Prehistoryczne domy na palach nad Jeziorem Bodeńskim

Czy chcielibyście przenieść się w czasie o 6 albo chociaż o 3 tysiące lat wstecz? A może boicie się, bo przecież wtedy ludzie musieli żyć bardzo prymitywnie? Nic bardziej mylnego. Warunki nie różniły się istotnie od tych, jakie panowały na naszej wsi pod koniec XIX w.! Najciekawsze jest jednak to, że całe osady zbudowano na palach wbitych w dno jeziora.

Pfahlbauten – skansen archeologiczny w Uhldingen-Mühlhofen

15 sierpnia 2018, środa

Gorąco, do 28 st.

Skansen archeologiczny Pfahlbauten to kolejna, odwiedzona przez nas atrakcja spośród dziewięciu tzw. „Bodensee classics”. Zdecydowanie zasługuje na miano klasyka, bo też uważamy, że nie powinno jej zabraknąć w żadnym programie zwiedzania okolicy Jeziora Bodeńskiego!

Jezioro Bodeńskie oglądane z okolic miejscowości Birnau (po drodze do skansenu).

Informacje praktyczne

Nie da się zaparkować blisko Pfahlbauten. Chyba że rowerem. Duży parking dla jednośladów znajduje się tuż obok skansenu. Dodatkowym atutem najbliższej okolicy jest położona tuż obok bezpłatna plaża z placem zabaw. Pojemny parking znajdziecie nieco dalej, blisko głównej drogi, tuż obok innej atrakcji Uhldingen-Mühlhofen: Reptilienhaus. Dojście spacerem do Pfahlbauten zajmuje nam około 10 minut z Grześkiem na rowerku biegowym – jego tempo jest nieco szybsze niż przeciętnego spacerowicza ;-).

Bilet do skansenu dla osoby dorosłej kosztuje 10 euro, my wstęp mamy gratis w ramach Bodensee erlebniskarte. W Pfahlbauten spędzamy niespełna dwie godziny, razem z dojściem i powrotem do samochodu. Oczywiście wizytę można przedłużyć o kąpiel, spacer nadmorską promenadą, odwiedziny w jednym z wielu punktów gastronomicznych czy też we wspomnianym Reptilienhaus, czyli vivarium z okazami gadów.

Uhldingen – w tej niewielkiej miejscowości znajduje się jeden z najciekawszych skansenów archeologicznych Europy.

Pale – motyw przewodni – są widoczne w wielu miejscach Uhldingen.

Budynek wejściowy do muzeum. Znajduje się tu ekspozycja multimedialna Archaeorama.

Tuż obok muzeum znajdziecie bezpłatną plażę z kąpieliskiem i placem zabaw.

Nad Jeziorem Bodeńskim lata oczywiście sterowiec!

Mamy nadzieję, że nie wleci z osadę palafitów!

Neolityczne osady na palach

Historia domów budowanych na palach przy brzegach Jeziora Bodeńskiego i innych jezior rozmieszczonych wokół Alp rozpoczęła się co najmniej 6000 lat temu, jeszcze w neolicie! Tajemnicze resztki pali dość regularnie wbitych w dno jeziora zainteresowały archeologów. Po głębszym zbadaniu wielu obszarów z tego typu pozostałościami odkryto mnóstwo pamiątek po dawnych osadach: fragmenty domów, ale też narzędzia, naczynia, biżuterię, a nawet pozostałości jedzenia! To wszystko potwierdziło przypuszczenia o istnieniu wielu osad na wodach przedalpejskich jezior.

Już w latach dwudziestych XX w. rozpoczęto prace nad rekonstrukcją domów budowanych na palach przy brzegach Jeziora Bodeńskiego. Obecnie w tym jednym z największych i najstarszych w Europie skansenów archeologicznych możemy zobaczyć 23 zrekonstruowane budynki z epoki żelaza i brązu. Podzielone są na 6 osad, które odwiedzamy kolejno, wędrując po pomostach ustawionych razem z budynkami na długich palach, wbitych jak niegdyś w dno jeziora.

W skansenie zobaczymy rekonstrukcję neolitycznych osad na palach

…czyli osad palafitowych

Muzeum próbuje odtworzyć realia życia nad Jeziorem Bodeńskim w okresie od 4 tys. do tysiąca lat p.n.e.

Początki muzeum sięgają odkryć archeologicznych z lat 20. XX w.

Budowanie na palach zapewniało ochronę przed powodziami czy ciężkimi warunkami zimowymi, a także przed wieloma innymi niebezpieczeństwami, dawało dostęp do wody i możliwość rozwoju rybołówstwa. Dodatkowym atutem było położenie alpejskich jezior na trasie wielu ówczesnych szlaków handlowych, co również przyczyniło się do rozwoju osad na palach, szczególnie w epoce brązu.

W położonym kilkaset kilometrów stąd Hallstatt również w epoce brązu (choć ze szczytem rozkwitu przypadającym nieco później, bo od 850 do 450 lat p.n.e.) i również nad alpejskim jeziorem rozwinęło się osadnictwo, od którego nazwę wzięła kultura halsztacka (byliśmy tam pół roku temu, relację z odwiedzin tego cudnego miasteczka, nazywanego często wizytówką Austrii, zamieściliśmy tutaj)

Skansen Pfahlbauten – przenosimy się w inną epokę!

Oglądamy pojedyncze domy i całe fragmenty osad z epoki kamienia i brązu. Bardzo ciekawi nas sama konstrukcja domów, na przykład z ciekawością czytamy o tym, że ściany niektórych domów były najpierw wyplatane z wikliny, a następnie oblepiane gliną. Zadziwiło nas, że na palach powstawały nawet piece do wypalania glinianych naczyń oraz do wytopu brązu, a w budynkach trzymano zwierzęta domowe!

Wioska z epoki brązy z ok. XI w. p.n.e. – dom najbogatszego mieszkańca osady.

Cały czas towarzyszą nam wspaniałe widoki na Jezioro Bodeńskie.

Piec do wypieku chleba – oczywiście również na wodzie!

Konstrukcje na palach chroniły m.in. przed drapieżnikami i niespodziewanymi wezbraniami wody w jeziorze.

Część rekonstrukcji, które możemy dzisiaj oglądać, jest swoistym eksperymentem archeologicznym, mającym na celu lepiej przybliżyć warunki życia w dawnych epokach. Na przykład łodzie dłubanki, których znajdujemy na terenie skansenu co najmniej kilka rodzajów, były w stanie przy wprawnym wiosłowaniu dopłynąć do oddalonej o 3 kilometry wyspy Mainau w pół godziny, a w ciągu jednego dnia wiosłowania można było dopłynąć do najdalszych zakątków Jeziora Bodeńskiego (podobno sprawdzano to eksperymentalnie!).

Łodzie dłubanki potrafiły w ciągu jednego dnia dopłynąć w dowolne miejsce nad Jeziorze Bodeńskim.

Z kolei tzw. wioska SWR TV to zrekonstruowane domy z epoki kamienia, w których w 2006 r. niemiecka telewizja SWR zorganizowała dwumiesięczny pobyt siedmiorga dorosłych i sześciorga dzieci w warunkach, w jakich żyli ludzie kilka tysięcy lat temu. Replika jednego z najstarszych znanych domostw nad Jeziorem Bodeńskim (z ok. 3912 r. p.n.e.) także jest długoterminowym eksperymentem archeologicznym. Okresowo bywa zamieszkana!

W specjalnie zbudowanej wiosce SWR TV 13 osób przez 2 miesiące żyło jak osadnicy z epoki neolitu.

Informacje dla zwiedzających w poszczególnych obiektach zamieszczono w trzech językach – po niemiecku, francusku i angielsku. Tylko w tzw. „domu pytań” prawdopodobnie z powodu ograniczeń przestrzennych kilkadziesiąt najczęściej zadawanych pytań i odpowiedzi dotyczących skansenu zapisanych zostało tylko po niemiecku. Możliwość przeczytania ich byłaby niewątpliwie ciakwa, choćby w smartfonie po zeskanowaniu kodu QR, ale nie czepiajmy się szczegółów ;-).

Wędrówka po pomostach jak podróż w czasie

Spacer po kilkusetmetrowych kładkach zamocowanych na palach jak przed tysiącleciami jest dla nas szczególnie przyjemny. Zadziwiamy się przede wszystkim ogromną wartością i ilością eksponatów znalezionych na dnie Jeziora Bodeńskiego. Tak dokładne odtworzenie realiów życia i wytworów kultury było możliwe dzięki wyjątkowym warunkom, jakie panowały na dnie jeziora. Brak dostępu tlenu spowodował, że w świetnym stanie przechwały się nie tylko narzędzie czy biżuteria, lecz także całe elementy konstrukcyjne domów, a nawet tekstylia i resztki pożywienia!

Mapkę trasy zwiedzania można nieodpłatnie wziąć przy kasach.

Unteruhldingen – rekonstrukcja osady z X w. p.n.e.

To osada z epoki brązu. W muzeum zrekonstruowano pięć domostw.

Jedne z najstarszych zrekonstruowanych w skansenie budynków – z ok 3500 r. p.n.e.

Cały czas spacerujemy nad wodami Jeziora Bodeńskiego

Pomost zapewniał połączenie ze stałym lądem

Osady palafitowe zaczęły stopniowo zanikać wraz z końcem epoki brązu, ok. IX w. p.n.e.

Męska część wycieczki w komplecie – meldujemy, że dzielnie zwiedza!

Zadziwia nas niezwykle wysoko rozwinięta kultura pierwotnych rolników i rzemieślników. Rozbudowane rytuały pogrzebowe, przedmioty kultu, biżuteria, malowidła ścienne. Oglądając wnętrza wielu zrekonstruowanych chat, mamy odczucie, że wystrój niewiele różni się od wiejskich chat sprzed stu, czy wręcz kilkudziesięciu lat… To niesamowite!

Rekonstrukcja kultowej figurki – oryginał ma ok 3400 lat

Wnętrza domostw często pokrywały malunki.

Ludość osad palafitowych miała bogate wierzenia i obyczaje – tu rekonstrukcja obrzędów pogrzebowych.

Zadziwiamy się, jak niewiele różniło się wnętrze sprzed 4 tysięcy lat od izby z XIX-wiecznej chałupy

Wnętrze chaty rybaka

Narzędzia były już całkiem zaawansowane!

Rekonstrukcje wnętrz chat bazują na znaleziskach archeologicznych.

Jedna z osad w skansenie, ta otoczona drewnianą palisadą, przywołuje w nas oczywiste skojarzenia z naszym Biskupinem. Aż dusza nam się raduje, że i tam już byliśmy i wiemy, że Muzeum Archeologiczne w Biskupinie nie tylko ma się dobrze, ale jest placówką, z której możemy być dumni przed światem! Nasza relacja z Biskupina tutaj.

Palisada otaczająca osadę od strony lądu.

Od 2011 r. sto jedenaście dawnych osad palafitowych, a właściwie ich pozostałości, które znaleźć można w sześciu alpejskich krajach, zostało wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To tylko zwiększa atrakcyjność tego miejsca!

W skansenie dzieci się nie nudzą

Dzieci niekoniecznie doceniają cenną ekspozycję archeologiczną, ale za to chętnie biegają po pomostach, zaglądają do różnych zakamarków zrekonstruowanych pradawnych chałup i… szukają miejsca, gdzie można by się czymś pobawić… Tutaj też organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Pod koniec trasy turystycznej trafiamy na wspaniałe miejsce, gdzie wszystkiego można dotknąć i spróbować na własnej skórze.

Drążenie otworów w kamieniu metodą, jaką stosowano już 5 tysięcy lat temu, przejażdżka wózkiem z prymitywnymi kołami czy możliwość zmielenia ziarna kamieniem o kamień i upieczenia prymitywnego podpłomyka na patyku zachwycą chyba każde dziecko. Do tego jeszcze przyjemna „ścieżka zmysłów” do przejścia na bosaka po różnorodnych nawierzchniach i deszczułki o różnej długości, na których można zagrać prostą melodię. Chłopcy wychodzą naprawdę zachwyceni!

Na koniec samemu można spróbować swoich sił w drążeniu dziury w kamieniu.

Można też spróbować, jak powoziło się wozem z drewnianymi kołami.

Chętni mogą zemleć ziarno na mąkę.

Ścieżka zmysłów, czyli plac zabaw dla bosych stóp!

Po drewnie idzie się przyjemniej niż po kamyczkach!

Chłopcy próbują swoich sił w graniu na drewnie.

Jezioro Bodeńskie, plaża w Moos

Po południu odwiedzamy bardzo przyjemną plażę w sąsiednim Moos. Mamy tam bezpłatny wstęp w ramach Bodensee erlebniskarte (wstęp dla osoby dorosłej kosztuje 2,50 euro). Kąpielisko jest wyjątkowo przyjazne dzieciom. Płycizna ciągnie się chyba co najmniej kilkadziesiąt metrów od brzegu (dalej nie sprawdzaliśmy), na dnie nie ma uciążliwych dużych kamieni, tylko wejście jest wysypane drobnymi kamyczkami, żeby zmniejszyć nieprzyjemne odczucia związane z chodzeniem po jeziornym mule. Kilkadziesiąt metrów od brzegu nawet mało doświadczeni pływacy mogą poczuć się jak w prawdziwym ciepłym morzu, nurkując między rybkami i wodorostami w poszukiwaniu muszelek. Głębokość nie przekracza tam metra, więc jest zupełnie bezpiecznie, zwłaszcza pod czujnym okiem rodzica ;-).

Jezioro Bodeńskie w okolicy miejscowości Moos

Plaża miejska w Moos – idziemy tam późnopopołudniową porą.

…dzięki temu Radolfzell zostaje cudownie oświetlone ciepłym światłem!

Urokliwi towarzysze naszej dzisiejszej kąpieli.

Grześ testuje chlapanie wodą

Jeeeest, udało się!

A skąd bierze przykład? Oczywiście ze starszych braci!

Dodatkowym atutem kąpieliska są bardzo ciekawe place zabaw. Powtarza się spotykany w innych miejscach motyw pompowania i przelewania wody, jest spora koparka i inspirujące drewniano-linowe konstrukcje, których pokonanie jest wyzwaniem nawet dla młodszych nastolatków!

Dzieciaki mają gdzie poćwiczyć równowagę!

Zmęczonych zapraszamy na hamak!

Przebieganie przez rozchwiany i skrzypiący mostek kusi wszystkich bez względu na wiek!

Na plaży też bardzo przyjemna restauracja, ale dzisiaj jesteśmy po pysznej domowej fasolce po bretońsku, więc nie testujemy jakość serwowanych tu posiłków. Ceny wydają się przeciętne. Całości dopełnia rozległy trawiasty, częściowo zacieniony teren z ławeczkami i świetne zaplecze sanitarne z prysznicami z ciepłą wodą i przebieralniami.

Wieczór nad Jeziorem Bodeńskim

Do zobaczenia, Moos i Radolfzell!

Dolomity, dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

29 sierpnia 2016, poniedziałek

Do 28 stopni, burzowo

Powrót z Dolomitów

Raniutko z bólem serca opuszczamy Dolomity. Ale nasze Skarby czekają – chłopaki, pędzimy już do Was! Wieziemy Wam garstkę bielutkich dolomitowych kamyczków do geologicznej kolekcji!

Przez Włochy przejeżdżamy bardzo sprawnie – Cortina jeszcze nie zdążyła się obudzić do życia, przez Austrię aż za Wiedeń też przejeżdżamy bez problemów. Gorzej zaczyna się robić dopiero po skończeniu się autostrady. Kilkanaście kilometrów przed granicą austriacko-czeską trwa właśnie remont drogi, jest ruch wahadłowy. Powoduje to gigantyczny korek. Stoimy prawie godzinę (czytanie na głos książki i wsłuchiwanie się w rewelacyjne teksty Końca Świata i Lao Che nieco łagodzą frustrację…), na szczęście potem udaje nam się znaleźć objazd lokalnymi drogami przez urokliwe małe winnice. W Czechach jazda idzie dość sprawnie, choć ruch jest nasilony. Po południu i przed wieczorem męczą nas burze z intensywnymi opadami deszczu – jazda autostradą w takich warunkach wymaga ogromnej uwagi. Przez cały dzień skracamy postoje do minimum. W ramach szybkiego obiadu jemy szybką lasagne w sieci AutoGrill przy autostradzie w Austrii. Pozwalamy sobie tylko na jeden (i to możliwie kompaktowy) postój turystyczny – zatrzymujemy się w Ołomuńcu.

Ołomuniec

To stutysięczne czeskie miasto, historyczna stolica Moraw, szczyci się jednym z największych w Czechach zabytkowym zespołem staromiejskich. Ołomuniec – dawna siedziba Przemyślidów – czasy swojej świetności miał w średniowieczu, ale jeszcze w XIX w. stawiano tu piękne, ozdobne kamienice. Sprawdza się nasza naprędce wymyślona reguła: im większe historyczne znaczenie miasta, tym więcej w nim kościołów:) Rzeczywiście, w Ołomuńcu spotkać można bardzo wiele budowli sakralnych.

Parkujemy na Placu Republiki, tuż obok ołomunieckiej biblioteki. Wita nas piękna fontanna z pocz. XVIII w. i … parkomat, domagający się czeskich koron. Tymczasem w naszym portfelu tylko euro – nie przygotowaliśmy się  odpowiednio wcześniej do postoju w Czechach, naiwnie zakładając, że w razie czego zapłacimy wszędzie kartą. Hmmm, co tu zrobić – może wrzućmy euro do parkomatu, a nuż się da oszukać. Jak myślimy, tak robimy, jednak szybko okazuje się, że parkomaty to bardzo kiepski kantor – kurs mają istnie złodziejski – 1 euro traktują jak … 1 koronę. Kurczę, 20 euro za parking to byłaby lekka przesada… Z opresji wybawia nas sympatyczny Czech, z uśmiechem obserwujący całą scenkę i wymieniający nam odpowiednią ilość euro na korony. Dziękujemy! (Podobną historię mieliśmy w toalecie, zakończyła się również podobnie:)).

 Fontanna Trytonów na Placu Republiki powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.

Fontanna Trytonów na Placu Republiki powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.

No, podstawowe sprawy załatwione, zaczynamy nasz spacer po ołomunieckiej starówce. W drodze na rynek mijamy po prawej stronie kościół Matki Boskiej Śnieżnej z pocz. XVIII w. Zerkamy też na kościół św. Maurycego (XV/XVI w.). Jego sylwetka z zewnątrz nie wyróżnia się niczym szczególnym, natomiast w środku kryje się prawdziwy skarb: XVIII-wieczne organy z 10 tysiącami piszczałek.

Ołomuniecka uliczka, w tle Kościół MB Śnieżnej

Ołomuniecka uliczka, w tle Kościół MB Śnieżnej

Barokowy kościół MB Śnieżnej powstał na początku XVIII w.

Barokowy kościół MB Śnieżnej powstał na początku XVIII w.

Kościół św. Maurycego z dwiema asymatrycznymi wieżami pochodzi z przełomu XV i XVI w.

Kościół św. Maurycego z dwiema asymetrycznymi wieżami pochodzi z przełomu XV i XVI w.

Najpiękniejszym miejscem w Ołomuńcu jest Górny Rynek. Wzrok przyciąga piękna barokowa kolumna Trójcy Świętej. Podobno przy jej odsłonięciu obecna była sama cesarzowa Maria Teresa! Rangę zabytku podkreśla umieszczenie go na liście UNESCO. Na rynku dzieci i turyści zbierają się pod smukłym budynkiem renesansowego ratusza (XV w.) – najciekawiej tu o pełnych godzinach: figurki robotników (tak!) zegara astronomicznego na bocznej ścianie ruszają wtedy do swojej pracy – w ruch ruszają młotki i inne narzędzia – to pamiątka przebudowy z czasów socjalistycznych. Rynek to bardzo miłe miejsce – dookoła kawiarniane ogródki, urokliwe fontanny Cezara i Herkulesa, aż chciałoby się posiedzieć w jednej z knajpek i przy piwie spróbować słynnych ołomunieckich serków…

Górny Rynek

Górny Rynek

Kolumna Trójcy Przenajświętszej

Kolumna Trójcy Przenajświętszej

Zwieńczenie 35-metrowej kolumny.

Zwieńczenie 35-metrowej kolumny.

Ołomuniecka kolumna została wpisana na listę UNESCO.

Ołomuniecka kolumna została wpisana na listę UNESCO.

Renesansowy ratusz

Renesansowy ratusz

...z socrealistycznym zegarem astronomicznym!.

…z socrealistycznym zegarem astronomicznym!.

O pełnych godzinach lud pracujący rusza do pracy

O pełnych godzinach lud pracujący rusza do pracy

Współczesna fontanna Ariona nie kłóci się ze starszymi, barokowymi koleżankami

Współczesna fontanna Ariona nie kłóci się ze starszymi, barokowymi koleżankami

Po obejrzeniu rynku kierujemy się w stronę katedry św. Wacława. XII-wieczna świątynia była wielokrotnie przebudowywana, ostatnia przebudowa w XIX w. nadała jej cechy neogotyckie. Do katedry przylega zamek – jego najcenniejsze fragmenty to zachowana romańska wieża i XIV-wieczny pałac Przemyślidów. W parku otaczającym zamek od północnego-wschodu wypatrujemy bardzo przyjemny plac zabaw – może kiedyś zatrzymamy się tu z dziećmi przy okazji jakiejś podróży do Austrii. Mamy na to wielką ochotę, bo starówka w Ołomuńcu jest niezwykle przyjemna, a dziś nie mieliśmy okazji poznać jej dokładnie – spieszymy się, by skończyć spacer i ruszyć w dalszą drogę – dobrze byłoby dojechać na miejsce przed północą.

Katedra św. Wacława, pocz. XII w., przeb. ostatnio w XIX w.

Katedra św. Wacława, pocz. XII w., przeb. ostatnio w XIX w.

Kaplica św. Anny przy Pałacu Przemyślidów

Kaplica św. Anny przy Pałacu Przemyślidów

Ostatnie spojrzenie z Placu Wacława

Ostatnie spojrzenie z Placu Wacława

Ołomuniecki mural, warto się przyjrzeć... Selfie ma jednak długą tradycję

Ołomuniecki mural, warto się przyjrzeć… Selfie ma jednak długą tradycję:)

Dalsza podróż mija sprawnie, nie licząc burzy wylewającej na nas wiadra wody w okolicy granicy polsko-czeskiej. U Babci i Dziadka w Kraczkowej meldujemy się ok. 23:00. Jak dobrze od czasu do czasu móc bardzo stęsknić się za dziećmi! Przeogromnie dziękujemy Babci Urszuli i Stasi oraz Dziadkom Jerzemu i Jankowi za zaopiekowanie się naszymi słodkimi (…:)) pociechami!!!

Nasz czas: 5:30-23:00 (w tym spacer po Ołomuńcu) , ok. 1200 km.

Wieliczka z dziećmi

Wieliczka i Kraków

08.05.2016

Przed południem w Krakowie pochmurno i deszczowo, potem słońce, do 18 stopni

Czy można sobie zrobić jednodniowy citybreak z dziećmi? Oczywiście, że można – zwłaszcza, gdy mamy szybki i wygodny dojazd na miejsce, plan zwiedzania uwzględnia atrakcje dla dzieci i … kilkunastomiesięczniaki zostaną w domu:)

Zamiast zwiedzania Krakowa, dziś nacisk kładziemy na Wieliczkę. Dla najmłodszych organizowana jest tu specjalna trasa turystyczna – Solilandia. Zdecydowanie polecamy to rozwiązanie dla rodzin z dziećmi! Dorośli nic nie tracą, bo zwiedzanie przebiega po klasycznej trasie turystycznej, a dzieci zamiast słuchania długich opisów przewodnika spotykają Soliludka, uciekają przez Solizaurem, by na końcu dotrzeć do rządzonej przez Skarbnika Solilandii i spróbować prawdziwych solilizaków! Takiej Wieliczki jeszcze nie znaliście!

Dzisiejszy dzień był całkowitą niespodzianką dla starszych chłopaków. Chcieliśmy spędzić trochę czasu tylko z nimi, żeby choć trochę zrekompensować im niedawny brak rodziców – operacja Grzesia wyjęła nam niemal pełne dwa tygodnie z życiorysu. Wszyscy potrzebowaliśmy odrobiny luzu.

Rano Ciocia Małgosia przejmuje Grzesia, a my pakujemy chłopaków do samochodu i przed siebie. Panowie nie wiedzą, czego się spodziewać. Czy jedziemy na leśny spacer, a może do parku linowego, albo do kina? Tylko dlaczego bierzemy tyle kanapek? Czyżbyśmy mieli oglądać kilka filmów po kolei?

Po dojechaniu na dworzec zakres możliwych rozwiązań znacznie się zawęża. Już wiemy, że będzie pociąg. Chłopcy sprawdzają rozkład i po chwili zgadują, że obieramy kierunek na Kraków. Zaraz zaraz, to nie do końca prawda – w Krakowie przesiądziemy się w drugi pociąg! To już zupełnie ich rozbraja. To dokąd jedziemy? W góry, do jeszcze innego miasta, a może – jak zgaduje Sebuś – do Danii? Mamy ubaw po pachy. I my, i oni:)

Czekamy na nasz pociąg.

Czekamy na nasz pociąg.

Punkt 8:00 wsiadamy do pociągu. Ale dziś to nie byle jaki pociąg, tylko Pendolino! To atrakcja również dla nas, bo nigdy wcześniej Pendolino nie jechaliśmy. Zajmujemy miejsca przy czteroosobowym stoliku – bardzo dobre rozwiązanie dla rodziców podróżujących ze starszymi dziećmi. Gramy w Uno, w wojnę, w kartofla, wsuwamy jajecznicę w Warsie i nie wiadomo kiedy podróż ma się ku końcowi. Było szybko i komfortowo. Chłopcom podoba się wszystko (najbardziej toaleta:)), nam również. Może poza cenami biletów, które mocno uderzyły nas po kieszeni.

W Krakowie wysiadamy o 10:15, kupujemy bilet Kolei Małopolskich do Wieliczki i o 10:40 już jedziemy w kierunku naszego docelowego miejsca. Dopiero teraz odkryliśmy przed chłopcami wszystkie karty. A więc będziemy zwiedzać kopalnię soli! Ale fajnie!

Ze stacji w Wieliczce do Szybu Daniłowicza, skąd rozpoczyna się zwiedzanie, to tylko krótki spacer. Na miejscu zaskakuje nas ogrom różnojęzycznego tłumu turystów. Fakt, byliśmy tu ostatnio kilkanaście lat temu, od tego czasu wiele się zmieniło. Wieliczka przyciąga odwiedzających z całego świata. I bardzo dobrze, wszak mamy się czym chwalić!

Zwiedzanie rozpoczyna się od Szybu Daniłowicza.

Zwiedzanie rozpoczyna się od Szybu Daniłowicza.

Na szczęście nie musimy stać w imponującej kolejce do kas, tylko kierujemy się prosto do Działu Organizacji Imprez, gdzie odbieramy bilet na Solilandię (konieczna była wcześniejsza rezerwacja). To dodatkowa zaleta tej formy zwiedzania. Mamy wyznaczoną godzinę i zamiast tłoczenia się w kolejce, możemy miło spędzić czas w parku sąsiadującym z głównym wejściem do kopalni. Jak tu dużo się zmieniło! Otoczenie uporządkowano, teraz wszędzie wokół widać zadbane alejki, jest spory plac zabaw. Uwagę zwraca duża konstrukcja modrzewiowej tężni, która od 2014 przyciąga do Wieliczki nie tylko turystów, lecz także kuracjuszy.

Czekając na wstęp, rzucamy okiem na park Św. Kingi z niedawno wybudowaną tężnią.

Czekając na wstęp, rzucamy okiem na park Św. Kingi z niedawno wybudowaną tężnią.

Czekając na wejście, próbujemy uświadomić chłopcom, jak długą historię ma wielicka kopalnia soli i jak wielkim jest unikatem na skalę europejską, a nawet światową! Korytarze drążono tu już 10 wieków temu, a dużo wcześniej, od 3000 lat p.n.e. eksploatowano sól ze źródeł solankowych. Dowodem szerokiego uznania dla niezwykłości kopalni w Wieliczce było uwzględnienie jej już na pierwszej Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO z 1978 r.

Wieliccy przewodnicy czekają na swoje grupy.

Wieliccy przewodnicy czekają na swoje grupy.

O 11:45 po naszą grupę przychodzi przewodnik, stylowo ubrany w mundur wzorowany na górniczym stroju galowym, i na trzy godziny przenosimy się pod ziemię – w inny świat. Na dzień dobry zaliczamy zejście po 380 schodach w dół. Może to i żmudne, ale dzieciaki nie marudzą. Pokonanie tego dystansu na własnych nogach daje niezłe pojęcie o tym, jak głęboko schodzimy. Zaczynamy od 65 m, a kończymy nawet na 135 m pod ziemią!

Najpierw musimy zejść na dół po 380 schodach na głębokość 65 m.

Najpierw musimy zejść na dół po 380 schodach na głębokość 65 m.

Zwiedzanie zaczynamy od przywitania ze Skarbnikiem. Jeszcze go nie widać, ale dzieci przykładają swoje rączki do odcisku Skarbnikowej dłoni w słonej ścianie – to bilet to krainy Solilandii. Do tej bajkowej krainy zaprowadzą nas strzałki z wizerunkiem Skarbnika – najmłodsi turyści muszą bacznie wypatrywać ich na ścianach.

Przewodnik opowiada skrótowo o wydobyciu soli.

Przewodnik opowiada skrótowo o wydobyciu soli.

Dziś trasę wskazuje nam Skarbnik.

Dziś trasę wskazuje nam Skarbnik.

Chłopaki nie mogą uwierzyć, że wszędzie dookoła jest sól. No dobra, po polizaniu ścian już wierzą. Mamy wrażenie, że nawet powietrze wdychane ustami ma słony smak. Korytarze zamieniają się w korytarze, z jednej komory przechodzimy do innej. Odwiedzamy Komorę Kopernika z solną rzeźbą, wykonaną w 500-lecie urodzin Kopernika i kaplicę św. Krzyża. Komora Janowice z naturalnej wielkości rzeźbą św. Kingi to doskonały moment na zapoznanie dzieci z legendą wyjaśniającą, skąd wzięła się wielicka sól. Mijamy zrekonstruowane urządzenia służące do transportu soli. Naprawdę pięknie robi się w Komorze Pieskowa Skała. Schodzimy tu schodami w dół, pod nogami otwiera się przestrzeń. Z jednej strony przycupnęły trzy ponad stuletnie rzeźby krasnoludków, z drugiej widać fragmenty starych schodów wykutych w soli. Tymo wypatruje różne solne formy naciekowe – stalaktyty, a nawet jeden stalagmit i stalagnat. Największe wrażenie na wszystkich wywiera oczywiście największa na świecie podziemna świątynia – kaplica Św. Kingi. Kaplica została urządzona w końcu XIX w. w komorze powstałej po eksploatacji soli, a jej wystrój był tworzony przez ponad 70 lat przez górników-rzeźbiarzy. Chłopcy zachwycają się, że wszystko tu jest z soli – płaskorzeźby przedstawiające sceny z Nowego Testamentu, ołtarz, nawet ogromne żyrandole.

Zdjęcie dla Babci Urszuli

Zdjęcie dla Babci Urszuli

Św. Kinga przyjmuje pierścień znaleziony w bryle soli.

Św. Kinga przyjmuje pierścień znaleziony w bryle soli.

Ściany są słone. Kto nie wierzy, może sprawdzić.

Ściany są słone. Kto nie wierzy, może sprawdzić.

Komora Pieskowa Skała. Jak tu pięknie...

Komora Pieskowa Skała. Jak tu pięknie…

Te leciwe skrzaty mają już ponad 100 lat.

Te leciwe skrzaty mają już ponad 100 lat.

Z kopalni wciąż trzeba na bieżąco odprowadzać wodę.

Z kopalni wciąż trzeba na bieżąco odprowadzać wodę.

Dzieci słuchają soliludka, dorośli podziwiają wielickie plenery.

Dzieci słuchają soliludka, dorośli podziwiają wielickie plenery.

Kaplica Św. Kingi z kon. XIX w.

Kaplica Św. Kingi z kon. XIX w.

Soliludek przepytuje dzieci o znaczenie kolejnych płaskorzeźb.

Soliludek przepytuje dzieci o znaczenie kolejnych płaskorzeźb.

Żyrandol z krzyształów soli przyciąga uwagę każdego.

Żyrandol z krzyształów soli przyciąga uwagę każdego.

Słone klejnoty.

Słone klejnoty.

Kaplica Św. Jana

Kaplica Św. Jana

Na trasie zwiedzania bardzo atrakcyjne są też dwie komory z jeziorkami solankowymi – pięknie podświetlona Komora Barącza i Komora Weimar. Muzyka Chopina, słuchana pod ziemią w wyrobisku zalanym solanką, brzmi naprawdę wyjątkowo.

Piękna Komora Barącza.

Piękna Komora Barącza.

Komory komorami, zabytki zabytkami, dzieci zajęte są czymś innym. A czym? Szukaniem drogi do Solilandii! Po drodze czai się wiele niebezpieczeństw, w tym krwiożercze solizaury. Spotykamy nawet jaja jednego z nich. Dzień wcześniej jaja były cztery, dziś są tylko trzy. Oj, niedobrze, trzeba mieć się na baczności. Czy wiedzieliście, że Smok Wawelski tak naprawdę jest solizaurem? My też nie, a teraz już wiemy:)

Jaja solonia - może z nich wykluć się groźny solizaur.

Jaja solonia – może z nich wykluć się groźny solizaur.

W Komorze Pieskowa Skała czeka na nas niespodzianka. Śpiący soliludek! Na szczęście przy odrobinie wysiłku udaje się go obudzić. Od teraz już on prowadzi naszą grupę. Jest wesoło i dalsza droga mija w mgnieniu oka. Uff, w końcu udaje się, trafiamy do Solilandii. A tam czeka na nas Skarbnik, prawdziwa księżniczka – która, jak się okazuje, ukryła się w naszej grupie – i solilizaki o smaku… Zgadniecie? Nie zdradzimy!

Spotykamy śpiącego soliludka. Dzieci właśnie go obudziły.

Spotykamy śpiącego soliludka. Dzieci właśnie go obudziły.

Wreszcie docieramy do Solilandii!

Wreszcie docieramy do Solilandii!

Na koniec jeszcze pokaz multimedialny i atrakcja na deser – wyjazd prawdziwą górniczą widną!

Wow, wyjechaliśmy prawdziwą górniczą windą!

Wow, wyjechaliśmy prawdziwą górniczą windą!

Atrakcji było mnóstwo, więc wychodzimy porządnie zmęczeni. Już nawet nie mamy ochoty zostawać na obiad w podziemnej restauracji czy wjeżdżać na taras widokowy w monumentalnie wysokiej Komorze Staszica. Pod ziemią spędzamy ok 3 godzin, trzeba przejść spory kawałek drogi (ok. 3 km), dodatkowo zwiedzanie utrudniają wymuszone przestoje – w śluzach, podczas wymijania się z innymi grupami, w trakcie czekania na windę. Pod ziemią harmonogram jest napięty – grupa dosłownie goni grupę, ruch jak na Marszałkowskiej, trzeba pilnować dzieci. Zwiedzanie na pewno byłoby przyjemniejsze i bardziej kameralne poza sezonem. To zdecydowanie nie atrakcja dla maluszków (jak to dobrze, że byliśmy bez Grzesia…), ale kilkulatki czy dzieci w szkolnym wieku z pewnością wyjdą pełne wrażeń!

Po zwiedzeniu Wieliczki całą rodziną jesteśmy zgodni: czas na obiad. Po drodze kupujemy jeszcze obowiązkowe pamiątki – oczywiście wielicką sól. Jemy w karczmie położonej niedaleko stacji. Wszystkim apetyty dopisują; nie musimy czekać nawet na Sebusia.

Po obiedzie wskakujemy w pociąg powrotny do Krakowa. Składy Kolei Małopolskiej kursują na tej trasie co pół godziny, a podróż jest bardzo wygodna.

Do Krakowa docieramy dopiero ok 16:30. Szkoda, że jest tak późno – za godzinę musimy być już z powrotem na dworcu. Tyle chcieliśmy chłopcom pokazać, i rynek, i wzgórze wawelskie, i wawelskiego smoka. W trakcie jednego dnia to oczywiście niewykonalne – do Krakowa będziemy więc musieli zawitać ponownie. I dobrze!

Mając godzinę do dyspozycji, pozostaje nam tylko przystać na plan minimum – urządzamy sobie spacer na rynek i z powrotem. Po drodze pokazujemy chłopcom fotogeniczny barbakan – ten wyjątkowy przykład XV-wiecznej architektury militarnej przyciąga uwagę i dużych, i małych. Kto zgadnie, ile tu wieżyczek? A ile otworów strzelniczych? Po chwili już idziemy w różnojęzycznym tłumie po ulicy Floriańskiej. Z przyjemnością odnotowujemy, że średniowieczna Brama Floriańska została w ostatnich latach pięknie odrestaurowana.

Wychodzimy z pociągu i biegniemy na rynek!

Wychodzimy z pociągu i biegniemy na rynek!

Eklektyczna bryła Teatru im. J. Słowackiego (kon. XIX w.).

Eklektyczna bryła Teatru im. J. Słowackiego (kon. XIX w.).

Fragmenty zachowanych murów miejskich.

Fragmenty zachowanych murów miejskich.

W Bramie Floriańskiej wypatrujemy XVIII-wieczną płaskorzeźbę św. Floriana.

W Bramie Floriańskiej wypatrujemy XVIII-wieczną płaskorzeźbę św. Floriana.

Krakowski rynek bardzo się chłopcom spodobał. Mówili, że dobrze jest na własne oczy zobaczyć coś, co do tej pory widzieli tylko na kartkach podręczników szkolnych. Pokazujemy chłopcom kościół Mariacki i przepytujemy z legendy tłumaczącej różną wysokość wież, potem obchodzimy piękne renesansowe Sukiennice, spoglądamy w górę na ocalałą gotycką wieżę ratuszową, mijamy malutki kościół św. Wojciecha – jedną z najstarszych krakowskich świątyń, zwracamy uwagę na pomnik Mickiewicza i domykamy kółko, zaglądając na Plac Mariacki. Ten teren po dawnym cmentarzu to niezwykle malowniczy zakątek. Widok zamyka gotycki kościół św. Barbary, a przed nim – urokliwa postać krakowskiego żaka, ozdabiająca studzienkę.

Kościół Mariacki chłopcy znali dotąd tylko ze szkolnych podręczników.

Kościół Mariacki chłopcy znali dotąd tylko ze szkolnych podręczników.

Kraków bez dorożkarzy - niemożliwe!

Kraków bez dorożkarzy – niemożliwe!

Kwintesencja krakowskiego rynku.

Kwintesencja krakowskiego rynku.

My oglądamy Sukiennice, a chłopcy sprawdzają, czy z pompy leje się woda.

My oglądamy Sukiennice, a chłopcy sprawdzają, czy z pompy leje się woda.

Jedyna wieża pozostała z gotyckiego ratusza.

Jedyna wieża pozostała z gotyckiego ratusza.

Uroczy Plac Mariacki z kościołem Św. Barbary i figurką krakowskiego żaka na studzience.

Uroczy Plac Mariacki z kościołem Św. Barbary i figurką krakowskiego żaka na studzience.

Rynek zaskoczył chłopców głównie swoim rozmiarem. Idealny kwadrat o boku 200 m na każdym chyba robi wrażenie. My też chętnie przypomnieliśmy sobie, jak oddycha się w sercu Krakowa. Mamy wrażenie, że z roku na rok jest tu coraz więcej turystów. Dziś ani na chwilę nie można było spuścić dzieci z oczu. Choć w sumie to powinniśmy się tylko cieszyć, że to piękne miasto jest tak chętnie wybieranym celem turystycznych wizyt.

Czas nas goni, pora wracać na dworzec. Dziś Kraków tylko liznęliśmy. No ale naszym głównym celem była przecież Wieliczka, a na dokładniejsze zwiedzanie przyjdzie czas, jak wszyscy trzej chłopcy podrosną. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze tylko na szybkie lody – dla chłopaków to równie wielka frajda jak wszystkie dotychczasowe dzisiejszego dnia.

Uff, atrakcji na dziś dość. Pora do domu.

Uff, atrakcji na dziś dość. Pora do domu.

O 17:45 wyruszamy w stronę domu. Tym razem niemal wszystkie miejsca w wagonach są zajęte – jedziemy w weekendowej fali powrotów.

Podróż mija błyskawicznie. W pociągu chłopcy czytają pamiątkę z Wieliczki – książkę Beaty Kołodziej „Pamiętnik wielickiego skrzata”. Kogo zainteresowała Solilandia i jej mieszkańcy, koniecznie powinien do niej zajrzeć!