Dolomity, dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Masyw Cristallo już był, masyw Selli również, dziś przyszła pora na Tofany ( na zdjęciu powyżej widziane z masywu Selli). Spośród dostępnych szlaków wybieramy ferraty di Dentro i Formenton, umożliwiające przejście granią między Tofaną di Mezo (3244 m n.p.m.) i Tofaną di Dentro (3238 m n.p.m.) oraz zejście do pośredniej stacji kolejki.

Przejście ferratą między Tofaną di Mezzo i Tofaną di Dentro

Po drodze zatrzymujemy się fotograficznie w uroczej miejscowości Caprile, przez którą prawie codziennie przejeżdżamy.

Urocza miejscowość Caprile - widujemy ją po drodze.

Urocza miejscowość Caprile – widujemy ją po drodze.

Rano w pełnej turystów Cortinie mamy przejściowe problemy ze zlokalizowaniem dojazdu na parking pod kolejkę linową na Tofany – drogowskazów prawie brak i musimy polegać na mapie. Uff, udało się. Zaraz na parkingu spotykamy sympatyczną rodzinę z Polski, zamieniamy kilka słów, po czym szybko kupujemy bilet i prawie od razu wskakujemy do kolejki. Kolej linowa wiodąca z Cortiny na Tofanę di Mezzo to imponujące założenie inżynieryjne. Wjazd przebiega trzyetapowo, a ostatni odcinek wagonik pokonuje bez dodatkowych podpór dla liny. Wysokogórskie widoki rozlegające się dookoła dosłownie zapierają dech w piersiach. Wjazd na Tofanę jest godny polecenia choćby jako atrakcja sama w sobie, nawet dla osób nieprzepadających za wędrówkami po górach.

Z górnej stacji kolejki wychodzi się prosto na wspaniały widokowy taras, na którym można zażywać kąpieli słonecznych i rozkoszować się wspaniałymi panoramami. Łatwa ścieżka wprowadza na szczyt Tofany di Mezzo (3244 m n.p.m.) – warto tu podejść te kilka minut, bo widoki faktycznie są zachwycające. A my pobijamy kolejny rekord wysokości! Nie do końca się liczy, bo jednak kolejką, ale zawsze!

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Szczyt Tofany di Mezzo z tarasu przy górnej stacji kolejki.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Tofana di Roses ze szczytu Tofany di Mezzo, w tle Marmolada.

Górna stacja kolejki z tarasem - solarium, w tle masyw Cristallo.

Górna stacja kolejki z tarasem – solarium, w tle masyw Cristallo.

Sama ferrata zaczyna się nieco poniżej szczytu. Zakładamy kaski, uprzęże i lonże i ruszamy. Za nami kilkoro innych turystów – trasa ta cieszy się (zasłużenie!) dużą popularnością.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Początek ferraty na Tofanę di Dentro, widać ją w całej okazałości.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Widok na Zimes de Fanes, w tle Marmolada i Sella.

Pierwszy odcinek trasy nie jest trudny technicznie i wiedzie trawersem po półce skalnej. Jednocześnie to idealna okazja do studiowania budowy geologicznej Tofan. Spoglądamy na zostającą w tyle Tofanę di Mezzo – tu płyty skalne chyba stanęły na głowie!

Tofana di Mezzo - niesamowicie wygląda od tej strony.

Tofana di Mezzo – niesamowicie wygląda od tej strony.

Trudniej zaczyna się robić dopiero za przełęczą – opuszczamy wygodną półkę, a grań robi się powietrzna. Bardziej wymagające odcinki są jednak krótkie, a trudności nie przewyższają tych znanych z Orlej Perci. Należy uważać zwłaszcza na odcinkach bez zabezpieczeń – ścieżeczka jest wąziutka, a ekspozycja ogromna.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Na ferracie w okolicy przełęczy między Tofanami.

Patrzymy przez okno skalne, a tam - Marmolada.

Patrzymy przez okno skalne, a tam – Marmolada.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Cortina spod szczytu Tofany di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Końcówka ferraty na Tofanę di Dentro.

Po niespełna półtorej godziny od wyruszenia na ferratę stajemy na Tofanie di Dentro (3238 m n.p.m.). Na szczycie spotykamy niezwykle sympatyczną grupę Włochów – mocno starszych panów (80 na karku!) i naszych znajomych Państwa z parkingu. Z chęcią zatrzymujemy się na postój, bo kiszki z głodu marsza raźno grają. Znajdujemy idealny do tego celu grajdołek kilka kroków za szczytem z pozostałościami drewnianej konstrukcji. Mili panowie śmieją się, że znaleźliśmy świetną restaurację i robią nam wspólne zdjęcie 😉

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Widok z Tofany di Dentro, północny horyzont zajmują Alpy.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Nareszcie mamy zdjęcie we dwoje!.

Croda Rossa na tle Alp.

Croda Rossa na tle Alp.

Ristorante Tofana.

Ristorante Tofana.

Zejście z Tofany di Dentro do pośredniej stacji kolejki

Szlak sprowadza w dół piarżystym zboczem, które stopniowo przechodzi w grań. Po doświadczeniach poprzednich dni obawialiśmy się tego piarżystego zejścia, ale tu ścieżka z zakosami utrzymała się całkiem nieźle i schodziło się przyzwoicie. Na tym odcinku bardzo pomocne są kijki.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Schodzimy piarżystym północnym zboczem Tofany di Dentro.

Widoki może nie są tak rozległe jak na grani między Tofanami, ale i tak nie można oderwać od nich oczu. Szlak co chwilę zmienia swój charakter i nie dłuży się.

Tofana di Dentro od północy - jakże inna.

Tofana di Dentro od północy – jakże inna.

Po chwili musimy schować kijki i znów przypiąć się do lin asekuracyjnych, po chwili szlak znów zamienia się w ścieżkę, potem znów mamy krótkie odcinki ferratowe, potem – zejście żlebem.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Chwilami jest trochę powietrznie.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Schodzimy dalej w kierunku Formenton.

Tuż przed zejściem z grani znajdujemy biwak Baracca degli Alpini. W środku miło i przytulnie. Warunki do spędzenia nocy są tu daleko lepsze niż te na biwaku przy ferracie I. Dibona.

Bivacco Baracca degli Alpini - najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

Bivacco Baracca degli Alpini – najlepszy darmowy hotel w Dolomitach.

We wnętrzu edukujący obrazek.

We wnętrzu edukujący obrazek.

Podczas całego zejścia głównym problemem jest niezwiązane z ziemią podłoże. Ścieżka jest wygodna, ale wąska, a jest gdzie się zsunąć. W pewnym momencie szlak przeprowadza przez malownicze okno skalne.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Trawersujemy żleb po naturalnych półkach skalnych.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Wzorowo poprowadzony szlak trawersuje zbocza Tofany di Dentro.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

Przez okno skalne wychodzimy na ostatnią prostą.

I znowu ktoś zrobił nam zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

I znowu ktoś zrobił nam wspólne zdjęcie, ale rozpusta dzisiaj!

Po przekroczeniu okna kończą się wszystkie trudności i niczym ceprostradą wędrujemy aż do pośredniej stacji kolejki (Ra Valles).

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

A to właśnie ostatnia prosta, czyli szlak do stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okno skalne pozostaje za nami.

Okolice stacji pośredniej kolejki - Ra Vales.

Okolice stacji pośredniej kolejki – Ra Vales.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty - Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

Ostatni rzut oka na oba dzisiejsze szczyty – Tofany di Mezzo oraz di Dentro.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

A teraz jazda w dół! Uups, to nie ten wyciąg!.

Cała nasza dzisiejsza wycieczka była przepiękna, godna polecenia dla każdego, kto ma doświadczenie w poruszeniu się po szlakach wysokogórskich i nie jest wrażliwy na ekspozycję.

Nasze czasy: 11:00-12:30 ferrata między Tofanami, 13:00-15:50 – zejście ferratą Formenton

Timing mamy niezły, więc postanawiamy coś zjeść w Rifugio Ra Valles. Tu jednak mają dziś tylko przekąski typu toasty. Zjeżdżamy więc kolejką na kolejną stację pośrednią. Czeka tu na nas restauracja z miłym tarasem widokowym. Dobra nasza. W menu wypatrujemy rivioli nadziewane serem, ślinka cieknie. Już mamy składać zamówienie, a tu kelner informuje nas, że właśnie przestali wydawać ciepłe posiłki. Cóż, musimy obejść się smakiem. W takiej sytuacji zjeżdżamy prosto do Cortiny i wsiadamy do samochodu z planem zatrzymania się na obiad gdzieś po drodze.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Cortina u stóp masywu Sorapis.

Dziś wracamy do Sottogudy drogą 638 przez przełęcz Giau (2236 m). Jechaliśmy już tędy podczas drogi z Wiednia w Dolomity, ale wtedy było ciemno i lało, no i nie było żadnych widoków. Mieliśmy ochotę odczarować tę drogę. Na przełęczy zatrzymujemy się na chwilę, by z bliska przyjrzeć się szczytowi Ra Gusela (2595 m n.p.m.), znanemu z wielu kalendarzy z górskimi widokami. Przy okazji lokalizujemy knajpę na przełęczy. Mają kluchy, idziemy! Chcemy składać zamówienie i … słyszymy, że na ciepłe dania zapraszają dopiero od 19:30. Czy nad nami krąży dziś nasza klątwa?

Ra Gusella z Passo Giau - jedna z wizytówek Dolomitów.

Ra Gusella z Passo Giau – jedna z wizytówek Dolomitów.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Masyw Croda da Lago z Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Uroczy kościółek przy Passo Giau.

Docieramy do Sottogudy głodni jak wilki. Sytuację ratują jajka, cebulka i papryka w lodówce;)

Dolomity, dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

23 sierpnia 2016, wtorek

Samo słoneczko, coraz cieplej, do 23 st.

Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta

Wczoraj wróciliśmy tak skonani, że postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od gór i trochę się polenić. Ale gdy rano wyjrzeliśmy za okno i zobaczyliśmy bezchmurne niebo – no po prostu nie dało się zrezygnować z wycieczki.

Po burzy mózgów na dzisiejszy dzień „kondycyjny” obieramy cel wymagający niezbyt długiego i niezbyt trudnego dojścia, ale za to oferujący piękne widoki – Piz Boé (3152 m n.p.m.) – trzytysięcznik masywu Selli.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Grupa Selli z Tofany di Dentro, na dole wystaje Zimes de Fanes.

Na jego szczyt prowadzi aż sześć różnych dróg. Po namyśle odrzucamy propozycję najkrótszego i najłatwiejszego wejścia z przełęczy Forcella Pordoi – w sezonie wędrują tędy tłumy ludzi wjeżdżających kolejką na Sass Pordoi, a szlak nie jest specjalnie ciekawy. W zamian wybieramy wejście na Piz Boé od północnego-wschodu, granią Cresta Strenta. To trasa ze wszech miar warta polecenia. Widoki są przefantastyczne, a szlak ciekawy i nienużący. Trudności skalne niewielkie, choć na grani miejscami jest spora ekspozycja, co dla niektórych może zapewne stanowić problem. Sprzęt ferratowy niepotrzebny, choć kask – chyba jak na wszystkich szlakach Dolomitów – nie zawadzi.

Rano podjeżdżamy do miejscowości Corvara , skąd wyciągiem gondolowym i krzesełkowym Vallon wjeżdżamy na wysokość ponad 2500 m. Tym razem wszystko działa, nie to co wczoraj, ale radość!

Przed nami Corvara - stąd zaczniemy wycieczkę.

Przed nami Corvara – stąd zaczniemy wycieczkę.

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Po zejściu z wyciągu kierujemy się do schroniska Kostner (2541 m).

Spacer z górnej stacji do schroniska Kostner zajmuje ok. 15-20 min. Spod schroniska roztaczają się piękne widoki, ale nie zabawiamy dłużej, tylko ruszamy w dalszą drogę, pomni wczorajszego niezdążenia na kolejkę.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Po chwili schronisko zostaje za nami.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Surowy krajobraz masywu Selli.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po lewej stronie widać dalszy przebieg naszego szlaku.

Po chwili wygodna ścieżka znika – chowamy kijki i przez kolejne chwile zajęci jesteśmy pokonywaniem progów skalnych. Skała jest dobrze urzeźbiona i ten odcinek nie sprawia problemów. Piarżyste podejście na grań Cresta Strenta jest nieco męczące i trochę się dłuży, z przyjemnością stajemy wreszcie na grani.

Nasz cel - po prawej grań Cresta Strenta, po lewej - szczyt Piz Boé.

Nasz cel – po prawej grań Cresta Strenta, po lewej – szczyt Piz Boé.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Na tej trasie szlak jest oznakowany wzorowo.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Rzadkie na tej wysokości urozmaicenie skalnego krajobrazu.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Cresta Strenta i Piz Boé coraz bliżej.

Ostatni, graniowy odcinek to najprzyjemniejsza część szlaku. Ze wszystkich stron otaczają nas wspaniałe widoki, a i nudno też nie jest – grań jest wąska, dużo powietrza pod nogami, miejscami trzeba uważnie stawiać kroki.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Po wyjrzeniu za grań jak na dłoni widać schronisko Boé.

Za nami Piz Lech Dlace - stamtąd przyszliśmy.

Za nami Piz Lech Dlace – stamtąd przyszliśmy.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

W masywie Selli są płaskowyże, ale też głębokie kaniony.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Przejście Cresta Strenta nie ma dużych trudności technicznych, za to ekspozycja jest spora.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Grań w niezwykle widokowy sposób wprowadza na Piz Boé.

Na szczyt Piz Boé wchodzimy w sznureczku innych turystów, którzy dotarli tu od strony Sass Pordoi. Okolice wierzchołka swoim zatłoczeniem przypominają nasz Giewont czy Rysy, no może poza jedną różnicą – na szczycie Piz Boé dodatkowo jest schronisko z tarasem restauracyjnym, miejscem do lądowania helikopterów itp. Naprawdę! Przez to szczyt traci zupełnie swój wysokogórski charakter – jesteśmy przecież na wysokości 3152 m! Uświadamiamy sobie, że właśnie pobijamy swój rekord – tak wysoko jeszcze nigdy nie byliśmy! Niesmak spowodowany nadmiarem szczytowej cywilizacji wynagradzają rozciągające się ze wszystkich stron wspaniałe panoramy.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Krzyż na szczycie Piz Boé.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył - jest tabliczka.

Hura, jesteśmy na Piz Boé! Gdyby ktoś nie wierzył – jest tabliczka.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok z Piz Boé na Marmoladę.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Widok na masyw Selli, po lewej Sass Pordoi z górną stacją kolejki.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Górskie drogi najlepiej oglądać z lotu ptaka.

Zejście z Piz Boé wschodnim szlakiem Rissa da Pigolérz

Gęsta sieć szlaków w okolicy Piz Boé umożliwia nam powrót do górnej stacji kolejki inną drogą. Wybieramy szlak wprowadzający na Piz Boé od wschodu, tzw. Rissa da Pigolérz. Trasa jest na pewno mniej widokowa niż szlak przez Cresta Strenta, za to szybsza i łatwiejsza.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Schodzimy z Piz Boé od wschodu, trasą Rissa da Pigolérz.

Odpoczynek w takiej scenerii - bajka!.

Odpoczynek w takiej scenerii – bajka!.

Główną trudnością szlaku są najpierw usypujące się spod nóg piargi, a potem – zejście stromym i niewygodnym żlebem, od którego nota bene szlak wziął swoją nazwę. Kiedyś jakaś ścieżka tam była, ale teraz wszystko przeminęło z piargiem. Jest stromo, a wszystko jedzie spod nóg. Rozwieszone z boku liny specjalne nie poprawiają sytuacji. My wybraliśmy strategię schodzenia najpierw jedną, potem drugą stroną żlebu, przytrzymując się skał, ale inni turyści wybierali wariant na wprost. Który lepszy, nie wiadomo, na pewno potrzebny tu spokój i rozwaga. Przyda się też kask na głowie, szczególnie jeśli nad nami idą inne osoby.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Zejście osypującym się żlebem zdecydowanie nie należało do przyjmności.

Po pokonaniu żlebu ścieżka zmienia się w wygodną autostradę. Szczególnie przyjemnie wspominamy fragment prowadzący pod imponującymi okapami skalnymi.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Stąd już tylko łatwa droga do schroniska Kostner. Nad nami imponujące okapy skalne.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

Z prawej spogląda na nas królowa Marmolada.

I zamykamy pętelkę - przed nami schronisko Kostner.

I zamykamy pętelkę – przed nami schronisko Kostner.

Dwie godziny ze spokojnym odpoczynkiem w środku schodzenia i stawiamy się przy górnej stacji kolejki krzesełkowej. Te okolice są bardzo licznie odwiedzane przez turystów, mimo to ani rano, ani teraz czekać na wyciąg nie musimy. Najpierw krzesełka, potem gondola i jesteśmy z powrotem w Corvarze.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Podczas zjazdu wyciągiem krzesełkowym upolowaliśmy jeziorko de Boa.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Okolice górnej stacji wyciągu gondolowego.

Dzisiejsza wycieczka na tyle nas nie wymęczyła, że mamy ochotę jeszcze na krótki spacer na dole. Byliśmy przekonani, że włoskich knajpek będzie tu jak grzybów po deszczu, a tymczasem mamy wielki problem, by znaleźć miejsce, gdzie można coś zjeść. Już wydaje nam się, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale po zajęciu stolika pani informuje nas, że kuchnia jest czynna dopiero od 18:00. Trzeba było zjeść coś przy wyciągu – widzieliśmy przecież napis Pizza Boé, który tak bardzo nas rozbawił – a nie szukać lokalnego niewiadomoczego). Wreszcie udaje nam się znaleźć bar, w którym zjadamy pokaźną bruschettę i smaczny zawijasek z szynką i cukinią. Może robić za obiad;)

Nasze czasy: 10:40-11:00 schronisko Kostner, 11:00-13:45 wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta, 14:00-16:00  zejście szlakiem Rissa da Pigolérz

Dolomity, dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

22 sierpnia 2016, poniedziałek

Nareszcie pięknie i słonecznie, tylko jeszcze chłodno, zwłaszcza rano, w dzień do 21 st.

Ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Masyw Cristallo z Tofany di Dentro.

Miało być lekko, w miarę łatwo i z pięknymi widokami, czyli tak: wjazd dwoma wyciągami na początek ferraty, przejście jej i powrót do pośredniej stacji wyciągu. Niestety, wszystko potoczyło się zupałnie inaczej.

Na pierwszy dzień dobrej pogody planujemy niezbyt trudną, ale długą i widokową ferratę Ivano Dibona. Jej przejście zajmuje około pięciu godzin, ale na sam początek ferraty wjeżdża się dwoma wyciągami. Potem trzeba jeszcze wrócić do stacji pośredniej wyciągów, ale razem można sprężyć się przed zamknięciem i być z powrotem przy samochodzie ok. 17:00. Tyle teoria.

Meldujemy się na parkingu przy Ristorante Rio Gere o 9:00.

Rio Gere - zaczynamy.

Rio Gere – zaczynamy.

Parking jest duży i bezpłatny, ale dzisiaj stosunkowo pusty. Myślimy sobie: dobra nasza, pewnie tak wcześnie przyjechaliśmy. Idziemy do kasy wyciągów, a tam wielki plakat informuje, że drugi (dłuższy) wyciąg jest … zamknięty. Po prostu zbaranieliśmy, zwłaszcza, że dzisiaj rano w Internecie jeszcze sprawdzaliśmy cennik biletów i nie było żadnej informacji na ten temat. Nie rozumiejąc do końca treści plakatu, pytamy pani w kasie, do kiedy będzie zamknięty ten wyciąg, licząc, że może za kilka dni tu wrócimy. Pani rozbraja nas zupełnie niechętną odpowiedzią „FOREVER”! Dopiero wtedy dociera do nas treść plakatu (a właściwie doczytujemy angielską wersję: „closed due to end of technical life”). Wyciąg po prostu dożył końca swoich dni!

Ale co teraz z naszym planem? Krótka burza mózgów i spojrzenie na schemat szlaków. Stwierdzamy zgodnie, że nie jedziemy nigdzie indziej, tylko próbujemy przejść chociaż kawałek ferraty, wchodząc na nią „od środka”, czyli przez żleb za połową jej trasy i próbując przejść chociaż fragment w kierunku Forcella Stounies. Kupujemy bilet na wyciąg Rio Gere – Son Forca. Liczymy, że oczywiście zdążymy nim zjechać przed zamknięciem, czyli przed 17:00.

Wyciąg jest bardzo komfortowy, w porannym chłodzie miło zamknąć pokrywę kanapy i oglądać cudne widoki. Na górze lokalizujemy nieczynny wyciąg, którym mieliśmy pokonać kolejne 710 m przewyższenia. Urocze kolorowe kubełki nadal wiszą na linie, nieświadome tego, że skończą jako żyletki. A pod kubełkami widzimy długi i stromy żleb całkowicie zasypany piargiem. A w żlebie ludzi idących w górę… Nie braliśmy pod uwagę wchodzenia tędy, bo w przewodniku spotkaliśmy opinie, że zejście nim wymaga „umiejętności poruszania się w żywym piargu”, co zdecydowanie nas nie zachęciło. Jednak ferrata Ivano Dibona korci, więc czemu i my nie mielibyśmy spróbować? Na pewno w górze są jakieś zakosy. W końcu o podchodzeniu nikt nie pisał, bo kto by podchodził, jak jest wyciąg. Tylko że teraz go nie ma!

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Pierwszy etap to wjazd kolejką krzesełkową.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Przy górnej stacji znajduje się schronisko Son Forca.

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie...

Na przełęcz Forcella Staunies mieliśmy wjechać tymi pięknymi gondolkami. Niestety, to było tylko marzenie…

Pierwsza część trasy idzie nam całkiem dobrze, czujemy się trochę, jakbyśmy podchodzili w górę trasą narciarską (kiedyś w ten sposób wchodziliśmy w zimie na Chopok). Im bliżej końca żlebu, tym bardziej stromo, a kamyczki coraz luźniej związane z podłożem. Piarg po prostu usypuje się spod nóg, brniemy w nim po kostki, mając wrażenie, że zaraz zjedziemy kilkadziesiąt metrów w dół. Co chwila słychać łoskot sypiących się skądś kamieni. Mało przyjemne uczucie. Na przełęcz Forcella Stounies docieramy po nieco ponad 2 godzinach zupełnie wykończeni. Wita nas widok budynku Rifugio Lorenzi. Niestety, obecnie schronisko  jest zamknięte – prawdopodobnie z racji „zakończenia życia” wyciągu straciło rację bytu. Obecnie zamiast setek czy nawet tysięcy ludzi dociera tutaj maksymalnie kilkadziesiąt osób dziennie. Dla nas to akurat dobrze, bo nie lubimy tłumów w górach i właśnie możliwość ich uniknięcia zaważyła dzisiaj o tym, że nie zmieniliśmy planów pomimo zamknięcia wyciągu. Chowamy się przed wiatrem za budynkiem kasy wyciągu, bo wieje straszliwie. Na zacienionych miejscach wiszą świeże sople.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

Po dwóch godzinach wreszcie koniec naszej męki. Na przełęczy wita schronisko Lorenzi.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

W panoramie dominuje imponująca Croda Rossa.

Odpoczynek w pięknej scenerii z żebrzącymi o jedzenie wieszczkami dobrze nas regeneruje. Ruszamy dalej! Wchodzimy po metalowych schodkach, mijając tablicę poświęconą patronowi ferraty. Potem drabinka i już – jesteśmy na grani! Widoki przecudowne – nie będziemy nawet próbować ich opisać. Po chwili pojawiają się dodatkowe atrakcje – tunel (w którym również wiszą spore sople, co pozwala prawidłowo ocenić panującą dzisiaj temperaturę…) i wiszący mostek. Podobno do niedawna właśnie do tego miejsca docierały tłumy ludzi z wyciągu. Dzisiaj tu pusto i pięknie. Mostek faktycznie robi wrażenie – buja się, w dole przepaść – wszystko tak, jak ma być!

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Na początku ferrata przeprowadza przez krótki tunel.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Pokonanie szczeliny umożliwia słynny mostek Ponte Cristallo.

Spotkaliśmy tu dwoje turystów, którzy przy okazji załapali się na zdjęcie, już z następnej drabinki.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Konstrukcja z lin i desek ma 27 m długości.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ostatni rzut oka na schronisko Lorenzi i cudowny żleb, którym weszliśmy pod górę.

Ferrata Ivano Dibona w ogóle jest przepiękna, ale te pierwsze kilkaset metrów robi zdecydowanie największe wrażenie. Na nas szczególnie odcinki samą granią z przecudownymi widokami – właśnie po to tu przyszliśmy. Stwierdzamy, że nie mamy czasu na podejście w bok na szczyt Cristallino d’Ampezzo. Pocieszamy się, że widoki z grani są prawie równie rozległe, więc zdobycie pierwszego w naszej karierze trzytysięcznika poczeka.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Początkowy odcinek ferraty Ivano Dibona.

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d'Ampezzo (3008 m).

Można zrobić wypad na widokowy szczyt Cristallino d’Ampezzo (3008 m).

Przez nami Tofany.

Przez nami Tofany.

Staramy się iść sprawnie, mając jeszcze nadzieję, że zdążymy na zjazd wyciągiem. Mijamy przełęcz Forcella Grande, szczyt Cresta Bianca i kolejną przełęcz Forcella Padeon. Po drodze sporo pozostałości stanowisk strzelniczych z I wojny światowej i pozostałości baraków z tego okresu.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Przy trasie znajduje się wiele pozostałości konstrukcji z okresu II wojny światowej.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Na przełęczy Forcella Grande jest węzeł szlaków i kolejne pozostałości wojenne.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widok z przełęczy Forcella Grande.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Widoki na ferracie Dibona to istna uczta dla oczu.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Odcinki typowo ferratowe są na Dibonie przeplatane odcinkami wysokogórskich szlaków.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

Przejście najbardziej eksponowanych fragmentów ułatwiają drewniane półki.

W jednym z baraków urządzono biwak Forcella Padeon (lub Buffa di Perrero). Zatrzymujemy się w nim na postój po około dwóch godzinach drogi. Nie chcielibyśmy tu spędzać nocy – wnętrze zawalone jakimiś rusztowaniami, nie ma drzwi, ani okien. Zimno jak w psiarni. Na odpoczynek się jednak nadaje, są nawet cztery krzesła. Powoli zdajemy sobie sprawę, że nie zdążymy na wyciąg, nawet planując zejście przed końcem ferraty. No nic, trudno, dla tych pięknych widoków warto zejść kolejne kilkaset metrów na dół!

W jednym z baraków można przenocować - biwak Buffa di Perrero.

W jednym z baraków można przenocować – biwak Buffa di Perrero.

Kolejny odcinek trasy na charakter wysokogórskiego szlaku, jednak nadal jest bardzo przyjemny. Szczególnie zapada nam w pamięć trawers Vecchio del Forame po imponujących półkach skalnych. Niesamowicie piękny szlak!

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Przed nami szczyt Vecchio del Forame.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Trawersujemy go z wykorzystaniem naturalnej półki skalnej.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Ekspozycja jest ogromna, ale mamy cały czas możliwość asekuracji.

Wędrówka granią kończy się dziś dla nas na przełęczy Forcella Alta. Po zejściu około dwustu metrów żlebem spadającym z przełęczy, ferrata Ivano Dibona zakręca w prawo, na dalszą część grani, już sporo niższej w tym miejscu. Po małym odpoczynku idziemy dalej w dół, do podnóży grani.  Myśleliśmy, że zejście będzie już łatwe i przyjemne, niestety przed nami kolejne kłopoty.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Na przełęczy Forcella Alta opuszczamy ferratę Ivano Dibona.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Wieszczki to zawodowe żebraczki.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Rzut oka do tyłu na fantastyczne barwy skał.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Jeszcze w skałach, za chwilę już tylko piargi.

Gdy szlak sprowadził nas po niewygodnych piargach oraz skałkach i progach (częściowo ubezpieczonych – z radością witamy skały po uciążliwym zsuwaniu się na kamyczkach) okazuje się, że na sporym fragmencie szlak się obsunął i mamy do pokonania ogromną wyrwę. Robimy to z niemałymi trudnościami – częściowo zjeżdżając razem z kamieniami, niestety nie tylko drobnymi… W kolejnym żlebie napotykamy podobne kłopoty. Tutaj już jednak nie jest tak stromo, więc przeprawa idzie sprawniej.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Spoglądamy za siebie, próbując odszukać przebieg szlaku, którym zeszliśmy.

Ostatnie dwie godziny naszej wędrówki to spory odcinek podejścia doliną Padeon u podnóży grani, którą szliśmy w kierunku Son Forca. Nie podchodzimy już do samego schroniska, tylko kierujemy się na Passo Son Forca. Kamienistą drogą, a potem szlakiem schodzimy na parking. Jesteśmy w samochodzie o ponad trzy godziny później niż planowaliśmy.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Z powrotem na parkingu. Zdążyliśmy tuż przed zmrokiem.

Do naszej Sottogudy docieramy już zupełnie po ciemku, o 21:30.

Nasz czas: 9:00 – 20:00 (z wjazdem wyciągiem), ok. 12 km, 1000 m w górę, 1500 m w dół

Co prawda nie udało nam się przejść całej trasy ferraty Ivano Dibona, jednak nie żałujemy naszych dzisiejszych planów ani ich realizacji. Na trasie sie zabrakło wrażeń ferratowych ani widokowych. Do tego sporo niespodzianek i nowych doświadczeń. Choćby umiejętność chodzenia po piargach i bezpiecznego zsuwania się nimi. Albo przejście szlaku „dla ludzi ze skłonnością do samoudręczenia”, jak w swoim przewodniku napisał Tkaczyk o podejściu żlebem na Forcella Staunies. Tyle wrażeń, a to dopiero pierwszy dzień naszych prawdziwych dolomickich wędrówek!

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity, Włochy, 2016.08

Dolomity. Każdy miłośnik gór, który je zobaczy, przepadnie. Białe, strzeliste turnie na tle soczystej zielonej trawy, fantastyczne formacje skalne, pocztówkowe krajobrazy. To góry inne niż wszystkie. Nie ma tu długich grani głównych i walnych dolin, w zamian mamy oddzielone głębokimi dolinami samodzielne gniazda górskie, a każde z nich inne – kapryśna Marmolada z czapą lodowca, podobna do warowni majestatyczna Sella, trzy kłócące się o urodę siostry Tofany, księżycowy płaskowyż Pale… Dolomity przecina gęsta sieć szlaków. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Oczywiście wizytówką tych gór są via ferraty – ubezpieczone szlaki wspinaczkowe, ale mamy też typowe szlaki wysokogórskie, idealne do trekkingów, i mnóstwo wygodnych ścieżek dla całej rodziny. Infrastruktura turystyczna jest świetnie rozwinięta – tak wielu schronisk nie widzieliśmy chyba w żadnych innych górach, co nie znaczy że w Dolomitach nie ma miejsc niedostępnych i dzikich. Jak każda kochanka Dolomity mają też wady – ogromne piarżyska i luźny materiał skalny zasypujący ścieżki zmuszają do rozważnego stawiania kroków – niezbędnym  wyposażeniem turysty górskiego powinien być kask i kijki. Ale czy kogoś bez wad dałoby się pokochać? Powiemy jedno: przez ponad tydzień wspinaliśmy się na ferratach i wędrowaliśmy po dolomitowych szlakach i wiemy jedno: na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz. W planowaniu tras nieocenioną pomocą były dla nas poszczególne tomy przewodnika „Dolomity” Dariusza Tkaczyka, a także świetnie opracowane serwisy jarekkardasz.republika.pl oraz wdolomitach.pl. Rekonesans za nami, przed nami – mamy nadzieję – dokładne poznawanie tych gór, grupa po grupie.

Linki do relacji z poszczególnych wycieczek:

Dzień 1 i 2. Podróż i Wiedeń.

Niemal 100-metrowej wieży towarzyszą o 30 m niższe koleżanki.

Dzień 3. Wąwóz Serrai di Sottoguda – idealny na deszczowy dzień lub wycieczkę dla całej rodziny.

...po chwili zostaje za nami..

Dzień 4. Via ferrata Ivano Dibona w masywie Cristallo.

Nad panoramą góruje czerwona Croda Rossa.

Dzień 5. Wejście na Piz Boé granią Cresta Strenta.

28. ...i na Piz Boé, na który wchodziliśmy granią Cresta Strenta

Dzień 6. Od Tofany di Mezzo do Tofany di Dentro, ferrata Formenton.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 7. Wejście na Marmoladę ferratą Marmolada.

Wyciąg dojeżdża do Pian dei Fiacconi (2635 m n.p.m.).

Dzień 8. Szczyt Roda di Vaél w masywie Catinaccio.

Przed nami Roda di Vaél, idziemy na przełęcz Vaiolon.

Dzień 9. Ferraty Sentiero Nico Gusella i del Velo w masywie Pale di San Martino.

Sass Maor i Cima della Madonna w scenerii zachodzącego słońca.

Dzień 10. Dookoła masywu Sassolungo – piękna, widokowa trasa bez trudności technicznych.

Powoli oddalamy się od turni Sassolungo.

Dzień 11. Podróż powrotna i czeski Ołomuniec.

Górny Rynek

 

Alpspitze

Alpy Bawarskie – pierwsza ferrata

11 sierpnia 2012, sobota

Rano pochmurno, w ciągu dnia się rozpogadza, 21oC, w górach przewalające się chmury, ok. 10-12oC

Na pierwszy dzień wybieramy trasę aklimatyzacyjną, czyli niezbyt długą, a jednocześnie na sporej wysokości i trochę dającą w kość. Pada na Alpspitze, bo można skrócić sobie podejście kolejką na Osterfelderkopf (bagatela – prawie 1300 m przewyższenia), a sama trasa jest niebanalna (ferrata) i różnorodna.

Charakterystyczny trójkątny kształt Alpspitze góruje nad Garnisch-Partenkirchen, jak Giewont nad naszym Zakopanem (jak na zdjęciu powyżej). Budzi respekt, jednak ferrata nie jest szczególnie trudna, świetnie nadaje się dla początkujących miłośników żelaznych dróg.

Jak to pierwszego dnia bywa, nie zrywamy się zbyt wcześnie. Ok. 10:00 z trudem udaje nam się wyjechać. Niestety pierwotnie ładna pogoda od rana zdąża się zepsuć – niebo zasnuwa się chmurami zasłaniając widoki właściwie od poziomu ok. 1000 m n.p.m. Zaczynamy nawet rozważać wariant zastępczy – podejście do wąwozu Partnach, tym bardziej, że nasze wątpliwości skutecznie podsyca pani z kasy, informując nas, że na górnej stacji kolejki jest 8oC, a widoczność ogranicza się do 30 m… W końcu jednak, pchani optymistycznym oczekiwaniem poprawy widoczności, docieramy na Osterfelderkopf o 10:40 i po drobnych kłopotach orientacyjnych (chmury chwilami zasłaniają prawie wszystko) ruszamy w kierunku szczytu.

Wejście ferratą na Alpsitze

Na wejście wybieramy wariant via ferratą. Ta trasa podobno słynie z dużej ekspozycji, ale, może z powodu zasłonięcia przez chmury pełnej głębi widoku, nie odczuwamy tego. Droga jest po prostu naszpikowana żelastwem (niewiele fragmentów bez zabezpieczeń), a trudności techniczne na niej są naprawdę niewielkie. Słoweńskie ferraty były zdecydowanie trudniejsze.

Najprzyjemniej idzie nam się pierwszą, bardziej urozmaiconą częścią ferraty, z kilkoma sympatycznymi drabinkami; potem zaczyna się maszerowanie w sznureczku, a i droga jest bardziej monotonna (zakosy z „poręczą” na umiarkowanie nachylonym zboczu). Zaskakuje nas ilość ludzi na trasie przy niezbyt zachęcającej pogodzie (jak u nas na Orlej, czyli niestety sporo). Przez zatory nasz czas wejścia jest niezbyt imponujący (2,5 godziny). Warto było zaryzykować wjechanie na Osterfelderkopf we mgle.

Szczyt Alpspitze witamy już w pełnym słońcu, które – jak na zamówienie – przygrzewa nam przez całe pół godziny odpoczynku. Z dość rozległego wierzchołka (wystarczająco duży, by pomieścić kilkadziesiąt osób) są zapewne piękne widoki: nam, pomimo słońca, odsłaniają się one tylko częściowo i na chwilę – dobre i to! (odnajdujemy nawet szczyt Zugspitze).

Zejście wschodnią granią Alpspitze

Na trasę zejściową obieramy szlak prowadzący wschodnią granią Alpspitze. Zejście okazuje się równie trudne technicznie jak ferrata, choć tu trudności są innego rodzaju – po prostu trasa uległa dużej erozji turystycznej i schodząc po ciągle usuwających się spod nóg kamyczkach, trzeba uważać by wraz z nimi nie pojechać na pupie na sam dół. Na deser czeka na nas dość oryginalna atrakcja – tunel wykuty dla turystów w skale. To bardzo wygodne, ale jednak cieszymy się, że podobnych ułatwień nie zafundowano naszym Tatrom.

Zejście zajmuje nam prawie 2 godziny i trochę się dłuży, pewnie głównie przez to, że chmury skutecznie zasłaniają nam wszystkie widoki. Wycieczkę kończymy przejściem przez mostek z dwóch lin zawieszonych jedna nad drugą między dwiema skałkami (atrakcja nieobowiązkowa, ale fajna adrenalinka i dużo zabawy) oraz posiłkiem w kolejkowej restauracji (niestety, o tej porze do wyboru są już tylko parówki i biała kiełbasa, więc jemy oba te rarytasy). Szybko i sprawnie zjeżdżamy kolejką na dół. Dziś nie żałujemy wydanych pieniędzy: jak to pierwszego dnia, nogi już mają co nieco do powiedzenia, więc chętnie unikamy schodzenia kolejnych 1300 m w dół.

Dolna stacja kolejki na Osterfelderkopf, Ga-Pa.

Kolejka na Osterfelderkopf.

 

 

Zakładamy ferratowy ekwipunek.

Zakładamy ferratowy ekwipunek.

Via ferrata na Alpsitze.

Via ferrata na Alpsitze.

Zaiste żelazna perć...

Zaiste żelazna perć…

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Szczytowe partie podejścia na Alpspitze.

Idziemy w sznureczku.

Idziemy w sznureczku.

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

Szczyt Alpspitze (2628 m n.p.m.).

R. na Alpspitze - mamy jakiś widok!.

R. na Alpspitze – mamy jakiś widok!.

Wschodnie zejście z Alpspitze.

Wschodnie zejście z Alpspitze.

Mamy do wyboru aż dwie trasy. R. wybrał lewą.

Mamy do wyboru aż dwie trasy. R. wybrał lewą.

Trawers półką wykutą w skale.

Trawers półką wykutą w skale.

Wschodnie zejście z Alpspitze - tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze – tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze - tunel (!) dla turystów.

Wschodnie zejście z Alpspitze – tunel (!) dla turystów.

Trochę zabawy na koniec.

Trochę zabawy na koniec.

Przyda nam się obiad...

Przyda nam się obiad…

Hala w Ga-Pa z widokiem na Alpy Ammergauer.

Hala w Ga-Pa z widokiem na Alpy Ammergauer.

Masyw Waxenstein w tle.

Masyw Waxenstein w tle.

Wieczorem z lubością odpoczywamy i nadrabiamy zaległości z wczoraj w zapiskach i opisywaniu zdjęć.