wiadomo, ile ta sielanka potrwa.

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!.

Ruszamy z Kopy(ta) na Śnieżkę!.

Tyły zabezpiecza M. z Sebusiem. Sebuś jest dziś bardzo dzielnym turystą, ale podczas wejścia miewa chwile słabości – a to siły nie ma, a to buty się rozwiązują. M. z ciężkim plecakiem anielsko usiłuje zachować spokój ducha. Stara się  zwracać uwagę na tak charakterystyczne dla śnieżki gołoborza i coraz rozleglejsze widoki – Śnieżka jest najwybitniejszym szczytem Polski i zdecydowanie góruje nad okolicą. Marsz uprzykrzają tłumy ludzi na szlaku – na podejściu szlakiem ‘na wprost’ trudno się wyminąć czy na chwilę zatrzymać. Na szczęście odległość nie jest duża i ok. 12:00 jesteśmy już na szczycie.

Królowa Karkonoszy na największą wybitność spośród polskich szczytów.

Królowa Karkonoszy na największą wybitność spośród polskich szczytów.

Grześ zasnął niemal od razu.

Grześ zasnął niemal od razu.

Cel wydaje się tak blisko...

Cel wydaje się tak blisko…

Imponujący czeski Kocioł Upy.

Imponujący czeski Kocioł Upy.

Rówień pod Śnieżką jak na dłoni.

Rówień pod Śnieżką jak na dłoni.

Na Śnieżkę wspinamy się jak mrówki w mrowisku.

Na Śnieżkę wspinamy się jak mrówki w mrowisku.

Hura, dotarliśmy na Śnieżkę (1602 m n.p.m.).

Hura, dotarliśmy na Śnieżkę (1602 m n.p.m.).

Widoczność ze Śnieżki nie jest dziś najlepsza.

Widoczność ze Śnieżki nie jest dziś najlepsza.

Tu czeka nas niespodzianka (choć właściwie spodzianka – czytaliśmy o tym przed wyjazdem) – restauracja i cały dolny spodek obserwatorium są z przyczyn technicznych nieczynne, w związku z tym nie ma toalety, nie ma gdzie wejść i się ogrzać, o jedzeniu nie wspominając. Czeska poczta zapchana do granic możliwości. W innym składzie nawet nie zwrócilibyśmy na to uwagi, ale wędrując z Grzesiem, którego trzeba nakarmić i przewinąć, to spore utrudnienie. W dodatku Sebuś zgłasza pilną potrzebę odwiedzenia schroniska, więc z M. robią szybki odwrót na dół. Na szczycie zostaje R. z Grzesiem, Tymem i resztą naszej ekipy. Grześ zjada jogurcik, ale postój do przyjemnych nie należy, bo wieje, a kamienie utrudniają małym nóżkom samodzielne chodzenie. Ale co tam – zdobycie Królowej Karkonoszy wymaga ofiar! Wszyscy chłopcy pobijają przy tym swój rekord wysokości (1602 m n.p.m.).

M. z Sebciem czeka na wszystkich 200 m n.p.m. niżej, w Śląskim Domu. Ale tu dzisiaj tłoczno i drogo! Czekamy w kolejce i do toalety, i do zamówienia posiłku. Z trudem zajmujemy jakiś wolny stolik. Dom Śląski prezentował się zupełnie inaczej mroźną zimą 2012 r., kiedy wchodziliśmy na Śnieżkę z małym Tymkiem – wtedy było tu pusto i przytulnie.

W schronisku zjadamy obiad. Łatwo nie jest, bo Grzesia frustrują suwaczki w torbie, którą nie chcą się otwierać tak jak on chce, w związku z czym urządza spektakularne wycie. Po tym odpoczynku jesteśmy chyba jeszcze bardziej zmęczeni niż przed:) W takim kontekście decyzja o kontunuowaniu marszruty przez Samotnię zamiast zjechania w dół Zbyszkiem wydaje nam się heroiczna. Na koniec dnia jednak bardzo cieszymy się z podjętej decyzji! Grześ jest potem dużo bardziej łaskawy, a przede wszystkim po zejściu z grzbietowej autostrady szlaki od razu robią się rzadziej uczęszczane, a bardziej malownicze.

Graniowa Droga Przyjaźni jak autostrada.

Graniowa Droga Przyjaźni jak autostrada.

Przechodzimy obok znanej nam z zimowych zjazdów narciarskich Strzechy Akademickiej. Z zaciekawieniem wyczytujemy, że to jedno z najstarszych schronisk w Karkonoszach – poprzedniczka Strzechy dawała schronienie wędrowcom już w XVII w. Teraz to obiekt o imponujących rozmiarach, przystosowany do masowego ruchu. Na postój udajemy się jednak 10 minut dalej, do niezwykle klimatycznego schroniska Samotnia. Samotnia jest położona w kotle polodowcowym nad brzegiem Małego Stawu. Jesteśmy tu po raz pierwszy i urok tego miejsca po prostu nas urzeka. Postój w ogóle jest niezwykle miły Spotykamy się z resztą ekipy, co bardzo cieszy starszych chłopców, Grześ biega wesoło, wlewając wodę to do plecaka, to do nosidła, mimo biegania za nim mamy w sumie chwilę oddechu. Samo ponadstuletnie schronisko też jest niezwykle miłe. Charakterystyczna wieżyczka, przytulny drewniany wystrój – ma się ochotę tu wracać.

Kocioł Małego Stawu - najpierw widzimy go z góry.

Kocioł Małego Stawu – najpierw widzimy go z góry.

Strzecha Akademicka przed nami!

Strzecha Akademicka przed nami!

Schronisko Samotnia jest przepięknie położona nad Małym Stawem.

Schronisko Samotnia jest przepięknie położona nad Małym Stawem.

Charakterystyczna wieżyczka Samotni z XIX-wiecznym dzwonem odlanym w Jeleniej Górze.

Charakterystyczna wieżyczka Samotni z XIX-wiecznym dzwonem odlanym w Jeleniej Górze.

Kocioł Małego Stawu oglądany z poziomu stawu.

Kocioł Małego Stawu oglądany z poziomu stawu.

Opuszczamy Samotnię i dalej w drogę.

Opuszczamy Samotnię i dalej w drogę.

Ostatni odcinek wiedzie do Karpacza najpierw niebieskim, potem zielonym szlakiem malowniczą Doliną Pląsawy. Im niżej, tym szlaki mniej uczęszczane i węższe, bardziej naturalne – zupełnie na odwrót niż w innych górach. Grześ po raz drugi zasypia. Starsi chłopcy trochę już skarżą się na zmęczenie nóg – ale mają dziś prawo – mamy w nogach prawie 900 m różnicy wysokości. Mimo to droga mija w sumie miło i sprawnie. O 18:00 meldujemy się na dole.

Sebuś przełamał kamień!

Sebuś przełamał kamień!

Machamy Śnieżce na pożegnanie.

Machamy Śnieżce na pożegnanie.

Schodzimy Doliną Pląsawy.

Schodzimy Doliną Pląsawy.

Punkt widokowy na Dolinę Pląsawy.

Punkt widokowy na Dolinę Pląsawy.

Dobrze, że zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę – Grześ dał radę, my z  nim daliśmy radę, frajda dla starszaków pierwsza klasa i głowa pełna wrażeń. Przy parkingu kupujemy chłopakom pamiątki – drewniany miecz dla S. i łuk dla Tyma – to chyba cieszy ich dziś najbardziej.

Wieczorem rezygnujemy z naszego zwyczajowego ogniska – w Maciejowcu grzmi i leje jak z cebra. Chłopcy idą więc spać wcześniej niż wczoraj – ale może to i dobrze, odpoczynek po wczorajszej trasie wszystkim się należy!

Nasz czas: 10:30 (na Kopie) – 18:00 (w Karpaczu), ok. 11 km  i 900 m przewyższenia.

 

28 maja, sobota

Cały dzień na zmianę burze z ulewami i okresy ładnej pogody, do 18 stopni

Zamiast Szrenicy – Wodospad Szklarki i Chybotek

Planowaliśmy na dzisiaj wjazd na Szrenicę i zejście z zahaczeniem o wodospad Kamieńczyka. Niestety nie dość, że poranek zepsuł nam Grześ pobudką o 5:15, to jeszcze przed 8:00 zaczęło lać… Pomimo to zaryzykowaliśmy i wyjechaliśmy o 9:40 do Szklarskiej Poręby licząc, że tam jest inna pogoda. O dziwo nie pomyliliśmy się – po kilku kilometrach zaczęło się przejaśniać, a nad Karkonoszami po nocnych burzach zaświeciło słońce.

Prognozy są jednak niepomyślne, więc obawiając się opadów i burz w kolejnych godzinach, nie ryzykujemy wjazdu kolejką na Szrenicę. W zamian planujemy szereg drobniejszych atrakcji.

Najpierw zatrzymujemy się w pobliżu Wodospadu Szklarki. Najbliższe parkingi są zajęte, ale kilkaset metrów niżej w zatoczce drogi udaje nam się znaleźć miejsce dla wszystkich naszych samochodów. Może to i lepiej, bo dojście prowadzącym wzdłuż Kamiennej szlakiem (po drugiej stronie rzeki niż szosa, za zielonymi i niebieskimi znakami) jest bardzo przyjemne. Spienione wody Kamiennej przypominają nam tatrzańskie potoki.

Szlak prowadzi nad samym brzegiem bystrego nurtu Szklarki.

Szlak prowadzi nad samym brzegiem bystrego nurtu Szklarki.

Dochodzimy do skrzyżowania z czarnym szlakiem, gdzie można kupić bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego (doceniamy nasze Karty Dużej Rodziny, które zwalniają nas z opłat:)). Najpierw kierujemy się w lewo. W kilka minut podchodzimy 400 m do wodospadu Szklarki – drugiego co do wysokiści karkonoskiego wodospadu. Ponad trzynastometrowa kaskada podoba się wszystkim, potok huczy, strumień wody malowniczo zwęża się u dołu. Uroków wodospadu nie docenia oczywiście Grześ, który za to chętnie wpatruje się w wody potoku Szklarka spływające poniżej wodospadu, wzdłuż szlaku prosto do Kamiennej. M. zagląda jeszcze do pięknego wnętrza schroniska PTTK Kochanówka. Przy wodospadzie tłum, w środku żywej duszy. Ten zabytkowy budynek z klimatycznie urządzonym wnętrzem zbudowano tutaj jako gospodę dla turystów odwiedzających wodospad w 1868 r.

Idziemy grzecznie jedną grupą.

Idziemy grzecznie jedną grupą.

Jesteśmy u celu! Wodospad Szklarki w pełnej okazałości.

Jesteśmy u celu! Wodospad Szklarki w pełnej okazałości.

Grześ też dał się tu przynieść.

Grześ też dał się tu przynieść.

Schronisko PTTK Kochanówka.

Schronisko PTTK Kochanówka.

...ma wyjątkowo klimatyczne wnętrze.

…ma wyjątkowo klimatyczne wnętrze.

Po odwiedzeniu Szklarki pora na atrakcję nr 2. Wracamy czarnym szlakiem do kasy i parkingów, przechodzimy przez drogę i wchodzimy na przeciwległe zbocze. Początkowo trzymamy się znaków czarnego szlaku, a potem skręcamy w lewo  w wyraźną drogę ze znakami szlaku rowerowego. Po chwili z lewej strony dołączają się znaki niebieskiego szlaku, które prowadzą nas w prawo w kierunku drugiej dzisiejszej atrakcji – granitowej grupy skalnej o nazwie Chybotek. Skąd nazwa? Ano stąd, że najwyżej położoną skałę można całkiem nieźle rozkołysać. Dzieciaki, słysząc słowa legendy o zakopanych pod głazem skarbach rozbójników, z zapałem zabierają się do chybotania Chybotkiem. Czegóż to przyroda nie wymyśli! Dzisiaj dodatkową atrakcją był „wodospad Chybotek” – w zagłębieniach skalnych (a może to odciski pośladków Kunegundy z zamku Chojnik?) po rannych opadach zgromadziła się woda, którą nasza czeredka z upodobaniem wychlapywała na dół.

Do Chybotka wiedzie piękny leśny szlak.

Do Chybotka wiedzie piękny leśny szlak.

Chybotek w całej okazałości.

Chybotek w całej okazałości.

Nowy wodospad.

Nowy wodospad.

A to źródło wodospadu... Odcisk pośladków Kunegundy.

A to źródło wodospadu… Odcisk pośladków Kunegundy.

Teraz już szybko schodzimy tą samą drogą do okolicy parkingów i kierujemy się do samochodów (ponownie szlakiem wzdłuż Kamiennej).

Wracamy do samochodów szlakiem wzdłuż Kamiennej.

Wracamy do samochodów szlakiem wzdłuż Kamiennej.

Od śniadania minęło trochę czasu, pora na obiad! Z pewnymi trudnościami parkujemy w okolicy centrum Szklarskiej Poręby i znajdujemy upatrzoną wcześniej (dzięki, Sławku!) Karczmę Karkonoską. To dobry wybór dla rodzin z dziećmi – wnętrza są przestronne, do tego miłe tarasy ze stolikami nad rzeką. Składamy zamówienia, starsze dzieci rozmawiają przy osobnym stoliku, Grześ zamyka i otwiera drzwi na tarasy – sielanka…

Planujemy właśnie na popołudnie atrakcję nr 3, czyli podejście do Wodospadu Kamieńczyka, gdy nagle zaczyna padać. Najpierw kropi, potem robi się burza z prawdziwą ulewą i gradem. Zjadamy obiad, zadowoleni, że przeczekamy nawałnicę pod dachem. Po chwili jednak emocje narastają, bo za oknami mamy dynamiczny burzowy spektakl. Ulicą płynie prawdziwa rzeka, sięgająca do połowy kół samochodów. Woda z ulicy wlewa się przez krawężniki prosto do rzeki, tworząc prawdziwy wodospad, któremu ze względu na kolor wody dzieci szybko nadają wdzięczną nazwę „Brudasek”. Robi się groźnie, gdy woda z jednego z tarasów, nie znajdując ujścia, zaczyna napływać przez drzwi do naszej sali. Dzieci rozemocjonowane przeżywają „powódź”. Ulewa cały czas się nasila, na szczęście gospodarzom restauracji wreszcie udaje się poprawić odpływ z tarasu, a nadmiar wody z ulicy na mostku odpompowują do rzeki strażacy. Cała akcja po prostu zachwyca młodszych chłopców, którzy wszystko z zapartym tchem podziwiają z okiem restauracji. Przedłużająca się ulewa zmusza nas do zamówienia jeszcze kawy i deseru (pyszna szczególnie szarlotka na ciepło, ale deser lodowy też do polecenia). Patrząc naszymi oczami, wycieczka nie wypaliła – mieliśmy w końcu wjechać na Szrenicę – jednak dzieci są w pełni usatysfakcjonowane atrakcjami dzisiejszego dnia. Tymo, zapytany na koniec wyjazdu, który dzień mu się najbardziej podobał, powiedział, że właśnie ten z ulewą. Bo cały czas byliśmy razem i mogliśmy oglądać niepowtarzalny wodospad Brudasek:)

Atrakcje okołoobiednie - za oknem ulewa i Wodospad Brudasek.

Atrakcje okołoobiednie – za oknem ulewa i Wodospad Brudasek.

W końcu deszcz przestaje padać. Wszyscy wracają do samochodów, a my niestety dajemy się jeszcze naciągnąć naszym dzieciom na stoisko z pamiątkami, przez co łapie nas kolejna ulewa. W deszczu dobiegamy do samochodu i wracamy prosto na naszą metę w Maciejowcu.

Po południu i wieczorem dajemy dzieciakom wybawić się do woli na terenie. W tym roku hitem są drewniane miecze i łuki kupione na tutejszych stoiskach z pamiątkami. Potem robimy ognisko, śpiewamy z gitarą itp. Jest przemiło. To chyba największy urok wspólnych wyjazdów.

A wieczorem... Płonie ognisko i szumią knieje!.

A wieczorem… Płonie ognisko i szumią knieje!.

29 maja, niedziela

Nareszcie pięknie: 24 stopnie i słońce

Jak na złość pogoda dzisiaj od rana cudna – tak by się chciało ruszyć razem w góry. Niestety, wszyscy nasi towarzysze odjeżdżają dziś do domu, tylko my zostajemy jeden dzień dłużej. Rano robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, dziękujemy sobie wspólnie za miły pobyt i każdy rusza w swoją stronę.

My pakujemy dzieciaki do samochodu i ruszamy na wycieczkę. Po wczorajszej burzy mózgów decydujemy się dziś pomyszkować trochę po okolicy. Na pierwszy ogień idzie Ostrzyca Proboszczowicka – najwyższe wzniesienie Pogórza Kaczawskiego ( 501 m n.p.m.). Zęby na nią ostrzyliśmy sobie już od dawna. Kto myśli że w Polsce nie ma wulkanów, jest w błędzie – powinien pojechać na Pogórze Kaczawskie – Krainę Wygasłych Wulkanów. Oczywiście te nasze już nie dymią, ale prezentują się bardzo okazale. Ostrzyca jest uznawana za najpiękniejszy polski wulkan, a przy tym za jeden z najlepszych punktów widokowych w całych Sudetach Zachodnich – ze szczytu pięknie prezentują się Karkonosze, Góry Kaczawskie i Izerskie. W dodatku mamy tu jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza i rezerwat przyrody w okolicy szczytu – smakowity kątek dla miłośnika przyrody i pięknych plenerów. Dojście jest dość krótkie, lecz spektakularne, a cała wycieczka – niezwykle atrakcyjna dla rodzin z dziećmi. Dookoła piękna przyroda, inni turyści pojawiają się tylko od czasu do czasu – nasz przedpołudniowy spacer to prawdziwy odpoczynek.

Ostrzyca Proboszczowicka w rzepakowej oprawie.

Ostrzyca Proboszczowicka w rzepakowej oprawie.

Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie ma wulkanów, Pogórze Kaczawskie zaprasza!

Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie ma wulkanów, Pogórze Kaczawskie zaprasza!

Drogowskazy na Ostrzycę - również stary niemiecki.

Drogowskazy na Ostrzycę – również stary niemiecki.

Podjeżdżamy do Proboszczowic i w pobliżu kościoła skręcamy w nieutwardzoną drogę wiodącą na leśny parking. Jest tu świetnie zorganizowane miejsce wypoczynku – ogromna zadaszona wiata, miejsce na ognisko z grillem, ułożone drewno czeka na strudzonych turystów. Gisiek dosypia w samochodzie, więc przodem idzie M. ze starszakami. Idziemy najpierw ok. 15 minut drogą przez piękny las, potem szlak skręca pod kątem ostrym w lewo i zaczyna się główny punkt programu – strome wejście na szczyt po kilkuset bazaltowych schodkach. Po wczorajszych opadach skały są śliskie i trzeba uważać, ale dzieciakom bardzo się podoba. Podoba im się, że skała, po której idziemy jest prawie czarna – jak z piekła rodem – tak właśnie wygląda bazanit – skała zbliżona do bazaltu. Naszą uwagę przyciągają zwłaszcza spektakularne bazaltowe gołoborza – a to wszystko w oprawie bujnej roślinności. Podejście się nie dłuży i po kolejnych 15 minutach stajemy na szczycie. Postój jest bardzo przyjemny pod każdym względem. Dzieciakom podobają się zwłaszcza imponujące szczytowe wulkaniczne skałki, nam – przepiękna panorama. Grzesiek próbuje (z powodzeniem…) wspinać się gdzie tylko może – zamiłowanie do gór ma chyba we krwi. W tak pięknym miejscu drugie śniadanie smakuje wyjątkowo dobrze. Nawet Grzesia udaje się w miarę bezproblemowo nakarmić. Ostrzycę jednogłośnie zaliczamy do naszych ulubionych miejsc. Dobrze, że nie dotarła tu jeszcze masowa turystyka.

W krainie zieleni.

W krainie zieleni.

Wkraczamy na teren rezerwatu - atrakcje dopiero się zaczną.

Wkraczamy na teren rezerwatu – atrakcje dopiero się zaczną.

Kilkaset bazaltowych schodków wprowadza na szczyt.

Kilkaset bazaltowych schodków wprowadza na szczyt.

Bazaltowe gołoborza do zdjęcia!

Bazaltowe gołoborza do zdjęcia!

Bazanitowe świadectwo dawnych czasów.

Bazanitowe świadectwo dawnych czasów.

Hura, dotarliśmy na szczyt! 501 m n.p.m.

Hura, dotarliśmy na szczyt! 501 m n.p.m.

Ostrzyca to jeden z najlepszych punktów widokowych w Sudetach Zachodnich.

Ostrzyca to jeden z najlepszych punktów widokowych w Sudetach Zachodnich.

Ale tu suuuuuper!

Ale tu suuuuuper!

Najmłodszy władca wulkanów.

Najmłodszy władca wulkanów.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Jedyne w Polsce bazaltowe gołoborza.

Wracamy. Ta lipa nas urzekła.

Wracamy. Ta lipa nas urzekła.

W pierwotnych planach myśleliśmy jeszcze od odwiedzeniu najstarszego drzewa w Polsce – ok 1300-letniego cisu w Henrykowie Lubańskim, a także zamków Czocha i Kliczków, ale ze względu na długi dojazd tym razem odpuszczamy. W zamian kierujemy się do Wlenia. To kolejne (podobnie jak pobliski Siedlęcin z genialną ‘freskową’ wieżą rycerską) miejsce warte polecenia wszystkim lubiącym zboczenie z utartych szlaków. We Wleniu zachowało się dużo dawnej zabudowy i miasteczko ma swój własny prowincjonalny urok. Zatrzymujemy się na chwilę na rynku. Oglądamy skromny, ale urokliwy ratusz z wieżyczką (obecna postać z pocz. XIX w). Napis nad wejściem łaciński napis głosi Po deszczu słońce z popiołów odradza się feniks. Fajny klimat. Przed ratuszem fotogeniczny stuletni fontanno-pomnik Gołębiarki.

Ratusz we Wleniu. Przed nami pomnik gołębiarki.

Ratusz we Wleniu. Przed nami pomnik gołębiarki.

Wleń. Jak my lubimy takie klimaty...

Wleń. Jak my lubimy takie klimaty…

Gdzie by tu dalej...

Gdzie by tu dalej…

Nie zwiedzamy już barokowego wleńskiego pałacu książęcego, tylko kierujemy się prosto do rezerwatu Góra Zamkowa z ruinami  średniowiecznego zamku. Do naszych czasów zachowała się XII-wieczna sześciokątna wieża, reszta jest w ruinie. Cały kompleks zwiedza się na własną rękę, czyli tak jak lubimy najbardziej. Chłopcom najbardziej podoba się wejście na wieżę – a raczej to, że w wieży jest zupełnie ciemno. Jeśli ktoś się nie boi i dobrze trzyma się poręczy, po pokonaniu spiralnych schodów staje na szczycie wieży, który jest jednocześnie dobrym punktem widokowym na malowniczą Dolinę Bobru – brawo, chłopaki, to atrakcja dla śmiałków! Grzesiowi we Wleniu też bardzo się podoba. Biega sam po ścieżkach rezerwatu, mało nóżek nie pogubi. Wracając, M. zagląda jeszcze do barokowego pałacu Lenno – obiekt wraz z otoczeniem ma ogromny potencjał i aż prosi się o remont. W środku mieści się klimatyczna kawiarnia.

Idziemy do zamku ścieżką na tyłach Pałacu Lenno.

Idziemy do zamku ścieżką na tyłach Pałacu Lenno.

Zamek książęcy we Wleniu. Do naszych czasów zachowała się XIII-wieczna wieża.

Zamek książęcy we Wleniu. Do naszych czasów zachowała się XIII-wieczna wieża.

Ruiny zamku książęcego we Wleniu.

Ruiny zamku książęcego we Wleniu.

Dzielny Grześ wszedł na wieżę!

Dzielny Grześ wszedł na wieżę!

Na wieży wleńskiego zamku.

Na wieży wleńskiego zamku.

Ze średniowiecznego zamku książęcego zostały tylko ruiny.

Ze średniowiecznego zamku książęcego zostały tylko ruiny.

Z wieży roztacza się piękny widok na dolinę Bobru.

Z wieży roztacza się piękny widok na dolinę Bobru.

Chłopcy sprawdzają, jaki był widok przez okna.

Chłopcy sprawdzają, jaki był widok przez okna.

Barokowy pałac Lenno.

Barokowy pałac Lenno.

Brama wejściowa do pałacu Lenno nosi tylko ślad dawnej świetności.

Brama wejściowa do pałacu Lenno nosi tylko ślad dawnej świetności.

Ostatni punkt programu to oczywiście obiad. Dziś obiad pożegnalny, więc jemy w miejscu nie byłe jakim –  podjeżdżamy do Siedlęcina, a dalej do Perły Zachodu. Budynek jest niezwykle malowniczo położony na urwistej skale nad zaporowym Jeziorem Modrym, powstałym ze spiętrzenia wód Bobru. Kiedyś było to schronisko PTTK, dziś „Perła” nadal należy do PTTK, ale w standardzie zdecydowanie przesunęła się o oczko wyżej. Obiekt doskonale wykorzystał fundusze na modernizację (taki sam lifting przydałby się schodkom prowadzącym do kładki i samej kładce nad jeziorem) i teraz pobyt tutaj to sama przyjemność. Oryginalnie i stylowo. A jedzenie – mniam – porcje ogromne i takie pyszne. Te polędwiczki… Mmmm… Tylko obsługa mogłaby być milsza, ale dziś ruch był spory, więc usprawieliwiamy. Po obiedzie wszyscy wspinamy się na widokową wieżyczkę, a potem oczywiście idziemy na obowiązkowy spacer przez kładkę przewieszoną nad jeziorem. Gisiek zasypia w nosidle, więc nie spieszymy się z powrotem. Oglądamy imponujące formacje skalne, spacerujemy ścieżką najpierw wzdłuż północnego brzegu jeziora (rety, co za idioci wrzucają tu tyle śmieci!), potem po drugiej stronie – zrobiono tu ścieżkę rowerowo spacerową, prowadzącą aż do Jeleniej Góry.

Przed nami wyłania się Perła Zachodu.

Przed nami wyłania się Perła Zachodu.

Perła Zachodu.

Perła Zachodu.

Budynek jest przepięknie położony nad Jeziorem Modrym.

Budynek jest przepięknie położony nad Jeziorem Modrym.

Perła w środku. Czekamy na obiad.

Perła w środku. Czekamy na obiad.

Uszereguj łobuzy od największego do najmniejszego.

Uszereguj łobuzy od największego do najmniejszego.

Kładka nad Jeziorem Modrym.

Kładka nad Jeziorem Modrym.

Idziemy na drugą stronę.

Idziemy na drugą stronę.

Nad Jeziorem Modrym - do zdjęcia!.

Nad Jeziorem Modrym – do zdjęcia!.

Po drugiej stronie czekają na nas malownicze grupy skał.

Po drugiej stronie czekają na nas malownicze grupy skał.

I ścieżka wzdłuż jeziora.

I ścieżka wzdłuż jeziora.

Ostatnie spojrzenie na Perłę Zachodu.

Ostatnie spojrzenie na Perłę Zachodu.

A na deserek - spacer ścieżką spacerowo-rowerową w stronę Jeleniej Góry.

A na deserek – spacer ścieżką spacerowo-rowerową w stronę Jeleniej Góry.

Czas biegnie nieubłaganie, a wieczorem czeka nas perspektywa pakowania – pozostaje więc nam już tyko wrócić do samochodu. A wieczorem – ach, pomińmy to milczeniem, lepiej planować kolejne wyprawy!

***

Choć pogoda była w kratkę i plany górskie wypaliły połowicznie, wyjazd był bardzo przyjemny. Towarzystwo doborowe, wycieczki bardzo różnorodne. Niesamowicie interesujące turystycznie te nasze Sudety. Górsko, turystycznie, geologicznie. Ciekawe zabytki, piękne góry, niespotykane na innych terenach poniemieckie budownictwo – do takiego wniosku dochodziliśmy zawsze, odwiedzając kilkanaście sudeckich pasm górskich przy okazji kompletowania szczytów KGP. W Karkonosze wrócimy na pewno jeszcze nie raz – na razie dopiero je liznęliśmy – ale równie chętnie odwiedzimy inne sudeckie pasma i podgórskie miejscowości. Dorotko i Sławku, dziękujemy za zaplanowanie tras i „ducha organizacyjnego” imprezy, a wszystkim naszym kompanom –  za wspaniałe towarzystwo!

 

Wieliczka z dziećmi

Wieliczka i Kraków

08.05.2016

Przed południem w Krakowie pochmurno i deszczowo, potem słońce, do 18 stopni

Czy można sobie zrobić jednodniowy citybreak z dziećmi? Oczywiście, że można – zwłaszcza, gdy mamy szybki i wygodny dojazd na miejsce, plan zwiedzania uwzględnia atrakcje dla dzieci i … kilkunastomiesięczniaki zostaną w domu:)

Zamiast zwiedzania Krakowa, dziś nacisk kładziemy na Wieliczkę. Dla najmłodszych organizowana jest tu specjalna trasa turystyczna – Solilandia. Zdecydowanie polecamy to rozwiązanie dla rodzin z dziećmi! Dorośli nic nie tracą, bo zwiedzanie przebiega po klasycznej trasie turystycznej, a dzieci zamiast słuchania długich opisów przewodnika spotykają Soliludka, uciekają przez Solizaurem, by na końcu dotrzeć do rządzonej przez Skarbnika Solilandii i spróbować prawdziwych solilizaków! Takiej Wieliczki jeszcze nie znaliście!

Dzisiejszy dzień był całkowitą niespodzianką dla starszych chłopaków. Chcieliśmy spędzić trochę czasu tylko z nimi, żeby choć trochę zrekompensować im niedawny brak rodziców – operacja Grzesia wyjęła nam niemal pełne dwa tygodnie z życiorysu. Wszyscy potrzebowaliśmy odrobiny luzu.

Rano Ciocia Małgosia przejmuje Grzesia, a my pakujemy chłopaków do samochodu i przed siebie. Panowie nie wiedzą, czego się spodziewać. Czy jedziemy na leśny spacer, a może do parku linowego, albo do kina? Tylko dlaczego bierzemy tyle kanapek? Czyżbyśmy mieli oglądać kilka filmów po kolei?

Po dojechaniu na dworzec zakres możliwych rozwiązań znacznie się zawęża. Już wiemy, że będzie pociąg. Chłopcy sprawdzają rozkład i po chwili zgadują, że obieramy kierunek na Kraków. Zaraz zaraz, to nie do końca prawda – w Krakowie przesiądziemy się w drugi pociąg! To już zupełnie ich rozbraja. To dokąd jedziemy? W góry, do jeszcze innego miasta, a może – jak zgaduje Sebuś – do Danii? Mamy ubaw po pachy. I my, i oni:)

Czekamy na nasz pociąg.

Czekamy na nasz pociąg.

Punkt 8:00 wsiadamy do pociągu. Ale dziś to nie byle jaki pociąg, tylko Pendolino! To atrakcja również dla nas, bo nigdy wcześniej Pendolino nie jechaliśmy. Zajmujemy miejsca przy czteroosobowym stoliku – bardzo dobre rozwiązanie dla rodziców podróżujących ze starszymi dziećmi. Gramy w Uno, w wojnę, w kartofla, wsuwamy jajecznicę w Warsie i nie wiadomo kiedy podróż ma się ku końcowi. Było szybko i komfortowo. Chłopcom podoba się wszystko (najbardziej toaleta:)), nam również. Może poza cenami biletów, które mocno uderzyły nas po kieszeni.

W Krakowie wysiadamy o 10:15, kupujemy bilet Kolei Małopolskich do Wieliczki i o 10:40 już jedziemy w kierunku naszego docelowego miejsca. Dopiero teraz odkryliśmy przed chłopcami wszystkie karty. A więc będziemy zwiedzać kopalnię soli! Ale fajnie!

Ze stacji w Wieliczce do Szybu Daniłowicza, skąd rozpoczyna się zwiedzanie, to tylko krótki spacer. Na miejscu zaskakuje nas ogrom różnojęzycznego tłumu turystów. Fakt, byliśmy tu ostatnio kilkanaście lat temu, od tego czasu wiele się zmieniło. Wieliczka przyciąga odwiedzających z całego świata. I bardzo dobrze, wszak mamy się czym chwalić!

Zwiedzanie rozpoczyna się od Szybu Daniłowicza.

Zwiedzanie rozpoczyna się od Szybu Daniłowicza.

Na szczęście nie musimy stać w imponującej kolejce do kas, tylko kierujemy się prosto do Działu Organizacji Imprez, gdzie odbieramy bilet na Solilandię (konieczna była wcześniejsza rezerwacja). To dodatkowa zaleta tej formy zwiedzania. Mamy wyznaczoną godzinę i zamiast tłoczenia się w kolejce, możemy miło spędzić czas w parku sąsiadującym z głównym wejściem do kopalni. Jak tu dużo się zmieniło! Otoczenie uporządkowano, teraz wszędzie wokół widać zadbane alejki, jest spory plac zabaw. Uwagę zwraca duża konstrukcja modrzewiowej tężni, która od 2014 przyciąga do Wieliczki nie tylko turystów, lecz także kuracjuszy.

Czekając na wstęp, rzucamy okiem na park Św. Kingi z niedawno wybudowaną tężnią.

Czekając na wstęp, rzucamy okiem na park Św. Kingi z niedawno wybudowaną tężnią.

Czekając na wejście, próbujemy uświadomić chłopcom, jak długą historię ma wielicka kopalnia soli i jak wielkim jest unikatem na skalę europejską, a nawet światową! Korytarze drążono tu już 10 wieków temu, a dużo wcześniej, od 3000 lat p.n.e. eksploatowano sól ze źródeł solankowych. Dowodem szerokiego uznania dla niezwykłości kopalni w Wieliczce było uwzględnienie jej już na pierwszej Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO z 1978 r.

Wieliccy przewodnicy czekają na swoje grupy.

Wieliccy przewodnicy czekają na swoje grupy.

O 11:45 po naszą grupę przychodzi przewodnik, stylowo ubrany w mundur wzorowany na górniczym stroju galowym, i na trzy godziny przenosimy się pod ziemię – w inny świat. Na dzień dobry zaliczamy zejście po 380 schodach w dół. Może to i żmudne, ale dzieciaki nie marudzą. Pokonanie tego dystansu na własnych nogach daje niezłe pojęcie o tym, jak głęboko schodzimy. Zaczynamy od 65 m, a kończymy nawet na 135 m pod ziemią!

Najpierw musimy zejść na dół po 380 schodach na głębokość 65 m.

Najpierw musimy zejść na dół po 380 schodach na głębokość 65 m.

Zwiedzanie zaczynamy od przywitania ze Skarbnikiem. Jeszcze go nie widać, ale dzieci przykładają swoje rączki do odcisku Skarbnikowej dłoni w słonej ścianie – to bilet to krainy Solilandii. Do tej bajkowej krainy zaprowadzą nas strzałki z wizerunkiem Skarbnika – najmłodsi turyści muszą bacznie wypatrywać ich na ścianach.

Przewodnik opowiada skrótowo o wydobyciu soli.

Przewodnik opowiada skrótowo o wydobyciu soli.

Dziś trasę wskazuje nam Skarbnik.

Dziś trasę wskazuje nam Skarbnik.

Chłopaki nie mogą uwierzyć, że wszędzie dookoła jest sól. No dobra, po polizaniu ścian już wierzą. Mamy wrażenie, że nawet powietrze wdychane ustami ma słony smak. Korytarze zamieniają się w korytarze, z jednej komory przechodzimy do innej. Odwiedzamy Komorę Kopernika z solną rzeźbą, wykonaną w 500-lecie urodzin Kopernika i kaplicę św. Krzyża. Komora Janowice z naturalnej wielkości rzeźbą św. Kingi to doskonały moment na zapoznanie dzieci z legendą wyjaśniającą, skąd wzięła się wielicka sól. Mijamy zrekonstruowane urządzenia służące do transportu soli. Naprawdę pięknie robi się w Komorze Pieskowa Skała. Schodzimy tu schodami w dół, pod nogami otwiera się przestrzeń. Z jednej strony przycupnęły trzy ponad stuletnie rzeźby krasnoludków, z drugiej widać fragmenty starych schodów wykutych w soli. Tymo wypatruje różne solne formy naciekowe – stalaktyty, a nawet jeden stalagmit i stalagnat. Największe wrażenie na wszystkich wywiera oczywiście największa na świecie podziemna świątynia – kaplica Św. Kingi. Kaplica została urządzona w końcu XIX w. w komorze powstałej po eksploatacji soli, a jej wystrój był tworzony przez ponad 70 lat przez górników-rzeźbiarzy. Chłopcy zachwycają się, że wszystko tu jest z soli – płaskorzeźby przedstawiające sceny z Nowego Testamentu, ołtarz, nawet ogromne żyrandole.

Zdjęcie dla Babci Urszuli

Zdjęcie dla Babci Urszuli

Św. Kinga przyjmuje pierścień znaleziony w bryle soli.

Św. Kinga przyjmuje pierścień znaleziony w bryle soli.

Ściany są słone. Kto nie wierzy, może sprawdzić.

Ściany są słone. Kto nie wierzy, może sprawdzić.

Komora Pieskowa Skała. Jak tu pięknie...

Komora Pieskowa Skała. Jak tu pięknie…

Te leciwe skrzaty mają już ponad 100 lat.

Te leciwe skrzaty mają już ponad 100 lat.

Z kopalni wciąż trzeba na bieżąco odprowadzać wodę.

Z kopalni wciąż trzeba na bieżąco odprowadzać wodę.

Dzieci słuchają soliludka, dorośli podziwiają wielickie plenery.

Dzieci słuchają soliludka, dorośli podziwiają wielickie plenery.

Kaplica Św. Kingi z kon. XIX w.

Kaplica Św. Kingi z kon. XIX w.

Soliludek przepytuje dzieci o znaczenie kolejnych płaskorzeźb.

Soliludek przepytuje dzieci o znaczenie kolejnych płaskorzeźb.

Żyrandol z krzyształów soli przyciąga uwagę każdego.

Żyrandol z krzyształów soli przyciąga uwagę każdego.

Słone klejnoty.

Słone klejnoty.

Kaplica Św. Jana

Kaplica Św. Jana

Na trasie zwiedzania bardzo atrakcyjne są też dwie komory z jeziorkami solankowymi – pięknie podświetlona Komora Barącza i Komora Weimar. Muzyka Chopina, słuchana pod ziemią w wyrobisku zalanym solanką, brzmi naprawdę wyjątkowo.

Piękna Komora Barącza.

Piękna Komora Barącza.

Komory komorami, zabytki zabytkami, dzieci zajęte są czymś innym. A czym? Szukaniem drogi do Solilandii! Po drodze czai się wiele niebezpieczeństw, w tym krwiożercze solizaury. Spotykamy nawet jaja jednego z nich. Dzień wcześniej jaja były cztery, dziś są tylko trzy. Oj, niedobrze, trzeba mieć się na baczności. Czy wiedzieliście, że Smok Wawelski tak naprawdę jest solizaurem? My też nie, a teraz już wiemy:)

Jaja solonia - może z nich wykluć się groźny solizaur.

Jaja solonia – może z nich wykluć się groźny solizaur.

W Komorze Pieskowa Skała czeka na nas niespodzianka. Śpiący soliludek! Na szczęście przy odrobinie wysiłku udaje się go obudzić. Od teraz już on prowadzi naszą grupę. Jest wesoło i dalsza droga mija w mgnieniu oka. Uff, w końcu udaje się, trafiamy do Solilandii. A tam czeka na nas Skarbnik, prawdziwa księżniczka – która, jak się okazuje, ukryła się w naszej grupie – i solilizaki o smaku… Zgadniecie? Nie zdradzimy!

Spotykamy śpiącego soliludka. Dzieci właśnie go obudziły.

Spotykamy śpiącego soliludka. Dzieci właśnie go obudziły.

Wreszcie docieramy do Solilandii!

Wreszcie docieramy do Solilandii!

Na koniec jeszcze pokaz multimedialny i atrakcja na deser – wyjazd prawdziwą górniczą widną!

Wow, wyjechaliśmy prawdziwą górniczą windą!

Wow, wyjechaliśmy prawdziwą górniczą windą!

Atrakcji było mnóstwo, więc wychodzimy porządnie zmęczeni. Już nawet nie mamy ochoty zostawać na obiad w podziemnej restauracji czy wjeżdżać na taras widokowy w monumentalnie wysokiej Komorze Staszica. Pod ziemią spędzamy ok 3 godzin, trzeba przejść spory kawałek drogi (ok. 3 km), dodatkowo zwiedzanie utrudniają wymuszone przestoje – w śluzach, podczas wymijania się z innymi grupami, w trakcie czekania na windę. Pod ziemią harmonogram jest napięty – grupa dosłownie goni grupę, ruch jak na Marszałkowskiej, trzeba pilnować dzieci. Zwiedzanie na pewno byłoby przyjemniejsze i bardziej kameralne poza sezonem. To zdecydowanie nie atrakcja dla maluszków (jak to dobrze, że byliśmy bez Grzesia…), ale kilkulatki czy dzieci w szkolnym wieku z pewnością wyjdą pełne wrażeń!

Po zwiedzeniu Wieliczki całą rodziną jesteśmy zgodni: czas na obiad. Po drodze kupujemy jeszcze obowiązkowe pamiątki – oczywiście wielicką sól. Jemy w karczmie położonej niedaleko stacji. Wszystkim apetyty dopisują; nie musimy czekać nawet na Sebusia.

Po obiedzie wskakujemy w pociąg powrotny do Krakowa. Składy Kolei Małopolskiej kursują na tej trasie co pół godziny, a podróż jest bardzo wygodna.

Do Krakowa docieramy dopiero ok 16:30. Szkoda, że jest tak późno – za godzinę musimy być już z powrotem na dworcu. Tyle chcieliśmy chłopcom pokazać, i rynek, i wzgórze wawelskie, i wawelskiego smoka. W trakcie jednego dnia to oczywiście niewykonalne – do Krakowa będziemy więc musieli zawitać ponownie. I dobrze!

Mając godzinę do dyspozycji, pozostaje nam tylko przystać na plan minimum – urządzamy sobie spacer na rynek i z powrotem. Po drodze pokazujemy chłopcom fotogeniczny barbakan – ten wyjątkowy przykład XV-wiecznej architektury militarnej przyciąga uwagę i dużych, i małych. Kto zgadnie, ile tu wieżyczek? A ile otworów strzelniczych? Po chwili już idziemy w różnojęzycznym tłumie po ulicy Floriańskiej. Z przyjemnością odnotowujemy, że średniowieczna Brama Floriańska została w ostatnich latach pięknie odrestaurowana.

Wychodzimy z pociągu i biegniemy na rynek!

Wychodzimy z pociągu i biegniemy na rynek!

Eklektyczna bryła Teatru im. J. Słowackiego (kon. XIX w.).

Eklektyczna bryła Teatru im. J. Słowackiego (kon. XIX w.).

Fragmenty zachowanych murów miejskich.

Fragmenty zachowanych murów miejskich.

W Bramie Floriańskiej wypatrujemy XVIII-wieczną płaskorzeźbę św. Floriana.

W Bramie Floriańskiej wypatrujemy XVIII-wieczną płaskorzeźbę św. Floriana.

Krakowski rynek bardzo się chłopcom spodobał. Mówili, że dobrze jest na własne oczy zobaczyć coś, co do tej pory widzieli tylko na kartkach podręczników szkolnych. Pokazujemy chłopcom kościół Mariacki i przepytujemy z legendy tłumaczącej różną wysokość wież, potem obchodzimy piękne renesansowe Sukiennice, spoglądamy w górę na ocalałą gotycką wieżę ratuszową, mijamy malutki kościół św. Wojciecha – jedną z najstarszych krakowskich świątyń, zwracamy uwagę na pomnik Mickiewicza i domykamy kółko, zaglądając na Plac Mariacki. Ten teren po dawnym cmentarzu to niezwykle malowniczy zakątek. Widok zamyka gotycki kościół św. Barbary, a przed nim – urokliwa postać krakowskiego żaka, ozdabiająca studzienkę.

Kościół Mariacki chłopcy znali dotąd tylko ze szkolnych podręczników.

Kościół Mariacki chłopcy znali dotąd tylko ze szkolnych podręczników.

Kraków bez dorożkarzy - niemożliwe!

Kraków bez dorożkarzy – niemożliwe!

Kwintesencja krakowskiego rynku.

Kwintesencja krakowskiego rynku.

My oglądamy Sukiennice, a chłopcy sprawdzają, czy z pompy leje się woda.

My oglądamy Sukiennice, a chłopcy sprawdzają, czy z pompy leje się woda.

Jedyna wieża pozostała z gotyckiego ratusza.

Jedyna wieża pozostała z gotyckiego ratusza.

Uroczy Plac Mariacki z kościołem Św. Barbary i figurką krakowskiego żaka na studzience.

Uroczy Plac Mariacki z kościołem Św. Barbary i figurką krakowskiego żaka na studzience.

Rynek zaskoczył chłopców głównie swoim rozmiarem. Idealny kwadrat o boku 200 m na każdym chyba robi wrażenie. My też chętnie przypomnieliśmy sobie, jak oddycha się w sercu Krakowa. Mamy wrażenie, że z roku na rok jest tu coraz więcej turystów. Dziś ani na chwilę nie można było spuścić dzieci z oczu. Choć w sumie to powinniśmy się tylko cieszyć, że to piękne miasto jest tak chętnie wybieranym celem turystycznych wizyt.

Czas nas goni, pora wracać na dworzec. Dziś Kraków tylko liznęliśmy. No ale naszym głównym celem była przecież Wieliczka, a na dokładniejsze zwiedzanie przyjdzie czas, jak wszyscy trzej chłopcy podrosną. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze tylko na szybkie lody – dla chłopaków to równie wielka frajda jak wszystkie dotychczasowe dzisiejszego dnia.

Uff, atrakcji na dziś dość. Pora do domu.

Uff, atrakcji na dziś dość. Pora do domu.

O 17:45 wyruszamy w stronę domu. Tym razem niemal wszystkie miejsca w wagonach są zajęte – jedziemy w weekendowej fali powrotów.

Podróż mija błyskawicznie. W pociągu chłopcy czytają pamiątkę z Wieliczki – książkę Beaty Kołodziej „Pamiętnik wielickiego skrzata”. Kogo zainteresowała Solilandia i jej mieszkańcy, koniecznie powinien do niej zajrzeć!

Pieniny – pożegnanie lata, 2015.08

Po jakich górach najlepiej chodzi się z dziećmi? KKK. Krótkich, konkretnych i klawych. „Krótkich”, czyli takich, w których szlaki dojściowe nie wymagają pokonywania wielokilometrowych odległości. „Konkretnych”, czyli takich, w których uwieńczeniem wycieczki jest jakiś konkretny cel – najlepiej efektowny punkt widokowy na szczycie. „Klawych” – pełnych przygód, takich, w których spotkamy skałki, łatwe do skontrolowania przez rodzica przepaści, przeprawy promem przez rzekę – to wszystko, co sprawia, że na koniec dnia usłyszymy od pociechy, że było fajnie, super fajnie. Wszystkie te warunki idealnie spłniają Pieniny.

Wypad w Pieniny nie był wcześniej przez nas planowany. Mieliśmy do wykorzystania opłacone noclegi w Kluszkowcach (z których dwukrotnie nie skorzystaliśmy z powodu hospitalizacji Grzesia), a że pogoda dopisywała aż do ostatnich dni wakacji, grzech byłoby z takiej okazji nie skorzystać. Pojechaliśmy więc na górskie pożegnanie lata. A więc starszym chłopcom plecaki na plecy, Grzesia do nosidła i w drogę!

 

26 sierpnia 2015, środa

Po przejściowym ochłodzeniu znowu ładnie, do 25 st.

Warszawa-Kluszkowce

Chłopców dopiero wczoraj przywieźliśmy z działki, a R. jeszcze dzisiaj musiał być w pracy. Mimo to jakoś w pośpiechu udaje nam się spakować i wyjechać ok. 13:20 z Warszawy.

Doceniamy obwodnicę Raszyna. To duże usprawnienie drogi, chociaż utrudnienia i prace potrwają jeszcze parę miesięcy. Na postój nr 1 zatrzymujemy się w restauracji obok stacji benzynowej ok. 180 km od Warszawy. Obiad jest niedrogi i całkiem niezły (zestawy obiadowe ze schabowym i żurek dla Sebunia). Potem, niestety, na kilkanaście minut zatrzymuje nas korek na A4 spowodowany wypadkiem. Pęknięta opona z TIRa uszkodziła busa (sam TIR też skończył na pasie zieleni). Na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał i służby szybko przywróciły ruch. Drugi postój robimy na stacji w okolicy lotniska w Balicach (chłopcy jedząc lody, podziwiają startujące samoloty).

Postój na A4

Postój na A4

Przejazd Zakopianką przebiega bez problemów i o 21:15, po przejechaniu niespełna 460 km, meldujemy się w Kluszkowcach.

Mieszkamy w kompleksie w ośrodku narciarskim Czorsztyn-ski. Mieliśmy spędzić tutaj Sylwestra, a potem weekend majowy… Nie wyszło. Tym razem nareszcie Grześ jest zdrowy i możemy wykorzystać wpłaconą wcześniej zaliczkę. Nie żałujemy, bo nasze studio 2+2 jest całkiem wygodne. Obiekt ma dopiero trzy lata. Sympatyczna architektura z elementami góralskimi i dobre śniadania satysfakcjonują nas w zupełności. Nie korzystamy z innych atrakcji hotelu, bo całe dnie spędzamy w górach, ale po kolei…

 

27 sierpnia 2015, czwartek

Rano mgła i chłodno, ale cały dzień potem przepiękny, do 29 st.

Rano chłopcy nie dają nam pospać, jak to pierwszego dnia w nowym miejscu. Ale może to i dobrze, bo nie jesteśmy jeszcze przepakowani na wyprawę. Po pysznym hotelowym śniadaniu ruszamy i tak dopiero o 10:30.

Dzielni turyści gotowi na podbój Pienin!.

Dzielni turyści gotowi na podbój Pienin!.

Ze Szczawnicy na Sokolicę i Czertezik

Ruszamy z okolic przystani flisackiej w Szczawnicy (dajemy się namówić na parking na położonej tu prywatnej posesji). Idziemy chodnikiem biegnącym razem ze ścieżką rowerową wzdłuż Dunajca. Chwilę czekamy na prom, bo akurat nie ma wielu chętnych. Przeprawa kojarzy nam się z niedawnym rejsem pychówką po Krutyni. Tutaj „napęd” jest identyczny – długi drąg we wprawnych rękach tutejszego sympatycznego górala – tylko sceneria zupełnie inna.

Ruszamy.

Ruszamy.

Piec Majki.

Piec Majki.

Dunajec ma bardzo niski stan wody.

Dunajec ma bardzo niski stan wody.

Przeprawa promowa przez Dunajec.

Przeprawa promowa przez Dunajec.

Dzielnie wsiadamy na prom - obsługiwany jak pychówka.

Dzielnie wsiadamy na prom – obsługiwany jak pychówka.

Szlak na Sokolicę nie obfituje w rozległe widoki. Prowadzi po prostu przez las – ale za to jaki! Zachwycają nas strzeliste parusetletnie jodły (dokładnie jodły olbrzymie, jak zauważył nasz znawca roślin – Tymo, gatunek osiągający największą wysokość w Polsce, nawet do ponad 50 m!). Piękne są też buki, zarówno te stare, jak i młode drzewinki w poszyciu. Po prostu buczyna karpacka w pięknym wydaniu. Chłopcom podoba się sam szlak, utrzymany częściowo w formie schodów, trochę mozolnie pnący się zakosami na szczyt Sokolicy. Najbardziej lubią odcinki skalne i… (o zgrozo!) obsypujące się spod nóg drobne kamyczki.

W górę na Sokolicę!

W górę na Sokolicę!

Polana Sosnów.

Polana Sosnów.

To się nazywa dobra miejscówa na postój.

To się nazywa dobra miejscówa na postój.

Szczyt Sokolicy (747 m n.p.m.) to główna dzisiejsza atrakcja. Widoki są rzeczywiście warte wysiłku. Wijący się w dole Dunajec, piękne pienińskie wzniesienia, a wszystko to z tutejszymi reliktowymi sosnami na pierwszym planie… to po prostu trzeba zobaczyć! Utrudnieniem jest spora ilość ludzi i dość trudny jak na nasz skład skalisty teren. Na szczęście barierki są mocne i dobrze rozmieszczone, więc przy zachowaniu uwagi (trzeba dobrze pilnować dzieci!) nie ma realnego niebezpieczeństwa upadku w ponadstumetrową przepaść.

Na Sokolicy (747 m n.p.m.).

Na Sokolicy (747 m n.p.m.).

Tymo i pocztówkowa sosna reliktowa.

Tymo i pocztówkowa sosna reliktowa.

Podobno najczęściej fotografowane drzewo w Polsce.

Podobno najczęściej fotografowane drzewo w Polsce.

Machamy naszym Taterkom.

Machamy naszym Taterkom.

Malownicze meandry Dunajca raz jeszcze.

Malownicze meandry Dunajca.

Szczyt Sokolicy nie jest jednak najlepszym miejscem do karmienia Grzesia. R. więc szybko ewakuuje się z nosidłem kilkadziesiąt metrów poniżej punktu sprzedaży biletów na szczyt. Karmienie w warunkach polowych nie należy do łatwych zadań, ale głodny Grześ je całkiem ładnie. M. ze starszymi chłopcami dociera po chwili, podbijając po drodze książeczki GOT – to nasze pierwsze pieczątki! Mimo że chodzimy po górach od dawna, jakoś do tej pory nie zbieraliśmy punktów na kolejne odznaki – kiedyś trzeba zacząć!

Wypoczęci i pokrzepieni kanapkami, z żalem opuszczamy jedyną na dzisiejszym szlaku przyjemnie położoną ławeczkę. Ruszamy na Czertezik – chcemy jeszcze z perspektywy spojrzeć na Sokolicę. Podejście na kolejny szczyt daje się nam trochę we znaki, choć i tutaj są przyjemne nieco skaliste odcinki, które podobają się chłopcom. Na szczyt docieramy wszyscy poza Sebuniem, który zarządził postój dosłownie kilkadziesiąt metrów poniżej szczytu. Wchodzimy więc „na raty” i tylko na właściwy szczyt. W ferworze dzisiejszego dnia nie sprawdziliśmy, że kawałek dalej jest punkt widokowy. Mimo to widoki są piękne, tylko przez drzewa nie widać dobrze samej Sokolicy.

Widok z Czertezika (772 m n.p.m.).

Widok z Czertezika (772 m n.p.m.).

Jak po najeżonych zębach.

Jak po najeżonych zębach.

Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną, która mija nam zadziwiająco szybko. Zaskakuje nas szczególnie Sebuś. Podczas wejścia był najwolniejszym ogniwem, a teraz schodził, a właściwie prawie zbiegał jak wytrawny górski turysta, bez oznak zmęczenia, w tempie dorosłych. Zatrzymujemy się króciutko na Polanie Sosnów, żeby wyrównać niedobór płynów, i po chwili płyniemy już znowu promem przez Dunajec.

A kuku, Grzesiu!.

A kuku, Grzesiu!.

Czekając na prom...

Czekając na prom…

Wszyscy jesteśmy głodni, więc po krótkiej wizycie w pawilonie recepcyjno-wystawowym PPN kierujemy się do Schroniska Orlica na obiad. R. z Grzesiem docierają pierwsi, bo nasz najmłodszy turysta z głodu znowu trochę marudzi. Grześ zjada swój obiadek, a wkrótce potem wszyscy pałaszujemy swoje porcje. Jedzenie jest bardzo dobre (kotlety drobiowe, naleśniki i pierogi z jagodami), chociaż ogólna atmosfera schroniska nie powala. Widać nie ma dobrego gospodarza – budynek jest ciekawy, pięknie położony, ale wymaga odnowienia i zadbania. Może warto byłoby – wzorem innych schronisk – postarać się o dofinansowanie z Unii na remonty i unowocześnienie… To miejsce ma potencjał!

Schronisko PTTK Orlica w Szczawnicy.

Schronisko PTTK Orlica w Szczawnicy.

O 17:00 po równo sześciogodzinnej wyprawie jesteśmy z powrotem w samochodzie. Pokonaliśmy 540 m przewyższenia i „tylko” 7 km odległości. To specyfika pienińskich szlaków – spore nachylenie, ale niewielkie odległości. Do tego mieszanka wody, skał i lasu – wyjątkowo udane połączenie!

Sebuś po wycieczce jakby trochę zmęczony.

Sebuś po wycieczce jakby trochę zmęczony.

Chłopcy spisali się na medal. Tymo to prawdziwy przyrodnik i koneser pięknych krajobrazów. Sebuś, rezolutny i rozgadany, urzeka nie tylko nas, ale też wiele mijających nas osób. A Grześ bardzo dobrze znosi nawet kilkudziesięciominutowe odcinki pokonywane w nosidle. Lubi patrzeć na drzewa, w niebo itp. Nie marudzi zbytnio, chociaż dzisiaj nie spał długo ani w nocy, ani w dzień (15 minut drzemki w samochodzie i dobre pół godziny w nosidle). A że potem na postojach kipi energią… trudno się dziwić.

Wieczorem czujemy się bardzo zmęczeni – ogarnianie naszej doborowej trójki przez cały dzień w trudnych terenowych warunkach daje się nam we znaki… Chłopcy natomiast mają reaktywację – zachowują się jakby w ogóle nie przeszli dzisiaj górskiej trasy. Starsi robią piękne rysunki i świetnie bawią się w swoim towarzystwie, a Grześ ćwiczy chodzenie… oczywiście za rączkę!

Nasz czas: 10:30-17:00, 7 km, 540 m przewyższenia

 

28 sierpnia 2015, piątek

Cudowny letni upał, do 32 st.

Dzisiaj była już dużo lepsza noc – chłopcy pospali 10-11 godzin do 7:00 i obudzili się, mówiąc, że jeszcze za krótko spali… Nie ma to jak górski spacerek!

Ze Sromowców Niżnych na Trzy Korony

Dojeżdżamy do końca drogi (dalej zakaz wjazdu) – parking tutaj kosztuje 12 zł za cały dzień, ale mamy maksymalnie skrócone dojście. Widok na cały masyw Trzech Koron po prostu zapiera dech w piersiach, bo szczyty mamy przed sobą, tylko… jakby nad nami. Zastanawiamy się, jak my dziś tak wysoko wejdziemy!

Sromowce Niżne. Ruszamy.

Sromowce Niżne. Ruszamy.

Dzisiaj idziemy na kolejną klasyczną wycieczkę pienińską. Zmieniamy tylko tradycyjny kierunek. Ok. 150 metrów za schroniskiem skręcamy w prawo i kierujemy się zielonym szlakiem w kierunku Koszarzysk. Trasa prowadzi głównie lasem, co w dzisiejszym upale jest sporą zaletą. Szlak, jak to w Pieninach, biegnie dość stromo pod górę. Najprzyjemniejsze są fragmenty trawersujące zbocza, w otoczeniu naprawdę pięknego, głównie jodłowo-bukowego lasu.

Idziemy przez piękny las jodłowo-świerkowo-bukowy.

Idziemy przez piękny las jodłowo-świerkowo-bukowy.

Chłopaki skaczą pod górę jak małe kozice.

Chłopaki skaczą pod górę jak małe kozice.

Zatrzymujemy się po nieco ponad godzinie i pokonaniu ponad 300 metrów przewyższenia. Siedzimy na próchniejącej kłodzie jodłowej. Kanapki i czekoladki smakują wyśmienicie! Posileni ruszamy dalej.

Upał południa i więcej nasłonecznionych polan sprawiają, że Sebuś trochę traci rezon. Po dojściu do rozstaju szlaków w siodle na Polanie Koszarzyska decydujemy, że na planowany wypad pod Zamek Pieniński M. podejdzie sama. R z chłopcami mozolnie pokonuje kolejne 100 metrów wzniesienia przez polanę Koszarzyska i dalej przez las, niemal ciągnąc za sobą Sebunia. M w tym czasie szybciutko dociera pod zamek, obfotografowuje go i dogania chłopaków, którzy popasają nieopodal punktu sprzedaży biletów na szczyt. Siły wracają Sebusiowi przy kasie, gdy wbijamy pieczątki do naszych książeczek GOT i kupujemy pamiątkowy medal za wejście na Trzy Korony.

Koszarzyska - chłopaki skręcają w lewo na Trzy Korony.

Koszarzyska – chłopaki skręcają w lewo na Trzy Korony.

...a M. idzie w prawo do ruin zamku pienińskiego.

…a M. idzie w prawo do ruin zamku pienińskiego.

Ruin zamku strzeże figura Św. Kingi.

Ruin zamku strzeże figura Św. Kingi.

Ruiny zamku pienińskiego (XIII w.).

Ruiny zamku pienińskiego (XIII w.).

Wejście na szczyt Okrąglicy (982 m n.p.m., najwyższy szczyt Pienin właściwych) to metalowe kładki i schodki porządkujące ruch turystyczny przez oddzielenie barierkami wchodzących od schodzących. Turystycznym purystom takie rozwiązanie może przeszkadzać, ale dla dzieci to fantastyczna atrakcja. Dzisiaj ruch jest tutaj duży, ale bez wyraźnych przestojów. Chwileczkę czekamy przed samą platformą szczytową, która jest trochę zatłoczona (podobno czasami czeka się przed wejściem na nią nawet 40-50 minut…). Widok jest wart wysiłku, a dodatkową satysfakcję sprawia sam fakt wejścia na ten najwyższy punkt, który widzieliśmy z dołu!

Idziemy do punktu widokowego na Okrąglicy.

Idziemy do punktu widokowego na Okrąglicy.

Dunajec mógłby być fotomodelką...

Dunajec mógłby być fotomodelką…

Widok na północny zachód.

Widok na północny zachód.

Na Okrąglicy. Chłopcy wypatrzyli nawet nasz samochód.

Na Okrąglicy. Chłopcy wypatrzyli nawet nasz samochód.

Nieco poniżej punktu sprzedaży biletów robimy dłuższy postój na ławeczkach. Po zjedzeniu reszty zapasów starsi chłopcy wylegują się na ławkach, a Grześ zwiedza okolicę (i uczy się – chi chi – sikać na stojąco).

Schodzimy bardziej popularnym szlakiem. Najpierw na Przełęcz Szopka, zwaną też przez zasapanych turystów Chwała Bogu, a potem zakosami do Wąwozu Szopczańskiego. W górnej części szlaku zejściowego mijamy piękne polany z widokami m.in. na Pieniny i Tatry. Niżej zachwyca nas wąwóz i jego otoczenie. Przypomina się nam Dol. Kościeliska, chociaż w Pieninach jak zwykle wszystko jest bardziej kameralne. Pienińskie szlaki dają popalić podczas wchodzenia, ale zejścia wydają się cudownie krótkie. Zejście do schroniska zajęło nam mniej niż godzinę.

Schodzimy w kierunku Przełęczy Chwała Bogu.

Schodzimy w kierunku Przełęczy Chwała Bogu.

Ostrożeń głowacz. Tymo wypatrzył i nauczył nas nazwy.

Ostrożeń głowacz. Tymo wypatrzył i nauczył nas nazwy.

Taterki nasze wychylają się zza drzew.

Taterki nasze wychylają się zza drzew.

Zejście w kierunku Wąwozu Szopczańskiego.

Zejście w kierunku Wąwozu Szopczańskiego.

Wąwozem Szopczańskim.

Wąwozem Szopczańskim.

Daleko przed nami majaczy Czerwony Klasztor.

Daleko przed nami majaczy Czerwony Klasztor.

Schronisko Trzy Korony zaskakuje nas bardzo pozytywnie. Bryła budynku jest oryginalnie wyciągnięta w górę, podobnie jak pienińskie szczyty. Z tarasu przed wejściem rozlega się chyba jeden z ładniejszych widoków w polskich górach. My jednak wchodzimy do środka i jemy w jadalni, bo tutaj jest chłodno i… mamy krzesełko do karmienia! Pałaszujemy ze smakiem „baraninówkę”, czuli zupę gulaszową z baraniną i pyszne zestawy z kotletami lub wyprażanym serem. Poprawiamy pierogami z jagodami, a chłopcy lodami – a co – należy nam się!

Schronisko Trzy Korony w pięknej oprawie.

Schronisko Trzy Korony w pięknej oprawie.

Tam byliśmy! Jak miło na to patrzeć przy lodach...

Tam byliśmy! Jak miło na to patrzeć przy lodach…

Na koniec już króciutkie zejście do Sromowców Niżnych. Po drodze zaglądamy do pawilonu wystawowego PPN, obok którego uwagę Tymusia przykuwa alpinarium z kilkunastoma gatunkami pienińskich roślin. Kupujemy sobie pamiątkowe karty do gry ze zdjęciami z Pienin, a starsi chłopcy florystyczne pamiątki. R. kupuje jeszcze w miejscowym sklepie wodę i pieczywo i możemy wsiadać do samochodu.

Pawilon wystawowy PPN.

Pawilon wystawowy PPN.

Trzy Korony na pożegnanie.

Trzy Korony na pożegnanie.

Nasz czas: wycieczka zajęła nam 7 godzin (10:20–17:20). Pokonaliśmy ponad 600 m przewyższenia i 8 km szlaków!

Podsumowując, na gorące dni możemy polecić przejście pętli szlaków wokół Trzech Koron właśnie w obranym przez nas kierunku. Dzięki temu w dzisiejszym skwarze większą część trasy pokonywaliśmy w cieniu, nawet w odkrytym w wielu miejscach wąwozie (dzięki przesunięciu się słońca ku zachodowi). A nasze dzieci dziś znowu spisały się na medal. Podejście – wiadomo – każdemu trochę daje się we znaki. Ale schodząc, chłopcy pędzili w tempie dorosłych i z uśmiechem na ustach. Grzesiulek dwa razy zdrzemnął się po 40-50 minut. Tutaj świetnie sprawdza się nasze „wypasione” nosidełko z wygodną „poduszeczką”, na której nasz Skarbek może oprzeć sobie główkę.

 

29 sierpnia 2015, sobota

Gorąco i duszno, nad Tatrami kłębią się chmury, do 28 st.

Z racji prognozowanej możliwości burz i kłębiących się chmur na horyzoncie, zmieniamy pierwotne plany. Zamiast wyprawy na Wysoką ruszamy w stronę Niedzicy.

Rejs po Zalewie Czorsztyńskim

Dojeżdżamy na parking obok plaży, skąd idziemy prosto do przystani statków. Zdążamy w sam raz na rejs o 11:00. Na statku Harnaś nie ma problemu ani z wjazdem, ani z zajęciem miejsca z wózkiem dziecięcym (mamy porównanie z rejsem po Śniardwach dwa tygodnie temu). Płyniemy na przednim, niższym pokładzie, ale spacerujemy też po górnym, większym, pod którym znajduje się spora kawiarnia.

Gotowi na rejs po Jeziorze Czorsztyńskim.

Gotowi na rejs po Jeziorze Czorsztyńskim.

Widoki są przepiękne. Robimy sporą pętlę, podpływając pod oba zamki – Czorsztyński i Niedzicki. Wysłuchujemy dość długiego (choć interesującego) nagrania o historii powstania akwenu oraz o tutejszych warowniach. Na brzegach bardzo widoczny jest niski poziom wody – kilka metrów mniej niż zwykle, co przy sporej powierzchni jeziora oznacza naprawdę duży deficyt wody.

Płyniemy na drugi koniec Jeziora Czorsztyńskiego.

Płyniemy na drugi koniec Jeziora Czorsztyńskiego.

Mijamy Zamek Czorsztyński (XIII-XVII w.).

Mijamy Zamek Czorsztyński (XIII-XVII w.).

Z każdą chwilą widoki są inne.

Z każdą chwilą widoki są inne.

Malowniczości Jeziorowi Czorsztyńskiemu odmówić nie sposób.

Malowniczości Jeziorowi Czorsztyńskiemu odmówić nie sposób.

Zamek Niedzicki (XIV w.) w pełnej krasie.

Zamek Niedzicki (XIV w.) w pełnej krasie.

Starszaki są bardzo zadowolone – podoba im się dosłownie wszystko. Lody kupione w kawiarni pod pokładem są dopełnieniem szczęścia. Grześ przez pół godziny spaceruje za rączkę po wszystkich zakamarkach statku. Szczególnie podoba mu się… piesek podróżujący z jednym z turystów, Grześ ze zrozumieniem woła „au, au” i koniecznie chce dotknąć czworonoga. Na koniec zjada ładnie jogurcik.

Grześ na Jeziorze Czorsztyńskim.

Grześ na Jeziorze Czorsztyńskim.

Strategiczne miejsce przy kole ratunkowym.

Strategiczne miejsce przy kole ratunkowym.

W południe jesteśmy już na lądzie. Grześ musi się zdrzemnąć, więc R. prowadzi go na spacer w kierunku zamku i zapory. A w tym czasie M. proponuje chłopcom kąpiel w Jeziorze Czorsztyńskim. Oczywiście nie trzeba ich długo prosić. Kąpielisko jest ładnie zorganizowane (przebieralnie itp.), ale dno kamieniste i bardzo muliste – cóż, przecież nie jest to mazurskie jezioro. Potem wszyscy posilamy się kanapkami przygotowanymi z myślą o górskiej trasie i ruszamy… w góry, zwiedzanie zamku i spacer po zaporze zostawiając sobie na inną (zimową?) okazję.

Wyższy stopień znajomości z Jeziorem Czorsztyńskim.

Wyższy stopień znajomości z Jeziorem Czorsztyńskim.

Zamek Niedzicki (XIV w.)

Zamek Niedzicki (XIV w.)

Zamek Niedzicki widziany z zapory.

Zamek Niedzicki widziany z zapory.

Do Bacówki pod Bereśnikiem

W nieco ponad pół godziny transferujemy się do Szczawnicy. Parkujemy obok Muzeum Uzdrowiska i ruszamy w górę. Dosłownie, bo droga jest stroma zupełnie jak w Pieninach, chociaż to już Beskid Sądecki. R. trochę wyścigowym tempem wchodzi z jęczącym dzisiaj mocno Grzesiem, a potem przed schroniskiem czeka na resztę ferajny. Dzisiaj Sebuś ma chyba kryzys, bo strasznie ciężko go wciągnąć w górę, do tego z byle powodu marudzi… Oj, potrafi czasem wyprowadzić z równowagi…

Ruszamy ze Szczawnicy do Bacówki pod Bereśnikiem.

Ruszamy ze Szczawnicy do Bacówki pod Bereśnikiem.

Pieniny za nami, przed nami Beskid Sądecki.

Pieniny za nami, przed nami Beskid Sądecki.

Oto i Bereśnik.

Oto i Bereśnik.

W schronisku już w komplecie zamawiamy pierogi i naleśniki. Niestety, na jedzenie czeka się trochę długo, ale warto, bo jest domowe i pyszne, zwłaszcza naleśniki – oryginalny miejscowy naleśnik zawinięty na kiełbasie i pyszne owocowe z dużą ilością bitej śmietany. W schronisku Sebuś cudownie odzyskuje siły. Za to Grześ już nie jęczy, tylko wyje… chyba będą rosły kolejne zęby. Dzisiaj w każdym razie zebrał kolejne punkty do Odznaki Wyjca Górskiego, na razie ma popularną, ale kto wie, czy nie zbierze jutro na małą brązową!

Bacówka pod Bereśnikiem.

Bacówka pod Bereśnikiem.

Schronisko jest przepięknie położone. Widok na Pieniny prześliczny (dzisiaj, niestety, nie widać na dalszym planie Tatr, ale i tak jest pięknie). Może przydałoby się odnowić to i owo, ale nie będziemy się czepiać, bo atmosfera górska jest.

R. z marudzącym Grzesiem robi jeszcze szybki wypad na Bereśnik. Grześ w tym czasie spokojnie zasypia. Niestety, szlak nie prowadzi na sam szczyt, tylko leśną drogą obok, a widoki na Małe Pieniny są podobno kawałek dalej. R musi jednak wracać, żeby nie opóźniać zejścia. Wracamy tą samą drogą. Droga powrotna jest bardzo przyjemna. Szczególnie urocze są odcinki szlaku prowadzące ścieżynką przez polany z widokami na Pieniny i obok opuszczonego gospodarstwa przez stary sad owocowy (śliwki węgierki już prawie dojrzały – pycha!). Wcześniej podczas wejścia młodsi chłopcy marudzili chyba głównie z powodu uciążliwego upału – nasz stok miał wystawę południowo-zachodnią, więc nasłonecznienie razem ze sporym nachyleniem dało nam popalić – dosłownie.

Tymo wypatrzył dziewięćsiły.

Tymo wypatrzył dziewięćsiły.

Powrót spod Bereśnika do Szczawnicy.

Powrót spod Bereśnika do Szczawnicy.

Powrót spod Bereśnika do Szczawnicy.

Powrót spod Bereśnika do Szczawnicy.

Przed nami Pieniny i wijący się Dunajec.

Przed nami Pieniny i wijący się Dunajec.

Nasz czas: dzisiejsza trasa to w sumie spacerek – łącznie tylko nieco ponad 4 kilometry i ponad 200 m przewyższenia. Wejście z chłopcami w godzinę i 10 minut, zejście w 50 minut. Wypad w okolice szczytu Bereśnika to dodatkowe 25 minut.

Obie dzisiejsze wycieczki zajęły razem sporo czasu. Wyjechaliśmy z domu o 10:20, a wróciliśmy o 18:20. Chłopcy jak to zwykle od razu odzyskali energię i roznosili nasze dwa pokoiki. A my… po takim całym dniu na dużych obrotach z naszą trójeczką czujemy się bardziej zmęczeni niż po trasie na Rysy czy Orlą Perć! Naprawdę! A na dodatek nie bardzo mamy jak odpocząć, bo towarzystwo czeka na kolację, kąpiel itp., a potem jeszcze długo siedzimy nad komputerami, zapisując wspomnienia oraz selekcjonując i podpisując zdjęcia.

 

30 sierpnia 2015, niedziela

Prawdziwy żar leje się z nieba, do 34 st.

Dzisiejsza wyprawa to prawdziwe ukoronowanie naszego pobytu w Pieninach. Z racji długiej trasy i prognozowanych upałów wstajemy dość wcześnie i punktualnie o 8:00 meldujemy się na śniadaniu. Poranne ogarnianie z naszą ferajną trochę zajmuje, więc ostatecznie wyjeżdżamy prawie o wpół do dziesiątej, ale to i tak świetny wynik.

Przez Wąwóz Homole na Wysoką i Durbaszkę

Na parkingu w Jaworkach meldujemy się punktualnie o 10:00. Do wylotu Wąwozu Homole stąd jest ok. 200 metrów. Okolica objęta jest ochroną rezerwatową. Idziemy wzdłuż pięknego potoku Kamionka. Jego koryto początkowo jest wyrzeźbione w nagich skałach. Wokół mamy piękne skaliste ściany wąwozu, czasami ponadstumetrowej wysokości. Przypomina nam się Dolina Białego i Strążyska w Tatrach. Wyżej nasza ścieżka miejscami prowadzi po metalowych mostkach i schodkach, wielokrotnie przekraczając koryto potoku. Wyjątkowo niski stan wody pozwala nam przechodzić na drugą stronę prosto po kamieniach. To dodatkowa atrakcja dla chłopców.

Przed wejściem do Wąwozu Homole.

Przed wejściem do Wąwozu Homole.

Wąwóz Homole - wchodzimy.

Wąwóz Homole – wchodzimy.

Wąwóz Homole.

Wąwóz Homole.

Dnem płynie urokliwa Kamionka.

Dnem płynie urokliwa Kamionka.

Droga się nie dłuży i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy już w pobliżu górnej stacji wyciągu, którym można zjechać do Jaworek. R z Sebusiem i Grzesiem skręcają w prawo w kierunku Wysokiej, a M. z Tymem podchodzi jeszcze kilkadziesiąt metrów na punkt widokowy. Teraz mamy kilkaset metrów niemal płaskiego odcinka szlaku prowadzącego szeroką drogą leśną.

Można zjechać wyciągiem w dół, my wolimy pieszo i dalej w górę.

Można zjechać wyciągiem w dół, my wolimy pieszo i dalej w górę.

Postój robimy po niespełna godzinie w pobliżu Rówienki, na skałach przy potoku. Chłopcy świetnie się ogarniają. Sami niosą swoje zapasy, które na postojach chętnie zjadają. Wędrówka z nimi to prawdziwa przyjemność. Żeby nie było za różowo, Grześ wymaga na postojach całej naszej uwagi. Ciągle chce chodzić, a właściwie czasami sam nie wie, czego chce… To trochę przez rosnące kolejne zęby, a trochę z racji swojego wieku. Możemy go jednak pochwalić, że bez problemu robi siusiu w warunkach terenowych. Nie zawsze dokładnie wtedy, kiedy byśmy chcieli (dziś zasikuje sobie całe skarpetki i buty…), ale jednak.

Postój w drodze na Wysoką.

Postój w drodze na Wysoką.

Po minięciu bazy namiotowej SKPB z Łodzi zaczynamy właściwe podejście. Szlak prowadzi przez przepiękne, widokowe tereny wypasowe, m.in. Polanę pod Wysoką. Od tego miejsca dzisiaj przez cały dzień będą nam towarzyszyć widoki na pasmo Radziejowej w Beskidzie Sądeckim i na Pieniny. Niestety, bardzo daje się nam we znaki lejący się z nieba żar (bo drzew tutaj jak na lekarstwo). Mimo to dzięki śmiesznym dialogom o smerfach i śpiewaniu niezbyt mądrych piosenek udaje nam się dość sprawnie dojść do granicy kolejnego rezerwatu („Wysokie Skałki”).

Okolice Polany pod Wysoką.

Okolice Polany pod Wysoką.

Tutaj mamy już miejscami trochę cienia, ale za to droga staje się jeszcze bardziej stroma. Miejscami naprawdę bardzo łatwo o pośliźnięcie (nie chcielibyśmy tędy schodzić, zwłaszcza po deszczu!). Mimo to chłopcy bardzo dzielnie prą naprzód i wkrótce meldujemy się na rozdrożu przy granicy słowackiej. Stąd już wzdłuż granicy wchodzimy po skałach i metalowych schodkach na szczyt Wysokiej (1050 m n.p.m.). Nie licząc odpoczynku, weszliśmy tu równo w dwie godziny. Biorąc pod uwagę nasz skład, to świetny czas. Widoki z Wysokiej wynagradzają cały trud włożony w pokonanie tych 500 metrów przewyższenia. Czujemy się tutaj jak ptaki. Szczególnie pięknie prezentują się pienińskie szczyty. Jednak z racji sporej ilości ludzi i braku miejsca do bezpiecznego chodzenia dla Grzesia, schodzimy na odpoczynek w okolice zakrętu szlaku. Pokrzepieni nabieramy sił do dalszej wędrówki.

Jedną nogą w Polsce, jedną na Słowacji.

Jedną nogą w Polsce, jedną na Słowacji.

Na Wysokiej (Wysokich Skałkach) - 1050 m n.p.m.

Na Wysokiej (Wysokich Skałkach) – 1050 m n.p.m.

Widok z Wysokiej w kierunku Tatr.

Widok z Wysokiej w kierunku Tatr.

Jak ptaki...

Jak ptaki…

Kapralowa Wysoka. Tym razem stajemy na postój.

Kapralowa Wysoka. Tym razem stajemy na postój.

Bardzo dobrze, że wypatrzyliśmy w przewodniku Nyki wariant powrotu przez Durbaszkę, bo dzięki temu uniknęliśmy uciążliwego schodzenia stromym i dość mocno zatłoczonym szlakiem. Na naszej drodze mieliśmy tylko na samym początku jedno bardziej strome i niewygodne miejsce. Wędrówka pięknym widokowym grzbietem to prawdziwa przyjemność. Towarzyszą nam cudne widoki na Tatry, Pieniny i Pasmo Radziejowej. Z radością witamy górną stację wyciągu orczykowego w okolicy szczytu Durbaszki. To znak, że obiad już blisko!

Idziemy w kierunku Durbaszki.

Idziemy w kierunku Durbaszki.

No, niektórzy jadą w kierunku Durbaszki.

No, niektórzy jadą w kierunku Durbaszki.

Widoki na masyw Radziejowej.

Widoki na masyw Radziejowej.

Okolice Durbaszki (934 m n.p.m.).

Okolice Durbaszki (934 m n.p.m.).

Zbiegamy przyjemną łąką wprost do Ośrodka Szkolno-Wypoczynkowego pod Durbaszką. To spory budynek, mieszczący blisko sto miejsc noclegowych, nastawiony głównie na obsługę grup uczniów i młodzieży. Dla nas najważniejsza jest dzisiaj kuchnia i jadalnia. Pod tym względem ośrodek wypada świetnie. Jemy pyszny żurek oraz pierogi z mięsem i jagodami. Ceny bardzo przystępne, a jakość na wysokim poziomie. Inni goście, których, o dziwo, jest niewielu (może warto byłoby zadbać o reklamę przy szlaku na Wysoką…) zajmują miejsca na dworze. My okupujemy ładnie odnowioną salę kominkową, w której panuje przyjemny chłód. Świeżo wyremontowane toalety przy wejściu dopełniają dobrego wrażenia. O jakości noclegów się nie wypowiadamy, ale ośrodek wydaje się bardzo atrakcyjny. Zwłaszcza w zimie, bo tuż obok jest spory orczyk (ponad sto metrów różnicy wzniesień).

Schodzimy z Durbaszki w kierunku Jaworek.

Schodzimy z Durbaszki w kierunku Jaworek.

Schodzimy z Durbaszki w kierunku Jaworek.

Schodzimy z Durbaszki w kierunku Jaworek.

Schronisko pod Durbaszką.

Schronisko pod Durbaszką.

Chcąc nie chcąc, ruszamy dalej w dół drogą dojazdową do ośrodka. Wije się ona po pięknych widokowo pastwiskach. Cały czas przed nami widoki na pasmo Radziejowej z Przehybą i Bereśnikiem, który odwiedziliśmy wczoraj. Zejście zajmuje jeszcze kilkadziesiąt minut. Droga dołącza do asfaltu dosłownie kilkadziesiąt metrów poniżej parkingu, gdzie czeka nasza bryka. Na dole meldujemy się o 17:30.

Zejście do Jaworek.

Zejście do Jaworek.

Zejście do Jaworek.

Zejście do Jaworek.

Zejście do Jaworek.

Zejście do Jaworek.

Nasz czas: przejście tej ponad 9-kilometrowej trasy zajęło nam z odpoczynkami 7 i pół godziny, przewyższenie: niespełna 550 metrów.

W drodze powrotnej zatrzymuje nas spory korek między Szczawnicą a Krościenkiem. Na szczęście wracamy pod nasz wulkan przed 18:20. Dzięki temu R. z chłopcami zdążają jeszcze wjechać wyciągiem na szczyt góry Wdżar, pod którą położony jest nasz hotel. A naprawdę warto, bo widok jest przecudny. Jezioro Czorsztyńskie z oboma zamkami, Tatry, Pieniny… po prostu bajka! Chłopcy wypatrują szczyty Trzech Koron i Wysokiej, na które sami weszli w ostatnich dniach. Robimy zdjęcie z gorczańskim smokiem i doceniamy walory tutejszego ośrodka narciarskiego.

Widoki z góry Wdżar (767 m n.p.m.) - Jezioro Czorsztyńskie i Tatry.

Widoki z góry Wdżar (767 m n.p.m.) – Jezioro Czorsztyńskie i Tatry.

Widoki z góry Wdżar w kierunku Pienin.

Widoki z góry Wdżar w kierunku Pienin.

Widać oba zamki przy Jeziorze Czorsztyńskim.

Widać oba zamki przy Jeziorze Czorsztyńskim.

Tymo z zapałem coś fotografuje.

Tymo z zapałem coś fotografuje.

Musimy wrócić tu w zimie – choćby na kilka dni! Wieczorem pozostaje nam już tylko ogarnianie i pakowanie. Zgodnie stwierdzamy jednak, że takie cztery dni w górach to wspaniały pomysł na zakończenie wakacji!

Estonia, 2013.07

Wakacje w Estonii zapamiętamy bardzo miło. To idealny kraj dla wszystkich kochających kontakt z naturą. Szczególnie miłośnicy morza i lasów poczują się tu jak w raju, podobnie zresztą jak amatorzy dwóch kółek. Na drogach jest pusto, za oknem samochodu przesuwają się zielone pejzaże. Zabudowa nie jest gęsta, a jeżeli już spotyka się domy, to najczęściej są one drewniane (ta wszechobecna drewniana zabudowa jest zresztą jedną z tych rzeczy, które najbardziej nas zaskoczyły i na pewno zostaną nam w pamięci). Tradycyjna zabudowa i zamiłowanie Estończyków do drewna i spędzania czasu w bliskim kontakcie z przyrodą współistnieje z panującą tu wszędzie czystością i niemal powszechnym dostępem do Internetu – nawet w małej miejscowości są oznaczenia pokazujące darmowe strefy WiFi. O przeciętnej pogodzie trudno nam powiedzieć – my trafiliśmy na idealną – przez dwa tygodnie było bardzo ciepło, nawet upalnie, i bardzo słonecznie, a wysoka temperatura wody w Bałtyku sprawiła, że czuliśmy się jak w krajach południowych. Polecamy ten kraj dla wszystkich tych, którzy kochają ciszę, spokój i lasy ciągnące się aż po horyzont.

 

Widoki z wieży - Stare Miasto i wzgóze Toompea.

Część I – Tallinn i okolice

oraz Park Narodowy Lahemaa

 

Narwa. Estońska i rosyjska warownia przyglądają się sobie przez rzekę Narwę.

Część II – od Tallina przez Narwę do Tartu

oraz truskawkowe Viljandi

 

Piusa, jaskinie piaskowe.

Część III – Pärnu, Saaremaa i ciekawostki przyrodnicze

m.in.: Piusa – jaskinie piaskowe, Suur Munamagi i Park Narodowy Soomaa

Niemcy, Alpy Bawarskie, 2012.08

Wyjazd w Alpy Bawarskie wspominamy właściwie w samych superlatywach. Niemcy to czysty kraj z uprzejmymi ludźmi, bogaty w arcyciekawe zabytki i oferujący turystom spotkania z piękną przyrodą. Drogi są bajkowe: przez cały tydzień poruszaliśmy się głównie po autostradach (paradoksalnie, zaczęło nam nawet brakować klimatu bocznych dróg i zapomnianych miejscowości). Powinniśmy częściej jeździć do naszych zachodnich sąsiadów i serdecznie zapraszać ich do nas! Zatrzymując się nie w hotelach i większych pensjonatach, można mieć problem z porozumieniem się po angielsku – „szkolna” znajomość niemieckiego R. niewątpliwie bardzo nam pomagała. A Alpy Bawarskie – po prostu piękne! Zapraszamy do obejrzenia zdjęć!

 

Poczdam i Norymberga, czyli co zobaczyliśmy po drodze

 

Pierwsza ferrata – Alpspitze

 

Ostatnie spojrzenie na Karwendele i Mittenwalder Hohenweg.

Ferrata Mittenwalder Hohenweg, Monachium

 

Pożegnanie lodowca Höllentalfermer.

Część II – Zugspitze, ferrata Hindelanger, Bawarskie zamki i kościoły

Czarnogóra, 2013.08

 

Wspaniałe zabytki, krajobrazy jak z bajki, magiczna Boka Kotorska, wyniosłe góry i piękna przyroda. Wypad do Czarnogóry we dwoje to zapewne dopiero prolog do naszych bałkańskich fascynacji!

 

Dubrownik.

Dojazd do Czarnogóry przez Chorwację

Zagrzeb i Dubrownik

 

Rijeka Crnojevića.

Część I – Jezioro Szkoderskie, Boka Kotorska i Biogradski Park Narodowy

Jezioro Szkoderskie, Rijeka Crnojevića, Kotor, Perast, Herceg Novi, Monastyr Moraca, Biogradski PN i Kanion Tary

 

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

Część II – Park Narodowy Durmitor, powrót na Primorje i Lovćen

PN Durmitor, Monaster Ostrog, Sveti Stefan, Stary Bar, Budva, Masyw Lovćenu i Cetinje