Dolomity, dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

28 sierpnia 2016, niedziela

Słońce dosłownie praży, ale nie narzekamy

Dookoła masywu Sassolungo,
czyli piękna, widokowa trasa odpoczynkowo-pożegnalna

Dzisiaj ostatni dzień przed podróżą do domu – nie zrywamy się więc skoro świt, co niestety ma swoje konsekwencje. Rano droga z Sottogudy jest zablokowana z powodu uroczystości organizowanej przez członków stowarzyszenia alpejskiego. Mamy przymusowy postój, ale przy okazji przypadkiem bierzemy udział w życiu lokalnej społeczności, co jest dla nas bardzo interesujące. Orkiestra, bębny, starsi panowie idący równymi rzędami w takich samych strojach i z tyrolskimi kapelusikami, panie ubrane w ludowe stroje. Pal sześć opóźnioną wycieczkę!

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Poranne uroczystości w Sottogudzie

Gdy wreszcie wydostajemy się z Sottogudy, dojazd idzie jak krew z nosa. Przed 10:00 na drogach są już wszyscy – samochody, autobusy, kampery, motocykliści, rowerzyści. Tych ostatnich samochody mijają o milimetry – jaka może być przyjemność z jazdy w takich warunkach? Zdecydowanie przy dłuższych dojazdach warto przejechać tutejsze drogi przed 8:00, wtedy jest dużo spokojniej. Mamy wrażenie, że w ciągu dnia poza górskimi włóczykijami i tubylcami na drogach prym wiodą turyści przełęczowi. Objeżdżają oni okoliczne przełęcze, zatrzymują się na najwyżej położonych parkingach, żeby robić zdjęcia, odwiedzić położone na przełęczy rifugia i knajpki, i jadą na kolejną przełęcz. W tej „turystyce przełęczowej” istotną grupę stanowią motocykliści, często podróżujący w grupach i nawzajem nakręcający się do wyprzedzania i efektownego pokonywania zakrętów. Jeden z nich kilka dni temu prawie w nas wjechał, jadąc z przeciwka naszą stroną drogi. Cudem ominął nas poboczem (po naszej prawej stronie…).

W takim uroczym tłumie po około godzinie docieramy na przełęcz Sella. O darmowych miejscach parkingowych można zapomnieć, wszystkie zatoczki są zapchane. Na szczęście przy schronisku (a właściwie hotelu) Passo Sella Resort jest duży parking, na którym za 5 Euro można zostawiać auto na cały dzień.

Na dzień pożegnalny wybraliśmy „odpoczynkową” spacerową trasę dookoła Sassolungo, najmniejszego samodzielnego masywu Dolomitów. Pogoda nadal piękna, podobno to najładniejszy tydzień w Dolomitach w tym roku – ale mamy szczęście!

Najpierw kierujemy się na północ, na szlak nr 526. Początkowy odcinek trasy biegnie wśród różnej wielkości głazów, porośniętych pięknymi drzewami, głównie limbami. Niektóre głazy mają po ponad 10 metrów wysokości! Ta pozostałość po wielkim obrywie skalnym z Sassolungo stanowi raj dla boulderowców i początkujących wspinaczy. Po 40 minutach mijamy schronisko Comici. Zaglądamy tylko do toalety, ale i tak wrażenia są niesamowite – futurystyczne podświetlenia na schodach, klamkach i w samych toaletach zadziwiają nas… Czujemy się jak w klubie, a nie w schronisku, więc szybko idziemy dalej. Na szczęście rozległe panoramy otaczające nas dziś przez cały dzień mają jak najbardziej górski charakter.

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Sassolungo to najmniejsza samodzielna grupa Dolomitów

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Najpierw idziemy wśród imponujących obrywów skalnych

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Potem otwierają się szerokie panoramy, które będą nam towarzyszyć do końca dzisiejszej wycieczki

Po prawej stronie mamy grupę Selli.

Po prawej stronie mamy grupę Selli

... a z tyłu - masyw Marmolady.

… a z tyłu – masyw Marmolady.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Schronisko Comici ma najbardziej wypasione toalety, jakie widzieliśmy w Dolomitach.

Nasz szlak okrąża teraz masyw Sassolungo od północnej strony. Powoli znika nam z oczu grupa Selli, szlak podchodzi pod smukłe turnie Sassolungo. Można iść pod samymi skałami, nieco niżej lub po halach na samym dole. Chcieliśmy iść górą, przy skałach, ale jakoś nie trafiliśmy i przeszliśmy „wariantem środkowym”. Masyw Sassolungo ma kształt podkowy, a jedyne łatwe wejście do serca grupy jest możliwe od północnego-zachodu. Nie skręcamy tam jednak, nie chcąc przedłużać spaceru i obawiając się tłumów przy schronisku Vicenza. Nasz szlak teraz zmienia numer na 527.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Nasza dzisiejsza trasa jest bardzo widokowa.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Szlak wiedzie pod ścianami Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Piękny trawers zboczy Sassolungo.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Przytulone do skał schronisko Vincenza.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Schronisko Vincenza zostało w skalnym kotle.

Przez dłuższą chwilę trawersujemy piarżyste zbocza Sassolungo, powoli tracąc wysokość. Potem pokonujemy najbardziej nużący fragment trasy – około półtoragodzinne podejście w skwarze południa. Przed nami otwierają się coraz szersze widoki w stronę południową, na kolejne szczyty grupy Catinaccio. Głodni, z radością witamy schronisko Sassopiatto. To raczej górski hotel. Wolelibyśmy coś bardziej kameralnego, no ale nie marudzimy – po chwili poszukiwań znajdujemy wolny stolik i pałaszujemy pyszne włoskie dania, popijając je piwem.

Przed nami grań Terrarosa.

Przed nami grań Terrarosa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Wchodzimy na przełęcz Giogo di Fassa.

Od schroniska ścieżka zmienia numer na 557. Na tej części trasy nie ma już większych podejść – trawersujemy zbocza Sassopiatto, które od strony schroniska wygląda bardzo niepozornie. Delektujemy się widokami na Catinaccio i wychylające się zza zakrętu szczyty grupy Marmolady, w tym samą królową Dolomitów. Mijamy schroniska Pertini i Friedrich August. W pobliżu jest mnóstwo schronisko-restauracjo-hoteli, wręcz za dużo, ale taka już uroda tej okolicy. Intensywne zagospodarowane turystycznie są zwłaszcza tereny przy samej przełęczy Sella. Mamy wrażenie, że liny wyciągów zaraz poplączą się ze sobą. Na szczęście wzrok można zawiesić na wyłaniającej się przed nami w pełnej okazałości Selli.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Za nami zostaje grupa Catinaccio.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Z prawej strony spogląda na nas masyw Marmolady.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

Próbujemy odszukać drogę, którą wchodziliśmy na Marmoladę.

 Królowa Marmolada

Królowa Marmolada

Postrzępiona grań Sassolungo

Postrzępiona grań Sassolungo

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Cały masyw Sassolungo obeszliśmy dziś dookoła

Widok na imponujący masyw Selli

Widok na imponujący masyw Selli

...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

…i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Wreszcie wracamy na parking,. Szlak domyka pętlę wokół Sassolungo, a my kończymy dolomickie wędrówki. Na pewno tu jeszcze wrócimy – choćby na ferratę Oscara Schustera na Sassopiatto! I na łatwiejsze szlaki z dziećmi! Kolejne plany rosną jak grzyby po deszczu.

Nasz czas: 10:45 – 16:45, ok. 15 km, 800 m przewyższenia

Nasza dzisiejsza trasa jest godna polecenia jako trasa aklimatyzacyjna albo ‘kondycyjna’, na luźniejszy dzień. To też świetny szlak dla rodzin z dziećmi. Jest kilka schronisk (właściwie restauracji i hoteli) z placami zabaw, gdzie pociechy mogą odpocząć i nabrać ochoty na dalszą wędrówkę. My sami chętnie zabierzemy tutaj naszych chłopaków. Można na przykład wjechać kolejką do serca masywu, zejść przez schronisko Vicenza i obejść grupę tylko od północy lub południa zamiast przechodzić całą pętlę, co stanowi dość długą wycieczkę.

Dolomity, dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

27 sierpnia 2016, sobota

Znowu pięknie, z popołudniowymi obłoczkami

Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino

Dzisiaj cudowna trasa na ukoronowanie pobytu w Dolomitach. Długi dojazd (półtorej godziny z Sottogudy) zmusza nas do zwleczenia się z łóżek jeszcze po ciemku, żeby skoro świt ruszyć do miejscowości San Martino di Castrozza. Na darmowym parkingu pod kolejką meldujemy się tuż po 8:30. Gondolkami, a następnie kolejką linową pokonujemy łącznie prawie 1200 m przewyższenia i lądujemy na zboczu Rosetty tuż po 9:00. Nie jest źle.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Dwuetapowa kolejka linowa wwozi pod szczyt La Rosetta.

Na górze wita nas po prostu inny świat. Nie dość, że jest dużo cieplej niż na parkingu, to przede wszystkim widok przed nami jakby z księżyca albo z innej planety. Pod naszymi stopami rozciąga się polodowcowy krajobraz płaskowyżu Altipiano, a za nim niekończące się morze szczytów. Po prostu coś niesamowitego.

''Księżycowy'' płaskowyż pod La Rosettą.

”Księżycowy” płaskowyż pod La Rosettą.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Pod La Rosettą witają nas towarzyskie kozy górskie.

Nie podchodzimy na szczyt La Rosetta, na którego zbocze dociera kolejka, bo nie chcemy potem się spieszyć z przejściem obu ferrat, ale stamtąd podobno widok jest jeszcze piękniejszy. Idziemy od razu w kierunku schroniska Rosetta, robimy tam kolejne zdjęcia i skręcamy w prawo w kierunku przełęczy Passo di Ball.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Na wysokości 2681 m znajduje się schronisko Rosetta.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Ruszamy w stronę przełęczy Passo di Ball.

Idziemy rzadko spotykanym w Dolomitach szlakiem. Zazwyczaj jedzie się na piargach, a tu dziś jak paniska wędrujemy w dół bardzo wygodnymi zakosami! Ścieżka-autostrada sprowadza nas w okolice wierzchołka Col delle Fede. Ten wygodny szlak zbudowano wielkim nakładem sił ponad sto lat temu jako realizację pomysłu barona von Lessera, który chciał… konno wjeżdżać na płaskowyż, żeby polować sobie na kozice!

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Najpierw wygodnie, zakosami końskiej ścieżki barona von Lessera.

Dalej podchodzimy nieco eksponowaną ścieżką na Passo di Ball. Trasa miejscami jest ubezpieczona. Doskonale nadaje się na tym odcinku do nauki chodzenia po ferratach dla starszych dzieci.

Przed nami przełęcz Passo di Ball - tam zmierzamy.

Przed nami przełęcz Passo di Ball – tam zmierzamy.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Węzeł szlaków na przełęczy Passo di Ball.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Rzucamy okiem w stronę ścieżki, którą przyszliśmy W tle Rosetta.

Ferrata Nico Gusella

Na przełęczy Passo di Ball robimy postój, przepuszczając idącą z naprzeciwka grupę ze Słowenii. W końcu ruszamy w górę na ferratę Nico Gusella (cała nasze dzisiejsza trasa jest doskonale opisana w serwisie wdolomitach.pl; można znaleźć tu mnóstwo cennych wskazówek orientacyjnych). Początkowo podchodzimy typowym szlakiem po piargach, a następnie, skręcając lekko w lewo, docieramy do początku ubezpieczeń.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Z przełęczy Passo di Ball do Forcella Stephen, najpierw piarżystą ścieżką.

Po skałach, miejscami stromo pniemy się w kierunku Forcella Stephen. Momentami trzeba się trochę pogimnastykować, ale ogólnie podejście daje nam się we znaki głównie z powodu palącego słońca, a nie z racji kłopotów technicznych. Ostatnie metry podejścia na przełęcz prowadzą już bez ubezpieczeń przez górną część żlebu zasypanego grubszymi i mniejszymi kamieniami.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Potem zaczyna się właściwa część ferraty Sentiero Nico Gusella.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Za nami piękne dolomitowe otoczenie.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Najtrudniejsze miejsca na ferracie Nico Gusella są przed przełęczą Stephen.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Przełęcz Passo di Ball zostaje w tyle.

Z przełęczy Forcella Stephen można zrobić sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę na Cima di Val di Roda. Podobno jest stamtąd przepiękny widok. My znowu z powodu czekającej nas dzisiaj jeszcze wielogodzinnej wędrówki rezygnujemy z tej przyjemności. Dodatkowo zniechęcają nas gromadzące się pod szczytami chmury, które i tak zasłoniłyby znaczną część widoków. Przyjdziemy tu następnym razem. Słowo! Jemy więc spokojnie kanapki i ruszamy dalej.

Kolejną godzinę spędzamy na nużącym powolnym obniżaniu się, trawersując, przeważnie bez zabezpieczeń, dość mocno nachylone zbocze. Widoków nie mamy, bo chwilowo zasłaniają je chmury. Zadziwiamy się bardzo wyraźnymi zjawiskami krasowymi. Dzięki porom i żłobkom krasowym o wiele łatwiej znaleźć podparcie dla nóg i rąk. Ten odcinek tylko miejscami jest ubezpieczony, nie zawsze tam, gdzie to by się faktycznie przydało, jednak przy suchej skale nie ma problemów.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Za przełęczą Stephen idziemy stromymi upłazami, ścieżka nie jest tu ubezpieczona.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Potem ubezpieczenia znów się pojawiają.

Docieramy na sympatyczną przełączkę, skąd po raz pierwszy widzimy chyba najsłynniejszy duet Dolomitów – turnie Sass Maor oraz Cima della Madonna. Widok na te dwa szczyty będzie nam dzisiaj towarzyszyć bardzo długo. Widok z przełączki jest w ogóle bardzo piękny i zdecydowanie rozleglejszy niż z przełęczy Porton czy Passo di Ball.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Widać już dalszy przebieg szlaku do Przełęczy Porton.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Szanowni Państwo, w rolach głównych Sass Maor i Cima della Madonna.

Niestety, czas ruszać dalej. Teraz przed nami długi, ale wygodny trawers prowadzący w dół w okolice przełęczy Porton. Szlakowskaz znajduje się poniżej głębokiego wcięcia przełęczy, ale my wdrapujemy się też na przełęcz, żeby zajrzeć na początek ferraty Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Z przełęczy Porton widać początek trudnej ferraty del Porton.

Spotykamy znajomą grupę ze Słowenii – właśnie skończyli przechodzić tę ferratę. My dzisiaj już tędy nie pójdziemy, ale kiedyś… – ach, jak miło snuć plany na przyszłość;-)

Po minięciu przełęczy Porton dalej podążamy w kierunku gwiazd dzisiejszego dnia – Sass Maor i Cima della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Z przełęczy Porton ruszamy w kierunku schroniska Velo della Madonna.

Rzut oka za siebie - przełęcz Porton to to 'U' na środku po prawej.

Rzut oka za siebie – przełęcz Porton to to ‚U’ na środku po prawej.

Ferrata del Velo

Trochę obawialiśmy się zejścia przez „welon Madonny”, opisywanego w różnych miejscach jako bardzo eksponowane i wymagające odporności psychicznej. Kiedy docieramy do właściwej części ferraty del Velo, okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Zejście faktycznie jest eksponowane i prowadzi prawie pionowo w dół, ale wymagania techniczne nie są tu przesadnie duże. Dla nas (subiektywnie) zarówno ekspozycja, jak i trudności były większe na ferracie prowadzącej granią zachodnią na Marmoladę, szczególnie przy pokonywaniu jej w dół w drodze powrotnej.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Ferrata del Velo słynie z dużej ekspozycji.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Najwięcej problemu mogą sprawić odcinki biegnące pionowo w dół.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Przejście nie sprawiło nam problemów, dopiero rzut oka na turnię, którą zeszliśmy, robi wrażenie.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

Ostatnie fragmenty ferraty del Velo.

W dole San Martino di Castrozza - z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

W dole San Martino di Castrozza – z tej miejscowości rozpoczynaliśmy wycieczkę.

Najbardziej efektownie nasze zejście prezentuje się z oddali – welon Madonny rzeczywiście opada bardzo stromo w dół. Możliwe, że na nasze odczucia wpłynął niedawny remont ferraty – wydaje się, że niedawno zamontowano tu nowe stopnie, które pewnie są wygodniejsze od umieszczonych tu wcześniej kotew. Dodatkowo wyremontowana została też w tej okolicy ferrata Vecchia, która jest opisywana u Tkaczyka jako zniszczona i zamknięta – teraz widzimy normalne drogowskazy prowadzące na nią i turystów kierujących się w jej stronę.

Mocno zmęczeni i pełni wrażeń z dzisiejszej trasy docieramy do schroniska Velo della Madonna, czyli schroniska Welon Madonny. Wewnątrz spędzamy bardzo miłe trzy kwadranse. Pani z obsługi jest bardzo sympatyczna, kluchy przepyszne, a piwo świetnie gasi pragnienie. Na koniec włoskie espresso i czas ruszać dalej!

Schronisko Velo della Madonna.

Schronisko Velo della Madonna.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Urwiska słynnej Cima della Madonna w okolicach schroniska Velo.

Zejście do San Martino

Do zejścia wybieramy nieco dłuższy, ale bardziej widokowy wariant szlakiem trawersującym zbocza w kierunku San Martino. Najpierw kilkaset metrów schodzimy nużącymi zakosami szlaku 713, aby skręcić w prawo na szlak 721. Długo trawersujemy zbocza szczytów, w okolicy których dzisiaj przechodziliśmy. Szlak prowadzi w okolicy górnej granicy lasu, a później sprowadza coraz niżej. Na koniec idziemy leśnymi drogami. Koniecznie trzeba mieć przy sobie mapę, bo bez niej można zejść za wcześnie i trzeba byłoby wtedy podchodzić na parking z centrum San Martino. Nam udało się wyjść tuż przy dolnej stacji gondolek.

W San Martino żegnają nas dzisiejsze szczyty, pięknie podświetlone promieniami zachodzącego słońca. Masyw Pale di San Martino wywarł na nas duże wrażenie – na pewno jeszcze tu kiedyś wrócimy! W grupie Pale można zaplanować zarówno ambitne trasy z przejściami ferratowymi, jak i rodzinne wędrówki przez przełęcze i schroniska. A wszystko to w oprawie przepięknych i różnorodnych widoków. Księżycowy płaskowyż, a zaraz obok strzeliste granie i turnie. Nie można przejść obok tego miejsca obojętnie.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Szlak sprowadzający do San Martino di Castrozza.

Brakowało nam lasu, to mamy.

Brakowało nam lasu, to mamy.

To nie schodki z cegły - to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

To nie schodki z cegły – to tak wyraźny warstwowy układ skał!.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Nie możemy oderwać oczu od słynnego duetu Dolomitów.

Znowu widzimy Rosettę - z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Znowu widzimy Rosettę – z okolic jej wierzchołka rozpoczynaliśm,y dzisiejszą wędrówkę.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Wycieczka była niewątpliwie męcząca, ale warta każdego metra przebytej drogi. Dodatkowo dzisiaj nie spieszyliśmy się za bardzo, chcąc podziwiać widoki i cieszyć się z każdej chwili w górach. Na ferratach potrzebna była duża koncentracja, nie tylko na fragmentach ubezpieczonych (w naszym odczuciu dotyczy to zwłaszcza ferraty Nico Gusella – tam jest wiele odcinków nieubezpieczonych, gdzie trzeba zachować uwagę). To dobra trasa dla wszystkich, którzy przeszli już kilka ferrat i nie obawiają się ekspozycji.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Wracając do Sottogudy, nie możemy nadziwić się niezwykłym kolorom Dolomitów.

Nasz czas:

9:10 – 12:30 Rosetta – Forcella Stephen 13:00 – 16:15 Forc. Stephen – Rif. Velo della Madonna 17:00 – 19:30 zejście ze schroniska na parking

Razem ok. 15 km, ok. 800 m podejść i prawie 2000 m zejścia.

Dolomity, dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

26 sierpnia 2016, piątek

Piękna słoneczna pogoda jak wczoraj, ale dziś już od południa pojawiają się chmurki

Roda di Vaél

Rano wstajemy z łózka i – ojojoj – mamy wrażenie, jak byśmy cały wczorajszy dzień chodzili po drabinach w górę i w dół, w górę i w dół. Ale dlaczego?:) Cóż, pora na dzień kondycyjny. Na rozruszanie pamiątek z Marmolady wybieramy trasę niezbyt trudną i niezbyt długą, za to oferującą piękne widoki – szczyt Roda di Vaél (2806 m n.p.m.) w masywie Catinaccio.

Rano podjeżdżamy samochodem do miejscowości Carezza. Dolina Val di Fassa jest upstrzona miejscowościami wypoczynkowymi, 9:00 dopiero, a ruch turystyczny szalony. Kampery, motocykliści, rowerzyści, drogi przez miejscowości wąziutkie, chodników miejscami brak. Jedziemy i jedziemy, przestój za przestojem, jakoś opornie nam to idzie. Urozmaiceniem nużącego dojazdu są obie płyty zespołu Lilly hates roses, przypominające trochę soundtrack do filmu Once i niezwykle miłe dla ucha. Na wyciąg wsiadamy dopiero ok. 10:30.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Widok z wyciągu na południową odnogę masywu Catinaccio.

Wyciąg krzesełkowy Paolina (13 Euro w obie strony) znacząco ułatwia wchodzenie, pokonując prawie 500 m różnicy wysokości. Górna stacja mieści się na wysokości 2125 m. Ruszamy stamtąd szlakiem nr 552, po czym po ok. pół godziny marszu skręcamy w prawo w ścieżkę wiodącą na przełęcz Passo di Vaiolon (2560 m).

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Turyści w Dolomitach lubią układać kopczyki, w tle na horyzoncie Alpy.

Najpierw idzie się wygodnymi zakosami, potem w górnej części żlebu szlak wchodzi w trudniejszy teren – przez chwilkę jest stalowa lina, potem usypująca się ścieżka. Trudności są jednak niewielkie i sprzęt ferratowy nie jest jeszcze potrzebny. Największym utrudnieniem jest sznurek turystów przed i za nami dążący na przełęcz – cóż, skoro wybraliśmy trasę niezwykle popularną i nie wyszliśmy na nią wczesnym rankiem, to mamy;-) Na przełęczy rozsiadamy się na postój. Wsuwamy kanapki, podziwiając piękne widoki – imponująca grupa Selli, trochę niepozorna Marmolada, Ombretta – cieszymy się, że z dnia na dzień coraz więcej szczytów i masywów potrafimy rozpoznać. Robimy zdjęcia na wszystkie strony – wczoraj w naszym aparacie zaszwankował najbardziej uniwersalny obiektyw – wrrr, nie miał kiedy się popsuć… Na szczęście, przezorni, wzięliśmy naszego starego wysłużonego Panasonica – może staruszek jeszcze da jakoś radę;-)

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Widok z przełęczy Vaiolon na wschód, po lewej Marmolada i Ombretta.

Na przełęczy Vaiolon.

Na przełęczy Vaiolon.

Włosi uwielbiają też robić napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Włosi uwielbiają też układać napisy z kamieni, te widać z przełęczy.

Po nieco przydługim postoju wskakujemy w kaski i uprzęże i ruszamy do góry. Ferrata nie jest  trudna i prawdę mówiąc, w wielu miejscach nawet nie bardzo nam się chce wpinać do liny. Jedyna uciążliwość to rozmijanie się z turystami wracającymi tędy z trudniejszej ferrraty Massare.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Przed nami szczyt Roda di Vaél.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Widok z ferraty w kierunku północnym.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Wchodzimy na Roda di Vaél, dzisiaj towarzyszą nam chmurki.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Widok na masyw Catinaccio ze szczytu Roda di Vaél.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Zejście z Roda di Vaél początkowo jest bardzo łagodne.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Chmury chwilami tworzą bajkową scenerię.

Oboje stwierdzamy, że dzisiejsza trasa to dobry szlak, gdybyśmy kiedyś chcieli starszym chłopcom pokazać, na czym polega ferrata. Jedyny trudniejszy fragment to sam koniec, zejście na przełęcz – tu faktycznie początkujący mogliby mieć problemy. Przed nami idzie rodzina z chłopcami młodszymi od naszych starszaków. Z jednej strony podziwiamy ich odwagę, z drugiej zastanawiamy się, czy to rozsądnie ciągnąć tak małe dzieci w takie miejsca. Podczas wymuszonych przestojów obserwujemy turystów, mierzących się z krótkim łącznikiem między ferratami Roda di Vaél i Massare. Do przejścia tego trudnego odcinka ustawiła się już pokaźna kolejka. W pierwotnych planach chcieliśmy przedłużyć wycieczkę o ferratę Massare, jednak przez rozsądek z bólem serca zrezygnowaliśmy – wtedy trudno byłoby nazwać nasz dzisiejszy dzień dniem odpoczynku:) Teraz, patrząc na tłumy idące popularną Massare, cieszymy się, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Torre Finestra (turnia z oknem) tuż obok początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare.

Słynna ścianka na początku ferraty Masare. W trudniejszym miejscu tworzą się przestoje.

Zejście z ferraty Roda di Vaél jest dość mylne. Znaków brak – dopiero po dokładnym rozejrzeniu się zauważamy stalowe liny asekuracyjne kilkanaście metrów niżej. Trzeba wejść w żleb wiodący od przełączki. Wszystko sypie się tu spod nóg, typowa dolomitowa zabawa. Tego chyba nie da się polubić. Zejście nie jest trudne, ale w początkowym odcinku mocno niewygodne.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Obniżamy się żlebem na wschód, nad nami Torre Finestra.

Na szczęście po ok. pół godziny wchodzimy w łatwiejszy teren. Zakosami dochodzimy do poprzecznej ścieżki. Znaków znów brak. I mamy zagadkę – teraz w lewo, czy w prawo? Wyciągamy mapę, ale przebieg szlaku na niej nie jest, o dziwo, zaznaczony. Zgadujemy więc i skręcamy w lewo – jak się potem okazuje, wydłużamy tym samym drogę. Ale nie ma tego złego – i tak dochodzimy do wygodnego szlaku 549 (co prawda aż na wysokości przełęczy Vailon), okrążającego grupę, a po drodze spotykamy jeszcze sympatycznego świstaka.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Podchodzimy od drugiej strony w okolice przełęczy Vaiolon.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Dzisiaj znowu spotykamy świstaka, prawie oswojonego.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Węzeł szlaków pod przełęczą Vaiolon, stąd już wracamy do kolejki.

Skręcamy w prawo w szlak 549. Wygodna, trawersująca ścieżka prowadzi po jednej wysokości. No autostrada normalnie. A widoki dookoła bajkowe, alpejskie. Przez chwilę czujemy się, jak byśmy byli gdzieś w naszych kochanych Taterkach. Spacer tą ścieżką jest bardzo miły. Tu można by było przyjść z dziećmi w każdym wieku. W ogólne cały ten rejon jest wymarzonym celem wypadów rodzinnych – gęsta sieć szlaków o różnym stopniu trudności sprawia, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Wschodnia ściana Roda di Vaél oraz Torre Finestra.

Mijamy schronisko Roda di Vaél i idziemy prosto do górnej stacji kolejki. Zatrzymujemy się tylko raz – przy zwracającej uwagę już z daleka rzeźbie przedstawiającej przerośniętego orła – ten oryginalny pomnik upamiętnia Theodora Christomannosa, wielkiego propagatora idei rozwoju turystycznego Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że pomnik w innym miejscu byłby neutralny, ale tu zupełnie gryzie się z górskim otoczeniem.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél i Col de Ciampac.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Rifugiu Roda di Vaél w pełnej okazałości.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

Spoglądamy na grań, którą biegnie ferrata Masare.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

I jeszcze spojrzenie na Val di Fassa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Pomnik ku czci Christomannosa.

Po ok. godzinie marszu domykamy pętelkę – stajemy przy górnej stacji wyciągu Paolina. Chodzi do 18:00, więc nie musimy się spieszyć. Wstępujemy na zupę gulaszową do położonego tuż obok schroniska Paolina. Klimat w środku jak u nas, miło „schroniskowy”.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Pięknie położone schronisko Paolina.

Po miłym postoju w schronisku pozostaje nam już tylko zjechać na dół wciągiem i dojechać do naszej Sottogudy. Tym razem ruch na drodze na szczęście jest mniejszy. Udaje nam się po drodze zauważyć sklep spożywczy (o dziwo, sklepy spożywcze są tu rzadkością, albo my nie umiemy ich znaleźć – gdzie mieszkańcy robią zakupy???) – wstępujemy tam, by uzupełnić brakujące zaopatrzenie.

Wieczorem zdjęcia, zapiski i planowanie kolejnej trasy – oj, będzie nam tego bardzo brakowało!

Nasz czas: 10:45 – 16:45 nie licząc jazdy wyciągiem, ok. 10 km

Dolomity, dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

25 sierpnia 2016, czwartek

Nadal ciepło i pięknie, do 25 stopni

Marmolada

Trzy dni górskich wędrówek za nami – aklimatyzacja zakończona! Pogoda nadal piękna, więc nie ma co czekać: idziemy na Marmoladę – królową Dolomitów!

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) - nasz cel.

Marmolada (widziana ze szlaku na Piz Boé) – nasz cel.

Dojazd (na Passo Fedaia) dzisiaj króciutki, zaledwie 20 minut jazdy od naszej mety. Już z drogi podziwiamy jezioro zaporowe Lago di Fedaia i oświetloną porannym słońcem Marmoladę. Ale największe zaskoczenie czeka nas już za chwilę. Pierwszy etap naszej dzisiejszej trasy pokonać mamy wyciągiem, który określano mianem „gondolowy”. Tymczasem okazuje się, że te „gondole” to ażurowe konstrukcje przypominające jako żywo… supermarketowe wózki podwieszone na długich pałąkach! Pakują nas do takiego jednego i jazda w górę! Pakują to dobre określenie, bo pan w biegu wpycha nas do tego ustrojstwa i zamyka jak bydło w zagrodzie!:) Na pewno nie jest to przejażdżka dla osób z lękiem wysokości, bo konstrukcja jest zupełnie ażurowa i osłania nas tylko do pasa. Jednak dla wszystkich odważnych to świetna atrakcja. Takim wyciągiem jeszcze nie jechaliśmy i raczej już nie pojedziemy. Wysiadamy na Pian del Falconi, na chwilkę zaglądamy do całkiem miłego wnętrza schroniska i sprawnie ruszamy. Chcemy wrócić przed zamknięciem wyciągu (aktualnie pracuje do 16:45).

Punkt startu - jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Punkt startu – jezioro zalewowe Lago di Fedaia.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Wjeżdżamy przedziwnym wyciągiem, przypominającym koszyki w supermarkecie.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Czujemy się prawie jak zakupy.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Podejście na przełęcz Forcella Marmolada

Droga, niestety, najpierw sprowadza ponad 100 m w dół, aby ominąć wielkie skały – potem wysokość trzeba będzie nadrobić. Ścieżka kluczy między zadziwiającymi ogładzeniami lodowcowymi w nieco piarżystym terenie. Cały czas trzeba pilnować przebiegu szlaku, bo wokół sporo alternatywnych ścieżek, a oznakowanie, zwłaszcza w górnej części szlaku dojściowego, jest zdecydowanie niewystarczające i mylne (kopczyki często znajdują nie tylko przy właściwej trasie). Odczuliśmy to w drodze powrotnej, kiedy przynajmniej dwa razy zgubiliśmy na chwilę drogę.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Przy górnej stacji kolejki skręcamy w prawo i obniżamy się, by okrążyć ostrogę skalną.

Prawdziwe emocje zaczynają się jeszcze przed ferratą. Z daleka niepozorny lodowczyk leżący pod przełęczą okazuje się całkiem spory. Przed południem lód jest bardzo twardy, a kamienie utrudniają wbijanie raków w jego powierzchnię. Na szczęście M. uparła się, żeby raki zabrać, pomimo informcacji w wielu relacjach, że w lecie na tym szlaku najczęściej nie są one konieczne. Dzisiaj jednak praktycznie wszyscy podchodzący tym szlakiem zakładają raki, często też związują się liną i podpierają czekanami, bo zamiast rozmokniętego śniegu pod nogami mamy lód pokryty luźnym materiałem skalnym. Do podparcia wystarczyły kijki. Na szczęście przeprawa obywa się bez przygód, tylko zakładanie, a potem pakowanie raków do plecaka zajmuje sporo czasu.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Lodowczyk niewielki, ale pokonanie go wymaga rozwagi.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Największy problem sprawia twardy lód, przysypany warstwą kamieni.

Droga lodowcem kończy się pod skałami - tam zaczyna się ferrata.

Droga lodowcem kończy się pod skałami – tam zaczyna się ferrata.

Zaraz za lodowczykiem zaczyna się ostre, dobrze ubezpieczone podejście w kierunku przełęczy. Właściwie można powiedzieć, że już za lodowcem zaczyna się ferrata, chociaż nominalnie zalicza się do niej tylko odcinek od Forcella Marmolada do szczytu Punta Penia.

Wchodzimy na ferratę - kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Wchodzimy na ferratę – kocioł Sot Vernel z lodowcem zostaje za nami.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

Najpierw ferrata wprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada.

 Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Na przełęczy Forcella della Marmolada witają nas dawne stanowiska bojowe.

Via ferrata Marmolada

Od przełęczy podejścia stają się bardziej strome, właściwie przez znaczną część czasu wchodzimy na kolejne wielometrowe drabiny. Może nie ma jakichś wyjątkowychch wymagań technicznych, jednak pokonywanie tak długich ciągów ubezpieczeń w sporej ekspozycji męczy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Najbardziej martwiliśmy się, jak to będzie z zejściem, jeżeli trzeba będzie wymijać osoby wchodzące – szlak na Marmoladę cieszy się dużą popularnością.

 Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

Z przełęczy Forcella della Marmolada ferrata wprowadzi nas na wierzchołek Marmolady.

 Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

Dla ferraty charakterystyczne są długie ciągi klamer i drabin w prawie pionowej skale.

 Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Trudności techniczne może nie są duże, ale ekspozycja i długość drabin i klamer może przyprawić o zawrót głowy.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Właśnie długość ferraty jest wg nas jej największą trudnością.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Ubezpieczenia występują niemal na całej drodze.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Sztuczne ułatwienia pozwalają pokonać ogromne eksponowane ściany.

Rzut oka do tyłu - stamtąd przyszliśmy.

Rzut oka do tyłu – stamtąd przyszliśmy.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Kopuła szczytowa Marmolady z zalegającym tu płatem śnieżnym.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Na tym odcinku nie było konieczności zakładania raków.

Opisywane w relacjach szczytowe pole śnieżne w tym roku jest wyraźnie mniejsze i w związku z tym praktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po piarżystym zboczu. Sam skraj lodowca jest miękki, więc tym razem obywamy się bez raków. Na szczycie zaskakuje nad widok brzydkiej budy letniego schroniska Capanna Punta Penia. Mimo to zaglądamy do środka i jesteśmy mile zaskoczeni. Wnętrze przytulne i ciepłe, gospodarz bardzo sympatyczny. Ceny adekwatne do wysokości, ale nareszcie mamy możliwość zamówić kluchy! Zamawiamy więc spaghetti i lecimy na krótką sesję foto na pobliski szczyt. Nasz rekord wysokości został pobity kolejny raz podczas tego wyjazdu – Marmolada wystaje 3343 m ponad poziom morza. Widoki oczywiście przepiękne, a z perspektywy szczytu nawet schronisko wygląda lepiej. Wracamy sprawnie i zaraz możemy doceniać walory smakowe naszego spaghetti, poprawionego pyszną kawą z mlekiem!

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Jeszcze kilka kroków i staniemy na szczycie Marmolady.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Stoi tu budynek schroniska Capanna Punta Penia.

Taka toaleta - tylko na Marmoladzie!

Taka toaleta – tylko na Marmoladzie!

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Hura! Na szczycie Marmolady (3343 m n.p.m.)

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Czekając na schroniskowe spaghetti, podziwiamy widoki z Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Turyści schodzący na dół lodowcem Marmolady.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Widać szczyt Punta Rocca z górną stacją kolejki linowej.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Inni przygotowują się dopiero do zejścia.

Zejście nad jezioro Lago di Fedaia

Posileni i pełni sił ruszamy w drogę powrotną. Raczej nie mamy już (i słusznie) nadziei na powrót kolejką, ale perspektywa schodzenia o 550 m więcej każe nam przyspieszyć kroku. Zejście trochę się dłuży, bo sama ferrata jest dość monotnna (prawie cały czas bardzo ostro w dół po stalowych kotwach i stopniach). Dzisiaj jakoś męczy nas pokonywanie drogi w ten sposób. Na szczęście podczas zejścia spotkamy tylko kilka wchodzących osób, więc nie ma problemów z wymijaniem się. Mocno zmęczeni przechodzimy przez Forcella Marmolada i schodzimy na skraj lodowca. Tam robimy dłuższy postój, a potem przechodzimy ponownie lodowczyk. Ciężko znaleźć dobre miejsce do zejścia z niego, bo obrzeża są zasypane drobnymi kamyczkami, po których ciężko przejść w rakach, a buty bardzo się ślizgają na wystającym miejscami lodzie. Po chwili  lodowcowych łamigłówek bezpiecznie przechodzimy ten odcinek trasy, a potem sporo błądzimy w poszukiwaniu kiepsko oznakowanego i mylnego szlaku.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Schodzimy. Gdy tylko trudności ferraty pozwalają, podziwiamy wspaniałe widoki.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Widok na południe z okolic przełęczy Forcella dela Marmolada.

Piz Boé - wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

Piz Boé – wchodziliśmy na niego przedwczoraj granią Cresta Strenta.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

W kotle Sot Vernel znów czeka na nas lodowiec.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Niestety, nie zdążyliśmy na kolejkę, więc do okolic Lago de Fedaia musimy zejść na własnych nogach.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Ostatni rzut oka na pokrytą lodowcem Marmoladę.

Przy górnej stacji kolejki „wózkowej” meldujemy się około dwie godziny po jej zamknięciu (a bilety na powrót – jak poprzednio – w kieszeni…), więc niestety czeka nas jeszcze spore zejście. Początkowo teren jest piarżysty, a później w najbliższym otoczeniu szlaku dominują zjawiska krasowe, zwłaszcza naprawdę urodziwe lejki krasowe. Chwilę odpoczynku przy rozstaju szlaków pod Col do Bousc umila nam oglądanie świstaka – warto było jednak tędy zejść!

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

W okolicy przełęczy spotykamy świstaka.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Przez chwilę wystawia łepek, potem chowa się do nory.

Nasze czasy: Wejście: 9:15 (Pian dei Fiacconi) – 13:40 (szczyt Punta Penia), zejście: 14:10–19:40 (ze szczytu na parking nad Lago di Fedaia)

Na tej wycieczce zależało nam chyba najbardziej. Wiadomo, Marmolada. Królowa Dolomitów nas nie rozczarowała. Może sama w sobie nie jest najładniejszym szczytem, ale pokryta lodowcem bardzo wyróżnia się wśród okolicznych masywów. Emocjonujące przejście przez lodowczyk, całkiem spora ferrata i zaskakująco miła atmosfera sezonowego schroniska na szczycie Punta Penia na długo pozostaną w naszej pamięci.

Trudości na tym szlaku nie są większe niż te na Orlej Perci, jednak ciągłe pokonywanie długich eksponowanych ścian może się dać psychicznie i fizycznie we znaki. Na pewno nie jest to trasa dla turystów zaczynających przygodę z ferratami, ale szlak nie powinien sprawić problemu z osobom z doświadczeniem w pokonywaniu trudniejszych wysokogórskich szlaków, o dość dobrej kondycji i przy stabilnej pogodzie. Polecamy zabranie raków na pokonywanie lodowczyka, bo – jak przypuszczamy – warunki na nim mogą być bardzo zmienne. Jeśli raki będą niepotrzebne, najwyżej zostaną w plecaku – nam się dziś bardzo przydały.

Dolomity, dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Masyw Cristallo już był, masyw Selli również, dziś przyszła pora na Tofany ( na zdjęciu powyżej widziane z masywu Selli). Spośród dostępnych szlaków wybieramy ferraty di Dentro i Formenton, umożliwiające przejście granią między Tofaną di Mezo (3244 m n.p.m.) i Tofaną di Dentro (3238 m n.p.m.) oraz zejście do pośredniej stacji kolejki.

Przejście ferratą między Tofaną di Mezzo i Tofaną di Dentro

Po drodze zatrzymujemy się fotograficznie w uroczej miejscowości Caprile, przez którą prawie codziennie przejeżdżamy.

Urocza miejscowość Caprile - widujemy ją po drodze.

Urocza miejscowość Caprile – widujemy ją po drodze.

Rano w pełnej turystów Cortinie mamy przejściowe problemy ze zlokalizowaniem dojazdu na parking pod kolejkę linową na Tofany – drogowskazów prawie brak i musimy polegać na mapie. Uff, udało się. Zaraz na parkingu spotykamy sympatyczną rodzinę z Polski, zamieniamy kilka słów, po czym szybko kupujemy bilet i prawie od razu wskakujemy do kolejki. Kolej linowa wiodąca z Cortiny na Tofanę di Mezzo to imponujące założenie inżynieryjne. Wjazd przebiega trzyetapowo, a ostatni odcinek wagonik pokonuje bez dodatkowych podpór dla liny. Wysokogórskie widoki rozlegające się dookoła dosłownie zapierają dech w piersiach. Wjazd na Tofanę jest godny polecenia choćby jako atrakcja sama w sobie, nawet dla osób nieprzepadających za wędrówkami po górach.

Z górnej stacji kolejki wychodzi się prosto na wspaniały widokowy taras, na którym można zażywać kąpieli słonecznych i rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Łatwa ścieżka wprowadza na szczyt Tofany di Mezzo (3244 m n.p.m.) – warto tu podejść te kilka minut, bo widoki faktycznie są zachwycające. A my pobijamy kolejny rekord wysokości! Nie do końca się liczy, bo jednak kolejką, ale zawsze!

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Górna stacja kolejki z tarasem - solarium, w tle masyw Cristallo.

Górna stacja kolejki z tarasem – solarium, w tle masyw Cristallo.

Sama ferrata zaczyna się nieco poniżej szczytu. Zakładamy kaski, uprzęże i lonże i ruszamy. Za nami kilkoro innych turystów – trasa ta cieszy się (zasłużenie!) dużą popularnością.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Pierwszy odcinek trasy nie jest trudny technicznie i wiedzie trawersem po półce skalnej. Jednocześnie to idealna okazja do studiowania budowy geologicznej Tofan. Spoglądamy na zostającą w tyle Tofanę di Mezzo – tu płyty skalne chyba stanęły na głowie!

Tofana di Mezzo - niesamowicie wygląda od tej strony.

Tofana di Mezzo – niesamowicie wygląda od tej strony.

Trudniej zaczyna się robić dopiero za przełęczą – opuszczamy wygodną półkę, a grań robi się powietrzna. Bardziej wymagające odcinki są jednak krótkie, a trudności nie przewyższają tych znanych z Orlej Perci. Należy uważać zwłaszcza na odcinkach bez zabezpieczeń – ścieżeczka jest wąziutka, a ekspozycja ogromna.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Patrzymy przez okno skalne, a tam - Marmolada.

Patrzymy przez okno skalne, a tam – Marmolada.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Po niespełna półtorej godziny od wyruszenia na ferratę stajemy na Tofanie di Dentro (3238 m n.p.m.). Na szczycie spotykamy niezwykle sympatyczną grupę Włochów – mocno starszych panów (80 na karku!) i naszych znajomych Państwa z parkingu. Z chęcią zatrzymujemy się na postój, bo kiszki z głodu marsza raźno grają. Znajdujemy idealny do tego celu grajdołek kilka kroków za szczytem z pozostałościami drewnianej konstrukcji. Mili panowie śmieją się, że znaleźliśmy świetną restaurację i robią nam wspólne zdjęcie 😉

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Croda Rossa na tle Alp.

Croda Rossa na tle Alp.

Ristorante Tofana.

Ristorante Tofana.

Zejście z Tofany di Dentro do pośredniej stacji kolejki

Szlak sprowadza w dół piarżystym zboczem, które stopniowo przechodzi w grań. Po doświadczeniach poprzednich dni obawialiśmy się tego piarżystego zejścia, ale tu ścieżka z zakosami utrzymała się całkiem nieźle i schodziło się przyzwoicie. Na tym odcinku bardzo pomocne są kijki.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Widoki może nie są tak rozległe jak na grani między Tofanami, ale i tak nie można oderwać od nich oczu. Szlak co chwilę zmienia swój charakter i nie dłuży się.

Tofana di Dentro od północy - jakże inna.

Tofana di Dentro od północy – jakże inna.

Po chwili musimy schować kijki i znów przypiąć się do lin asekuracyjnych, po chwili szlak znów zamienia się w ścieżkę, potem znów mamy krótkie odcinki ferratowe, potem – zejście żlebem.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Tuż przed zejściem z grani znajdujemy biwak Baracca degli Alpini. W środku miło i przytulnie. Warunki do spędzenia nocy są tu daleko lepsze niż te na biwaku przy ferracie I. Dibona.

Bivacco Baracca degli Alpini - najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

Bivacco Baracca degli Alpini – najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

We wnętrzu edukujący obrazek.

We wnętrzu edukujący obrazek.

Podczas całego zejścia głównym problemem jest niezwiązane z ziemią podłoże. Ścieżka jest wygodna, ale wąska, a jest gdzie się zsunąć. W pewnym momencie szlak przeprowadza przez malownicze okno skalne.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

I znowu ktoś zrobił nam zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

I znowu ktoś zrobił nam wspólne zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

Po przekroczeniu okna kończą się wszystkie trudności i niczym ceprostradą wędrujemy aż do pośredniej stacji kolejki (Ra Valles).

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okolice stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

Okolice stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty - Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty – Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

Cała nasza dzisiejsza wycieczka była przepiękna, godna polecenia dla każdego, kto ma doświadczenie w poruszeniu się po szlakach wysokogórskich i nie jest wrażliwy na ekspozycję.

Nasze czasy: 11:00-12:30 ferrata między Tofanami, 13:00-15:50 – zejście ferratą Formenton

Timing mamy niezły, więc postanawiamy coś zjeść w Rifugio Ra Valles. Tu jednak mają dziś tylko przekąski typu toasty. Zjeżdżamy więc kolejką na kolejną stację pośrednią. Czeka tu na nas restauracja z miłym tarasem widokowym. Dobra nasza. W menu wypatrujemy rivioli nadziewane serem, ślinka cieknie. Już mamy składać zamówienie, a tu kelner informuje nas, że właśnie przestali wydawać ciepłe posiłki. Cóż, musimy obejść się smakiem. W takiej sytuacji zjeżdżamy prosto do Cortiny i wsiadamy do samochodu z planem zatrzymania się na obiad gdzieś po drodze.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Dziś wracamy do Sottogudy drogą 638 przez przełęcz Giau (2236 m). Jechaliśmy już tędy podczas drogi z Wiednia w Dolomity, ale wtedy było ciemno i lało, no i nie było żadnych widoków. Mieliśmy ochotę odczarować tę drogę. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę, by z bliska przyjrzeć się szczytowi Ra Gusela (2595 m n.p.m.), znanemu z wielu kalendarzy z górskimi widokami. Przy okazji lokalizujemy knajpę na przełęczy. Mają kluchy, idziemy! Chcemy składać zamówienie i … słyszymy, że na ciepłe dania zapraszają dopiero od 19:30. Czy nad nami krąży dziś nasza klątwa?

Ra Gusella z Passo Giau - jedna z wizytówek Dolomitów.

Ra Gusella z Passo Giau – jedna z wizytówek Dolomitów.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Docieramy do Sottogudy głodni jak wilki. Sytuację ratują jajka, cebulka i papryka w lodówce;)

Dolomity, dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

21 sierpnia 2016, niedziela

Ok. 18 stopni, częściowe zachmurzenie, przelotny deszcz

Serrai di Sottoguda

Pogoda deszczowa, więc zamiast gór w planach mieliśmy zwiedzanie Padwy. Ale po sprawdzeniu w nawigacji, że dojazd zająłby nam trzy godziny w każdą stronę, zmieniamy plany na luźniejszy dzień i powłóczenie się po najbliższej okolicy. I dobrze! Cały czas uczymy się powstrzymywania naszej naturalnej tendencji do latania z językiem na brodzie od rana do wieczora, a potem żałowania, że nie potrafimy pozwolić sobie chociaż na chwilę nicnierobienia:)

Dom naszych gospodarzy leży tuż obok wejścia do Serrai di Sottoguda – jednego z najpiękniejszych naturalnych wąwozów Dolomitów. Plan kształtuje się więc automatycznie. Po nieśpiesznym śniadaniu (kiedy ostatnio mieliśmy taką okazję? Chyba na poprzednim wypadzie we dwoje) stajemy u wylotu wąwozu. Otrzymana od naszych gospodarzy Karta Marmolada uprawnia nas do darmowego wejścia (normalnie cena biletu to 3 Euro).

Rano wyglądamy za okno - jak pięknie! Tu mieszkamy - Sottoguda 72.

Rano wyglądamy za okno – jak pięknie! Tu mieszkamy – Sottoguda 72.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Gospodarze zadbali o atmosferę jak z bajki.

Wąwóz Serrai di Sottoguda rozciąga się na przestrzeni 2 km między miejscowościami Sottoguda i Malga Ciapéla. Idziemy wzdłuż malowniczego potoku Pettorina, a z obu stron wyrastają ponad stumetrowe ściany skalne. Surowa sceneria jest niezwykle malownicza. Niektóre odcinki przypominają nam naszą Kościeliską. Po zboczach skał nieustannie spływa woda. Zimą tworzą się tu ogromne lodospady – to miejsce jest mekką dla amatorów wspinaczki lodowej. Koniecznie musimy przyjechać tu w zimie i pokazać to miejsce dzieciom.

Wąwóz kończy się w niewielkiej miejscowości Malga Ciapéla, która leży u stóp Marmolady – królowej Dolomitów. Podchodzimy pod stację kolejki linowej, wwożącej turystów na Punta Rocca – jeden ze szczytów Marmolady. Pogoda dziś jednak marna, z widoków byłyby nici. Ograniczamy się więc tylko do kupienia pamiątek dla chłopaków, Babć i Dziadków w naprawdę świetnie zaopatrzonym sklepie z pamiątkami. Stylowo i nie zabójczo dla portfela, a to zdarza się rzadko:)

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Wąwóz Serrai de Sottoguda zaczyna się od miejscowości Sottoguda.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Otaczające go ściany skalne mają ponad 100 m wysokości.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż - znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Na ścianie głazu leżącego pośrodku uważny obserwator wypatrzy krzyż – znak błogosławieństwa dla przemierzających wąwóz.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Woda ściekająca po skałach w zimie tworzy spektakularne lodospady.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Mijamy starą kapliczkę św. Antoniego.

Wodospad Franzei

Wodospad Franzei

...po chwili zostaje za nami.

…po chwili zostaje za nami.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wąwóz można przemierzyć takim oto gustownym trenino.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Wędrujemy wąwozem przez 2 km, pokonując 200 m wysokości.

Szlakiem z Malgi Ciapéli do Sottogudy

Prawdziwy turysta nigdy tą sama drogą nie wraca. Na mapce otrzymanej przez naszą panią gospodynię zauważamy, że z Malgi Ciapéli do Sottogudy prowadzi szlak trawersujący zbocze nieco na lewo od szosy. Dziwne, ale ta ścieżka w ogóle nie była zaznaczona na naszych mapach (1:25 000, wydawnictwo Tabacco). Sprawdzamy na schemacie szlaków umieszczonym przed kasą kolejki – wszystko się zgadza, szlak jest. Po krótkich problemach znajdujemy upatrzoną ścieżkę.

Wąska dróżka wije się przez las, w kilku miejscach przecina piargi. Spektakularnych widoków brak, do tego przeszkadza trochę bliskość szosy i linii wysokiego napięcia, ale możemy odpocząć od ludzi i po prostu pocieszyć się chwilą. Z chęcią siadamy na drugie śniadanie gdzieś na kamieniu i cieszymy się, że dzisiaj nigdzie nam się nie spieszy. Im dalej, tym ścieżka ładniejsza. Wchodzimy w ładny mieszany las, który na końcu szlaku ustępuje miejsca bukom. Widoki zmieniają się jak w kalejdoskopie. Znowu kilka kroków i na wysokości Sottogudy ścieżka przytula się do wielkiej ściany skalnej – pokonanie niewielkiego urwiska ułatwia mostek. Szczególnie ładnym punktem trasy jest punkt widokowy nad Sottogudą – niewielka miejscowość, przycupnięta w dolince wzdłuż potoku, prezentuje się stąd niezwykle malowniczo. Innych atrakcji także nie brakuje. W pewnym momencie na trasie spotykamy zbójców i Babę Jagę, a nawet schwytane przez nią dzieci gotujące się w kotle! Oj, trzeba mieć się na baczności. Tajemnica bajkowych postaci wyjaśnia się na dole – wzdłuż naszej ścieżki odtworzono przebieg jednej z legend Dolomitów. Zgodnie stwierdzamy, że nasz dzisiejszy spacer jest świetną propozycją dla rodzin z dziećmi. Sami chętnie zabralibyśmy tu chłopców.

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady - królowej Dolomitów

Wąwóz kończy się w miejscowości Malga Ciapéla, u stóp Marmolady – królowej Dolomitów

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

Stąd zaczyna się znakowana ścieżka powrotna do Sottogudy

 Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Ścieżka trawersuje zbocze nieco powyżej szosy

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Uwaga, niespodzianki na trasie! Chcieli nas napaść zbójcy.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Jak widać nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co my.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Ale dalej mamy się na baczności. Mamy wrażenie, że ktoś nas śledzi.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Uroczy punkt widokowy nad Sottogudą.

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Mostek pozwala pokonać urwiste zbocze

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Gdybyśmy szli z dzieciakami, trzeba by ich dobrze pilnować

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Teraz już tylko musimy na wprost zejść do Sottogudy.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Obok Sottogudy przepływa potok Pettorina.

Po zejściu do Sottogudy nasz główny cel to znalezienie przyjemniej knajpki na obiad. Czy to nie cudowne – za oknem górskie szczyty, a po powrocie z wycieczki delektowanie się włoską kuchnią? Oj, coś czujemy, że w te rejony wrócimy jeszcze nie raz! Przy okazji urządzamy sobie bardzo klimatyczny spacer po Sottogudzie. W tej starej górskiej wiosce zachowało się kilka dawnych drewnianych domów. Każdy, i nowy, i stary, są pięknie udekorowane kwiatami. W sercu miejscowości skrył się malutki kościółek z wieżą. Tak tu jakoś … prawdziwie. Rezygnujemy z możliwości zjedzenia w przyhotelowej restauracji, w zamian wybierając lokalną pizzerię. Podniszczone meble i kanapy świadczą o długiej historii tego miejsca. To chyba najchętniej wybierany lokal przez miejscowych – trudno znaleźć miejsce przy stoliku. A pizza smakuje naprawdę inaczej niż u nas! Jemy smacznie, do syta i niedrogo. Mniam!

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

Przez Sottogudę prowadzi jedna główna ulica.

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

W sercu wioski tkwi filigranowy, malowniczy kościółek

Zachowało się tu sporo starych domów.

Zachowało się tu sporo starych domów.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Każdy dom jest ozdobiony kwiatami.

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Przy starym budynku z kamienia spotykamy miejscowych staruszków:)

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Piękne są tu nawet szlakowskazy!

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie - trudno tu o wolny stolik

Wycieczkę kończymy obiadem w lokalnej knajpie – trudno tu o wolny stolik

Wieczorem zajmujemy się sprawą najwyższej wagi – gdzie by tu jutro pójść?

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity. Każdy miłośnik gór, który je zobaczy, przepadnie. Białe, strzeliste turnie na tle soczystej zielonej trawy, fantastyczne formacje skalne, pocztówkowe krajobrazy. To góry inne niż wszystkie. Nie ma tu długich grani głównych i walnych dolin, w zamian mamy oddzielone głębokimi dolinami samodzielne gniazda górskie, a każde z nich inne – kapryśna Marmolada z czapą lodowca, podobna do warowni majestatyczna Sella, trzy kłócące się o urodę siostry Tofany, księżycowy płaskowyż Pale… Dolomity przecina gęsta sieć szlaków. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oczywiście wizytówką tych gór są via ferraty – ubezpieczone szlaki wspinaczkowe, ale mamy też typowe szlaki wysokogórskie, idealne do trekkingów, i mnóstwo wygodnych ścieżek dla całej rodziny. Infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta – tak wielu schronisk nie widzieliśmy chyba w żadnych innych górach, co nie znaczy że w Dolomitach nie ma miejsc niedostępnych i dzikich. Jak każda kochanka Dolomity mają też wady – ogromne piarżyska i luźny materiał skalny zasypujący ścieżki zmuszają do rozważnego stawiania kroków – niezbędnym  wyposażeniem turysty górskiego powinien być kask i kijki. Ale czy kogoś bez wad dałoby się pokochać? Powiemy jedno: przez ponad tydzień wspinaliśmy się na ferratach i wędrowaliśmy po dolomitowych szlakach i wiemy jedno: na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz. W planowaniu tras nieocenioną pomocą były dla nas poszczególne tomy przewodnika „Dolomity” Dariusza Tkaczyka, a także świetnie opracowane serwisy jarekkardasz.republika.pl oraz wdolomitach.pl. Rekonesans za nami, przed nami – mamy nadzieję – dokładne poznawanie tych gór, grupa po grupie.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

...po chwili zostaje za nami..

Dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

28. ...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

Górny Rynek