Najpiękniejsze przełęcze słowackich Tatr Wysokich

W słowackich Tatrach Wysokich nie ma zbyt wielu znakowanych szlaków wprowadzających na tatrzańskie szczyty – Jagnięcy, Sławkowski, Mała Wysoka, Rysy, Koprowy, Skrajne Solisko, Krywań – wyczerpują „szlakowe” możliwości. Nie zapominajmy jednak, że mamy do dyspozycji również przepiękne tatrzańskie przełęcze. Widok z nich jest może nieco bardziej ograniczony, ale oprawiony w skalne ramy, nabiera zaskakującej głębi. Proponujemy trzy piękne wycieczki przez trzy przełęcze słowackich Tatr Wysokich – Rohatkę, Lodową Przełęcz i Bystrą Ławkę. Dwie pierwsze pokonaliśmy przy okazji długich, ale niezwykle atrakcyjnych widokowo wycieczek „tranzytowych” w poprzek całego pasma Tatr Wysokich, trzecią – jako znacznie mniej męczącą kilkugodzinną pętelkę. Gorąco polecamy też szlak przez Czerwoną Ławkę z najdłuższym w Tatrach ciągiem sztucznych ułatwień, no i szlak na Polski Grzebień z możliwością wypadu na niezwykle widokowy szczyt Małej Wysokiej.

Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną

 

Przełęcz Lodowa przez Dolinę Pięciu Stawów Spiskich i Dolinę Jaworową

 

Bystra Ławka – pętla ze Szczyrbskiego Jeziora

Bystra Ławka – pętla ze Szczyrbskiego Jeziora

Dolina Młynicka – Bystra Ławka – Dolina Furkotna

Stosunkowo niedługa (jak na graniowe przejście w Tatrach Wysokich) i niemęcząca wycieczka prowadząca przez dwie piękne doliny i wąski skalisty przesmyk w grani – Bystrą Ławkę. Po drodze mijamy jeden z najpiękniejszych tatrzańskich wodospadów – Skok – i piękne wysokogórskie stawy. Trasę można polecić każdemu, kto chce spróbować ambitniejszego przejścia z łańcuchami, skałami i wszystkim tym, czym można się pochwalić w schronisku 😉.

Naszym zdaniem można zabrać tu nawet starsze dzieci (10 plus) zaznajomione z chodzeniem po górskich szlakach. Łańcuchy mamy, ale na krótkim odcinku, niezbyt eksponowane i nietrudne. Widoki z Bystrej Ławki są siłą rzeczy ograniczone, ale rekompensuje to urok przeciśnięcia się przez wąziutką przełączkę skalną – na Bystrej Ławce nie ma miejsca nawet na krótki postój. To jedna z naszych ulubionych wycieczek w okolicy Szczyrbskiego Jeziora. Ruch turystyczny w okolicy jest spory, więc na wycieczkę warto wybrać się wcześnie rano.

15 lipca 2018, sobota

Rano pochmurno i wietrznie, potem ładnie, ale burzowo, do 22 stopni

Dolina Młynicka

Podjeżdżamy do centrum Szczyrbskiego Jeziora i parkujemy nieco powyżej głównego piętrowego parkingu. Idziemy w stronę dolnych stacji wyciągów narciarskich i zostawiamy je po lewej stronie, kierując się prosto do wylotu Doliny Młynickiej. Zadziwiają nas szerokie widoki w tym miejscu, bo pamiętamy jeszcze dorodny las rosnący tu jeszcze kilka lat temu. Niestety padł on ofiarą silnego wiatru w 2014 r.

Po chwili idziemy piękną leśną drogą. Zachwycamy się korzeniami, które pod naszymi nogami oplatają kamienie, tworząc mozaikową nawierzchnię szlaku. Niby dolina jak dolina – las, potem kosodrzewina, potem piękne łąki, ale w Dolinie Młynickiej urok szlaku podkreśla piękna oprawa grani Baszt (po prawej) i Solisk (po lewej).

Wchodzimy w Dolinę Młynicką. Po lewej Solisko, po prawej Patria.

Bardzo podoba się nam plątanina korzeni i kamieni na szlaku.

Przez chwilę szlak zwraca się w stronę grani Baszt.

Już z daleka podziwiamy wodospad Skok.

Po godzinie docieramy w pobliże imponującego pierwszego progu doliny, z którego spada zachwycający wodospad Skok. To nie tylko w naszym odczuciu jeden z najpiękniejszych wodospadów tatrzańskich!

Chętnie odpoczęlibyśmy pod wodospadem, ale wiatr nie daje na to szans.

Skok to jeden z najpiękniejszych wodospadów tatrzańskich.

Szlak wznosi się na próg doliny na lewo od wodospadu.

Chciałoby się usiąść i odpocząć w takim pięknym otoczeniu, ale od dłuższej już chwili doskwierają nam dziś podmuchy coraz silniejszego zimnego wiatru. Odkładamy więc odpoczynek do czasu znalezienia bardziej zacisznego miejsca. Podejście na pierwszy z progów w Dolinie Młynickiej jest najdłuższe, ale silny wiatr nie pozwala nam na zatrzymywanie się, co przyspiesza tempo marszu. Na ogładzeniach spotykamy krótki odcinek ubezpieczony łańcuchem – ułatwienia są przydatne zwłaszcza przy śliskiej skale lub oblodzeniu.

Miejsce na upragniony postój znajdujemy między głazami już za progiem doliny. Po chwili ruszamy dalej i co widzimy? Kolejny próg! Na dodatek jakiś taki podobny do tego pierwszego, tylko pięknego wodospadu nie ma 😉  Okolica staje się za to coraz bardziej dzika. A to jeszcze nie wszystko! Po podejściu na drugi próg czeka nas jeszcze nie jeden, lecz dwa progi! Na szczęście musimy wdrapać się tylko na jeden z nich, ten usytuowany na lewo od dominującego w krajobrazie Szczyrbskiego Szczytu.

Na progu mijamy ładne ogładzenia polodowcowe.

I zostawiamy za sobą dolne piętro Doliny Młynickiej.

Nareszcie zaciszny kącik między głazami – zasłużyliśmy na odpoczynek.

Historia lubi się powtarzać – przed nami kolejny próg do zdobycia.

Staw nad Skokiem też zostaje za nami.

A po chwili na drugim progu żegnamy się z kolejnym piętrem doliny.

Teraz w krajobrazie dominuje Szczyrbski Szczyt.

Jeden z Wołowych Stawków przycupnął pod granią Solisk.

Nad Niżnym Kozim Stawem góruje w pełnej okazałości grań Baszt z Szatanem.

Przed ostatnim progiem zatrzymujemy się przy głazie z tablicą upamiętniającą katastrofę śmigłowca z ratownikami z 1979 r.

Bystra Ławka

Po pokonaniu trzeciego progu podziwiamy największe jak dotąd jezioro na dzisiejszym szlaku – Capi Staw. Skręcamy w lewo i zaczynamy podejście pod przełęcz. Przelotny deszcz zmusza nas do zatrzymania się za głazem, osłaniającym od wiatru. Wiatr wcale nie słabnie, tylko z biegiem dnia dopiero nabiera mocy. Oj, pogoda coś nam dzisiaj nie pomaga… Zaczynamy już myśleć, że przyjdzie nam się wycofać, jeżeli się zupełnie zachmurzy i rozpada… Wykorzystujemy chwilę opadu na krótki odpoczynek i pochłonięcie drugiego śniadania. Na szczęście deszcz ustaje, więc decyzja może być tylko jedna – idziemy dalej!

Mijamy Capi Staw i kierujemy się wprost na przełęcz.

Z góry lepiej doceniamy piękno Capiego Stawu.

Capi Staw i Kolisty Staw pod Szczyrbskim Szczytem.

Zbliżamy się do Bystrej Ławki.

A widok nabiera głębi.

Teraz czeka nas już tylko krótkie podejście pod Bystrą Ławkę. O zmęczeniu pozwalają zapomnieć nabierające głębi z każdym metrem wysokości widoki na Capi Staw i ukazujący się nieco wyżej Kolisty Staw.

Przejście przez przełęcz nie nastręcza wielkich trudności. Jest odrobina kruszyzny, dobrze złapać się łańcucha, ale dla osób obeznanych z Tatrami nie będzie to skomplikowane. W naszej ocenie poradzą sobie nawet starsze dzieci, oczywiście pod czujnym okiem doświadczonych rodziców ;-). Bystra Ławka zostanie w naszej pamięci jako bardzo urocza przełęcz z wyjątkowo wąziutkim przesmykiem między skałami. Spodobała nam się już kilkanaście lat temu gdy szliśmy nią po raz pierwszy.

Ostatni odcinek podejścia na Bystrą Ławkę. Kolisty Staw został daleko w dole.

Meldujemy się po „furkotnej” stronie Bystrej Ławki.

Przełęcz jest wyjątkowo wąska.

Za nami zostaje zamglona Dolina Młynicka

A przed nami Dolina Furkotna, niestety widoku na Krywań dzisiaj nie będzie…

Dolina Furkotna

Od pierwszych chwil po przekroczeniu Bystrej Ławki zachwycamy się widokiem na Wielki Staw Furkotny Wyżni (Vyšné Wahlenbergovo pleso). To zdecydowana dominanta widoku i przez pierwsze kilkadziesiąt minut zejścia Doliną Furkotną nasze oczy będą cały czas kierowały się ku jego toni, dzisiaj niestety mocno pomarszczonej silnymi podmuchami wiatru. W pogodny dzień przepięknie przeglądają się w jego wodach okoliczne szczyty.

Poza stawem wzrok przykuwa grań zamykająca dolinę z zachodniej strony z kulminacją Ostrej (2350 m n.p.m.). Niestety dzisiaj dalszy widok zasłaniają nam chmury, a szkoda, bo zobaczylibyśmy stąd m.in. Krywań! Ale nie narzekajmy, najważniejsze, że nie pada, a wkrótce pojawia się także wyczekiwane od dawna słoneczko. W takich warunkach można urządzić sobie kolejny postój 🙂

Proszę Państwa, w roli głównej Wielki Staw Furkotny Wyżni!

Artystyczna wariacja na temat Wielkiego Stawu Furkotnego Wyżniego.

Zejście z Bystrej Ławki prowadzi przez pola głazów.

Prawdziwa kamienna pustynia.

Nad stawem góruje grań ze szczytem Ostrej.

Dolinę Furkotną zamyka oczywiście Furkot.

Przed zejściem z najwyższego progu Doliny Furkotnej nareszcie zaczyna świecić nam słoneczko.

Czas na ucztę z widokiem.

Tuż pod przełęczą nie ma miejsca na odpoczynek, a im niżej, tym zwykle cieplej. Zatrzymujemy się więc dopiero po kilkunastu minutach marszu kamiennym pustkowiem górnego piętra Doliny Furkotnej. Mamy świetną miejscówę z widokiem na Wielki Staw Furkotny Wyżni! Ogrzewamy się resztą herbaty i kolejnymi kanapkami. Jak one wyśmienicie smakują na szlaku!

Dalsze zejście mija nam na delektowaniu się słońcem i ciepłem. Nie do wiary, jak bardzo zmieniają się warunki wraz z obniżaniem się szlaku w stronę Szczyrbskiego Jeziora. Mijamy nieco mniejszy, ale pięknie skrzący się w promieniach słońca Wielki Staw Furkotny Niżni (Nižne Wahlenbergovo pleso). A potem już – jak to na zejściu – kosodrzewiny – całe łany kosodrzewin, a potem las. Kolana dają znać, że powoli zbliżamy się do tysiąca metrów w zejściu.

Przed nami teraz Wielki Staw Furkotny Niżni.

Przy lepszej pogodzie nawet kolory stawów prezentują się piękniej.

Jak przyjemnie powygrzewać się w słońcu w takim otoczeniu.

Widok pięknie zamyka Siodełko (Sedielkova Kopa).

Jeszcze ostatnie spojrzenie w głąb Doliny Furkotnej, z tej perspektywy widok zamyka szczyt Ostrej.

Między polami kosodrzewiny mijamy polany z pięknymi rdestami.

A w dole pod nami widać zabudowania m.in. Szczyrby.

Ostatni odcinek prowadzi już znakowaną na czerwono magistralą, Droga wiedzie przez tereny wiatrołomów z listopada 2004 r. Malowniczo wije się po morenowych pagórkach, doprowadzając nas w końcu do Szczyrbskiego. Schodzimy nad brzeg Szczyrbskiego Jeziora i stąd ostatni raz zaglądamy w głąb Doliny Młynickiej i Doliny Furkotnej. W ten sposób domykamy pętlę szlaku okrążającego grań Solisk.

Ostatni odcinek prowadzi magistralą do Szczyrbskiego Jeziora.

Szczyrbskie Jezioro w pełnej okazałości.

Trasa w liczbach: niespełna 8 godzin, 15,5 km i 1000 m przewyższenia

Szlak przeszliśmy w ramach jednego z naszych sentymentalnych powrotów w Tatry. Plany w tym roku były bardzo rozbudowane, chcieliśmy wejść jeszcze na Koprowy, Jagnięcy, Zawory i Gładką Przełęcz, a nawet planowaliśmy wejście z przewodnikiem na Gerlach. Niestety pogoda miała swoje plany i przez to (albo dzięki temu ;-)) schodziliśmy wszerz i wzdłuż Słowacki Raj (relacja tutaj).

Na szczęście parę dni wcześniej trafiliśmy na dwa dni okienka pogodowego i udało nam się przejść planowanymi od dwóch lat dwoma szlakami w poprzek Słowackich Tatr Wysokich! Zapraszamy do obejrzenia, bo to według nas jedne z ciekawszych (i najdłuższych…) tras w Tatrach! Relacja z przejścia Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną tutaj. A relacja z trasy Siodełko – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa tutaj.

W poprzek Tatr: Siodełko – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Smokowiec – Dolina Zimnej Wody – Chata Téryego – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Piękne przejście w poprzek pasma Tatr Wysokich. Wycieczka nie dłuży się ani przez chwilę, a widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Piękne ogładzenia polodowcowe w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, ogrom ścian Jaworowych Szczytów oglądanych z Przełęczy Lodowej, soczyste hale w Dolinie Jaworowej, a na deser – piękne widoki na Tatry Bielskie.

Tatrzańskie Zręby – Siodełko (Hrebienok) – 1285 m n.p.m.

Skoro powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B”. „A” powiedzieliśmy wczoraj, zostawiając samochód w Łysej Polanie i przechodząc Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną do Smokowca (przepiękne przejście z północy na południe Tatr, wspaniała wycieczka – relacja tutaj). Dziś musimy powiedzieć „B” – czyli wrócić po samochód. A jak? Oczywiście kolejnym przejściem „tranzytowym” przez grań Tatr. Tym razem wybieramy wejście Doliną Zimnej Wody do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, przejście przez Lodową Przełęcz i powrót Doliną Jaworową.

Poranny rozruch jest trudny. Nie da się jednak nie poczuć wczorajszych 30 km i 1600 m przewyższenia – nogom trudno zrozumieć, że czeka je dziś powtórka z rozrywki 😉

Na szczęście na początek spokojna rozgrzewka – 3-kilometrowy spacer z Tatrzańskich Zrębów do Smokowca. Idziemy ścieżką pieszo-rowerową poprowadzoną wzdłuż szosy pod nasłonecznonymi grzbietami Sławkowskiego Szczytu. W Smokowcu najniezbędniejsze zakupy, czyli bułki na dzisiejszą wycieczkę – wczoraj wracaliśmy tak późno, że wszystkie sklepy były pozamykane, więc musieliśmy powitać poranek z brakiem pieczywa 😉

Ruszamy trasą spacerową z Tatrzanskich Zrębów.

Przechodzimy między pięknymi budynkami Smokowca.

Bez wahania kupujemy bilet na kolejkę na Siodełko (Hrebienok), mimo że cena jest powalająca (wyobrażacie sobie 10 euro za 1 osobę w 1 stronę?!!! – może to i dobrze, że wczoraj wieczorem kolejka już nie kursowała i musieliśmy schodzić z Siodełka na piechotę).

Tym razem uda nam się skorzystać z kolejki na Siodełko.

Siodełko – Chata Zamkovskiego

Idziemy za czerwonymi znakami Magistrali, podobno jednym z najruchliwszych odcinków słowackich Tatr. Dzięki dość wczesnej porze ruch jest jednak nieuciążliwy. Nie możemy nadziwić się, jak bardzo zmienił się krajobraz po wiatrołomach „vel’kej kalamity”. Straty drzewostanów są ogromne, za to widoki poszerzyły się niebotycznie. Jak na dłoni widać Poprad i jego otoczenie.

Szlak zakręca i podprowadza pod 20-metrowy Wyżni Wodospad na potoku Zimna Woda. Obowiązkowe zdjęcia. Potem nie możemy „odkleić się” od ostatnich widoków na Dolinę Staroleśną, którą wędrowaliśmy poprzedniego dnia – zaraz znikną nam za garbem. Szlak przechodzi obok gigantycznych want skalnych – jednych z największych w całych Tatrach.

Przed nami grań Rywocin i Kosciołów. Szczyt Pośredniej Grani jeszcze w chmurach.

Z podejścia do Chaty Zamkowskiego spoglądamy na urocze rozstaje w okolicy Rainerowej Chatki.

Oborovsky Vodopad (na potoku Zimna Woda) ma wysokość 20 m.

Z zakosu szlaku zaglądamy w głąb Doliny Staroleśnej (wczoraj tamtędy schodziliśmy).

Jeden z największych głazów w Tatrach!

Po 3 km dochodzimy do Schroniska Zamkovskiego (1475 m n.p.m.). Przechodziliśmy tędy wielokrotnie, ale nigdy nie siedzieliśmy w schroniskowej jadalni. Co można zamówić na szybko? – śniadanie bez pieczywa dzisiaj mieliśmy marne 😉 – kiełbasę z chlebem! Kiełbasa zamówiona, czekamy. I czekamy. I czekamy. 20 minut, pół godziny. Na kiełbasę? Ile można? Zasadniczo jesteśmy wyluzowani, ale dziś w perspektywie wielka wycieczka, więc trochę nam się spieszy. Podchodzimy do okienka się przypomnieć. Zaraz będzie. A nie ma. R. żartuje, że tragarz musi ją dopiero przynieść. I rzeczywiście, w końcu widzimy przez okno nosicza. A za  3 minuty kiełbaska wjeżdża na stół 😉

Schronisko Zamkovskiego (1475 m n.p.m.)

Jadalnia jest niewielka, ale z prawdziwie schroniskowym klimatem.

Chata Zamkovskiego – Chata  Téryego (2015 m n.p.m.).

Za schroniskiem Zamkovskiego wychodzimy ponad górną granicę lasu. Szukamy Koleby Łomnickiej – bezskutecznie. Widoki na górne piętro doliny są bajkowe. Wzrok przyciąga zwłaszcza spektakularny próg polodowcowy. Ze ściany nachylonej pod kątem 45 m spektakularnie spada w dół doliny siklawa. Próg wydaje się niedostępny, a jednak szlak po przewinięciu się na drugą stronę potoku tak kluczy, tak prowadzi zakosami, że wchodzimy tam bez najmniejszych trudności. Często spotyka się tu tragarzy, którzy zaopatrują chatę Téryego (ale też Zbójnicką, Zamkovskiego i schronisko pod Wagą). Od samego patrzenia na ładunek przytroczony do ich pleców słabo się robi. Podziwiamy.

Otwierają się widoki na Dolinę Zimnej Wody.

Po prawej mijamy żleb spod Łomnickiej Przełęczy, którym wiodła historyczna droga na Łomnicę

Pozostaje jeszcze wspiąć się na próg Doliny Pięciu Stawów Spiskich.

Z podejścia pięknie widać nasz dzisiejszy szlak przez Dolinę Zimnej Wody

Podejście urozmaicają nam widoki wodospadu spływającego z progu doliny.

A z góry spogląda na nas Łomnica.

Po lewej szczyty Żółtej Ściany i Pośredniej Grani.

Dolina Pięciu Stawów Spiskich wita nas imponującymi ogładzeniami polodowcowymi. Czegoś takiego, w takiej skali nie spotykacie w żadnym innym miejscu w Tatrach. Krajobraz egzotyczny, niezwykły, nieziemski, wyrzeźbiony przez bryły lodu.

W okolicach chaty  Téryego zazwyczaj jest bardzo zimno. Dziś jest nie inaczej. Chętnie ogrzewamy się w jadalni schroniska (2015 m). Herbata z rumem i ciacho z makiem działają cuda.

Schronisko Teryego rozsiadło się na przepięknych ogładzeniach polodowcowych.

Przedni Staw Spiski, a za nim w głębi kopuła Łomnicy.

Tutejsze ogładzenia polodowcowe uważane są za najładniejsze w Tatrach.

Chata  Téryego – Przełęcz Lodowa

Po miłym odpoczynku ruszamy dalej, wciąż trzymając się zielonego szlaku, w kierunku Lodowej Przełęczy. Wczoraj spotkaliśmy kozice w Dolinie Staroleśnej, dziś też mamy takie szczęście. Nawet jeszcze większe! Trzy kozice urządzają dla nas przedstawienie na wancie skalnej tuż przy szlaku. W tle skalne otoczenie Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Bajka.

Najeżone szczytami otoczenie Pośredniego Stawu Spiskiego.

Urocza kamienna grobla przez zatoczkę Pośredniego Stawu Spiskiego.

Wielki Staw Spiski pozostaje w dole.

Kozica chyba się nam przygląda.

A może się kamufluje – tu świetnie wtopiła się w krajobraz.

Chyba jednak pozuje…

Albo pilnuje, żebyśmy nie posunęli się za daleko.

Taniec kozic na buli nad Doliną Pieciu Stawów Spiskich.

Szlak przewija się przez garb i wprowadza do niewielkiej Dolinki Lodowej. Krajobraz bardzo surowy, głazy, piargi, płaty śniegu. Mijamy rozstaj szlaków, gdzie oddziela się szlak prowadzący przez Czerwoną Ławkę do Zbójnickiej Chaty, i wspinamy się nad Lodowy Staw – najwyżej położony staw tatrzański (2157 m n.p.m.). Wyżej ścieżka pnie się stożkiem piargowym na przełęcz. Kiedyś perć była obsypująca się i nieuporządkowana, po remoncie zapewnia bezpieczne i w miarę wygodne wejście. Podejście na Lodową Przełęcz nie jest trudne, ale nużące i wymagające uwagi. Końcówka podejścia ubezpieczona łańcuchem, ale wejście nie sprawia trudności.

Wielki Staw Spiski w przepięknym wysokogórskim otoczeniu.

Ostatnie spojrzenie na Dolinę Pieciu Stawów Spiskich.

Przed nami widok na Czerwoną Ławkę.

My jednak zwracamy się w stronę Małego Lodowego.

A konkretnie na szlak na Lodową Przełęcz.

Szlak prowadzi przez wielkie głazowiska.

Tu odłącza się szlak na Czerwoną Ławkę.

Lodowy Staw to najwyżej położony tatrzański stały zbiornik wodny.

Spod Lodowej Przełęczy prezentuje się jeszcze lepiej.

Lodowa Przełęcz

Jeszcze tylko kilkanaście metrów i jesteśmy na Lodowej Przełęczy.

Lodowa Przełęcz

Ostatnie metry podejścia zabezpieczono łańcuchem.

Po 80 min od Chaty Téryego wchodzimy na Lodowa Przełęcz (2372 m n.m.) Podziwiamy niezwykle majestatyczne, urwiste skaliste zbocza Jaworowych Szczytów. Na dłuższy odpoczynek nie ma co liczyć, bo zimno tu jak piorun. Mimo naciągniętych bluz i kurtek dygocemy jak listki na wietrze.

Lodowa Przełęcz – dzisiaj naprawdę zimna, przynajmniej na wietrze!

Lodowa Przełęcz

Na pierwszym planie Ostry, po prawej Jaworowy Szczyt.

Lodowa Przełęcz

Na drugim planie Gerlach (w chmurach), a po prawej Wysoka i Rysy.

Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa

Na przełęczy próbujemy dodzwonić się do chłopaków, ale z sukcesem połowicznym. Schodzimy w dół, licząc na to, że wiatr ucichnie. Niegdyś były tu niewygodne piarżyste zakosy, po (chyba niedawnym) remoncie szlak jest znacznie wygodniejszy i sprawnie gubimy wysokość. Górne piętro doliny jest bardzo surowe, wrażenie potęguje groźny, czarny mur Jaworowych Szczytów. Jak cudownie mieć poczucie takiego bycia po prostu w górach! Szlak mija Żabi Staw Jaworowy – obowiązkowe fotki. Dalej wieje, więc schodzimy niżej, patrząc łakomym okiem na zalaną słońcem trawę na niższym piętrze doliny. Tam właśnie rozsiadamy się na postój.

Schodzimy sprawnie bardzo wygodnym szlakiem.

My coraz niżej, a Jaworowe Szczyty coraz większe…

Do pełnego widoku brakowało jeszcze Żabiego Stawu Jaworowego, ale już i on przed nami.

Niżej schodzimy na piękne kwieciste hale.

Dziś rozpusta. Wzięliśmy ze sobą liofilizat – spaghetti carbonara z szybką dla 2 osób. 600 ml wrzątku, 10 min i restauracja zaprasza! No, najeść to się tak do końca tym nie najedliśmy, ale po całym dniu wędrówki takie ciepłe jedzenie na postoju smakowało jak ambrozja.

Podczas całego odpoczynku towarzyszy nam przesympatyczna kozica. Przygląda się bardzo ciekawie, podchodzi coraz bliżej. Siedzimy cichutko jak zaczarowani. Gospodyni chyba czekała na pastwisko, które niechcący jej zajęliśmy. Pani kozico, przepraszamy, my tylko na chwilę i nas nie ma!

Po odpoczynku dalej gubimy wysokość. Idziemy wzdłuż Jaworowego Potowu. Wokół feeria kwiatów. Groźne czarne ściany Jaworowych Szczytów zostają za nami. Tu inny świat. Przecinamy niezwykle malowniczy mostek na Jaworowym Potoku. Jak tu ładnie! Nie liczyliśmy, ile R. zrobił tu zdjęć.

Zeszliśmy już do Jaworowego Potoku i oglądamy się za siebie.

A przed nami wychylają się Tatry Bielskie z Muraniem.

Przeuroczy filigranowy mostek na Jaworowym Potoku.

Niżej wchodzimy już w piętro lasów. Tu szlak jest mniej nachylony, widoki są mniej spektakularne, ale idzie się wygodniej. Zatrzymujemy się jeszcze raz na kłodzie przy szlaku. Nie macie pojęcia, jak dobrze może smakować sucha bułka z kabanosem po całym dniu wędrówki.

My schodzimy, z za nami zaczynają się kłębić chmury.

Niżej urozmaiceniem wędrówki są wspaniałe widoki na Tatry Bielskie. Podczas naszej ostatniej wycieczki w Bielskie widoczność była zerowa (za to kozice spotkaliśmy fantastyczne, zobaczcie, fotorelacja tutaj), więc tym chętniej spoglądamy w stronę ich grani.

Po wschodniej stronie Tatry Bielskie w całej okazałości.

Murań sprawia wrażenie, jakby chciał zatarasować nam drogę.

Zmęczenie powoli daje o sobie znać. Cieszymy się, że nie złapał nas deszcz – ogólnie pogoda była dziś znacznie lepsza niż w prognozach. Nasz szlak łączy się z niebieskim szlakiem prowadzącym z Przełęczy pod Kopą. Stąd już tylko pół godziny i stajemy w Jaworzynie.

Most na Jaworowym Potoku na Polanie pod Muraniem. Most został dosłownie zmieciony przez wezbrane wody potoku ledwie kilka dni później, na skutek tragicznych w skutkach opadów w Tatrach…

Samochód zostawiliśmy wczoraj na Łysej Polanie, co oznacza przymusowe przedłużenie naszego spaceru. Idziemy poboczem szosy, rozmawiając po drodze z Grzesiem bawiącym się z Babcią na działce. O dziwo jesteśmy chyba mniej zmęczeni niż po wczorajszej wycieczce, mimo że już drugi dzień z rzędu spędzamy 12 godzin na szlaku. Mniej nie znaczy oczywiście w ogóle. Prześladują nas wizje, że zgubiliśmy kluczyki do samochodu i nie będziemy mieli jak wrócić. Że pan parkingowy zamknął bramę małego parkingu (dla samochodów zostawianych dłużej niż 1 dzień) i nie będziemy mogli wyjechać. Itd. itp. Na szczęście żadna z tych czarnych wizji nie sprawdza się i po chwili z dziką radością pakujemy się do naszej bryki. Nie uwierzycie, ale jak tylko wsiadamy do samochodu, zaczyna padać. Ale mieliśmy dziś szczęście! Wycieczka udała się pierwszorzędnie – była wspaniała.

Nasz czas: 9.00-20.00, ok. 27 km, 1200m w górę i ponad 1400m w dół (nie licząc podjazdu na Siodełko)

W dwa dni prawie 60 km po Tatrach! Dzisiejsza trasa jest limonkowa 😉 (wczorajsza pomarańczowa).

PS. Nie uwierzycie, ale już 6 dni po naszej wędrówce ogromna ulewa i następujące po niej wezbranie górskich potoków zerwało ten wielki most, widoczny na zdjęciu pod koniec wpisu! Uroczy mostek w górnej części Doliny Jaworowej też zapewne nie przetrwał… Ach, te górskie żywioły!

Doliną Białej Wody przez Rohatkę i Dolinę Staroleśną

Łysa Polana – Dolina Białej Wody – (i wypad na Polski Grzebień) przełęcz Rohatka  – Dolina Staroleśna – Smokowiec

Piękne przejście w poprzek pasma Tatr Wysokich. Trasa o wyjątkowych walorach widokowych, niezwykle urozmaicona. Górne piętra Doliny Białej Wody to jeden z naszych ulubionych plenerów tatrzańskich. Jedynym mankamentem trasy jest jej długość – 25 km i 1500 m przewyższenia – no i – dla zmotoryzowanych – konieczność zorganizowania sobie powrotu do punktu wyjścia. Czy jednak takie rzeczy mogą być jakąkolwiek przeszkodą dla prawdziwego miłośnika Tatr? No pewnie że nie!

Continue reading

Wypad w słowackie Tatry Zachodnie, 2016.07

Wyjechali na wakacje (prawie) wszyscy nasi podopieczni! Gdy nie ma w domu dzieci to… JEDZIEMY W GÓRY!!!

Sebuś od tygodnia odpoczywa z Dziadkami nad morzem, Tyma właśnie wyprawiliśmy na jego pierwszy obóz harcerski, a z Grzesiem zgodziła się zostać u nas w domu nieoceniona pani Małgosia. Wobec tego z (prawie) spokojną głową możemy ruszać w nasze ukochane Taterki. Wyrodni rodzice, a co! Tym razem wybór punktu wypadowego pada na szczególnie bliski naszym sercom Zuberec. To położona pod samymi Tatrami słowacka miejscowość, uroczo zagłębiona pomiędzy wzgórzami u wylotu Doliny Rohackiej. Spędziliśmy tutaj ponad dwa tygodnie na wakacjach dwanaście lat temu. Byliśmy rok po ślubie, była z nami nasza ‚najstarsza córeczka’ – nieodżałowanej pamięci psina Regusia i było tak … beztrosko. Tamte wakacje wspominamy z wyjątkowym sentymentem. Cudownie przenieść się z powrotem w to samo miejsce po kilkunastu latach i, o dziwo, zastać je prawie zupełnie niezmienione!

 

2 lipca 2016, sobota

Upalnie i słonecznie, 32 stopnie, na miejscu trochę chłodniej

Dzień od rana jest pełen wrażeń. O 7:30 odwozimy razem z Grzesiem Tymka na zbiórkę przed obozem. Harcerze w mundurach polowych wyglądają bombowo. Wielkie plecaki, proporzec drużyny i zastępu, radości i obawy dzieci i rodziców… To wszystko miesza się w niesamowitym tyglu emocji. Jesteśmy pełni podziwu dla młodych ludzi, którzy za to wszystko odpowiadają – na każdym kroku widać ich zaangażowanie i świetną organizację, więc spokojnie się żegnamy, życząc Tymowi niezapomnianych przygód na jego pierwszym obozie! Przy okazji pozdrawiamy całe środowisko 19. Warszawskich Drużyn Harcerskich i Gromad Zuchowych „Zielony Płomień” i życzymy Dziewiętnastkom niezapomnianych przeżyć!

W domu przekazujemy Grzesia w dobre ręce pani Małgosi. Nasz maluch idzie na spacerek, a my zgarniamy ostatnie rzeczy i o 10:15 ruszamy do Zuberca!

Trasa katowicka dzisiaj strasznie zatłoczona, nie obywa się też bez krótkich (na szczęście) przestojów z powodu prac drogowych czy świateł, ale ogólnie kilometry uciekają. Słuchamy nowych płyt Brodki i Marii Peszek, czytamy sobie na głos książkę. Zatrzymujemy się na krótki postój po skręcie na „jedynkę”. Na trawie pod stacją benzynową zjadamy czereśnie kupione jeszcze w Warszawie. Potem ruszamy na obiad do wypatrzonej kilka dni temu atrakcji połączonej z obiadem:

Sławków

Słyszeliście kiedyś o Sławkowie? Nie? A to wielka szkoda, bo każdego smakosza powinny tu doprowadzić jego kubki smakowe! XVIII-wieczna Austeria, jedna z najpiękniejszych zachowanych karczm w Polsce, czeka na strudzonych podróżnych! Taki klimat można spotkać chyba jeszcze tylko w karczmie w Jeleśni.

Wizyta tutaj to niespodzianka od R. dla M., która do końca nie wie, dokąd jedziemy na obiad. Dojeżdżamy tutaj trasą 94 prowadzącą na Kraków, to jedynie 10 minut od katowickiej. Rewelacyjne miejsce na postój dla koneserów zapomnianych miejsc. Miasteczko lata swojej największej świetności ma już dawno za sobą –  rozkwitało jako ośrodek wydobycia kruszców i miasto położone przy via Regii w okresie od XII do XV w. Z tamtego okresu pochodzi idealnie zachowany średniowieczny układ urbanistyczny miasta, ale też ruiny zamku biskupów krakowskich oraz… piwniczka naszej dzisiejszej karczmy! Obiad tutaj to sama przyjemność. I turystyczna, i gastronomiczna. Podcieniowy drewniany budynek z sześcioma kamiennymi kolumnami aż prosi się o kolejne zdjęcia.

Tak wyglądał Sławków w XVI w.

Tak wyglądał Sławków w XVI w.

Austeria - jedna z najpiękniej zachowanych polskich karczm.

Austeria – jedna z najpiękniej zachowanych polskich karczm.

Wnętrze szynku Austerii.

Wnętrze szynku Austerii.

Austeria jest zbudowana na planie litery T.

Austeria jest zbudowana na planie litery T.

Piwniczka ze średniowiecznym rodowodem.

Piwniczka ze średniowiecznym rodowodem.

Podcień Austerii podpiera sześć kamiennych kolumn.

Podcień Austerii podpiera sześć kamiennych kolumn.

Na rynku zrekonstruowana studnia.

Na rynku zrekonstruowana studnia.

Po obiedzie urządzamy sobie jeszcze krótki spacer po Sławkowie. Kręcimy się po regularnym rynku o wymiarach 114 na 114 m. Niegdyś dookoła niego stały drewniane podcieniowe domy, taki sam charakter miał też ratusz. Niestety, tradycyjną zabudowę zniszczyły pożary. Obecny ratusz ma nieco ponad 100 lat, a domy pochodzą z XIX w. W Sławkowie zachowało się tylko kilka podcieniowych domów – jeden z nich uwieczniamy na zdjęciach. Szkoda, że drewniany gont na dachu przykrywa papa. W Sławkowie zachowały się też ruiny zamku biskupiego z XIII w. Spacerując po sławkowskich uliczkach, mamy wrażenie, że czas się zatrzymał. Aż trudno uwierzyć, że takie miejsce jest tylko rzut beretem od ruchliwej katowickiej!

Jeden z niewielu zachowanych domów podcieniowych.

Jeden z niewielu zachowanych domów podcieniowych.

Czas tu inaczej płynie.

Czas tu inaczej płynie.

Sławkowskie smaczki.

Sławkowskie smaczki.

Ruiny zamku biskupów krakowskich.

Ruiny zamku biskupów krakowskich.

Nowa inicjatywa - historia Sławkowa na zachowanych tablicach.

Nowa inicjatywa – historia Sławkowa na zachowanych tablicach.

Ciekawe, co otwierały te podwoje.

Ciekawe, co otwierały te podwoje.

Pamiątka dawnych czasów.

Pamiątka dawnych czasów.

Ostatnia porcja jazdy mija płynnie i sprawnie. Rozkoszujemy się odsłaniającymi się widokami na Tatry. Z dziką przyjemnością zajeżdżamy tym razem na słowacką stronę. Jakoś tak wolniej tu czas płynie. Z Zubercem, Szczyrbą, Smokowcami wiąże nam się tyle miłych wspomnień!

Tatry od orawskiej strony. Ach...

Tatry od orawskiej strony. Ach…

Ach, ten Zuberec. Ostatni raz spędzaliśmy tu tatrzańskie wakacje 12 lat temu, schadzając niemal wszystkie zachodniotatrzańskie szlaki. Przez ten czas nie zmieniło się wiele. Zuberec jak był, tak jest bardzo klimatyczny, wciśnięty w górską kotlinę, z malowniczymi drewnianymi zrębowymi zagrodami. Takich bram nie ma chyba nigdzie indziej! Tylko dużo więcej samochodów jeździ po ulicach, kręci się więcej turystów, więcej też nowych domów.

Rozlokowujemy się w bardzo wygodnej kwaterze przy ul. Rohackiej 432 i nie możemy sobie odmówić jeszcze jednej przyjemności – spaceru do centrum Zuberca i powrotu „obwodnicą”. 4 km mijają nie wiadomo kiedy. Jak miło powspominać dawne czasy!

Kościół w Zubercu pochodzi z lat 30. XX w.

Kościół w Zubercu pochodzi z lat 30. XX w.

W Zubercu można zanocować w tradycyjnych drewnianych chatach.

W Zubercu można zanocować w tradycyjnych drewnianych chatach.

To nie skansen, to Zuberec!

To nie skansen, to Zuberec!

To nie skansen, to Zuberec!.

To nie skansen, to Zuberec!.

To nie skansen, to Zuberec!.

To nie skansen, to Zuberec!.

Nasz czas: ok. 10:30-19:30, ok. 500 km

 

3 lipca 2016, niedziela

O pogodzie nie będziemy pisać. Obraziliśmy się na nią.

Dolina Jamnicka – Liptowska Grań – Dolina Jamnicka

Człowiek wyrywa się raz na ruski rok bez dzieci w góry, a tu cały dzień pada. Czy to jest sprawiedliwe?!! Dziś dodatkowo sprawdzamy na własnej skórze prawdziwość powiedzenia mówiącego o tym, czyją matką jest nadzieja. To o nas. Cały dzień mamy nadzieję, że w końcu się rozpogodzi – nadzieję nie bezpodstawną, bo popartą modelami ICM – i co? I wracamy cali mokrzy, a romantyczny wieczór zamieniany na wielkie suszenie.

W Tatrach słowackich szliśmy już niemal każdym szlakiem, niektórymi wielokrotnie. Zostało nam tylko kilka dziewiczych dróg. W Tatrach Zachodnich to szlak Doliną Jamnicką na Wołowiec; przejście granią przez Hrubą Kopę, Trzy Kopy, Pacholę i Salatyn i wejście na Rohacze od strony Doliny Żarskiej.

Dziś zamierzamy zmierzyć się z pierwszym z nich. Rano pada – właśnie przechodzi front od zachodu, ale wszelkie prognozy obiecują, że do południa będzie tylko wspomnieniem. To świetnie – myślimy – zanim zdobędziemy wysokość, na pewno się rozpogodzi. Długi kilkudziesięciokilometrowy dojazd z Zuberca do Przybyliny jest nam nawet na rękę. Niech sobie pada.

Parkujemy w pobliżu ujścia Doliny Raczkowej (885 m n.p.m.) i wchodzimy w Dolinę Wąską (tak nazywa się jej dolny odcinek). Wilgoć wisi w powietrzu. Rety, jak to powietrze tutaj pachnie! Odżywa tyle wspomnień. Jak 12 lat temu szliśmy Doliną Raczkową z Regusią „metodą pościgową” i przyprawiliśmy ją o takie zakwasy, że nie mogła stawać, biedulka, na łapki… Jak na grani Otargańców goniła nas burza, a spodenki M. tylko migały R. gdzieś w oddali… Jak nie było mostka… Jak Rega walczyła ze ślimakami…

Idzie się miło i sprawnie. Mijamy jaz na Raczkowym Potoku i dochodzimy do rozwidlenia doliny. Tym razem skręcamy w lewo – w Dolinę Jamnicką. Biały Potok Jamnicki pieni się w dole, po lewej opadają wielkie żleby lawinowe spod Barańca – jedne z największych w całych Karpatach, po prawej, spod zboczy Otargańców spływają urokliwe siklawy. Tak pięknie, a nikogo na szlaku. Dlatego liptowskie Tatry Zachodnie są takie wyjątkowe.

Wchodzimy w Dolinę Jamnicką.

Wchodzimy w Dolinę Jamnicką.

Dnem Doliny Jamnickiej. Najpierw droga niewiele się wznosi.

Dnem Doliny Jamnickiej. Najpierw droga niewiele się wznosi.

Wiata w Dolinie Jamnickiej. Ach, taki postój wśród zieleni to by było coś...

Wiata w Dolinie Jamnickiej. Ach, taki postój wśród zieleni to by było coś…

A głębiej w dolinie - ściąganie drewna = błoto na drodze.

A głębiej w dolinie – ściąganie drewna = błoto na drodze.

Po półtoragodzinnej porcji czas na pierwszy postój. Miejsce mamy wyborne – szałas na Polanie Młaczki (1180 m). Można wejść do środka, można tu nawet przenocować – jest i koza, i miejsca do spania. Na słowackich szlakach spotkać można kilka takich szałasów. Świetna sprawa.

Koliba pod Pustym na polanie Młaczki (1180 m).

Koliba pod Pustym na polanie Młaczki (1180 m).

Idealne miejsce na odpoczynek w deszczową pogodę.

Idealne miejsce na odpoczynek w deszczową pogodę.

Po postoju deszcz nasila się. Kaptury kurtek z membraną mocniej zaciągamy pod szyją. Potem kurtki zamieniamy na peleryny. Najgorsze są jednak te liście i trawki. Szlaki w tych rejonach są rzadko uczęszczane, więc roślinność zachłannie odzyskuje swój teren. Co krok chlap do buta. Nawet stuptuty niewiele pomagają.

Gdzieś w Dolinie Jałowieckiej...

Gdzieś w Dolinie Jałowieckiej…

Zaklinamy pogodę - na razie na próżno.

Zaklinamy pogodę – na razie na próżno.

Rzut oka w stronę Otargańców.

Rzut oka w stronę Otargańców.

... i w stronę Żarskiej Przełęczy.

… i w stronę Żarskiej Przełęczy.

Dolina Jamnicka zostaje pod nami.

Dolina Jamnicka zostaje pod nami.

Nieco ponad godzina od postoju i stajemy przez główną atrakcją Doliny Jamnickiej – Stawami Jamnickimi. Są bardzo malownicze. Podobno. Dziś widoczność prawie zerowa – M. o mało nie przegapia Stawu Niżniego (1728 m n.p.m.), mimo że szlak przechodzi tuż obok niego. Staw Wyżni ścieżka omija górą. W okolicy stawów zatrzymujemy się na drugi postój. Jak tu przysiąść, skoro wszystko takie mokre? Wypatrujemy odpowiednio duży kamień i uciekamy z mokrych trawek.

Niżni Staw Jamnicki. W tej mgle ledwo go widać...

Niżni Staw Jamnicki. W tej mgle ledwo go widać…

Postój na kamieniu - uciekamy od mokrych trawek.

Postój na kamieniu – uciekamy od mokrych trawek.

I jak możemy mieć sucho w butach...?

I jak możemy mieć sucho w butach…?

Po drugim postoju już tylko chwila marszu i stajemy na Jamnickiej Przełęczy (1909 m). Grań na tym odcinku słynie z pięknej panoramy. Tym razem musimy uwierzyć na słowo. Poza szlakowskazem nie widać wiele. Na przełęczy skręcamy w prawo i po kolejnych 20 minutach stajemy na szczycie Wołowca (2064 m). Od przełęczy nareszcie jest zasięg. Szybki telefon, co u Grzesia, sms do Tyma. U dzieci ok, możemy odetchnąć.

Podejście na Jamnicką Przełęcz.

Podejście na Jamnicką Przełęcz.

Jamnicka Przełęcz (1909 m).

Jamnicka Przełęcz (1909 m).

Na Wołowcu tak jakby się przejaśnia, nawet widać skrawek błękitnego nieba. Dobra nasza, mamy zapowiadany koniec opadów. To może nie wracajmy tą samą drogą, tylko zróbmy pętelkę z podejściem pod Jarząbczy? Tym odcinkiem Liptowskiej Grani jeszcze nie szliśmy.

Na takie pomysły zazwyczaj nie musimy się nawzajem długo namawiać, więc już po chwili maszerujemy granią główną na wschód. Zejście z Wołowca jest dość uciążliwe, nachylenie jest spore, a ścieżka obsypuje się spod nóg. Ten fragment Liptowskiej Grani nie był remontowany od baaardzo dawna. Trudy zejścia rekompensuje nam urozmaicona ścieżka, wijąca się to skalną granią, to trawiastą ścieżką. Ekspozycja po obu stronach jest spora – koniecznie trzeba by wzmóc uwagę przy oblodzeniu. Po zejściu na Dziurawą Przełęcz pogoda robi nas w balona. Zamiast oczekiwanego słońca zachmurza się jeszcze bardziej, deszcz się nasila, a do tych atrakcji dochodzi nieprzyjemny zimny wiatr, wciskający wilgoć wszędzie tam, gdzie byliśmy jeszcze względnie susi. Jesteśmy jednak już za daleko, by powrót był opłacalny – idziemy dalej. Na postój w tych warunkach nie ma nadziei. Aparat natychmiast moknie na deszczu. Nie robimy zdjęcia nawet malowniczemu oknu skalnemu, tylko pędzimy przez siebie. Kątem oka zwracamy uwagę na niezwykłą malowniczość graniowej ścieżki – musi tu być na pewno pięknie podczas słonecznej pogody. Po ponadgodzinnej walce z wiatrem i zacinającym deszczem udaje nam się wypatrzyć słowacki szlakowskaz. Tabliczki są zniszczone, ale udaje nam się dostrzec zejściowy zielony szlak sprowadzający z powrotem do Doliny Jamnickiej.

Z Wołowca w kierunku Jarząbczego Wierchu.

Z Wołowca w kierunku Jarząbczego Wierchu.

... czyli Liptowską Granią. Słynie z pięknych widoków...

… czyli Liptowską Granią. Słynie z pięknych widoków…

Uradowani ruszamy w dół. Nasza radość trwa jednak krótko, bo warunki na szlaku są koszmarne. Nadal pada i wieje. Ścieżka już kilkanaście lat temu w przewodniku Nyki była opisywana jako zniszczona, a teraz jest dużo gorzej. Schodzimy żlebem, który jest zasypany rumoszem skalnym, stale usypującym się spod nóg.

Zejście spod Jarząbczego do Doliny Jamnickiej wygląda właśnie tak.

Zejście spod Jarząbczego do Doliny Jamnickiej wygląda właśnie tak.

Na postój z powodu warunków nadal nie ma nadziei. M. zalicza pośliźnięcie z przeturlaniem się na brzuch. Lądowanie w bujnej roślinności zapewnia dostawę świeżej wody pod pelerynę. Po szlaku też płynie woda. Ratunku! Ścieżka w końcu wyprowadza nas ze żlebu i wyprowadza na prawo. Mokre liście szczawiu i kosodrzewiny, przez które musimy się dosłownie przebijać (szlak jest bardzo mało uczęszczany), powodują, że jesteśmy coraz bardziej mokrzy.

Mokre kosodrzewiny to kopanie leżącego.

Mokre kosodrzewiny to kopanie leżącego.

Gdy już większość zejścia za nami i zdążają pochować się wszystkie potencjalne widoki, co się dzieje? Zza chmur wychodzi słońce! Naprawdę ktoś chyba robi sobie z nas żarty. Czujemy się jak w jakiejś meteorologicznej ukrytej kamerze. Po kilkunastu minutach docieramy do rozstaju „pod Hrubym Wrchem”. Teraz przed nami już tylko znajomy szlak.

Schodzimy w stronę Doliny Jamnickiej.

Schodzimy w stronę Doliny Jamnickiej.

Po całodziennym deszczu wszystko wygląda bajkowo.

Po całodziennym deszczu wszystko wygląda bajkowo.

Połączenie szlaków w Dolinie Jamnickiej

Połączenie szlaków w Dolinie Jamnickiej

Po kolejnych kilkunastu minutach pozwalamy sobie na upragniony postój w wiacie w pobliżu miejsca, gdzie dołącza się z prawej szlak z Żarskiej Przełęczy. Po ponad trzech i pół godziny ciągłego marszu w typowej górskiej „dupówie” należy nam się odpoczynek! Nasze nogi zaliczyły w tym czasie ok. 500 m podejścia i 1000 m zejścia. Nie jest z nami jeszcze tak źle! Z rozkoszą zdejmujemy z siebie mokre ubrania i zakładamy suche z plecaków. Niech żyje dobry ekwipunek! Żałujemy tylko, że wcześniej wypiliśmy większość gorącej herbaty. Z dwóch termosów zostało nam po kubku, ale dobre i to! Pokrzepieni solidną porcją słodyczy, ruszamy na ostatnie siedem kilometrów trasy. Tutaj nie ma już żadnych trudności. Stwierdzamy też, że niżej przez cały dzień prawie nie padało. Wrrr… Po nieco ponad półtorej godziny meldujemy się przy samochodzie. Ale mieliśmy dziś romantyczne SPA!

Nasz czas: 10:30 – 20:10; ok. 24 km, 1500 m przewyższenia

 

4 lipca 2016, poniedziałek

Wymarzona pogoda górska. Słonecznie, ale nie burzowo, tylko momentami trochę chłodno, do 16 st.

Dolina Rohacka – Dolina Smutna – Trzy Kopy – Hruba Kopa – Banówka – Dolina Spalona

To jedna z najpiękniejszych krajobrazowo i najciekawszych turystycznie tras w Tatrach Zachodnich. Ze względu na trudności i znaczną ekspozycję bywa porównywana do Orlej Perci – wziąwszy pod uwagę niektóre fragmenty, zapewne nie ma w tym dużej przesady. Przy suchej skale turysta obeznany ze szlakami wysokogórskimi nie powinien jednak mieć problemów. Warto wybrać na tę trasę pogodny dzień, bo widoki na otoczenia Dolin Smutnej i Spalonej z jednej, a Żarskiej i Jałowieckiej z drugiej strony są naprawdę niezwykle malownicze.

Rano wybieramy się dużo wcześniej niż wczoraj, znacznie bliższy mamy też dojazd. o 8:00 jedziemy już w stronę Zwierówki. Po skręcie w prawo w Dolinę Rohacką widzimy… szlaban. Zatrzymujemy się więc na płatnym (2,5 Euro) parkingu przy pensjonacie Szyndlowiec. Kilkanaście lat temu parking był ponad kilometr dalej niż obecnie. Teraz główny parking znajduje przy dolnej stacji nowego wyciągu „Rohace – Spalena”, ale nas przygnało tutaj z przyzwyczajenia.

Spacer asfaltową drogą przez Dolinę Rohacką przywołuje skojarzenia z drogą do Moka, ale jest dużo przyjemniejszy. Przede wszystkim nasilenie ruchu jest znacznie mniejsze. Do tego ten miły leśny chłód i zapach. Im wyżej, tym częściej idziemy w słońcu, zdejmując kolejne warstwy ubrań. Gorące promienie tak intensywnie osuszają rosę po wczorajszych opadach, że nad polankami tworzy się charakterystyczna mgiełka. Ponad godzinę od wyjścia meldujemy się przed wyremontowanym w ostatnich latach „Bufetem pri Tatliakovym Plesie” (który dla nas już chyba na zawsze zostanie Bufetem Rohackim :)).

Dolina Rohacka. 'Co miłość w górach stworzyła, niech dobra wola zachowa'

Dolina Rohacka. ‚Co miłość w górach stworzyła, niech dobra wola zachowa’

Wilgoć po wczorajszych opadach...

Wilgoć po wczorajszych opadach…

... szybko ucieka do góry.

… szybko ucieka do góry.

Bufet Rohacki. Jesteśmy na wysokości 1380 m.

Bufet Rohacki. Jesteśmy na wysokości 1380 m.

Kierujemy się prosto w stronę Doliny Smutnej, spoglądając ze szlaku na Tatliakove Jaziorko, które leży w lesie za bufetem. Szlak mija górną granicę lasu i dalej wiedzie już wśród kęp kosodrzewiny. No, pora na postój. Odpoczywamy na głazach, wygrzewając się w słoneczku, z widokiem na Rohacze. Czy może być piękniej?

Obok bufetu - Czarna Młaka, czyli Tatliakovo jazierko.

Obok bufetu – Czarna Młaka, czyli Tatliakovo jazierko.

Wchodzimy na dolne piętro Doliny Smutnej.

Wchodzimy na dolne piętro Doliny Smutnej.

Słowackie ujęcia wody zawsze nam się bardzo podobały.

Słowackie ujęcia wody zawsze nam się bardzo podobały.

Widok z okolicy naszego postoju na wyższe piętra Doliny Smutnej.

Widok z okolicy naszego postoju na wyższe piętra Doliny Smutnej.

Z nowymi siłami ruszamy na ostatni odcinek podejścia przez górne piętra Doliny Smutnej. Pamiętamy ten szlak sprzed dwunastu lat. Podobnie jak wtedy, dziś też zachwycamy się widokami na oba Rohacze i Wołowiec, który dzisiaj jakoś szczególnie pięknie wygląda w promieniach przedpołudniowego słońca. Szlak wprowadza na Przełęcz Smutną wygodnie poprowadzonymi zakosami. Nie możemy oprzeć się urokowi tego miejsca i wraz z wieloma osobami siadamy chociaż na chwilę, kontemplując widoki na Dolinę Smutną i Żarską, Rohacze i Baraniec. Przed nami najciekawsza część trasy. Dwanaście lat temu z przełęczy skręcaliśmy w lewo i szliśmy granią przez Rohacze, dziś skręcamy w prawo.

Rzut oka do tyłu - za nami Rohacze i Wołowiec.

Rzut oka do tyłu – za nami Rohacze i Wołowiec.

Jeszcze kilka kroków i jesteśmy na Smutnej Przełęczy (1955 m).

Jeszcze kilka kroków i jesteśmy na Smutnej Przełęczy (1955 m).

Na Smutnej Przełęczy (1955 m n.p.m.).

Na Smutnej Przełęczy (1955 m n.p.m.).

Wchodzimy coraz wyżej, przechodząc przez Smutne Turniczki. Po około pół godziny meldujemy się na Przedniej Kopie. Im wyżej, tym piękniej widać Stawy Rohackie, podwieszone nad Doliną Rohacką, i grań Rohaczy w coraz szerszej oprawie z położonych za nimi szczytów.

Jest moc! Idziemy granią w kierunku Trzech Kop.

Jest moc! Idziemy granią w kierunku Trzech Kop.

Baraniec i Smrek. Nigdy nie mieliśmy tam dobrej widoczności.

Baraniec i Smrek. Nigdy nie mieliśmy tam dobrej widoczności.

Przednie Zielone i piękne Stawy Rohackie.

Przednie Zielone i piękne Stawy Rohackie.

Uwagę od pięknych panoram odciągają tylko wymagania szlaku, bo ścieżka robi się coraz trudniejsza. Skalna perć, okresowo ubezpieczona łańcuchami, przeprowadza nas „nie bez emocji” (cytując mistrza Nykę:)) przez przełęcze i kolejne szczyty Trzech KopDrobną Kopę i Szeroką Kopę. Najtrudniejsze w tym rejonie wydaje nam się zejście z Przedniej Kopy. To jednak subiektywne odczucie, bo były też np. dość niekomfortowe fragmenty bez ubezpieczeń.

Granią Trzech Kop.

Granią Trzech Kop.

Granią Trzech Kop.

Granią Trzech Kop.

Ten szlak bywa nazywany Orlą Percią Tatr Zachodnich. Chyba nie bez przyczyny.

Ten szlak bywa nazywany Orlą Percią Tatr Zachodnich. Chyba nie bez przyczyny.

Rzut oka do tyłu - stamtąd przyszliśmy.

Rzut oka do tyłu – stamtąd przyszliśmy.

Trudności zaraz zelżeją. Przed nami Hruba Kopa (2163 m).

Trudności zaraz zelżeją. Przed nami Hruba Kopa (2163 m).

Dalej łatwą ścieżką wchodzimy na rozległy szczyt Hrubej Kopy. Stąd widoki są jeszcze rozleglejsze. Kawałek za szczytem zatrzymujemy się na dłuższy postój z pięknym widokiem na Banówkę i dalszą część grani głównej.

Widok z Hrubej Kopy w kierunku wschodnim.

Widok z Hrubej Kopy w kierunku wschodnim.

Przed nami Banówka i Pachola.

Przed nami Banówka i Pachola.

Nasza dzisiejsza ostatnia porcja graniowa to przejście  Hrubej Kopy na Banówkę. Fragmenty szlaku wymagają powspinania się po skale, okresowo są też łańcuchy, ale mimo sporej ekspozycji tu jest już łatwiej niż na Trzech Kopach. Uwaga, okolice Igły w Banówce i okolicy grani szczytowej można obejść dość łatwą ścieżką po lewej stronie.

Z przyjemnością mijamy po prawej Igłę, którą zawsze do tej pry widzieliśmy tylko z dołu, i po chwili stajemy na pełnym turystów szczycie Banówki. Pięknie stąd prezentuje się Baraniec z wyłaniającym się za nim Smrekiem.

Banówka (2178 m) z charakterystyczną igłą.

Banówka (2178 m) z charakterystyczną igłą.

Mijamy charakterystyczną Igłę w Banówce.

Mijamy charakterystyczną Igłę w Banówce.

Aby wejść na Banówkę, trzeba się jeszcze trochę natrudzić.

Aby wejść na Banówkę, trzeba się jeszcze trochę natrudzić.

Grań Banówki, w tle Hruba Kopa.

Grań Banówki, w tle Hruba Kopa.

Teraz już mamy tylko zejście w dół. Szlak sprowadzający na Banikowską Przełęcz usypuje się spod nóg i wymaga uważnego stawiania kroków. Kolana upominają się o swoje prawa. Cierpi zwłaszcza R., który na grani dość niefortunnie stanął na prawą nogę. Na szczęście zejście na przełęcz nie jest długie, a tam od razu skręcamy w dość wygodną ścieżkę wiodącą Doliną Spaloną.

Po prawej odsłania się Dolina Spalona - nią będziemy wracali.

Po prawej odsłania się Dolina Spalona – nią będziemy wracali.

Banikowska Przełęcz (2062 m).

Banikowska Przełęcz (2062 m).

Dolina Spalona zawsze bardzo nam się podobała. Ma wysokogórski,  surowy charakter. Naszą uwagę zwracają zwłaszcza gigantyczne stożki piargowe. W Dolinie Spalonej kiedyś przez cały postój towarzyszył nam tu sympatyczny świstak. Dziś, niestety, nie spotykamy tych miłych zwierzątek – pewnie większa byłaby na to szansa wczesnym rankiem.

Zaczynamy schodzić Doliną Spaloną.

Zaczynamy schodzić Doliną Spaloną.

W Dolinę Spaloną opadają gigantyczne stożki piargowe.

W Dolinę Spaloną opadają gigantyczne stożki piargowe.

Po zejściu z górnego progu doliny urządzamy sobie ostatni postój. Potem już tyko na dół. Kawałek za zejściem z dolnego progu w prawo odłącza się ścieżka do Wodospadu Rohackiego (Wyżniej Spaleńskiej Siklawy). Warto zboczyć te kilka kroków w bok, bo wodospad utworzony przez 20-metrowy próg skalny jest rzeczywiście bardzo malowniczy.

Gdzieś znalazł sobie miejsce do życia dzwonek alpejski.

Gdzieś znalazł sobie miejsce do życia dzwonek alpejski.

... i goryczka kropkowana.

… i goryczka kropkowana.

Wyżnia Spaleńska Siklawa (Wodospad Rohacki) spada z 20-metrowego progu.

Wyżnia Spaleńska Siklawa (Wodospad Rohacki) spada z 20-metrowego progu.

Ostatni odcinek drogi to półgodzinny marsz asfaltem w kierunku Zwierówki. Oj, czujemy w nogach tę pokonaną wysokość. I najbardziej na świecie marzymy o ciepłym posiłku. Skwapliwie korzystamy więc z okazji przegryzienia czegoś w Pensjonacie Szyndlowiec, naprzeciwko którego mamy zaparkowany samochód. Obiad po takiej trasie smakuje wyśmienicie.

Z Adamculi patrzymy, gdzie dzisiaj byliśmy. Trzy Kopy i Hruba Kopa.

Z Adamculi patrzymy, gdzie dzisiaj byliśmy. Trzy Kopy i Hruba Kopa.

Nasz czas: 8:20 – 18:20; dystans: 18,5 km; 1300 m przewyższenia

Wieczorem już tylko pakowanie, a następnego dnia skoro świt pędzimy do Grzesia (a M. na popołudnie do pracy) Ale się za nim stęskniliśmy!  W Zubercu byliśmy tylko dwa dni, ale mamy wrażenie, że spędziliśmy tu dużo więcej czasu. Czas spędzony poza domem płynie jakoś zupełnie inaczej.

 

Słowacja – Wysokie Tatry, 2007.02

Od ostatniego dłuższego wyjazdu minęło już dobrych kilka miesięcy i z utęsknieniem czekaliśmy na zimowy wyjazd w góry – miały to być pierwsze ferie Tymusia! Wszystko było dopięte na ostatni guzik, ambitne plany spisane, bagaże spakowane, a tu klops – kilka dni przed wyjazdem Tymek dostał wysokiej temperatury. Żadnych innych objawów poza rosnącymi trzonowcami. Pediatra obejrzał Tymka i stwierdził, że nie ma się czym martwić. Rzeczywiście, po lekach przeciwgorączkowych przechodziło jak ręką odjął. Złożyliśmy więc wszystko na karb ząbkowania i – w nerwach bo w nerwach – zdecydowaliśmy się wyjechać.

 9 lutego 2007, piątek

Pogoda w kratkę, 2 stopnie, od mżawki po bezchmurne niebo

Zamiast planowanego wyjazdu o świcie, z Warszawy wyruszyliśmy dopiero o 9.30 – do ostatniej chwili obserwowaliśmy uważnie samopoczucie Tymka.

Z punktu widzenia kierowcy droga była wymagająca, ale minęła dość gładko – oczywiście jak na nasze realia: spory ruch i kilka świateł w Warszawie, tiry na katowickiej i mały korek za Częstochową, potem w miarę płynnie na Zakopiance i na deser zmrożona nawierzchnia Oswalda Balzera i zupełnie białe drogi na Słowacji. Dojeżdżamy późno, ok. 22.30, ale jednak dystans był spory (530 km) i trzeba się było zatrzymać na trzy godzinne odpoczynki.

Dużo bardziej martwiliśmy się zdrowiem Tymusia. Pierwsza część podróży minęła bardzo dobrze, był wesoły, bawił się, ale po południu znów złapała go temperatura – skończyło się – jak to u Tyma – wymiotowaniem na fotelik samochodowy i nerwami, zwłaszcza M. Po leku przeciwgorączkowym znów wszystko wróciło do normy. Późnym wieczorem chrzęszczący pod kołami lód budził Tyma, ale M. śpiewała trochę kolędy, trochę kołysanki i tak jakoś dojechaliśmy na miejsce.

10 lutego 2007, sobota

Rano bajkowo, błękitne niebo, potem chmury, 2 stopnie

Dzień zaczynamy od ogarnięcia całego bałaganu, który zostawiliśmy poprzedniego dnia wieczorem, co nie jest łatwe z marudzącym dzieckiem (a bardzo pomaga nam Babcia Urszula, która mieliśmy przyjemność ze sobą porwać).

Tymek ciągle falami gorączkuje, a my się denerwujemy. Skoro plany aktywnego wypoczynku z dzieckiem spaliły na panewce, staramy się chociaż wyrwać na chwilę we dwoje – robimy trzygodzinny wypad na narty na Solisko. Warunki świetne, trasa b. przyjemna – pod tym względem nic się nie zmieniło. Na górze pracują armatki śnieżne, robiąc klimat rodem z marcowej Goryczkowej. Sporo ludzi – widać ogromną różnicę między sezonem a marcem – ale kolejka szybko się przesuwa.

Po południu Tymo czuje się lepiej, mimo to jeszcze nie bierzemy go ze sobą na spacer. Tylko M. z U. ucinają sobie wieczorną przechadzkę do Nowego Szczyrbskiego Jeziora.

Narty na Solisku

Narty na Solisku

Wspominamy letnie wyprawy...

Wspominamy letnie wyprawy…

 11 lutego 2007, niedziela

W nocy około zera i niewielki śnieg, w dzień 4 stopnie i przebłyski słońca

Nareszcie z Tymusiem zauważalnie lepiej, więc wybieramy się wszyscy czworo na niedługi spacer po Szczyrbskim – nie chcemy przesadzić. Docieramy na dworzec kolejki zębatej i „elektryczki”, oglądamy „areał” narciarski, podchodzimy pod skocznie i wyciągi. Tymo oczywiście cały spacer przespał.

Po południu pogoda jest nieco gorsza. Wymykamy się we dwoje na narty na Solisko – tym razem w górę udało nam się złapać skibusa – to jednak znaczne ułatwienie. Szkoda, że chmury zasłaniały Patrię i resztę pięknego górskiego otoczenia.

 12 lutego 2007, poniedziałek

B. ładny, słoneczny dzień, zwłaszcza po południu, 2-3 stopnie

Po ciężkiej nocy (Tymo budził się kilkanaście razy) zarzucamy plan wczesnorannej wyprawy na narty i wstajemy dopiero po 8.00. Na narty (Solisko) uciekamy dopiero po spokojnym wspólnym śniadaniu, przed 10.00. W dodatku skibus nie przyjeżdża i musimy iść pieszo – w rezultacie zaczynamy jeździć już po 11.00.

Po południu wychodzimy na spacer wszyscy czworo. Tymuś dopiero od niedawna nie gorączkuje, więc nie porywamy się na żadne dłuższe wyprawy (które wcześniej planowaliśmy). R. z T. spacerują po prostu w okolicach drogi do Popradzkiego Stawu, potem podchodzą pod wyciągi na Solisko. M. i U. w tym czasie wjeżdżają wyciągiem na Solisko – widoki są dziś naprawdę przepiękne, a chcemy, żeby Babcia też miała trochę frajdy z wyjazdu.

Wieczorem jemy wspólną kolację w regionalnej karczmie – gulasz z dziczyzny z knedlem. Pycha.

Solisko

Solisko

Czas coś zjeść

Czas coś zjeść

 13 lutego 2007, wtorek

Śnieg z deszczem na zmianę z deszczem ze śniegiem…

Wobec – delikatnie mówiąc – niezachęcającej pogody rezygnujemy ze wspólnej wycieczki z Tymusiem do Popradzkiego Stawu. Tymo nareszcie czuje się świetnie, najada się jak bąk i wesoło baraszkuje, więc decydujemy się na dłuższy wypad we dwoje.

9.45-15.15 Wycieczka do Chaty Plesnivec ( ok. 500 m, 14 km)

Zbójnickim Chodnikiem do Kieżmarskich Żłobów

Parkujemy na płatnym parkingu przy Białej Wodzie. Dojście asfaltem do wyjścia szlaku jest mało przyjemne, ale na szczęście krótkie. Z ulgą docieramy do Zbójnickiego Chodnika. Tu małe rozczarowanie: szlak jest zupełnie nieprzetarty. Ciężko brniemy w mokrym, przepadającym śniegu. Taak, nasze masochistyczne przyjemności. Co chwila zapadamy się w śniegu po kolana. Dodatkowo klimat psuje nieprzyjemna, mokra mżawka. Szczególnie w drodze powrotnej ten odcinek dał na popalić – R. chciał tu nawet nocowaćJ

Żółtym (dolinnym) szlakiem do Chaty Plesnivec

Ścieżką szło przed nami kilka osób, więc jest o wiele wygodniej. Otoczenie niezwykle malownicze – dróżka malowniczo wije się przez las: cudownie jest znów wędrować w dzikiej przyrodzie! Cały czas idziemy dnem doliny. Dopiero ostatni odcinek jest stromy i w warunkach zimowych stanowi pewne wyzwanie. Na szczęście na końcu drogi czeka na nas ciepłe schronisko.

W Chacie Plesnivec („Szarotce”) jesteśmy jedynymi gośćmi, więc klimat jest nieporównanie bardziej górski w porównaniu z naszą ostatnią wizytą (szczyt sezonu i zlot myśliwych…). Grochówka popita herbatą smakuje nieziemsko!

Powrót zielonym (trawersującym) szlakiem to zdecydowanie wygodniejszy i częściej uczęszczany wariant dojścia do schroniska, idzie się naprawdę wygodnie. Przed 16.00 wracamy do Szczyrbskiego.

Wieczorem, już po naszym powrocie, wybieramy się wszyscy razem na spacer po Szczyrbskim.

Zimowe impresje

Zimowe impresje

Ruszamy do Schroniska Szarotka-Chaty Plesnivec

Ruszamy do Schroniska Szarotka-Chaty Plesnivec

My przed Szarotką, mgły pod nami

My przed Szarotką, mgły pod nami

Odpoczęliśmy, czas wracać

Odpoczęliśmy, czas wracać

W górach nie ma brzydkiej pogody

W górach nie ma brzydkiej pogody

Nasza kaczuszka czeka na nas w domu

Nasza kaczuszka czeka na nas w domu

 14 lutego 2007, środa

Rano prószy śnieg, potem piękne słoneczko

Przedpołudnie spędzamy na nartach na Solisku. Na stoku jesteśmy tuż po 9.00, ale to już za późno – przy wyciągach szybko robi się tłok. Z podsłuchanych rozmów kolejkowych wiemy, że w niżej położonych ośrodkach (nawet na dolnych stacjach Chopoku) brakuje śniegu i można jeździć tylko na Łomnicy i w Szczyrbskim… Wytrzymujemy do południa i wracamy do Tymusia.

Po wspólnym obiedzie dzielimy się na podgrupy: chłopaki spacerują dookoła zamarzniętego Szczyrbskiego Jeziora, podziwiając pięknie oświetlone słońcem tatrzańskie szczyty, a dziewczyny biorą samochód i jadą popluskać się w termalnych wodach Aquacity Poprad (przyjemność jest jeszcze większa zimą niż w lecie…). Zauważamy, że gospodarze postarali się o przewijaki i krzesła dla dzieci, jest również brodzik i plac zabaw dla maluchów. Wrócimy tu jeszcze z Tymkiem! Wracamy (z małym pobłądzeniem…) wygrzane i w szampańskich humorach.

Ale rano jest wesoło

Ale rano jest wesoło

Narty na Solisku

Narty na Solisku

 15 lutego 2007, czwartek

Rano ładnie, od południa się zachmurza, po południu śnieg, około zera

Tymuś kończy 10 miesięcy!

Tym razem udaje się nam dotrzeć na stok dostatecznie wcześnie i już o 8.30 jesteśmy na nartach (ułatwił nam to Tymo, wstając o 5.30 po przespanej nocy). Dzięki temu możemy cieszyć się doskonałymi warunkami i brakiem kolejek. Koło południa wracamy, bo robi się coraz bardziej tłoczno (na Chopoku już podobno nie da się jeździć).

Po południu wychodzimy na spokojny spacer z Tymusiem. Jemy bardzo smaczny obiad w karczmie nad jeziorem i z pełnymi brzuchami ruszamy na spacer. Okrążamy całą taflę jeziora, idąc cały czas wzdłuż przygotowanego toru dla narciarzy biegowych. Sceneria jest przemiła. Tymo oczywiście przesypia całą wycieczkę.

Wieczorem wyskakujemy we dwoje jeszcze raz na narty. Na początku jeździ się świetnie, ale potem wypłasza nas padający intensywnie mokry śnieg.

I znów na narty

I znów na narty

I ziuuuu!

I ziuuuu!

Wokół Szczyrbskiego Jeziora

Wokół Szczyrbskiego Jeziora

 16 lutego 2007, piątek

Niebo zachmurzone, ale wysoki pułap chmur, niewielki mróz w okolicy zera

Spokojne spacery z dzieckiem są niezmiernie miłe, ale bardzo ciągnie nas w góry. Po raz kolejny korzystamy więc z towarzystwa nieocenionej Babci i urządzamy sobie wspaniałą zimową wycieczkę.

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Wędrówka tą trasą to sama przyjemność. Idziemy po cienkiej warstwie świeżego, dziewiczego śniegu i oddychamy pełną piersią. Jest bardzo wygodnie: do schroniska dojeżdża skuter śnieżny i szlak jest doskonale widoczny i dobrze ubity. Gdyby Tymo był na sto procent zdrowy, wybralibyśmy się tu z sankami. Zauważamy, że końcowy odcinek szlaku biegnie inaczej niż w lecie, nie dnem doliny, ale trawersując zbocze (wzdłuż kabli telefonicznych). Naszą uwagę przyciąga grupa taterników, wspinających się na lodospady.

Jest pięknie, ale widoczność mizerna. Cokolwiek odsłania się dopiero w okolicach Chaty przy Zielonym Stawie. Robimy kilka zdjęć i wchodzimy się ogrzać do środka. Pałaszujemy przepyszny zestaw z wyprażanym serem. Mniam… Atmosfera kameralna, zresztą zawsze lubiliśmy to schronisko, oprócz nas przewijają się jeszcze tylko ze dwie, trzy osoby.

Na drogę powrotną pierwotnie planowaliśmy obrać inny szlak, przez Białe Stawy, ale zdecydowanie lepiej była przetarta ścieżka na Jagnięcy, co zmyliło nas i przez co zapędziliśmy się bez sensu ok. 150 metrów w górę. W końcu, pokonani, wracamy tę samą trasą. Wracając, spotykamy zdecydowanie więcej turystów (głównie skitourowców).

W drodze powrotnej zahaczamy samochodem o znaną nam dobrze Szczyrbę i zadziwiamy się, jak szybko postępuje budowa autostrady.

Wieczorem M. zostaje z Tymusiem, a R. z kochaną Teściową wybierają się na miłą – a jak! – wycieczkę do Smokowca. Wjeżdżają kolejką na Hrebienok i zjadają pyszne bryndzowe haluszki w Bilikovej Chacie. W kolejce dużo saneczkarzy, ale na Hrebienoku ciemno, pusto i … ślisko.

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Postój nr 1. Gorąca herbata - bezcenna

Postój nr 1. Gorąca herbata – bezcenna

Widać już Chatę przy Zielonym Stawie

Widać już Chatę przy Zielonym Stawie

Chata przy Zielonym Stawie

Chata przy Zielonym Stawie

... w iście majestatycznym otoczeniu

… w iście majestatycznym otoczeniu

Chcąc nie chcąc, wracamy

Chcąc nie chcąc, wracamy

 17 lutego 2007, sobota

Pogoda jak z folderów reklamowych: błękit nieba i -5 stopni

Ostatni dzień pobytu udał się nam jak na zamówienie. Po pierwsze: pogoda była iście bajkowa i po drugie: udało nam się odbyć wycieczkę, którą ze względu na niesprzyjającą aurę musieliśmy kilka razy przekładać.

Zimowy spacer do Chaty przy Popradzkim Stawie (9.15-14.45, w tym 1,5 h w schronisku; ok. 12 km i 250 m przewyższenia).

Trasa, która w warunkach letnich i bez dziecka była dla nas jedynie pierwszym etapem wycieczki, teraz – z 10-miesięczym Tymusiem i w zimie – stała się wspaniałym celem sama w sobie.

Długo myśleliśmy, jak przetransportować Tyma. Wózek mógł się nie sprawdzić na zaśnieżonej górskiej drodze, a w sankach takiemu maluchowi jak nasz Tymuś, śpiącemu przez znaczną część spaceru, mogłoby być nie dość bezpiecznie i wygodnie. Idealnym połączeniem byłyby wózko-sanki… Od myśli do czynu droga krótka i już po chwili mieliśmy przygotowany idealny pojazd na dzisiejszą wycieczkę: górę dziecięcego wózka przymocowaliśmy do sanek. Dodatkowo pojazd wyposażyliśmy w dwie liny: jedną z przodu, do ciągnięcia, i drugą z tyłu – do hamowania, na powrotną drogę, z góry. Mimo że wehikuł wyglądał dość nietypowo i zwracał powszechną uwagę, sprawdził się znakomicie.

Tymo zapewne był nieświadomy niezwykłości pojazdu, a którym przyszło mu podróżować, ale zafascynowały go ośnieżone drzewa: przez niemal połowę drogi leżał z otwartymi oczami i jak zaczarowany patrzył na otoczenie.

Dla nas też cała trasa była po prostu zachwycająca: pogoda i doskonała widoczność sprawiły, że dookoła nas przesuwały się widoki jak z pocztówek. Przy schronisku widzieliśmy ludzi wchodzących na Osterwę – ech, w taki dzień też chciałoby się tam być… Przypominaliśmy sobie nasze wszystkie „wysokotaterne” bezdzieciowe tury. Ale dziś czuliśmy się chyba nawet szczęśliwsi.

W Schronisku przy Popradzkim Stawie zatrzymaliśmy się na długi, półtoragodzinny odpoczynek, głównie żeby wybiegać i nakarmić Tyma. Było nam bardzo wygodnie. W środku nie było tłumu, więc zajęliśmy cały stolik i okoliczne ławy, zalazło się nawet krzesełko do karmienia.

Droga w dół minęła sprawnie i szybko. Dobrze, że z tyłu przyczepiliśmy drugą linę, bo inaczej Tymo ciągle by nas wyprzedzał 😉

Po południu, jeszcze przed pakowaniem, dziewczyny (M. i U.) wyskoczyły na ostatni szybki spacer. Kupiły chłopakom tatrzańskie koszulki w Informacji Turystycznej i podziwiały piękny widok znad brzegów Szczyrbskiego Jeziora.

 

Wyruszamy do Chaty przy Popradzkim Stawie

Wyruszamy do Chaty przy Popradzkim Stawie

Jest po prostu bajkowo

Jest po prostu bajkowo

Nasz cel przed nami

Nasz cel przed nami

Chciałoby się wejść na Osterwę

Chciałoby się wejść na Osterwę

Jeszcze krótka sesja foto

Jeszcze krótka sesja foto

W schronisku przy Popradzkim Stawie

W schronisku przy Popradzkim Stawie

Za oknem pięknie

Za oknem pięknie

Tymusiowy wehikuł - wart Nobla

Tymusiowy wehikuł – wart Nobla

Tak właśnie szliśmy. Patent do polecenia!

Tak właśnie szliśmy. Patent do polecenia!

EPILOG. Po powrocie z wyjazdu okazało się, że gorączka Tymka była spowodowana najprawdopodobniej zapaleniem układu moczowego. W związku z podejrzeniem u niego refluksu, czekały nas długie badania i potem wieloletnie leczenie. Po tych problemach zostało już tylko wspomnienie, ale na zawsze uwrażliwiliśmy się na potrzebę wykonania badania moczu u dziecka w przypadku temperatury niewiadomego pochodzenia. Uczulamy więc na to też innych Rodziców!