Litwa – Kowno, wzgórza, grodziska i kosmos!

 

 

8 lipca 2011, piątek

Nareszcie piękny, słoneczny dzień, 26 stopni

Wycieczka do Auksztockiego Parku Narodowego

Atrakcje przyrodnicze od zawsze interesowały nas co najmniej w równym (jeśli nie w większym) stopniu co architektoniczne. Będąc na Litwie, nie mogliśmy nie odwiedzić słynącego z pięknych krajobrazów Auksztockiego Parku Krajobrazowego.

Przejeżdżamy przez Łabonary z drewnianą zabudową, potem już tylko lasy, droga góra-dół, jeziora i rozrzucone zabudowania wiejskie. Bajka.

Same Auksztoty charakterem przypominają nam Suwalski Park Krajobrazowy, są tylko dużo bardziej odludne. Świetne miejsce na kajak i na rower. To raj dla turystów – aż dziwne, że jest ich tu tak niewielu – na Litwę nie dotarła jeszcze  chyba moda na masową turystykę – niewiele tu oznakowanych szlaków – doceniamy, jaką robotę zrobiło nasze PTTK.

Pierwszy postój urządzamy sobie w miejscowości Ginučiai. Jest tu fajny XIX-wieczny budynek młyna, obok można sią kąpać w darmowym jacuzzi. Chłopcom podoba się jednak najbardziej wrzucanie kamyczków do jeziora – to ostatnio pasja Sebcia.

Drugi postój robimy pod Górą Lodową (Ladakalnis), która jest miejscem dawnego kultu Łady. Warto wejść na to wzniesienie, wejście i okolice szczytu są świetnie zorganizowane pod turystów, dodatkowy atut to piękny widok na jeziora ze szczytu. Sebuś wchodzi i schodzi na własnych nogach! Coraz lepszy z niego kumpel!

Po raz trzeci i ostatni zatrzymujemy się pod pozostałościami grodziska (piliakalnis). Mają one postać trzech dość stromych pagórków, na które można wejść po drewnianych schodkach. Wchodzimy na najwyższy. Sebuś znów w większości sam na nóżkach. Ale się rozwinął w ciągu ostatniego pół roku! Tymo to turysta na 102. Ciekawy wszystkiego, kipi energią, nie marudzi. Na każdą wyprawę bierze ekwipunek – plecaczek ze swoimi „vipami” – zabawkami.

Po południu wreszcie robimy sobie prawdziwe powitanie z jeziorem – wszyscy czworo z wielką przyjemnością chodzimy po wodzie. Sebuś najpierw trochę się bał zimnej wody, ale już po chwili nie można go było z niej wyciągnąć.

Wieczorem jeszcze przeganiamy chłopaków na spacer. Wszystko jest miło aż do czasu aż obaj wchodzą w błotnistą kałużę, przemaczają buty, więc zaganiamy towarzystwo do domu.

Drewniane Łabonary.

Drewniane Łabonary.

Typowy element litewskiego pejzażu.

Typowy element litewskiego pejzażu.

Na Lodową Górę - Auksztocki Park Narodowy.

Na Lodową Górę – Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Widoki z Lodowej Góry na Auksztocki Park Narodowy.

Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Na Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Na Piliakalnis, Auksztocki Park Narodowy.

Sebuś schodzi SAM.

Sebuś schodzi SAM.

Do 'naszych' bocianów.

Do ‚naszych’ bocianów.

Do 'naszych' bocianów.

Do ‚naszych’ bocianów.

9 lipca 2011, sobota

Dalej piękna pogoda, 28 stopni i słońce

Dzisiejszą wycieczką zaczynamy zdobywać Koronę Europy!

Wycieczka na Górę Józefową (292 m n.p.m.) i Górę Auksztocką (294 m n.p.m.) – najwyższe wzniesienia Litwy

Wysokości względne nie powalają, no i to od nas kawał drogi (prawie 100 km w jedną stronę), ale idea Korony Europy zwycięża! Dojazd kiepsko oznaczony, dojeżdżamy chyba tylko dzięki ściągniętej wcześniej mapie z Internetu.

Na obu „szczytach” ustawiono tablice informacyjne i kamienie; na Górze Józefowej jest też drewniany Mendog na słupie. Góra Auksztocka kilka lat temu okazała się wyższa od Józefowej, dlatego teraz w szczególny sposób oznaczone są oba wzniesienia. Spacer polnymi drogami między „górami” jest bardzo miły – spotykamy stado owiec, ale żadnych ludzi. Obaj chłopcy beczą po drodze jak dorodne baranki. Na „szczycie” Góry Auksztockiej urządzamy sobie bardzo miły popas – karmienie, przewijanie, oglądanie chmur i takie tam, a dookoła pola, lasy, owieczki i rozrzucone pojedyncze gospodarstwa.

Popołudnie nad Jeziorem Bebrusai

Dziś po raz pierwszy kąpiemy się w naszym jeziorze. Nam nawet udaje się przepłynąć na zmianę i zjechać z „saunowej” zjeżdżalni.

Wieczorem przeganiamy jeszcze towarzystwo na spacer.

Góra Józefowa - 293 m n.p.m.

Góra Józefowa – 293 m n.p.m.

Góra Józefowa.

Góra Józefowa.

Pomnik Mendoga na Górze Józefowej.

Pomnik Mendoga na Górze Józefowej.

Na Górę Auksztocką.

Na Górę Auksztocką.

Góra Auksztocka (294 m n.p.m.) - najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka (294 m n.p.m.) – najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka - najwyższy punkt Litwy.

Góra Auksztocka – najwyższy punkt Litwy.

Jezioro Bebrusai - Ilankos Sodyba.

Jezioro Bebrusai – Ilankos Sodyba.

Na Jeziorze Bebrusai.

Na Jeziorze Bebrusai.

Motylek.

Motylek.

10 lipca 2011, niedziela

Rano mgła, potem upał

Rano M. i R. rozkładają się na anginę. Ale jesteśmy udane egzemplarze… Na szczęście antybiotyki mamy przy sobie.

Wycieczka do Kowna (9:40-16:40)

Jesteśmy ciekawi tego drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta na Litwie. Kowno bardzo nam się podoba, kto wie, czy z wycieczki nie przywozimy nawet bogatszych wrażeń niż z Wilna.

Parkujemy na Placu Ratuszowym i pierwsze kroki kierujemy do pozostałości kowieńskiego zamku (XIV w). Tymo z chęcią wchodzi na hurdycję. Seba gustuje we wrzucaniu kamyków do fosy. Z baszty wypatrujemy XV-wieczny kościół św. Jerzego (obecnie w ruinie). Po zwiedzeniu zamku zahaczamy też o XVII-wieczny kościół św. Trójcy, dawny klasztor bernardynek.

Trasa naszego dalszego spaceru wiedzie przez plac ratuszowy z pięknym ratuszem, zwanym „Białym Łabędziem” (XVI, przeb. XVIII w), kościołem jezuitów (XVII w) i pięknymi kamieniczkami (wiele gotyckich i renesansowych). Niedaleko ratusza znajduje się tzw. Dom Perkuna, zbudowany w stylu gotyku płomienistego.

Potem ruszamy Aleją Wolności – przyjemnym deptakiem – w kierunku kościoła św. Michała Archanioła (XIX w) o wyglądzie cerkwi. Chłopcom podoba się zwłaszcza fontanna, do której Sebuś namiętnie wrzuca zeschłe liście. Wypatrujemy znajdującą się tuż obok miłą własną knajpkę, do której wstępujemy na obiad. Tymo dosłownie pochłania spaghetti i sporą część lasange. Mówi, że jest „głodny jak trzy wilki”.

Po obiedzie wjeżdżamy kolejką linowo-terenową na Górę Zieloną. Pan w kasie mówi po polsku. Wierzchołek zaniedbany. Sebuś upodobał sobie ogromną kałużę, do której tak namiętnie wrzucał kamyczki, że aż w końcu cały się przemoczył. T. i R. wjeżdżają na wysoką wieżę ogromnego kościoła Zmartwychwstania (XX w) i oglądają Kowno i M. i S. z góry.

Wracamy m.in. staromiejską ul. Wileńską. Sebuś kilka razy zrzuca z głowy czapkę, po którą potem musimy się wracać. Mimo takich atrakcji próbujemy oglądać miasto – m.in. gotycką ogromną archikatedrę św. św. Piotra i Pawła i XVI-wieczne kamienice.

Tymo cały ogromny spacer (ponad 5 km po mieście) przeszedł na własnych nogach – jesteśmy z niego tacy dumni!

Po południu chłopcy zdążają się jeszcze wykąpać w jeziorze – obaj to uwielbiają. Na brzeg przypływa łabędź z młodymi.

Wieczorem czas na atrakcję dnia – urodziny Mikusia (maskotki). Przyrządzamy tort wg przepisu Tyma – bułka z nutellą i  kawałkami czekolady (piętrowa). Śpiewamy „Sto lat” i wręczamy Mikusiowi prezenty. Takie chwile wynagradzają nam całe zmęczenie. Potem Tymo mówi, że mama jest „najpiękniejsza, jak różyczka”…

Ratusz ,,Biały Łabędź'', XVI w.

Ratusz ,,Biały Łabędź”, XVI w.

Zamek Kowieński, XIV w.

Zamek Kowieński, XIV w.

A Sebuś swoje... kamyczki.

A Sebuś swoje… kamyczki.

Nasza restauracja na Al. Wolności.

Nasza restauracja na Al. Wolności.

Ul. Mickiewicza.

Ul. Mickiewicza.

Kolejką linowo-terenową na Zieloną Górę.

Kolejką linowo-terenową na Zieloną Górę.

Kościół Zmartwychwstania, XX w.

Kościół Zmartwychwstania, XX w.

Taras widokowy na dachu Kościoła Zmartwychwstania.

Taras widokowy na dachu Kościoła Zmartwychwstania.

Kowieńska Starówka z Zielonej Góry.

Kowieńska Starówka z Zielonej Góry.

Archikatedra Św. Piotra i Pawła, XV-XVII w.

Archikatedra Św. Piotra i Pawła, XV-XVII w.

Kamieniczki i Archikatedra z Placu Ratuszowego.

Kamieniczki i Archikatedra z Placu Ratuszowego.

Kąpiel w Jez. Bebrusai (2).

Kąpiel w Jez. Bebrusai (2).

 Jezioro Bebrusai

Jezioro Bebrusai

Piąte urodziny Mikusia...

Piąte urodziny Mikusia…

Chłopcy dokazują na tarasie, a tata pilnuje...

Chłopcy dokazują na tarasie, a tata pilnuje…

11 lipca 2011, poniedziałek

Słońce, 29 stopni

Na mapie naszych najbliższych okolic – Łabonarskiego Parku Regionalnego – wypatrujemy coś o frapującej nazwie „muzeum etnokosmologiczne”. Musimy sprawdzić, co się za tym kryje!

Muzeum Etnokosmologiczne w Łabonarskim Parku Regionalnym

Wycieczka okazuje się pierwszorzędna. Architektura muzeum przypomina połączenie statku kosmicznego z konstrukcjami z magnesowych klocków chłopców. „Etnokosmologia stanowi ogół związków wizualnych, emocjonalnych, etnicznych, duchowych, poznawczych, pragmatycznych,
prognostycznych i ontologicznych ze Światem Kosmicznym” – czytamy na stronie internetowej muzeum (http://www.etnokosmomuziejus.lt; jest wersja polska!). Te właśnie związki można badać na miejscu, w muzeum. Coś jest niejasne? Trzeba samemu przyjechać i zobaczyć na własne oczy!

Teren przyjemnie zorganizowany, z ciekawym ogrodem z tyłu. Wjeżdżamy na samą górę konstrukcji, skąd oglądamy przepiękną panoramę okolic Molet i Auksztotów (udaje nam się odnaleźć nawet Ladakalnis!). Miły przewodnik próbuje nam coś opowiadać po angielsku. Sebuś całe zwiedzanie przesypia w wózku.

Do muzeum można przyjechać na nocne zwiedzanie i pooglądać gwiazdy. Ktoś miał świetny pomysł!

Wycieczka na Kulionių piliakalnis

To drugi punkt programu. Miła ścieżka przez las i mostek nad jeziorem doprowadza nas na szczyt dawnego grodziska. Rozkładamy się na popas na kocyku. Obok ładna drewniana rzeźba kobiety z ptakiem. Sebuś rozkręca i wylewa na siebie cały płyn na komary… O rety…

Kąpiel w naszym jeziorze

Jeszcze przed południem chłopcy zdążają się pochlapać w wodzie.. Sebcik już sam wchodzi do wody i pluska się jak mała rybka, Tymo „pływa” w rękawkach – to już poważna sprawa. My nadzorujemy wszystko z brzegu.

Wieczorem tradycyjnie wybieramy się na spacer po naszej okolicy, wśród pól, łąk, pojedynczych domków. Widzimy bocianie gniazdo na … sośnie. Szaukszteliszki to naprawdę miłe, spokojne okolice. Chłopaki mają coraz więcej krzepy.

Muzeum Etnokosmologiczne k. Malatów.

Muzeum Etnokosmologiczne k. Malatów.

...Obcy nadchodzą!.

…Obcy nadchodzą!.

Muzeum Etnokosmologiczne.

Muzeum Etnokosmologiczne.

Muzeum Etnokosmologiczne - na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne – na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne - na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne – na wieży.

Muzeum Etnokosmologiczne - ogród.

Muzeum Etnokosmologiczne – ogród.

W drodze na Kalioniu Piliakalnis.

W drodze na Kalioniu Piliakalnis.

Popas na Kalioniu Piliakalnis.

Popas na Kalioniu Piliakalnis.

Kąpiel w Jeziorze Bebrusai (3).

Kąpiel w Jeziorze Bebrusai (3).

Przedwieczorny spacer w naszej okolicy.

Przedwieczorny spacer w naszej okolicy.

Litwa – Kiernów, Wilno, Troki

 

 2 lipca 2011, sobota

W Warszawie 18 stopni i deszcz, w Kownie 28 stopni – front jeszcze tu nie dotarł

Warszawa – Szaukszteliszki (Šaukšteliškiai) nad Jeziorem Bebrusai,
7:20-17:20, 530 km

Byliśmy nastawieni na długą drogę z licznymi postojami, a tymczasem przejechało nam się naprawdę świetnie. Przeszkadzały tylko intensywne opady deszczu w pierwszej części drogi. Najpierw drogą na Białystok, potem na Łomżę (z postojem na drugie śniadanie w McD). Potem chłopcy zasnęli, więc udało nam się – o dziwo – pociągnąć aż 250 km i dojechać aż do Kowna. W Kownie zaszliśmy do centrum handlowego przy obwodnicy, gdzie strzelamy sobie pizzę w przyjemnej restauracji obok ogromnego akwarium z morskimi rybami. Ostatni odcinek – przez Wilkomierz (Ukmerge) prowadzi aż na miejsce.

Zakwaterowujemy się w miłym, drewnianym, dużym (i bardzo niedrogim!) domku w Szaukszteliszkach nad Jeziorem Bebrusai. Warto było przewertować setki stron w Internecie przed wyjazdem! W ośrodku takich domków jest więcej, między nimi prowadzą miłe dróżki, jest też plac zabaw nad jeziorem, bardzo przyjemne kąpielisko i … nawet sauna ze zjeżdżalnią prosto do zimnej wody!

Kładziemy chłopców spać i opanowujemy bagaże. Kładziemy się spać zupełnie wykończeni.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Ilankos Sodyba, Szaukszteliszki.

Nasze lokum - wokół zielono

Nasze lokum – wokół zielono

Ścieżka prosto do jeziora.

Ścieżka prosto do jeziora.

Jezioro Bebruszai.

Jezioro Bebruszai.

3 lipca 2011, niedziela

Cały dzień deszcz i 15 stopni – front przyszedł na Litwę za nami. O rety…

Rano wyglądamy za okno i się załamujemy – jest zimno i leje. Na pierwszą wycieczkę wybieramy więc – ta dam – supermarket Maxima pod Moletami (Moletai). I tak na miejscu musimy zrobić zakupy, przynajmniej będzie z głowy. Po powrocie dalej pada, więc wykorzystujemy czas na dokładniejsze zaplanowanie wyjazdu.

Popołudniowa wycieczka do Ornian (Arnionys)

Deszczowo w dalszym ciągu, ale siedzieć w domku jakoś nie potrafimy. Decydujemy się na samochodową wycieczkę do Ornian, żeby zobaczyć pałac Tyszkiewiczów z 1800 r. Na miejscu dalej pada, teren pałacu ogrodzony i zaniedbany, w dodatku chłopcy posnęli nam w samochodzie, więc robimy tylko szybkie zdjęcie z samochodu i zawracamy.

W drodze powrotnej robimy jeszcze zdjęcie drewnianego XVIII-wiecznego kościoła w Intrukach. Cały czas pada… Nieudaną wycieczkę w pewnym stopniu rekompensują nam piękne widoki za oknem – droga z Molet do Ornian jest bardzo malownicza – wszędzie górki i dołki („droga nam się kończy!” – krzyczy Tymuś), zielono, jeziornie i mało ludzi. Do tego kręto i asfalt na jedno koło.

Wieczorem – hura! – wreszcie przestaje padać i udaje nam się pójść na rekonesans nad nasze jezioro. Witamy się z łabędziem. Chłopcy z zapamiętaniem – o zgrozo – grzebią rękami w kałużach.

Palac Tyszkiewiczów, 1800 r, Orniany (Arnionys).

Palac Tyszkiewiczów, 1800 r, Orniany (Arnionys).

Powitanie Jeziora Bebruszai.

Powitanie Jeziora Bebruszai.

A chłopcy grzebią sie w wodzie.

A chłopcy grzebią sie w wodzie.

4 lipca 2011, poniedziałek

Lepiej! 20 stopni i przebłyski słońca

Wycieczka do Kiernowa (Kernave)

Dzisiejszy dzień w pełni wynagradza nam wczorajszy. Całej wycieczce na 5-stopniowej skali atrakcyjności dajemy 5!

Ten ważny dla tożsamości narodowej Litwinów rezerwat archeologiczny obejmuje 5 grodzisk-wzgórz z ok. XI w. Na cztery można wejść po drewnianych schodkach, co bardzo podoba się Tymusiowi. My chcemy wejść tylko na jedno grodzisko, ale Tymo nie przepuszcza okazji – koniecznie musimy wejść na wszystkie. Ale z niego turysta!

Sebuś też spisuje się na medal, choć nieco inne rzeczy go interesują – np. fascynuje się kamyczkami w pozostałościach pierwszego chrześcijańskiego kościoła.

W ogóle same dojazdy samochodem na wycieczki są na Litwie bardzo przyjemne – za oknem jest bardzo zielono i na trasach przelotowych częściej spotykamy bociany niż domy.

Po południu idziemy na spacer na kemping położony niedaleko naszej mety. Sebuś połowę drogi przechodzi na własnych nóżkach! Trudno go tylko odciągnąć od błotnistych kałuż, przy których kuca i do których z namaszczeniem wrzuca kamyczki. A Tymo mu towarzyszy… Ratunku!

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

04. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

05. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

06. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

07. Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

Rezerwat archeologiczny w Kiernowie (Kernave).

08. Tymo 'zaliczył' wszystkie gordziska!.

Tymo ‚zaliczył’ wszystkie grodziska!.

09. Zwieńczenie ośmiobocznej kapliczki z XIX w.

Zwieńczenie ośmiobocznej kapliczki z XIX w.

10. Popołudnie w Ilankos Sodyba.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

 

5 lipca 2011, wtorek

Przed południem do 25 stopni, potem deszcz i do 20 stopni

Wycieczka do Wilna

Ze względu na możliwości naszych najmłodszych turystów zwiedzanie stolicy Litwy planujemy podzielić na dwie części. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę – mamy przyjemną wycieczkę, a nie maraton z wywieszonym językiem i marudzącymi dziećmi. Inna sprawa że – nie oszukujmy się – nasze zwiedzanie w towarzystwie kilkulatków ma charakter mocno okrojony. Ale czy trzeba zwiedzić szczegółowo każdy mijany kościół? Nie zamienilibyśmy na to naszej wesołej gromadki!

Parkujemy tuż obok pięknego „koronkowego” średniowiecznego kościoła św. Anny, oglądamy też stojący przed nim słynny pomnik Mickiewicza. Stamtąd ruszamy spacerkiem dalej. Idziemy ulicą Zamkową z kamieniczkami sięgającymi XIV w (wiele z nich pełniło funkcję domów kanoników). Potem oglądamy wejście na teren Uniwersytetu Wileńskiego i pałac biskupów wileńskich (kon. XVIII, przeb.) – obecną siedzibę prezydenta Litwy. Zatrzymujemy się na dłużej przez białą, obecnie klasycystyczną katedrą św. Stanisława (świątynia gotycka, wielokrotnie przebudowywana, ostatnio w XVIII w). Stąd już krok do Zamku Dolnego (odbudowanego w … 2009 r.!), jednak najbardziej podobają nam się pozostałości Zamku Górnego (XV w) z basztą zw. Wieżą Giedymina. Tuż pod nią urządzamy sobie klimatyczny postój na drugie śniadanie. M. z T. wchodzą na szczyt, skąd podziwiają piękny widok na Wilno z wijącą się Wilią. Zjeżdżamy kolejką linowo-terenową – to duża atrakcja dla chłopców. Inne części miasta planujemy zwiedzić innym razem.

Wilno bardzo nam się podoba. Jest czysto i europejsko.

Chłopaki – dopingowani „ulicą lizakową” i „ulicą mambową” spisują się na medal. Sebcik sporą część zwiedzania przesypia w wózku.

Po południu leje, więc leniuchujemy w domku. I dobrze!

Gotyckie kościoły w Wilnie - Św. Anny i Berndynów.

Gotyckie kościoły w Wilnie – Św. Anny i Berndynów.

Ulicami Wilna.

Ulicami Wilna.

Plac katedralny.

Plac katedralny.

Katedra Św. Stanisława, klasysyzm, XIV, postać z XVIII w.

Katedra Św. Stanisława, klasysyzm, XIV, postać z XVIII w.

Odbudowany zamek dolny, 2009 r.

Odbudowany zamek dolny, 2009 r.

Na Górę Zamkową.

Na Górę Zamkową.

Baszta zamku górnego - wieża Giedymina, XV w.

Baszta zamku górnego – wieża Giedymina, XV w.

Wilno z Wieży Giedymina.

Wilno z Wieży Giedymina.

Zjazd kolejką z Góry Zamkowej.

Zjazd kolejką z Góry Zamkowej.

6 lipca 2011, środa

Po pochmurnym poranku słoneczny i dość ciepły dzień

Wycieczka do Parku Europejskiego (Europos Parkas) pod Wilnem

Pod nazwą „Park Europejski” kryje się muzeum rzeźby współczesnej na wolnym powietrzu. Dzieła zostały stworzone przez artystów z różnych krajów. Sztukę zaprezentowaną w takiej formie można przyjemnie zmieniać nawet z kilkuletnimi dziećmi! Trasa wiedzie przez las, zza drzew co chwilę wyłaniają się różne „dziwy” – jak to mówi Tymuś – np. „drzewo informacyjne” z telewizorów, ogromne krzesło, liście tańczące na wietrze, „niemożliwy” plac zabaw (m.in. z huśtawką na kółkach). Chłopcom bardzo się podoba. Do takich muzeów możemy chodzić nawet codziennie!

Sebuś przez pół godziny idzie na własnych nóżkach; widać, że rzeźby go ciekawią. Tymo przed każdą wyprawą regularnie wręcza wszystkim „bilety” z domina.

Po południu spędzamy miłe chwile na naszym terenie, a potem idziemy na krótki spacer polną drogą przy naszym ośrodku. Sebuś namiętnie poluje na kałuże – nie może przepuścić żadnej z nich! Pierwszy dzień z ciepłym, słonecznym popołudniem odczuwalnie poprawia nam humory.

Park Europejski.

Park Europejski.

Infotree, Litwa - Park Europejski.

Infotree, Litwa – Park Europejski.

Double Negative Pyramid, USA - Park Europejski.

Double Negative Pyramid, USA – Park Europejski.

Drinking Structure..., USA - Park Europejski.

Drinking Structure…, USA – Park Europejski.

Chair-Pool, USA - Park Europejski.

Chair-Pool, USA – Park Europejski.

Park Europejski.

Park Europejski.

Mobile Games, Litwa - Park Europejski.

Mobile Games, Litwa – Park Europejski.

Catch the Wind, RPA - Park Europejski.

Catch the Wind, RPA – Park Europejski.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

Popołudnie w Ilankos Sodyba.

7 lipca 2011, czwartek

Chwilami gorąco, chwilami konwekcyjne ulewy

Wycieczka do Trok (8:40-14:00)

Troki to żelazny punkt programu większości wycieczek po Litwie. Faktycznie, spotykamy tu bardzo wielu Polaków – zarówno turystów, jak i grup zorganizowanych. Czy warto tu przyjechać? – zdecydowanie tak – w Trokach każde miejsce pachnie historią, zamek na wyspie urzeka, wątek karaimski ciekawi, a atrakcje turystyczne są łatwo dostępne dla zwiedzających.

Zaczynamy zwiedzanie od spaceru ul. Karaimską, wzdłuż której rozlokowały się domki karaimów – wyznawców karaimizmu – religii wyłonionej z judaizmu na przełomie VII i VIII w. Karaimi rozproszyli się po świecie, do Trok zostali sprowadzeni w średniowieczu przez Wielkiego Księcia Witolda. Oglądamy XVIII-wieczną kienesę – karaimski dom modlitwy, odnajdujemy Muzeum Karaimskie. Na tym kończymy wątek karaimski – wędrujemy dalej. Oglądamy kościół z XV-XVIII w i pozostałości zamku lądowego (obecnie w odbudowie). Trasa naszego spaceru widzie urokliwym brzegiem trockiego jeziora. Wreszcie docieramy do kluczowego punktu programu – zrekonstruowanego Zamku na wyspie, zbudowanego w XIV w. przez Księcia Witolda. Zamek robi na nas ogromne wrażenie. Dolny zamek oglądamy głównie z zewnątrz, po górnym myszkujemy nieco dłużej. Tymo ochoczo wspina się po drewnianych schodach, Sebuś zażywa rozkoszy ziemskich, grzebiąc się w drobnych kamyczkach na podzamczu.

Planujemy zajść do karaimskiej restauracji na kibiny – rodzaj tradycyjnych karaimskich pierogów, ale w drodze łapie nas deszcz – dość długo przeczekujemy go pod drzewem,
w końcu, trochę mokrzy, rezygnujemy z restauracji.

Wracając, zahaczamy o Landwarów, gdzie oglądamy pałac Tyszkiewiczów (XIX), zbudowany w stylu gotyku angielskiego.

Wieczorem jeszcze mały spacer. Mieszkamy we wspaniale odludnej okolicy, wokół bociany i polne drogi.

Zmęczeni po intensywnie spędzonym dniu chłopcy zasypiają przed 20:00. I o to chodzi!

Troki - zamek na Jeziorze Galwe.

Troki – zamek na Jeziorze Galwe.

Ulica karaimska i domy Karaimów.

Ulica karaimska i domy Karaimów.

Kapliczka Św. Jana Nepomucena (XVII w).

Kapliczka Św. Jana Nepomucena (XVII w).

Brzegiem Jeziora Galwe.

Brzegiem Jeziora Galwe.

Zamek w Trokach XIV-XV w.

Zamek w Trokach XIV-XV w.

Zamek w Trokach

Zamek w Trokach

Na zamku w Trokach.

Na zamku w Trokach.

Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie XIX w.

Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie XIX w.

Drogi 'na jedno koło'.

Drogi ‚na jedno koło’.

Dubrownik i Zagrzeb, czyli przez Chorwację do Czarnogóry

23 sierpnia 2013, piątek

Rano zimno, nawet 9 st. w okolicach Barwinka, cały dzień pięknie, do 30 st.

Nie bez trudności wstajemy o 4:45 i o 6:00 ruszamy już po dobrym śniadanku i ostatnim spojrzeniu na naszych cudownych (śpiących…) chłopców. Znaczna część dzisiejszej trasy jest nam już dobrze znana z wcześniejszych wyjazdów na Węgry i do Słowenii.

Niewielki koreczek w Rzeszowie, a potem stoimy pół godziny w korku w Budapeszcie, bo nawigacja nie uwzględniła remontu (ale dzięki temu możemy z sympatią przypomnieć sobie tutejsze ulice, otoczone pięknymi secesyjnymi budynkami, oraz niezapomniany widok z Mostu Elżbiety).

Obiad jemy w przyautostradowej restauracji kilkadziesiąt kilometrów za Budapesztem (R. zostawia rekordową opłatę za toaletę, pomyliwszy 100 forintów ze 100 kunami chorwackimi… ach, to wakacyjne rozprężenie!). Duże nasilenie ruchu pomiędzy Budapesztem i Balatonem powoli się zmniejsza i do Zagrzebia dojeżdżamy już prawie pustą autostradą.

Zagrzeb

Stolica Chorwacji to nasz dzisiejszy główny cel turystyczny. Chcemy obejrzeć ją bez dzieci, bo jest sporo oddalona od innych chorwackich atrakcji i kłopotem byłby dojazd tutaj. Historycznie Zagrzeb był ulokowany na dwóch wzgórzach przedzielonych rzeką (zasypaną w XIX w.), tworzących razem Górne Miasto.

Nasz spacer zaczynamy na placu bana Josipa Jelačicia, będącym głównym miejscem spotkań mieszkańców miasta. Szybko wchodzimy na wzgórze Gradec (dawną siedzibę władz świeckich miasta) przez stube, czyli wąską uliczkę przechodzącą w schody (takich stube jest tutaj dużo więcej). Udaje nam się załapać na wejście na wieżę Lotrščak – pozostałość fortyfikacji miejskich, z której rozciąga się chyba najpiękniejszy widok na całe miasto. Widać wyraźny podział na Górne Miasto, Dolne Miasto i nowe dzielnice, które dość chaotycznie otoczyły zabytkowe centrum podczas szybkiego rozwoju miasta przez ostatnie sto lat. Szczególnie pięknie na tle czerwonych dachów miasta prezentuje się gotycki kościół św. Marka (XIII, przebudowywany do XIX w.) z wzorami z dachówek w kształcie herbów Chorwacji i Zagrzebia na dachu oraz Katedra Wniebowzięcia.

Zagrzeb, plac Bana Josipa Jelačicia.

Zagrzeb, plac Bana Josipa Jelačicia.

Uliczkami starówki w Zagrzebiu.

Uliczkami starówki w Zagrzebiu.

'Stube' na Wzgórze Gradec.

‚Stube’ na Wzgórze Gradec.

'Stube' na Wzgórze Gradec.

‚Stube’ na Wzgórze Gradec.

Wzgórze Gradec z Wieżą Lotrščak.

Wzgórze Gradec z Wieżą Lotrščak.

Gradec z Wieży Lotrščak.

Gradec z Wieży Lotrščak.

W pejzażu dominuje gotycki kościół Św. Marka.

W pejzażu dominuje gotycki kościół Św. Marka.

Katedra (XIII) na Wzgórzu Kaptol.

Katedra (XIII) na Wzgórzu Kaptol.

Na wzgórzu Gradec oglądamy m.in. barokowy kościół św. Katarzyny z XVII w. z pięknym barokowym wystrojem i malarstwem iluzjonistycznym oraz idziemy reprezentacyjną ulicą Cyryla i Metodego prosto na plac św. Marka, gdzie możemy w pełni docenić piękno gotyckiego kościoła św. Marka oraz rzucić okiem na budynek tutejszego parlamentu.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny z Wieży Lotrščak.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny z Wieży Lotrščak.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny.

Barokowy (XVII) Kościół Św. Katarzyny.

Wnętrze z iluzjonistycznym malarstwem i ozdobami stiukowymi.

Wnętrze z iluzjonistycznym malarstwem i ozdobami stiukowymi.

Rzeźba ,,Rybak z wężem'' na Placu Jezuitów.

Rzeźba ,,Rybak z wężem” na Placu Jezuitów.

Plac św. Marka z budynkiem Sejmu (pocz. XX).

Plac św. Marka z budynkiem Sejmu (pocz. XX).

Portal kościoła św. Marka.

Portal kościoła św. Marka.

Klasycystczny pałac mieszczący Instytut Historii.

Klasycystczny pałac mieszczący Instytut Historii.

Kierując się w stronę wzgórza Kaptol, dawnej siedziby władz kościelnych, przechodzimy jeszcze przez średniowieczną Bramę Kamienną, w której mieści się kaplica Matki Bożej, do której mieszkańcy Zagrzebia (i nie tylko) przychodzą na chwilę modlitwy. Całe ściany bramy pokryte są podziękowaniami za wysłuchanie modlitw.

Średniowieczna Brama Kamienna.

Średniowieczna Brama Kamienna.

Kaplica wotywna w Bramie Kamiennej.

Kaplica wotywna w Bramie Kamiennej.

Przez ulicę Krvavi Most (nazwaną tak na pamiątkę konfliktów pomiędzy dwoma dzielnicami, oddzielonymi niegdyś rzeką i mostem) przedostajemy się na wzgórze Kaptol, gdzie naszym głównym celem jest gotycka katedra Wniebowzięcia (niestety częściowo w remoncie). Szybko robimy ostatnie zdjęcia, bo zmrok zapada tutaj wyraźnie szybciej niż w Polsce. O tej porze plac Jelačicia i okoliczne uliczki tętnią życiem, a my ruszamy na nasz dzisiejszy nocleg.

Gotycka Katedra Wniebowzięcia.

Gotycka Katedra Wniebowzięcia.

Kolumna Maryjna (XIX w) i pozostałości murów katedry.

Kolumna Maryjna (XIX w) i pozostałości murów katedry.

Dolac - główny targ Zagrzebia.

Dolac – główny targ Zagrzebia.

Hostel Josipdol

Nie ma tutaj może luksusów, mamy mały pokoik z łazienką naprzeciwko, ale w tej cenie (ok. 130 zł z wszystkimi opłatami za dwie osoby) trudno o coś lepszego w dogodnej dla nas lokalizacji. Najważniejsze, że jest ogólnie czysto i można się przespać. Robimy już tylko zdjęcia i… dobranoc!

24 sierpnia 2013, sobota

Rano budzi nas deszcz, potem parno i gorąco, popołudnie upalne i słoneczne, 30oC

Rano błogosławimy decyzję o noclegu – wyruszamy tuż po 7:30 z wypoczętymi i świeżymi głowami.

Pierwsza porcja wiedzie ok. 380 km chorwackimi autostradami. Myliłby się ten, kto powiedziałby, że jazda autostradą jest nudna – nie w Chorwacji. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie, a co zakręt to bardziej malowniczo – przepiękne góry, widowiskowe przejazdy przez mosty, tunele. Jest tylko jedno ale – ogromne natężenie ruchu – nieprzerwany międzynarodowy sznur samochodów pędzący w wakacyjnym szaleństwie sprawia, że jazda jest męcząca. My za to nareszcie czujemy, że jesteśmy na naszej wymarzonej randce – planujemy zwiedzanie Dubrownika, słuchamy płyt Marii Peszek i Kobiet, jest super. Zatrzymujemy się dwa razy na przyautostradowych postojach.

Po zjeździe z autostrady drogi stają się wąskie i kręte, a jazda – głównie ze względu na duże nasilenie ruchu – wymaga dużo uwagi. Za to od widoków oczu nie można oderwać, szczególnie gdy jedziemy wzdłuż wybrzeża. Tak malowniczego krajobrazu trudno sobie wyobrazić. Kolor morza zlewa się w fantastyczną mozaikę z pofałdowanym, skalistym brzegiem.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Chorwacja z okien samochodu.

Zbliżamy się do Dubrownika.

Zbliżamy się do Dubrownika.

Dubrownik

Dłuższy postój urządzamy sobie w Dubrowniku. Miasto zachwyca nas od pierwszej chwili. Już od wejścia za bramy starówki nie wiemy, na co patrzeć, w którą stronę odwracać głowy. Spacer po Dubrowniku nie przypomina chodzenia od jednego zabytku do drugiego – Dubrownik cały jest jednym wielkim zabytkiem. Od początku ujmuje jego niepowtarzalna atmosfera. Miasto zostało niemal doszczętnie zniszczone przez trzęsienie ziemi w XVII w. Odbudowano je bardzo konsekwentnie w stylu barokowym, używając tylko białego dalmackiego kamienia i czerwonej dachówki. Turyści spacerują po kamiennych uliczkach, których bruk jest wyszlifowany niemal na idealny połysk. Od głównej osi miasta – ul. Placa, wspinają się w kierunku murów obronnych wąskie, strome uliczki, nad którymi suszy się bielizna. Jedynym, co przeszkadza w zwiedzaniu miasta, jest wszechobecny tłum turystów. Trudno zrobić nawet szybkie zdjęcie, o szukaniu idealnych kadrów można zapomnieć. W takich warunkach ciężko byłoby spacerować tu z małymi dziećmi  – dobrze, że tym razem jesteśmy sami.

Wchodzimy do miasta przez Bramę Ploče (wewn. romańska, zewn. barokowa), przechodzimy obok dostojnego klasztoru Dominikanów i po chwili dostajemy się na gwarny Plaz Luža. Nie wiemy, w którą  stronę kierować wzrok – czy na gotycko-renesansowy Pałac Sponza, czy na Wieżę Zegarową i loggię z dzwonami, czy na niezwykle zdobny, barokowy (XVIII w.) kościół Św. Błażeja (patrona miasta), czy może na małą fontannę Onufrego lub na kolumnę Rolanda (XV w., ramię rycerza pełniło również funkcję miary długości). Rzucamy okiem na główną oś miasta – ul. Placa, zamkniętą Bramą Pile, po czym skręcamy w lewo i na chwilę przystajemy, by podziwiać harmonijne łączenie różnych stylów architektonicznych w Pałacu Rektorów (XV w., wielokr. przeb.) – dawnych reprezentantów miasta. Jeszcze tylko spojrzenie na barokową (XVIII w.) katedrę Wniebowzięcia i zaraz widoki diametralnie się zmieniają – dochodzimy bowiem do malowniczego portu jachtowego. Jachty i kąpiący się na plaży wczasowicze kontrastują z powagą groźnych fortyfikacji miasta. Z portu jachtowego wracamy na ul. Placa (stanowiącą niegdyś przesmyk morski oddzielający część lądową Dubrownika i wyspę) i idziemy już prosto do przeciwległej bramy miejskiej, Bramy Pile. Po drodze oglądamy jeszcze barokowy kościół Św. Ignacego Loyoli, do którego prowadzą imponujące schody, a także najstarszy w mieście, renesansowy (XVI w.) Kościół Zbawiciela i niezwykłą, ozdobioną kopułą wielką fontannę Onufrego (XV w.), dostarczającą niegdyś wodę pitną dla miasta.

Pierwsze spojrzenie na Dubrownik.

Pierwsze spojrzenie na Dubrownik.

Dubrownik od strony portu jachtowego.

Dubrownik od strony portu jachtowego.

Na starówkę wchodzimy przez Bramę Ploče.

Na starówkę wchodzimy przez Bramę Ploče.

Dubrownik urzeka od pierwszego wejrzenia.

Dubrownik urzeka od pierwszego wejrzenia.

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wież Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wież Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wieża Zegarowa (XV).

Gotycko-renesansowy Pałac Sponza, loggia i Wieża Zegarowa (XV).

Barokowy Kościół Św. Błażeja (XVIII).

Barokowy Kościół Św. Błażeja (XVIII).

Mała fontanna Onufrego (XV) zaopatrywała plaz w wodę.

Mała fontanna Onufrego (XV) zaopatrywała plaz w wodę.

Eklektyczny Pałac Rektorów (XV, wiel. przeb.).

Eklektyczny Pałac Rektorów (XV, wiel. przeb.).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Katedra Wniebowzięcia NMP (barok., XVIII).

Dubrownik od strony portu.

Dubrownik od strony portu.

Dubrownik - ufortyfikowane miasto.

Dubrownik – ufortyfikowane miasto.

Ulica Placa - glówna oś miasta.

Ulica Placa – glówna oś miasta.

Bruk wypolerowany na błysk.

Bruk wypolerowany na błysk.

Gdzieś w Dubrowniku.

Gdzieś w Dubrowniku.

Uliczka wiodąca z Placa w kierunku murów obronnych.

Uliczka wiodąca z Placa w kierunku murów obronnych.

Renesansowy Kościół Zbawiciela.

Renesansowy Kościół Zbawiciela.

Wielka Fontanna Onufrego (XV).

Wielka Fontanna Onufrego (XV).

Św. Błażej - patron Dubrownika.

Św. Błażej – patron Dubrownika.

Gotycko-renesansowa Brama Pile.

Gotycko-renesansowa Brama Pile.

Dubrownik - ufortyfikowane miasto.

Dubrownik – ufortyfikowane miasto.

Mury obronne w Dubrowniku robią ogromne wrażenie.

Mury obronne w Dubrowniku robią ogromne wrażenie.

Po zwiedzeniu „wewnętrznej”, położonej za murami,  części Dubrownika, chcielibyśmy odpocząć, ale chcąc nie chcąc biegniemy przeparkować samochód na kryty parking (o czym za chwilę). Wracamy na starówkę, mając w głowie tylko jedna potrzebę: jeść. Pizza jedzona w urokliwym zakątku Dubrownika smakuje dziś wyjątkowo.

Wspaniałym uwieńczeniem zwiedzania miasta jest niemal 2-kilometrowy spacer po murach obronnych. Niezwykle wysokie ceny biletów (90 kn/osoba – ok. 50 zł!) są osłodzone przez naprawdę niezapomniane widoki na zwartą i niesamowicie jednorodną zabudowę starówki (ściany z białego kamienia i dachy pokryte czerwoną dachówką wyglądają po prostu przepięknie), zdominowaną przez wieże kościelne i oprawioną w szmaragd morza. Obchodzimy całe stare miasto dookoła, co – przez wzgląd na liczne baszty i wieże – wymaga pokonania naprawdę sporej różnicy poziomów. Do samochodu wracamy naprawdę nieźle wymęczeni – jak po górskiej wycieczce, ale pełni wrażeń i naładowani przeżyciami estetycznymi (których swoja drogą starczyłoby spokojnie na kilkudniowy pobyt).

Wracamy na starówkę.

Wracamy na starówkę.

Schody prowadzące pod Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Schody prowadzące pod Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Kościół Św. Ignacego Loyoli (kon. XVII).

Dubrownik - spacer po murach obronnych - ruszamy.

Dubrownik – spacer po murach obronnych – ruszamy.

Dubrownik - spacer po murach obronnych - spoglądamy w dół.

Dubrownik – spacer po murach obronnych – spoglądamy w dół.

Oko zatrzymuje się nie tylko na zabytkach.

Oko zatrzymuje się nie tylko na zabytkach.

Dubrownik - spacer po murach obronnych.

Dubrownik – spacer po murach obronnych.

Dubrownik - spacer po murach obronnych.

Dubrownik – spacer po murach obronnych.

Wieża Klasztoru Dominikanów.

Wieża Klasztoru Dominikanów.

Serce Dubrownika.

Serce Dubrownika.

Dubrownik.

Dubrownik.

Ostatnie spojrzenie na ul. Placa.

Ostatnie spojrzenie na ul. Placa.

Dubrownik o zachodzie słońca.

Dubrownik o zachodzie słońca.

Jedyną nieprzyjemnością związaną z naszą dzisiejszą wycieczką po Dubrowniku były trudności z parkowaniem. Już nawet nie chodzi o to, że okolice centrum są szczelnie obstawione samochodami i musieliśmy się sporo nagimnastykować, żeby w ogóle znaleźć jakieś miejsce, by zaparkować. Największych problemów dostarczyły nam … parkomaty. W tych urządzeniach można było płacić tylko monetami, a zważywszy na słone ceny za postój (10 kn/godz.), można sobie wyobrazić, że drobne były dobrem pożądanym i niedostępnym. Nigdzie nie można było rozmienić pieniędzy, obsługa sklepów alergicznie reagowała na próby kupienia czegoś drobnego większymi banknotami. Byliśmy wściekli i czuliśmy się bezradni. W końcu nie było innego wyjścia, tylko podzielić zwiedzanie starówki na dwie części. W porze, w której kończył nam się bilet za parkowanie wracamy do samochodu i przejeżdżamy na duży parking podziemny. Szkoda, że nie przyjechaliśmy to od początku – widać, że przybytek jest nowy, a automaty parkingowe przyjmują banknoty (choć nie większe niż 50 kn ;-), więc i tak musimy płacić w „Office”, ale najważniejsze, że w końcu się udaje).

Pobyt w Dubrowniku zajął nam więcej niż przewidywaliśmy (ok.14:40-19:40) i już o zmroku wyruszamy do Czarnogóry. Do granicy jedzie się sprawnie, a tu na granicy niespodzianka – wszystko stoi, a sznurek samochodów prawie w ogóle się nie posuwa. Stoimy i stoimy i zastanawiamy się, czy to norma, czy przykry zbieg okoliczności. Celnicy dokładnie przeszukują wybrane samochody (szukają kogoś/czegoś?), więc już zaczynamy się podśmiewać, że zarekwirują nam nasze maślanki:)

Na granicy chorwackiej spędzamy ponad godzinę. Na szczęście w końcu przychodzi nasza kolej i odprawiają nas wyjątkowo szybko (podobnie zresztą jak Polaków jadących przed nami). Na terytorium Czarnogóry wjeżdżamy przed 22:00. Wbrew pozorom (późna pora) nie jedzie się szybko – drogi wzdłuż wybrzeża są niezwykle zatłoczone. Dobrze, że udaje nam się od ręki dostać na prom przepływający przez Bokę Kotorską (4,5 Euro wszystko) – przeprawa oszczędza nam sporo drogi.

Po dojechaniu do naszej docelowej miejscowości, Bečići, mamy kłopoty ze znalezieniem kwatery. Gospodarz kilkakrotnie próbuje nam przez telefon wytłumaczyć dojazd, ale przez dłuższy czas nie możemy ustalić wspólnych punktów orientacyjnych, więc sporo błądzimy. Na szczęście w końcu po 23:00 udaje się nam dotrzeć na miejsce. Szybko się jeszcze rozpakowujemy i padamy spać po 1:00.

Nasza meta: Vile Becica, Bečići (k. Budvy)

Jest czysto, przestronnie i przyjemnie. Spory pokój z łazienką, aneksem kuchennym i tarasem, na który zaglądają gałęzie drzew cytrynowych; cały dom tonie w zieleni.

Eger – spacer i zwiedzanie z dziećmi

Egerska starówka to naprawdę urocze miejsce, w którym na niewielkim obszarze można zobaczyć kilka naprawdę atrakcyjnych (także dla dzieci!) zabytków. Chłopcom szczególnie podobał się spacer po zamku, z którego murów pięknie widać miasto. A wejście na wieżyczkę minaretu zostanie we wspomnieniach każdego z nas!

Eger – czyli skąd się wziął Egri Bikaver

16 lipca 2012, poniedziałek

24oC, całkiem ładnie, po 16:00 wyraźnie chłodniej, na szczęście nie pada

Jedyne znane nam skojarzenie z tym miastem to Egri Bikaver: „bycza krew” – tutejsze wino, którym według legendy miejscowy bohater, Istvan Dobo, poił skromną drużynę broniącą miasta przed 80-tysięczną armią turecką w 1552 r.

Podczas przemiłego spaceru odnajdujemy m.in.: archikatedrę (klasycystyczną, trzecią co do wielkości na Węgrzech), minaret (pozostałość po okresie panowania tureckiego), zamek oraz uroczy Plac Istvana Dobo z pomnikiem tegoż, barokowym kościołem Minorytów i eklektycznym ratuszem. Spacer kończymy pysznym obiadem w restauracji przy Placu Dobo, dzięki czemu dłużej możemy delektować się uroczymi widokami.

Chłopcom bardzo podoba się (a nam wyraźnie skraca przejście) oglądanie miasta z poziomu siodełka roweru/tuptupa; szczególnie fajnie jeździ się im po Placu Istvana Dobo. Zabieranie jednośladów na zwiedzanie miast z dziećmi to naprawdę super patent!

Bardzo atrakcyjny okazuje się też spacer po zamku z placem zabaw na fortyfikacjach, a już największy hit to wejście na wieżycę minaretu, według Tyma wąską jak „parówa” (schodki naprawdę strome i wąskie, bo cała budowla ma niewiele ponad metr szerokości!!!)

Podobno bardzo interesująca jest też wizyta w zamkowych kazamatach oraz zwiedzanie Biblioteki Archidiecezjalnej i obserwatorium astronomicznego z oryginalną camera obscura, mieszczących się w pięknym barokowym gmachu Liceum; nam jednak brakuje już na to wszystko czasu.

Plac Istvana Dobo, Eger.

Egerski ratusz (XIX-XX).

Barokowy kościół Minorytów, Eger.

Eger

Monumentalna klasycystyczna archikatedra (1. poł. XIX).

Monumentalna klasycystyczna archikatedra.

Monumentalna klasycystyczna archikatedra en face.

Barokowy budynek egerskiego Liceum.

Eger

Minaret – egzotyczy detal egerskiej starówki.

Tymo się odważył wejść na górę!.

Widoki z wieżycy minaretu.

Lizakowa ławka.

Podążamy na egerski zamek (XIII).

Widokowy spacer po ruinach egerskiego zamku.

Widokowy spacer po ruinach egerskiego zamku.

Eger

Rzut oka na serce Egeru.

Jest i coś dla chłopców.

Wracamy wzdłuż murów.

Żegnamy Eger tzw. obiadem z widokiem.

Popołudniowy spacer po Tiszafured

W planie mieliśmy nawet pierwszą kąpiel w naszych basenach, ale zanim Sebuś wstał po drzemce, zaczęło strasznie wiać i zrobiło się zbyt zimno dla naszej rodzinki rekonwalescentów, więc wybraliśmy spacer w kierunku brzegu Jeziora Cisa (Tisza).

Chłopcy znowu wyżyli się na swoich jednośladach i chociaż nie znaleźliśmy poszukiwanej plaży tylko przystań łódek dla wędkarzy, spacer i tak należy zaliczyć do udanych.

Chłopcy (poza tym, że strasznie rozrabiają) są naprawdę świetnymi kompanami; obaj robią po kilka kilometrów, dopisują im humory i kipią energią. W drodze powrotnej z Egeru obaj zasypiają, a Sebek kontynuuje drzemkę jeszcze przez prawie dwie godziny w domu po powrocie (R. w tym czasie załatwia potrzebne zakupy w jednym z kilku tutejszych supermarketów).