Cergowa – wieża widokowa i ślady św. Jana z Dukli

Wycieczka na jeden z „najhonorniejszych” szczytów Beskidu Niskiego. Mimo swojej niewielkiej wysokości (716 m n.p.m.) to góra z charakterem. Sylwetka Cergowej dumnie góruje nad okolicą Dukli – już z oddali widać wydłużony zalesiony grzbiet z wyraźnie zaznaczoną kulminacją, o stromych i spadzistych stokach. Szlak na Cergową to jedna z najatrakcyjniejszych wycieczek, jakie można odbyć w Beskidzie Niskim. Od 2018 r. na szczycie stoi solidna wieża widokowa – dzięki niej można cieszyć oczy wspaniałym widokiem od Bieszczadów po Tatry. Drogę na szczyt uatrakcyjniają miejsca związane z pamięcią XV-wiecznego zakonnika i pustelnika, św. Jana z Dukli. Piękna przyroda, piękne widoki, po prostu piękna wycieczka!

Continue reading

Główny Szlak Świętokrzyski – Pasmo Jeleniowskie

Odcinek przez Pasmo Jeleniowskie to bardzo miłe zwieńczenie/rozpoczęcie Głównego Szlaku Świętokrzyskiego. Czeka Was cały dzień wędrowania przez pachnące świetliste bukowo-jodłowe lasy – trudno wyobrazić sobie bardziej relaksującą wycieczkę! Szkoda tylko, że to nasz najkrótszy odcinek GSŚ (18 km), bo chciałoby się iść przed siebie jeszcze przynajmniej kilka kilometrów dalej!

Pierwsza część szlaku to dwa dłuższe, ale niezbyt uciążliwe podejścia, wyprowadzające na najwyższe szczyty pasma – Jeleniowską i Szczytniak – trzecie pod względem wysokości wzniesienie Gór Świętokrzyskich. Potem jest jeszcze przyjemniej. Szlak prowadzi przez piękny świetlisty las, równomiernie tracąc wysokość, z bardzo już krótkimi podejściami. Przed zejściem ze Szczytniaka nie zapomnijcie jednak zejść kilkadziesiąt metrów na północ czarnym szlakiem – tylko tutaj można legalnie przejść przez świętokrzyskie gołoborze!

Continue reading

Główny Szlak Świętokrzyski – Łysogóry

Co Wam się kojarzy z Górami Świętokrzyskimi – Łysogóry, Święty Krzyż i Łysica? No pewnie! I chociaż przejście GSŚ pozwala poszerzyć horyzonty i spojrzeć na Góry Świętokrzyskie z zupełnie innej perspektywy, to na tym akurat odcinku wracamy do korzeni, czyli właśnie w Łysogóry, i to w znacznie rozszerzonej wersji. Dotychczas bowiem wchodziliśmy tylko krótkimi szlakami na Łysicę albo Łysą Górę. A tym razem mamy nareszcie możliwość przejścia wzdłuż całego pasma Łysogór!

Na tym odcinku szlaku pierwsze skrzypce gra wspaniała przyroda Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Przepiękne okazy jodeł i buków oraz puszcza pozostawiona w naturalnym kształcie zachwycają o każdej porze roku. Dodatkowo wyjątkowe gołoborza w okolicy obu głównych szczytów oraz historyczny zespół klasztorny na Świętym Krzyżu i Muzeum Świętokrzyskiego PN dopełniają atrakcyjności tego odcinka trasy.

Łysogóry to najczęściej uczęszczane pasmo Gór Świętokrzyskich. Przed wyruszeniem na szlak nieco obawialiśmy się wzmożonego ruchu turystycznego, na szczęście jednak większe zagęszczenie turystów było widoczne niemal wyłącznie na szlakach dojściowych do najwyższych szczytów Łysogór, natomiast zarówno pomiędzy Kakoninem a Hutą Szklaną, jak i na ostatnim odcinku między Łysą Górą a Paprocicami mogliśmy cieszyć się ciszą i spokojem – mimo słonecznego weekendowego dnia spotykaliśmy tylko pojedyncze osoby.

Continue reading

Główny Szlak Świętokrzyski – Pasmo Masłowskie i podnóża Łysogór

Odcinek przez Pasmo Masłowskie i pierwsze wzniesienia Łysogór. Znaczna część szlaku poprowadzona została leśnymi drogami, nam jednak najbardziej dały się we znaki długie asfaltowe odcinki – przez sąsiadujący z Kielcami Masłów oraz przez Krajno i Świętą Katarzynę. To według nas najdłuższy i najbardziej męczący odcinek GSŚ. Jednak gdy już mija zmęczenie i nogi przestają boleć, w głowie zostają same dobre wspomnienia, a tych jest naprawdę sporo. Najciekawszym odcinkiem szlaku jest masyw Klonówki z Diabelskim Kamieniem i „bieszczadzkim” zejściem z Dąbrówki w stronę malowniczego przełomowego odcinka Lubrzanki, bardzo przyjemny także rejon Radostowej i Wymyślonej.

Continue reading

Główny Szlak Świętokrzyski – Pasmo Oblęgorskie i Wzgórza Tumlińskie

Zachodni fragment Głównego Szlaku Świętokrzyskiego zaskakuje różnorodnością. Po drodze zdobywamy aż osiem szczytów, jednak mamy wrażenie, że każdy podejście jest inne, a krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Wychodnie skalne, piękne lasy, rozległe widoki na kolejne wzniesienia i pasma górskie oraz kamieniołomy pozwalające zajrzeć do „do serca gór”.

Znaczna część trasy poprowadzona została wygodnymi leśnymi ścieżkami. Nawet parokilometrowy asfaltowy odcinek trasy pomiędzy Pasmem Oblęgorskim a Wzgórzami Tumlińskimi nie był w stanie popsuć wspaniałego wrażenia, jakie pozostawił w naszej pamięci dzisiejszy szlak!

Jeżeli nie planujecie przejścia całości GSŚ, to odwiedźcie przynajmniej Perzową i położone na niej skałki z kaplicą św. Rozalii oraz dawny kamieniołom w zboczu Ciosowej. Rodzinom z dziećmi polecamy świetnie urządzony plac zabaw obok platformy widokowej w Sieniowie pod szczytem Siniewskiej😊

Dzień pierwszy – z Kuźniaków do Tumlina, czyli za siedmioma górami jest… ósma góra!

Wiosna 2021

Nareszcie! Po miesiącach lockdownu, zamknięcia i zdalnej pracy udało się! Ruszamy na cudowną randkę we dwoje!

Zostawiamy starszaki na zdalnych lekcjach, odwozimy Grzesia do Babci i jedziemy! Dojazd z Warszawy do miejscowości Kuźniaki, skąd zaczyna się/kończy GSŚ, zajmuje tylko niewiele ponad dwie godziny, więc już przed 11:00 meldujemy się na szlaku.

Atrakcje zaczynają się jeszcze przed biało-czerwoną kropką, bo w Kuźniakach można podziwiać pozostałości po wielkim piecu hutniczym (co prawda przez ogrodzenie, jak to u nas bywa, ale i tak stary piec widać świetnie). To jedyna pozostałość po hucie żelaza działającej tutaj od ostatnich dziesięcioleci XVIII w. do 1897 r.

Ruiny dawnego pieca w Kuźniakach to pozostałości dawnej huty żelaza

Przy skrzyżowaniu, tuż obok sklepu „U Agi”, znajdujemy tablicę z oznaczeniem początku Głównego Szlaku Świętokrzyskiego i krótkim podsumowaniem „wymiarów” szlaku. Nie tracimy czasu i ruszamy w górę. Najpierw wędrujemy utwardzoną drogą, ale już po kilkuset metrach znajdujemy się w pięknym przysypanym śniegiem lesie i możemy poczuć się zupełnie jak na beskidzkim szlaku! Jak my za tym tęskniliśmy! Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie: kolejne wzniesienia są niby do siebie podobne, ale przynoszą ze sobą coraz to nowe doznania!

Po chwili asfalt zostaje za nami, a my zagłębiamy się w las.

Pierwszy szczyt na GSŚ od zachodniej strony to Kuźniacka Góra

Szczyt Kuźniackiej Góry ozdobiony jest charakterystyczną skalną grzędą

Warto skale przyjrzeć się bliżej. Kto to wydrapał i kiedy?

W okolicy kulminacji Kuźniackiej Góry podziwiamy pierwsze dzisiaj wychodnie skalne. Po chwili  szlak wspina się na objętą ochroną rezerwatową Perzową Górę. Ścieżka jest miejscami poprowadzona bardzo stromo (byliście na Lackowej? Tu na podejściu jest naprawdę podobnie!) Wschodni stok Perzowej skrywa jedno z najciekawszych miejsc na całym szlaku – kapliczkę św. Rozalii, zlokalizowaną w niewielkiej jaskini utworzonej przez piaskowcowe bloki wychodni skalnej.

Za Kużniacką Górą droga wprowadza nas na szeroką przełęcz


Przed nami najstromsze podejście na trasie – szlak na szczyt Perzowej


Stoki Perzowej pokrywają łany zawilców.


Dziś znalazły się zupełnie pod śniegiem.


Aż trudno uwierzyć, że wszędzie wokół tuż pod śniegiem są kwiaty!


Szczyt Perzowej oznacza kamienny słupek.


Przed nami jedno z najciekawszych miejsc na trasie – ogromne bloki piaskowców dolnotriasowych


Szlak prowadzi wąskim przesmykiem między nimi.


Zejście szczeliną ułatwiają kamienne schodki.


Jeden z bloków skalnych na Perzowej kryje kaplicę św. Rozalii.


Skalna jama została sztucznie powiększona.


W kaplicy znajduje się obraz świętej Rozalii. Ta patronka ciężko chorych miała chronić okoliczną ludność przed zarazą.


To jedno z najbardziej klimatycznych miejsc Gór Świętokrzyskich!

Tego dnia mamy przed sobą aż osiem szczytów. Po Perzowej przyszła kolej na Siniewską. Na podejściu znajdujemy najwygodniejsze na dzisiejszej trasie miejsce na odpoczynek – myśliwską ambonę na skraju sporej polany zastawionej drewnem ściągniętym tutaj z okolicznych lasów. Podejście na najwyższy w Paśmie Oblęgorskim szczyt trochę się dłuży, ale po drodze spotyka nas jeszcze jedna nagroda – parometrowej wysokości platforma widokowa z bardzo atrakcyjnym zapleczem rekreacyjnym (w to miejsce bez problemu można też dotrzeć samochodem – platforma widokowa znajduje się tuż przy asfaltowej drodze). Interesujące tablice edukacyjne, a przede wszystkim naprawdę ciekawy dźwiękowy plac zabaw sprawiają, że od razu myślimy o tym, że koniecznie trzeba zabrać tu dzieci! Sam szczyt Siniewskiej ukryty jest już w lesie, ale wcześniejsze widoki zarówno z okolic wieży, jak i z dalszego podejścia są naprawdę rozległe.

Po zejściu z Perzowej szlak wprowadza na pola. Łapie nas kolejny już dziś opad śniegu.


Na polanie do zwózki drewna spotykamy taką oto ambonę.

Popas de lux!

Świętokrzyskie widoki po drodze na Siniewską Górę.


Pod szczytem Siniewskiej w 2013 r postawiono platformę widokową.


Obok platformy urządzono bardzo pomysłowy muzyczny plac zabaw – aż miło popatrzeć!


Kto chce postudiować widoki w szczegółach, może skorzystać z lunet zamontowanych na tarasie widokowym.


Charakterystyczna czerwona barwa tutejszych skał pochodzi z zawartych w nich związków żelaza.

Przed opuszczeniem Pasma Oblęgorskiego czeka nas jeszcze dosyć długie podejście na Baranią Górę. Nie, to nie ta znana z Beskidu Śląskiego😊, choć nazwa jest ta sama. Kopułę szczytową Baraniej objęto ochroną rezerwatową. Podobno na południowych zboczach znaleźć można piękne wąwozy. Przez jeden z takich wąwozów prowadzi czarny szlak z Oblęgorka kończący się w pobliżu szczytu Baraniej Góry. Kiedyś może przespacerujemy się nim przy okazji odwiedzin w dawnym dworze i majątku, podarowanym Henrykowi Sienkiewiczowi przez polski naród.

Pożegnanie Pasma Oblęgorskiego osładza nam jeden z piękniejszych w Górach Świętokrzyskich widok. Rozpoczynając długie zejście asfaltową drogą, podziwiamy przed sobą na wschodzie kolejne pasmo Gór Świętokrzyskich – Wzgórza Tumlińskie! Ależ tu pięknie!

Za nami czwarty dzisiejszy szczyt – Barania Góra.


A my kierujemy się na Tumlin – tam planujemy zakończyć dzisiejszy odcinek


Po zejściu z Baraniej Góry droga wypłaszcza się.


Dziś zima nie dała za wygraną, ale wiosna już czeka w pogotowiu!


Przed nami Wzgórza Tumlińskie


Dochodzimy do miejscowości Doły Pępickie. To jedno z najpiekniejszych miejsc widokowych na dzisiejszym odcinku trasy.


Odpoczynek nr 2. Tu co prawda ambony nie ma, ale studzienka też nie pogardzimy!

Asfalt sprowadza nas aż na dno doliny Bobrzy. Cztery kilometry po twardej nawierzchni niestety dają się nam we znaki, dlatego po sprawnym przejściu przez pierwsze wzniesienie Wzgórz Tumlińskich – Ciosową Górę – zatrzymujemy się na krótki popas na skraju nieczynnego, ale wyjątkowo malowniczego już kamieniołomu na zboczu Ciosowej. Kamieniołom nie działa już od 1975 roku, ale był eksploatowany od czasów średniowiecza. Charakterystyczna czerwona barwa skał pochodzi od zawartych w piaskowcach związków żelaza.

Po minięciu kamieniołomu przed nami mało przyjemny odcinek – marsz chodnikiem wzdłuż zatłoczonej krajowej drogi 74. Na szczęście to tylko kilkaset metrów i wkrótce znowu zagłębiamy się w lasach porastających stoki Wzgórz Tumlińskich. Na podejściu na kulminację Kamienia oglądamy kolejne już dzisiaj piaskowcowe wychodnie skalne. Niedługo potem meldujemy się na szczycie Wykleńskiej. Z jej wierzchołka ścieżka dość stromo zbiega na północ. Kolana dają o sobie znać, na szczęście osłodą drobnych dolegliwości fizycznych są przepiękne bukowe lasy. Za Wykleńską zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy „za siedmioma górami…”, bo przecież to właśnie minęliśmy dzisiejszy siódmy szczyt na naszym szlaku! Przed nami jeszcze tylko jedna góra – góra ósma – tajemnicza Grodowa.

Nieczynny kamieniołom na stokach Ciosowej Góry


Fantastyczne barwy piaskowca dolnotriasowego


Aż trudno uwierzyć, że 245 mln lat temu te piaskowce były wydmami!


Odpoczynek pod szczytem Ciosowej


Szczyt góry Kamień zdobią malownicze piaskowcowe wychodnie skalne


Cztery pory roku. Jesień:)


Ze szczytu Kamienia szlak ostro sprowadza w dół.


Leśna restauracja


Za siedmioma górami… Za nami Wykieńska – siódmy szczyt dzisiejszego dnia.

Grodowa, podobnie jak znane z Łysogór szczyty, była niegdyś ośrodkiem kultu pogańskiego. Pozostałości dawnych czasów chroni rezerwat „Kręgi Kamienne”, kręgi niestety obecnie mało są już czytelne. Na Grodowej znajdował się ponoć kiedyś gród obronny – stąd nazwa góry. Obecnie na szczycie stoi malownicza kapliczka pw. Przemienienia Pańskiego.

Przed nami ostatnie wzniesienie na dziś – Grodowa.


Na Grodowej działa czynny kamieniołom. Nie jest on jednak tak malowniczy jak ten na Ciosowej,


Na Grodowej – dawnym ośrodku kultu pogańskiego – dziś stoi kapliczka p.w. Przemienienia Pańskiego


Szczytowe partie Grodowej objęte są ochroną rezerwatową.


Zejście w Grodowej do Tumlina.

Z Grodowej zbiegamy już prosto do Tumlina. To punkt końcowy pierwszego odcinka naszej wędrówki. Pod tumlińskim kościołem spotykamy się z naszym panem gospodarzem, który odwozi nas do mety w Świętej Katarzynie.

Podsumowanie odcinka Kuźniaki-Tumlin

Dystans: 25 km

Nasz czas: ok. 7 godzin (z wszystkimi postojami po drodze)

Najpiękniejsze na szlaku: kapliczka na Perzowej, kamieniołom na Ciosowej, widok na Wzgórza Tumlińskie po zejściu z Pasma Oblęgorskiego.

Opis innych odcinków Głównego Szlaku Świętokrzyskiego znajdziecie tutaj 🙂

Główny Szlak Świętokrzyski

Najkrótszy z długodystansowych szlaków polskich gór. 94-kilometrowy Główny Szlak Świętokrzyski idealnie nadaje się na przedłużony weekend. Wędrówka GSŚ uświadamia, że Góry Świętokrzyskie nie kończą się na Łysogórach, tylko obejmują całą grupę mniejszych i większych pasm górskich, rozciągniętych łącznie na długości prawie 100 km!

Wędrówka każdym z pasm jest na swój sposób interesująca. Oczywiście najbardziej spektakularne są Łysogóry z najwyższymi szczytami, gołoborzami, miejscami kultu religijnego i śladami dawnych czasów. Pasmo Jeleniowskie pozwala w spokoju cieszyć się kilkunastogodzinną wędrówką przez przepiękny las. Wzgórza Tumlińskie kryją ciekawe kamieniołomy, a w Paśmie Oblęgorskim na Perzowej znajdziemy wyjątkową wychodnię skalną z jaskinią i ukrytą w niej kaplicą św. Rozalii.

Na Głównym Szlaku Świętokrzyskim trudno oczywiście spodziewać się spektakularnych widoków czy typowo górskich trudności. Mimo to niejeden widok z podszczytowej polany zaskoczy Was swoją rozległością, stareńkie skały, z których zbudowane jest pasmo, zafrapują nie tylko geologów, a cudowne górskie zmęczenie po całodziennym marszu w niczym nie ustąpi temu znanemu z beskidzkich czy sudeckich szlaków!

Wędrówka przez kolejne pasma i szczyty (tych ostatnich naliczyliśmy na GSŚ aż dwadzieścia!) pozwala szczegółowo zapoznać się z ciekawostkami geologicznymi i przyrodniczymi rozległego i bardzo zróżnicowanego masywu Gór Świętokrzyskich. I chociaż trzeba pokonać kilka asfaltowych odcinków i niezliczoną ilość błotnistych pułapek, to i tak w głowach zostaje przede wszystkim cudowne doświadczenie bycia w długiej górskiej wędrówce przez piękne jodłowo-bukowe lasy.

Continue reading

Z Nowej Słupi na Łysą Górę – zima w Górach Świętokrzyskich

Niebieski szlak z Nowej Słupi na Łysą Górę to jedna z najpopularniejszych tras w Górach Świętokrzyskich. Kto w końcu nie chciałby sprawdzić, czy aby na pewno kamienny pielgrzym Emeryk nie dotarł zbyt blisko szczytu…? Jeżeli chcecie zobaczyć z bliska Emeryka, a jednocześnie nie lubicie wędrować w tłumie turystów, warto wybrać wejście trasą czerwonej ścieżki edukacyjnej. Droga jest tylko nieznacznie dłuższa, ale za to wędruje nią znacznie mniej turystów.

Góry Świętokrzyskie są piękne w każdej porze roku, szczególnie wiosną i jesienią, kiedy dostojne buki w Puszczy Jodłowej nabierają wyjątkowych barw. Jednocześnie to świetne miejsce na zimową wycieczkę z dziećmi! Trasa ścieżki edukacyjnej mierzy niecałe dwa kilometry i po drodze mija ciekawe przystanki . Na starszych i młodszych turystów na kopule szczytowej czeka zabytkowy zespół klasztorny oraz Muzeum Przyrodnicze ŚPN, a z galerii widokowej na gołoborzu otwierają się szerokie widoki.

Continue reading

Jezioro Solińskie… kajakiem!

Są takie zakątki w Bieszczadach, w które nie da się dotrzeć piechotą. Jednym z takich miejsc są urokliwe zatoczki Jeziora Solińskiego. Te piękne miejsca można odwiedzić tylko od strony wody. Namawiamy Was na kajak, który umożliwia dotarcie tam, gdzie trudno byłoby dopłynąć nawet żaglówką.

Jezioro Solińskie to jedna z największych atrakcji turystycznych w okolicy Bieszczadów. W sezonie koroną zapory w Solinie spacerują jednak tłumy turystów, a okolice Polańczyka bardziej przypominają zatłoczone kurorty niż zaciszne miejscowości podgórskie.

Wschodnie ramię Jeziora Solińskiego jest znacznie bardziej dzikie. Jest tam dużo mniej ośrodków wypoczynkowych, a im dalej od zapory, tym rzadziej zaglądają tu stateczki wycieczkowe i motorówki. Można znaleźć zatoczkę tylko dla siebie albo pozaglądać w trudno dostępne zakamarki jeziora i naprawdę doświadczyć kontaktu z przyrodą. Taki kajakowy dzień to przepiękne połączenie wody, zalesionych pagórków i skalistych brzegów Jeziora Solińskiego.

Solina – kajakiem po Zatoce Sanu

Jezioro Solińskie to sztuczny akwen, który powstał w latach 60. XX w. Plany budowy zapory na Sanie miały swój początek już w latach 20., jednak II wojna światowa nie pozwoliła na ich realizację. W latach 50. wrócono do tej koncepcji i w 1960 r. zaczęto budowę zapory i elektrowni wodnej, która rozpoczęła pracę 20 lipca 1968 r. Dla kilkuset osób zamieszkujących tereny, które zostały przeznaczone do zalania, był to wielki cios. W wioskach położonych na tym odcinku doliny Sanu i w okolicach dopływów tej pięknej bieszczadzkiej rzeki panował podobno wyjątkowy klimat, było bardzo ciepło, co pozwalało na uprawę wielu gatunków roślin i hodowlę zwierząt.

Po zbudowaniu zapory okolica zmieniła się nieodwracalnie. Trudno to oczywiście jednoznacznie oceniać – powstała atrakcja turystyczna o kluczowym znaczeniu dla całego regionu, a przyroda radzi sobie doskonale w nowych realiach, przynajmniej na terenach wokół wschodniej, mniej zagospodarowanej turystycznie części jeziora, przez którą było nam dane dzisiaj kajakować.

Informacje praktyczne

Wypożyczalnie kajaków są zlokalizowane zwykle w ośrodkach wypoczynkowych, położonych nad brzegami Jeziora Solińskiego. My skorzystaliśmy z usług jednej z wypożyczalni funkcjonujących w miejscowości Olchowiec na malowniczym półwyspie wcinającym się między dwie najbardziej na południe wysunięte odnogi zalewu. Taka lokalizacja pozwalała zrealizować nasze plany odkrywania zakątków wschodniej części Jeziora Solińskiego, zwanej czasami Zatoką Sanu. Cena wypożyczenia dwuosobowego kajaka na cały dzień oscyluje około 100 zł (lato 2020 r.). Wydaje nam się, że warto być na miejscu wcześnie rano, bo kajaków nie jest zbyt dużo, zaraz po nas „wypożyczyły się” kolejne 3 kajaki i w wypożyczalni zostały tylko 2.

Trasę można modyfikować dowolnie, w naszym odczuciu szczególnie warte odwiedzenia są kameralne zatoczki, szczególnie Zatoka Victoriniego i Zatoka Suchego Drzewa oraz Zatoka Teleśnicka jako przykład dłuższej zatoki, która może wręcz przypominać fiord. Koniecznie trzeba opłynąć Wyspę Skalistą z jej zróżnicowaną linią brzegową – od wschodu jej brzegi są strome i skaliste, a od zachodu łagodne, z kameralną żwirową plażą. Zatoka Rajskie również jest mało popularnym miejscem – wody Jeziora Solińskiego tworzą tu coś w rodzaju rozlewisk, sprzyjających gniazdowaniu wodnego ptactwa, widzieliśmy w tej okolicy też bobrowe żeremia.

W piękny lipcowy dzień (w środku tygodnia) na wodach wschodniej części Jeziora Solińskiego błąkały się tylko pojedyncze żaglówki i motorówki, kilka rowerków wodnych, a kajaki można było policzyć na palcach jednej ręki. Pewnie zupełnie inaczej byłoby w okolicach Polańczyka, Jawora, czy Wołkowyi a nawet Chrewtu, ale te okolice z licznymi przystaniami i ośrodkami wypoczynkowymi celowo omijaliśmy.

Spędziliśmy na wodzie i krótkich odpoczynkach na brzegach jeziora łącznie siedem godzin, przepływając około 23 km. Z Olchowca popłynęliśmy na północ wzdłuż wschodnich brzegów tej części Jeziora Solińskiego. Odwiedziliśmy m.in. Zatokę Victoriniego, podpłynęliśmy pod Wyspę Skalistą i wpłynęliśmy do końca Zatoki Teleśnickiej. W drodze powrotnej opłynęliśmy Wyspę Skalistą od zachodu i popłynęliśmy na południe wzdłuż zachodnich brzegów Zatoki Sanu, tym razem zaglądając do Zatoki Suchego Drzewa. Na koniec wpłynęliśmy głęboko w Zatokę Rajską.

Poniżej znajdziecie zdjęcia z naszej wycieczki, a pod nimi odrobinę informacji o wyjątkowych ludziach, którzy związali swoje życie z opuszczonymi terenami na brzegach Jeziora Solińskiego.

Widok na Solinę z plaży w Olchowcu.
Ruszamy – nawet nasz kajak odpowiednio się nazywa:)
Podpływamy do pierwszej skalnej ściany.
Skały są naprawdę imponujące!
Tutaj tak jak w przypadku nadmorskich klifów i tu na skały działa siła fal.
Co roku setki głazów zsuwają się do jeziora.
Zaglądamy do kolejnych zatoczek.
Czasami widoki są jak w nadmorskich lagunach.
Twardsze skały głębiej wcinają się w jezioro.
Woda jak lazur.
Na brzegu kolejnej zatoczki
Kajaki: cudowne połączenie relaksu i sportowego wyzwania!
Na horyzoncie Wyspa Skalista.
Wschodnie brzegi wyspy rzeczywiście są skaliste.
Teraz przyjmujemy kurs na Zatokę Teleśnicką.
Na północnym brzegu Zatoki Teleśnickiej wielkie składowisko łódek.
Wschodni kraniec Zatoki Teleśnickiej.
Wypływając z Zatoki Teleśnickiej…
Najwięcej żaglówek kręci się w okolicy Wyspy Skalistej.
Ach, Solina, Solina, Solina!
Naszą łajbę też trzeba na chwilę wyciągnąć na brzeg.
Mała plaża naprzeciwko wyspy – tylko dla nas!
Prawie jak Chorwacja – w tle Wyspa Skalista:)
A to znany stateczek wycieczkowy Tramp.
Przed dziobem kajaka przemknęło nam stado kaczek.
Na południowo wschodnim horyzoncie majaczy wał Otrytu.
Wracamy wzdłuż wschodniego brzegu Zatoki Sanu.
W jednej z małych zatoczek urządzamy sobie postój na kąpiel.
Woda ma wyraźnie więcej niż 20 st.
Kolor wody potrafi przypominać południowe morza.
Przed nami Olchowiec – stamtąd wypłynęliśmy.
Przed oddaniem kajaka robimy sobie jeszcze małą wycieczkę w kierunku Zatoki Rajskie.
Za pierwszym zakrętem wyłania się Otryt, teraz już znacznie bliżej.
Im głębiej w zatokę, tym bardziej czujemy się jak na Sanie – tylko nurt jest spokojniejszy.
Rozlewiska przyciągają ptactwo wodne.
Bobrowe żeremia z bliska.
Łódki cumujące w pobliżu Olchowca.
Olchowiec – tu zaczęliśmy i tu kończymy naszą przygodę z Soliną.
Kajak oddany – wracamy!

Ludzie Legendy związani z Soliną

Podczas włóczęgi po wodach Jeziora Solińskiego zaciekawiły nas szczególnie historie ludzi związanych z tutejszymi odludnymi zakątkami: skąd się wzięła nazwa Zatoki Victoriniego? Kto mieszka w pustelniczej chatce w Zatoce Suchego Drzewa? Na te pytania koniecznie chcieliśmy znaleźć odpowiedzi. Poniżej informacje, które wydały się nam najbardziej ciakawe:)

Nazwa Zatoki Victoriniego pochodzi od Henryka Victoriniego – legendarnego bieszczadnika, który w latach 50. przyjeżdżał w Bieszczady wraz z kolegą ze studiów weterynaryjnych na sezonowy wypas bydła. Z PGR-u dostawali przydziałowe konie, karabin, stary namiot i surowicę przeciwżmijową, by wypasać w dolinie Sanu stado kilkuset krów. W 1958 r. został zatrudniony na planie film Rancho Texas jako kaskader dublujący Bogusza Bilewskiego w najtrudniejszych scenach jeździeckich. Ekipa filmowa pracowała na terenach dawnej wsi Tworylne, tam też w baraku pozostałym po filmowcach Henryk Victorini prowadził w kolejnych latach stanicę PTTK „Szept” (wycieczkę na dzisiejsze tereny Tworylnego opisujemy tutaj).

W latach 60. Victorini prowadził stanicę turystyczną w Sokolem. Wówczas jej bazę stanowił dawny pałacyk, w którym w okresie międzywojennym ówczesna właścicielka, Aleksandra Brandysowa prowadziła pensjonat i stację turystyczną PTT. I tutaj losy pana Henryka splatają się z Jeziorem Solińskim – wraz z powstaniem zbiornika teren wsi Sokole został zalany. Z materiałów pozostałych po rozbiórce pałacyku Victorini zbudował dom, który do dnia dzisiejszego jest jedyną pamiątką po nieistniejącej wsi.

Przez dziesiątki lat Henryk Victorini mieszkał tutaj i gospodarzył, kontynuując hodowlę bydła i koni, zaczętą jeszcze w czasie, gdy mieszkał w gospodarstwie na terenie Sokolego. Działał też na rzecz ochrony bieszczadzkiej przyrody. Obecnie pan Henryk nie mieszka już nad zalewem – przeniósł się w okolice innej nieistniejącej już wsi – Paniszczowa. Pamiątką po nim pozostaje dom zbudowany z materiałów pozostałych po rozbiórce pałacyku z Sokolego i oczywiście nazwa wyjątkowo uroczej zatoczki Jeziora Solińskiego. Po więcej szczegółów odsyłamy do artykułu „Samotnik znad zatoki”, będącego naszym głównym źródłem informacji o Henryku Victorinim.

Warto dodać, że w okolicy Zatoki Victoriniego malownicze wzgórza zywane Stożkami według niektórych przypominają królewską koronę. Wzgórza są dość dobrze widoczne z okolicy Wyspy Skalistej – my przez chwilę odpoczywaliśmy na brzegu naprzeciwko tej wyspy.

Widok na Zatokę Victoriniego.
W Zatoce Victoriniego kiedyś była plaża nudystów.
Dom Victoriniego jest jedynym pozostałym na miejscu dawnej wsi Sokole.

Kolejnym miejscem, które wyjątkowo nas zaciekawiło była Zatoka Suchego Drzewa. „Tytułowe” drzewo zaskakuje żeglarzy czy kajakarzy, wyłaniając się wprost z toni jeziora. Ten martwy dąb bywa nazywany Drzewem Wisielca, gdyż według miejscowej legendy ktoś tu się kiedyś powiesił. W okolicy przy niskim stanie wody w Jeziorze Solińskim można zobaczyć tzw. martwy las, czyli wystające z wody konary martwych drzew. W Zatoce Suchego Drzewa zauważyliśmy w zaroślach na stromym brzegu chatkę, która wyglądała zupełnie jak chatka pustelnika.

Po zbadaniu tematu okazało się, że to nie zwykła chatka, tylko siedziba królewska! Zamieszkuje ją Juliusz Wasik (Ludomir Karcz), a właściwie Juliusz I Król Włóczęgów. Król Juliusz koronował się zresztą już kilkakrotnie, najpierw był tylko Królem Włóczęgów, a od 2015 r. jest też Królem Bieszczadów. Mieszka pod adresem Horodek 1, czyli na brzegu Zatoki Suchego Drzewa w Bieszczadzkim Naukowym Centrum Futurologii, Prakseologii, Humanistyki. Założył Komitet Nuklearnego Rozbrojenia Świata oraz Światową Uniwersalną Akademię Pokoju. Obie te instytucje organizują sympozja w sprawie… zlikwidowania absurdu, a sam Król Juliusz apeluje o rozbrojenie nuklearne świata. Dąży również do wyzwolenia z potrzeby posiadania.

Podobno zwykle można spotkać pustelnika w okolicy jego chatki. Dzień zwykle zaczyna on od kąpieli w jeziorze, oczywiście nago. Żywi się rybami i potrawami z leśnych roślin i grzybów. Wobec przybyszów bywa nieufny, często jednak udaje się namówić go na wykład, za który zdarza się mu pobierać datki. Ogromnie żałujemy, że nie udało nam się spotkać Króla i namówić go na podzielenie się swoją mądrością. Może uda się następnym razem! Informacje o Królu Juliuszu zbieraliśmy z różnych stron internetowych, trudno polecić konkretne źródło – może Wam uda się takie odnaleźć?

Drzewo Wisielca w Zatoce Suchego Drzewa.
Na korze martwego dębu widać ślady wyższych poziomów wody.

Na pewno na Jezioro Solińskie wrócimy tu jeszcze nie raz. Być może kiedyś uda się odwiedzić Króla Juliusza I w jego siedzibie albo doczytać o innym bieszczadniku – Krzysztofie Brossie, który zamieszkał na terenie dawnej miejscowości Teleśnica Sanna, czyli na dzisiejszym Półwyspie Brossa – naprzeciwko Wyspy Skalistej. Życzymy i Wam podobnych inspiracji i zgłębiania kolejnych tajemnic, jakie poukrywane są w różnych zakątkach Bieszczadów!

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Na Przysłup Caryński i Magurę Stuposiańską

Czterogodzinna wycieczka na urokliwy Przysłup Caryński z najpiękniejszym chyba schroniskiem w Bieszczadach i na Magurę Stuposiańską – jeden z bieszczadzkich „tysięczników”. Mimo oznaczeń na niektórych mapach szczyt nie jest już widokowy, jednak z podszczytowych polan południowej kulminacji odsłaniają się ładne widoki na pobliską Połoninę Caryńską i gniazdo Tarnicy. Szlak – szczególnie od strony Widełek – dość rzadko uczęszczany, pozwalający nawet w sezonie cieszyć się samotnością i szumem bukowego lasu.

2020.07.27

Informacje praktyczne

Samochód najwygodniej jest zostawić na parkingu przy polu namiotowym w Bereżkach (parking w sezonie płatny, opłata w punkcie sprzedaży biletów do BdPN; na miejscu bezpłatne sanitariaty), ew. naprzeciw wyjścia szlaku w Widełkach przy punkcie sprzedaży biletów – ale tam jest dużo mniej miejsca.

Opisaną przez nas trasę można pokonywać w obu kierunkach . Szlak zejściowy do Widełek jest dużo wygodniejszy i mniej błotnisty – my tę drogę wybraliśmy na zejście – ale równie dobrze można schodzić przez Przysłup Caryński – wtedy w drodze powrotnej będziecie mogli odpocząć w sympatycznym schronisku Koliba. Szlak do Bereżek jest jednak dużo częściej uczęszczany i bardziej błotnisty. Opisana przez nas pętla domyka się przejściem ok. 2,5 km asfaltem – na początku lub na końcu wycieczki (w zależności od tego, gdzie zostawicie samochód i z której strony będziecie ruszali). Całość trasy wymaga przejścia ok. 12 km i pokonania niecałych 500 m przewyższenia.

Bereżki – Przysłup Caryński

Wycieczkę zaczynamy późno – aż do wczesnego popołudnia padało, więc pogoda nie pozwoliła nam na zrealizowanie całodniowej górskiej trasy. Czterogodzinna wycieczka na Magurę Stuposiańską idealnie sprawdziła się jako plan na popołudnie w Bieszczadach.

Ruszamy z miejscowości Bereżki. Szlak zaczyna się przy polu namiotowym BdPN – pole jest rozległe, dysponuje dwiema solidnymi wiatami i naprawdę przyzwoitymi sanitariatami – może kiedyś się tu zatrzymamy? Idziemy za znakami żółtego szlaku, które najpierw przeprowadzają przez bujną roślinność, a potem wprowadzają w bukowy las. Szło by się nam naprawdę bardzo wygodnie, gdyby nie wszechobecne błoto – fakt, dziś od rana cały dzień padało, a dla warunków górskich na bieszczadzkich szlakach wiadomo, co to oznacza. Szlak w większości wiedzie wzdłuż potoku, dzięki czemu wycieczkę umila przyjemny szmer wody. Kilka razy ścieżka przekracza potoczek. Na naszej trasie od czasu do czasu mijamy turystów schodzących z Koliby, ale nie są to duże ilości ludzi – w porównaniu z najbardziej popularnymi szlakami Bieszczadów nasza trasa może wydać się zaciszna i kameralna.

Bereżki – tu rozpoczynamy wycieczkę
Szlak przechodzi przez teren pola namiotowego.
Potem wchodzi w wąską ścieżką wśród bujnej roślinności.
A następnie wprowadza w bukowe lasy
Po drodze kilka razy przekraczamy potoczki.
Natura dba o piękne dekoracje!

Po  godzinie wędrówki przez bukowy las stajemy na Przysłupie Caryńskim (785 m n.p.m.). To szeroka przełęcz pomiędzy Magurą Stuposiańską i Połoniną Caryńską. Niegdyś znajdował się tu przysiółek bojkowskiej wsi Caryńskie: Przysłup i stąd wzięła się obecna nazwa. Od węzła szlaków do schroniska musimy jeszcze zejść w dół żółtym szlakiem. Po kilku minutach meldujemy się przed najładniejszym naszym zdaniem schroniskiem w Bieszczadach. Schronisko studentów Politechniki Warszawskiej „Koliba” było kiedyś niewielką chatką, ale w 2010 roku zostało rozbudowane i teraz przedstawia się naprawdę imponująco.

Przed nami Koliba Politechniki Warszawskiej.
Nowa Koliba służy turystom od 2010 r.

Przysłup Caryński – Magura Stuposiańska

Przy Kolibie nie zatrzymujemy się na dłuższy postój, tylko od razu ruszamy w stronę Magury Stuposiańskiej – teraz zielonym szlakiem. Z podejścia otwierają się do tyłu piękne widoki na Połoninę Caryńską – z tej perspektywy prezentuje się ona bardzo okazale. Podejście zielonym szlakiem na Magurę prowadzi przez najbardziej chyba stromy odcinek dzisiejszego szlaku – ale na szczęście nie jest on zbyt długi, cieszy nas też mniejsza ilość błota (nareszcie!) i … towarzystwo wygrzanych słońcem malin.

Widok z Przysłupu Caryńskiego na Połoninę Caryńską
Wokół wszystko pachnie …. i bzyczy!
Z Przysłupu Caryńskiego szlak wspina się w kierunku Magury Stuposiańskiej

Im wyżej, tym podejście łagodniejsze. Wkrótce meldujemy się na rozstaju szlaków na niższym, południowym wierzchołku (983 m n.p.m.) Magury Stuposiańskiej. W jego okolicy z zarastającej polany są najpiękniejsze, choć ograniczone widoki, szczególnie pięknie prezentuje się gniazdo Tarnicy z Bukowym Berdem, Krzemieniem i Szerokim Wierchem.

Na wysokości 983 m osiągamy grzbiet.
Widok na gniazdo Tarnicy z okolica węzła szlaków
Widoki przez drzewa są ograniczone, ale urocze.
Rzut oka w stronę Połoniny Caryńskiej.

Ostatni odcinek na główną kulminację prowadzi już łagodnie nachylonym grzbietem, nie ma tu już więc dużego przewyższenia do pokonania. Wkrótce meldujemy się na Magurze Stuposiańskiej (1016 m n.p.m.). To jedna z wielu „magur” w polskich górach. Słowo „magura” ma pochodzenie wołoskie i niegdyś oznaczało odosobnione wzniesienia. Stuposiańska – to już łatwiej, wiadomo, od Stuposian.

Od węzła szlaków szlak idziemy jeszcze ok 15 min, by osiągnąć właściwy wierzchołek Magury Stuposiańskiej
Magura Stuposiańska to jeden z ‚tysięczników’ bieszczadzkich.
Widoki z Magury Stuposiańskiej niestety zarosły lasem.

Magura Stuposiańska –Widełki

Prawdziwy turysta nigdy tą samą drogą nie wraca😊, więc godząc się na dwuipółkilometrowy powrót asfaltem z Widełek do Bereżek, wybieramy na zejście niebieski szlak. To była dobra decyzja. Ścieżka długo prowadzi grzbietem, jest łagodnie nachylona, stosunkowo mało błotnista i jeszcze mniej popularna niż szlak z Bereżek na Przysłup Caryński – w drodze powrotnej nie spotykamy już nikogo. Niecałe półtorej godziny marszu i stajemy przy drodze Lutowiska-Ustrzyki Dolne. Na koniec w napotkanym strumyczku myjemy z grubsza nasze buty z tłustego błota, żeby móc jako tako wsiąść „na czysto” do samochodu – to już stały element programu lipcowego pobytu w Bieszczadach😊

Schodzimy niebieskim szlakiem na Pszczeliny.
Droga wiedzie przez bukowy las.

Widełki – Bereżki

Ostatni odcinek do półgodzinny spacer asfaltem z Widełek do Bereżek. Na szczęście trasa Lutowiska-Ustrzyki Górne nie jest jakoś specjalnie uczęszczana wieczorową porą, więc samochody nie są specjalnie uciążliwe. Przy naszym aucie stawiamy się po czterech godzinach od rozpoczęcia wycieczki. Udało nam się zrobić zgrabną szlakową pętelkę – idealną na kryzys kondycji lub dzień krótkiego okienka pogodowego. 🙂

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂

Na Fereczatą, Okrąglik, Płaszę i Paportną

Przepiękna widokowa wycieczka na wspaniałe połoniny Płaszy i Dziurkowca. Okrężna trasa prowadzi przez wiele punktów widokowych – i to zarówno w wejściowej (Fereczata, Okrąglik), jak i w zejściowej drodze (Paportna). Mimo swej atrakcyjności to rzadko odwiedzane szlaki – zapewne ze względu na długość wycieczki – niezależnie od wybranej drogi dojściowej na Płaszę musimy iść kilkanaście kilometrów. W zamian dostaniemy jednak ciszę i spokój na szlaku – nawet w szczycie sezonu turystycznego. Piękne rozległe widoki, trawiaste połoniny, urocze podszczytowe polany – naszym zdaniem to jedna z najpiękniejszych wycieczek w Bieszczadach!

Fereczata – Okrąglik – Płasza – Rabia Skała – Paportna: wycieczka okrężna ze Smereka

2020.07.28

Informacje praktyczne

Samochód można zaparkować w okolicy przystanku autobusowego w Smereku – tam właśnie czerwony szlak opuszcza główną szosę i skręca na Fereczatą. Parkingu brak, ale w pobliżu znajdzie się miejsce do zaparkowania kilkunastu samochodów.

To wycieczka długa i dość męcząca (26 km, ok. 1200 m przewyższenia) – wymaga kilkakrotnego podchodzenia na szczyty i schodzenia na przełęcze. Zdecydowanie nie nadaje się na dzień aklimatyzacyjny. Przejście całości zajęło nam (z kilkoma spokojnymi odpoczynkami) ok. 11 godzin.

Trasa może stworzyć zamkniętą pętlę – my szliśmy od strony Fereczatej, ale chyba równie wygodnie byłoby ją pokonać w odwrotnym kierunku. Na mapce wygląda to tak:

Smerek – Fereczata

Czerwone znaki szlaku odchodzą w okolicy przystanku autobusowego w Smereku. Idziemy za znakami polną drogą – po obu stronach drogi widać działki rekreacyjne – niektóre są naprawdę bardzo malowniczo położone, z pięknymi widokami na Smerek i Połoninę Wetlińską. Czerwony szlak opuszcza po chwili polną drogę i wchodzi do lasu. Zaczynamy powoli zdobywać wysokość  – szlak robi się dość mocno nachylony, ale wchodzenie nie jest zbytnio męczące. Po ok. godzinie i 45 minutach stajemy na szczycie Fereczatej.

Ruszamy ze Smereka. Szlak prowadzi początkowo taką pięknie oświetloną przez poranne słońce drogą.
Niektóre działki w okolicy mają naprawdę piękne położenie.
Smerek. Krzyż w miejscu dawnego cmentarza upamiętnia wysiedlonych mieszkańców.
Po lewej widok na Jawornik, przez który będziemy szli w drodze powrotnej.
Z tyłu zostają połoniny, których szczyty giną na razie w chmurach.
Słońce maluje piękne widoki.
Przez bukowy las na Fereczatą.

Fereczata – Okrąglik

Fereczata (1102 m n.p.m.)  to idealne miejsce na postój. Podszczytowe polany są bardzo widokowe – nad okolicą wyniośle góruje Paportna. Niestety, nie możemy w pełni cieszyć się widokami, bo szczyty chowają się w chmurach. To nic, i tak jest bardzo przyjemnie. Polanki podszczytowe Fereczatej  są gęsto porośnięte borówkami – może w takim razie Fereczata powinna się nazywać Jagodna:) – nazwa „Fereczata” pochodzi przecież od rumuńskiego słowa ferece, oznaczającego paproć.

Na szczycie Fereczatej.
Tutaj urządzamy sobie pierwszy postój.
Widoki niestety przysłaniają chmury – za nimi byłoby widać Płaszę i Paportną.

Za Fereczatą szlak zbiega w dół. Schodzimy na trawiastą przełęcz, a zaraz za nią zaczynamy wspinać się ścieżką przez bukowy las. W pewnej chwili na drodze widzimy małe… słoniątko? dinozaura? kangurka? Wygląda pięknie i cały jest z …buka! Widać pieniek nie tylko nam przypominał jakieś stworzonko, bo ktoś z poczuciem humoru zdążył już dorysować mu oczy:)

Idzie się bardzo przyjemnie i po niecałej godzinie marszu  dochodzimy do grzbietu granicznego tuż przed szczytem Okrąglika.

Pora schodzić – teraz kierujemy się w stronę Okrąglika.
Kolejna kulminacja grzbietu zwieńczona jest takim pięknym kopczykiem.
Tuż za kulminacją spotykamy takie oto urocze bukowe dziwadełko. 🙂
Bieszczadzkie błoto także i dzisiaj gra jedną z głównych ról.
Kląsk, kląsk, kląsk!
Taki szlak przed nami. Co za perspektywa! 🙂
Przed nami kulminacja Okrąglika
Polana na przełęczy przed Okrąglikiem.
To ta sama polana, ale już od strony Okrąglika.

Okrąglik – Płasza

Okrąglik (1101 m n.p.m.) jest miejscem trójstyku, ale nie granicznego😊, tylko górskiego. Na szczycie Okrąglika zbiegają się trzy grzbiety: Fereczatej, pasma granicznego i Jasła. Nasza trasa skręca w lewo, warto jednak wcześniej zrobić małą wycieczkę na szczyt Okrąglika – trzeba skręcić w prawo i podejść na szczyt – wszystko zajmie dosłownie parę minut. Z wierzchołka Okrąglika otwierają się ograniczone, ale ładne widoki na stronę słowacką.

Pod wierzchołkiem spotykamy ubłoconego od stóp do głów sympatycznego rowerzystę. Szczerze podziwiamy śmiałków, którzy na jednośladach pokonują bieszczadzkie błoto. Błoto towarzyszy nam na każdej wycieczce, także dziś – oczywiście nie cały czas, ale po drodze jest sporo miejsc, których przejście jest utrudnione. Omija się je a to z lewej, a to z prawej strony, a to przechodzi po gałęziach, a czasem w ogóle się nie omija, tylko idzie się na wprost, zanurzając buty w błocie i słysząc charakterystyczne tłuste kląskanie. 🙂

Teraz zmieniamy kierunek marszu na południowy i ruszamy dalej grzbietem granicznym.

Tuż przed szczytem Okrąglika skręcamy w lewo w niebieski szlak wiodący pasmem granicznym. Szlak a to prowadzi przez las, a to przecina zarastające polanki, trochę w górę, trochę w dół – na tym odcinku nie jest monotonny. Po słowackiej stronie ciągnie się rezerwat przyrody „Plasa”

Jak zwykle znaczne fragmenty trasy prowadzą przez piękny bukowy las.

Po ok godzinie i 45 minutach od Fereczatej wchodzimy na przyjemną widokową polankę nieco za szczytem Kurników Beskidu (1037 m n.p.m. – jaka oryginalna nazwa, prawda? My od razu ochrzciliśmy ten szczyt Kurnikiem Beskidzkim)😊 Rozsiadamy się tu na kolejny postój. Przed nami ładne widoki na stronę słowacką, słoneczko grzeje – chwile spokojnych odpoczynków w górach są takie przyjemne!

Postój na widokowej polance za szczytem Kurników Beskidu
Widoki otwierają się głównie na słowacką stronę.

Schodzimy teraz w zagłębienie kolejnej głęboko wciętej przełęczy. Za nią ok. 200-metrowe podejście na Płaszę – to zdecydowanie najbardziej męczące podejście na tym odcinku szlaku.

Czyżby to niedźwiedź buszujący w borówkach? 😉
Podejście na Płaszę.
To najdłuższe podejście na tym odcinku szlaku, nie jest jednak specjalnie uciążliwe.

Płasza – Rabia Skała

Jest jednak na co czekać, bo Płasza (1162 m n.p.m.) to jedno z najpiękniejszych miejsc na dzisiejszej trasie – ba, jedno z najpiękniejszych miejsc w Bieszczadach! Nazwa szczytu prawdopodobnie pochodzi z języka rumuńskiego i oznacza łyse miejsce. To bardzo trafne, bo szczyt Płaszy jest pokryty wspaniałą połoniną.

Wierzchołek jest niezwykle widokowy. Możemy cieszyć oczy widokami od Smereka przez Połoninę Wetlińską i Caryńską oraz Jasło aż po słowackie pasma. To jedno z takich miejsc, w których zapomina się o całym górskim zmęczeniu, przestają boleć nogi, a człowieka ogarnia przypływ euforii – wiecie na pewno, o co nam chodzi:)

Widoki z Płaszy są jednak najlepszą nagrodą za wysiłek podejścia.
Widok z Płaszy w stronę zachodnią.
Widok na Jasło i Łopiennik
Schodzimy z Płaszy – przed nami Dziurkowiec i Rabia Skała.

Za Płaszą szlak zbiega w dół trawiastą ścieżką. Pokonujemy jeszcze jeden niewyraźny szczycik, po nim 2o minut podejścia i już stajemy na wierzchołku Dziurkowca (1188 m n.p.m.). To kolejny widokowy wierzchołek na dzisiejszej trasie, kolejne piękne miejsce.  

Wrażenie przestrzeni, oddechu,  niezwykła różnorodność panoramy, wokół trawiaste zbocza – to kwintesencja tego, co kochamy w Bieszczadach. Na Dziurkowcu z niekłamaną przyjemnością zatrzymujemy się na „przerwę obiadową”, ciesząc oczy pięknymi widokami.

Przez przełęcz pod Dziurkowcem wchodzimy na sam Dziurkowiec.
Widok na Słowację z Przełęczy Pod Dziurkowcem.
Przed szczytem Dziurkowca.
Po lewej już widzimy nasz kolejny cel – Paportną.
Spojrzenie spod Dziurkowca w kierunku Płaszy.
Dziurkowiec – ktoś chyba zbyt dosłownie potraktował nazwę szczytu. 😉
Fereczata została już daleeeko z tyłu. Zza niej wychyla się Łopiennik.

Rabia Skała – Paportna – Jawornik

Z Dziurkowca już niedaleko do Rabiej Skały (1199 m n.p.m.). Nazwa szczytu („pstra skała”) nawiązuje do koloru piaskowcowych skał. Przed skrętem na Wetlinę warto podejść jeszcze kilkaset metrów na wschód niebieskim szlakiem granicznym. Już po chwili po prawej stronie zobaczymy taras widokowy. Otwierają się stąd rozległe widoki na słowackie Bieszczady.

Przy okazji możemy podziwiać najbardziej chyba spektakularne urwisko w Bieszczadach – południowe stoki Rabiej Skały są ostro podcięte i spadają niemal pionowo w dół. Kawałek za punktem widokowym w kierunku wschodnim od szlaku odbija w prawo wydeptana ścieżka podprowadzająca do krawędzi urwiska – trzeba jednak bardzo uważać, bo nie jest to oficjalny punkt widokowy, w związku z czym na skraju urwiska nie ma żadnych zabezpieczeń.

Zaraz skręcimy w lewo – Paportna jest coraz bliżej.
Węzeł szlaków na Rabiej Skale.
Taras widokowy na Rabiej Skale.
Dzika ścieżka doprowadza nad skraj urwiska.

Gdy już nacieszymy oczy widokami, wracamy do rozstaju szlaków na Rabiej i opuszczamy pasmo graniczne (dalszą część niebieskiego szlaku granicznego przeszliśmy przy okazji przepięknej wycieczki z Wetliny przez Kremenaros i Rabią Skałę – relacja tutaj). Skręcamy w lewo w żółty szlak prowadzący przez Paportną i Jawornik do Weliny..

Schodzimy na przełęcz za Rabią Skałą, po czym potem podchodzimy na Paportną – jest niemal równie wysoka jak Rabia Skała – ma 1198 m wysokości. Szlak trawersuje Paportną nieco poniżej szczytu. Z polan podszczytowych rozległe widoki – można podziwiać panoramę  od Smereka po Jasło. Nie możemy sobie odmówić przyjemności zatrzymania się tu na jeszcze jeden postój. Ogólnie dziś na wycieczce się nie spieszymy – i to jest cudowne!

Piękne jawory przy szlaku podejściowym na Paportną.
Widok z Paportnej na Jasło.
Polany szczytowe Paportnej zachęcają do odpoczynku.
To się nazywa postój z widokiem!
Rzut oka w stronę Smereka.

Za Paportną żółty szlak zbiega bardzo stromo w dół – odcinek dałby się pewnie we znaki przy podejściu. W półtorej godziny od Rabiej Skały stajemy przy rozstaju szlaków na Jaworniku

Z Paportnej na Jawornik – jawory kradną nasze serca.

Jawornik – Wetlina

Jawornik  (1021 m n.p.m.) to ostatni szczyt na naszej trasie. Odbija stąd zielony szlak do centrum Wetliny, my jednak tym razem trzymamy się żółtego szlaku. Ścieżka przecina polanę szczytową Jawornika (ograniczone widoki), a następnie schodzi w las. Na początku nachylenie jest niewielkie, potem nieco się zwiększa.

Widoki z Jawornika są już ograniczone drzewami.

Żółty szlak zaprowadzi nas aż do Wetliny – połączy się z szosą na wysokości przystanku autobusowego Stare Sioło. Aby dotrzeć do Smereka, skąd rano zaczynaliśmy wycieczkę, będzie trzeba przejść ok. 2,5 km na północny wschód asfaltem.

Nam niespecjalnie uśmiecha się ta perspektywa, więc na wysokości Kiczerki odbijamy w lewo w leśną nieznakowaną drogę prowadzącą do Smereka. Nasza leśna droga po dłuższej chwili połączyła się z solidniejszą asfaltową drogą – a stamtąd krótkim łącznikiem przedostaliśmy się do znaków czerwonego szlaku, którym wędrowaliśmy na początku naszej wycieczki.

Plusem skrócenia drogi było to, że nie musieliśmy przez ostatnie pół godziny dreptać ruchliwym asfaltem: wyszliśmy w Smereku akurat na zostawiony rano samochód. Nie polecamy jednak tej opcji – droga leśna wyglądała na nieużywaną od dłuższego czasu, była zarośnięta, miejscami podmokła, z powalonymi na nią drzewami. Trasa była też dość skomplikowana orientacyjnie – mocno przyglądaliśmy się mapie. Jeśli chodzi o czas, pewnie tak samo szybko byśmy zjawili się w Smereku, wędrując żółtym szlakiem, a następnie główną szosą.

Opuszczamy żółty szlak i skręcamy w nieoznakowaną drogę sprowadzającą do Smereka.
Spotkanie z padalcem.
Idziemy przez wyżłobiony przez wodę wąwóz.

Tak czy siak, zjawiliśmy się przy samochodzie zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani wycieczką. Jej atrakcyjność przerosła nasze oczekiwania – zarówno pod względem widokowym, jak i urozmaicenia trasy. Na pewno będziemy tu wracać!

Więcej propozycji wycieczek po Bieszczadach? Zajrzyjcie tutaj. 🙂