Słowenia – Alpy Julijskie, 2011.08

To było nieuniknione. Wieloletnia fascynacja Tatrami – najpierw polskimi, potem słowackimi. Uwielbienie dla gór i niezmierna radość z ich poznawania. Ogromna chęć do doświadczania ciągle czegoś nowego. Prędzej czy później i tak trafilibyśmy na opisy via ferrat i zdjęcia ze Słowenii. A jak trafiliśmy, to i przepadliśmy.

To po prostu musiało skończyć się na Alpach Julijskich. 

Pomimo wielu przeciwności losu, natłoku obowiązków, chorób (R. jedzie w trakcie leczenie zapalenia płuc), trudności organizacyjnych udaje nam się wyrwać do tego przecudnego zakątka Europy. Tutaj ludzie mają słowiańską duszę, chociaż wokoło panuje porządek jak w Austrii. A Julijki… No cóż – to po prostu trzeba zobaczyć – najlepiej na własne oczy!

 

Zejście włoskim szlakiem.

Część I – dojazd, aklimatyzacja i pierwsza ferrata

czyli m.in.: Bardiów, Budapeszt, Maribor, wodospady, jeziora, Radovljica, Ljubljana i Mangart

 

Triglav - 2864 m n.p.m.

Część II – ferraty, jaskinie, riviera i magia

czyli m.in.: Prisojnik, Triglav, Jaskinie Szkocjańskie, Piran, Predjamski Grad, Vintgar, Bled, Budapeszt i Koszyce

Słowacja – Wysokie Tatry, 2007.02

Od ostatniego dłuższego wyjazdu minęło już dobrych kilka miesięcy i z utęsknieniem czekaliśmy na zimowy wyjazd w góry – miały to być pierwsze ferie Tymusia! Wszystko było dopięte na ostatni guzik, ambitne plany spisane, bagaże spakowane, a tu klops – kilka dni przed wyjazdem Tymek dostał wysokiej temperatury. Żadnych innych objawów poza rosnącymi trzonowcami. Pediatra obejrzał Tymka i stwierdził, że nie ma się czym martwić. Rzeczywiście, po lekach przeciwgorączkowych przechodziło jak ręką odjął. Złożyliśmy więc wszystko na karb ząbkowania i – w nerwach bo w nerwach – zdecydowaliśmy się wyjechać.

 9 lutego 2007, piątek

Pogoda w kratkę, 2 stopnie, od mżawki po bezchmurne niebo

Zamiast planowanego wyjazdu o świcie, z Warszawy wyruszyliśmy dopiero o 9.30 – do ostatniej chwili obserwowaliśmy uważnie samopoczucie Tymka.

Z punktu widzenia kierowcy droga była wymagająca, ale minęła dość gładko – oczywiście jak na nasze realia: spory ruch i kilka świateł w Warszawie, tiry na katowickiej i mały korek za Częstochową, potem w miarę płynnie na Zakopiance i na deser zmrożona nawierzchnia Oswalda Balzera i zupełnie białe drogi na Słowacji. Dojeżdżamy późno, ok. 22.30, ale jednak dystans był spory (530 km) i trzeba się było zatrzymać na trzy godzinne odpoczynki.

Dużo bardziej martwiliśmy się zdrowiem Tymusia. Pierwsza część podróży minęła bardzo dobrze, był wesoły, bawił się, ale po południu znów złapała go temperatura – skończyło się – jak to u Tyma – wymiotowaniem na fotelik samochodowy i nerwami, zwłaszcza M. Po leku przeciwgorączkowym znów wszystko wróciło do normy. Późnym wieczorem chrzęszczący pod kołami lód budził Tyma, ale M. śpiewała trochę kolędy, trochę kołysanki i tak jakoś dojechaliśmy na miejsce.

10 lutego 2007, sobota

Rano bajkowo, błękitne niebo, potem chmury, 2 stopnie

Dzień zaczynamy od ogarnięcia całego bałaganu, który zostawiliśmy poprzedniego dnia wieczorem, co nie jest łatwe z marudzącym dzieckiem (a bardzo pomaga nam Babcia Urszula, która mieliśmy przyjemność ze sobą porwać).

Tymek ciągle falami gorączkuje, a my się denerwujemy. Skoro plany aktywnego wypoczynku z dzieckiem spaliły na panewce, staramy się chociaż wyrwać na chwilę we dwoje – robimy trzygodzinny wypad na narty na Solisko. Warunki świetne, trasa b. przyjemna – pod tym względem nic się nie zmieniło. Na górze pracują armatki śnieżne, robiąc klimat rodem z marcowej Goryczkowej. Sporo ludzi – widać ogromną różnicę między sezonem a marcem – ale kolejka szybko się przesuwa.

Po południu Tymo czuje się lepiej, mimo to jeszcze nie bierzemy go ze sobą na spacer. Tylko M. z U. ucinają sobie wieczorną przechadzkę do Nowego Szczyrbskiego Jeziora.

Narty na Solisku

Narty na Solisku

Wspominamy letnie wyprawy...

Wspominamy letnie wyprawy…

 11 lutego 2007, niedziela

W nocy około zera i niewielki śnieg, w dzień 4 stopnie i przebłyski słońca

Nareszcie z Tymusiem zauważalnie lepiej, więc wybieramy się wszyscy czworo na niedługi spacer po Szczyrbskim – nie chcemy przesadzić. Docieramy na dworzec kolejki zębatej i „elektryczki”, oglądamy „areał” narciarski, podchodzimy pod skocznie i wyciągi. Tymo oczywiście cały spacer przespał.

Po południu pogoda jest nieco gorsza. Wymykamy się we dwoje na narty na Solisko – tym razem w górę udało nam się złapać skibusa – to jednak znaczne ułatwienie. Szkoda, że chmury zasłaniały Patrię i resztę pięknego górskiego otoczenia.

 12 lutego 2007, poniedziałek

B. ładny, słoneczny dzień, zwłaszcza po południu, 2-3 stopnie

Po ciężkiej nocy (Tymo budził się kilkanaście razy) zarzucamy plan wczesnorannej wyprawy na narty i wstajemy dopiero po 8.00. Na narty (Solisko) uciekamy dopiero po spokojnym wspólnym śniadaniu, przed 10.00. W dodatku skibus nie przyjeżdża i musimy iść pieszo – w rezultacie zaczynamy jeździć już po 11.00.

Po południu wychodzimy na spacer wszyscy czworo. Tymuś dopiero od niedawna nie gorączkuje, więc nie porywamy się na żadne dłuższe wyprawy (które wcześniej planowaliśmy). R. z T. spacerują po prostu w okolicach drogi do Popradzkiego Stawu, potem podchodzą pod wyciągi na Solisko. M. i U. w tym czasie wjeżdżają wyciągiem na Solisko – widoki są dziś naprawdę przepiękne, a chcemy, żeby Babcia też miała trochę frajdy z wyjazdu.

Wieczorem jemy wspólną kolację w regionalnej karczmie – gulasz z dziczyzny z knedlem. Pycha.

Solisko

Solisko

Czas coś zjeść

Czas coś zjeść

 13 lutego 2007, wtorek

Śnieg z deszczem na zmianę z deszczem ze śniegiem…

Wobec – delikatnie mówiąc – niezachęcającej pogody rezygnujemy ze wspólnej wycieczki z Tymusiem do Popradzkiego Stawu. Tymo nareszcie czuje się świetnie, najada się jak bąk i wesoło baraszkuje, więc decydujemy się na dłuższy wypad we dwoje.

9.45-15.15 Wycieczka do Chaty Plesnivec ( ok. 500 m, 14 km)

Zbójnickim Chodnikiem do Kieżmarskich Żłobów

Parkujemy na płatnym parkingu przy Białej Wodzie. Dojście asfaltem do wyjścia szlaku jest mało przyjemne, ale na szczęście krótkie. Z ulgą docieramy do Zbójnickiego Chodnika. Tu małe rozczarowanie: szlak jest zupełnie nieprzetarty. Ciężko brniemy w mokrym, przepadającym śniegu. Taak, nasze masochistyczne przyjemności. Co chwila zapadamy się w śniegu po kolana. Dodatkowo klimat psuje nieprzyjemna, mokra mżawka. Szczególnie w drodze powrotnej ten odcinek dał na popalić – R. chciał tu nawet nocowaćJ

Żółtym (dolinnym) szlakiem do Chaty Plesnivec

Ścieżką szło przed nami kilka osób, więc jest o wiele wygodniej. Otoczenie niezwykle malownicze – dróżka malowniczo wije się przez las: cudownie jest znów wędrować w dzikiej przyrodzie! Cały czas idziemy dnem doliny. Dopiero ostatni odcinek jest stromy i w warunkach zimowych stanowi pewne wyzwanie. Na szczęście na końcu drogi czeka na nas ciepłe schronisko.

W Chacie Plesnivec („Szarotce”) jesteśmy jedynymi gośćmi, więc klimat jest nieporównanie bardziej górski w porównaniu z naszą ostatnią wizytą (szczyt sezonu i zlot myśliwych…). Grochówka popita herbatą smakuje nieziemsko!

Powrót zielonym (trawersującym) szlakiem to zdecydowanie wygodniejszy i częściej uczęszczany wariant dojścia do schroniska, idzie się naprawdę wygodnie. Przed 16.00 wracamy do Szczyrbskiego.

Wieczorem, już po naszym powrocie, wybieramy się wszyscy razem na spacer po Szczyrbskim.

Zimowe impresje

Zimowe impresje

Ruszamy do Schroniska Szarotka-Chaty Plesnivec

Ruszamy do Schroniska Szarotka-Chaty Plesnivec

My przed Szarotką, mgły pod nami

My przed Szarotką, mgły pod nami

Odpoczęliśmy, czas wracać

Odpoczęliśmy, czas wracać

W górach nie ma brzydkiej pogody

W górach nie ma brzydkiej pogody

Nasza kaczuszka czeka na nas w domu

Nasza kaczuszka czeka na nas w domu

 14 lutego 2007, środa

Rano prószy śnieg, potem piękne słoneczko

Przedpołudnie spędzamy na nartach na Solisku. Na stoku jesteśmy tuż po 9.00, ale to już za późno – przy wyciągach szybko robi się tłok. Z podsłuchanych rozmów kolejkowych wiemy, że w niżej położonych ośrodkach (nawet na dolnych stacjach Chopoku) brakuje śniegu i można jeździć tylko na Łomnicy i w Szczyrbskim… Wytrzymujemy do południa i wracamy do Tymusia.

Po wspólnym obiedzie dzielimy się na podgrupy: chłopaki spacerują dookoła zamarzniętego Szczyrbskiego Jeziora, podziwiając pięknie oświetlone słońcem tatrzańskie szczyty, a dziewczyny biorą samochód i jadą popluskać się w termalnych wodach Aquacity Poprad (przyjemność jest jeszcze większa zimą niż w lecie…). Zauważamy, że gospodarze postarali się o przewijaki i krzesła dla dzieci, jest również brodzik i plac zabaw dla maluchów. Wrócimy tu jeszcze z Tymkiem! Wracamy (z małym pobłądzeniem…) wygrzane i w szampańskich humorach.

Ale rano jest wesoło

Ale rano jest wesoło

Narty na Solisku

Narty na Solisku

 15 lutego 2007, czwartek

Rano ładnie, od południa się zachmurza, po południu śnieg, około zera

Tymuś kończy 10 miesięcy!

Tym razem udaje się nam dotrzeć na stok dostatecznie wcześnie i już o 8.30 jesteśmy na nartach (ułatwił nam to Tymo, wstając o 5.30 po przespanej nocy). Dzięki temu możemy cieszyć się doskonałymi warunkami i brakiem kolejek. Koło południa wracamy, bo robi się coraz bardziej tłoczno (na Chopoku już podobno nie da się jeździć).

Po południu wychodzimy na spokojny spacer z Tymusiem. Jemy bardzo smaczny obiad w karczmie nad jeziorem i z pełnymi brzuchami ruszamy na spacer. Okrążamy całą taflę jeziora, idąc cały czas wzdłuż przygotowanego toru dla narciarzy biegowych. Sceneria jest przemiła. Tymo oczywiście przesypia całą wycieczkę.

Wieczorem wyskakujemy we dwoje jeszcze raz na narty. Na początku jeździ się świetnie, ale potem wypłasza nas padający intensywnie mokry śnieg.

I znów na narty

I znów na narty

I ziuuuu!

I ziuuuu!

Wokół Szczyrbskiego Jeziora

Wokół Szczyrbskiego Jeziora

 16 lutego 2007, piątek

Niebo zachmurzone, ale wysoki pułap chmur, niewielki mróz w okolicy zera

Spokojne spacery z dzieckiem są niezmiernie miłe, ale bardzo ciągnie nas w góry. Po raz kolejny korzystamy więc z towarzystwa nieocenionej Babci i urządzamy sobie wspaniałą zimową wycieczkę.

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Wędrówka tą trasą to sama przyjemność. Idziemy po cienkiej warstwie świeżego, dziewiczego śniegu i oddychamy pełną piersią. Jest bardzo wygodnie: do schroniska dojeżdża skuter śnieżny i szlak jest doskonale widoczny i dobrze ubity. Gdyby Tymo był na sto procent zdrowy, wybralibyśmy się tu z sankami. Zauważamy, że końcowy odcinek szlaku biegnie inaczej niż w lecie, nie dnem doliny, ale trawersując zbocze (wzdłuż kabli telefonicznych). Naszą uwagę przyciąga grupa taterników, wspinających się na lodospady.

Jest pięknie, ale widoczność mizerna. Cokolwiek odsłania się dopiero w okolicach Chaty przy Zielonym Stawie. Robimy kilka zdjęć i wchodzimy się ogrzać do środka. Pałaszujemy przepyszny zestaw z wyprażanym serem. Mniam… Atmosfera kameralna, zresztą zawsze lubiliśmy to schronisko, oprócz nas przewijają się jeszcze tylko ze dwie, trzy osoby.

Na drogę powrotną pierwotnie planowaliśmy obrać inny szlak, przez Białe Stawy, ale zdecydowanie lepiej była przetarta ścieżka na Jagnięcy, co zmyliło nas i przez co zapędziliśmy się bez sensu ok. 150 metrów w górę. W końcu, pokonani, wracamy tę samą trasą. Wracając, spotykamy zdecydowanie więcej turystów (głównie skitourowców).

W drodze powrotnej zahaczamy samochodem o znaną nam dobrze Szczyrbę i zadziwiamy się, jak szybko postępuje budowa autostrady.

Wieczorem M. zostaje z Tymusiem, a R. z kochaną Teściową wybierają się na miłą – a jak! – wycieczkę do Smokowca. Wjeżdżają kolejką na Hrebienok i zjadają pyszne bryndzowe haluszki w Bilikovej Chacie. W kolejce dużo saneczkarzy, ale na Hrebienoku ciemno, pusto i … ślisko.

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Drogą Kieżmarską do Zelenego Plesa

Postój nr 1. Gorąca herbata - bezcenna

Postój nr 1. Gorąca herbata – bezcenna

Widać już Chatę przy Zielonym Stawie

Widać już Chatę przy Zielonym Stawie

Chata przy Zielonym Stawie

Chata przy Zielonym Stawie

... w iście majestatycznym otoczeniu

… w iście majestatycznym otoczeniu

Chcąc nie chcąc, wracamy

Chcąc nie chcąc, wracamy

 17 lutego 2007, sobota

Pogoda jak z folderów reklamowych: błękit nieba i -5 stopni

Ostatni dzień pobytu udał się nam jak na zamówienie. Po pierwsze: pogoda była iście bajkowa i po drugie: udało nam się odbyć wycieczkę, którą ze względu na niesprzyjającą aurę musieliśmy kilka razy przekładać.

Zimowy spacer do Chaty przy Popradzkim Stawie (9.15-14.45, w tym 1,5 h w schronisku; ok. 12 km i 250 m przewyższenia).

Trasa, która w warunkach letnich i bez dziecka była dla nas jedynie pierwszym etapem wycieczki, teraz – z 10-miesięczym Tymusiem i w zimie – stała się wspaniałym celem sama w sobie.

Długo myśleliśmy, jak przetransportować Tyma. Wózek mógł się nie sprawdzić na zaśnieżonej górskiej drodze, a w sankach takiemu maluchowi jak nasz Tymuś, śpiącemu przez znaczną część spaceru, mogłoby być nie dość bezpiecznie i wygodnie. Idealnym połączeniem byłyby wózko-sanki… Od myśli do czynu droga krótka i już po chwili mieliśmy przygotowany idealny pojazd na dzisiejszą wycieczkę: górę dziecięcego wózka przymocowaliśmy do sanek. Dodatkowo pojazd wyposażyliśmy w dwie liny: jedną z przodu, do ciągnięcia, i drugą z tyłu – do hamowania, na powrotną drogę, z góry. Mimo że wehikuł wyglądał dość nietypowo i zwracał powszechną uwagę, sprawdził się znakomicie.

Tymo zapewne był nieświadomy niezwykłości pojazdu, a którym przyszło mu podróżować, ale zafascynowały go ośnieżone drzewa: przez niemal połowę drogi leżał z otwartymi oczami i jak zaczarowany patrzył na otoczenie.

Dla nas też cała trasa była po prostu zachwycająca: pogoda i doskonała widoczność sprawiły, że dookoła nas przesuwały się widoki jak z pocztówek. Przy schronisku widzieliśmy ludzi wchodzących na Osterwę – ech, w taki dzień też chciałoby się tam być… Przypominaliśmy sobie nasze wszystkie „wysokotaterne” bezdzieciowe tury. Ale dziś czuliśmy się chyba nawet szczęśliwsi.

W Schronisku przy Popradzkim Stawie zatrzymaliśmy się na długi, półtoragodzinny odpoczynek, głównie żeby wybiegać i nakarmić Tyma. Było nam bardzo wygodnie. W środku nie było tłumu, więc zajęliśmy cały stolik i okoliczne ławy, zalazło się nawet krzesełko do karmienia.

Droga w dół minęła sprawnie i szybko. Dobrze, że z tyłu przyczepiliśmy drugą linę, bo inaczej Tymo ciągle by nas wyprzedzał 😉

Po południu, jeszcze przed pakowaniem, dziewczyny (M. i U.) wyskoczyły na ostatni szybki spacer. Kupiły chłopakom tatrzańskie koszulki w Informacji Turystycznej i podziwiały piękny widok znad brzegów Szczyrbskiego Jeziora.

 

Wyruszamy do Chaty przy Popradzkim Stawie

Wyruszamy do Chaty przy Popradzkim Stawie

Jest po prostu bajkowo

Jest po prostu bajkowo

Nasz cel przed nami

Nasz cel przed nami

Chciałoby się wejść na Osterwę

Chciałoby się wejść na Osterwę

Jeszcze krótka sesja foto

Jeszcze krótka sesja foto

W schronisku przy Popradzkim Stawie

W schronisku przy Popradzkim Stawie

Za oknem pięknie

Za oknem pięknie

Tymusiowy wehikuł - wart Nobla

Tymusiowy wehikuł – wart Nobla

Tak właśnie szliśmy. Patent do polecenia!

Tak właśnie szliśmy. Patent do polecenia!

EPILOG. Po powrocie z wyjazdu okazało się, że gorączka Tymka była spowodowana najprawdopodobniej zapaleniem układu moczowego. W związku z podejrzeniem u niego refluksu, czekały nas długie badania i potem wieloletnie leczenie. Po tych problemach zostało już tylko wspomnienie, ale na zawsze uwrażliwiliśmy się na potrzebę wykonania badania moczu u dziecka w przypadku temperatury niewiadomego pochodzenia. Uczulamy więc na to też innych Rodziców!

Czarnogóra część II – Durmitor, powrót na Promorje i Lovćen

28 sierpnia 2013, środa

Cały dzień to słońce, to przelotne opady, od 12 stopni na wysokości 1900 m do 24 stopni na nizinach

PN Durmitor w pigułce

Niestety, ze względów zdrowotnych nie mogliśmy w tym roku porządnie pochodzić po górach, więc z łezką w oku nie zaplanowaliśmy wyprawy na najwyższy szczyt Durmitoru – Bobotov Kuk (2523 m n.p.m.). Ale ta sytuacja miała też dobre strony – inaczej wybralibyśmy się na jakąś trasę-siekierę na 15 godzin i dziko gnalibyśmy do przodu, a tak to mogliśmy spędzić czas na spokojnych spacerach i postojach połączonych z podziwianiem widoków. A w Durmitor (i w inne pasma Czarnogóry) na pewno jeszcze wrócimy – to piękne góry, niezbyt trudne, idealne do wycieczek ze szkolnymi dziećmi.

Rano odmeldowujemy się z hotelu i podjeżdżamy do centrum niewielkiego Žabljaka. To najwyżej położone na Bałkanach miasto (powyżej 1400 m) jest świetnym punktem wypadowym w masyw Durmitoru. Są tu głównie hotele i kwatery (nastawione chyba zwłaszcza na sezon zimowy), kilka sklepów i restauracji. Budynki w większości nowe lub poodnawiane, kolorowe drogowskazy wskazują drogę na szlaki – widać, że rejon intensywnie rozwija się turystycznie, choć oczywiście stopnia komercjalizacji Žabljaka nie da się nawet porównać z naszym Zakopanem. Podjeżdżamy do siedzimy parku i kupujemy mapę Durmitoru – ta inwestycja jest na wagę złota, bo w Polsce górskie mapy Czarnogóry były nie do dostania. Po krótkim przestudiowaniu trasy decydujemy się na przyjemny spacer z żelaznego repertuaru przeciętnego žabljackiego turysty. Obchodzimy niewielkie, ale urokliwe Crno Jezero, po czym robimy spacer do Zmijinjego Jezera i wracamy z powrotem na parking. Cały wypad (spokojnym tempem z postojami) zajmuje nam ok. 3 godzin. Na trasie spotykamy niewielu turystów (może to przez niezachęcającą pogodę), jest spokojnie i miło. Zaskakuje nas wysoki stopień podobieństwa roślinności do tej znanej z naszych polskich szlaków, nawet temperatura powietrza jest jakaś taka „polska” – termometr wskazuje zaledwie kilkanaście stopni. To zadziwiające, jak bardzo zróżnicowany może być tak mały kraj jak Czarnogóra – mamy jeszcze w pamięci przedwczorajszą spiekotę i drzewa cytrusowe na wybrzeżu.

Žabljak z samochodu.

Žabljak z samochodu.

Park Narodowy Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Siedziba PN Durmitor.

Siedziba PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Crno Jezero, PN Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Park Narodowy Durmitor.

Na pożegnanie masywu Durmitor decydujemy się jeszcze przejechać  wysokogórską drogą, przez przełęcz pod szczytem Sedlena Greda, wznoszącą się na poziom ponad 1900 m n.p.m. (przejażdżka jednocześnie ma służyć jako rekonesans przed przyszłą wyprawą na Bobotov Kuk szlakiem z przełęczy). Nie zniechęcają nas pomruki burzy, pierwsze krople deszczu i kłębiące się chmury, R. odważnie rusza wąską i krętą drogą pod górę. Sam przejazd oczywiście wymaga ogromnej uwagi i wprawy, zwłaszcza podczas mijania się z samochodami jadącymi z naprzeciwka – jest wąsko, przepaściście, na drodze spotyka się kamienie, trzeba się też rozmijać z krowami i owcami (widzimy też stado koni). Mimo to w porównaniu z trasą  z Virpazaru do Rijeki Crnojevićy jedzie się z mniejszą dawką adrenaliny  – droga jest poprowadzona przez płaskowyż i wziąwszy pod uwagę wysokość n.p.m., ma stosunkowo mało zakrętów. Trasa jest niezmiernie widokowa – stwierdzamy, że to jedna z najpiękniejszych dróg, jakimi kiedykolwiek przyszło nam jechać. Aż trudno wybierać kadry na kolejne migawki. Podczas końcowego fragmentu (kręty przejazd tunelami aż pod stopy rzeki Piva) M. nawet robi krótki filmik dla chłopaków – na pewno by im się podobało. Polecamy przejechanie tą trasą wszystkim po operacjach ortopedycznych – chi chi – to namiastka przejścia wysokogórskiego szlaku i wspaniała możliwość liźnięcia krasowego masywu Durmitoru.

PN Durmitor z okien samochodu.

PN Durmitor z okien samochodu.

Dzień dobry paniom.

Dzień dobry paniom.

Przełęcz pod szczytem Sedlena Greda.

Przełęcz pod szczytem Sedlena Greda.

Widok z przełęczy pod szczytem Sedlena Greda.

Widok z przełęczy pod szczytem Sedlena Greda.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Wyjeżdżamy poza granicę PN Durmitor.

Wyjeżdżamy poza granicę PN Durmitor.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Zjazd w kierunku Pivskiej Planiny.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

Pivska Planina.

A Pani dokąd.

A Pani dokąd.

Czarnogórskie tunele.

Czarnogórskie tunele.

Znajdź wyjście z tunelu.

Znajdź wyjście z tunelu.

W tunelu może być nawet skrzyżowanie.

W tunelu może być nawet skrzyżowanie.

Po zjechaniu z tej emocjonującej trasy zatrzymujemy się na chwilę, by utrwalić na fotografii spiętrzone przez zaporę wody Pivy – ten piękny kolor wody i góry dookoła – poezja.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Pivsko Jezero.

Wracając do naszej podstawowej mety, na śródziemnomorskie Primorje, rozmawiamy o tym, że ten, kto poprzestał tylko na plażowaniu na czarnogórskim wybrzeżu, nie poznał całego oblicza kraju – wyprawa na północ pokazuje ogromną różnorodność Czarnogóry – w ciągu jednego dnia można odbyć wysokogórską wycieczkę, zmarznąć i zmoknąć, a wieczorem kąpać się w ciepłych wodach Adriatyku, spoglądając na śródziemnomorską roślinność. Na północy jest też dużo mniej turystów, a kraj wydaje się bardziej autentyczny – komercja jeszcze tu nie dotarła.

Dopełnieniem dzisiejszego dnia, zdominowanego do tej pory przez piękną przyrodę, jest wizyta w XVII-wiecznym Monasterze Ostrog – jednym z najważniejszych miejsc dla bałkańskiego prawosławia. Zaczynamy od emocjonującego (zjazd z głównej szosy Nikšić-Podgorica) 10-kilometrowego podjazdu po stromych stokach Prekornicy. Wąsko, kręto, przepaściście – wszystko byłoby pięknie gdyby nie ten sznur samochodów nadjeżdżających z naprzeciwka. Emocje towarzyszące wymijaniu się z autami z przeciwnego kierunku były w kilku miejscach porównywalne ze skokiem na bungee – w każdym razie M. wolałaby cały ten odcinek honorowo przejść na własnych nogach niż pokonać go za kierownicą, za to R. był niezrównany i z miną pokerzysty zajechał na sam górny parking. W całym obszarze monasteru wzmożony ruch turystyczny, głównie o charakterze pielgrzymkowym. Wierni przybywają tu, by czcić uzdrawiające relikwie św. Wasyla. Na nas największe wrażenie robi jednak wkomponowanie górnego monasteru w skały Prekornicy – samo przebywanie w tym miejscu jest dla nas jak modlitwa. Oglądamy budynek konaku oraz cały kompleks monasteru razem z dwiema cerkwiami-kaplicami: Świętego Krzyża i Zaśnięcia Bogurodzicy (pokrytą pięknymi XVII-wiecznymi freskami). Wizyta w monasterze Ostrog jest wspaniałym przeżyciem, zarówno duchowym, jak i estetycznym.

Wejście do Monasteru Ostrog (XVII w).

Wejście do Monasteru Ostrog (XVII w).

Budynek konaku.

Budynek konaku.

Monaster Ostrog (XVII w).

Monaster Ostrog (XVII w).

Widok- modlitwa.

Widok- modlitwa.

Dolny Monaster Ostrog - cerkiew.

Dolny Monaster Ostrog – cerkiew.

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

W domu jesteśmy dopiero po 20:00 i po raz kolejny błogosławimy decyzję o wykupieniu dodatkowego noclegu w Žabljaku.

Pod koniec dnia M. wychwala umiejętności kierowcy R. – sama za żadne pieniądze nie wybrałaby się na przejażdżkę dla przyjemności takimi drogami jak dziś:)

 

29 sierpnia 2013, czwartek

Pięknie i ciepło, do 32 st., w dzień chwilami trochę chmur dających przyjemny cień

Cudowny dzień na Primorju

Po dwóch dniach spędzonych w podróży dookoła kraju postanawiamy dzisiaj zwiedzić najbliższe okolice. Zaczynamy od turystycznej wizytówki Czarnogóry – wyspy Sveti Stefan. To zbudowana w XV w. na wyspie niewielka twierdza z kamiennymi domkami otoczonymi murami. Tutaj przed wiekami chronili się przed Turkami i korsarzami mieszkańcy okolicznych miejscowości. Obecnie (od lat 50. XX w., gdy wysiedlono tutejszą ludność) cała wyspa to właściwie jeden bardzo ekskluzywny hotel i zwykli śmiertelnicy nie mają tam wstępu. Na szczęście patrzeć nikt nie zabrania, więc zatrzymujemy się na głównej szosie i urządzamy sobie spacer w dół w stronę tutejszej plaży. O ile widoki z szosy i z plaży są naprawdę piękne, o tyle sama plaża to nic ciekawego, więc miejscowość nie jest warta zatrzymania się na dłużej. Zdjęcie stąd to jednak obowiązkowy punkt programu (przy szosie zatrzymują się w tym celu całe autobusy z turystami…)

Czarnogórskie wybrzeże.

Czarnogórskie wybrzeże.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan - turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Wyspa Sveti Stefan – turystyczna wizytówka Czarnogóry.

Lekko zdyszani po podejściu z plaży (kilkaset metrów po schodkach w upale daje nieźle popalić) ruszamy w stronę Baru, podziwiając po drodze widoki na kolejne malownicze zatoczki z plażami – im dalej na południe, tym mniej skomercjalizowane. Główny cel naszej dzisiejszej wycieczki to Stary Bar, niezamieszkana, zrujnowana starówka. To miejsce jest po prostu magiczne, a przy tym nadzwyczaj spokojne (przez godzinę mijamy się tylko z kilkunastoma osobami, głównie Polakami z grupy, która przyjechała tu autokarem). Miasto zbudowane na kamiennym wzgórzu w XIV w. (choć osada istniała tu od ok. VI w.) od drugiej połowy XIX w. pozostaje w ruinie. Dzieło zniszczenia z czasów wojny rosyjsko-tureckiej dokończyło trzęsienie ziemi w 1979 r. Ale może właśnie dzięki temu, że miasto nie zostało odbudowane, jest dzisiaj tak atrakcyjne.

Przez godzinę spacerujemy, obchodząc każdy zakątek ruin, wśród których są kościoły, cerkwie, pałace, domy, ale też twierdza zbudowana na miejscu dawnego pałacu biskupiego. Z jej murów można podziwiać widok na ruiny oraz rozciągające się u ich stóp miasto z wieżami minaretów i krzyżami cerkwi (w Barze wspaniale widać przenikanie się kultur), port i otaczające miasto góry.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

Mury Starego Baru.

Mury Starego Baru.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

Zaglądamy w różne zakamarki.

Zaglądamy w różne zakamarki.

Stary Bar - wymarłe miasto.

Stary Bar – wymarłe miasto.

O... jeszcze tu można wejść.

O… jeszcze tu można wejść.

Czy to była brama...

Czy to była brama…

Wystawa detali architektonicznych w dawnym magazynie prochu.

Wystawa detali architektonicznych w dawnym magazynie prochu.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Widoki z murów twierdzy w Starym Barze.

Widoki z murów twierdzy w Starym Barze.

Fragment ściany twierdzy zatrzymał się w dziwnej pozie...

Fragment ściany twierdzy zatrzymał się w dziwnej pozie…

Twierdza w Starym Barze.

Twierdza w Starym Barze.

Akwedukt.

Akwedukt.

Widać nawet pozostałości fresków.

Widać nawet pozostałości fresków.

A tuż obok stoi meczet.

A tuż obok stoi meczet.

Dookoła piękne góry.

Dookoła piękne góry.

A u stóp dzisiejszy Bar.

A u stóp dzisiejszy Bar.

Po tym uspokajającym spacerze zatrzymujemy się na obiad w Konobie Kula na przyjemnym tarasiku pod murami miejskimi. Po raz kolejny doceniamy walory czarnogórskiej kuchni: zajadamy się paprykami faszerowanymi serem i wsuwamy pizzę z warzywami, za wszystko płacimy niecałe 15 Euro (a gratis dostajemy jeszcze pyszne melony, arbuzy i winogrona!). Mniam!

Po południu, posileni kawą i winogronami kupionymi w barskim markecie (skąd przywieźliśmy też na pamiątkę czarnogórskie wina Vranac), ruszamy na spacer do starego miasta w Budvie. Spragnieni ruchu, rezygnujemy z podjazdu samochodem pod budwiańską starówkę, wolimy pieszo pokonać te pięć kilometrów (w jedną stronę). Większą część trasy wiedzie przyjemnymi promenadami wzdłuż plaży w Bečići, a następnie w Budvie. Niestety, nie znajdujemy tunelu, którym kiedyś podobno można było pokonać dzielący obie miejscowości półwysep. Prawdopodobnie został on zlikwidowany przez ogromną inwestycję deweloperską, zajmującą połowę półwyspu… Z bólem serca patrzymy, jak każdy fragment ziemi w tej okolicy zajmowany jest przez kolejne, zwykle coraz większe hotele i apartamentowce… Na pewno okolice Budvy to nie jest miejsce na wakacje dla osób pragnących kontaktu z dziką przyrodą (my wybraliśmy te okolice na bazę wypadową ze względu na dobre połączenie drogowe z resztą kraju). Niewątpliwie jednak plaże są przyjemne, a dookoła pełno atrakcji, więc ci, którym nie przeszkadza wielkomiejski gwar, będą zapewne zadowoleni.

Idąc wzdłuż plaży, bardzo często słyszymy język rosyjski –  widać, że dużo Rosjan wybiera te okolice na swoje wakacje. Język polski też słychać dość często, szczególnie na samej starówce. Tutejsze stare miasto, w przeciwieństwie do otaczającej je gwarnej Budvy, jest (przynajmniej o tej porze – około 18:00) oazą spokoju. Przyjemnie jest błądzić wąskimi uliczkami w poszukiwaniu miejsca na wypicie mrożonej kawy. Zatrzymujemy się w tym celu w przyjemnie położonej na Starogradskim Trgu restauracji. Słone ceny osładza nam widok na katedrę św. Jana i Dwór Biskupi i najlepsza miejscówka na „ławce-huśtawce”. Po chwili przyjemnego odpoczynku oglądamy jeszcze cerkiew św. Trójcy (XIX w.) oraz dwie maleńkie średniowieczne świątynie – cerkiew św. Sawy i kościół sv. Maria in Punta. Na dłużej zatrzymujemy się na murach cytadeli, z których roztaczają się o tej porze przepiękne widoki na dachy starówki, otaczające góry i Adriatyk z wynurzającą się z niego wyspą sv. Nikola (z widocznym stąd skośnym układem warstw skalnych). To wszystko w promieniach zachodzącego słońca… – po prostu BAJKA! Niestety każda przyjemność kiedyś się kończy, więc ruszamy w powrotną drogę, tym razem wzdłuż pustoszejących już plaż. Dochodzimy do naszego Bečići ok. 19:30, cały spacer zajął nam niespełna trzy i pół godziny i wymagał pokonania koło 10 km w obie strony (nie licząc krążenia po starówce).

Na plaży w Bečići.

Na plaży w Bečići.

W Budvie można kupić naprawdę świeżą rybkę.

W Budvie można kupić naprawdę świeżą rybkę.

Starówka w Budvie.

Starówka w Budvie.

Mury starego miasta w Budvie.

Mury starego miasta w Budvie.

Katedra św. Jana i Dwór Biskupi.

Katedra św. Jana i Dwór Biskupi.

Ceriew św. Trójcy (XIX).

Ceriew św. Trójcy (XIX).

Średniowieczna cerkiew św. Sawy.

Średniowieczna cerkiew św. Sawy.

Wchodzimy do cytadeli.

Wchodzimy do cytadeli.

Spojrzenie na wyspę Sv. Nikola.

Spojrzenie na wyspę Sv. Nikola.

Budviańska starówka z murów cytadeli.

Budviańska starówka z murów cytadeli.

Średniowieczne świątynie i nowoczesne miasto.

Średniowieczne świątynie i nowoczesne miasto.

Zachód słońca w Bečići.

Zachód słońca w Bečići.

 

30 sierpnia 2013, piątek

Niewielkie zachmurzenie, 26 stopni

Na dzień pożegnalny wybieramy wyprawę do serca Czarnogóry – do mauzoleum czarnogórskiego XIX-wiecznego władyki, Njegoša, na szczycie Jezerskiego Vrhu w masywie Lovćenu oraz do dawnej stolicy Czarnogóry, Cetinja. Nasza wycieczka pozwala poczuć ducha czarnogórskiej państwowości, a przy tym obfituje w przepiękne widoki – w sam raz na pożegnanie Czarnogóry.

W masyw Lovćen wjeżdżamy drogą od strony Cetinja. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Brajići, gdzie podchodzimy krótkim szlakiem do ruin zamku usytuowanego malowniczo na skalistym zboczu ponad Adriatykiem. Wycieczka – tylko skrótowo wspominana w przewodnikach – jest ogromnie atrakcyjna i ze wszech miar warta polecenia głownie ze względu na fantastyczne widoki rozciągające się spod ruin na fragment wybrzeża od Świętego Stefana po Budvę. Do tego spokój i zero ludzi – bajka.

Wybrzeże Adriatyku w okolicy Budvy.

Wybrzeże Adriatyku w okolicy Budvy.

Starówka w Budvie.

Starówka w Budvie.

Okolice wyspy Sv. Stefan z drogi do Cetinje.

Okolice wyspy Sv. Stefan z drogi do Cetinje.

Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę Sveti Stefan.

Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę Sveti Stefan.

Plaże Bečići i Budvy spod ruin zamku w Brajići.

Plaże Bečići i Budvy spod ruin zamku w Brajići.

Ruiny zamku w Brajići.

Ruiny zamku w Brajići.

Malownicza dróżka spod ruin zamku w Brajići.

Malownicza dróżka spod ruin zamku w Brajići.

Po krótkiej przerwie ruszamy już prosto do Parku Narodowego Lovćen. Wbrew naszym obawom droga wjeżdżająca od tej strony na Jezerski Vrh jest dość szeroka i mimo serpentyn nie sprawia większego kłopotu. Jezerski Vrh jest najwyższym dostępnym dla turystów szczytem masywu i rozciąga się z niego piękna panorama od Durmitoru po Adriatyk, z Cetinje malowniczo wciśniętym między góry. Tym, co przyciąga tu najwięcej turystów, jest jednak mauzoleum Njegoša – czarnogórskiego władyki i autora jednego z najważniejszych dla świadomości narodowej Czarnogórców dzieł – poematu epickiego Górski wieniec. Parkujemy na niewielkim parkingu, po czym podchodzimy ok 15 min na szczyt. Ostatni fragment wiedzie betonowymi schodami (a wydaje się, że schody zostaną dociągnięte aż na sam parking – obecnie cały teren mauzoleum jest obstawiony rusztowaniami i intensywnie renowowany) i tunelem wydrążonym w skale (na czas remontu tunel zamknięty, wchodziliśmy na szczyt schodkowym obejściem z boku). W naszych parkach narodowych takie posunięcie byłoby chyba nie do pomyślenia… Na szczycie oglądamy mauzoleum Njegoša – wejścia strzegą Czarnogórki-Kariatydy, wewnątrz znajduje się imponujący rozmiarem pomnik władyki siedzącego pod pozłacanym sklepieniem, a w krypcie znajdującej się 4 m niżej jest usytuowany jego grób. Po obejrzeniu mauzoleum przechodzimy na platformę widokową na drugiej stronie szczytu, po czym wracamy do samochodu.

Park Narodowy Lovćen - widok na Štirovnik (1749).

Park Narodowy Lovćen – widok na Štirovnik (1749).

Wchodzimy na Jezerski Vrh.

Wchodzimy na Jezerski Vrh.

Mauzoleum Njegoša na Jezerskim Vrhu (1660).

Mauzoleum Njegoša na Jezerskim Vrhu (1660).

Kariatydy strzegą grobu Njegoša.

Kariatydy strzegą grobu Njegoša.

Wnętrze mauzoleum.

Wnętrze mauzoleum.

Krypta z grobem władyki.

Krypta z grobem władyki.

Po drugiej stronie Jezerskiego Vrhu... chwila odpoczynku.

Po drugiej stronie Jezerskiego Vrhu… chwila odpoczynku.

Góry w PN Lovćen ze szczytu Jezerskiego Vrhu.

Góry w PN Lovćen ze szczytu Jezerskiego Vrhu.

Spojrzenie z Jezerskiego Vrhu na Cetinje.

Spojrzenie z Jezerskiego Vrhu na Cetinje.

Czas schodzić...

Czas schodzić…

Następny punkt programu to Cetinje. Po spojrzeniu na mapę decydujemy się pojechać tam okrężną drogą – zjechać z Jezerskiego Vrhu w stronę Kotoru, a dopiero potem skręcić na Cetinje. Mimo zdecydowanie gorszej jakości drogi i obiektywnie większych trudności dla kierowcy wariant ten jest godny polecenia z uwagi na fantastyczne widoki rozciągające się z drogi na Bokę Kotorską od Tivatu po Kotor. To jedne z najpiękniejszych widoków, jakie oglądaliśmy w Czarnogórze.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Widoki na Bokę Kotorską ze zboczy masywu Lovćen.

Po widokowej części wycieczki zajeżdżamy na parking w Cetinju. Dawna stolica kraju ma charakter raczej prowincjonalny, ale przez to właśnie zachowuje swój urok, a zwiedzanie jej nie męczy. Podchodzimy na główny plac miasta, Trg Kralja Nikole, na którym odnajdujemy dwór Njegoša (XIX w.), pomnik gospodara Ivana Crnojevicia, założyciela Cetinja (XV w.) oraz budynek Muzeum Państwowego mieszczącego się w dawnym pałacu Króla Mikołaja (XIX/XX w.). Teraz czas na obiad – jemy w niedrogiej, sympatyczniej restauracyjce. Po obiadku zwiedzania ciąg dalszy. Odnajdujemy kilka budynków dawnych ambasad pamiętających dawną świetność kraju oraz podchodzimy pod XV-wieczną pasterską cerkiew (Vlaška crkva), przed którą stoją dwie bogomilskie stećki z widocznymi jeszcze reliefami. Na koniec podchodzimy pod ważny dla duchowości Czarnogórców monaster cetinjski – dawną siedzibę władyków (pierw. XV, ob. pocz. XX w.) i wchodzimy na wzgórze Orlov Krš z grobem Daniły I (XVII/XVIII w.), założyciela jednej z najważniejszych czarnogórskich dynastii. Roztacza się stąd piękny widok na Cetinje i masyw Lovćen ze szczytem Jezerskiego Vrhu. Teraz już prosto do samochodu. Schodząc ze wzgórza, zauważamy na drzewie drewnianą budkę wielkością przypominającą tę dla psa, a wyglądem – tę dla ptaków. Pękamy ze śmiechu i zachodzimy w głowę, jaka kukuła-gigant może tutaj mieszkać.

Dwór władyki (Biljarda), obecnie Muzeum Njegoša w Cetinje.

Dwór władyki (Biljarda), obecnie Muzeum Njegoša w Cetinje.

Trg Kralja Nikole, w tle dawny pałac króla Mikołajja.

Trg Kralja Nikole, w tle dawny pałac króla Mikołajja.

Dawna ambasada Wielkiej Brytanii.

Dawna ambasada Wielkiej Brytanii.

Vlaška crkva w Cetinje.

Vlaška crkva w Cetinje.

Stećka - kamień nagrobny Bogomiłów ze śladami reliefów.

Stećka – kamień nagrobny Bogomiłów ze śladami reliefów.

Dawna ambasada Francji.

Dawna ambasada Francji.

Vladin Dom, dawny parlament, obecnie muzeum.

Vladin Dom, dawny parlament, obecnie muzeum.

Monaster centijski, była siedziba władyków.

Monaster centijski, była siedziba władyków.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Grób Daniły I na wzgórzu Orlov Krš.

Widok na Cetinje ze wzgórza Orlov Krš.

Widok na Cetinje ze wzgórza Orlov Krš.

A dla kogo ta budka na drzewie...

A dla kogo ta budka na drzewie…

Po powrocie do Bečići czeka już nas tylko pakowanie. Przed tą niewątpliwą przyjemnością wybieramy się jeszcze na miłe pożegnanie z Adriatykiem – przedwieczorną kąpiel na naszej plaży. Wieczorem już tylko pakowanie i zdjęcia przy czarnogórskim winku.

 

30 sierpnia 2013, sobota

Bečići-Kraczkowa, ok. 1600 km, 01:50-1:00, niemal doba jazdy- mordęga

W nocy nie bardzo możemy już spokojnie spać, więc − obawiając się korków na autostradach w Chorwacji − wstajemy z łóżek i już przed drugą jesteśmy w drodze.

Przez Czarnogórę jedzie się wolno (nie chcemy ryzykować czekania na prom w środku nocy, więc objeżdżamy Bokę Kotorską samochodem) – na takiej drodze nie można poszaleć – ale jakoś to idzie. Ku naszemu zaskoczeniu wita nas kolejka na granicy. Sznur samochodów przesuwa się jakby chciał a nie mógł, a my się frustrujemy. Najpierw kolejka do czarnogórskiego, a potem – do chorwackiego okienka. Wreszcie udaje nam się przejechać, choć cała atrakcja zajmuje nam – bagatela – półtorej godziny.

Po 3 godzinach jazdy po chorwackich jednopasmówkach wreszcie wjeżdżamy na autostradę. Zagęszczenie samochodów jest niesamowite – parkingi zatłoczone, problemy z wepchnięciem się na lewy pas, kolejka przy okienku na zjeździe. Ale ogólnie rzecz biorąc, jedzie się. Nie licząc małego stresa spowodowanego kolejnym błędem naszej samochodowej elektroniki ( „depollution system faulty” skutkujące redukcją do połowy mocy naszego auta, co w dzisiejszych warunkach drogowych z pewnością nie jest rozwiązaniem komfortowym), posuwamy się do przodu bez większych problemów.

Staramy się przede wszystkim jechać. Zatrzymujemy się tylko na skorzystanie z toalety i dalej przed siebie. Dłuższy postój zarządzamy tylko jeden  – w smacznej restauracji na Węgrzech. A potem już mordownia na całego. Jeszcze na Węgrzech robi się ciemno, na Słowacji już ledwo żyjemy  – ratujemy się krótkim postojem na kawie w Preszowie. Ostatni odcinek przez Polskę pokonujemy chyba siłą woli.

Po spędzeniu niemal doby w samochodzie dochodzimy do wniosku, że pokonanie tak dużego dystansu w jeden dzień nie jest do powtarzania – co zrobić, skoro tak trudno było nam zrezygnować z tego dodatkowego dnia w Czarnogórze.

Wracamy zmęczeni, ale pełni wrażeń i przekonani, że Bałkany będą celem jeszcze nie jednej naszej wyprawy.

Czarnogóra część I – Jezioro Szkoderskie, Boka Kotorska i Biogradski Park Narodowy

25 sierpnia 2013, niedziela

Cały dzień piękna, upalna pogoda, ok. 32 stopnie

Rano budzi nas dopiero telefon od chłopców po 8:00, a i potem jakoś nie możemy się zwlec z łóżka. W efekcie wyjeżdżamy dopiero koło 10:30.

Naszą przygodę z Czarnogórą zaczynamy od wyjątkowo malowniczego Jeziora Szkoderskiego. Już sam dojazd samochodem dostarcza niezapomnianych widoków – najpierw jedziemy wzdłuż wybrzeża Adriatyku usianego miejscowościami wypoczynkowymi, potem w okolicy miejscowości Durmani, za Petrovacem, kierujemy się na północ i przejeżdżamy przez góry (które w Czarnogórze bezpośrednio graniczą z morzem, co dla amatorów pięknych widoków stwarza mieszankę wybuchową…), korzystając z kilkukilometrowego (opłata 2,5 Euro) tunelu przez góry. Po chwili naszym oczom ukazuje się przepiękne Jezioro Szkoderskie.

Virpazar zaprasza na przygodę z Jeziorem Szkoderskim.

Virpazar zaprasza na przygodę z Jeziorem Szkoderskim.

Tą łodzią będziemy płynąć.

Tą łodzią będziemy płynąć.

Gotowi na rejs!.

Gotowi na rejs!.

Czarnogóra objęła teren jeziora ochroną parku narodowego. Ten największy śródlądowy zbiornik wodny Bałkanów powstał w wyniku zalania doliny krasowej przez wody rzek. W efekcie rzeczywiście wygląda jak pasmo górskie zalane wodą  – co chwila z jeziora wyrasta pagórek, dodatkowo ozdobiony zabytkowym monasterem lub po prostu skalistym wybrzeżem. Tego się nie da opisać, to po prostu trzeba zobaczyć – jak mawiały Trzmieliki z książki o Bzyczku i Buczku.

Największą ochotę mamy na rejs łódką po jeziorze, obejmujący  jego największe atrakcje turystyczne, ale nie bardzo wiemy, jak to załatwić. Mamy wizję jakiegoś centrum turystycznego, gdzie wywieszone są plany rejsów z cennikiem i gdzie można się wszystkiego dowiedzieć. Rzeczywistość wygląda inaczej – przejażdżki łodziami oferują prywatni organizatorzy, nagabujący podjeżdżających na parking od samego wyjścia z samochodu. Przekonujemy się o tym już w miejscowości Vranjina, gdzie mieści się siedziba parku narodowego. Przypominają się nam dawni busiarze w Zakopanem sprzed 10 lat. Nie udaje nam się załapać na większą łódkę, za to kupujemy w centrum informacji dokładną mapę jeziora. Wracamy więc kawałek do Virpazaru i tu już dajemy się schwytać na wędkę pracownikom hotelu i restauracji Pelikan. Od razu udaje nam się dostać na łódkę. W cenie 40 Euro/2 os. mamy dwugodzinny rejs po jeziorze. Na dokładne poznanie całego akwenu potrzeba by było kilku dni, ale przynajmniej możemy poczuć atmosferę tego pięknego miejsca. Łódź podpływa  najpierw pod wysepkę Grmožur, na której znajdują się ruiny XIX-wiecznej tureckiej twierdzy, do której Tito zsyłał więźniów politycznych (nazywanej „czarnogórskim Alcatraz”). Następnie podpływamy pod XV-wieczny monaster Św. Mikołaja, a potem kierujemy się na drugą stronę jeziora – bardziej urozmaiconą  porosłą roślinnością. Po drodze fotografujemy kormorany i malownicze lotosy.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Monaster Św. Mikołaja i cerkiew Wniebowzięcia NMP (XV w).

Monaster Św. Mikołaja i cerkiew Wniebowzięcia NMP (XV w).

Kormorany na Jeziorze Szkoderskim.

Kormorany na Jeziorze Szkoderskim.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Poturecka twierdza na wyspie Grmožur.

Poturecka twierdza na wyspie Grmožur.

...nazywana 'czarnogórskim Alcatraz'.

…nazywana ‚czarnogórskim Alcatraz’.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Po przejażdżce łódką idziemy za ciosem i decydujemy się dodatkowo wzbogacić kasę restauracji Pelikan, zjadając tam obiad. Decyzja okazuje się trafiona – zupa rybna, stek zapiekany z domowym serem i naleśniki z orzechami i miodem są warte grzechu.

Obiad w Virpazarze.

Obiad w Virpazarze.

Po obiedzie zastanawiamy się, które z atrakcji rejonu Jeziora Szkoderskiego wybrać – żal rezygnować z każdej. W końcu decydujemy się odpuścić wyspy Moračnik i Starčevo z monasterami i pojechać górską drogą w kierunku miejscowości Rijeka Crnojevića z nadzieją na piękne widoki na jezioro. Wrażenia przerastają nasze oczekiwania. Dopiero z góry można docenić niezwykłość krajobrazów Jeziora Szkoderskiego, z wysepkami pośrodku, w ramce górskich krajobrazów. Najpiękniejszy widok otwiera się jednak na meandry Rijeki Crnojevića w północno-zachodnim krańcu jeziora. Coś niezapomnianego. Oczywiście za wrażenia trzeba zapłacić. Przejazd trasą Virpazar-Rijeka Crnojevića to trasa dla kierowców o zdecydowanie mocnych nerwach – droga jest wąska i przepaścista, ale to, co przysparza największych kłopotów, to rozmijanie się z autami jadącymi z naprzeciwka. M. cieszyła się, że to nie na nią padła przyjemność kierowania autem.

Do odważnych świat należy - jedziemy obejrzeć jezioro z góry.

Do odważnych świat należy – jedziemy obejrzeć jezioro z góry.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie.

Jezioro Szkoderskie.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Rijeka Crnojevića.

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića. Ale tu pięknie...

Jezioro Szkoderskie i Rijeka Crnojevića. Ale tu pięknie…

Za miejscowością Rijeka Crnojevića kierujemy się w kierunku Podgoricy. W pewnym momencie na szosie widzimy przechodzącego dostojnie żółwia – M. natychmiast wyskakuje z samochodu, strzela kilka fotek, a potem przenosi niefrasobliwego przechodnia w bezpieczne miejsce na trawy.

Nagle na jezdnię wtargnął żółw.

Nagle na jezdnię wtargnął żółw.

Nasz pierwszy dzień pobytu w Czarnogórze kończymy wizytą w stolicy kraju – Podgoricy. Wjeżdżając do miasta, zauważamy nowoczesne budynki i centra handlowe, jednak stare centrum Podgoricy sprawia wrażenie zaniedbanego. Zniszczenia wojenne i te po trzęsieniu ziemi z lat 70. na pewno zrobiły swoje. Robimy więc tylko zdjęcie potureckiej Wieży Zegarowej (XVIII w.),po czym podejmujemy zakończoną powodzeniem próbę znalezienia meczetu. Pobyt w mieście kończymy podjechaniem pod XIII-wieczną cerkiew Św. Jerzego zbudowaną pod „tytułowym” wzgórzem Gorica.

Podgorica - turecka wieża zegarowa (XVIII).

Podgorica – turecka wieża zegarowa (XVIII).

Jeden z podgorickich meczetów, dzielnica Stara Varoš.

Jeden z podgorickich meczetów, dzielnica Stara Varoš.

Podgorica, dzielnica Stara Varoš.

Podgorica, dzielnica Stara Varoš.

Cerkiew Św. Jerzego (XIII) pod Wzgórzem Gorica.

Cerkiew Św. Jerzego (XIII) pod Wzgórzem Gorica.

Carnogóra jest piękna, ale stolica nie robi najlepszego wrażenia… Na kwaterę wracamy znaną nam już drogą przez tunel.

Wieczorem nadrabiamy zaległości w zapiskach i w porządkowaniu zdjęć, degustując czarnogórskie wino. Na zdrowie!

 

27 sierpnia 2013, poniedziałek

Od rana parno i przelotne deszcze i burze, późnym popołudniem rozpogadza się

Dziś postanawiamy się zmierzyć z największą atrakcją turystyczną tutejszego wybrzeża – Boką Kotorską. To jedno z podstawowych miejsc, z którymi kojarzy się Czarnogóra. Adriatyk wgryza się tu w głąb lądu, tworząc malowniczy system czterech zatok, z morza wyrastają góry, a nad brzegiem usadowiły się zabytkowe miasta z długą historią. To wszystko w oprawie śródziemnomorskiej roślinności. Ech…

Rano decydujemy się najpierw pojechać do Kotoru, mając nadzieję, że choć przez chwilę będzie nam dane cieszyć się tym pięknym miastem bez tłumu turystów.

Kotor, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ujmuje nas przede wszystkim swoją autentycznością. Nie jest może wymuskany i wypolerowany, mury nie lśnią bielą jak w Dubrowniku, ale ma wyjątkową, właściwą sobie atmosferę – komercja dopiero tu wkracza. Plątanina wąskich, nieregularnych uliczek, stare świątynie i pałace, kolorowy bruk pod nogami i bajkowy widok rozciągający się na miasto i Bokę Kotorską spod ruin starej twierdzy czuwającej nad miastem  – to wszystko sprawia, że Kotor jest obowiązkowym punktem pobytu w Czarnogórze.

Wchodzimy do miasta przez Bramę Południową i oglądamy spory fragment miejskich fortyfikacji (powst. od średniowiecza do XVIII w.). Następnie zagłębiamy się w plątaninę wąskich uliczek, co kawałek spotykając różnobarwne koty (stąd KOTor? – śmieje się M.). Po niedawnym deszczu kamienie są śliskie i błyszczące. Dochodzimy pod główny zabytek miasta – romańską katedrę św. Tryfuna (patrona Kotoru). Wnętrze świątyni kryje wiele zabytków – m.in.  sarkofag z IX w., średniowieczną Pietę, romańsko-gotyckie cyborium. Można też zwiedzić bogaty skarbiec – udaje nam się nawet znaleźć krucyfiks, którym wysłannik papieski błogosławił armię Sobieskiego pod Wiedniem.

Kotor, Brama Południowa.

Kotor, Brama Południowa.

Wchodzimy na kotorska starówkę przez Bramę Poludniową.

Wchodzimy na kotorska starówkę przez Bramę Poludniową.

Kotor od razu kradnie nasze serca.

Kotor od razu kradnie nasze serca.

Romańska (XII) katedra św. Tryfuna, Kotor.

Romańska (XII) katedra św. Tryfuna, Kotor.

Romańsko-gotyckie cyborium.

Romańsko-gotyckie cyborium.

Sarkofag z IX w.

Sarkofag z IX w.

Krucyfiks, który błogosławił armię Sobieskiego.

Krucyfiks, który błogosławił armię Sobieskiego.

Po zwiedzeniu katedry robimy zdjęcie Pałacowi Drago z ciekawymi gotyckimi oprawami okien i kierujemy się w kierunku głównego placu miasta. Zaraz potem zaczyna padać. Chowamy się czym prędzej pod główną bramą miejską – Bramą Morską. Czekając, kiedy deszcz się skończy, wyglądamy na wieżę zegarową (pocz. XVII w.) i stojący tuż obok średniowieczny pręgierz; wychylamy się też, by obejrzeć sąsiadujący z bramą Pałac Namiestnika Wenecji (XV w.). Pada dość długo, ale wreszcie przestaje, kontynuujemy więc nasz kotorski spacer. Znajdujemy piękny romański kościół NMP (XIII w.) oraz patrzymy, jak maleńka romańsko-bizantyńska cerkiew św. Łukasza (XII w.) sąsiaduje z  dużo większą cerkwią sprzed 100 lat. Znowu zaczyna padać, więc wyglądamy jeszcze przez Bramę Północną na obmywającą mury obronne rzekę Skudrę i zaczynamy rozglądać się za jakimś miejscem na obiad, bo pada coraz mocniej. W końcu udaje nam się znaleźć sympatyczną knajpkę i przeczekujemy tam największą ulewę. Na parasole leje deszcz, a my spokojnie zajadamy sobie ciepły obiad – to była dobra decyzja.

Gotycki pałac Draga.

Gotycki pałac Draga.

Detal kotorskiej starówki.

Detal kotorskiej starówki.

Gdzieś w Kotorze.

Gdzieś w Kotorze.

Detal kotorskiej starówki.

Detal kotorskiej starówki.

Wieża zegarowa (pocz. XVII) i średniowieczny pręgierz.

Wieża zegarowa (pocz. XVII) i średniowieczny pręgierz.

Pałac Namiestnika Wenecji (XV) tonie w strumieniach deszczu.

Pałac Namiestnika Wenecji (XV) tonie w strumieniach deszczu.

Renesansowa Brama Morska.

Renesansowa Brama Morska.

Romańsko-gotycki kościół Św. Michała.

Romańsko-gotycki kościół Św. Michała.

Cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Gdzieś w Kotorze.

Gdzieś w Kotorze.

Romański kościół NMP.

Romański kościół NMP.

XII-wieczna cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

XII-wieczna cerkiew Św. Łukasza, Kotor.

Rzut oka na kotorskie fortyfikacje.

Rzut oka na kotorskie fortyfikacje.

KOTor.

KOTor.

KOTor.

KOTor.

Po obiedzie, kiedy już mamy wracać do samochodu, nagle przejaśnia się. Korzystając z przerwy pomiędzy dwiema burzami, ruszamy w stronę twierdzy św. Jana. Te ponad tysiąc stopni w górę daje się nam w dzisiejszej parnej aurze mocno we znaki, zwłaszcza że spieszymy się, słysząc ciągle groźne pomruki burzy z sąsiedniej zatoki. Po drodze oglądamy pięknie położoną cerkiew Gospe od Zdravlja (XVI w.). Umieszczona na stoku góry nad miastem świątynia miała chronić mieszkańców przed dżumą. Miejskie fortyfikacje, powstające stopniowo przez wiele setek lat, ostatecznego kształtu nabrały w XVIII w. Dopiero z bliska można je w pełni podziwiać, znaczna część schodów prowadzi po prostu wzdłuż murów lub po nich. Nie możemy sobie pozwolić na zbyt długie oglądanie widoków miasta na tle zatoki i otaczających gór, bo grzmoty przybierają na sile. Wchodzimy między zabudowania Kotoru wraz z pierwszymi kroplami deszczu.

Wejście do twierdzy Św. Jana.

Wejście do twierdzy Św. Jana.

Odsłaniają się coraz piękniejsze widoki.

Odsłaniają się coraz piękniejsze widoki.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Kotor z góry.

Twierdza Św. Jana.

Twierdza Św. Jana.

Znajdź trójkąt.

Znajdź trójkąt.

Zejście z twierdzy Św. Jana na kotorską starówkę.

Zejście z twierdzy Św. Jana na kotorską starówkę.

Cerkiew górująca nad Kotorem (XVI) chroni przed dżumą.

Cerkiew górująca nad Kotorem (XVI) chroni przed dżumą.

Do samochodu udaje nam się dotrzeć przed kolejną ulewą, w czasie której przejeżdżamy wzdłuż brzegów Boki Kotorskiej do Perastu. Spacer po tym miasteczku to prawdziwy odpoczynek po wizycie w zatłoczonym Kotorze (chociaż my i tak ominęliśmy częściowo główne tłumy, wyjeżdżając dzisiaj wcześnie rano). Głodni szczegółów mogą odszukać wszystkie pałace i kościoły, z których najwięcej pochodzi z czasów panowania weneckiego. My oglądamy barokowy pałac Bujevića (XVII w., obecnie Muzeum Miejskie) oraz kościół św. Mikołaja (XV w.), a poza tym staramy się po prostu podelektować spokojem oraz pięknymi widokami miasta (zamieszkałego na stałe przez zaledwie 350 osób!) i otaczającej je przyrody. Spoglądamy też oczywiście na dwie urocze pobliskie wysepki (jedna z kościołem MB na Skale, druga z ruinami klasztoru cystersów).

Perast wita.

Perast wita.

Boka Kotorska oglądana z Perastu.

Boka Kotorska oglądana z Perastu.

I hop!.

I hop!.

Barokowy (XVI) pałac mieści Muzeum Miejskie.

Barokowy (XVI) pałac mieści Muzeum Miejskie.

Kościół Św. Mikołaja (XV), Perast.

Kościół Św. Mikołaja (XV), Perast.

Zegar na wieży kościoła Św. Mikołaja.

Zegar na wieży kościoła Św. Mikołaja.

Wysepki w pobliżu Perastu.

Wysepki w pobliżu Perastu.

Widac też wysepkę z kościołem MB na Skale (XVII).

Widac też wysepkę z kościołem MB na Skale (XVII).

Ostatni rzut oka na Perast.

Ostatni rzut oka na Perast.

Ostatnim punktem naszego dzisiejszego przebogatego programu jest wizyta w Herceg Novi. Zaczynamy od szklanki mrożonej kawy z lodami w tutejszej restauracji. Z nową energią idziemy potem na plac Herceg Stjepana z cerkwią Michała Archanioła (XIX w.) pośrodku. Oryginalne połączenie stylów (bizantyńskiego, gotyckiego i barokowego) tej eklektycznej budowli dobrze harmonizuje z otaczającymi ją wysokimi palmami. Spacerując po mieście, zauważamy bogactwo roślinności (nie na darmo Herceg Novi bywa nazywane „miastem kwiatów”). Będąc w Herceg Novi, nie sposób też pominąć dwóch twierdz: nadmorskiej Forte Mare oraz położonej ponad starówką twierdzy Kanli Kula. Trzecia, najbardziej urokliwa, twierdza Španjola, położona jest w sporym oddaleniu od centrum, na wysokości 170 m n.p.m. Dojście do niej jest praktycznie nieoznakowane, najlepiej o drogę pytać miejscowych (my najpierw zapuszczamy się o kilkaset metrów za daleko). Twierdza obecnie jest uroczo zarośnięta przez bujną roślinność, ale we wnętrzu panuje spory bałagan, pozostawiony przez miejscowych imprezowiczów (wstęp jest całkowicie otwarty). Z murów twierdzy odsłaniają się jednak przepiękne widoki na miasto oraz ujście Boki Kotorskiej do Adriatyku (widoczne dokładnie na wprost). Stąd dopiero widać, dlaczego włodarze Herceg Novi mogli kontrolować kto wpłynie na wody Boki… (widać jeszcze ślady działa skierowanego w tę stronę, prawdopodobnie jeszcze w XX w., bo twierdza do tego czasu pełniła swoją funkcję). Wszystkie fortece Herceg Novi swój ostateczny kształt zawdzięczają Turkom, panującym tutaj przez ponad 200 lat.

Herceg Novi, turecka twierdza Kani Kula (XVI).

Herceg Novi, turecka twierdza Kani Kula (XVI).

Wieża zegarowa w Herceg Novi.

Wieża zegarowa w Herceg Novi.

Cerkiew Św. Michała Archanioła (XIX) - 'Belavista'.

Cerkiew Św. Michała Archanioła (XIX) – ‚Belavista’.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

Twierdza Forte Mare (XIV i nast.), Herceg Novi.

45. Jedna z uliczek Herceg Novi.

Turecka Twierdza Španjola (XVI) - wchodzimy.

Turecka Twierdza Španjola (XVI) – wchodzimy.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Twierdza Španjola.

Jeden z obecnych mieszkańców twierdzy.

Jeden z obecnych mieszkańców twierdzy.

Herceg Novi i Boka Kotorska z Twierdzy Španjola.

Herceg Novi i Boka Kotorska z Twierdzy Španjola.

Nasyceni śródziemnomorskim pięknem Boki Kotorskiej, wracamy do domu po ponad 10 godzinach zwiedzania. W Kotorze spędziliśmy 4 godziny, w Peraście niecałą godzinę, a w Herceg Novi 2 godziny, resztę czasu zajęły nam przejazdy (dzisiaj nieco dłużej czekaliśmy na prom, ok. 15 minut – nie załapaliśmy się na wcześniejszy, a potem kolejny odpłynął pusty po wyjeździe samochodów).

Z powrotem przez Bokę Kotorską przeprawiamy sie promem.

Z powrotem przez Bokę Kotorską przeprawiamy sie promem.

 

27 sierpnia 2013, wtorek

Od 2:00 w nocy aż do południa ciągle burze i ulewa, potem przejaśnienia, ale chłodno, do 19 st.

Wypad w Czarnogórskie góry (w czarnoGÓRY?)

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie odwiedzili choćby na krótko czarnogórskich gór. W tym roku problemy zdrowotne R. nie pozwalają nam w pełni korzystać z wycieczek górskich, ale postanowiliśmy chociaż pojeździć po górzystej części kraju i przespacerować się w kilku urokliwych miejscach. Jak kiedyś przyjedziemy tu pochodzić po górach, to już będziemy wiedzieli co i jak:)

Już w nocy obudziła nas burza, ale gdy rano nadal lało i grzmiało, byliśmy nieco zdziwieni. Bez większego pośpiechu wstaliśmy i po śniadaniu spakowaliśmy się na dwudniową eskapadę. Jak tylko ruszyliśmy (ok. 9:45), to znowu po dosłownie kilkuminutowej przerwie zaczęła się praktycznie nieustająca nawałnica, w której jechaliśmy przez kolejne dwie godziny. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak intensywnych i długotrwałych burz! Bałkańskie załamanie pogody naprawdę jest imponujące. W naszych górach burza trwa zwykle kilkadziesiąt minut, potem ewentualnie dłużej leje, ale już bez wiatru, piorunów itp. Tutaj mieliśmy wrażenie, że nad całą Czarnogórą rozciąga się jedna wielka chmura burzowa. Utrudniało to nam mocno podróż, w taką pogodę podczas jazdy przez góry trzeba było przede wszystkim uważać na spore kamienie o bardzo ostrych krawędziach, które staczają się z górskich ścian, a potem leżą na drodze. Poza tym na drogi nie narzekamy, są wystarczająco szerokie i mają przyzwoitą nawierzchnię.

Bałkańska burza na szosie pod Cetinje (masywu Lovcenu).

Bałkańska burza na szosie pod Cetinje (przejazd przez masyw Lovcenu).

Pomimo załamania pogody dzień mamy bardzo udany. Po drodze podziwiamy malowniczą dolinę Moračy, wzdłuż której prowadzi nasza szosa. Pierwszy postój robimy przy monasterze Morača (zał. w XIII w.). Szczególnie główna cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP robi na nas duże wrażenie. Freski (w większości z XVII w., ale są też fragmenty XIII-wiecznych), ikony, romańsko-bizantyńska architektura i szczególna atmosfera duchowa tego miejsca tworzą niepowtarzalną mieszankę. Zaglądamy też do starszej, ale mniejszej cerkwi św. Mikołaja i oglądamy budynki konaku. Cały monaster pięknie prezentuje się na tle „parujących” po deszczu gór.

Dolina Moračy.

Dolina Moračy.

Monaster Morača.

Monaster Morača.

Cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP.

Cerkiew soborowa Wniebowzięcia NMP.

XIII-wieczne freski...

XIII-wieczne freski…

Wnętrze cerkwi Wniebowzięcia NMP.

Wnętrze cerkwi Wniebowzięcia NMP.

Dzwonnica i cerkiew św. Mikołaja.

Dzwonnica i cerkiew św. Mikołaja.

Cudowna woda obok budynku konaku.

Cudowna woda obok budynku konaku.

Kolejny dłuższy przystanek to wizyta w Biogradskim Parku Narodowym. Zaliczamy spacer wokół Jeziora Biogradskiego, największego jeziora w masywie Bjelasicy. Dla nas to przyjemna chwila oderwania od zgiełku zwiedzanych w poprzednich dniach miast… bezcenne! Trasa spaceru prowadzi wśród kilkusetletnich, omszałych drzew (tutejsze lasy są uznawane za jedną z trzech naturalnych puszcz w Europie, a roślinność bardziej przypomina tę znaną nam z Karpat) i kładkami przez rozlewiska Biogradskiej Rijeki. Po drodze widzimy też ciekawe źródła i… niesamowicie dużego ślimaka! Pełni wrażeń siadamy w tutejszej restauracji i chętnie rozgrzewamy się pyszną zupą i naleśnikami z miodem i orzechami (po których jednak wieczorem nam trochę niedobrze…).

Jezioro Biogradskie.

Jezioro Biogradskie.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Jezioro Biogradskie.

Jezioro Biogradskie.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Kilkusetletnie buki.

Biogradska Rijeka.

Biogradska Rijeka.

Kładki cd.

Kładki cd.

Niesamowite drzewa tutejszej puszczy.

Niesamowite drzewa tutejszej puszczy.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Spacer wokół Jeziora Biogradskiego.

Ostatni punkt programu to kanion Tary. Jedziemy jego zboczami przez kilkadziesiąt kilometrów, parokrotnie się zatrzymując, żeby podziwiać rzekę i jej dzieło. Droga to wznosi się kilkaset metrów ponad dno doliny, to opada prawie nad rzekę, umożliwiając nawet zejście do wody. Widoki są niezapomniane, a dodatkowych wrażeń dostarcza pięknie poprowadzona droga. W pewnym momencie spotykamy trzy samotnie wędrujące krowy. Zatrzymujemy się też oczywiście przy słynnym moście na Tarze, który po wybudowaniu (w roku 1940) był największym mostem w Europie. Do dzisiaj ażurowa konstrukcja może budzić podziw, a dodatkowo, co ważne, nie psuje uroku okolicy, a nawet podnosi walory krajobrazowe tego miejsca. Po obowiązkowych fotkach i zakupie regionalnego miodu z bakaliami ruszamy już prosto do Žabljaka, gdzie postanawiamy dzisiaj przenocować przed planowanym na jutro odwiedzeniem gór Durmitor.

Pierwsze spojrzenie na kanion Tary.

Pierwsze spojrzenie na kanion Tary.

A te panie co tu robią same...

A te panie co tu robią same…

Malowniczy tunel.

Malowniczy tunel.

Tara w pełnej okazałości.

Tara w pełnej okazałości.

Kanion Tary.

Kanion Tary.

Jeszcze jeden tunelik.

Jeszcze jeden tunelik.

Pierwsze spojrzenie na most na Tarze.

Pierwsze spojrzenie na most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Most na Tarze.

Spojrzenie na Tarę z mostu.

Spojrzenie na Tarę z mostu.

Spojrzenie z mostu na kanion Tary

Spojrzenie z mostu na kanion Tary

Przed nami Durmitor.

Przed nami Durmitor.

Na miejscu lądujemy ok. 18:30. Nasz Hotel Lovac, w którym zarezerwowaliśmy wcześniej nocleg przez Internet, okazuje się bardzo przyzwoitą metą. Mamy spory pokój z łazienką i aneksem kuchennym za 28 Euro. Pewnie nie byłoby problemu ze znalezieniem kwatery, bo wokoło ich pełno (Žabljak to wiodący ośrodek narciarski w Czarnogórze), ale woleliśmy mieć pewność noclegu i spokój.

Czarnogóra, 2013.08

 

Wspaniałe zabytki, krajobrazy jak z bajki, magiczna Boka Kotorska, wyniosłe góry i piękna przyroda. Wypad do Czarnogóry we dwoje to zapewne dopiero prolog do naszych bałkańskich fascynacji!

 

Dubrownik.

Dojazd do Czarnogóry przez Chorwację

Zagrzeb i Dubrownik

 

Rijeka Crnojevića.

Część I – Jezioro Szkoderskie, Boka Kotorska i Biogradski Park Narodowy

Jezioro Szkoderskie, Rijeka Crnojevića, Kotor, Perast, Herceg Novi, Monastyr Moraca, Biogradski PN i Kanion Tary

 

Monaster Ostrog (XVII w) wbity w zbocza Prekornicy.

Część II – Park Narodowy Durmitor, powrót na Primorje i Lovćen

PN Durmitor, Monaster Ostrog, Sveti Stefan, Stary Bar, Budva, Masyw Lovćenu i Cetinje

Góry Mátra i Kékestetö – najwyższy szczyt Węgier

Góry Matra nie są może zbyt wysokie, jednak ich zalesionym, pofałdowanym grzbietom nie można odmówić uroku. Oglądanie rozleglejszych widoków możliwe jest głównie z puntów widokowych. Odwiedzamy dwa takie miejsca i oczywiście docieramy na najwyższy szczyt Węgier – Kékestetö.

Wycieczka w Góry Mátra i na Kékestetö – najwyższy szczyt Węgier

17 lipca 2012, wtorek

23oC i małe zachmurzenie u nas; w górach odczucie chłodu, 17oC

Wczoraj było zwiedzanie miasta, więc dziś dla odmiany przyjmujemy kierunek góry. Dzisiejsza wycieczka po raz kolejny modyfikuje nasze „tranzytowe” wyobrażenie o Węgrzech jako o równinnym kraju porośniętym słonecznikami na zmianę z kukurydzą. Górom Mátra co prawda daleko do wyniosłości naszych Karpat (inne jest też ich pochodzenie, bliższe raczej naszym Sudetom), ale ich pofalowane stoki i podnóża porośnięte winoroślą tworzą miły obrazek dla oka.

Jadąc autostradą, sprawnie pokonujemy odcinek z Tiszafűred do Gyöngyös – „bramy” Gór Mátra. Sprawnie przejeżdżamy przez miasto, zatrzymując wzrok na dłużej jedynie na gotycko-barokowym kościele św. Bartłomieja (…przed którym czekamy na czerwonym świetle:), i bez większych przeszkód docieramy do naszego dzisiejszego pierwszego celu: XIX-wiecznej malowniczej baszty w Matrafűred. Jej egzotyczna sylwetka jest niezwykle malownicza; aż szkoda że nie prowadzi do niej żaden drogowskaz; my, by ją znaleźć, musieliśmy sporo postudiować mapę (brawo dla niezastąpionego R. po raz pierwszy!).

Przed nami Góry Matra.

XIX-wieczna baszta w Matrafured.

XIX-wieczna baszta w Matrafured.

R.T i S.podziwiają Góry Matra.

Jeziorko Sás-tó i wieża widokowa

Kolejny postój to niewielkie jeziorko Sás-tó pod Matafűred. To najwyżej położone na Węgrzech jeziorko (520 m n.p.m.) jest niewielkie i zupełnie niewyględne, ale warte odwiedzenia ze względu na imponującą 50-metrową wieżę widokową wzniesioną w jego okolicy. Ze szczytu wieży można podziwiać zieloną, pofałdowaną panoramę Matry. Jednak dla nas, a mówiąc ściślej – dla chłopców, największą atrakcją jest samo wejście po licznych (ponad 200!) krętych żółtych schodkach na sam szczyt wieży. Tymek z wypiekami na twarzy wchodzi do samego końca, Sebuś dociera do pierwszej kondygnacji.

Wieża widokowa (50 m) nad Sas-to.

Tylko odważni mogą wejść na górę.

W głowie się kręci, jak się spojrzy w górę.

Widok na Sas-to.

Widok na Góry Matra.

„Wejście” na Kékestetö – najwyższy szczyt Węgier

Silny wiatr zniechęca nas do dłuższego postoju nad Sás-tó, więc wracamy do samochodu i jedziemy do Mátraházy, skąd odbijamy na boczną krętą drogę, wiodącą prosto na … najwyższy szczyt Węgier – Kékestetö (1014 m n.p.m.).
W ten oto prosty i wygodny, choć może nieco mało „honorowy” sposób, całą czwórką zdobywamy kolejny szczyt korony Europy!

Rozległy i spłaszczony wierzchołek, „ozdobiony” wielką wieżą telewizyjną, nie ma, mówiąc szczerze, górskiej atmosfery. Szybko robimy zdjęcia pod pomalowanym w węgierskie barwy kamieniem znaczącym wierzchołek i przenosimy się na sympatyczny drewniany plac zabaw, zaskakująco szybko zlokalizowany przez chłopców. Pobyt na Kékestetö kończymy smacznym obiadem w sympatycznej „schroniskowej” knajpce na szczycie (brawo po raz drugi dla R., który – o dziwo skutecznie – dogadał się z panem mówiącym tylko po węgiersku).

Ozdoba Kekesteto – wieża telewizyjna.

Kekesteto (1014 m) – najwyższy szczyt Węgier.

Kekesteto (1014 m) – najwyższy szczyt Węgier.

Chłopcy nie przepuszczą placu zabaw.

Po południu nareszcie inaugurujemy część termalną naszego kempingu, (niestety tylko kryty basen, bo wieje dość silny wiatr). Razem z chłopcami wygrzewamy się pół godziny w gorącej wodzie. Tymo coraz sprawniej próbuje sam pływać, a Sebuś też coraz chętniej oswaja się z wodą! Chłopcy nawet po kąpieli nie dają się szybko zagonić do domku; resztę popołudnia spędzamy na placach zabaw, szukając „bardzo ciekawych” kamieni oraz grając w piłkę.