Zimowy wypad w Bieszczady

Choroba bieszczadzka – co robić, gdy dopadnie nas zimą?

Choroba bieszczadzka. Może dopaść każdego i o każdej porze roku, szczególnie groźna dla zapalonych włóczykijów i górołazów. Im dłuższa terapia, tym skuteczniejsza, choć nie zapobiega, niestety, nawrotom choroby. Tym razem testujemy czterodniową zimową terapię. Połonina Wetlińska, Tarnica-Halicz-Rozsypaniec, Tworylne, Krywe i źródła Sanu  – czujecie tęsknotę w sercu? To znak, że niechybnie zaraza Was nie ominęła. Podobnie jak nas. Zapraszamy w zimowe Bieszczady!

Dzień 1. Połonina Wetlińska zimą

Dzień 2. Hulskie, Krywe i Tworylne – spacer do serca zapomnianych Bieszczadów

Dzień 3. Tarnica – Halicz – Rozsypaniec

Dzień 4. Doliną Górnego Sanu do grobu Hrabiny, Bukowiec – Sianki

Wycieczka na Wielką Rawkę i Krzemieniec (Kremenaros)

2 maja 2017, wtorek

Umiarkowane zachmurzenie, temperatury prawie letnie, a deszcz dopiero wieczorem

Przełęcz Wyżniańska – Mała Rawka – Wielka Rawka – Kremenaros (Krzemieniec)

W ostatni dzień naszego wspólnego bieszczadowania wybieramy się na Rawki i Krzemieniec. To dość długa i momentami nużąca trasa, ale bez trudności technicznych – w dzień z odpowiednią pogodą nadaje się dla odpowiednio wyekwipowanych rodzin z dziećmi. Trudy zmęczenia wynagradza moc wrażeń. Szlak ma bieszczadzki oddech. Jak już wdrapiemy się na Małą Rawkę, zapomnimy o całym trudzie. Rawki mają sławę jednego z najlepszych bieszczadzkich punktów widokowych – podobno przy dobrej pogodzie widać stąd nawet Tatry! Dziś widoczność nie jest aż tak dobra, jednak nawet mimo to widoki z Rawek zapadają w pamięć. Największym utrudnieniem wędrówki jest dziś zalegające na szlaku błoto i pośniegowa breja. Naszą poprzednią, listopadową wycieczkę na Rawki (z pięknymi widokami na dole, ale z zerową widocznością na górze) opisujemy tutaj.

Ruszamy z zatłoczonego parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej. Na szczęście większość turystów rusza na północ w kierunku Połoniny Caryńskiej (fotorelacja z pięknej jesiennej wycieczki na Caryńską tu); naszą trasę wybiera mniej osób – ruch turystyczny jest oczywiście nasilony, ale nie bardzo uciążliwy.

Zazwyczaj odcinki szlaków do schronisk nie oferują widoków i są mało interesujące. Dojście do Bacówki PTTK Pod Małą Rawką przeczy tej zasadzie. Cały czas towarzyszą nam piękne widoki na połoniny, panoramy są rozległe, a wijąca się droga niezwykle malownicza. Z maluszkiem warto podejść nawet 20 minut tylko do bacówki, a wycieczka dostarczy wspaniałych wrażeń. Schronisko przyjmuje turystów już prawie od 40 lat i wciąż cieszy się dużą popularnością. W bacówce jest przyjemna, domowa atmosfera, można tu też dobrze zjeść – testowaliśmy na sobie 🙂

Parkujemy na Przełęczy Wyżniańskiej (855 m) i ruszamy przed siebie.

Wokół feeria wiosennych barw.

Przed nami rysuje się grzbiet Rawek.

Przy bacówce skręcamy w prawo. Jeszcze przez chwilę towarzyszy nam widok na Caryńską.

My dziś oczywiście idziemy dalej. Przy schronisku szlak skręca w prawo i wchodzi w bukowy las. Po chwili do uszu dobiega szum potoku, tworzącego tu malownicze kaskady. Szlak wznosi się coraz stromiej w górę – na stosunkowo niedużym odcinku musimy wejść 400 m w górę. Robi się nużąco, a sytuacji nie ułatwia śliskie błoto pod nogami. W partiach szczytowych szlak na szczęście się wypłaszcza. Jeszcze kilka kroków i stajemy na szczycie Małej Rawki (1272 m n.p.m.). Z chęcią rozsiadamy się na trawie na krótki postój. Pod nami lasy w wiosennej zieleni, a tutaj płaty śniegu i zupełnie jeszcze brązowe trawy – na tej wysokości wiosna jeszcze na dobre się nie rozgościła. Maluchy z apetytem zjadają obiadowe słoiczki, grzane w kubkach z gorącą wodą z termosu. Sielankę przerywa krzyk Grześka – chwila nieuwagi, a on już odkręcił termos i jego zawartość wylał sobie na nogi. Szybko ściągamy mu spodnie – na szczęście oparzenie jest niewielkie. Jak to przy dzieciach trzeba ciągle uważać! Dobrze, że mamy kilka sztuk zapasowych ubrań – te mokre wywieszamy na plecaku – na końcu wycieczki są już zupełnie suche.

Szlak wprowadza w piękny bukowy las.

Na razie idzie się bardzo przyjemnie – właściwe podejście jeszcze przed nami.

Niektóre buki mają tak wymyślne kształty, że trudno schować aparat.

Po prawej potok tworzy malownicze kaskady.

Z kumplem podchodzi się o niebo łatwiej niż w samotności.

Im wyżej, tym trudniejsze warunki na szlaku.

Hura! Mała Rawka (1272 m n.p.m.)!

Trzeba wrzucić coś na ząb.

A potem można podziwiać widoki… W tle majaczy Wetlińska.

Po odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Wielkiej Rawki. Dookoła wspaniałe widoki, więc wędrówka to sama przyjemność, tym bardziej, że idziemy właściwie po jednej poziomicy – przełączka rozdzielająca Rawki jest bardzo płytka. 20 minut marszu i stajemy na szczycie Wielkiej Rawki (1304 m) z charakterystycznym betonowym słupem geodezyjnym. Ten znak rozpoznawczy Wielkiej Rawki stanowił niegdyś element sieci geodezyjnej I stopnia, co oznacza, że w stosunku do m.in. rawiańskiego słupa definiowano mapy. Choć urodą nie grzeszy, turyści niezmiennie robią sobie z nim zdjęcie. Jak byliśmy tu ostatnio, widać było tylko ten słup;), teraz na szczęście mamy możliwość podziwiania szerszej panoramy – widok na każdą stronę jest bardzo rozległy.

Ruszamy dalej. Przed nami Wielka Rawka w całej okazałości.

Grzbietowy odcinek wędrówki jest niesamowicie przyjemny.

Na szczytach barwy jeszcze zupełnie jesienne – ale wiosna już tu idzie!

Przełączka rozdzielająca obie Rawki jest bardzo płytka, więc wędrówka nie jest męcząca.

Pięknie poprowadzona ścieżka wprowadza na kulminację Wielkiej Rawki.

Dla niezdecydowanych. W każdą stronę równie pięknie!

Karłowate buki są jeszcze popielato-wrzosowe.

Rzut oka za siebie – jak pięknie prezentuje się stąd Mała Rawka!

Ach, jak te Bieszczady chwytają za serce…

Wielka Rawka (1304 m) i obowiązkowe zdjęcie pod słupem geodezyjnym.

Chwila wytchnienia na Wielkiej Rawce – pod nogami mamy cały świat!

Z Wielkiej Rawki obniżamy się ok. 200 metrów na przełęcz oddzielającą Rawkę od Kremenarosa, przeklinając w duchu perspektywę późniejszego nadrabiania straconej wysokości. To ciekawy odcinek, bo niemal w całości biegnie polsko-ukraińską granicą. Dodatkową atrakcją są na swój sposób malownicze słupy graniczne – biało-czerwony i niebiesko-żółty szpaler to wdzięczny temat fotograficzny i frajda dla dzieciaków – raz można być w jednym kraju, a za chwilę w drugim! Najciekawiej jest jednak na szczycie granicznego Krzemieńca (Kremenarosa, 1221 m n.p.m.) – zbiegają się tu granice trzech państw – Polski, Ukrainy i Słowacji. Miejsce trójstyku jest oznaczone symbolicznym trójściennym obeliskiem – fotki obowiązkowe! Krzemieniec nie oferuje widoków, ale ze względu na ten wymiar symboliczny jest szczytem ze wszech miar wartym odwiedzenia!

Zejście z Wielkiej Rawki w kierunku Kremenarosa

Schodzi się cudownie lekko. Tylko potem trzeba będzie nadrobić straconą wysokość.

Szlak zbliża się do granicy polsko-ukraińskiej.

Grześ bardzo dzielnie idzie sam, zbierając z wszystkich stron pochwały.

Raz w Polsce…

…a raz na Ukrainie!

Szlak sprowadza na położoną ok. 200 m niżej przełęcz.

Tu rozsiadamy się na drugi dłuższy postój. Starszaki zalegają na trawie, za to Grzesiek kipi energią, mimo że znaczną część drogi przeszedł dziś na własnych nóżkach. Maluchy miewają lepsze i gorsze dni. Jak dobrze, że na dzisiejszą wycieczkę wypadł Grześkowi akurat ten lepszy:) Nasz najmłodszy turysta przeszedł dziś na własnych nogach ok. 1/4 całego dystansu i prawie nie marudził!

Szczyt Kremenarosa (1221 m) – wycieczka do zdjęcia!

Zdecydowanie zasłużyliśmy na odpoczynek.

Niektórzy mają nawet miejsca leżące!

…i twardy jak kamień plecak pod moją głową…

Wracamy tą samą drogą. Najgorszy punkt programu to oczywiście ponowne podejście pod Wielką Rawkę po obniżeniu się na przełęcz za Kremenarosem. Odcinek daje się we znaki, ale bez przesady – wysokość zdobywamy dość szybko. Kolejne trudniejsze miejsce to strome zejście z Małej Rawki – na szlaku leży błoto pośniegowe i nietrudno o pośliźnięcie i upadek, o co martwią się zwłaszcza tatusiowie taszczący najmłodszych turystów na plecach. Na szczęście wszystko przebiega bez problemów i już niedługo znów meldujemy się przy bacówce. Kupowanie pamiątkowych koszulek, stemplowanie pocztówek i można wracać na dół.

Było miło, ale co robić – wracamy.

Zeszło się łatwo, gorzej z ponownym podejściem.

Grześ kipi dziś energią. Znowu nam gdzieś ucieka.

Już trochę zmęczeni, ale nie ma rady, idziemy dalej.

Od tej strony Wielka Rawka prezentuje się wyjątkowo pięknie.

Wielka Rawka za nami, idziemy w kierunku Małej.

Takie widoki chciałoby się zapisać w głowie na jak najdłużej.

Za Małą Rawką, delikatnie mówiąc, warunki na szlaku nie należą do najlepszych.

Skręcamy na ostatnią prostą do Bacówki pod Małą Rawką.

Jeszcze chwila i stajemy przy schronisku. Teraz trudniej zebrać całą wycieczkę do zdjęcia.

Jak tylko stajemy na parkingu, zaczyna padać deszcz. Ale mieliśmy dziś szczęście – chmury kłębiły się na horyzoncie przez cały dzień! Wycieczka była bardzo udana, do polecenia na każdą porę roku. Po opadach szlak bywa jednak – jak to w Bieszczadach – bardzo błotnisty. Zimą trzeba też pamiętać, że okolice Rawek to jeden z niewielu w Bieszczadach terenów, gdzie możliwe jest zejście lawin. Przy stabilnej pogodzie można się tu wybrać nawet z 6-7 letnimi dziećmi zaprawionymi w górskich wędrówkach (lub z młodszymi w nosidełkach).

Nasz czas: 10:15-16:45, ok. 12 km i 700-800 m przewyższenia

Wieczór mamy przemiły. Wspólne ognisko, żarty, śpiewanie – tak nam wesoło, że dołączają się  do nas nawet inni goście z naszej kwatery! Dzieciaki szybko znajdują wspólny język z sympatycznym harcerzem Michałem z Poznania (pozdrawiamy!). Szkoda, że wspólny wyjazd tak szybko dobiega końca.

Pożegnalne ognisko Bieszczady 2017.

Majówka w Bieszczadach, 2017.05

Cztery pory roku w majowych Bieszczadach

Przed wyjazdem czytaliśmy gdzieś żart, że majówka w tym roku będzie taka gorąca, że boso w klapkach po śniegu będziemy biegali. Faktycznie, aura w tym roku była wyjątkowo kapryśna – od deszczu ze śniegiem i zupełnie zimowych temperatur poprzez letnią, słoneczną aurę po jesienne oberwanie chmury. Taka pogoda pokrzyżowała dość mocno nasze górskie plany. A może nie ma tego złego? Dzięki temu mieliśmy możliwość posmakowania bardziej kameralnych miejsc – połoniny zamieniliśmy na Łopienkę i Muczne, a Tarnicę na Dwernik Kamień i rezerwat ‚Sine Wiry’. Odkrywaliśmy też uroki bieszczadzkiej ciuchci. Najważniejsze, że czas spędziliśmy w doborowym towarzystwie – już od kilku lat na wiosnę wybieramy się na wspólny wypad w góry z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami. Chmara cudownych dzieciaków, śmiechy i żarty do późnej nocy – tego żadna pogoda nie popsuje! Dziękujemy wszystkim Towarzyszom naszego wyjazdu za fantastyczne wspólne chwile! Continue reading

Bieszczady, 2015.11

 

Mamy już wieloletnią tradycję listopadowych wyjazdów w góry. Dzięki temu łatwiej znieść jesienną szarugę. Do tej pory zawsze wyjeżdżaliśmy we dwoje. W tym roku jednak starsi chłopcy byli tak dzielnymi kompanami w Pieninach, że obiecaliśmy im zabrać ich w Bieszczady. Słowo się rzekło…

10 listopada, wtorek

Przelotny deszcz, chociaż ciepło, do 15 st.

Warszawa-Kraczkowa

Grześ tym razem został w Warszawie z Babcią, a my prosto po szkole i pracy ruszyliśmy ok. 15:45 w kierunku Rzeszowa. Zaplanowaliśmy nocleg u Rodziców R. Jechało się średnio, ale po 6 godzinach (w tym postój w Ostrowcu Świętokrzyskim) dotarliśmy przed 22:00 na miejsce.

Nie obyło się bez przygód. W drugim tygodniu od kupna nowego samochodu zaliczyliśmy pierwszą kolizję z… łanią. Na szczęście refleks R. pozwolił sporo wyhamować i zwierzę ocalało, a nasza „ciężarówa” wyszła z przygody jedynie z niewielkimi obrażeniami (straciliśmy jeden spryskiwacz reflektora, a zderzak udało się z poodginać bez konsekwencji) – niech żyje Doblo! To już nasza druga kolizja ze zwierzęciem leśnym w porze zmierzchu. Przejeżdżając przez obszary niezabudowane, naprawdę trzeba uważać.

U Babci i Dziadka szybko spacyfikowaliśmy bardzo już zmęczonych chłopców i siebie. Dobrze, że możemy tu się przespać, bo droga w Bieszczady z Warszawy jest wyjątkowo długa.

 

11 listopada, środa

Ponuro, momentami mżawka, ale ciepło, do 13 st.

Na Przysłop Caryński

Niestety, nie może być za różowo. Rano Sebuś budzi się chory i z silnym kaszlem. W końcu dostaje antybiotyk i zostaje z Babcią i Dziadkiem. Obiecujemy mu „worek pamiątek i prezentów” oraz perspektywę przyszłego wyjazdu tylko z nim, we troje. Pytamy Tyma, czy woli zostać razem z Sebkiem, czy jechać w góry. Naszej najstarszej pociechy nie zraża jednak ani deszcz, ani perspektywa długiego wchodzenia pod górę. Postanawia jechać z nami.

Przejeżdżamy bardzo uroczymi drogami przez Łańcut, Dubiecko i dalej w kierunku Ustrzyk Dolnych i Górnych. Po dwuipółgodzinnej jeździe zatrzymujemy się w Bereżkach na parkingu przy sympatycznie położonym polu namiotowym (oczywiście obecnie pustym).

Żółty szlak na Przysłup Caryński jest malowniczo przysypany bukowymi liśćmi. Przez to jeszcze bardziej musimy uważać na błotniste bieszczadzkie pułapki. Przechodzimy kilkakrotnie po kamieniach przez piękny potok. Szlak początkowo ciągnie się jego brzegami, a w drugiej części trasy wznosi się nieco stromiej przez piękną buczynę. Wchodzenie urozmaicamy sobie wyszukiwaniem piosenek ze słowami na literę A. Zabawa do polecanie! Tymo to kumpel na medal. Czy my naprawdę tu jesteśmy? Bukowo, listopadowo, jest cudnie!

Z Bereżek na Przysłup Caryński.

Z Bereżek na Przysłup Caryński.

Przekraczanie potoku to atrakcja nie lada.

Przekraczanie potoku to atrakcja nie lada.

Wszystkie kolory listopada.

Wszystkie kolory listopada.

Bukowo pod nogami.

Bukowo pod nogami.

Widok z przełęczy jest piękny. Można spojrzeć na połoniny z nieco innej perspektywy. Stok Magury Stuposiańskiej kusi, by wspiąć się na szczyt. Dzisiaj jednak za późno wyszliśmy i nie zdążylibyśmy przed zmrokiem. Szybko schodzimy więc kilkadziesiąt metrów w dół i po chwili, witani przez sympatycznego wilczura, meldujemy się przy schronisku.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński.

Bieszczadzka panorama z Przysłupu Caryńskiego.

Bieszczadzka panorama z Przysłupu Caryńskiego.

Schronisko Koliba ma prawdziwie górską atmosferę. To zaledwie kilkuletni budynek z bali z sympatyczną jadalnią i bufetem czynnym od 8:00 do 20:00. W jadalni siedzimy sami, podziwiając widok na połoniny. Żurek, fasolka i pierogi ruskie smakują świetnie po takim spacerku. Tymo wybiera jajecznicę i też jest zachwycony. To już prawdziwie wytrawny turysta. Cieszymy się, że jest z nami i że tak połknął górskiego bakcyla!

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Schronisko Koliba na Przysłupie Caryńskim.

Powrotną drogę umilamy sobie… szukaniem piosenek zawierających słowa na literę B („będzie prościej, będzie prościej, będzie jaśniej!”) – to naprawdę świetna zabawa dla wszystkich! Po niespełna trzech godzinach od wyjścia stajemy się przy naszym dostawczaku o 15:30 i ruszamy do zarezerwowanego domku w Strzebowiskach. Przeszliśmy dzisiaj 5,5 km w klimatycznej listopadowej szarudze i wróciliśmy kompletnie ubłoceni. Ale było fajnie!

Wracamy do Bereżek

Wracamy do Bereżek

Na miejscu czeka na nas rozpalony kominek i zapas drewna chyba na tydzień. Zmieścilibyśmy się tu spokojnie całą naszą rodzinką, nawet z „dokładką”. Trochę tylko pusto bez Sebunia i Grzesia… Rozpakowujemy się, wybieramy zdjęcia, opisujemy dzień i spędzamy przyjemny wieczór w pachnącym kominkiem domku.

Niestety, atmosferę psuje nam wiadomość od Babci Urszuli, że Grześ jest przeziębiony i ma stan podgorączkowy. Zastanawiamy się: wracać do domu czy nie? Czy nie możemy chociaż jeden dzień niczym się nie martwić? To chyba pytanie retoryczne…

 

12 listopada 2015, czwartek

Niżej przejaśnienia, a na szczytach idziemy w chmurach z silnym wiatrem

Na Małą i Wielką Rawkę

Po telefonicznym załatwianiu konsultacji lekarskich Grzesia wyjeżdżamy dość późno i dopiero o 9:30 ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej. Drogą do Bacówki PTTK pod Małą Rawką szliśmy już trzy lata temu z Tymkiem i niespełna trzyletnim Sebusiem. Dzisiaj szybko przechodzimy ten bardzo przyjemny fragment trasy i mijając schronisko, zaczynamy właściwe podejście na Małą Rawkę.

Ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej.

Ruszamy z Przełęczy Wyżniańskiej.

Kierujemy się w stronę Bacówki pod Małą Rawką.

Kierujemy się w stronę Bacówki pod Małą Rawką.

'Bomby bomby' to dla nas niemal symbol tego miejsca.

‚Bomby bomby’ to dla nas niemal symbol tego miejsca.

Przełęcz Wyżniańska zostaje za nami.

Przełęcz Wyżniańska zostaje za nami.

Nasz cel gdzieś przed nami.

Nasz cel gdzieś przed nami.

Jest błotniście i coraz bardziej stromo. Znowu we wchodzeniu pomagają nam zabawy w szukanie piosenek z wyrazami na określoną literę i wymyślanie fajnych zagadek. Spoglądamy na kaskady potoku Prowcza. Zdyszani, zatrzymujemy się na łyk herbaty. Ale listopadowy dzień jest krótki, czas ruszać dalej. Krok za krokiem zdobywamy wysokość. W okolicy szczytu przyglądamy się z uwagą ciekawym karłowatym bukom. Ich pnie i korzenie są wymyślnie poskręcane. Jakże trudno przeżyć w tak trudnych warunkach! W pobliżu górnej granicy lasu buki stopniowo zastępuje górska odmiana jarzęba pospolitego. Te skarłowaciałe drzewka zastępują tutaj piętro kosodrzewiny, którego zupełnie brak – jakie to wszystko ciekawe! Robimy sobie tutaj postój, uzupełniając kalorie przed spacerem szczytowym.

Na Małą Rawkę.

Na Małą Rawkę.

Im dalej tym stromiej.

Im dalej tym stromiej.

Dziś znów pod nogami bukowy dywan.

Dziś znów pod nogami bukowy dywan.

Przed szczytem karłowate buki ustępują miejsca jarzębinom.

Przed szczytem karłowate buki ustępują miejsca jarzębinom.

Listopadowy postój tuż przed szczytem Małej Rawki.

Listopadowy postój tuż przed szczytem Małej Rawki.

Najciekawiej miało być na szczytach, bo przecież Rawki słyną z rozległych widoków. Niestety, dzisiaj wchodzimy w chmury, a do tego zaczyna strasznie wiać. Dla Tyma to jednak również nowe i ciekawe doświadczenie. Na szczęście nie mamy już dużej odległości do pokonania. Szybko przechodzimy przez Małą Rawkę (1267 m n.p.m.) i po przejściu niewielkiej przełączki wchodzimy na nieco okazalszą, ale też bardziej rozciągniętą Wielką Rawkę (1307 m n.p.m.).

Na Małej Rawce (1267 m n.p.m.).

Na Małej Rawce (1267 m n.p.m.).

Wokół coraz gęstsze chmury.

Wokół coraz gęstsze chmury.

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Kolejna kulminacja Wielkiej Rawki.

Wszystkim we znaki daje się dziś wszechobecne błoto – to prawdziwy znak rozpoznawczy Bieszczadów! Tymo jednak nie zraża się i wyraźnie nakręcony stwierdza, że dzisiaj dwukrotnie pobił swój rekord wysokości, poprzednio ustanowiony w czerwcu na Skrzycznem. Śmieszy nas trochę ustawienie tabliczki Wielka Rawka dopiero na rozstaju szlaków, sporo poniżej właściwej kulminacji. Zdjęcie szczytowe robimy przy resztkach obelisku i wieży triangulacyjnej. Silny wiatr przeganiający wilgotne chmury przez kopuły szczytowe nie pozwala na dłuższe podziwianie widoków.

Wracamy tą samą drogą.

Wracamy tą samą drogą.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na krótki odpoczynek już w zacisznym lesie. Mijamy dzisiaj przez cały dzień kilkanaście sympatycznych osób, z którymi wymieniamy się uwagami na temat rozległych panoram;-). Zgłodniali docieramy do schroniska około 13:40.

Bacówka PTTK pod Małą Rawką.

Bacówka PTTK pod Małą Rawką.

Bacówka pod Małą Rawką wita nas przyjemnym ciepłem. Pałaszujemy przepyszne naleśniki z jagodami (Tymo z czekoladą), a potem ogromne porcje pierogów z mięsem i placków z gulaszem. Dla Tymka i Sebka kupujemy koszulki z bieszczadzkim rysiem. Schroniskowe koty dopełniają atmosfery miejsca. Z chęcią tu jeszcze kiedyś wrócimy. Zejście do samochodu od schroniska to już krótki spacerek. Meldujemy się szybko w naszym doblaku i pędzimy do przemiłego domku.

Nasz czas: 5,5 godziny, dystans: ok. 6 km, przewyższenie: 550 m.

Po południu poza zdjęciami i opisem trasy musimy trochę popracować, a Tymo odrobić lekcje, bo w końcu dzisiaj były normalne zajęcia. Po kolacji oglądamy kolejną część Harry’ego Pottera, korzystając z nieobecności Sebusia, który jeszcze nie czytał książek.

 

13 listopada 2015, piątek

Piękny, słoneczny dzień, do 9 st., na szczytach silny wiatr

Na Połoninę Caryńską

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Planowaliśmy raniutko wyruszyć na Tarnicę, której nadal brakuje nam w rodzinne kolekcji Korony Gór Polski. Niestety, dzisiaj rozchorował się nasz trzeci chłopak. Spokojnie, spokojnie, tylko nie dajmy się zwariować. Tymo nad ranem zaczyna się skarżyć na ból brzucha. Wszystko kończy się na szczęście tylko kilkugodzinnym osłabieniem i biegunką, ale plany trzeba było zmienić. Z domku wyruszamy dopiero ok. 10:30, planując wejście do Chaty Socjologa na Otrycie i zwiedzanie cerkwi w okolicach Lutowisk i Czarnej.

Z samochodu widzimy jednak piękne słońce i cudne rozległe widoki, których wczoraj tak bardzo nam brakowało. Szybko zmieniamy więc plany i zatrzymujemy się tak jak wczoraj na Przełęczy Wyżniańskiej. Jeszcze przed 11:00 ruszamy w kierunku szczytu Połoniny Caryńskiej.

Przed nami nasz cel - Połonina Caryńska.

Przed nami nasz cel – Połonina Caryńska.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) - stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) – stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) - stąd ruszamy.

Wyżniańska Przełęcz (860 m n.p.m.) – stąd ruszamy.

Po paruset metrach Tymo znowu źle się czuje… Zmusza nas to do przymusowego postoju. Na szczęście po kilkunastu minutach nasz dzielny harcerz regeneruje się – ruszamy dalej. Po lepszym dopasowaniu grubości stroju do warunków pogodowych (intensywne słońce i spore nachylenie podejścia szybko nas rozgrzały) idzie się znacznie lepiej i dalsza droga mija już bez niespodzianek.

Najpierw szlak wiedzie przez bukowy las.

Najpierw szlak wiedzie przez bukowy las.

Co chwilę odsłaniają się widoki na Połoninę Wetlińską.

Co chwilę odsłaniają się widoki na Połoninę Wetlińską.

Szlak prowadzi dość stromo nachylonym zboczem na przemian przez łąki, zagajniki i piękny bukowy las. Na wysokości ok. 1150 m n.p.m. mijamy górną granicę lasu z malowniczo powykrzywianymi bukami (krzywulcami). Dalej szlak prowadzi połoniną. Tymusia bardzo interesują pojedynczo rosnące świerki ze sztandarowym układem gałęzi. Widać, jak rośliny walczą tu z silnym wiatrem. Po dojściu na grań sami odczuwamy siłę żywiołu. Wracamy do cieplejszych ubrań i zakapturzeni kierujemy się w stronę najwyższej kulminacji połoniny.

I znów wchodzimy do lasu.

I znów wchodzimy do lasu.

Charakterystycznie ukształtowane bukowe pnie.

Charakterystycznie ukształtowane bukowe pnie.

Widok w stronę Tarnicy.

Widok w stronę Tarnicy.

Idziemy do połączenia szlaków na szczycie połoniny.

Idziemy do połączenia szlaków na szczycie połoniny.

Widoki z partii szczytowej Połoniny Caryńskiej zapierają dech w piersiach. W znacznej części rekompensują nam wczorajszy brak panoram. Nie możemy się oprzeć przed robieniem kolejnych fotek. Na samym szczycie (1297 m n.p.m.) zadziwia nas brak wiatru – to specyficzna konfiguracja skałek osłania nas i pozwala na spokojny postój z przepiękną panoramą. Połonina Wetlińska, Rawki, Tarnica, Magura Stuposiańska – wszystko jak na wyciągnięcie ręki.

Na szczycie Połoniny Caryńskiej.

Na szczycie Połoniny Caryńskiej.

Idziemy w kierunku zachodnim.

Idziemy w kierunku zachodnim.

Rzut oka na wschód w stronę Tarnicy.

Rzut oka na wschód w stronę Tarnicy.

Wchodzimy na najwyższą kulminację Połoniny Caryńskiej.

Wchodzimy na najwyższą kulminację Połoniny Caryńskiej.

Kruhly Wierch - najwyższa kulminacja Połoniny Caryńskiej.

Kruhly Wierch – najwyższa kulminacja Połoniny Caryńskiej.

Połonina Wetlińska widziana z Caryńskiej.

Połonina Wetlińska widziana z Caryńskiej.

Widok na południe - majaczą słowackie szczyty.

Widok na południe – majaczą słowackie szczyty.

Widok na Magurę Stuposiańską. Widać schronisko Koliba.

Widok na Magurę Stuposiańską. Widać schronisko Koliba.

Posileni i napojeni kilka minut po 14:00 ruszamy w dół. Schodzi nam się bardzo sprawnie. Nawet z krótkimi postojami zejście zajmuje mniej niż godzinę. Staramy się zapamiętać te piękne widoki, aby pozostały z nami na następne tygodnie jesiennej szarugi. Takie wyjazdy bardzo pomagają nam przetrwać listopad – chyba najsmutniejszy miesiąc w roku.

Nasz czas: 3 godziny, dystans ok. 4,5 km, a przewyższenie: ok. 450 m

Po wycieczce żołądki grają nam marsza, więc kierujemy się prosto do kultowej „Bazy ludzi z mgły” w Wetlinie. Jednak knajpa czynna jest od otwarcia do zamknięcia, co dzisiaj oznacza od 18:00. Zmieniamy więc lokal i podjeżdżamy do Hotelu Górskiego PTTK. Tutejsza restauracja ma klimat rodem z PRL (ale w dobrym tego słowa znaczeniu). Walory smakowe nie urzekają nas jednak szczególnie (wybór dań poza sezonem również). Ale co tam, i tak jest fajnie!

Wieczorem w domku planujemy kolejny wyjazd, czyli noworoczny pobyt w Beskidzie Wyspowym, w Kasinie Wielkiej.

*****

Następnego dnia rano budzi nas kolejny telefon od Babci o utrzymującej się temperaturze u Grzesia. Okazuje się, że infekcja wirusowa zakończyła się zapaleniem obojga uszu. W takiej sytuacji decydujemy się na wcześniejszy powrót do domu. Zamiast na Tarnicę przyjmujemy azymut na Rzeszów, skąd odbieramy Sebusia, po czym wracamy prosto do Warszawy. Cóż, wyjazdy z dzieciakami takie właśnie są – nieprzewidywalne. Tarnica poczeka – może chce, żebyśmy stawili się na niej w komplecie? Dziękujemy Dziadkom za pomoc w opiece nad młodszymi chłopcami – dla tych dwóch dni i tak było warto! 

Bieszczadzka Gwiazdka część II – zapomniane wsie

 30.12.2013, poniedziałek

Odczuwalnie chłodniej, z przebłyskami słońca, ok. 4 stopni

Jaworzec

Nasyceni miejskimi atrakcjami, nabieramy ochoty na spacer w przyrodzie. Jako nasz cel obieramy Bacówkę PTTK Jaworzec. W Kalnicy skręcamy w lewo, po czym po przejechaniu kawałka parkujemy samochód na poboczu i dalej idziemy już pieszo. Droga wiedzie uroczą bieszczadzką doliną wzdłuż biegu Wetliny, widoki cieszą oczy. Walory turystyczne tego spaceru podnosi dodatkowo fakt, że wiedzie on po terenie dawnej wsi Jaworzec, której mieszkańcy (ponad 500 osób) zostali po wojnie wysiedleni na tereny północno-wschodniej Polski. Obecnie po dawnej wsi nie został ani jeden budynek, zabudowania spalono, zniszczono nawet cerkiew. Obecność zdziczałych drzew owocowych może tylko świadczyć o istnieniu w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu wcale niemałej wsi. Wzdłuż drogi rozstawiono niedawno tablice informacyjne, z których turysta może dowiedzieć się o historii Jaworzca i o tym, w jakiej jego części aktualnie się znajduje. Continue reading

Bieszczadzka Gwiazdka część I – Baligród, Lesko, Solina, Sanok

Niedziela, 22 grudnia 2013

Pogoda iście wiosenna: nawet do 8 stopni i słońce

Warszawa-Kraczkowa

Po wczorajszym zamieszaniu (całe pakowanie przeplatane lataniem do lekarza z chłopakami i podawaniem im leków…) uznajemy, że wyjazd o 9:15 to sukces.

Jedzie się bardzo dobrze, nie ma tirów, a pogoda piękna. Zatrzymujemy się dwukrotnie: raz w Radomiu na drugie śniadanie (na skierowane do chłopców pytanie, co będą jedli, Sebuś odpowiada, że cukier…)), raz na stacji benzynowej ok. 80 km od Rzeszowa. Mimo to stawiamy się u Dziadków już przed 15:00, czyli cała droga zajmuje nam ok. 5,5 godziny. Zjadamy przepyszny obiad, M. sobie trochę odpoczywa, chłopaki wyładowują nadmiar energii, zostawiamy Regusię i dalej w drogę.

Kraczkowa-Bystre

Zgodnie z naszymi przewidywaniami chłopaki zaraz zasypiają. Nam się jedzie w sumie bez problemów, choć już nie tak dobrze jak wcześniej – jest ciemno i droga jest dużo gorsza. Przejechanie 120 km zajmuje ok. 2 godzin. Na miejscu jesteśmy o 19:45.

Ośrodek Leśna Polana, Bystre

Mamy wszystko, czego dusza zapragnie. Wygodny, ciepły dwupoziomowy domek z kominkiem i piękny las dookoła. Na miejscu zastajemy nawet pozostałości śniegu – niestety pewnie wszystko się stopi w najbliższych dniach.

 

Poniedziałek, 23 grudnia 2013

Od rana wszystko płynie, ok. 5 stopni, rano pochmurno, potem słońce

Rano z przyjemnością wyglądamy przez okno i oglądamy leśnie widoki.

Po śniadaniu idziemy na rekonesans po najbliższej okolicy. Chłopaki mają mnóstwo frajdy, ślizgając się po oblodzonej drodze – jednak dzieciom niewiele do szczęścia potrzeba. Podchodzimy pod ośrodek narciarski przy ośrodku Bystre – wyciąg chodzi, mamy nadzieję, że w kolejnych dniach chłopakom uda się wypróbować tutejsze trasy. Dzieciaki wypatrują stromą drogę w dół, idealną do zjeżdżania na jabłuszkach, po czym oddają się temu zajęciu przez najbliższe pół godziny. Są przeszczęśliwi. Ściągamy ich dopiero wtedy, gdy zauważamy, że buty Tyma są kompletnie przemoczone.

Bystre. Na spacer!.

Bystre. Na spacer!.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Ośrodek narciarski Bystre.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Jabłuszkowy raj.

Lokalne klimaty.

Lokalne klimaty.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Tylko na takiego bałwanka starczyło nam śniegu.

Artyzm w pełnej krasie.

Artyzm w pełnej krasie.

A ile radości!.

A ile radości!.

Po powrocie do domu i ubraniu towarzystwa w suche ciuchy podporządkowujemy się sygnałom wysyłanym przez nasze burczące brzuchy i wybieramy się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na obiad. Ulotki zostawione w naszym domku informują o dwóch pizzeriach w Baligrodzie, ale – ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu – jednej nie znajdujemy w ogóle, drugą z trudem, a i tak potem okazuje się (jeszcze) zamknięta. Realizujemy więc Plan B i ruszamy w kierunku wypatrzonego na mapie schroniska PTTK Kropiwne w Bystrem. Plan B również okazuje się niewypałem – przejeżdżamy drogą w jedną i w druga stronę parę kilometrów, a schroniska jak nie było, tak nie ma (potem okazuje się, że jego strona internetowa nie działa – czyżby schronisko było już zamknięte?). W końcu lądujemy na obiedzie w restauracji ośrodka wypoczynkowego Bystre. Nie ma tego złego – najadamy się do syta, jest smacznie i nie przesadnie drogo.

Po południu rozpakowujemy zakupy zrobione przy okazji w Baligrodzie i trochę się lenimy.

Chłopaki wybierają się jeszcze na spacer po ciemku „naszą” drogą dalej do góry. Jest straszna chlapa, więc wracają dość szybko.

Wieczorem słuchamy przy kominku audiobooka o Zezi i Gillerze – jest bardzo miło.

 

Wtorek, 24 grudnia 2013, Wigilia

Nie do wiary: 8 stopni i słońce

Po śniadaniu zgarniamy rzeczy potrzebne na dwa dni i o 9:15 wyruszamy do Dziadków w kierunku na Rzeszów. Na miejscu jesteśmy niewiele przed południem.

O 16:00 zaczynamy uroczystą Wigilię. Objadamy się niemiłosiernie, przychodzi Mikołaj, ani się spostrzegamy i robi się wieczór. Chłopcy pięknie bawią się ze starszym kuzynem, a nastoletnia Gabrysia chętnie chwilami zajmuje się Sebuniem – na wieczór mamy dzieciaki z głowy.

 

Środa, 25 grudnia 2013

Wiosennej pogody cd – temperatura dochodzi nawet do 10 stopni

Dzień zaczynamy Mszą Świętą w kościele farnym w Łańcucie. Potem czas na świąteczny obiad – obżarstwa ciąg dalszy. Miło spędzać rodzinne święta, ale po dwóch dniach za stołem chętnie wyrywamy się o 15:00 do naszego bieszczadzkiego domku. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Wita nad domek wygrzany kominkowym ciepłem – pani gospodyni zajrzała tu wcześniej, żeby napalić przed naszym przyjazdem.

Spędzamy prawdziwie świąteczny wieczór – zawieszamy nastrojowe światełka, śpiewamy kolędy przy kominku, przychodzą nawet dwie grupy kolędników. Dopiero czujemy, że odpoczywamy.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.

Z powrotem po świętach. Kolędowy wieczór.


 

26.12.2013, czwartek

Iście wiosenna aura, 10 stopni, Tymo nawet wypatrzył stokrotki na trawniku

Baligród

Jako że z nart nici, przerzucamy się na zwiedzanie i piesze wycieczki. Dziś przed południem wybieramy się na spacer do położonego tuż obok Baligrodu. Parkujemy przy rozległym rynku, którego układ sięga XVII w. Chłopaki od razu biegną do stojącego na środku czołgu. Co prawda po Bieszczadach jeździły czołgi innego typu, jednak chłopców to nie zraża –  uważnie badają szczegóły konstrukcyjne pojazdu.

Rynek w Baligrodzie.

Rynek w Baligrodzie.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Chłopcy studiują budowę czołgu.

Następnie kierujemy kroki do położonego kilkaset metrów dalej kirkutu. Cmentarz jest przepięknie położony na wzgórzu – już sama malowniczość terenu i piękny widok z góry na Baligród mogłyby być dobrą motywacją do wycieczki w te stronę. Chłopcy biegają po trawiastych pagórkach, a M. idzie z bliska obejrzeć kirkut. Kilkadziesiąt macew (najstarsza z pocz. XVII w.) jest zarośniętych trawą, część zachowała się w dobrym, część w dużo gorszym stanie. Cały teren jest zaniedbany. Pofałdowane krajobrazy przywodzą nam na myśl Bobową. Takie miejsca w wyjątkowy sposób skłaniają do refleksji i do wyciągania nie zawsze pozytywnych wniosków…

Na baligrodzki kirkut.

Na baligrodzki kirkut.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

Kirkut w Baligrodzie.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

M. z kirkutu wypatruje chłopaków.

Widok na Baligród z góry.

Widok na Baligród z góry.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Tutejsze pagórki są stworzone do biegania.

Po odwiedzeniu kirkutu chłopaki zabawiają chwilę na nieco podniszczonym placu zabaw w centrum Baligrodu, a M. idzie zrobić zdjęcie XIX-wiecznej cerkwii Uśpienia – największej murowanej cerkwi w Bieszczadach (świątynia przeszła ostatnio generalny remont). Potem podjeżdżamy jeszcze pod (niezbyt spektakularne) pozostałości wałów XVII-wiecznego zamku Balów (ród rycerski z XIV w.; miasto nazwane na cześć jego założyciela) i przejeżdżamy obok dwóch położonych niemal naprzeciw siebie kościołów katolickich – starego i nowego, w którym obecnie odbywają się nabożeństwa.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Murowana Cerkiew Uśnięcia (XIX), Baligród.

Opuszczamy Baligród, myśląc o dawnej bogatej i różnorodnej kulturze tego rejonu – dziś współistnienie obok siebie niemal w idealnej równowadze Żydów, grekokatolików, katolików i Bojków pozostaje tylko wspomnieniem, o którym przypominają baligrodzkie zabytki.

Żernica Wyżna

Drugi punkt dzisiejszego programu urzekł nas, gdy tylko wypatrzyliśmy go na mapie. Kawałek za Baligrodem w prawo odgałęzia się droga w kierunku dawnej wsi – obecnie już niemal zupełnie wyludnionej, po 4 km doprowadza do cerkiewki (1800 r), po czym kończy się. Taki lokalny koniec świata. Całość oprawiona w piękne pofałdowane krajobrazy. Niesamowicie malownicze miejsce. Chłopaki biegają wesoło zaraz po wypuszczeniu ich z samochodu – po spędzeniu dwóch dni za stołem dziś rozsadza ich energia.

Wracając zahaczamy jeszcze o baligrodzki cmentarz wojenny.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Cerkiew w Żernicy Wyżnej.

Żernica Wyżna - lokalny koniec świata.

Żernica Wyżna – lokalny koniec świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Bieszczadzka pasieka na końcu świata.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Cmentarz wojenny w Baligrodzie.

Napis jest wymowny...

Napis jest wymowny…

Popołudniowy spacer w kierunku Roztok Dolnych

Po południu wybieramy się na spacer leśną drogą w pobliżu naszego ośrodka. Grudniowy dzień jest bardzo krótki i zaraz po 15:00 robi się szaro. Droga jest błotnista, z pozostałościami  lodu. Mimo to spacer jest bardzo przyjemny. Sielanka kończy się w momencie, gdy Sebuś przewraca się jak długi na brejowatą drogę, przemaczając sobie dokumentnie spodnie. Nie ma wyjścia, zawracamy.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczorny spacer w kierunku Roztok Dolnych.

Wieczór przy kominku z grami i innymi rodzinnymi rozrywkami rekompensuje nam jednak skróconą przechadzkę. Znów nawiedzają nas dwie grupy kolędników – dziś otwieramy im już mniej chętnie:)

 

27.12.2013, piątek

Pogoda nie do wiary: 13 stopni i słońce – wiosna

Lesko

Dzisiejsza wycieczka do Leska satysfakcjonuje nas pod wszelkimi względami – od przyrodniczych po architektoniczno-kulturowe. Atrakcje są położone niedaleko od siebie i spacer po mieście nie jest forsujący nawet dla małych dzieci. Miasteczko jest urokliwe, a słynna leska synagoga na długo zostaje w pamięci.

Wizytę w Lesku zaczynamy od podjechania samochodem na parking w pobliżu słynnego Kamienia Leskiego. Ścieżka po chwili doprowadza do imponującej grzędy skalnej – odkryta skała ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów, osiągając miejscami wysokość nawet 20 m. Ścieżki umożliwiają obejście skały dookoła. Taki spacer pozwala na docenienie jej rozmiaru, jest przy tym bardzo atrakcyjny dla chłopców. Wycieczka do rezerwatu przyrody Kamień Leski to żelazny punkt programu, szczególnie z dziećmi.

Rezerwat Kamień Leski.

Rezerwat Kamień Leski.

Szlak jak w górach.

Szlak jak w górach.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Kamień Leski w pełnej okazałości.

Oglądamy go z każdej strony.

Oglądamy go z każdej strony.

Kamień Leski - imponujące rozmiary.

Kamień Leski – imponujące rozmiary.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Drzewa przy nim wydają się niewielkie.

Po leśnym spacerze podjeżdżamy do centrum Leska. Parkujemy na Nowym Rynku i ruszamy na spacer. Zaraz po wyjściu z samochodu lokalizujemy ładny budynek XIX-wiecznego ratusza z ciekawym „dłutowatym” dachem. Potem kierujemy się w kierunku słynnej leskiej synagogi (XVI/XVII w.). Widzieliśmy ją już wielokrotnie w różnych publikacjach turystycznych i bardzo cieszyliśmy się, że zobaczymy ją wreszcie na własne oczy. Budynek, wyróżniający się niezwykle oryginalną okrągłą wieżą, łączył funkcje kultowe z obronnymi. Obecnie nie służy już celom religijnym (mieści galerię bieszczadzkiej sztuki), ale jego niezwykła sylwetka nadal przyciąga wzrok. Niedaleko synagogi, na wzgórzu znajduje się jeden z najcenniejszych cmentarzy żydowskich w Polsce, z nagrobkami nawet z XVI w. Brama jest zamknięta, ale przechodząca pani podpowiada nam, do którego domu trzeba zapukać, by uzyskać klucz (żółty budynek po przeciwnej stronie ulicy). Chętnie korzystamy z okazji i wchodzimy na teren kirkutu. Usytuowanie na wzgórzu, wśród starych drzew sprawia, że miejsce jest niezwykle malownicze, jednak widok zniszczonych, porosłych mchem i niekiedy poprzewracanych macew składnia do smutnych refleksji. Tymo pyta, dlaczego obecnie nie ma kto dbać o żydowskie groby. Odpowiadamy, jak umiemy…

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Ratusz w Lesku (kon. XIX).

Szkoda, że fontanna nieczynna...

Szkoda, że fontanna nieczynna…

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Synagoga w Lesku (XVI-XVII).

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Bramę kirkutu zastajemy zamkniętą.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Na szczęście udaje nam się wejść.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Leski kirkut.

Około południa zaczyna nam burczeć w brzuchach, więc dobrze się składa, że na ul. Moniuszki lokalizujemy przyzwoitą pizzerię. Pokrzepieni pizzą i dużą porcją sałatek chętnie ruszamy dalej. Podchodzimy pod późnogotycki (XVI w.) kościół parafialny (barokowa dzwonnica w remoncie), po czym cofamy się na kameralny, zadrzewiony stary rynek. Na balkonie jednej z otaczających go kamienic R. wypatruje opisywaną w przewodniku kratę z motywem menory, stanowiącą niegdyś … część wyposażenia leskiej synagogi. Ostatnim punktem programu podczas pobytu w Lesku jest zahaczenie o XVI-wieczny zamek Kmitów (obecnie pensjonat), sąsiadujący z miłym parkiem zamkowym.

Późnogotycki kościół parafialny.

Późnogotycki kościół parafialny.

Stary rynek.

Stary rynek.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Kamienica z balustradą pochodzącą z synagogi.

Zamek Kmitów (XVI).

Zamek Kmitów (XVI).

Cała wycieczka do Leska jest przesympatyczna.

W drodze powrotnej do Bystrego zajeżdżamy w Baligrodzie na myjnię samochodową. M. podziwia heroiczne zmagania R. z tłustym bieszczadzkim błotem, które aż za dobrze zadomowiło się na karoserii naszego samochodu.

Późnym popołudniem chłopaki podchodzą jeszcze pod wyciąg narciarski na Dzidową i palą po ciemku zimne ognie.

Wieczorem kolejna sesja przy kominku ze szwedzkim serialem Millenium – mamy możliwość dobrze utrwalić sobie książkę.

 

28.12.2013, sobota

Wieczorem nawet na chwilę złapał przymrozek, ale potem znowu ciepło, piękny wiosenny i słoneczny dzień, do 12 st.

Solina

Wykorzystujemy ten – prawdopodobnie już ostatni – tak słoneczny dzień na spacer nad „bieszczadzkim morzem”. Już sam dojazd drogą wijącą się wśród wzgórz sprawia nam dużą frajdę. Spacer po długiej na ponad 600 metrów koronie zapory w promieniach zimowego (a jakby wiosennego…) słońca to naprawdę wielka przyjemność! Nawet podmuchy wiatru są dzisiaj całkiem ciepłe.

W stronę Jaworu idziemy prawie sami, okolica przystani też jest zupełnie opustoszała. Po krótkim odpoczynku na ławeczce (chłopcy piją soczki, wszyscy wygrzewamy się na słoneczku) ruszamy z powrotem. Tym razem na zaporze jest już więcej spacerowiczów. Chłopcy urządzają wyścigi, a Sebuś opowiada przygodnym turystom o dzidzi, od której będzie starszy, a która teraz jest u mamy w brzuchu:)

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Rzut oka na drugą stronę zapory.

Jezioro Solińskie.

Jezioro Solińskie.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Konstrukcja zapory budzi respekt.

Uśpiona przystań.

Uśpiona przystań.

Zapora w Solinie.

Zapora w Solinie.

Chłopcy szaleją...

Chłopcy szaleją…

Ciekawe, do czego służą te urządzenia...

Ciekawe, do czego służą te urządzenia…

Potem buszujemy przez chwilę po kramach w poszukiwaniu jakiejś sensownej pamiątki. Planowaliśmy nowe poduszeczki, ale w końcu za namową chłopców decydujemy się na „pukawki”, strzelające gumowymi korkami na nitce. Chłopcy są przeszczęśliwi i cały dzień bawią się nową zabawką. Tymuś stwierdza nawet, że to najlepsza pamiątka, jaką kiedykolwiek miał!

Kramy w Solinie.

Kramy w Solinie.

Na koniec idziemy do restauracji w pobliżu głównego parkingu. Wczesny obiad poprawia nam humory. Tymuś zjada ulubione spaghetti, Sebuś pierogi ruskie, a my barszcz z uszkami i placki ziemniaczane z gulaszem. Budynek ośrodka jest dość niepozorny, ale w środku zadbany, a z okien restauracji jest piękny widok na jezioro Solińskie i otoczenie zapory.

Naprawdę warto zajrzeć do Soliny, bo ogrom największej zapory w Polsce budzi prawdziwy respekt, a jezioro i otaczające je wzgórza są przepiękne. Niestety, sama najbliższa okolica zapory to po prostu totalny odpustowy chaos. W porównaniu z tym zakopiańskie Krupówki są po prostu świetnie zorganizowane… Niestety tu i tu króluje komercja i nie są to wymarzone miejsca do spokojnego wypoczynku i obcowania z naturą. Na szczęście brzegi jeziora solińskiego są dostatecznie długie, żeby znaleźć jakąś zaciszną zatoczkę…

Wracając do domu, zatrzymujemy się na chwilę w Średniej Wsi, by sfotografować najstarszy w Bieszczadach drewniany,  XVI-wieczny kościół Narodzenia NMP i rzucić okiem na położony obok park podworski z okazami kilkusetletnich dębów i lip.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Kościół Narodzenia NMP w Średniej Wsi, XVI w.

Chłopcy o dziwo nie zasypiają w drodze powrotnej. W ogóle należy im się duża pochwała, bo nie marudzili, tylko dzielnie (nawet ze sporymi harcami…) pokonali trasę ok. trzykilometrowego spaceru. Świetni z nich kumple.

Po południu, chcąc skorzystać z reszty słonecznego dnia, wychodzimy przed 15:00 na spacer drogą w kierunku Rabego. Nadal miejscami przeszkadza strasznie kleiste błoto, więc zawracamy w okolicy skrętu do starego kamieniołomu. Spacer zaczynamy i kończymy na należącym do naszego ośrodka placu zabaw, a największą atrakcją znowu są zimne ognie, rozświetlające zapadający zmrok.

Przedwieczorny spacer.

Przedwieczorny spacer.

Zimne ognie.

Zimne ognie.

Potem delektujemy się spokojnym wieczorem z chłopcami, m.in. oglądamy początek „Strażników marzeń”. Potem oczywiście kolejna część „Millennium”… Kominek grzeje aż za bardzo, więc nauczeni wczorajszym doświadczeniem (było tak gorąco, że Sebuś i my nie mogliśmy spać…) nie dokładamy zbyt wiele do ognia.

 

29.12.2013, niedziela

W nocy b. silny wiatr, dzień znów z częstymi przebłyskami słońca i temperaturą w okolicy 10 stopni

Sanok

Niedzielę przeznaczamy na wycieczkę do tego pięknie położonego nad Sanem miasta. Zaczynamy od dwugodzinnego spaceru po jednym z największych i najciekawszych w Polsce skansenów. Sanockie muzeum budownictwa ludowego wyróżnia się arcyciekawą ekspozycją etnograficzną – na pagórkowatym, częściowo zalesionym terenie można zobaczyć przykłady budownictwa bojkowskiego, łemkowskiego, a także typowego dla zamieszkujących tereny bardziej na północ Pogórzan i Dolinian. Dla chłopaków wycieczka do sanockiego skansenu to przede wszystkim miły spacerek – biegają, rozładowując nadmiar energii, cieszą się lizakami i przerwą na małe co nieco, chętnie zaglądają do udostępnionych wnętrz. Obaj są doskonałymi kompanami – jesteśmy dumni zwłaszcza z Sebusia, który – mimo że jest naszym najmłodszym turystą – ma dziś chyba najwięcej siły i bez problemu spędza dwie godziny na nogach (drugą połowę dystansu niemal bez przerwy biegną razem z Tymkiem). Dla nas oglądanie obiektów zgromadzonych w skansenie to prawdziwa gratka – cały teren jest podzielony na działy (zrekonstruowany małomiasteczkowy galicyjski rynek, Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie, Dolinianie oraz dział poświęcony historii wydobycia i przetwarzania ropy naftowej), co ułatwia turyście zorientować się, co akurat ogląda. Najbardziej zapada nam w pamięć XVIII-wieczna bojkowska cerkiew grekokatolicka z Grąziowej (z oryginalnym dachem, bez kopuł, przypominającym stóg siana) oraz  – również bojkowska – maleńka, prześliczka cerkiewka z Rosolina (XVIII w.), efektowna łemkowska cerkiew grekokatolicka z Ropek (pocz. XIX w.) z pięknymi drewnianymi kopułami oraz drewniany kościół  z Bączala Dolnego (XVII); chętnie oglądamy też rekonstrukcję małomiasteczkowego rynku – gdy oglądaliśmy taki rynek w litewskim skansenie w Rumszyszkach, narzekaliśmy, że w polskich skansenach najczęściej można zobaczyć tylko budynki wiejskie. Wszyscy kończymy spacer zadowoleni. Żałujemy tylko, że skansenowa karczma jest poza sezonem nieczynna (pilnuje jej tylko biały, wyjątkowo spasiony kot); chłopcy też pewnie doceniliby jakiś ukłon w stronę dzieci typu ludowy plac zabaw itp. Ale ogólnie rzecz biorąc, wizyta w sanockim skansenie jest bez dwóch zdań warta polecenia rodzicom z dziećmi w każdym wieku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku.

Wypasiony strażnik skansenu...

Wypasiony strażnik skansenu…

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna...).

Skansenowa karczma (w zimie nieczynna…).

Galicyjski Rynek.

Galicyjski Rynek.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Na Galicyjskim Rynku.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Można nawet spojrzeć z lotu ptaka.

Bojkowskie chaty.

Bojkowskie chaty.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Spacer po sektorze bojkowskim.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Zaraz będzie lekcja pt. Jak działał młyn wodny.

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Graziowej (XVIII).

Wewnątrz piękny ikonostas.

Wewnątrz piękny ikonostas.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Zaglądamy do wnętrza.

Zaglądamy do wnętrza.

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Cerkiew bojkowska z Rosolina (XVIII).

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Przechodzimy do kolejnego sektora.

Łemkowska chata.

Łemkowska chata.

Łemkowska wieś.

Łemkowska wieś.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Dzwon cerkiewny odkopany w 2006 r.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Wnętrze cerwki z Ropek.

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Cerkiew łemkowska z Ropek (pocz. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Odpoczynek pod dawną karczmą (kon. XIX).

Sanok z terenu skansenu.

Sanok z terenu skansenu.

Sektor naftowy.

Sektor naftowy.

Sektor Pogórzan.

Sektor Pogórzan.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Czy ktoś widział dom w kropki.

Zagroda Pogórzan.

Zagroda Pogórzan.

Coś dla małych strażaków.

Coś dla małych strażaków.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Dochodzimy do wioski Pogórzan Wschodnich.

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Kościół z Bączala Dolnego (XVII).

Spacer na świeżym powietrzu wszystkim zaostrza apetyty. Podjeżdżamy do centrum Sanoka i dalsze zwiedzanie zaczynamy od położonej na rynku regionalnej karczmy, oferującej dania bojkowskie, łemkowskie i ukraińskie. To miejsce, w którym wizyty nie będą żałować wszyscy miłośnicy prawdziwych, zapomnianych smaków. Próbujemy zupy łewesz, chlipców, hreczanyków i stolników – kto jest ciekawy, jak smakują te zagadkowe potrawy, sam powinien spróbować. Chłopaki pałaszują pierogi (ruskie i z mięsem) z mąki razowej. Palce lizać.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Karczma regionalna ma pierwszeństwo.

Posileni regionalnymi specjałami chętnie spacerujemy po sympatycznym sanockim rynku (kamieniczki XIX, XX w.). Odnajdujemy kościół franciszkanów (XVII, i XVIII, przeb. XIX w.), chłopcy oglądają urządzoną przed nim szopkę; lokalizujemy  ratusz, wyglądamy na zamkniętą dla ruchu samochodowego ul. 3 Maja. Po wizycie na rynku przenosimy się pod sanocki zamek (XIV, przeb. XVI w.). Z tej niegdyś imponującej budowli przetrwało do dzisiejszych czasów tylko skrzydło. Nie decydujemy się na obejrzenie ogromnej kolekcji ikon (XV-XIX w.) oraz wystawy malarstwa Beksińskiego, uznając, że byłoby to już po całym dniu na nogach zbyt trudne wyzwanie dla chłopców, ale wchodzimy na urządzony na miejscu niezachowanej baszty punkt widokowy, z którego rozlega się bardzo malownicza panorama na San i pofalowany krajobraz Gór Słonnych.

Sanocki rynek.

Sanocki rynek.

Zachodnia pierzeja rynku.

Zachodnia pierzeja rynku.

Ratusz w Sanoku.

Ratusz w Sanoku.

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

W tle kościół Franciszkanów (XVII, XVIII).

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Rynek to świetne miejsce do pobiegania.

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Zamek w Sanoku (XIV, przeb. XVI).

Widać miejsce po dawnej studni.

Widać miejsce po dawnej studni.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońcy sanockich murów.

Obrońca Sebuś.

Obrońca Sebuś.

Widok na San i Góry Słonne.

Widok na San i Góry Słonne.

Wracając na parking, spoglądamy jeszcze na położoną niedaleko zamku XVIII-wieczną cerkiew Trójcy Świętej.

Sanok to przesympatyczne miasto, oferujące turystom w każdym wieku dużo do zobaczenia. Rodzinom z dziećmi szczególnie polecamy wizytę w sanockim skansenie i odwiedzenie podzamkowego punktu widokowego z urzekającą panoramą, na pewno nie będzie się też  żałować spróbowania dawnych specjałów w regionalnej karczmie.

Po południu chłopaki jadą na 18:00 na mszę do Leska. Wracają witani ciepłym ogniem z kominka. Wieczorem kończymy naszą przygodę z sagą Millennium.

Bieszczadzka Gwiazdka, 2013/2014

Plany na tegoroczne ferie pokrzyżował kalendarz. Tymo w szkole miał mieć przerwę dopiero na dwa ostatnie tygodnie lutego – w terminie, w którym M. nie mogła wziąć urlopu, a i R. nie było to za bardzo na rękę. Po rodzinnej debacie doszliśmy do wniosku, że jedynym terminem, w którym wyjazd odpowiada wszystkim, jest okres świąteczno-noworoczny. Jako że jesteśmy tradycjonalistami i nie wyobrażamy sobie Świąt Bożego Narodzenia bez rodzinnego spotkania przy stole, wpadliśmy na rozwiązanie kompromisowe – wyjazd w Bieszczady, który pozwoli nam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: spędzić dwa tygodnie z chłopcami na świeżym powietrzu w górach i jednocześnie wyrwać się na Wigilię i Pierwszy Dzień Świąt do położonego 120 km stamtąd domu Rodziców R. Wybieramy ośrodek Bystre z sensownym ośrodkiem narciarskim, położony niedaleko Baligrodu. Continue reading

Bieszczady, 2012.09

Bieszczadzkie babie lato

wrzesień 2012

 

Jesienna konferencja R. jest dla nas doskonałym pretekstem do wypadu w Bieszczady. Prognozy pogody są bardzo zachęcające, więc cieszymy się tym bardziej. Pierwotnie planujemy wyjechać tylko we dwoje, a chłopców zostawić z Dziadkami, ale tak bardzo cieszą się na wspólny wyjazd, że decydujemy się nieco okroić nasze plany górskie i wyjechać całą rodziną.

 

26 września 2012, środa                                             

dzień jak wspomnienie lata, 25 stopni i słońce!

Warszawa – Kraczkowa

Rano zwykły dzień, R. idzie normalnie do pracy, a chłopcy do szkoły i przedszkola. M. zostaje w domu i uwija się jak może, by spakować nas wszystkich na wyjazd. Nieco po 15:00 stawiamy się już zwarci i gotowi pod szkołą/przedszkolem, odbieramy chłopaków i w długą!

Wyjazd z Warszawy jest po prostu koszmarny. Dość powiedzieć, że po godzinie ledwo dojeżdżamy z Woli w okolice Okęcia. W pobliżu Tarczyna już wszyscy mamy dosyć, więc zarządzamy postój pod znakiem czerwonego M. Chłopcy przegryzają coś i szaleją na placu zabaw, my wzmacniamy się kawą.

Potem na szczęście jedzie się już lepiej, choć właściwie resztę drogi musimy odbyć po ciemku. Ok. 20:00 zatrzymujemy się w McD w Ostrowcu Świętokrzyskim, dajemy Sebusiowi twarożek na kolację i podziwiamy kolejne rekordy czasu Tyma w labiryncie Gym&Fun. M. spaceruje jeszcze chwilę z Regą i wsiadamy na ostatnią porcję jazdy. Tymo zasypia niemal od razu, za to Sebuś robi wszystko, żeby nie zasnąć. Na szczęście pora dnia robi swoje i w końcu – uff – także w okolicach jego fotelika zalega cisza.

Dojeżdżamy do Rzeszowa i Dziadków ok. 22:30.

 

27 września 2012, czwartek                                                      

aż trudno uwierzyć: 26 stopni (choć wietrznie)

Kraczkowa – Polańczyk – Strzebowiska

Po wczorajszym pośpiechu mamy ochotę na odrobinę relaksu. Nie śpieszymy się zanadto i zabawiamy u Dziadków aż do wczesnego obiadu. Dopiero ok. 12:30 przyjmujemy azymut Bieszczady.

Pierwszy postój wypada około 14:30 w Polańczyku, gdzie R. szybko załatwia swoje sprawy, a M. spaceruje z chłopcami po parku zdrojowym. Przechadzka po leśnych alejkach wśród dostojnych drzew to prawdziwy relaks. Schodzimy stromymi ścieżkami aż nad brzegi zatoczki Jeziora Solińskiego. Chłopaki biegają i wypatrują wśród drzew kolejnych wiewiórek (stwierdzamy ze smutkiem, że widzimy same ciemne, te amerykańskie). Po niedługim czasie dołącza do nas R. i jemy przemiły podwieczorek (ach, te maliny!) na parkowej ławeczce. Delektujemy się miłym ciepłym wiatrem – pewnie to już ostateczne pożegnanie lata.

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

Zatoka Jeziora Solińskiego w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

R. na konferencji, my biegamy po parku zdrojowym w Polańczyku

Przed 16:00 ruszamy w dalszą drogę. Za Polańczykiem skręcamy na Terkę i tym samym wjeżdżamy na boczne drogi. Od razu robi się przepięknie, malowniczo. Koniec września to chyba najwcześniejsza możliwa pora do cieszenia się pięknymi kolorami jesieni w górach. Wybiegani chłopcy odpływają w samochodzie, więc mamy możliwość w ciszy delektować się pięknym krajobrazem.

Docieramy na miejsce przed 17:00. Tym razem na metę wybraliśmy sobie niewielką miejscowość Strzebowiska, która wita nas przepięknym widokiem na Połoninę Wetlińską. Szybko odnajdujemy panią Jolę, która pokazuje nam nasz domek i bierzemy się za szybkie rozpakowywanie. Wynajmujemy dolną kondygnację domku, mamy do dyspozycji dwie sypialenki, aneks kuchenny i obszerny przedpokój z drewnianym stołem; jak na nasze potrzeby super.

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Już na miejscu. Widoki na Połoninę Wetlińską ze Strzebowisk

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Połonina Wetlińska wieczorową porą z tarasu naszego domku

Chłopaki długo biegają po zielonym terenie dookoła domku (niewielki, ale miły plac zabaw, miejsce na ognisko i – o zgrozo – stawek, który natychmiast lokalizuje Sebuś), a potem Tymo sprawnie uzupełnia część zadań, które dziś robiłby w szkole.

Wieczorem panowie wybierają się na krótki spacer po okolicy, a M. kończy nas rozpakowywać.

Idziemy spać z wielką nadzieją, że prognozowane na jutro załamanie pogody pozwoli nam odbyć wycieczkę w góry.

 

28 września 2012, piątek

pogoda znowu cudowna, ok. 22oC i słoneczko, chociaż rano powietrze ostre

Wieczorem przeżyliśmy chwile grozy, gdy usłyszeliśmy czyjeś kroki na tarasie górnego apartamentu (który jest nad naszym sufitem) i baliśmy się, że to złodzieje… Dopiero rano wyjaśniło się, że to przyjechali w nocy nowi goście.

Na szczęście zapowiadane załamanie pogody okazało się bardzo krótkie, tylko nad ranem chwilę popadało, potem szybko się rozpogodziło i pogoda zafundowała nam przepiękną, ciepłą złotą polską jesień.

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno...

Budzimy się rano i wyglądamy przez okno…

Przełęcz Wyżnia – Chatka Puchatka

Dzisiejszą wycieczkę rozpoczęliśmy na Przełęczy Wyżniej, kierując się żółtym szlakiem na Połoninę Wetlińską do schroniska Chatka Puchatka.

Zaskoczyła nas naprawdę duża liczba turystów na szlaku, zwłaszcza jak na zwykły wrześniowy piątek. Szło sporo osób w średnim i „mocno średnim” wieku oraz kilka dużych grup.

Szlak wygodny, w przeważającej części szeroką kamienistą drogą. Otoczenie niezwykle malownicze – znaczna część trasy wiedzie przez piękne jesienne buczyny, a na końcu odsłaniają się po prostu bajkowe widoki na obie połoniny, okolice Tarnicy i pozostałe okoliczne szczyty. Cieszymy się słońcem i prawdziwie letnią pogodą.

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Pomnik ku pamięci Harasymowicza

Nasz cel przed nami

Nasz cel przed nami

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Z Przełęczy Wyżniej do Chatki Puchatka. Droga jak autostrada

Czas na pierwszy postój

Czas na pierwszy postój

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Wyżej odsłaniają się widoki jak z bajki

Połonina Wetlińska w tle

Połonina Wetlińska w tle

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Jesień na Połoninie Wetlińskiej

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Chłopcy liczą szczyty na horyzoncie

Połonina Caryńska o rzut beretem

Połonina Caryńska o rzut beretem

Po nacieszeniu oczu widokami kierujemy się na odpoczynek do Chatki Puchatka. Schronisko jest położone przepięknie, a brak wody, prądu i spartańskie warunki nadają mu niepowtarzalny klimat. Zgodnie stwierdzamy jednak, że miejsce byłoby jeszcze przyjemniejsze, gdyby gospodarz zadbał bardziej o porządek i czystość…

Zjadamy dość drogi żurek (jedyne, co było do jedzenia) i popijamy herbatą z cytryną.

Chatka Puchatka

Chatka Puchatka

W drewnie mieszka leśny duszek...

W drewnie mieszka leśny duszek…

Droga powrotna mija bardzo sprawnie. Dokarmiamy jeszcze Sebusia na punkcie widokowym na Przełęczy Wyżniej i wracamy samochodem do domku.

Nasz dzisiejszy spacer to świetna trasa na spacer z dziećmi: ma dobre nachylenie (choć kamienie na drodze mogą być dla małych nóżek męczące) i jest najkrótszym dojściem na połoninę.

Tymuś bez problemu wchodzi i schodzi całą trasę, bawiąc się patykami i słuchając opowieści M. Sebuś w górę sporo jedzie w nosidełku, ale z czasem się rozkręca i coraz więcej idzie na własnych nóżkach. W dół schodzi już samodzielnie około 2/3 trasy, zmęczenie okazuje właściwie już na ostatniej prostej.

Najlepszą zabawę chłopcy mieli ze zrywaniem owoców głogu, które Sebuś ochrzcił mianem „bomb bomb”.

Nasz czas: (9:30-14:00 w obie strony z odpoczynkami)

Bieszczadzka jesień

Bieszczadzka jesień

Czas z powrotem

Czas z powrotem

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Zejście na Przełęcz Wyżnią. Jest czadowo!

Gdzie są 'bomby bomby'...

Gdzie są ‚bomby bomby’…

Braterska miłość

Braterska miłość

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Zejście na Przełęcz Wyżnią

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Podziwiamy widoki na Caryńską i Tarnicę

Bieszczadzkie klimaty

Bieszczadzkie klimaty

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Połonina Caryńska i Tarnica z Przełęczy Wyżniej

Po południu S. ucina sobie zasłużoną drzemkę w domku, a Tymuś uzupełnia lekcje ze szkoły i biega na świeżym powietrzu po terenie dookoła domku.

Wypad do Bacówki pod Honem

Po małym podwieczorku wybieramy się jeszcze odwiedzić kolejne bieszczadzkie schronisko.

Jedziemy do Cisnej i podjeżdżamy w pobliże Bacówki pod Honem. Podchodzimy z chłopcami ostatni dość stromy kawałek drogą (ok. 300 m), żeby jeszcze trochę zmęczyć ich przed spaniem.

Schronisko położone na polanie, odznacza się prawdziwie górską atmosferą, a przy tym, w przeciwieństwie do poprzedniego, jest zadbane i czyste.

Jemy pyszne naleśniki z serem (domowym) i dżemem, popijamy herbatką (za rozsądną cenę) w oryginalnej jadalni, gdzie „ubrania wiszą na suficie”, jak to powiedział Sebuś – na ścianach i suficie powieszone są koszulki z pamiątkowymi wpisami gości.

Do domu wracamy już o zmroku i podziwiamy panoramę połonin w świetle księżyca w pełni…

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Popołudniową wycieczkę czas zacząć

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Z Cisnej do Bacówki pod Honem to tylko kilka kroków

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem

Bacówka pod Honem - świetne miejsce na kolację

Bacówka pod Honem – świetne miejsce na kolację

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

Pełnia księżyca nad Bieszczadami

 

29 września 2012, sobota

rano przepięknie i słonecznie, potem się trochę chmurzy, ale i tak temperatura letnia, do 21 stopni

Ranek mamy gorący, bo oprócz standardowego wyszykowania się na wycieczkę musimy się jeszcze spakować do domu i na nocleg do Dziadków. Mimo to udaje nam się dość sprawnie zebrać i już o 9:30 wskakujemy zwarci i gotowi do samochodu.

Spacer do Bacówki pod Małą Rawką

Pierwotnie planujemy wejść aż na Małą Rawkę, ale z uwagi to, że Sebuś jest niewyraźny i znów coś mocniej kaszle (w końcu kończy się na Bactrimie…) i że musimy wrócić w okolice Rzeszowa na 16:00 na urodzinowy obiad kuzynki chłopców, Gabrysi, skracamy spacer do około kilometrowego podejścia do Bacówki pod Małą Rawką. Może i dobrze się stało, bo nie śpieszymy się, pozwalaliśmy chłopakom na ich małe szczęścia w postaci wypatrywania owoców głogu (wspominane już „bomby bomby”) i wrzucania kamieni do wody, a my mogliśmy do woli delektować niezwykle malowniczymi okolicami obu połonin w jesiennej szacie. Jest naprawdę przepięknie… Zadziwia nas duża ilość ludzi na szlakach, turyści głównie w średnim i starszym wieku, przewija się też sporo studentów. Czujemy się jak w środku wakacyjnego sezonu na tatrzańskich ścieżkach.

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

Spojrzenie na Połoninę Wetlińską (wczoraj tam byliśmy!)

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

W drodze do Bacówki pod Małą Rawką

Do zdjęcia gotowi, start!

Do zdjęcia gotowi, start!

Widok na okolice Tarnicy

Widok na okolice Tarnicy

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Przyszły turysta górski w pełnej krasie

Krok w krok za starszym bratem

Krok w krok za starszym bratem

Jesienny stok Rawki

Jesienny stok Rawki

Jesienne pejzaże

Jesienne pejzaże

Bacówka pod Małą Rawką wita nas przytulnym wnętrzem i przepysznymi naleśnikami z jagodami. Aaach… Objadamy się jak bąki.

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką przed nami!

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Bacówka pod Małą Rawką

Droga zejściowa mija szybko, do parkingu mamy blisko, a chłopcom w dół jak zawsze maszeruje się znacznie sprawniej.

Nasz czas: 10:15-12:45

Ach, ta jesień

Ach, ta jesień

Jesienne barwy

Jesienne barwy

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Ostatnie spojrzenie na jesienne Bieszczady

Z parkingu pod Małą Rawką jedziemy już prosto do Dziadków. Sebuś zasypia niemal natychmiast, Tymusia pod koniec też morzy sen. Droga przez Bieszczady cieszy oczy, potem tylko męczą nas coraz to nowe zakręty i kolejne obszary zabudowane. 180 km jedziemy 2,5 godziny.

Po południu świętujemy wszyscy 13. urodziny Gabrysi. A my cieszymy się, że udało nam się wyrwać na ten wyjazd i zobaczyć w pięknym jesiennym słońcu niezwykle malownicze bieszczadzkie krajobrazy. W Bieszczady wrócimy na pewno jeszcze nie raz, bo ciągną, oj ciągną!