Salzburg – miasto Mozarta

15 lipca 2017, sobota

Dzień „frontowy”, z przelotnymi opadami, 15-19 stopni

Podróż w Alpy Sztubajskie, dzień 2.

Oberegging-Salzburg

Z Oberegging wyjeżdżamy kilka minut po 10:00 – nie byliśmy w stanie wcześniej zwlec się z łóżek. Dojazd do Salzburga autostradą zajmuje nieco ponad dwie godziny. Co chwilę szyby spłukuje ulewny deszcz, a temperatura spada do 12 stopni. Na szczęście Salzburg wita nas słońcem i całkiem przyjemną pogodą. Parkujemy na podziemnym parkingu niedaleko Kajetaner Platz (zabytkowa starówka jest wyłączona z ruchu samochodowego) i ruszamy na czterogodzinny spacer po mieście.

Salzburg

Jak głosi legenda, w VII w. św. Rupert, uznawany za założyciela miasta, miał uderzyć laską pasterską w salzburskie skały i spowodować wypłynięcie z nich słonej wody, w ten sposób odkrywając bogate złoża solne. Salzburg – miasto soli, pięknie położone na przełomie uroczej alpejskiej rzeki Salzach, jest głównie znany jako miasto Mozarta. Salzburg przyciąga jednak nie tylko melomanów. Piękno zabytkowego centrum, z wpisaną na listę UNESCO starówką, wabi tu każdego roku tysiące turystów. To jedno z najpiękniejszych miast, jakie kiedykolwiek widzieliśmy.

W zaplanowaniu spaceru po mieście bardzo pomogła nam trasa świetnia opisana w przewodniku „Austria” wydawnictwa Michelin, w którym jest też dużo przejrzystych mapek. Zgodnie z propozycją autorów przewodnika zaczynamy od zwiedzenia salzburskiej katedry. Już sam plac katedralny zadziwia rozmachem. Z jednej strony monumentalna świątynia, z drugiej dawne pałace biskupie i piękne fontanny. No, miasto wie, jak się pokazać:) Sama katedra, zbudowana w XVII w, prezentuje mieszankę stylów baroku i włoskiego renesansu. Warto wejść do środka – wnętrze jest zupełnie inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Szczególną uwagę przyciąga bogato zdobione sklepienie. W środku trzeba koniecznie odszukać piękną romańską chrzcielnicę, w której w 1756 r. przyjął chrzest Mozart.

Salzburg wita imponującą bryłą katedry.

Fasada została wykonana z jasnego marmuru.

Barokowe wnętrze katedry zdobione dekoracjami stiukowymi.

Sklepienie przypomina nam rzymską bazylikę św. Piotra.

W tej romańskiej chrzcielnicy był chrzczony sam Mozart.

Na Placu Katedralnym naszą uwagę przyciąga złota kula.

Miejsce, którego nie można pominąć przy okazji wizyty w Salzburgu, to położony nieopodal katedry cmentarz św. Piotra. Od wieków chowano tutaj przedstawicieli najznamienitszych rodów. Najbardziej reprezentacyjne grobowce umieszczone są pod arkadami za ozdobnymi żelaznymi kratami. Szczególnie warto zwiedzić wykute w skałach wzgórza Mönchsberg katakumby (wstęp 2 euro/os.). Abstrahując od atrakcyjności samych katakumb (drążone w skale jaskinie datuje się na czasy wczesnochrześcijańskie!), widok, jaki otwiera się z wyższych kondygnacji na nakładające się na siebie wieże salzburskich kościołów jest naprawdę niezapomniany.

Na cmentarzu św. Piotra chowano przedstawicieli najznamienitszych rodów.

Grobowce patrycjuszy znajdują się pod arkadami.

Katakumby wykute w skałach wzgórza Möchsberg.

Uważa się, że sięgają czasów wczesnochrześcijańskich.

Kaplica św. Gertrudy

Tarasy katakumb stanowią świetny punkt widokowy.

Z katakumb kierujemy się w kierunku opactwa benedyktyńskiego św. Piotra. Tutejsza pierwotnie romańska świątynia została przebudowana w XVII i XVIII w. na trójnawową barokową bazylikę. Warto zajrzeć do środka – bogactwo zdobień wnętrza świątyni zapiera dech w piersiach. Wewnątrz można zobaczyć grobowiec św. Ruperta – założyciela miasta. Nam do gustu szczególnie przypadła kruchta, która zachowała swój surowy, romański charakter.

Piękny romański portal bazyliki opactwa św. Piotra.

Wnętrze bazyliki prezentuje bogaty barokowy wystrój.

Złocone figury zdają się żywe.

Niektóre surowym okiem spoglądają na zwiedzających.

Memento mori…

Niedaleko opactwa benedyktyńskiego znajduje się inna arcyciekawa świątynia XIII-wieczny kościół franciszkanów. Wnętrze to prawdziwa gratka dla miłośników architektury – za ciemną, surową romańską nawą wyrasta strzeliste gotyckie prezbiterium. Kolumny są tak wysokie, że gdy popatrzymy do góry, w głowie się kręci! Moglibyśmy tu siedzieć i siedzieć, tropić poszczególne style, przyglądać się zdobieniom. Przez chwilę oddajemy się tej przyjemności – z dziećmi byłoby to nie do zrobienia.  Kiedyś zastanawialiśmy się, jak może fascynować kogoś zwiedzanie kościołów. Z tym jest jak z winem. Do wszystkiego trzeba dojrzeć.

Strzelista bryła kościoła franciszkanów.

Mroczna romańska nawa.

…przechodzi w jasne gotyckie prezbiterium.

Zdobienia ścian przywodzą na myśl mieszczańskie domy.

Romański portal na ścianie bocznej.

Przechodzimy przez Plac Uniwersytecki. Wzrok przyciąga tu głównie piękna barokowa kolegiata. Jakie wielkie nagromadzenie pięknych zabytkowych kościołów w Salzburgu!

Barokowa kolegiata pochodzi z pocz. XVIII w.

Inny charakterystyczny rys tego miasta to wysoka – jak na zabytkowe centrum – zabudowa. Miasto, wciśnięte między rzekę Salzach i okoliczne wzgórza, mogło rozwijać się tylko „do góry”. Ciasne uliczki łączą ze sobą zadaszone wąskie przejścia – obecnie wiele z nich zajmują wystawy ekskluzywnych sklepów. Nad głowami wiszą ozdobne szyldy. Jeśli ktoś szuka pięknych urbanistycznych plenerów fotograficznych, powinien wybrać się zwłaszcza w okolicę ulic Getreidegasse i Judengasse. W żółtym domu przy Getreidegasse 9 przyszedł na świat Mozart – obecnie jest tu urządzone muzeum, w którym można zapoznać się z realiami życia codziennego wielkiego kompozytora. Najlepiej wybrać się tu na spacer w godzinach porannych – potem uliczkami płynie różnojęzyczny tłum i wycieczka nie jest aż tak przyjemna.

Wąskie uliczki Salzburga. W tle widać wieżę ratuszową.

Prawdziwą ozdobą są kute żelazne szyldy.

Mogą się nimi pochwalić zarówno sklepy z długą tradycją.

… jak i całkiem współczesne przybytki:)

Getreidegasse 9. Tu urodził się Mozart.

Pomysłowy prototyp domofonu.

My kierujemy się do podnóży wzgórza Mönchsberg. Po drodze mijamy dawny wodopój, zbudowany w 1695 r. dla koni arcybiskupów. Zdobiące go freski przedstawiające konie wyglądają jak dawna wersja współczesnego graffiti.

Barokowy wodopój dla koni ze stajni arcybiskupiej.

Kilka zdjęć i pędzimy na wzgórze. Najszybciej można się tu dostać windą, odjeżdżającą z ulicy Gstättengasse 13. Bilet w obie strony kosztuje 3,60 euro, więc tani nie jest, ale warto! Taras na szczycie wzgórza to chyba najlepszy punkt widokowy w mieście. Widać stąd jak na dłoni nie tylko piękną starówkę, przeciętą zieloną linią rzeki Salzach i ozdobioną w okoliczne wzgórza, ale i całą twierdzę Hohensalzburg. Warownia sięga korzeniami XI w. i  jest jednym z największych zamków w Europie. W kolejnych stuleciach pełniła funkcje rezydencyjno-obronne – była siedzibą tutejszych arcybiskupów. My, niestety, dziś nie zwiedzamy jej dokładnie – na to potrzeba co najmniej połowy dnia. Może w drodze powrotnej się uda? (twierdzę udało się zwiedzić podczas zimowej wycieczki z dziećmi – relacja tutaj)

Gstättengasse przytulona do zboczy wzgórza Mönchsberg.

Wzgórze Mönchsberg to wspaniały punkt widokowy na stary Salzburg.

Jak na dłoni widać zamek Hohensalzburg.

Przez miasto przepływa urocza rzeka Salzach.

Spacer po Salzburgu kończymy odwiedzeniem jeszcze jednego pięknego punktu widokowego. Przechodzimy na drugą stronę rzeki Salzach i kierujemy się do ogrodów Mirabell. To miejsce pełne turystów. Reprezentacyjne ogrody zamku Mirabell zdobią przepiękne, rozległe dywany kwiatowe, które pięknie komponują się z zamykającą perspektywę warownią Hohensalzburg. Konia z rzędem temu, kto nie zrobi sobie tu zdjęcia „tu byłem”!

Przez kładkę dla pieszych przechodzimy na drugą stronę.

Piękne ogrody Mirabell.

Ostatni punkt programu to zasłużony obiad. Zadekowujemy się we włoskiej knajpce położonej niedaleko Kajetaner Platz (i naszego parkingu – czarne chmury na horyzoncie straszą, dobrze być już blisko samochodu). Ceny umiarkowane, wnętrze przyjemne – na ścianie wiszą weneckie maski, siedzimy przy oknie i obserwujemy turystów przechodzących ulicą. Chwilo, trwaj!

Spacer kończymy na Residentzplatz z drugiej strony katedry.

Plac zdobi piękna XVII-wieczna fontanna.

Residentzplatz w innej odsłonie.

Salzburg opuszczamy po czterech godzinach spaceru, pełni wrażeń, a jednocześnie z poczuciem niedosytu – można dostać tu turystycznego oczopląsu! Oj, jest co robić! Chętnie wrócimy do Salzburga raz jeszcze – może na słynny jarmark bożonarodzeniowy, jeden z największych w Europie? Musimy kiedyś spróbować też słynnych Mozartkugeln – nadziewanych okrągłych czekoladek z wizerunkiem Mozarta – pełno ich było w każdym sklepie, a my – ofiary losu – sobie nie kupiliśmy.

Słynne okrągłe nadziewane czekoladki to najlepsza pamiątka z Salzburga.

Nasz czas: Oberring-Salzburg: 10:10-13:00; spacer po Salzburgu: 13:00-17:00.

 

Salzburg-Neustift im Stubaital

Właściwie cały czas mkniemy wygodnie autostradą z pięknymi górskimi panoramami na horyzoncie. Przymusowy przestój (ok. 45 minut) mamy tylko na granicy austriacko-niemieckiej (trwają jakieś wyrywkowe kontrole graniczne). Po zjeździe a autostrady musimy uiścić opłatę (3 euro) za przejazd słynnym Mostem Europa. Gdyby widoki miały swoją cenę, byłaby to jednak cena niezbyt wygórowana. Droga uroczo wije się między okolicznymi szczytami, zieleń trawy bije w oczy. Mijamy kolejne malownicze miejscowości i przysiółki z pensjonatami w alpejskim stylu. Białe elewacje, eleganckie napisy, drewniane tarasy i piękne kwiaty w oknach.

Nasz czas: 17:00-20:30, ok. 200 km

Nasza meta: Gästeheim Alpin, przysiółek Naugasteig, Neustift im Stubaital

Wynajmujemy jedno z dwóch oferowanych przez gospodarzy mieszkań wakacyjnych. Ale mamy apartament! Metrażowo jak nasze mieszkanie chyba, a wcale nie w wygórowanej cenie. W Zakopanem zapłacilibyśmy tyle samo albo i drożej. Czyściutko, ciepło, jest wszystko, co trzeba, i te widoki za oknem… Po raz kolejny przekonujemy się o tym, że lepiej poświęcić czas na znalezienie na lokalnych stronach internetowych ofert kwater prywatnych niż zatrzymanie się w pensjonacie czy hotelu. Cenowo nie ma porównania, a miejsca do dyspozycji zazwyczaj dużo więcej. I można poznać tutejszych gospodarzy.

Przysiółek Neugasteig

Prognozy pogody na następne dni są korzystne – hurra, jest szansa na ruszenie w góry!

 

Dolomity, dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

29 sierpnia 2016, poniedziałek

Do 28 stopni, burzowo

Powrót z Dolomitów

Raniutko z bólem serca opuszczamy Dolomity. Ale nasze Skarby czekają – chłopaki, pędzimy już do Was! Wieziemy Wam garstkę bielutkich dolomitowych kamyczków do geologicznej kolekcji!

Przez Włochy przejeżdżamy bardzo sprawnie – Cortina jeszcze nie zdążyła się obudzić do życia, przez Austrię aż za Wiedeń też przejeżdżamy bez problemów. Gorzej zaczyna się robić dopiero po skończeniu się autostrady. Kilkanaście kilometrów przed granicą austriacko-czeską trwa właśnie remont drogi, jest ruch wahadłowy. Powoduje to gigantyczny korek. Stoimy prawie godzinę (czytanie na głos książki i wsłuchiwanie się w rewelacyjne teksty Końca Świata i Lao Che nieco łagodzą frustrację…), na szczęście potem udaje nam się znaleźć objazd lokalnymi drogami przez urokliwe małe winnice. W Czechach jazda idzie dość sprawnie, choć ruch jest nasilony. Po południu i przed wieczorem męczą nas burze z intensywnymi opadami deszczu – jazda autostradą w takich warunkach wymaga ogromnej uwagi. Przez cały dzień skracamy postoje do minimum. W ramach szybkiego obiadu jemy szybką lasagne w sieci AutoGrill przy autostradzie w Austrii. Pozwalamy sobie tylko na jeden (i to możliwie kompaktowy) postój turystyczny – zatrzymujemy się w Ołomuńcu.

Ołomuniec

To stutysięczne czeskie miasto, historyczna stolica Moraw, szczyci się jednym z największych w Czechach zabytkowym zespołem staromiejskich. Ołomuniec – dawna siedziba Przemyślidów – czasy swojej świetności miał w średniowieczu, ale jeszcze w XIX w. stawiano tu piękne, ozdobne kamienice. Sprawdza się nasza naprędce wymyślona reguła: im większe historyczne znaczenie miasta, tym więcej w nim kościołów:) Rzeczywiście, w Ołomuńcu spotkać można bardzo wiele budowli sakralnych.

Parkujemy na Placu Republiki, tuż obok ołomunieckiej biblioteki. Wita nas piękna fontanna z pocz. XVIII w. i … parkomat, domagający się czeskich koron. Tymczasem w naszym portfelu tylko euro – nie przygotowaliśmy się  odpowiednio wcześniej do postoju w Czechach, naiwnie zakładając, że w razie czego zapłacimy wszędzie kartą. Hmmm, co tu zrobić – może wrzućmy euro do parkomatu, a nuż się da oszukać. Jak myślimy, tak robimy, jednak szybko okazuje się, że parkomaty to bardzo kiepski kantor – kurs mają istnie złodziejski – 1 euro traktują jak … 1 koronę. Kurczę, 20 euro za parking to byłaby lekka przesada… Z opresji wybawia nas sympatyczny Czech, z uśmiechem obserwujący całą scenkę i wymieniający nam odpowiednią ilość euro na korony. Dziękujemy! (Podobną historię mieliśmy w toalecie, zakończyła się również podobnie:)).

 Fontanna Trytonów na Placu Republiki powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.

Fontanna Trytonów na Placu Republiki powstała w 1709 r., po wielkim pożarze Ołomuńca.

No, podstawowe sprawy załatwione, zaczynamy nasz spacer po ołomunieckiej starówce. W drodze na rynek mijamy po prawej stronie kościół Matki Boskiej Śnieżnej z pocz. XVIII w. Zerkamy też na kościół św. Maurycego (XV/XVI w.). Jego sylwetka z zewnątrz nie wyróżnia się niczym szczególnym, natomiast w środku kryje się prawdziwy skarb: XVIII-wieczne organy z 10 tysiącami piszczałek.

Ołomuniecka uliczka, w tle Kościół MB Śnieżnej

Ołomuniecka uliczka, w tle Kościół MB Śnieżnej

Barokowy kościół MB Śnieżnej powstał na początku XVIII w.

Barokowy kościół MB Śnieżnej powstał na początku XVIII w.

Kościół św. Maurycego z dwiema asymatrycznymi wieżami pochodzi z przełomu XV i XVI w.

Kościół św. Maurycego z dwiema asymetrycznymi wieżami pochodzi z przełomu XV i XVI w.

Najpiękniejszym miejscem w Ołomuńcu jest Górny Rynek. Wzrok przyciąga piękna barokowa kolumna Trójcy Świętej. Podobno przy jej odsłonięciu obecna była sama cesarzowa Maria Teresa! Rangę zabytku podkreśla umieszczenie go na liście UNESCO. Na rynku dzieci i turyści zbierają się pod smukłym budynkiem renesansowego ratusza (XV w.) – najciekawiej tu o pełnych godzinach: figurki robotników (tak!) zegara astronomicznego na bocznej ścianie ruszają wtedy do swojej pracy – w ruch ruszają młotki i inne narzędzia – to pamiątka przebudowy z czasów socjalistycznych. Rynek to bardzo miłe miejsce – dookoła kawiarniane ogródki, urokliwe fontanny Cezara i Herkulesa, aż chciałoby się posiedzieć w jednej z knajpek i przy piwie spróbować słynnych ołomunieckich serków…

Górny Rynek

Górny Rynek

Kolumna Trójcy Przenajświętszej

Kolumna Trójcy Przenajświętszej

Zwieńczenie 35-metrowej kolumny.

Zwieńczenie 35-metrowej kolumny.

Ołomuniecka kolumna została wpisana na listę UNESCO.

Ołomuniecka kolumna została wpisana na listę UNESCO.

Renesansowy ratusz

Renesansowy ratusz

...z socrealistycznym zegarem astronomicznym!.

…z socrealistycznym zegarem astronomicznym!.

O pełnych godzinach lud pracujący rusza do pracy

O pełnych godzinach lud pracujący rusza do pracy

Współczesna fontanna Ariona nie kłóci się ze starszymi, barokowymi koleżankami

Współczesna fontanna Ariona nie kłóci się ze starszymi, barokowymi koleżankami

Po obejrzeniu rynku kierujemy się w stronę katedry św. Wacława. XII-wieczna świątynia była wielokrotnie przebudowywana, ostatnia przebudowa w XIX w. nadała jej cechy neogotyckie. Do katedry przylega zamek – jego najcenniejsze fragmenty to zachowana romańska wieża i XIV-wieczny pałac Przemyślidów. W parku otaczającym zamek od północnego-wschodu wypatrujemy bardzo przyjemny plac zabaw – może kiedyś zatrzymamy się tu z dziećmi przy okazji jakiejś podróży do Austrii. Mamy na to wielką ochotę, bo starówka w Ołomuńcu jest niezwykle przyjemna, a dziś nie mieliśmy okazji poznać jej dokładnie – spieszymy się, by skończyć spacer i ruszyć w dalszą drogę – dobrze byłoby dojechać na miejsce przed północą.

Katedra św. Wacława, pocz. XII w., przeb. ostatnio w XIX w.

Katedra św. Wacława, pocz. XII w., przeb. ostatnio w XIX w.

Kaplica św. Anny przy Pałacu Przemyślidów

Kaplica św. Anny przy Pałacu Przemyślidów

Ostatnie spojrzenie z Placu Wacława

Ostatnie spojrzenie z Placu Wacława

Ołomuniecki mural, warto się przyjrzeć... Selfie ma jednak długą tradycję

Ołomuniecki mural, warto się przyjrzeć… Selfie ma jednak długą tradycję:)

Dalsza podróż mija sprawnie, nie licząc burzy wylewającej na nas wiadra wody w okolicy granicy polsko-czeskiej. U Babci i Dziadka w Kraczkowej meldujemy się ok. 23:00. Jak dobrze od czasu do czasu móc bardzo stęsknić się za dziećmi! Przeogromnie dziękujemy Babci Urszuli i Stasi oraz Dziadkom Jerzemu i Jankowi za zaopiekowanie się naszymi słodkimi (…:)) pociechami!!!

Nasz czas: 5:30-23:00 (w tym spacer po Ołomuńcu) , ok. 1200 km.

Dolomity, dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

28 sierpnia 2016, niedziela

Słońce dosłownie praży, ale nie narzekamy

Dookoła masywu Sassolungo,
czyli piękna, widokowa trasa odpoczynkowo-pożegnalna

Dzisiaj ostatni dzień przed podróżą do domu – nie zrywamy się więc skoro świt, co niestety ma swoje konsekwencje. Rano droga z Sottogudy jest zablokowana z powodu uroczystości organizowanej przez członków stowarzyszenia alpejskiego. Mamy przymusowy postój, ale przy okazji przypadkiem bierzemy udział w życiu lokalnej społeczności, co jest dla nas bardzo interesujące. Orkiestra, bębny, starsi panowie idący równymi rzędami w takich samych strojach i z tyrolskimi kapelusikami, panie ubrane w ludowe stroje. Pal sześć opóźnioną wycieczkę!

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Gdy wreszcie wydostajemy się z Sottogudy, dojazd idzie jak krew z nosa. Przed 10:00 na drogach są już wszyscy – samochody, autobusy, kampery, motocykliści, rowerzyści. Tych ostatnich samochody mijają o milimetry – jaka może być przyjemność z jazdy w takich warunkach? Zdecydowanie przy dłuższych dojazdach warto przejechać tutejsze drogi przed 8:00, wtedy jest dużo spokojniej. Mamy wrażenie, że w ciągu dnia poza górskimi włóczykijami i tubylcami na drogach prym wiodą turyści przełęczowi. Objeżdżają oni okoliczne przełęcze, zatrzymują się na najwyżej położonych parkingach, żeby robić zdjęcia, odwiedzić położone na przełęczy rifugia i knajpki, i jadą na kolejną przełęcz. W tej „turystyce przełęczowej” istotną grupę stanowią motocykliści, często podróżujący w grupach i nawzajem nakręcający się do wyprzedzania i efektownego pokonywania zakrętów. Jeden z nich kilka dni temu prawie w nas wjechał, jadąc z przeciwka naszą stroną drogi. Cudem ominął nas poboczem (po naszej prawej stronie…).

W takim uroczym tłumie po około godzinie docieramy na przełęcz Sella. O darmowych miejscach parkingowych można zapomnieć, wszystkie zatoczki są zapchane. Na szczęście przy schronisku (a właściwie hotelu) Passo Sella Resort jest duży parking, na którym za 5 Euro można zostawiać auto na cały dzień.

Na dzień pożegnalny wybraliśmy „odpoczynkową” spacerową trasę dookoła Sassolungo, najmniejszego samodzielnego masywu Dolomitów. Pogoda nadal piękna, podobno to najładniejszy tydzień w Dolomitach w tym roku – ale mamy szczęście!

Najpierw kierujemy się na północ, na szlak nr 526. Początkowy odcinek trasy biegnie wśród różnej wielkości głazów, porośniętych pięknymi drzewami, głównie limbami. Niektóre głazy mają po ponad 10 metrów wysokości! Ta pozostałość po wielkim obrywie skalnym z Sassolungo stanowi raj dla boulderowców i początkujących wspinaczy. Po 40 minutach mijamy schronisko Comici. Zaglądamy tylko do toalety, ale i tak wrażenia są niesamowite – futurystyczne podświetlenia na schodach, klamkach i w samych toaletach zadziwiają nas… Czujemy się jak w klubie, a nie w schronisku, więc szybko idziemy dalej. Na szczęście rozległe panoramy otaczające nas dziś przez cały dzień mają jak najbardziej górski charakter.

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Po prawej stronie mamy grupę Selli.

Po prawej stronie mamy grupę Selli

... a z tyłu - masyw Marmolady.

… a z tyłu – masyw Marmolady.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Nasz szlak okrąża teraz masyw Sassolungo od północnej strony. Powoli znika nam z oczu grupa Selli, szlak podchodzi pod smukłe turnie Sassolungo. Można iść pod samymi skałami, nieco niżej lub po halach na samym dole. Chcieliśmy iść górą, przy skałach, ale jakoś nie trafiliśmy i przeszliśmy „wariantem środkowym”. Masyw Sassolungo ma kształt podkowy, a jedyne łatwe wejście do serca grupy jest możliwe od północnego-zachodu. Nie skręcamy tam jednak, nie chcąc przedłużać spaceru i obawiając się tłumów przy schronisku Vicenza. Nasz szlak teraz zmienia numer na 527.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Przez dłuższą chwilę trawersujemy piarżyste zbocza Sassolungo, powoli tracąc wysokość. Potem pokonujemy najbardziej nużący fragment trasy – około półtoragodzinne podejście w skwarze południa. Przed nami otwierają się coraz szersze widoki w stronę południową, na kolejne szczyty grupy Catinaccio. Głodni, z radością witamy schronisko Sassopiatto. To raczej górski hotel. Wolelibyśmy coś bardziej kameralnego, no ale nie marudzimy – po chwili poszukiwań znajdujemy wolny stolik i pałaszujemy pyszne włoskie dania, popijając je piwem.

Przed nami grań Terrarosa.

Przed nami grań Terrarosa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Od schroniska ścieżka zmienia numer na 557. Na tej części trasy nie ma już większych podejść – trawersujemy zbocza Sassopiatto, które od strony schroniska wygląda bardzo niepozornie. Delektujemy się widokami na Catinaccio i wychylające się zza zakrętu szczyty grupy Marmolady, w tym samą królową Dolomitów. Mijamy schroniska Pertini i Friedrich August. W pobliżu jest mnóstwo schronisko-restauracjo-hoteli, wręcz za dużo, ale taka już uroda tej okolicy. Intensywne zagospodarowane turystycznie są zwłaszcza tereny przy samej przełęczy Sella. Mamy wrażenie, że liny wyciągów zaraz poplączą się ze sobą. Na szczęście wzrok można zawiesić na wyłaniającej się przed nami w pełnej okazałości Selli.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

 Królowa Marmolada

Królowa Marmolada

Postrzępiona grań Sassolungo

Postrzępiona grań Sassolungo

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Widok na imponujący masyw Selli

Widok na imponujący masyw Selli

...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

…i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Wreszcie wracamy na parking,. Szlak domyka pętlę wokół Sassolungo, a my kończymy dolomickie wędrówki. Na pewno tu jeszcze wrócimy – choćby na ferratę Oscara Schustera na Sassopiatto! I na łatwiejsze szlaki z dziećmi! Kolejne plany rosną jak grzyby po deszczu.

Nasz czas: 10:45 – 16:45, ok. 15 km, 800 m przewyższenia

Nasza dzisiejsza trasa jest godna polecenia jako trasa aklimatyzacyjna albo ‘kondycyjna’, na luźniejszy dzień. To też świetny szlak dla rodzin z dziećmi. Jest kilka schronisk (właściwie restauracji i hoteli) z placami zabaw, gdzie pociechy mogą odpocząć i nabrać ochoty na dalszą wędrówkę. My sami chętnie zabierzemy tutaj naszych chłopaków. Można na przykład wjechać kolejką do serca masywu, zejść przez schronisko Vicenza i obejść grupę tylko od północy lub południa zamiast przechodzić całą pętlę, co stanowi dość długą wycieczkę.

Dolomity, dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

27 sierpnia 2016, sobota

Znowu pięknie, z popołudniowymi obłoczkami

Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino

Dzisiaj cudowna trasa na ukoronowanie pobytu w Dolomitach. Długi dojazd (półtorej godziny z Sottogudy) zmusza nas do zwleczenia się z łóżek jeszcze po ciemku, żeby skoro świt ruszyć do miejscowości San Martino di Castrozza. Na darmowym parkingu pod kolejką meldujemy się tuż po 8:30. Gondolkami, a następnie kolejką linową pokonujemy łącznie prawie 1200 m przewyższenia i lądujemy na zboczu Rosetty tuż po 9:00. Nie jest źle.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Na górze wita nas po prostu inny świat. Nie dość, że jest dużo cieplej niż na parkingu, to przede wszystkim widok przed nami jakby z księżyca albo z innej planety. Pod naszymi stopami rozciąga się polodowcowy krajobraz płaskowyżu Altipiano, a za nim niekończące się morze szczytów. Po prostu coś niesamowitego.

''Księżycowy'' płaskowyż pod La Rosettą.

”Księżycowy” płaskowyż pod La Rosettą.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Nie podchodzimy na szczyt La Rosetta, na którego zbocze dociera kolejka, bo nie chcemy potem się spieszyć z przejściem obu ferrat, ale stamtąd podobno widok jest jeszcze piękniejszy. Idziemy od razu w kierunku schroniska Rosetta, robimy tam kolejne zdjęcia i skręcamy w prawo w kierunku przełęczy Passo di Ball.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Idziemy rzadko spotykanym w Dolomitach szlakiem. Zazwyczaj jedzie się na piargach, a tu dziś jak paniska wędrujemy w dół bardzo wygodnymi zakosami! Ścieżka-autostrada sprowadza nas w okolice wierzchołka Col delle Fede. Ten wygodny szlak zbudowano wielkim nakładem sił ponad sto lat temu jako realizację pomysłu barona von Lessera, który chciał… konno wjeżdżać na płaskowyż, żeby polować sobie na kozice!

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Dalej podchodzimy nieco eksponowaną ścieżką na Passo di Ball. Trasa miejscami jest ubezpieczona. Doskonale nadaje się na tym odcinku do nauki chodzenia po ferratach dla starszych dzieci.

Przed nami przełęcz Passo di Ball - tam zmierzamy.

Przed nami przełęcz Passo di Ball – tam zmierzamy.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Ferrata Nico Gusella

Na przełęczy Passo di Ball robimy postój, przepuszczając idącą z naprzeciwka grupę ze Słowenii. W końcu ruszamy w górę na ferratę Nico Gusella (cała nasze dzisiejsza trasa jest doskonale opisana w serwisie wdolomitach.pl; można znaleźć tu mnóstwo cennych wskazówek orientacyjnych). Początkowo podchodzimy typowym szlakiem po piargach, a następnie, skręcając lekko w lewo, docieramy do początku ubezpieczeń.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Po skałach, miejscami stromo pniemy się w kierunku Forcella Stephen. Momentami trzeba się trochę pogimnastykować, ale ogólnie podejście daje nam się we znaki głównie z powodu palącego słońca, a nie z racji kłopotów technicznych. Ostatnie metry podejścia na przełęcz prowadzą już bez ubezpieczeń przez górną część żlebu zasypanego grubszymi i mniejszymi kamieniami.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Z przełęczy Forcella Stephen można zrobić sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę na Cima di Val di Roda. Podobno jest stamtąd przepiękny widok. My znowu z powodu czekającej nas dzisiaj jeszcze wielogodzinnej wędrówki rezygnujemy z tej przyjemności. Dodatkowo zniechęcają nas gromadzące się pod szczytami chmury, które i tak zasłoniłyby znaczną część widoków. Przyjdziemy tu następnym razem. Słowo! Jemy więc spokojnie kanapki i ruszamy dalej.

Kolejną godzinę spędzamy na nużącym powolnym obniżaniu się, trawersując, przeważnie bez zabezpieczeń, dość mocno nachylone zbocze. Widoków nie mamy, bo chwilowo zasłaniają je chmury. Zadziwiamy się bardzo wyraźnymi zjawiskami krasowymi. Dzięki porom i żłobkom krasowym o wiele łatwiej znaleźć podparcie dla nóg i rąk. Ten odcinek tylko miejscami jest ubezpieczony, nie zawsze tam, gdzie to by się faktycznie przydało, jednak przy suchej skale nie ma problemów.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Docieramy na sympatyczną przełączkę, skąd po raz pierwszy widzimy chyba najsłynniejszy duet Dolomitów – turnie Sass Maor oraz Cima della Madonna. Widok na te dwa szczyty będzie nam dzisiaj towarzyszyć bardzo długo. Widok z przełączki jest w ogóle bardzo piękny i zdecydowanie rozleglejszy niż z przełęczy Porton czy Passo di Ball.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Niestety, czas ruszać dalej. Teraz przed nami długi, ale wygodny trawers prowadzący w dół w okolice przełęczy Porton. Szlakowskaz znajduje się poniżej głębokiego wcięcia przełęczy, ale my wdrapujemy się też na przełęcz, żeby zajrzeć na początek ferraty Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Spotykamy znajomą grupę ze Słowenii – właśnie skończyli przechodzić tę ferratę. My dzisiaj już tędy nie pójdziemy, ale kiedyś… – ach, jak miło snuć plany na przyszłość;-)

Po minięciu przełęczy Porton dalej podążamy w kierunku gwiazd dzisiejszego dnia – Sass Maor i Cima della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Rzut oka za siebie - przełęcz Porton to to 'U' na środku po prawej.

Rzut oka za siebie – przełęcz Porton to to ‚U’ na środku po prawej.

Ferrata del Velo

Trochę obawialiśmy się zejścia przez „welon Madonny”, opisywanego w różnych miejscach jako bardzo eksponowane i wymagające odporności psychicznej. Kiedy docieramy do właściwej części ferraty del Velo, okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Zejście faktycznie jest eksponowane i prowadzi prawie pionowo w dół, ale wymagania techniczne nie są tu przesadnie duże. Dla nas (subiektywnie) zarówno ekspozycja, jak i trudności były większe na ferracie prowadzącej granią zachodnią na Marmoladę, szczególnie przy pokonywaniu jej w dół w drodze powrotnej.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

W dole San Martino di Castrozza - z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

W dole San Martino di Castrozza – z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

Najbardziej efektownie nasze zejście prezentuje się z oddali – welon Madonny rzeczywiście opada bardzo stromo w dół. Możliwe, że na nasze odczucia wpłynął niedawny remont ferraty – wydaje się, że niedawno zamontowano tu nowe stopnie, które pewnie są wygodniejsze od umieszczonych tu wcześniej kotew. Dodatkowo wyremontowana została też w tej okolicy ferrata Vecchia, która jest opisywana u Tkaczyka jako zniszczona i zamknięta – teraz widzimy normalne drogowskazy prowadzące na nią i turystów kierujących się w jej stronę.

Mocno zmęczeni i pełni wrażeń z dzisiejszej trasy docieramy do schroniska Velo della Madonna, czyli schroniska Welon Madonny. Wewnątrz spędzamy bardzo miłe trzy kwadranse. Pani z obsługi jest bardzo sympatyczna, kluchy przepyszne, a piwo świetnie gasi pragnienie. Na koniec włoskie espresso i czas ruszać dalej!

Schronisko Velo della Madonna.

Schronisko Velo della Madonna.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Zejście do San Martino

Do zejścia wybieramy nieco dłuższy, ale bardziej widokowy wariant szlakiem trawersującym zbocza w kierunku San Martino. Najpierw kilkaset metrów schodzimy nużącymi zakosami szlaku 713, aby skręcić w prawo na szlak 721. Długo trawersujemy zbocza szczytów, w okolicy których dzisiaj przechodziliśmy. Szlak prowadzi w okolicy górnej granicy lasu, a później sprowadza coraz niżej. Na koniec idziemy leśnymi drogami. Koniecznie trzeba mieć przy sobie mapę, bo bez niej można zejść za wcześnie i trzeba byłoby wtedy podchodzić na parking z centrum San Martino. Nam udało się wyjść tuż przy dolnej stacji gondolek.

W San Martino żegnają nas dzisiejsze szczyty, pięknie podświetlone promieniami zachodzącego słońca. Masyw Pale di San Martino wywarł na nas duże wrażenie – na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy! W grupie Pale można zaplanować zarówno ambitne trasy z przejściami ferratowymi, jak i rodzinne wędrówki przez przełęcze i schroniska. A wszystko to w oprawie przepięknych i różnorodnych widoków. Księżycowy płaskowyż, a zaraz obok strzeliste granie i turnie. Nie można przejść obok tego miejsca obojętnie.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Brakowało nam lasu, to mamy.

Brakowało nam lasu, to mamy.

To nie schodki z cegły - to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

To nie schodki z cegły – to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Znowu widzimy Rosettę - z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Znowu widzimy Rosettę – z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Wycieczka była niewątpliwie męcząca, ale warta każdego metra przebytej drogi. Dodatkowo dzisiaj nie spieszyliśmy się za bardzo, chcąc podziwiać widoki i cieszyć się z każdej chwili w górach. Na ferratach potrzebna była duża koncentracja, nie tylko na fragmentach ubezpieczonych (w naszym odczuciu dotyczy to zwłaszcza ferraty Nico Gusella – tam jest wiele odcinków nieubezpieczonych, gdzie trzeba zachować uwagę). To dobra trasa dla wszystkich, którzy przeszli już kilka ferrat i nie obawiają się ekspozycji.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Nasz czas:

9:10 – 12:30 Rosetta – Forcella Stephen 13:00 – 16:15 Forc. Stephen – Rif. Velo della Madonna 17:00 – 19:30 zejście ze schroniska na parking

Razem ok. 15 km, ok. 800 m podejść i prawie 2000 m zejścia.

Dolomity, dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

26 sierpnia 2016, piątek

Piękna słoneczna pogoda jak wczoraj, ale dziś już od południa pojawiają się chmurki

Roda di Vaél

Rano wstajemy z łózka i – ojojoj – mamy wrażenie, jak byśmy cały wczorajszy dzień chodzili po drabinach w górę i w dół, w górę i w dół. Ale dlaczego?:) Cóż, pora na dzień kondycyjny. Na rozruszanie pamiątek z Marmolady wybieramy trasę niezbyt trudną i niezbyt długą, za to oferującą piękne widoki – szczyt Roda di Vaél (2806 m n.p.m.) w masywie Catinaccio.

Rano podjeżdżamy samochodem do miejscowości Carezza. Dolina Val di Fassa jest upstrzona miejscowościami wypoczynkowymi, 9:00 dopiero, a ruch turystyczny szalony. Kampery, motocykliści, rowerzyści, drogi przez miejscowości wąziutkie, chodników miejscami brak. Jedziemy i jedziemy, przestój za przestojem, jakoś opornie nam to idzie. Urozmaiceniem nużącego dojazdu są obie płyty zespołu Lilly hates roses, przypominające trochę soundtrack do filmu Once i niezwykle miłe dla ucha. Na wyciąg wsiadamy dopiero ok. 10:30.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Wyciąg krzesełkowy Paolina (13 Euro w obie strony) znacząco ułatwia wchodzenie, pokonując prawie 500 m różnicy wysokości. Górna stacja mieści się na wysokości 2125 m. Ruszamy stamtąd szlakiem nr 552, po czym po ok. pół godziny marszu skręcamy w prawo w ścieżkę wiodącą na przełęcz Passo di Vaiolon (2560 m).

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Najpierw idzie się wygodnymi zakosami, potem w górnej części żlebu szlak wchodzi w trudniejszy teren – przez chwilkę jest stalowa lina, potem usypująca się ścieżka. Trudności są jednak niewielkie i sprzęt ferratowy nie jest jeszcze potrzebny. Największym utrudnieniem jest sznurek turystów przed i za nami dążący na przełęcz – cóż, skoro wybraliśmy trasę niezwykle popularną i nie wyszliśmy na nią wczesnym rankiem, to mamy;-) Na przełęczy rozsiadamy się na postój. Wsuwamy kanapki, podziwiając piękne widoki – imponująca grupa Selli, trochę niepozorna Marmolada, Ombretta – cieszymy się, że z dnia na dzień coraz więcej szczytów i masywów potrafimy rozpoznać. Robimy zdjęcia na wszystkie strony – wczoraj w naszym aparacie zaszwankował najbardziej uniwersalny obiektyw – wrrr, nie miał kiedy się popsuć… Na szczęście, przezorni, wzięliśmy naszego starego wysłużonego Panasonica – może staruszek jeszcze da jakoś radę;-)

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Na przełęczy Vaiolon.

Na przełęczy Vaiolon.

Włosi uwielbiają też robić napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Włosi uwielbiają też układać napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Po nieco przydługim postoju wskakujemy w kaski i uprzęże i ruszamy do góry. Ferrata nie jest  trudna i prawdę mówiąc, w wielu miejscach nawet nie bardzo nam się chce wpinać do liny. Jedyna uciążliwość to rozmijanie się z turystami wracającymi tędy z trudniejszej ferrraty Massare.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Oboje stwierdzamy, że dzisiejsza trasa to dobry szlak, gdybyśmy kiedyś chcieli starszym chłopcom pokazać, na czym polega ferrata. Jedyny trudniejszy fragment to sam koniec, zejście na przełęcz – tu faktycznie początkujący mogliby mieć problemy. Przed nami idzie rodzina z chłopcami młodszymi od naszych starszaków. Z jednej strony podziwiamy ich odwagę, z drugiej zastanawiamy się, czy to rozsądnie ciągnąć tak małe dzieci w takie miejsca. Podczas wymuszonych przestojów obserwujemy turystów, mierzących się z krótkim łącznikiem między ferratami Roda di Vaél i Massare. Do przejścia tego trudnego odcinka ustawiła się już pokaźna kolejka. W pierwotnych planach chcieliśmy przedłużyć wycieczkę o ferratę Massare, jednak przez rozsądek z bólem serca zrezygnowaliśmy – wtedy trudno byłoby nazwać nasz dzisiejszy dzień dniem odpoczynku:) Teraz, patrząc na tłumy idące popularną Massare, cieszymy się, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare. W trudniejszym miejscu tworzą się przestoje.

Zejście z ferraty Roda di Vaél jest dość mylne. Znaków brak – dopiero po dokładnym rozejrzeniu się zauważamy stalowe liny asekuracyjne kilkanaście metrów niżej. Trzeba wejść w żleb wiodący od przełączki. Wszystko sypie się tu spod nóg, typowa dolomitowa zabawa. Tego chyba nie da się polubić. Zejście nie jest trudne, ale w początkowym odcinku mocno niewygodne.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Na szczęście po ok. pół godziny wchodzimy w łatwiejszy teren. Zakosami dochodzimy do poprzecznej ścieżki. Znaków znów brak. I mamy zagadkę – teraz w lewo, czy w prawo? Wyciągamy mapę, ale przebieg szlaku na niej nie jest, o dziwo, zaznaczony. Zgadujemy więc i skręcamy w lewo – jak się potem okazuje, wydłużamy tym samym drogę. Ale nie ma tego złego – i tak dochodzimy do wygodnego szlaku 549 (co prawda aż na wysokości przełęczy Vailon), okrążającego grupę, a po drodze spotykamy jeszcze sympatycznego świstaka.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Skręcamy w prawo w szlak 549. Wygodna, trawersująca ścieżka prowadzi po jednej wysokości. No autostrada normalnie. A widoki dookoła bajkowe, alpejskie. Przez chwilę czujemy się, jak byśmy byli gdzieś w naszych kochanych Taterkach. Spacer tą ścieżką jest bardzo miły. Tu można by było przyjść z dziećmi w każdym wieku. W ogólne cały ten rejon jest wymarzonym celem wypadów rodzinnych – gęsta sieć szlaków o różnym stopniu trudności sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Mijamy schronisko Roda di Vaél i idziemy prosto do górnej stacji kolejki. Zatrzymujemy się tylko raz – przy zwracającej uwagę już z daleka rzeźbie przedstawiającej przerośniętego orła – ten oryginalny pomnik upamiętnia Theodora Christomannosa, wielkiego propagatora idei rozwoju turystycznego Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że pomnik w innym miejscu byłby neutralny, ale tu zupełnie gryzie się z górskim otoczeniem.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Po ok. godzinie marszu domykamy pętelkę – stajemy przy górnej stacji wyciągu Paolina. Chodzi do 18:00, więc nie musimy się spieszyć. Wstępujemy na zupę gulaszową do położonego tuż obok schroniska Paolina. Klimat w środku jak u nas, miło „schroniskowy”.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Po miłym postoju w schronisku pozostaje nam już tylko zjechać na dół wciągiem i dojechać do naszej Sottogudy. Tym razem ruch na drodze na szczęście jest mniejszy. Udaje nam się po drodze zauważyć sklep spożywczy (o dziwo, sklepy spożywcze są tu rzadkością, albo my nie umiemy ich znaleźć – gdzie mieszkańcy robią zakupy???) – wstępujemy tam, by uzupełnić brakujące zaopatrzenie.

Wieczorem zdjęcia, zapiski i planowanie kolejnej trasy – oj, będzie nam tego bardzo brakowało!

Nasz czas: 10:45 – 16:45 nie licząc jazdy wyciągiem, ok. 10 km

Dolomity, dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

25 sierpnia 2016, czwartek

Nadal ciepło i pięknie, do 25 stopni

Marmolada

Trzy dni górskich wędrówek za nami – aklimatyzacja zakończona! Pogoda nadal piękna, więc nie ma co czekać: idziemy na Marmoladę – królową Dolomitów!

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) - nasz cel.

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) – nasz cel.

Dojazd (na Passo Fedaia) dzisiaj króciutki, zaledwie 20 minut jazdy od naszej mety. Już z drogi podziwiamy jezioro zaporowe Lago di Fedaia i oświetloną porannym słońcem Marmoladę. Ale największe zaskoczenie czeka nas już za chwilę. Pierwszy etap naszej dzisiejszej trasy pokonać mamy wyciągiem, który określano mianem „gondolowy”. Tymczasem okazuje się, że te „gondole” to ażurowe konstrukcje przypominające jako żywo… supermarketowe wózki podwieszone na długich pałąkach! Pakują nas do takiego jednego i jazda w górę! Pakują to dobre określenie, bo pan w biegu wpycha nas do tego ustrojstwa i zamyka jak bydło w zagrodzie!:) Na pewno nie jest to przejażdżka dla osób z lękiem wysokości, bo konstrukcja jest zupełnie ażurowa i osłania nas tylko do pasa. Jednak dla wszystkich odważnych to świetna atrakcja. Takim wyciągiem jeszcze nie jechaliśmy i raczej już nie pojedziemy. Wysiadamy na Pian del Falconi, na chwilkę zaglądamy do całkiem miłego wnętrza schroniska i sprawnie ruszamy. Chcemy wrócić przed zamknięciem wyciągu (aktualnie pracuje do 16:45).

Punkt startu - jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Punkt startu – jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Podejście na przełęcz Forcella Marmolada

Droga, niestety, najpierw sprowadza ponad 100 m w dół, aby ominąć wielkie skały – potem wysokość trzeba będzie nadrobić. Ścieżka kluczy między zadziwiającymi ogładzeniami lodowcowymi w nieco piarżystym terenie. Cały czas trzeba pilnować przebiegu szlaku, bo wokół sporo alternatywnych ścieżek, a oznakowanie, zwłaszcza w górnej części szlaku dojściowego, jest zdecydowanie niewystarczające i mylne (kopczyki często znajdują nie tylko przy właściwej trasie). Odczuliśmy to w drodze powrotnej, kiedy przynajmniej dwa razy zgubiliśmy na chwilę drogę.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Prawdziwe emocje zaczynają się jeszcze przed ferratą. Z daleka niepozorny lodowczyk leżący pod przełęczą okazuje się całkiem spory. Przed południem lód jest bardzo twardy, a kamienie utrudniają wbijanie raków w jego powierzchnię. Na szczęście M. uparła się, żeby raki zabrać, pomimo informcacji w wielu relacjach, że w lecie na tym szlaku najczęściej nie są one konieczne. Dzisiaj jednak praktycznie wszyscy podchodzący tym szlakiem zakładają raki, często też związują się liną i podpierają czekanami, bo zamiast rozmokniętego śniegu pod nogami mamy lód pokryty luźnym materiałem skalnym. Do podparcia wystarczyły kijki. Na szczęście przeprawa obywa się bez przygód, tylko zakładanie, a potem pakowanie raków do plecaka zajmuje sporo czasu.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Droga lodowcem kończy się pod skałami - tam zaczyna się ferrata.

Droga lodowcem kończy się pod skałami – tam zaczyna się ferrata.

Zaraz za lodowczykiem zaczyna się ostre, dobrze ubezpieczone podejście w kierunku przełęczy. Właściwie można powiedzieć, że już za lodowcem zaczyna się ferrata, chociaż nominalnie zalicza się do niej tylko odcinek od Forcella Marmolada do szczytu Punta Penia.

Wchodzimy na ferratę - kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Wchodzimy na ferratę – kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

 Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Via ferrata Marmolada

Od przełęczy podejścia stają się bardziej strome, właściwie przez znaczną część czasu wchodzimy na kolejne wielometrowe drabiny. Może nie ma jakichś wyjątkowychch wymagań technicznych, jednak pokonywanie tak długich ciągów ubezpieczeń w sporej ekspozycji męczy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Najbardziej martwiliśmy się, jak to będzie z zejściem, jeżeli trzeba będzie wymijać osoby wchodzące – szlak na Marmoladę cieszy się dużą popularnością.

 Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

 Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

 Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Rzut oka do tyłu - stamtąd przyszliśmy.

Rzut oka do tyłu – stamtąd przyszliśmy.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Opisywane w relacjach szczytowe pole śnieżne w tym roku jest wyraźnie mniejsze i w związku z tym praktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po piarżystym zboczu. Sam skraj lodowca jest miękki, więc tym razem obywamy się bez raków. Na szczycie zaskakuje nad widok brzydkiej budy letniego schroniska Capanna Punta Penia. Mimo to zaglądamy do środka i jesteśmy mile zaskoczeni. Wnętrze przytulne i ciepłe, gospodarz bardzo sympatyczny. Ceny adekwatne do wysokości, ale nareszcie mamy możliwość zamówić kluchy! Zamawiamy więc spaghetti i lecimy na krótką sesję foto na pobliski szczyt. Nasz rekord wysokości został pobity kolejny raz podczas tego wyjazdu – Marmolada wystaje 3343 m ponad poziom morza. Widoki oczywiście przepiękne, a z perspektywy szczytu nawet schronisko wygląda lepiej. Wracamy sprawnie i zaraz możemy doceniać walory smakowe naszego spaghetti, poprawionego pyszną kawą z mlekiem!

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Taka toaleta - tylko na Marmoladzie!

Taka toaleta – tylko na Marmoladzie!

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Zejście nad jezioro Lago di Fedaia

Posileni i pełni sił ruszamy w drogę powrotną. Raczej nie mamy już (i słusznie) nadziei na powrót kolejką, ale perspektywa schodzenia o 550 m więcej każe nam przyspieszyć kroku. Zejście trochę się dłuży, bo sama ferrata jest dość monotnna (prawie cały czas bardzo ostro w dół po stalowych kotwach i stopniach). Dzisiaj jakoś męczy nas pokonywanie drogi w ten sposób. Na szczęście podczas zejścia spotkamy tylko kilka wchodzących osób, więc nie ma problemów z wymijaniem się. Mocno zmęczeni przechodzimy przez Forcella Marmolada i schodzimy na skraj lodowca. Tam robimy dłuższy postój, a potem przechodzimy ponownie lodowczyk. Ciężko znaleźć dobre miejsce do zejścia z niego, bo obrzeża są zasypane drobnymi kamyczkami, po których ciężko przejść w rakach, a buty bardzo się ślizgają na wystającym miejscami lodzie. Po chwili  lodowcowych łamigłówek bezpiecznie przechodzimy ten odcinek trasy, a potem sporo błądzimy w poszukiwaniu kiepsko oznakowanego i mylnego szlaku.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Piz Boé - wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

Piz Boé – wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Przy górnej stacji kolejki „wózkowej” meldujemy się około dwie godziny po jej zamknięciu (a bilety na powrót – jak poprzednio – w kieszeni…), więc niestety czeka nas jeszcze spore zejście. Początkowo teren jest piarżysty, a później w najbliższym otoczeniu szlaku dominują zjawiska krasowe, zwłaszcza naprawdę urodziwe lejki krasowe. Chwilę odpoczynku przy rozstaju szlaków pod Col do Bousc umila nam oglądanie świstaka – warto było jednak tędy zejść!

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Nasze czasy: Wejście: 9:15 (Pian dei Fiacconi) – 13:40 (szczyt Punta Penia), zejście: 14:10–19:40 (ze szczytu na parking nad Lago di Fedaia)

Na tej wycieczce zależało nam chyba najbardziej. Wiadomo, Marmolada. Królowa Dolomitów nas nie rozczarowała. Może sama w sobie nie jest najładniejszym szczytem, ale pokryta lodowcem bardzo wyróżnia się wśród okolicznych masywów. Emocjonujące przejście przez lodowczyk, całkiem spora ferrata i zaskakująco miła atmosfera sezonowego schroniska na szczycie Punta Penia na długo pozostaną w naszej pamięci.

Trudości na tym szlaku nie są większe niż te na Orlej Perci, jednak ciągłe pokonywanie długich eksponowanych ścian może się dać psychicznie i fizycznie we znaki. Na pewno nie jest to trasa dla turystów zaczynających przygodę z ferratami, ale szlak nie powinien sprawić problemu z osobom z doświadczeniem w pokonywaniu trudniejszych wysokogórskich szlaków, o dość dobrej kondycji i przy stabilnej pogodzie. Polecamy zabranie raków na pokonywanie lodowczyka, bo – jak przypuszczamy – warunki na nim mogą być bardzo zmienne. Jeśli raki będą niepotrzebne, najwyżej zostaną w plecaku – nam się dziś bardzo przydały.

Dolomity, dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Masyw Cristallo już był, masyw Selli również, dziś przyszła pora na Tofany ( na zdjęciu powyżej widziane z masywu Selli). Spośród dostępnych szlaków wybieramy ferraty di Dentro i Formenton, umożliwiające przejście granią między Tofaną di Mezo (3244 m n.p.m.) i Tofaną di Dentro (3238 m n.p.m.) oraz zejście do pośredniej stacji kolejki.

Przejście ferratą między Tofaną di Mezzo i Tofaną di Dentro

Po drodze zatrzymujemy się fotograficznie w uroczej miejscowości Caprile, przez którą prawie codziennie przejeżdżamy.

Urocza miejscowość Caprile - widujemy ją po drodze.

Urocza miejscowość Caprile – widujemy ją po drodze.

Rano w pełnej turystów Cortinie mamy przejściowe problemy ze zlokalizowaniem dojazdu na parking pod kolejkę linową na Tofany – drogowskazów prawie brak i musimy polegać na mapie. Uff, udało się. Zaraz na parkingu spotykamy sympatyczną rodzinę z Polski, zamieniamy kilka słów, po czym szybko kupujemy bilet i prawie od razu wskakujemy do kolejki. Kolej linowa wiodąca z Cortiny na Tofanę di Mezzo to imponujące założenie inżynieryjne. Wjazd przebiega trzyetapowo, a ostatni odcinek wagonik pokonuje bez dodatkowych podpór dla liny. Wysokogórskie widoki rozlegające się dookoła dosłownie zapierają dech w piersiach. Wjazd na Tofanę jest godny polecenia choćby jako atrakcja sama w sobie, nawet dla osób nieprzepadających za wędrówkami po górach.

Z górnej stacji kolejki wychodzi się prosto na wspaniały widokowy taras, na którym można zażywać kąpieli słonecznych i rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Łatwa ścieżka wprowadza na szczyt Tofany di Mezzo (3244 m n.p.m.) – warto tu podejść te kilka minut, bo widoki faktycznie są zachwycające. A my pobijamy kolejny rekord wysokości! Nie do końca się liczy, bo jednak kolejką, ale zawsze!

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Górna stacja kolejki z tarasem - solarium, w tle masyw Cristallo.

Górna stacja kolejki z tarasem – solarium, w tle masyw Cristallo.

Sama ferrata zaczyna się nieco poniżej szczytu. Zakładamy kaski, uprzęże i lonże i ruszamy. Za nami kilkoro innych turystów – trasa ta cieszy się (zasłużenie!) dużą popularnością.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Pierwszy odcinek trasy nie jest trudny technicznie i wiedzie trawersem po półce skalnej. Jednocześnie to idealna okazja do studiowania budowy geologicznej Tofan. Spoglądamy na zostającą w tyle Tofanę di Mezzo – tu płyty skalne chyba stanęły na głowie!

Tofana di Mezzo - niesamowicie wygląda od tej strony.

Tofana di Mezzo – niesamowicie wygląda od tej strony.

Trudniej zaczyna się robić dopiero za przełęczą – opuszczamy wygodną półkę, a grań robi się powietrzna. Bardziej wymagające odcinki są jednak krótkie, a trudności nie przewyższają tych znanych z Orlej Perci. Należy uważać zwłaszcza na odcinkach bez zabezpieczeń – ścieżeczka jest wąziutka, a ekspozycja ogromna.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Patrzymy przez okno skalne, a tam - Marmolada.

Patrzymy przez okno skalne, a tam – Marmolada.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Po niespełna półtorej godziny od wyruszenia na ferratę stajemy na Tofanie di Dentro (3238 m n.p.m.). Na szczycie spotykamy niezwykle sympatyczną grupę Włochów – mocno starszych panów (80 na karku!) i naszych znajomych Państwa z parkingu. Z chęcią zatrzymujemy się na postój, bo kiszki z głodu marsza raźno grają. Znajdujemy idealny do tego celu grajdołek kilka kroków za szczytem z pozostałościami drewnianej konstrukcji. Mili panowie śmieją się, że znaleźliśmy świetną restaurację i robią nam wspólne zdjęcie 😉

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Croda Rossa na tle Alp.

Croda Rossa na tle Alp.

Ristorante Tofana.

Ristorante Tofana.

Zejście z Tofany di Dentro do pośredniej stacji kolejki

Szlak sprowadza w dół piarżystym zboczem, które stopniowo przechodzi w grań. Po doświadczeniach poprzednich dni obawialiśmy się tego piarżystego zejścia, ale tu ścieżka z zakosami utrzymała się całkiem nieźle i schodziło się przyzwoicie. Na tym odcinku bardzo pomocne są kijki.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Widoki może nie są tak rozległe jak na grani między Tofanami, ale i tak nie można oderwać od nich oczu. Szlak co chwilę zmienia swój charakter i nie dłuży się.

Tofana di Dentro od północy - jakże inna.

Tofana di Dentro od północy – jakże inna.

Po chwili musimy schować kijki i znów przypiąć się do lin asekuracyjnych, po chwili szlak znów zamienia się w ścieżkę, potem znów mamy krótkie odcinki ferratowe, potem – zejście żlebem.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Tuż przed zejściem z grani znajdujemy biwak Baracca degli Alpini. W środku miło i przytulnie. Warunki do spędzenia nocy są tu daleko lepsze niż te na biwaku przy ferracie I. Dibona.

Bivacco Baracca degli Alpini - najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

Bivacco Baracca degli Alpini – najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

We wnętrzu edukujący obrazek.

We wnętrzu edukujący obrazek.

Podczas całego zejścia głównym problemem jest niezwiązane z ziemią podłoże. Ścieżka jest wygodna, ale wąska, a jest gdzie się zsunąć. W pewnym momencie szlak przeprowadza przez malownicze okno skalne.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

I znowu ktoś zrobił nam zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

I znowu ktoś zrobił nam wspólne zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

Po przekroczeniu okna kończą się wszystkie trudności i niczym ceprostradą wędrujemy aż do pośredniej stacji kolejki (Ra Valles).

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okolice stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

Okolice stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty - Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty – Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

Cała nasza dzisiejsza wycieczka była przepiękna, godna polecenia dla każdego, kto ma doświadczenie w poruszeniu się po szlakach wysokogórskich i nie jest wrażliwy na ekspozycję.

Nasze czasy: 11:00-12:30 ferrata między Tofanami, 13:00-15:50 – zejście ferratą Formenton

Timing mamy niezły, więc postanawiamy coś zjeść w Rifugio Ra Valles. Tu jednak mają dziś tylko przekąski typu toasty. Zjeżdżamy więc kolejką na kolejną stację pośrednią. Czeka tu na nas restauracja z miłym tarasem widokowym. Dobra nasza. W menu wypatrujemy rivioli nadziewane serem, ślinka cieknie. Już mamy składać zamówienie, a tu kelner informuje nas, że właśnie przestali wydawać ciepłe posiłki. Cóż, musimy obejść się smakiem. W takiej sytuacji zjeżdżamy prosto do Cortiny i wsiadamy do samochodu z planem zatrzymania się na obiad gdzieś po drodze.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Dziś wracamy do Sottogudy drogą 638 przez przełęcz Giau (2236 m). Jechaliśmy już tędy podczas drogi z Wiednia w Dolomity, ale wtedy było ciemno i lało, no i nie było żadnych widoków. Mieliśmy ochotę odczarować tę drogę. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę, by z bliska przyjrzeć się szczytowi Ra Gusela (2595 m n.p.m.), znanemu z wielu kalendarzy z górskimi widokami. Przy okazji lokalizujemy knajpę na przełęczy. Mają kluchy, idziemy! Chcemy składać zamówienie i … słyszymy, że na ciepłe dania zapraszają dopiero od 19:30. Czy nad nami krąży dziś nasza klątwa?

Ra Gusella z Passo Giau - jedna z wizytówek Dolomitów.

Ra Gusella z Passo Giau – jedna z wizytówek Dolomitów.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Docieramy do Sottogudy głodni jak wilki. Sytuację ratują jajka, cebulka i papryka w lodówce;)

Dolomity, dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta

Wczoraj wróciliśmy tak skonani, że postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od gór i trochę się polenić. Ale gdy rano wyjrzeliśmy za okno i zobaczyliśmy bezchmurne niebo – no po prostu nie dało się zrezygnować z wycieczki.

Po burzy mózgów na dzisiejszy dzień „kondycyjny” obieramy cel wymagający niezbyt długiego i niezbyt trudnego dojścia, ale za to oferujący piękne widoki – Piz Boé (3152 m n.p.m.) – trzytysięcznik masywu Selli.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Na jego szczyt prowadzi aż sześć różnych dróg. Po namyśle odrzucamy propozycję najkrótszego i najłatwiejszego wejścia z przełęczy Forcella Pordoi – w sezonie wędrują tędy tłumy ludzi wjeżdżających kolejką na Sass Pordoi, a szlak nie jest specjalnie ciekawy. W zamian wybieramy wejście na Piz Boé od północnego-wschodu, granią Cresta Strenta. To trasa ze wszech miar warta polecenia. Widoki są przefantastyczne, a szlak ciekawy i nienużący. Trudności skalne niewielkie, choć na grani miejscami jest spora ekspozycja, co dla niektórych może zapewne stanowić problem. Sprzęt ferratowy niepotrzebny, choć kask – chyba jak na wszystkich szlakach Dolomitów – nie zawadzi.

Rano podjeżdżamy do miejscowości Corvara , skąd wyciągiem gondolowym i krzesełkowym Vallon wjeżdżamy na wysokość ponad 2500 m. Tym razem wszystko działa, nie to co wczoraj, ale radość!

Przed nami Corvara - stąd zaczniemy wycieczkę.

Przed nami Corvara – stąd zaczniemy wycieczkę.

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Spacer z górnej stacji do schroniska Kostner zajmuje ok. 15-20 min. Spod schroniska roztaczają się piękne widoki, ale nie zabawiamy dłużej, tylko ruszamy w dalszą drogę, pomni wczorajszego niezdążenia na kolejkę.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po chwili wygodna ścieżka znika – chowamy kijki i przez kolejne chwile zajęci jesteśmy pokonywaniem progów skalnych. Skała jest dobrze urzeźbiona i ten odcinek nie sprawia problemów. Piarżyste podejście na grań Cresta Strenta jest nieco męczące i trochę się dłuży, z przyjemnością stajemy wreszcie na grani.

Nasz cel - po prawej grań Cresta Strenta, po lewej - szczyt Piz Boé.

Nasz cel – po prawej grań Cresta Strenta, po lewej – szczyt Piz Boé.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Ostatni, graniowy odcinek to najprzyjemniejsza część szlaku. Ze wszystkich stron otaczają nas wspaniałe widoki, a i nudno też nie jest – grań jest wąska, dużo powietrza pod nogami, miejscami trzeba uważnie stawiać kroki.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Za nami Piz Lech Dlace - stamtąd przyszliśmy.

Za nami Piz Lech Dlace – stamtąd przyszliśmy.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Na szczyt Piz Boé wchodzimy w sznureczku innych turystów, którzy dotarli tu od strony Sass Pordoi. Okolice wierzchołka swoim zatłoczeniem przypominają nasz Giewont czy Rysy, no może poza jedną różnicą – na szczycie Piz Boé dodatkowo jest schronisko z tarasem restauracyjnym, miejscem do lądowania helikopterów itp. Naprawdę! Przez to szczyt traci zupełnie swój wysokogórski charakter – jesteśmy przecież na wysokości 3152 m! Uświadamiamy sobie, że właśnie pobijamy swój rekord – tak wysoko jeszcze nigdy nie byliśmy! Niesmak spowodowany nadmiarem szczytowej cywilizacji wynagradzają rozciągające się ze wszystkich stron wspaniałe panoramy.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył - jest tabliczka.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył – jest tabliczka.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Zejście z Piz Boé wschodnim szlakiem Rissa da Pigolérz

Gęsta sieć szlaków w okolicy Piz Boé umożliwia nam powrót do górnej stacji kolejki inną drogą. Wybieramy szlak wprowadzający na Piz Boé od wschodu, tzw. Rissa da Pigolérz. Trasa jest na pewno mniej widokowa niż szlak przez Cresta Strenta, za to szybsza i łatwiejsza.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Odpoczynek w takiej scenerii - bajka!.

Odpoczynek w takiej scenerii – bajka!.

Główną trudnością szlaku są najpierw usypujące się spod nóg piargi, a potem – zejście stromym i niewygodnym żlebem, od którego nota bene szlak wziął swoją nazwę. Kiedyś jakaś ścieżka tam była, ale teraz wszystko przeminęło z piargiem. Jest stromo, a wszystko jedzie spod nóg. Rozwieszone z boku liny specjalne nie poprawiają sytuacji. My wybraliśmy strategię schodzenia najpierw jedną, potem drugą stroną żlebu, przytrzymując się skał, ale inni turyści wybierali wariant na wprost. Który lepszy, nie wiadomo, na pewno potrzebny tu spokój i rozwaga. Przyda się też kask na głowie, szczególnie jeśli nad nami idą inne osoby.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Po pokonaniu żlebu ścieżka zmienia się w wygodną autostradę. Szczególnie przyjemnie wspominamy fragment prowadzący pod imponującymi okapami skalnymi.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

I zamykamy pętelkę - przed nami schronisko Kostner.

I zamykamy pętelkę – przed nami schronisko Kostner.

Dwie godziny ze spokojnym odpoczynkiem w środku schodzenia i stawiamy się przy górnej stacji kolejki krzesełkowej. Te okolice są bardzo licznie odwiedzane przez turystów, mimo to ani rano, ani teraz czekać na wyciąg nie musimy. Najpierw krzesełka, potem gondola i jesteśmy z powrotem w Corvarze.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Dzisiejsza wycieczka na tyle nas nie wymęczyła, że mamy ochotę jeszcze na krótki spacer na dole. Byliśmy przekonani, że włoskich knajpek będzie tu jak grzybów po deszczu, a tymczasem mamy wielki problem, by znaleźć miejsce, gdzie można coś zjeść. Już wydaje nam się, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale po zajęciu stolika pani informuje nas, że kuchnia jest czynna dopiero od 18:00. Trzeba było zjeść coś przy wyciągu – widzieliśmy przecież napis Pizza Boé, który tak bardzo nas rozbawił – a nie szukać lokalnego niewiadomoczego). Wreszcie udaje nam się znaleźć bar, w którym zjadamy pokaźną bruschettę i smaczny zawijasek z szynką i cukinią. Może robić za obiad;)

Nasze czasy: 10:40-11:00 schronisko Kostner, 11:00-13:45 wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta, 14:00-16:00  zejście szlakiem Rissa da Pigolérz

Dolomity, dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

22 sierpnia 2016, poniedziałek

Nareszcie pięknie i słonecznie, tylko jeszcze chłodno, zwłaszcza rano, w dzień do 21 st.

Ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Miało być lekko, w miarę łatwo i z pięknymi widokami, czyli tak: wjazd dwoma wyciągami na początek ferraty, przejście jej i powrót do pośredniej stacji wyciągu. Niestety, wszystko potoczyło się zupałnie inaczej.

Na pierwszy dzień dobrej pogody planujemy niezbyt trudną, ale długą i widokową ferratę Ivano Dibona. Jej przejście zajmuje około pięciu godzin, ale na sam początek ferraty wjeżdża się dwoma wyciągami. Potem trzeba jeszcze wrócić do stacji pośredniej wyciągów, ale razem można sprężyć się przed zamknięciem i być z powrotem przy samochodzie ok. 17:00. Tyle teoria.

Meldujemy się na parkingu przy Ristorante Rio Gere o 9:00.

Rio Gere - zaczynamy.

Rio Gere – zaczynamy.

Parking jest duży i bezpłatny, ale dzisiaj stosunkowo pusty. Myślimy sobie: dobra nasza, pewnie tak wcześnie przyjechaliśmy. Idziemy do kasy wyciągów, a tam wielki plakat informuje, że drugi (dłuższy) wyciąg jest … zamknięty. Po prostu zbaranieliśmy, zwłaszcza, że dzisiaj rano w Internecie jeszcze sprawdzaliśmy cennik biletów i nie było żadnej informacji na ten temat. Nie rozumiejąc do końca treści plakatu, pytamy pani w kasie, do kiedy będzie zamknięty ten wyciąg, licząc, że może za kilka dni tu wrócimy. Pani rozbraja nas zupełnie niechętną odpowiedzią „FOREVER”! Dopiero wtedy dociera do nas treść plakatu (a właściwie doczytujemy angielską wersję: „closed due to end of technical life”). Wyciąg po prostu dożył końca swoich dni!

Ale co teraz z naszym planem? Krótka burza mózgów i spojrzenie na schemat szlaków. Stwierdzamy zgodnie, że nie jedziemy nigdzie indziej, tylko próbujemy przejść chociaż kawałek ferraty, wchodząc na nią „od środka”, czyli przez żleb za połową jej trasy i próbując przejść chociaż fragment w kierunku Forcella Stounies. Kupujemy bilet na wyciąg Rio Gere – Son Forca. Liczymy, że oczywiście zdążymy nim zjechać przed zamknięciem, czyli przed 17:00.

Wyciąg jest bardzo komfortowy, w porannym chłodzie miło zamknąć pokrywę kanapy i oglądać cudne widoki. Na górze lokalizujemy nieczynny wyciąg, którym mieliśmy pokonać kolejne 710 m przewyższenia. Urocze kolorowe kubełki nadal wiszą na linie, nieświadome tego, że skończą jako żyletki. A pod kubełkami widzimy długi i stromy żleb całkowicie zasypany piargiem. A w żlebie ludzi idących w górę… Nie braliśmy pod uwagę wchodzenia tędy, bo w przewodniku spotkaliśmy opinie, że zejście nim wymaga „umiejętności poruszania się w żywym piargu”, co zdecydowanie nas nie zachęciło. Jednak ferrata Ivano Dibona korci, więc czemu i my nie mielibyśmy spróbować? Na pewno w górze są jakieś zakosy. W końcu o podchodzeniu nikt nie pisał, bo kto by podchodził, jak jest wyciąg. Tylko że teraz go nie ma!

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie...

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie…

Pierwsza część trasy idzie nam całkiem dobrze, czujemy się trochę, jakbyśmy podchodzili w górę trasą narciarską (kiedyś w ten sposób wchodziliśmy w zimie na Chopok). Im bliżej końca żlebu, tym bardziej stromo, a kamyczki coraz luźniej związane z podłożem. Piarg po prostu usypuje się spod nóg, brniemy w nim po kostki, mając wrażenie, że zaraz zjedziemy kilkadziesiąt metrów w dół. Co chwila słychać łoskot sypiących się skądś kamieni. Mało przyjemne uczucie. Na przełęcz Forcella Stounies docieramy po nieco ponad 2 godzinach zupełnie wykończeni. Wita nas widok budynku Rifugio Lorenzi. Niestety, obecnie schronisko  jest zamknięte – prawdopodobnie z racji „zakończenia życia” wyciągu straciło rację bytu. Obecnie zamiast setek czy nawet tysięcy ludzi dociera tutaj maksymalnie kilkadziesiąt osób dziennie. Dla nas to akurat dobrze, bo nie lubimy tłumów w górach i właśnie możliwość ich uniknięcia zaważyła dzisiaj o tym, że nie zmieniliśmy planów pomimo zamknięcia wyciągu. Chowamy się przed wiatrem za budynkiem kasy wyciągu, bo wieje straszliwie. Na zacienionych miejscach wiszą świeże sople.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

Odpoczynek w pięknej scenerii z żebrzącymi o jedzenie wieszczkami dobrze nas regeneruje. Ruszamy dalej! Wchodzimy po metalowych schodkach, mijając tablicę poświęconą patronowi ferraty. Potem drabinka i już – jesteśmy na grani! Widoki przecudowne – nie będziemy nawet próbować ich opisać. Po chwili pojawiają się dodatkowe atrakcje – tunel (w którym również wiszą spore sople, co pozwala prawidłowo ocenić panującą dzisiaj temperaturę…) i wiszący mostek. Podobno do niedawna właśnie do tego miejsca docierały tłumy ludzi z wyciągu. Dzisiaj tu pusto i pięknie. Mostek faktycznie robi wrażenie – buja się, w dole przepaść – wszystko tak, jak ma być!

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Spotkaliśmy tu dwoje turystów, którzy przy okazji załapali się na zdjęcie, już z następnej drabinki.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ferrata Ivano Dibona w ogóle jest przepiękna, ale te pierwsze kilkaset metrów robi zdecydowanie największe wrażenie. Na nas szczególnie odcinki samą granią z przecudownymi widokami – właśnie po to tu przyszliśmy. Stwierdzamy, że nie mamy czasu na podejście w bok na szczyt Cristallino d’Ampezzo. Pocieszamy się, że widoki z grani są prawie równie rozległe, więc zdobycie pierwszego w naszej karierze trzytysięcznika poczeka.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d'Ampezzo (3008 m).

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d’Ampezzo (3008 m).

Przez nami Tofany.

Przez nami Tofany.

Staramy się iść sprawnie, mając jeszcze nadzieję, że zdążymy na zjazd wyciągiem. Mijamy przełęcz Forcella Grande, szczyt Cresta Bianca i kolejną przełęcz Forcella Padeon. Po drodze sporo pozostałości stanowisk strzelniczych z I wojny światowej i pozostałości baraków z tego okresu.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

W jednym z baraków urządzono biwak Forcella Padeon (lub Buffa di Perrero). Zatrzymujemy się w nim na postój po około dwóch godzinach drogi. Nie chcielibyśmy tu spędzać nocy – wnętrze zawalone jakimiś rusztowaniami, nie ma drzwi, ani okien. Zimno jak w psiarni. Na odpoczynek się jednak nadaje, są nawet cztery krzesła. Powoli zdajemy sobie sprawę, że nie zdążymy na wyciąg, nawet planując zejście przed końcem ferraty. No nic, trudno, dla tych pięknych widoków warto zejść kolejne kilkaset metrów na dół!

W jednym z baraków można przenocować - biwak Buffa di Perrero.

W jednym z baraków można przenocować – biwak Buffa di Perrero.

Kolejny odcinek trasy na charakter wysokogórskiego szlaku, jednak nadal jest bardzo przyjemny. Szczególnie zapada nam w pamięć trawers Vecchio del Forame po imponujących półkach skalnych. Niesamowicie piękny szlak!

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Wędrówka granią kończy się dziś dla nas na przełęczy Forcella Alta. Po zejściu około dwustu metrów żlebem spadającym z przełęczy, ferrata Ivano Dibona zakręca w prawo, na dalszą część grani, już sporo niższej w tym miejscu. Po małym odpoczynku idziemy dalej w dół, do podnóży grani.  Myśleliśmy, że zejście będzie już łatwe i przyjemne, niestety przed nami kolejne kłopoty.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Gdy szlak sprowadził nas po niewygodnych piargach oraz skałkach i progach (częściowo ubezpieczonych – z radością witamy skały po uciążliwym zsuwaniu się na kamyczkach) okazuje się, że na sporym fragmencie szlak się obsunął i mamy do pokonania ogromną wyrwę. Robimy to z niemałymi trudnościami – częściowo zjeżdżając razem z kamieniami, niestety nie tylko drobnymi… W kolejnym żlebie napotykamy podobne kłopoty. Tutaj już jednak nie jest tak stromo, więc przeprawa idzie sprawniej.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Ostatnie dwie godziny naszej wędrówki to spory odcinek podejścia doliną Padeon u podnóży grani, którą szliśmy w kierunku Son Forca. Nie podchodzimy już do samego schroniska, tylko kierujemy się na Passo Son Forca. Kamienistą drogą, a potem szlakiem schodzimy na parking. Jesteśmy w samochodzie o ponad trzy godziny później niż planowaliśmy.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Do naszej Sottogudy docieramy już zupełnie po ciemku, o 21:30.

Nasz czas: 9:00 – 20:00 (z wjazdem wyciągiem), ok. 12 km, 1000 m w górę, 1500 m w dół

Co prawda nie udało nam się przejść całej trasy ferraty Ivano Dibona, jednak nie żałujemy naszych dzisiejszych planów ani ich realizacji. Na trasie sie zabrakło wrażeń ferratowych ani widokowych. Do tego sporo niespodzianek i nowych doświadczeń. Choćby umiejętność chodzenia po piargach i bezpiecznego zsuwania się nimi. Albo przejście szlaku „dla ludzi ze skłonnością do samoudręczenia”, jak w swoim przewodniku napisał Tkaczyk o podejściu żlebem na Forcella Staunies. Tyle wrażeń, a to dopiero pierwszy dzień naszych prawdziwych dolomickich wędrówek!

Dolomity, dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

21 sierpnia 2016, niedziela

Ok. 18 stopni, częściowe zachmurzenie, przelotny deszcz

Serrai di Sottoguda

Pogoda deszczowa, więc zamiast gór w planach mieliśmy zwiedzanie Padwy. Ale po sprawdzeniu w nawigacji, że dojazd zająłby nam trzy godziny w każdą stronę, zmieniamy plany na luźniejszy dzień i powłóczenie się po najbliższej okolicy. I dobrze! Cały czas uczymy się powstrzymywania naszej naturalnej tendencji do latania z językiem na brodzie od rana do wieczora, a potem żałowania, że nie potrafimy pozwolić sobie chociaż na chwilę nicnierobienia:)

Dom naszych gospodarzy leży tuż obok wejścia do Serrai di Sottoguda – jednego z najpiękniejszych naturalnych wąwozów Dolomitów. Plan kształtuje się więc automatycznie. Po nieśpiesznym śniadaniu (kiedy ostatnio mieliśmy taką okazję? Chyba na poprzednim wypadzie we dwoje) stajemy u wylotu wąwozu. Otrzymana od naszych gospodarzy Karta Marmolada uprawnia nas do darmowego wejścia (normalnie cena biletu to 3 Euro).

Rano wyglądamy za okno - jak pięknie! Tu mieszkamy - Sottoguda 72.

Rano wyglądamy za okno – jak pięknie! Tu mieszkamy – Sottoguda 72.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Wąwóz Serrai di Sottoguda rozciąga się na przestrzeni 2 km między miejscowościami Sottoguda i Malga Ciapéla. Idziemy wzdłuż malowniczego potoku Pettorina, a z obu stron wyrastają ponad stumetrowe ściany skalne. Surowa sceneria jest niezwykle malownicza. Niektóre odcinki przypominają nam naszą Kościeliską. Po zboczach skał nieustannie spływa woda. Zimą tworzą się tu ogromne lodospady – to miejsce jest mekką dla amatorów wspinaczki lodowej. Koniecznie musimy przyjechać tu w zimie i pokazać to miejsce dzieciom.

Wąwóz kończy się w niewielkiej miejscowości Malga Ciapéla, która leży u stóp Marmolady – królowej Dolomitów. Podchodzimy pod stację kolejki linowej, wwożącej turystów na Punta Rocca – jeden ze szczytów Marmolady. Pogoda dziś jednak marna, z widoków byłyby nici. Ograniczamy się więc tylko do kupienia pamiątek dla chłopaków, Babć i Dziadków w naprawdę świetnie zaopatrzonym sklepie z pamiątkami. Stylowo i nie zabójczo dla portfela, a to zdarza się rzadko:)

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż - znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż – znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Wodospad Franzei

Wodospad Franzei

...po chwili zostaje za nami.

…po chwili zostaje za nami.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Szlakiem z Malgi Ciapéli do Sottogudy

Prawdziwy turysta nigdy tą sama drogą nie wraca. Na mapce otrzymanej przez naszą panią gospodynię zauważamy, że z Malgi Ciapéli do Sottogudy prowadzi szlak trawersujący zbocze nieco na lewo od szosy. Dziwne, ale ta ścieżka w ogóle nie była zaznaczona na naszych mapach (1:25 000, wydawnictwo Tabacco). Sprawdzamy na schemacie szlaków umieszczonym przed kasą kolejki – wszystko się zgadza, szlak jest. Po krótkich problemach znajdujemy upatrzoną ścieżkę.

Wąska dróżka wije się przez las, w kilku miejscach przecina piargi. Spektakularnych widoków brak, do tego przeszkadza trochę bliskość szosy i linii wysokiego napięcia, ale możemy odpocząć od ludzi i po prostu pocieszyć się chwilą. Z chęcią siadamy na drugie śniadanie gdzieś na kamieniu i cieszymy się, że dzisiaj nigdzie nam się nie spieszy. Im dalej, tym ścieżka ładniejsza. Wchodzimy w ładny mieszany las, który na końcu szlaku ustępuje miejsca bukom. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Znowu kilka kroków i na wysokości Sottogudy ścieżka przytula się do wielkiej ściany skalnej – pokonanie niewielkiego urwiska ułatwia mostek. Szczególnie ładnym punktem trasy jest punkt widokowy nad Sottogudą – niewielka miejscowość, przycupnięta w dolince wzdłuż potoku, prezentuje się stąd niezwykle malowniczo. Innych atrakcji także nie brakuje. W pewnym momencie na trasie spotykamy zbójców i Babę Jagę, a nawet schwytane przez nią dzieci gotujące się w kotle! Oj, trzeba mieć się na baczności. Tajemnica bajkowych postaci wyjaśnia się na dole – wzdłuż naszej ścieżki odtworzono przebieg jednej z legend Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że nasz dzisiejszy spacer jest świetną propozycją dla rodzin z dziećmi. Sami chętnie zabralibyśmy tu chłopców.

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady - królowej Dolomitów

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady – królowej Dolomitów

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

 Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Po zejściu do Sottogudy nasz główny cel to znalezienie przyjemniej knajpki na obiad. Czy to nie cudowne – za oknem górskie szczyty, a po powrocie z wycieczki delektowanie się włoską kuchnią? Oj, coś czujemy, że w te rejony wrócimy jeszcze nie raz! Przy okazji urządzamy sobie bardzo klimatyczny spacer po Sottogudzie. W tej starej górskiej wiosce zachowało się kilka dawnych drewnianych domów. Każdy, i nowy, i stary, są pięknie udekorowane kwiatami. W sercu miejscowości skrył się malutki kościółek z wieżą. Tak tu jakoś … prawdziwie. Rezygnujemy z możliwości zjedzenia w przyhotelowej restauracji, w zamian wybierając lokalną pizzerię. Podniszczone meble i kanapy świadczą o długiej historii tego miejsca. To chyba najchętniej wybierany lokal przez miejscowych – trudno znaleźć miejsce przy stoliku. A pizza smakuje naprawdę inaczej niż u nas! Jemy smacznie, do syta i niedrogo. Mniam!

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

Zachowało się tu sporo starych domów.

Zachowało się tu sporo starych domów.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie - trudno tu o wolny stolik

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie – trudno tu o wolny stolik

Wieczorem zajmujemy się sprawą najwyższej wagi – gdzie by tu jutro pójść?