Wycieczka na Wielką Rawkę i Krzemieniec (Kremenaros)

2 maja 2017, wtorek

Umiarkowane zachmurzenie, temperatury prawie letnie, a deszcz dopiero wieczorem

Przełęcz Wyżniańska – Mała Rawka – Wielka Rawka – Kremenaros (Krzemieniec)

W ostatni dzień naszego wspólnego bieszczadowania wybieramy się na Rawki i Krzemieniec. To dość długa i momentami nużąca trasa, ale bez trudności technicznych – w dzień z odpowiednią pogodą nadaje się dla odpowiednio wyekwipowanych rodzin z dziećmi. Trudy zmęczenia wynagradza moc wrażeń. Szlak ma bieszczadzki oddech. Jak już wdrapiemy się na Małą Rawkę, zapomnimy o całym trudzie. Rawki mają sławę jednego z najlepszych bieszczadzkich punktów widokowych – podobno przy dobrej pogodzie widać stąd nawet Tatry! Dziś widoczność nie jest aż tak dobra, jednak nawet mimo to widoki z Rawek zapadają w pamięć. Największym utrudnieniem wędrówki jest dziś zalegające na szlaku błoto i pośniegowa breja. Naszą poprzednią, listopadową wycieczkę na Rawki (z pięknymi widokami na dole, ale z zerową widocznością na górze) opisujemy tutaj.

Ruszamy z zatłoczonego parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej. Na szczęście większość turystów rusza na północ w kierunku Połoniny Caryńskiej (fotorelacja z pięknej jesiennej wycieczki na Caryńską tu); naszą trasę wybiera mniej osób – ruch turystyczny jest oczywiście nasilony, ale nie bardzo uciążliwy.

Zazwyczaj odcinki szlaków do schronisk nie oferują widoków i są mało interesujące. Dojście do Bacówki PTTK Pod Małą Rawką przeczy tej zasadzie. Cały czas towarzyszą nam piękne widoki na połoniny, panoramy są rozległe, a wijąca się droga niezwykle malownicza. Z maluszkiem warto podejść nawet 20 minut tylko do bacówki, a wycieczka dostarczy wspaniałych wrażeń. Schronisko przyjmuje turystów już prawie od 40 lat i wciąż cieszy się dużą popularnością. W bacówce jest przyjemna, domowa atmosfera, można tu też dobrze zjeść – testowaliśmy na sobie 🙂

Parkujemy na Przełęczy Wyżniańskiej (855 m) i ruszamy przed siebie.

Wokół feeria wiosennych barw.

Przed nami rysuje się grzbiet Rawek.

Przy bacówce skręcamy w prawo. Jeszcze przez chwilę towarzyszy nam widok na Caryńską.

My dziś oczywiście idziemy dalej. Przy schronisku szlak skręca w prawo i wchodzi w bukowy las. Po chwili do uszu dobiega szum potoku, tworzącego tu malownicze kaskady. Szlak wznosi się coraz stromiej w górę – na stosunkowo niedużym odcinku musimy wejść 400 m w górę. Robi się nużąco, a sytuacji nie ułatwia śliskie błoto pod nogami. W partiach szczytowych szlak na szczęście się wypłaszcza. Jeszcze kilka kroków i stajemy na szczycie Małej Rawki (1272 m n.p.m.). Z chęcią rozsiadamy się na trawie na krótki postój. Pod nami lasy w wiosennej zieleni, a tutaj płaty śniegu i zupełnie jeszcze brązowe trawy – na tej wysokości wiosna jeszcze na dobre się nie rozgościła. Maluchy z apetytem zjadają obiadowe słoiczki, grzane w kubkach z gorącą wodą z termosu. Sielankę przerywa krzyk Grześka – chwila nieuwagi, a on już odkręcił termos i jego zawartość wylał sobie na nogi. Szybko ściągamy mu spodnie – na szczęście oparzenie jest niewielkie. Jak to przy dzieciach trzeba ciągle uważać! Dobrze, że mamy kilka sztuk zapasowych ubrań – te mokre wywieszamy na plecaku – na końcu wycieczki są już zupełnie suche.

Szlak wprowadza w piękny bukowy las.

Na razie idzie się bardzo przyjemnie – właściwe podejście jeszcze przed nami.

Niektóre buki mają tak wymyślne kształty, że trudno schować aparat.

Po prawej potok tworzy malownicze kaskady.

Z kumplem podchodzi się o niebo łatwiej niż w samotności.

Im wyżej, tym trudniejsze warunki na szlaku.

Hura! Mała Rawka (1272 m n.p.m.)!

Trzeba wrzucić coś na ząb.

A potem można podziwiać widoki… W tle majaczy Wetlińska.

Po odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Wielkiej Rawki. Dookoła wspaniałe widoki, więc wędrówka to sama przyjemność, tym bardziej, że idziemy właściwie po jednej poziomicy – przełączka rozdzielająca Rawki jest bardzo płytka. 20 minut marszu i stajemy na szczycie Wielkiej Rawki (1304 m) z charakterystycznym betonowym słupem geodezyjnym. Ten znak rozpoznawczy Wielkiej Rawki stanowił niegdyś element sieci geodezyjnej I stopnia, co oznacza, że w stosunku do m.in. rawiańskiego słupa definiowano mapy. Choć urodą nie grzeszy, turyści niezmiennie robią sobie z nim zdjęcie. Jak byliśmy tu ostatnio, widać było tylko ten słup;), teraz na szczęście mamy możliwość podziwiania szerszej panoramy – widok na każdą stronę jest bardzo rozległy.

Ruszamy dalej. Przed nami Wielka Rawka w całej okazałości.

Grzbietowy odcinek wędrówki jest niesamowicie przyjemny.

Na szczytach barwy jeszcze zupełnie jesienne – ale wiosna już tu idzie!

Przełączka rozdzielająca obie Rawki jest bardzo płytka, więc wędrówka nie jest męcząca.

Pięknie poprowadzona ścieżka wprowadza na kulminację Wielkiej Rawki.

Dla niezdecydowanych. W każdą stronę równie pięknie!

Karłowate buki są jeszcze popielato-wrzosowe.

Rzut oka za siebie – jak pięknie prezentuje się stąd Mała Rawka!

Ach, jak te Bieszczady chwytają za serce…

Wielka Rawka (1304 m) i obowiązkowe zdjęcie pod słupem geodezyjnym.

Chwila wytchnienia na Wielkiej Rawce – pod nogami mamy cały świat!

Z Wielkiej Rawki obniżamy się ok. 200 metrów na przełęcz oddzielającą Rawkę od Kremenarosa, przeklinając w duchu perspektywę późniejszego nadrabiania straconej wysokości. To ciekawy odcinek, bo niemal w całości biegnie polsko-ukraińską granicą. Dodatkową atrakcją są na swój sposób malownicze słupy graniczne – biało-czerwony i niebiesko-żółty szpaler to wdzięczny temat fotograficzny i frajda dla dzieciaków – raz można być w jednym kraju, a za chwilę w drugim! Najciekawiej jest jednak na szczycie granicznego Krzemieńca (Kremenarosa, 1221 m n.p.m.) – zbiegają się tu granice trzech państw – Polski, Ukrainy i Słowacji. Miejsce trójstyku jest oznaczone symbolicznym trójściennym obeliskiem – fotki obowiązkowe! Krzemieniec nie oferuje widoków, ale ze względu na ten wymiar symboliczny jest szczytem ze wszech miar wartym odwiedzenia!

Zejście z Wielkiej Rawki w kierunku Kremenarosa

Schodzi się cudownie lekko. Tylko potem trzeba będzie nadrobić straconą wysokość.

Szlak zbliża się do granicy polsko-ukraińskiej.

Grześ bardzo dzielnie idzie sam, zbierając z wszystkich stron pochwały.

Raz w Polsce…

…a raz na Ukrainie!

Szlak sprowadza na położoną ok. 200 m niżej przełęcz.

Tu rozsiadamy się na drugi dłuższy postój. Starszaki zalegają na trawie, za to Grzesiek kipi energią, mimo że znaczną część drogi przeszedł dziś na własnych nóżkach. Maluchy miewają lepsze i gorsze dni. Jak dobrze, że na dzisiejszą wycieczkę wypadł Grześkowi akurat ten lepszy:) Nasz najmłodszy turysta przeszedł dziś na własnych nogach ok. 1/4 całego dystansu i prawie nie marudził!

Szczyt Kremenarosa (1221 m) – wycieczka do zdjęcia!

Zdecydowanie zasłużyliśmy na odpoczynek.

Niektórzy mają nawet miejsca leżące!

…i twardy jak kamień plecak pod moją głową…

Wracamy tą samą drogą. Najgorszy punkt programu to oczywiście ponowne podejście pod Wielką Rawkę po obniżeniu się na przełęcz za Kremenarosem. Odcinek daje się we znaki, ale bez przesady – wysokość zdobywamy dość szybko. Kolejne trudniejsze miejsce to strome zejście z Małej Rawki – na szlaku leży błoto pośniegowe i nietrudno o pośliźnięcie i upadek, o co martwią się zwłaszcza tatusiowie taszczący najmłodszych turystów na plecach. Na szczęście wszystko przebiega bez problemów i już niedługo znów meldujemy się przy bacówce. Kupowanie pamiątkowych koszulek, stemplowanie pocztówek i można wracać na dół.

Było miło, ale co robić – wracamy.

Zeszło się łatwo, gorzej z ponownym podejściem.

Grześ kipi dziś energią. Znowu nam gdzieś ucieka.

Już trochę zmęczeni, ale nie ma rady, idziemy dalej.

Od tej strony Wielka Rawka prezentuje się wyjątkowo pięknie.

Wielka Rawka za nami, idziemy w kierunku Małej.

Takie widoki chciałoby się zapisać w głowie na jak najdłużej.

Za Małą Rawką, delikatnie mówiąc, warunki na szlaku nie należą do najlepszych.

Skręcamy na ostatnią prostą do Bacówki pod Małą Rawką.

Jeszcze chwila i stajemy przy schronisku. Teraz trudniej zebrać całą wycieczkę do zdjęcia.

Jak tylko stajemy na parkingu, zaczyna padać deszcz. Ale mieliśmy dziś szczęście – chmury kłębiły się na horyzoncie przez cały dzień! Wycieczka była bardzo udana, do polecenia na każdą porę roku. Po opadach szlak bywa jednak – jak to w Bieszczadach – bardzo błotnisty. Zimą trzeba też pamiętać, że okolice Rawek to jeden z niewielu w Bieszczadach terenów, gdzie możliwe jest zejście lawin. Przy stabilnej pogodzie można się tu wybrać nawet z 6-7 letnimi dziećmi zaprawionymi w górskich wędrówkach (lub z młodszymi w nosidełkach).

Nasz czas: 10:15-16:45, ok. 12 km i 700-800 m przewyższenia

Wieczór mamy przemiły. Wspólne ognisko, żarty, śpiewanie – tak nam wesoło, że dołączają się  do nas nawet inni goście z naszej kwatery! Dzieciaki szybko znajdują wspólny język z sympatycznym harcerzem Michałem z Poznania (pozdrawiamy!). Szkoda, że wspólny wyjazd tak szybko dobiega końca.

Pożegnalne ognisko Bieszczady 2017.

Bieszczady, 2015.11

 

Mamy już wieloletnią tradycję listopadowych wyjazdów w góry. Dzięki temu łatwiej znieść jesienną szarugę. Do tej pory zawsze wyjeżdżaliśmy we dwoje. W tym roku jednak starsi chłopcy byli tak dzielnymi kompanami w Pieninach, że obiecaliśmy im zabrać ich w Bieszczady. Słowo się rzekło…

10 listopada, wtorek

Przelotny deszcz, chociaż ciepło, do 15 st.

Warszawa-Kraczkowa

Grześ tym razem został w Warszawie z Babcią, a my prosto po szkole i pracy ruszyliśmy ok. 15:45 w kierunku Rzeszowa. Zaplanowaliśmy nocleg u Rodziców R. Jechało się średnio, ale po 6 godzinach (w tym postój w Ostrowcu Świętokrzyskim) dotarliśmy przed 22:00 na miejsce.

Nie obyło się bez przygód. W drugim tygodniu od kupna nowego samochodu zaliczyliśmy pierwszą kolizję z… łanią. Na szczęście refleks R. pozwolił sporo wyhamować i zwierzę ocalało, a nasza „ciężarówa” wyszła z przygody jedynie z niewielkimi obrażeniami (straciliśmy jeden spryskiwacz reflektora, a zderzak udało się z poodginać bez konsekwencji) – niech żyje Doblo! To już nasza druga kolizja ze zwierzęciem leśnym w porze zmierzchu. Przejeżdżając przez obszary niezabudowane, naprawdę trzeba uważać.

U Babci i Dziadka szybko spacyfikowaliśmy bardzo już zmęczonych chłopców i siebie. Dobrze, że możemy tu się przespać, bo droga w Bieszczady z Warszawy jest wyjątkowo długa.

 

11 listopada, środa

Ponuro, momentami mżawka, ale ciepło, do 13 st.

Na Przysłop Caryński

Niestety, nie może być za różowo. Rano Sebuś budzi się chory i z silnym kaszlem. W końcu dostaje antybiotyk i zostaje z Babcią i Dziadkiem. Obiecujemy mu „worek pamiątek i prezentów” oraz perspektywę przyszłego wyjazdu tylko z nim, we troje. Pytamy Tyma, czy woli zostać razem z Sebkiem, czy jechać w góry. Naszej najstarszej pociechy nie zraża jednak ani deszcz, ani perspektywa długiego wchodzenia pod górę. Postanawia jechać z nami.

Przejeżdżamy bardzo uroczymi drogami przez Łańcut, Dubiecko i dalej w kierunku Ustrzyk Dolnych i Górnych. Po dwuipółgodzinnej jeździe zatrzymujemy się w Bereżkach na parkingu przy sympatycznie położonym polu namiotowym (oczywiście obecnie pustym).

Żółty szlak na Przysłup Caryński jest malowniczo przysypany bukowymi liśćmi. Przez to jeszcze bardziej musimy uważać na błotniste bieszczadzkie pułapki. Przechodzimy kilkakrotnie po kamieniach przez piękny potok. Szlak początkowo ciągnie się jego brzegami, a w drugiej części trasy wznosi się nieco stromiej przez piękną buczynę. Wchodzenie urozmaicamy sobie wyszukiwaniem piosenek ze słowami na literę A. Zabawa do polecanie! Tymo to kumpel na medal. Czy my naprawdę tu jesteśmy? Bukowo, listopadowo, jest cudnie!

Z Bereżek na Przysłup Caryński.

Z Bereżek na Przysłup Caryński.

Przekraczanie potoku to atrakcja nie lada.

Przekraczanie potoku to atrakcja nie lada.

Wszystkie kolory listopada.

Wszystkie kolory listopada.

Bukowo pod nogami.

Bukowo pod nogami.

Widok z przełęczy jest piękny. Można spojrzeć na połoniny z nieco innej perspektywy. Stok Magury Stuposiańskiej kusi, by wspiąć się na szczyt. Dzisiaj jednak za późno wyszliśmy i nie zdążylibyśmy przed zmrokiem. Szybko schodzimy więc kilkadziesiąt metrów w dół i po chwili, witani przez sympatycznego wilczura, meldujemy się przy schronisku.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Bieszczadzka panorama z Przysłupu Caryńskiego.

Bieszczadzka panorama z Przysłupu Caryńskiego.

Schronisko Koliba ma prawdziwie górską atmosferę. To zaledwie kilkuletni budynek z bali z sympatyczną jadalnią i bufetem czynnym od 8:00 do 20:00. W jadalni siedzimy sami, podziwiając widok na połoniny. Żurek, fasolka i pierogi ruskie smakują świetnie po takim spacerku. Tymo wybiera jajecznicę i też jest zachwycony. To już prawdziwie wytrawny turysta. Cieszymy się, że jest z nami i że tak połknął górskiego bakcyla!

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Powrotną drogę umilamy sobie… szukaniem piosenek zawierających słowa na literę B („będzie prościej, będzie prościej, będzie jaśniej!”) – to naprawdę świetna zabawa dla wszystkich! Po niespełna trzech godzinach od wyjścia stajemy się przy naszym dostawczaku o 15:30 i ruszamy do zarezerwowanego domku w Strzebowiskach. Przeszliśmy dzisiaj 5,5 km w klimatycznej listopadowej szarudze i wróciliśmy kompletnie ubłoceni. Ale było fajnie!

Wracamy do Bereżek

Wracamy do Bereżek

Na miejscu czeka na nas rozpalony kominek i zapas drewna chyba na tydzień. Zmieścilibyśmy się tu spokojnie całą naszą rodzinką, nawet z „dokładką”. Trochę tylko pusto bez Sebunia i Grzesia… Rozpakowujemy się, wybieramy zdjęcia, opisujemy dzień i spędzamy przyjemny wieczór w pachnącym kominkiem domku.

Niestety, atmosferę psuje nam wiadomość od Babci Urszuli, że Grześ jest przeziębiony i ma stan podgorączkowy. Zastanawiamy się: wracać do domu czy nie? Czy nie możemy chociaż jeden dzień niczym się nie martwić? To chyba pytanie retoryczne…

 

12 listopada 2015, czwartek

Niżej przejaśnienia, a na szczytach idziemy w chmurach z silnym wiatrem

Na Małą i Wielką Rawkę

Po telefonicznym załatwianiu konsultacji lekarskich Grzesia wyjeżdżamy dość późno i dopiero o 9:30 ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej. Drogą do Bacówki PTTK pod Małą Rawką szliśmy już trzy lata temu z Tymkiem i niespełna trzyletnim Sebusiem. Dzisiaj szybko przechodzimy ten bardzo przyjemny fragment trasy i mijając schronisko, zaczynamy właściwe podejście na Małą Rawkę.

Ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej.

Ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej.

Kierujemy się w stronę Bacówki pod Małą Rawką.

Kierujemy się w stronę Bacówki pod Małą Rawką.

'Bomby bomby' to dla nas niemal symbol tego miejsca.

‚Bomby bomby’ to dla nas niemal symbol tego miejsca.

Przełęcz Wyżniańska zostaje za nami.

Przełęcz Wyżniańska zostaje za nami.

Nasz cel gdzieś przed nami.

Nasz cel gdzieś przed nami.

Jest błotniście i coraz bardziej stromo. Znowu we wchodzeniu pomagają nam zabawy w szukanie piosenek z wyrazami na określoną literę i wymyślanie fajnych zagadek. Spoglądamy na kaskady potoku Prowcza. Zdyszani, zatrzymujemy się na łyk herbaty. Ale listopadowy dzień jest krótki, czas ruszać dalej. Krok za krokiem zdobywamy wysokość. W okolicy szczytu przyglądamy się z uwagą ciekawym karłowatym bukom. Ich pnie i korzenie są wymyślnie poskręcane. Jakże trudno przeżyć w tak trudnych warunkach! W pobliżu górnej granicy lasu buki stopniowo zastępuje górska odmiana jarzęba pospolitego. Te skarłowaciałe drzewka zastępują tutaj piętro kosodrzewiny, którego zupełnie brak – jakie to wszystko ciekawe! Robimy sobie tutaj postój, uzupełniając kalorie przed spacerem szczytowym.

Na Małą Rawkę.

Na Małą Rawkę.

Im dalej tym stromiej.

Im dalej tym stromiej.

Dziś znów pod nogami bukowy dywan.

Dziś znów pod nogami bukowy dywan.

Przed szczytem karłowate buki ustępują miejsca jarzębinom.

Przed szczytem karłowate buki ustępują miejsca jarzębinom.

Listopadowy postój tuż przed szczytem Małej Rawki.

Listopadowy postój tuż przed szczytem Małej Rawki.

Najciekawiej miało być na szczytach, bo przecież Rawki słyną z rozległych widoków. Niestety, dzisiaj wchodzimy w chmury, a do tego zaczyna strasznie wiać. Dla Tyma to jednak również nowe i ciekawe doświadczenie. Na szczęście nie mamy już dużej odległości do pokonania. Szybko przechodzimy przez Małą Rawkę (1267 m n.p.m.) i po przejściu niewielkiej przełączki wchodzimy na nieco okazalszą, ale też bardziej rozciągniętą Wielką Rawkę (1307 m n.p.m.).

Na Małej Rawce (1267 m n.p.m.).

Na Małej Rawce (1267 m n.p.m.).

Wokół coraz gęstsze chmury.

Wokół coraz gęstsze chmury.

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Wszystkim we znaki daje się dziś wszechobecne błoto – to prawdziwy znak rozpoznawczy Bieszczadów! Tymo jednak nie zraża się i wyraźnie nakręcony stwierdza, że dzisiaj dwukrotnie pobił swój rekord wysokości, poprzednio ustanowiony w czerwcu na Skrzycznem. Śmieszy nas trochę ustawienie tabliczki Wielka Rawka dopiero na rozstaju szlaków, sporo poniżej właściwej kulminacji. Zdjęcie szczytowe robimy przy resztkach obelisku i wieży triangulacyjnej. Silny wiatr przeganiający wilgotne chmury przez kopuły szczytowe nie pozwala na dłuższe podziwianie widoków.

Wracamy tą samą drogą.

Wracamy tą samą drogą.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na krótki odpoczynek już w zacisznym lesie. Mijamy dzisiaj przez cały dzień kilkanaście sympatycznych osób, z którymi wymieniamy się uwagami na temat rozległych panoram;-). Zgłodniali docieramy do schroniska około 13:40.

Bacówka PTTK pod Małą Rawką.

Bacówka PTTK pod Małą Rawką.

Bacówka pod Małą Rawką wita nas przyjemnym ciepłem. Pałaszujemy przepyszne naleśniki z jagodami (Tymo z czekoladą), a potem ogromne porcje pierogów z mięsem i placków z gulaszem. Dla Tymka i Sebka kupujemy koszulki z bieszczadzkim rysiem. Schroniskowe koty dopełniają atmosfery miejsca. Z chęcią tu jeszcze kiedyś wrócimy. Zejście do samochodu od schroniska to już krótki spacerek. Meldujemy się szybko w naszym doblaku i pędzimy do przemiłego domku.

Nasz czas: 5,5 godziny, dystans: ok. 6 km, przewyższenie: 550 m.

Po południu poza zdjęciami i opisem trasy musimy trochę popracować, a Tymo odrobić lekcje, bo w końcu dzisiaj były normalne zajęcia. Po kolacji oglądamy kolejną część Harry’ego Pottera, korzystając z nieobecności Sebusia, który jeszcze nie czytał książek.

 

13 listopada 2015, piątek

Piękny, słoneczny dzień, do 9 st., na szczytach silny wiatr

Na Połoninę Caryńską

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Planowaliśmy raniutko wyruszyć na Tarnicę, której nadal brakuje nam w rodzinne kolekcji Korony Gór Polski. Niestety, dzisiaj rozchorował się nasz trzeci chłopak. Spokojnie, spokojnie, tylko nie dajmy się zwariować. Tymo nad ranem zaczyna się skarżyć na ból brzucha. Wszystko kończy się na szczęście tylko kilkugodzinnym osłabieniem i biegunką, ale plany trzeba było zmienić. Z domku wyruszamy dopiero ok. 10:30, planując wejście do Chaty Socjologa na Otrycie i zwiedzanie cerkwi w okolicach Lutowisk i Czarnej.

Z samochodu widzimy jednak piękne słońce i cudne rozległe widoki, których wczoraj tak bardzo nam brakowało. Szybko zmieniamy więc plany i zatrzymujemy się tak jak wczoraj na Przełęczy Wyżniańskiej. Jeszcze przed 11:00 ruszamy w kierunku szczytu Połoniny Caryńskiej.

Przed nami nasz cel - Połonina Caryńska.

Przed nami nasz cel – Połonina Caryńska.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) - stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) – stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) - stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) – stąd ruszamy.

Po paruset metrach Tymo znowu źle się czuje… Zmusza nas to do przymusowego postoju. Na szczęście po kilkunastu minutach nasz dzielny harcerz regeneruje się – ruszamy dalej. Po lepszym dopasowaniu grubości stroju do warunków pogodowych (intensywne słońce i spore nachylenie podejścia szybko nas rozgrzały) idzie się znacznie lepiej i dalsza droga mija już bez niespodzianek.

Najpierw szlak wiedzie przez bukowy las.

Najpierw szlak wiedzie przez bukowy las.

Co chwilę odsłaniają się widoki na Połoninę Wetlińską.

Co chwilę odsłaniają się widoki na Połoninę Wetlińską.

Szlak prowadzi dość stromo nachylonym zboczem na przemian przez łąki, zagajniki i piękny bukowy las. Na wysokości ok. 1150 m n.p.m. mijamy górną granicę lasu z malowniczo powykrzywianymi bukami (krzywulcami). Dalej szlak prowadzi połoniną. Tymusia bardzo interesują pojedynczo rosnące świerki ze sztandarowym układem gałęzi. Widać, jak rośliny walczą tu z silnym wiatrem. Po dojściu na grań sami odczuwamy siłę żywiołu. Wracamy do cieplejszych ubrań i zakapturzeni kierujemy się w stronę najwyższej kulminacji połoniny.

I znów wchodzimy do lasu.

I znów wchodzimy do lasu.

Charakterystycznie ukształtowane bukowe pnie.

Charakterystycznie ukształtowane bukowe pnie.

Widok w stronę Tarnicy.

Widok w stronę Tarnicy.

Idziemy do połączenia szlaków na szczycie połoniny.

Idziemy do połączenia szlaków na szczycie połoniny.

Widoki z partii szczytowej Połoniny Caryńskiej zapierają dech w piersiach. W znacznej części rekompensują nam wczorajszy brak panoram. Nie możemy się oprzeć przed robieniem kolejnych fotek. Na samym szczycie (1297 m n.p.m.) zadziwia nas brak wiatru – to specyficzna konfiguracja skałek osłania nas i pozwala na spokojny postój z przepiękną panoramą. Połonina Wetlińska, Rawki, Tarnica, Magura Stuposiańska – wszystko jak na wyciągnięcie ręki.

Na szczycie Połoniny Caryńskiej.

Na szczycie Połoniny Caryńskiej.

Idziemy w kierunku zachodnim.

Idziemy w kierunku zachodnim.

Rzut oka na wschód w stronę Tarnicy.

Rzut oka na wschód w stronę Tarnicy.

Wchodzimy na najwyższą kulminację Połoniny Caryńskiej.

Wchodzimy na najwyższą kulminację Połoniny Caryńskiej.

Kruhly Wierch - najwyższa kulminacja Połoniny Caryńskiej.

Kruhly Wierch – najwyższa kulminacja Połoniny Caryńskiej.

Połonina Wetlińska widziana z Caryńskiej.

Połonina Wetlińska widziana z Caryńskiej.

Widok na południe - majaczą słowackie szczyty.

Widok na południe – majaczą słowackie szczyty.

Widok na Magurę Stuposiańską. Widać schronisko Koliba.

Widok na Magurę Stuposiańską. Widać schronisko Koliba.

Posileni i napojeni kilka minut po 14:00 ruszamy w dół. Schodzi nam się bardzo sprawnie. Nawet z krótkimi postojami zejście zajmuje mniej niż godzinę. Staramy się zapamiętać te piękne widoki, aby pozostały z nami na następne tygodnie jesiennej szarugi. Takie wyjazdy bardzo pomagają nam przetrwać listopad – chyba najsmutniejszy miesiąc w roku.

Nasz czas: 3 godziny, dystans ok. 4,5 km, a przewyższenie: ok. 450 m

Po wycieczce żołądki grają nam marsza, więc kierujemy się prosto do kultowej „Bazy ludzi z mgły” w Wetlinie. Jednak knajpa czynna jest od otwarcia do zamknięcia, co dzisiaj oznacza od 18:00. Zmieniamy więc lokal i podjeżdżamy do Hotelu Górskiego PTTK. Tutejsza restauracja ma klimat rodem z PRL (ale w dobrym tego słowa znaczeniu). Walory smakowe nie urzekają nas jednak szczególnie (wybór dań poza sezonem również). Ale co tam, i tak jest fajnie!

Wieczorem w domku planujemy kolejny wyjazd, czyli noworoczny pobyt w Beskidzie Wyspowym, w Kasinie Wielkiej.

*****

Następnego dnia rano budzi nas kolejny telefon od Babci o utrzymującej się temperaturze u Grzesia. Okazuje się, że infekcja wirusowa zakończyła się zapaleniem obojga uszu. W takiej sytuacji decydujemy się na wcześniejszy powrót do domu. Zamiast na Tarnicę przyjmujemy azymut na Rzeszów, skąd odbieramy Sebusia, po czym wracamy prosto do Warszawy. Cóż, wyjazdy z dzieciakami takie właśnie są – nieprzewidywalne. Tarnica poczeka – może chce, żebyśmy stawili się na niej w komplecie? Dziękujemy Dziadkom za pomoc w opiece nad młodszymi chłopcami – dla tych dwóch dni i tak było warto!